Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00599 010889 10753394 na godz. na dobę w sumie
Europejczyk - ebook/pdf
Europejczyk - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 578
Wydawca: Ridero Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8104-884-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Celem napisania tej książki była chęć ujawnienia w niej wszystkich faktów, oraz wszystkich zdarzeń, które miały miejsce i które zdaniem autora zasługują na uwagę.Analizując poszczególne fakty i zdarzenia autor dochodzi do przekonania, że życie każdego z nas, jest niczym innym, jak tylko nieustannym przemijaniem..

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

- 01 - Kochana Mamo. W pierwszym tomie Europejczyka? zostały zawarte nasze wspól- ne przeżycia.Chciałbym Ci przekazać tyle moich wrażeń i tak wiele Tobie powiedzieć.Lecz byłyby to tylko słowa. Pozwól więc,bym Ci mógł chociaż tym sposobem za wszystko podziękować,co Ty w swoim życiu dla mnie uczyniłaś. Mojej Mamie – Helenie Syn Johannes Janusz Erdmann Motto I – W czasie naszego istnienia,zawsze najciekawsze są tak zwane „życiowe drobiazgi”. Johannes Janusz Erdmann Być może,że w mojej książce znalazło się zbyt wiele „życiowych drobiazgów”.Jednak z uwagi na ich znaczenie,nie potrafiłem ich pominąć. Wiem,że autobiografia zawiera w sobie„pewne życiowe fakty“. Czy i ja z tego powodu pisząc swoją książkę,miałbym się w niej ograniczyć tylko do stwierdzenia,że : Johannes Janusz Erdmann urodził się w dniu..? - I jeszcze nie wiedząc o tym kiedy zejdzie z tego świata,w dalszym ciągu na nim przebywa”?I to by miało stanowić o treści mojej książki ? - 02 - „EUROPEJCZYK ?“ - jest książką,w której Johannes Janusz Erdmann przedstawia czytelnikowi losy człowieka urodzonego w Polsce,wywodzącego się z mieszanego małżeństwa polsko- niemieckiego w epoce,gdy takie pochodzenie natrafiało na roz- maite trudności.Opisuje swoje życiowe doznania,którymi go ży- cie darzyło,zarówno w Polsce,jak i w Niemczech ( RFN ). Ojciec Johannesa Erdmann’a był Niemcem a Matka Polką. Rodzice pobrali się w 1924 roku.W 1937 roku doczekali się potomstwa.W dwa lata później,nastąpił wybuch II wojny świa­ towej.Od 1944 roku,na skutek śmierci męża i ojca,sytuacja ro - dziny zaczęła się radykalnie zmieniać. W 1945 roku,po wkroczeniu wojsk radzieckich, Erdmannowie zmuszeni zostali do opuszczenia mieszkania.Matka za podpisa - nie tak zwanej Volkslisty,stanęła przed sądem,a następnie zosta- ła umieszczona w Obozie Pracy Przymusowej,w okolicach Kro - śniewic.Po ucieczce z Obozu,wyrokiem sądu skazano ją na od - bywanie kary,w więzieniu w Wałbrzychu,na ówcześnie tak zwa - nym „Dzikim Zachodzie”,czyli na Dolnym Śląsku.Autor więk­ zość życia spędził w Wałbrzychu. Terenem kolejnych zmagań o przetrwanie,nie była już Polska. We wrześniu 1987 roku,przenosi się wraz z rodziną na pobyt sta- ły do Niemiec (Bundes Republik Deutschland) i w Kraju swoich przodków rozpoczyna życie od nowa. W swej książce,autor w s posób szczególny stara się zwrócić uwagę na niezwykle bolesne schorzenie dzisiejszej cywilizacji, której panoszącym się„owocem”jest Mobbing,czyli psychoterror którego i on stał się ofiarą. Jednym z celów tej książki,jest w zbudzenie refleksji,nad lo - sem,odczuciami i przemyśleniami autora i jemu podobnych nie tylko u Czytelników,ale i tych,którzy są współodpowiedzialni„za całe zło,które na tym świecie w sposób bezpardonowy i brutalny ukazuje swoje prawdziwe oblicze” . - 03 - Johannes Janusz Erdmann - urodził się w Krośniewicach w wo­ jewództwie łódzkim.W roku 1946 osiedlił się mwraz z matką na Dolnym Śląsku.W roku 1950 podejmuje naukę w Technikum Ce- ramicznym.Będąc na trzecim roku ją przerywa.Stawiając swoje pierwsze samodzielne kroki,podejmuje pracę w Zakładach Porcelany Stołowej„Krzysztof”w Wałbrzychu.Tu pogłębia swoje wiadomości i tajniki produkcji porcelany, pracując na stanowi - skach: Starszego referenta Kontroli technicznej,Technika normo- wania,Mistrza Działu Szlifierni,Kierownika Białego Magazynu, czy malarza ceramicznego. Warunki matrialne nie zadawalały jego oczekiwań.Uczy się malarstwa budowlanego.W roku 1969 zdaje pomyślnie egzamin końcowy,dający mu możliwość używania tytułu: Mistrza w zawodzie Malarz Budowlany.Następnie,podejmuje naukę w Technikum Budowlanym dla Pracujących.W 1971 roku uzyskuje tytuł Technika Budowlanego.W tej Szkole zostaje przyjęty na stanowisko Kierownika Administracyjnego. W okresie od 27.12. 1972-29.01.1973 jest słuchaczem Kursu Pedagogicznego dla Na- uczycieli Zawodu,który kończy z wynikiem pozytywnym.W roku 1973 podejmuje pracę w Politechnice Wrocławskiej – Filii w Wałbrzychu na stanowisku Zastępcy dyrektora do spraw techicznych i administracyjnych. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersy- tetu Wrocławskiego.Z dniem 10.07.1976 obejmuje stanowisko Kierownika Wydziału Kultury,Kultury Fizycznej i Turystyki w Urzędzie Miasta w Wałbrzychu.Z uwagi na stan zdrowia,w roku 1979 przechodzi na czasową rentę.W okresie od 1979- 1986,zamieszkiwał w Lubominie,gdzie wraz z żoną prowadził fermę drobiu. W roku 1987 wspólnie z żoną wyjeżdżają na pobyt stały do Niemiec ( BRD ),gdzie w Kraju swoich przodków rozpoczyna życie od nowa!Z chwilą ich przybycia do Niemiec,przebywali w - 04 - obozie przejściowym we Friedlandzie,skąd po niezbyt długim pobycie,zostają przeniesieni do obozu w Unna Massen. I tutaj,podobnie jak we Friedlandzie trwa porządkowanie ich dokumentów,po czym,z uwagi na ich prośbę,zostają przewiezie- ni do kolejnego obozu do Krefeld.W czasie 29.02.1988-03.07.1988 jest słuchaczem Kursu języka niemieckiego w Benedict Sprach­ schule w Krefeld. W okresie 0d 04.07.1988 - 19.01.1990 jest zatrudniony w Firmie „Securicor Deutschland GmbH” z siedzibą w Düßeldorfie.Mie­ jscem jego pracy,stała się angielska firma „Navi”,mieszcząca się w Kempen.W tej firmie,został zatrudniony jako portier,oraz stra- żnik obiektu.Czas jego pracy trwał dwanaście godzin dziennie. W czasie od 19.09.1990 - 09.02.1991,z uwagi na stan zdrowia przebywał w szpitalu (operacja!).W tym czasie,otrzymał Kündi- gung (wypowiedzenie warunków umowy o pracę),stając się tym samym „Arbeitslos”,czyli bezrobotnym.W okresie od 05.11.1991- 31.12.1995 jest zatrudniony w Firmie„Theo Wellen Nährmiettel­ fafabrik” w Krefeld jako Maschinenführer (pracownik obsługu – jący maszynę - maszynista)W czasie 15.01.1996-18.06.1996 powa – dzi własną firmę malarską,po czym przechodzi na rente. Jest autorem książki noszącej tytuł: „EUROPEJCZYK?”.W 2001 roku podczas trwaniaKonkursun Poetów Emigrantów w USA,ze strony Wydawnictwa Artex Publishing otrzymał Honorowy Dy – plom Uznania za jego wiersz„O bajkach Ignacego Krasickiego”, który został opublikowany w VIII Tomie Antologii Poetów Emigrantów.Jego twórczość była też publikowana między inny – mi w wydaniach: „Jan Paweł II we wspomnieniach polsko – niemieckich” (Dortmund-Opole 2006). „Słowa wypuszczone na wolność”.„Wybór wierszy poetów na emigracji”.„Wierszobranie, czy„Moje wiersze-Moje kwiaty”(audiobook).Swoje spostrzeżenia oraz swoje własne zdanie,stara się przekazywać na swojej strone - 05 - www.erdmannjohannes.de,których inspi- ratorem jak powiada, jest samo życie.Jest współredaktorem „Przeglądu Dziennikar - skiego”,na łamach którego publikuje swoje artykuły. Jak się okazuje.to pomimo tak długiego okresu”dojrzewania” jego książki,to jednak w sposób niezmienny,na poczesnym miejscu jego zainteresowań znajdują się ludzkie losy,oraz ich tragedie,a wraz z nimi,w sposób oczywisty,między innymi,wyła- nia się sprawa integracji. „Integracja społeczna” - Jest to jednocześnie zjawisko pełne sprzeczności,gdyż wymaga akceptacji obu stron,co nie jest sprawą oczywistą,gdyż może oznaczać konieczność wyrzeczenia się przez jedną,lub obie strony w pełni,lub w części swoje tożsa – mości.” Spis treści: Podziękowanie – Motto,oraz wstęp - strony: 01 – 05 1 Rozdział I.................Na rozdrożach (str.6 – 84) 2 Rozdział II..............Dziki Zachód (str.84 – 207) 3 Rozdział III......Diabelska dolina (str.207 – 430) 4 Rozdział IV.......(Nie) złote jajko (str.430 – 467) 5 Rozdział V............Stan wojenny (str.467 – 537) 6 Rozdział VI....Niełatwa decyzja,by móc uniknąć szachowego mata. (str.537 – 574) 7 Zdjęcia wraz z opisem.............................575 - 577 - 6 - ROZDZIAŁ- I NA ROZDROŻACH To musiał być koniec grudnia,lub początek stycznia 1945 roku. Tego okresu już zbyt dobrze sobie nie przypominam,ponieważ wówczas liczyłem niespełna 7 lat.Było późne popołudnie.W mieście panował niesamowity popłoch.Ludzie przemykali ukradkiem jak cienie.Wszyscy sprawiali takie wrażenie,jak by byli wystraszeni.Na ich twarzach,można było wyczytać przera- żenie.Wszystko to,wynikało z racji zbliżającego się frontu. Wojska radzieckie staczały już zacięte boje pod Kutnem,tj.w odległości niespełna 14 kilometrów od Krośniewic.Słychać było nieustanny warkot samolotów,które w powietrzu staczały za- cięte bitwy.Z nastaniem zmroku,na niebie widoczne były świe- tliste smugi reflektorów.Co pewien czas,spadała z nieba świe- tlista kula niczym meteor.Lecz to nie była kula i to nie był również meteor.W ten sposób spadały na ziemię samoloty,któ- re zostały trafione przez przeciwnika,i w nich dopalały się szczątki ludzkiego istnienia... W takiej scenerii,przy akompaniamencie charakterystyzne- go pomruku zbliżającego się frontu,znalazłem się późnym popołudniem wraz z Mamusią na skrzyżowaniu ulic Kolejowej i Poznańskiej.To właśnie tutaj,wyznaczyli sobie spotkanie członkowie rodziny Erdmann.Z późnego popołudnia,zrobił się wieczór.W dalszym ciągu niebo rozrywały świetliste warkocze ognia.Moi krewni,wraz z Mamusią rozstrzygali teraz o swojej przyszłości.Rozmowa,którą oni prowadzili,mnie zbytnio nie in- teresowała.Mnie,fascynowały te nieustannie latające po niebie smugi reflektorów i te przedziwne,nie znane mi przecież do- tychczas dźwięki,których źródła nie byłem sobie w stanie wytłumaczyć?Na tle członków mojej dosyć licznie tu zebranej rodziny,którzy ubrani byli,można by powiedzieć wykwintnie,że nie powiem wizytowo (futra,rekawiczki,szaliki,kapelusze?),to - 7 - ja,byłem ubrany co najmniej dziwnie?Ponieważ miałem na sobie płaszczyk,czapkę futrzaną ze srebrnych królików,spodnie rajtki i co ciekawe w tym wszystkim to to,że miałem przewie – szonego przez szyję lisa? Obecnie,zdaję sobie sprawę z tego,że to musiał być szczyt paniki,podczas której właśnie teraz,rozstrzygały się losy nie- mieckic rodzin,które w wyniku zbliżającego się frontu,zostały zmuszone do podjęcia radykalnych decyzji.I tego rodzaju de- cyzja,po dosyć długo trwających rozmowach,została przez ro- dzinę Erdmann podjęta!Lecz jak się okazało,to rozmowy,które trwały w trybie przyspieszonym,nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.Dotyczyły one wspólnego opuszczenia miasta.Przy- czym,Mamusia optowała przy pozostaniu,natomiast pozostali członkowie rodziny,uważali za słuszne i konieczne,opuszcze- nie miasta. A zatem,kości zostały rzucone!Rodzina ze strony mojego Ojca(który zmarł w 1944 roku)jeszcze tej nocy opuściła miasto i jak się po latach okazało,po to,aby się już nigdy z nami nie zobaczyć.Do domu,wróciliśmy bardzo późnym wieczorem.To nasze mieszkanie,wydało mi się takie zimne i takie strasznie smutne.Na drugi dzień,udaliśmy się do moich dziadków Bigo- szewskich,z którymi wspólnie zamieszkiwał ich syn,a mój wujek Mietek.Nie rozumiałem dobrze sensu ich rozmowy,któ- rą Mamusia prowadziła ze swoimi rodzicami.Jednak ja,w tych dla mnie (jeszcze) przedziwnie zasłyszanych słowach,odczu- wałem jakąś oschłość i niechęć i to zarówno w stosunku do Mamusi,jak i do mnie.Obecnie,zdaję sobie doskonale sprawę z tego,że aby dobrze zrozumieć to wszystko,co się wóczas dzia- ło,to powinienem być nieco starszy.Ja jednak wówczas,miałem zaledwie siedem lat. Wydaje się za słuszne w tym miejscu wspomnieć,iż w dniu 19.XI.1924 roku,w Krośniewicach został zawarty związek mał- żeński między Heleną Bigoszewską,a Arturem Erdmann. - 8 - Warto również i o tym wspomnieć,że wówczas rządy w Polsce sprawował Józef Piłsudski.Na podkreślenie zasługuje również i ten fakt,że był to okres,w którym to nikomu nie wypominano jego pochodzenia,czy też narodowości . Właśnie w takim to okresie czasu,moi rodzice zawarli ten związek,nie przewidując jego następstw.Jednak pomimo panującej jak by się to mogło wydawać tolerancji,to jednak ze strony obu rodzin,tak Bigoszewskich jak i Erdmann’ów dawa- ły się dostrzegać wyrazy niezadowolenia,z racji tego mezalian- su.Wyglądało to zupełnie podobnie,jak to się miało w rodach zwaśnionych (Romea i Julii,czy we Fredrowskiej „Zemście“). Bo podobnie i w tych Rodach wspominano i nieustannie wypo- minano ten mezalians,który został został popełniony przez Helenę,oraz przez Artura małżonków Erdmann.To nieustannie trwające niezadowolenie,było okazywane w sposób szczególnie dobitny,przez moją Babcie Juliane Erdmann,która wywodziła się z rodziny Bernhardt’ów.Powód tego niezawdowolenia był na pozór błachy.Mój Ojciec był Niemcem a Mamusia była Polką.Za wcześnie wówczas było by mi pytać o to,kim ja w tym przypadku byłem? Babcie Juliane Erdmann,z domu Bernhardt,pamiętam jak by przez mgłę.Mieszkała w swoim sześcio rodzinnym domu przy ulicy Kutnowskiej pod numerem 21.Ojciec dosyć często odwiedzał swoją Matkę,nierzadko zabierając i mnie ze sobą. Była kobietą słusznego wzrostu.Mieszkała samotnie,żyjąc ze swoim mężem w separacji.Mieszkanie miała dosyć skromnie urządzone.Kiedykolwiek tam byłem,to zawsze moją uwagę przykuwała ogromna ilość jej butów. Kiedy byłem już nieco starszy,to pewnego dnia, zapytałem moją Mamusie,po co tej Babci Erdmann,potrzebnych jest aż tyle butów?Wówcza Mamusia mi tak powiedziała: „Widzisz synku,na świecie są tacy ludzie,którzy mają po 30 par butów i są również i tacy,którzy chodzą wciąż na boso,bo ich jnie stać - 9 - na żadne buty“.Na koniec Mamusia dopowiedziała: „Ale ty synku,to dzięki Bogu masz jeszcze w czym chodzić”. Powracając jednak do naszego pobytu u moich dziadków Bigoszewskich,to doprawdy,że do dziś nie wiem z jakiego po- wodu Babcia Bigoszewska kiedykolwiek by to było,to zawsze nazywała mnie Janek,mimo,że przecież ja miałem na imię Jo- hannes,to znaczy Janusz. Jak byłem u Babci Erdmann,to ta Babcia nazywała mnie Johannes.Natomiast Babcia Bigoszew- ska,mówiła na mnie Janek?Jednak nigdy Babcia Bigoszewska nie nazywała mnie imieniem zdrobniałym,to znaczy „Janu- szek“.Tym imieniem,nazywała mnie tak ciepło i tak pięknie moja kochana Mamusia. W moim domu rodzinnym,rodzice rozmawiali zawsze po niemiecku.Ja też(jeszcze wóczas),doskonale posługiwałem się językiem niemieckim i(podobno) rozmawiałem Hochdeutsch. Lecz co też ta wojenna propaganda nie potrafi !Dzięki niej właśnie,można by powiedzieć,że w jedej chwili,został z mojej pamięci wykreślony ten język,(którego,jak sie po latach okaże) będę sie starał nauczyć,zaczynając wszystko od początku. Pewnego dnia,będąc u Babci Bigoszewskiej,spoglądając przez okno,został mi pokazany plakat wojenny,który był roz- klejony na ścianie jednego z sąsiadujących ze sobą domów. Ten plakat,przedstawiał wąsatego draba (Stalina)który trzymał w obu rękach topór.Przed nim,klęczał człowiek,(niemiecki je- niec wojenny),którego głowa spoczywała na pniu.Moja Babcia, wskazując na ten plakat,wówczas powiedziała „Janek,jak ty jeszcze raz wypowiesz chociaż by jedno słowo po niemiecku, to ci zetną głowę tak,jak temu na plakacie“!Ta informacja była dla mnie na tyle szokująca i podziała na mnie tak,że ja rzeczy- wiście,w tej samej chwili zapomniałem mojego Hochdeutscha. Po wycofaniu się wojsk niemieckich,do miasta wkroczyły wojska radzieckie.Jako pierwsze,wjechały czołgi.Mieszkańcy miasta,zgotowali„wyzwolicielom“owacyjne przyjęcie. - 10 - Między innymi,w sąsiednim domu,w którym mieszkała moja „przyszywana“ ciocia Światowa,również goszczono”pancernia -ków”.W największym pokoju u„Cioci“zebrało się bardzo wie- lu mieszkańców miasta,wraz z dziećmi.Przyjęcie upływało w bardzo miłej,w bardzo ciepłej i w bardzo serdecznej atmosfe – rze.Rozmawiano o„Germańcach“,słychać było nieustannie py- tania„kuda na Berlin“?Czołgiści rozdawali prezenty,w tym by- ły również harmoni,skrzypce,słodycze,oraz wszelkiego rodza- ju zabawki.Wszystkie dzieci coś otrzymały,lecz ja nie mogłem sobie tego wytłumaczyć,dlaczego mnie nikt nie obdarował chociaż by jednym cukierkiem...? W mieście,czasowo przebywał jeden ze sztabów dowodze- nia.Kwatermistrz wyznaczył właśnie jeden z naszych pokoi,na kwaterę dla członka sztabu.Mówiąc ściślej,to kwaterę dla adju- tanta generała, (który był w stopniu półkownika).I właśnie on , w pewnym dnia wszedł do naszego mieszkania,pragnąc zape- wne się rozejrzeć po swojej przyszłej „kwaterze”.Mamusia zo - stała nieco wcześniej powiadomiona o jego przybyciu,(zgodnie z „instrukcją “Babci Bigoszewskiej),ubrała się i ucharakteryzo- wała się tak,że i stu letni starzec by na „to“ nie spojrzał.Mimo to,sztabowiec u nas zamieszkał.Jak się wkrótce okazało,był to bardzo zacny i pochodzący z dobrej rodziny człowiek.Był dla nas bardzo dobry.Nie pozwalał na to,by nam (jako Niemcom) wyrządzano jakąkolwiek krzywdę.Miał na imie Lonia. Pewnego razu,rosyjscy żołnierze przyprowadzili na podwórze krowe,którą zabili i dzielili pomiędzy okolicznych mieszkańców.Oczywiście,że każdy musiał im coś w zamian za otrzymane mięso dać. Już tego nie pamiętam co im Mamusia za to mięso dała?W każdym razie,to musiało „wyzwolicielom“ przypaść do gustu,jeśli oni w zamian„za to” odpalili Mamusi cały tylny krowi zad!Wielka radość wokół panowała i my również cieszyliśmy się z tego nabytku,który z uwagi na panu- jące mrozy schowaliśmy na strychu. - 11 - Na drugi dzień,Mamusia poszła na strych,chcąc ukroić z tego zadu kawał mięsa i podzielić się nim z dziadkami.Jednak ku swojemu przerażeniu,stwierdziła,że po mięsie nie pozostało ani śladu!Po długim wachaniu,postanowiła jednak podzielić się tym smutnym spostrzeżeniem z naszym „sztabowcem“- półkownikiem Lonią.Półkownik,w bardzo krótkim czasie zna- lazł winnych,którzy za ten jego zdaniem) niegodny czyn,zosta- li odpowiednio ukarani.Lecz niestety,ale mięsa nam już nie zwrócono.Jedni dali,a ci drudzy zabrali!Takie to były„interesy“ z tymi rosyjskimi „wyzwolicielami“. Do tego czasu,gdy sztab przebywał w mieście,my żyliśmy w miarę spokojnie.Jednak z chwilą kiedy wojska rosyjskie wyru- szyłyna Poznań,to w naszym życiu,nastąpiła radykalna zmia- na.W dniu 30.01.1945 roku,zostaliśmy zmuszeni do oddania radia.Kolejne dni,mijały w atmosferze wielkiej niepewności.Z zasłyszenia,wiedzieliśmy już o tym,że takich jak my,to wyrzu- cają z domów.I po kilku dniach,podobnie stało się i z nami.Pe- wnego dnia,do drzwi naszego mieszkania,zapukała grupka ludzi,(w liczbie czterech osób),którzy oświadczyli nam,że są Komisją mieszkaniową.Po krótkiej rozmowie,którą przeprowa- dził z Mamusią Przewodniczący Komisji,ustalono,iż w dniu jutrzejszym,musimy opuścić nasze mieszkanie i ponadto,Ko – misja zaleciła,aby Mamusia pozostawiła część mebli,oraz pe- wną ilość niezbędnych przedmiotów domowego użytku.Na zwykłej kartce papieru,zostało wyszczególnionych 17 pozycji. Na odwrocie tego smutnego dokumentu,po wielu latach,do - czytałem się informacji,która została naniesiona ręką mojej Mamusi,z której to dowiedziałem się o tym,kiedy i która rodzina i co ta rodzina przejęła po nas w swoje posiadanie,z chwilą wprowadzenia się do naszego przecież mieszkania. Był bym jednak człowiekiem nieprawdomównym,gdybym powiedział,że pamiętam dzień,w którym zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia naszego mieszkania. - 12 - Jednak pamiętam do dziś,atmosferę,oraz miejsce,w którym przyszło nam żyć przez kolejne miesiące.Nie mając żadnych innych możliwości,by znaleźć dla nas „kawałek dachu nad głową”,na drugi dzień,przenieśliśmy się do komórki,która się znajdowała za domem,w którym mieszkali moi dziadkowie Bigoszewscy.Była to drewniana rudera,nie posiadająca ani wo- dy,ani światła i do tego jeszcze,ani jednego okna„na świat“. Przylegała ona do innej,nieco lepszej i nieco solidniejszej rudery,z której po pewnym czasie,skąd inąd bardzo zaradny i bardzo przedsiębiorczy Pan Gmerek,przystosował ją jako ma- gazyn na ziarno.Dopóki nie było ziarna,to nie było również i innych „nieproszonych lokatorów”.Ale z chwilą,gdy sąsiednia rudera została wypełniona ziarnem,to od tego czasu,przyszło nam współżyć z puszystymi myszkami,oraz nieco mniej przyjemnymi szczurami. Nasza nowa kwatera,jak na ironię losu (o czym już wspomi- nałem),znajdowała się w sąsiedztwie mieszkania moich dziad- ków,to znaczy,w podwórzu przy ulicy Ostrowskiej 6 (lub 10?). Tutaj spędzaliśmy nasz żywot przy lampie naftowej,w towa- rzystwie mysz i szczurów.Mieszkańcy pobliskich domów,przy- glądali się nam i w znaczący sposób wymieniali między sobą uwagi,nieustannie wskazując palcami w naszą stronę?Ja,będąc przecież jeszcze takim małym chłopcem,odnosiłem wrażenie, że ci ludzie,to to nasze„zrządzenie losu”,a inaczej mówiąc,to nasze przeznaczenie,odbierali jak gdyby z pewną satysfakcją. Być może,że nie było by w tym nic dziwnego,gdyby nie to,że Mamusia urodziła się przecież w Krośniewicach i że ci ludzie, w tak jeszcze nie odległym przecież jeszcze okresie czasu,uwa- żali i traktowali Mamusie tak,jak swoją najbliższą znajomą,czy też koleżanke?Jednak,okazuje się,że pewne pojęcia,oraz okre- ślone stereotypy,w miarę upływu czasu,również ulegają pew- nym przekształceniom. Mijały tygodnie,tego naszego nie ciekawego,jakże smutne- - 13 - go i jednocześnie zimnego życia!Tego roku,zima była szcze- gólnie dokuczliwa.Mamusia była nieustannie wzywana na Mi- licje.Tu ją przesłuchiwano i zadawano jej wciąż nowe pyta- nia.Natomiast ja,nie będąc jeszcze w pełni świadomy powodu tych zmian,które w moim życiu nastąpiły,wypełniałem swój czas,chodzeniem do szkoły i w miarę możliwości,bawiłem się z moimi,niestety,ale niezbyt licznymi już kolegami. W szkole,bywało różnie.Często wracałem pobity,a bywało i tak,że wracałem i bez tornistra.Pamiętam,że pewnego dnia,do szkoły przybyło pewne małżeństwo i do tego jeszcze,jak wieść niosła,mówiono,że oni tu przybyli aż z zagranicy!Pan kierownik szkoły i nauczyciele,odnosili się do tych Państwa z ogromnym szacunkiem.Podczas jednej z lekcyjnych przerw, uczniowie z całej szkoły,na szkolnym podwórzu,ustawili się dwójkami,a ci mili ludzie,jakże pięknie ubrani,przechodzili koło nas,przypatrując się nam bardzo dokładnie?W tym czasie,kiedy ja na nich patrzyłem,to odnosiłem wrażenie,że to byli jednak zupełnie,jacyś inni ludzie,to znaczy,zupełnie niepodobni do tych wszystkich ludzi z Krośniewic.Bo oni,w przeciwieństwie do tych ludzi z Krośniewic,mieli niesłychanie miłe i przyjemne twarze.W tym czasie,gdy nas mijali,to uśmie- chali się do nas tak mile i tak serdecznie.I w tym momencie,to również i mnie zrobiło się tak jakoś miło na sercu.Przez chwilę,zapomniałem o swoich troskach i cierpieniach,których mi to życie nie szczędziło.Podczas dokonywania przez nich tej „lustracji” ,w pewnej chwili,ta para małżonków,(której przez cały czas towarzyszył kierownik szkoły),zatrzymała się przy mnie,pytając mnie o moje nazwisko i imię?Odpowiedziałem bez wachania,że nazywam sie Erdmann i na imię mam Janu- szek.Wszyscy uczniowie,po tej zbiórce,rozeszli się do swoich klas,a ja,na prośbę tych państwa,pozostałem z nimi.Pytali mnie,czy chciał bym zwiedzać świat?Czy kocham swoją Ma- musie? - 14 - (O ta Tatusia nie pytali,bo już chyba wiedzieli,że jestem pół sierotą).Obecnie,jestem tego w pełni świadomy,że ci Państwo, to już o wiele wcześniej wiedzieli o mnie dużo więcej.Na ko- niec rozmowy,zapytali mnie gdzie ja mieszkam,i udali się ze mną do„mojego domu”. Nie będę się starał w tym miejscu opisywać tych niesamowi- cie bolesnych,poniżających i nieludzko upokarzających scen, które wynikały z racji naszego zaistniałego stanu. Mamusia,nie była przecież przygotowana na przyjęcie gości i jeszcze do tego,takich zagranicznych gości,wiedząc przecież doskonale o tym,jak by należało w normalnych warunkach, (ale nie w tej „norze”)Ich przyjąć?W tej sytuacji,nie trudno było się Mamusi dziwić,że ta wiadomość,o ich przybyciu,była dla Mamusi wiadomością katastroficzną! Nasi goście,przeprowadzili z Mamusią,w mojej obecności bardzo długą rozmowę,przedkładając przy tym jakieś doku- menty,z treści których by miało wynikać,że jest to małżeństwo bardzo zamożne,lecz niestety,ale bezdzietne.Jak się okazało,to byli Szwajcarzy.W czasie rozmowy,ci ludzie starali się mnie jak i Mamusi nakreślić mój przyszły los i to co mnie w moim życiu może i jeszcze będzie czekało.W ich przekonaniu,to moje obecne,nieciekawe i smutne życie,oni pragnęli mi zmie- nić na lepsze i poprzez adopcję,uważali,że stanę się zupełnie innym,to znaczy szczęśliwym i beztroskim dzieckiem.W związku z czym,w czasie trwania tej rozmowy,przekazywali nam już obrazy i zdarzenia mojej jakże wspaniałej przyszłej egzystencji,oraz już z góry zapewnionej kariery życiowej.W tym rmiędzy innymi,ukończenia wyższych studiów,w ślad za tym,uzyskania wysokiej pozycji społecznej.W czasie trwania tej rozmowy,co pewien czas nie zapominali wspominać o cze- kającej mnie życiowej karierze.Gorąco zapewniali o tym,że wszystko to i jeszcze o wiele więcej,są mi w stanie zapewnić jako,że są bardzo zamożni. - 15 - I oni wypowiadając te słowa,zapewniali,że ja będę przez nich tak traktowany,jak bym był ich własnym synem.I mówiąc to jeszcze zapewniali,że z chwilą wyrażenia przez Mamusie zgody to będą mnie natychmiast adoptowali,dodając przy tym,że Mamusia będzie mnie mogła odwiedzać jeden raz w roku.Ma- musia słuchała ich słów i zapewnień ze łzami w oczach,w żaden sposób nie starała się przyjmować do wiadomości tej ich skąd inąd dla mnie przewspaniałej propozycj.Zdawała sobie jednocześnie sprawę z tego,że sama nie była by w stanie nawet w tysięcznej części mi tego zapewnić,czego oni,to znaczy,ci tak mile wyglądający i przyszli,a jeszcze nie doszli dobroczyż- cy.którzy zarówno mnie,jak i i Mamusi proponowali. Jednak oni,pomimo widocznej niechęci,która wynikała z postawy i zachowania się Mamusi,uważali,że jeszcze nie wszy- stko jest stracone?Ponieważ oni znając naszą jakże kiepską sy- tuację (i to nie tylko materialną),zaproponowali Mamusi wyso- ką i do tego jeszcze wyższą niż pierwotnie,pieniężną rekom- pensatę.Można w tym miejscu powiedzieć,że,to były rozmowy bardzo trudne i bardzo wyczerpujące,które z naszego punktu widzenia,wydawało się,że trwają już przez całą wieczność. Stąd też,z ci Państwo,z uwagi na ten niezmiennie trwający przebieg rozmowy,zaproponowali,aby Mamusia pomimo jej dotychczasowej odmowy,zechciała jeszcze raz,tak zupełnie na spokojnie się nad tym wszystkim zastanowić.A oni,jak sami zapewniali,powrócą tu po okresie tygodnia czasu,licząc na to, że usłyszą taką odpowiedź,która jak to sami wyrazili,zadowoli ich serca.I rzeczywiście!Po tygodniu czasu przybyli ci ludzie do nas,tylko po to,by móc usłyszeć z ust Mamusi to,co każda prawdziwie kochająca matka,znajdująs się w takiej okoliczno- ści,by mogła powiedzieć.To miłe,bezdzietne,bardzo bogate i tym samym,nieszczęśliwe małżeństwo,rozstało się z nami,ma- jąc przy tym pełne zrozumienie zarówno z powagi chwili,jak i z nie zmiennej Mamusi decyzji. - 16 - Z pełnym zrozumieniem i z ciepłymi słowami,żegnając się z nami,to każde z nich,ze wzruszenia miało w oczach łzy. To wyjątkowe wydarzenie i spotkanie z ludźmi z zagranicy, w bardzo krótkim czasie poszło w zapomnienie.Ja dalszym cią- gu uczęszczałem do szkoły,prawie,że w sposób niezmienny,to znaczy,że w dalszym ciągu,nierzadko wracałem ze szkoły z podbitym okiem.Swój wolny czas,między innymi wypełniałem bawiąc się z chłopakami w jeszcze niezapomnianą wojnę. Pomimo podłej przecież sytuacji,w której się wciąż znajdo - wałem,to potrafiłem prawie zawsze obejmować przewodni- ctwo w dobranej grupie moich rówieśników.Tak było i w tym dniu.Z „kolegami”wybraliśmy się na pobliskie pole,po wy- kopkach ziemniaków.Jak zawsze,tak i tym razem podzielili- śmy się na dwie grupy,bawiąc się oczywiście,że w wojnę!Pole- gało to na tym,że obie grupy z przeciwnych sobie stron,rzuca- ły na siebie kamienie,ziemniaki i co tylko było pod ręką.W pe- wnej chwili,po moim rzucie,jeden z„przeciwników“został tra – fiony,wydając przy tym okrzyk pełen bólu.Okazało się,że to ja go trafiłem,tym przeze mnie rzuconym kamieniem.Z tą chwilą bitwa została przerwana.Wszyscy wiedzieli,że to ja go trafiłem i ukryć się tego już nie dało.A zresztą,gdyby którykolwiek z nas został trafiony,to przecież efekt był by taki sam.Bo prze- cież między nami,trwała wojna.(Tak przez krótką chwilę sobie pomyślałem).Mimo to,nie namyślając się dłużej,to na wszelki wypadek„biorąc nogi za pas“,inaczej mówiąc,zacząłem ucie – kać!Mając dosyć dużą przewagę nad goniącą mnie grupą,(już w tej chwili nie„kolegów“),wpadłem do mieszkania moich dziadków,u których właśnie była również Mamusia.Błyskawi- cznie rozejrzałem się Mamusia.Rozejrzałem się błyskwicznie za jakimś wolnym dla siebie miejscem i natychmiast usiadłem sobie najspokojniej w świecie,w moim ulubionym kąciku.Mądrość życiowa,która cechuje ludzi starszych,ma jednak i to do siebie,że właśnie oni - 17 - rozumieją te przedziwne zachowania się dzieci i nie tylko dzie- ci,które z bliżej nieznanego jeszcze powodu,znajdują się nagle w niezręcznej dla siebie sytuacji.Tak było niestety i w moim przypadku.Zapytano mnie oczywiście tak,jak gdyby od nichce- nia,czy przypadkiem czegoś nie nabroiłem?Już miałem zamiar odpowiedzieć,że oczywiście,że nie.Lecz nie dane mi to było,bo w tei samej chwili otworzyły się drzwi prowadzące do miesz- kania i w nich ukazała się cała gromada chłopaków,na czele której,stał ojciec tego chłopca,którego ja w czasie trwającej przed chwilą„wojny“tak urządziłem.Oczywiście,że wystarczyło tylko na niego popatrzeć,to już każdy z moich kochanych krewnych,bez zadawania mi dodatkowych pytań,mógł się już sam wszystkiego domyśleć. Stąd też,najprawdopodobniej,to tak „na wszelki wypadek“ kto z moich kochanych krewnych tylko mógł,to mnie grzmo- cił ile tylko miał sił w swoich rękach!Nikt mnie w tym czasie już nie pytał o to co się stało?Nikt mi nie zadawał żadnych,ale to żadnych pytań?W tym czasie,trwała młócka,w czasie której wszyscy jak jeden mąż,mnie grzmocili,a wśród nich,była rów- nież i moja kochana Babcia,taki zawsze kochaniutki Dzia- dziuśs,mój ukochany wujaszek Mietek i na dodatek,jeszcze i moja najukochańsza Mamusia.Podczas trwania tej młócki,my- ślałem sobie,że też akurat musiało się tak zdarzyć,że Mamusia przy tym była?A oni walili we mnie jak w przysłoiowy bęben! Nieco później,to moi kochani krewni mi wyjaśnili,że z uwagi na to,co ja nabroiłem,to oni uważali za konieczne przyjąć właśnie taką postawę(to znaczy waleniem mnie) by móc wykazać i to zarówno wobec pokrzywdzonego chłopaka,jak i wobec jego ojca,swoją z nimi solidarność,dajac tym samym im do zrozumienia po czyjej oni są stronie. Po tych „omłotach”z ojcem tego chłopca,wszczęto nieco poważniejszą i już bardziej spokojną rozmowę.W następnym dniu,dotarła do nas informacja,z treści której wynikało,że ta - 18 - „wojna“ będzie Mamusie kosztowała„tylko“ 500 złotych (za obdukcje).Jak na tamte czasy,to trzeba sobie powiedzieć,że były to nie tylko duże ale bardzo duże pieniądze!A przecież nasza sytuacja materialna,była bardzo kiepska! Na drugi dzień,najwidoczniej moich kochanych krewnych za- częły nawiedzać„wyrzuty sumienia“?Ja udawałem,że nikogo nie widzę,a oni szukali wciąż okazji aby zamienić ze mną chociaż jedno słowo.Wreszcie dorwali mnie,jak sobie siedzia- łem przy oknie i bezmyślnie wpatrywałem się na mur okalają- cy posiadłość Hrabiny Rembielińskiej.W pewnej chwili,Dzia- dziuś tak zaczął: „No sam wiesz,że trzeba ci było troche tą skórę złoić.Przecież napewno wiesz,za co oberwałeś?A jak może nie wiesz,to ja ci powiem.Lanie dostałeś za to,że rzuca- łeś kamieniami i za to,że przeciąłeś mu łuk brwiowy.O mało co,nie wybijając temu chłopakowi oka”. „Ale mu go przecież nie wybiłem”odburknąłem niegrzecznie pod nosem. „A po drugie“,- Dziadziuś kontynuował „to ci powiem,że z tobą mogło by być jeszcze gorzej.Chyba wiesz,że ojciec tego chło- paka,to jak na Krośniewice,jest wielką figurą partyjną.On to tu wszystko może“..... Biedna Mamusia musiała niestety właśnie i z tego powodu zapłacić tak wysoko naliczone koszta ,za tą jakąś obdukcję.Po tym„wypadku na wojnie“ ,już nie mogłem się sam pokazywać na ulicy.Moja biedna Mamusia,w dalszym ciągu co dziennie musiała się meldować na posterunku milicji.Ja,wcale nie rozumiałem o co w tym wszystkim tutaj chodzi i dlaczego oni Mamusie tak wciąż męczą? Pewnego dnia,dowiedziałem się od kolegi,który dotarł na moje podworko,że moją Mamusie sądzą w pobliskiej żwietlicy, która znajdowała się przy ulicy Ostrowskiej w pobliżu strażackiej remizy.Ja,nie czekając już końca tej jego rela- cji,natychmiast pobiegłem ile tylko mi sił w nogach starczyło i sam nie wiem jak i kiedy,znalazłem się przy drzwiach zatło- - 19 - czonych do tego stopnia,że o wejściu do środka,to by można sobie tylko pomarzyć! Ludzie byli rządni sensacji!To był rok 1945.Ten okres,zu- pełnie śmiało by można nazwać„okresem polowań na czaro – wnice”!Być może,że i wśród tych którzy starali się dostać na „sali rozpraw”byli ci,którzy w poszukiwaniu odwetu za te krzy- wdy,jakich doznali od Niemców,właśnie teraz wyrokiem sądu, oczekiwali zadośćuczynienia?No tak,ale jakie krzywdy wyrzą- dziła im moja Mamusia?Przepychając się łokciami i depcząc po nogach,kogo się tylko dało,udało mi się przedostać przez tą zbitą i cuchnącą potem cizbę ludzi,by móc stanąć obok mojej Mamusi.W pewnej chwili,zadarłem głowę do góry i spojrzałem Mamusi prosto w oczy.Była bardzo zmęczona,ale starała się być spokojna.Wzięła mnie za rękę i lekko ścisnęła moje chude palce. Po drugiej stronie długiego stołu,siedzieli jacyś ludzie i co chwile zadawali Mamusi pytania.Jedno z pytań brzmiało:„Czy oskarżona przyznaje się do tego,że podpodpisała Volkslistę”? W tym momencie,sale która była wypełniona po brzegi,zaległa śmiertelna cisza.Po chwili,Mamusia odpowiedziała pewnym i spokojnym głosem: „Tak podpisałam“.Oczywiście,że wszyscy obecni tu na sali,już z góry wiedzieli jaki będzie wyrok.Czekali jednak na to,by się móc upewnić i żeby móc na własne uszy z ust sędziego usłyszeć ten przez wszystkich tutaj obecnych na tej sali wyraz: „winnaaaa“!!! Proszę mi wierzyć,że nawet po tylu latach,jest mi bardzo trudno nazwać tego ówczesnego przedstawiciela bezprawia sędzią.Ponieważ ta zaimprowizowana farsa,która miała ucho- dzić za akt wymierzenia przez sąd sprawiedliwości,była prze- cież niczym innym,jak czczą formalnością.Bowiem w tym czasie,nie prowadzono rozprawy przy współudziale ławników. Również i sędzia w czasie prowadzenia przesłuchania,nie sta- rał się dochodzić do przyczyn,bądź też okoliczności,które by - 20 - mogły być spowowane koniecznością podpisania(tak jak w tym przypadku) przez,Mamusie Volkslisty.Tu i teraz,do obo- wiązku„oskarżonej“należało udzielanie odpowiedziedzi na za- dawane jej przez „sędziego“pytania,które były tak formułowa- ne,że odpowiedź,musiała oskarżoną obciążyć! Stąd też,człowiek prowadzący ten przewód sądowy,w pe- wnej chwili wstał i po bardzo krótkim uzasadnieniu wyroku, wypowiedział wreszcie,między innymi i ten wyraz,który był przez wszystkich tutaj obecnych na tej sali,tak oczekiwany: „Winna!!! W tym momencie,wszyscy na sali z ulgą odetchnęli.Główny zarzut,stanowiło podpisanie przez Mamusie Volkslisty.Zasta- nówmy się przez chwilę nad tym,co w świetle prawa miało oznaczać to słowo„winna”?Prawdę mówiąc,to winna czego? Czy z perspektywy już minionego okresu czasu,mógł bym oczekiwać (w przypadku spotkania się z tymi ludźmi),którzy wówczas byli na tej sali,przyznania się z ich strony do popeł- nienia przez nich błędu?Czy ci ludzie,po tych latach,okazali by jakąś chociaż by najmniejszą skruchę?Gdybym miał możliwość spojrzeć im tak z bliska w oczy,to czy powiedzieli by mi,że się tego wstydzą,co wówczas uczynili z moją Mamusią?Jestem niezmiernie ciekawy tego,jakiej wówczas doczekał bym się odpowiedzi i jak zachowali by się ci ludzie,gdybym ich o to zapytał? Przestańmy jednak gdybać.Sentencja wyroku brzmiała: „Winna“!W związku z powyższym,Mamusia została odesłana do Obozu Pracy Przymusowej w Głogowej,gdzie pracowała w warunkach szkodliwych dla zdrowia,przy przesypywaniu„Azo- toxu“. Pewne zło,które bardzo często drzemie w ludzkiej natu- rze,to znaczy między innymi zawiść,jak i chęć odwetu,dawało tu znać o sobie.I jak się okaże,to i w nieco późniejszych latach, mieszkańcy miasta Krośniewic,wprawdzie nie ci sami,ale tacy - 21 - sami,nie byli (jeszcze) w stanie,wyciągnąć żadnych wniosków z lekcji historii.Wszelkie ludzkie poczynania,by można nie- kiedy przyjmować z przymrużeniem oka i określać je mianem swojego rodzaju względności.Lecz okazuje się,że ludzka pod- łość niestety,ale jest zawsze bezwzględna! W okresie Mamusi pobytu w Obozie Pracy Przymusowej, zdarzało się i tak,że Mamusia raz na dwa tygodnie,zjawiała się wieczorem po to,by się móc ze mną zobaczyć i po krótkim po- bycie znów znikała w tej nocnej ciszy i w tej koszmarnej nocnej plamie.Natomiast ja,z ogromnym utęsknieniem czekałem na Mamusi kolejne odwiedziny.Jak to robiła,by móc do mnie dotrzeć,tego do dzisiaj nie wiem?Zdaję sobie sprawę z tego,że nie było to ani łatwe,ani proste.Z pewnością,by móc się ze mną zobaczyć,to wymagało to z Jej strony nie małego zachodu. Moje życie znów uległo pewnej zmianie.Od czasu oberwania „wielkiego lania”,w dalszym ciągu z obawy o pobicie,unikałem samotnego wychodzenia na ulice. Po ostatnim rozstaniu się z Mamusią,zaraz po zapadnięciu wyroku,zamieszkałem u moich dziadków.Prawdę mówiąc,to już i z tego powodu powinienem się czuć o wiele bardziej za- dowolonym z życia.Ponieważ ta zmiana,znaczyła dla mnie bardzo wiele!Nie przebywałem już w tej norze.W tej ruderze bez okien.Nie musiałem już współżyć z myszami i z szczura- mi.Bo ja wreszcie,ponownie zacząłem mieszkać w normalnym mieszkaniu.Nie było to mieszkanie komfortowe.Był to duży pokój,który został przegrodzony ścianą fizyczną,która była wykonana z wzorzystego materjału,na którym można było dostrzec drzewa i jelenie.Tym sposobem,ten duży pokój,został przegrodzony i dzięki temu,dziadkowie weszli w posiadanie pokoju i kuchni.W kuchni,stał przepięknej roboty kredens gdański,stół z krzesłami i kuchnia„westfalka”.Przy kuchni,stał stolik pomocnik i na nim zacier na żur,którego zapach roznosił się wszędzie i drażnił nozdrza. - 22 - Z uwagi na moje przybycie,to przy stole dla nas wszystkich,za dużo miejsca nie było.Trzeba było więc,ten posiłek spożywać na dwie zmiany. Dla mnie osobiscie,to najbardziej ulubionym miejscem w kuchni był ten Dziadziusia warsztacik przy oknie,przy którym mój Dziadziuś wykonywał przepiękne trepy.Tak nazywano obuwie,składające się z drewnianej podeszwy,na którą nakła- dano kawałek skóry i w sposób fachowy mocowano tą skórę przy pomocy gwoździ,oraz miedzianego drutu.Te wszystkie czynności,były wykonywane w odpowiedniej kolejności.Osta- tnią czynnością,było dobijanie gwoźdźi młotkiem! Wówczas,gdy Dziadziuś miał dobry humor,to dopuszczał mnie do swojego warsztatu i ja wtedy stawałem się jego pomo- cnikiem i wspołtwórcą tych przepięknych trepów!Były to dla mnie wyjątkowo miłe chwile,które dane mi było spędzać u moich Dziadków. W drugiej przegrodzonej części mieszkania,znajdowała się przewspaniała szafa gdańska!Zarówno kuchenny kredens jak i ta szafa gdańska,pochodziły z okresu,kiedy moi Dziadkowie byli jeszcze zamożni.Dziadkowie Bigoszewscy,przed wojną byli właścicielami sklepu meblowego,w którym prowadzili sprzedaż przepięknych mebli.Stąd też i te meble,którymi Ma- musia do czasu wkroczenia„wyzwolicieli“tak się szczyciła. Te nasze meble,to były„wiedeńskie“i pochodziły z firmy „Tonette“.Lecz niestety,ale czasy się zmieniły.Sklep został zlikwidowany i moi Dziadkowie wraz ze swoim synem Mieczy- sławem,obecnie żyli ze sprzedaży trumien i trepów,które sami wykonywali.Ta szafa gdańska,zawsze mnie fascynowała i nie potrafilem sobie tego wytłumaczyć ,w jaki sposób ludzkie ręce mogły wykonać takie piękne meble?Nie będę w tym miejscu opisywał szczegółów tych piękności,ale proszę mi uwierzyć,że moim zdaniem,było to„meblarskie arcydzieło”!Był bym nie- zmiernie dumny z racji posiadania takich mebli w moim domu. - 23 - Natomiast tremo,zostało wykonane przez Bigoszewskich.To znaczy,przez Dziadziusia i przez Wujka Mietka.To tremo jako mebel,nie przypadało mi zbytnio do gustu.Lecz mimo to,lubi- łem się często w nim przeglądać,strojąc przy tym głupie mi- ny.Uwagę moją przykuwały zawsze te śliczne przedmioty,któ- re na nim stały.Wśród nich,piękne wyroby ceramiczne,takie jak: kosz do owoców,czy wazony,talerze w kształcie liści,oraz bomboniera.Te wszystkie cacka,były wykonane z fajansu,na który nakładany był drobniutki „makaronik”.Na każdym z tych wyrobów,wtopiona była róża w kolorze kremowym,która była oplatana gałązkami z pąkami róż.Wyroby te były polewa- ne szkliwem w kolorze turkusu.Wnętrza tych wazonów były brązowe.Były to jedne z niewielu eksponatów,na które w szcze- gólny sposób zwracałem moją uwage.Oprócz nich,to od cza- su,do czasu,zawieszałem oko na gitarze i na bandżo.Te in- strumenty były zawieszone na ścianie,lecz ja niestety,ale nie miałem prawa ich nawet dotykać. Te dwa instrumenty,to Wujaszek Mietek otaczał szczególną troską.Potrafił on wydobywać z nich czarowne dźwięki!Zdarza- ło się i to nierzadko,że u Dziadków zjawiali się znajomi i zna- jome.a Wujek Mietek,wtedy śpiewał i na nich grał,zamieniając się w muzycznego czarodzieja. W tym czasie,gdy u Dziadków kwaterowali rosyjscy żołnierze, gnieżdżąc sie na podłogach zarówno w ich mieszkaniu,jak i na korytarzu,to oni mimo swojego zmęczenia i nierzadko zrezy- gnowania,potrafili wyśpiewywać przy akompaniamencie Wujka gitary,lub bandża,przecudowne pieśni rosyjskiej ziemi.Śpiewali oni dumki,czastuszki i inne pieśni,prezentując tym sposobem, przebogaty folklor ruskiej ziemi.A ja,siediałem przykucnięty w kącie kuchni i patrzyłem,jak na podłogach ci żołnierze leżeli w całkowitym bezruchu.To prawda,że byli brudni i bardzo zmę- czeni.Ale niech by tylko który z nich zaintonował jakąś pieśń, to natychmiast pozostali podchwytywali ją i rozśpiewując ją na - 24 - kilka głosów,tym sposobem ozdabiali ją swymi basami,tenora- mi,dochodząc w rezultacie do głosów słowiczych.Ja wówczas słuchając ich śpiewu,dostawałem po całym ciele gęsiej skórki. Jest to niezaprzeczalnie,niesamowicie muzykalny naród. Pamiętam,jak raz taki niepozorny„Starik“,(przy którym zawsze w pobliżu siedział młody chłopak) zaśpiewał swoją pieśń zaczynającą się od słów: „Ja na boczku sieżu,a pad boczkom kaczka,moj mużyk Bolszewik a ja,Hajdamaczka“.To natychmiast inny zaczynał w te słowa: „Tranzwal,tranzwal, strana maja,uże dawno horiła.Ei ty majaa załotaja diewoczka ty maja“.... Tak upływały moje kolejne dni i noce.Nie wszyscy żołnie- rze włanczali się do śpiewania i nie wszyscy z nich,prawdopo- dodobnie czuli się w tym gronie zbyt dobrze i zbyt pewnie.W pewnym dniu,Babcia chciała się zatroszczyć takim nieco star- szym,schorowanym żołnierzem.Przyniosła więc z szafy koc, aby ten „Starik”nie leżał na gołej podłodze.Wówczas odezwał się młody„Starszina”i Babci powiedział: „Nie nada,nie nada. Eto Iewrej“!A Babcia na to:„Żyd,czy nie Żyd,ale to przecież też człowiek“.I koc mu i tak podała.To śpiewanie i granie,mo- żna by powiedzieć,że każdy z Bigoszewskich,to już miał we krwi.Jako,że cała rodzina Bigoszewskich przed wojną śpiewała w chórze „Lutnia”.Mój Tatuś również był członkiem tego chóru i grywał zarówno na kornecie,jak i na wiolonczeli.Ma- musia występowała w Teatrze amatorskim i udzielała się spo- łecznie.Wraz z innymi artystami organizowała zbiórki pienię- żne dla biednych i bezdomnych.Jak się okazuje,to tak zwane „Zbiórki“ („Spendy“) znane były już i w tamtych,(to znaczy,że w tych przedwojennych czasach).Jako pamiątkę z tamtych lat,mam zdjęcie z dedykacją o następującej treści: „Do Pani Heleny Erdmann w miejscu.Komenda Placówki Nr 2 Związku Peowiaków niniejszym składa serdeczne podzięko- wanie Szanownej Pani,za bezinteresowne wzięcie udziału w - 25 - w przedstawieniu amatorskim w dniu 06.01.i 19.01.1937.r.z któ- rych to dochód przeznaczony został na przedszkole prowa- dzone przez miejscowy Z.P.O.K. I na pomoc zimową dla bezrobotnych.Dla zapamiętania tej chwili przesyłam drugo - stronne zdjęcie“. Tu widnieją dwie pieczątki: Komenda Placówki Związku Peo- wiaków w Krośniewicach pow.Kutnowskiego L.dz.6/37,oraz dwa podpisy,sekretarza i Komendanta Placówki. Tak działo się w styczniu 1937 roku.Ja przybyłem na ten świat 23.06.1937 roku.Stąd też Mamusia,rozmawiając ze mną okazjonalnie o tych wydarzeniach,(mając przy tym na uwadze stan ciąży,w jakim wówczas była i grając swoją rolę),to mi z uśmiechem mówiła,że ja to tak właściwie to też już wtedy by- łem i chyba jestem artystą.Jako,że Mamusia grając rolę w sztu- ce teatralnej zatytułowanej„Hanusia Krużańska“ była już w stanie daleko zaawansowanej ciąży.Tak,że ze mną,to było tak,że ja jeszcze nie będąc na tym świecie,to już,można by powiedzieć,że byłem artystą! Powracając do obecnej rzeczywistości,to może by należało w tym miejscu zapytać: - I cóż pozostało z tych wdzięczności? Co pozostało z tych pięknych,okrągło wypowiadanych(i jak się to nieco później okazało),to z tych nic nie znaczących słów? Gdzie i jakimi to drogami ta wdzięczność zdołała uciec?Gdzie podzieli się ci dobrzy ludzie,ci współtwórcy tych przewspania- łych spektakli,z którymi na tych samych deskach scenicznych wystąpowała moja Mamusia? Zejdźmy jednak z tych desek scenicznych na ziemię. Rosjanie poszli dalej za„Germańcem”na Poznań,dzięki czemu u dziadków w mieszkaniu,przybyło nieco więcej miejsca.Ma – musia w dalszym ciagu przebywała w Obozie Pracy Przymuso- wej w Głogowej,a ja w dalszym ciągu sypiałem wspólnie z mo- im wujkiem w jednym łóżku w sposób „specjalny“.To znaczy w nogach. - 26 - To było tak,że Wujek spał zupełnie normalnie,natomiast ja,miałem głowę tutaj,gdzie mojemu kochanemu Wujaszkowi kończyły się nogi.Powiem zupełnie uczciwie,że to spanie,nie przypadało mi zbytnio do gustu.Od pewnego czasu,zacząłem się zastanawiać nad tym w jaki sposób i co tu powinienem wykombinować,bym nie musiał wąchać tych Wujaszkowych nóg?Podobno to jest prawdą,że nad każdym z nas czuwa opatrzność.Okazało się,że pewnej nocy,również i do mnie ta opatrzność dotarła! Stało się to tak,że pewnego wieczoru,wszyscy domownicy ułożyli się już na spoczynek.Równiez i ja z moim Wujaszkiem zdołaliśmy się już w tym naszym wspólnym łóżku odpowied- nio poukładać.Chyba każdy z nas o tym wie,że ten spokojny i zasłużony sen,dla każdego z nas,staje się jak gdyby dobrodziej- stwemi w czasie trwania naszego dugiego jestestwa.Bowiem w czasie snu,czasem z nami dzieją się rzeczy przedziwne! Nędzarz staje się królem,koń zamienia się w ptaka.Mała rybka,zamienia się w wieloryba.Jednym słowem,w czasie snu, wszystko staje się możliwe! Musieliśmy już wszyscy „zdrowo” spać,gdy nagle,w czasie trwania tej śmiertelnie panującej ciszy,dał się słyszeć przera- żliwy krzyk,który musiał pochodzić od osoby,która wrzeszcza- ła tak straszliwie,jak by ją ktoś żywcem obdzierał ze skóry!Z tą chwilą,wszyscy,jak jeden mąż,zerwaliśmy się w jednym oka mgnieniu na równe nogi (co prawda,to ze mną i z Wujaszkiem nie poszło tak gładko,jako,że nasze nogi były strasznie poplą- tane).Jednak w momencie,kiedy wszyscy staliśmy bosymi no- gami na podłodze,a Dziadzius zapalił światło,wówczas usły- szeliśmy głos mojego Wujaszka Mietka,który nie krzyczał,ale na cały głos wrzeszczał: „Tego już za wiele.Mnie się też coś od życia należy!Żebym ja się nie mógł spokojnie wyspać i to w moim własnym domu” ? Tak i to na cały głos, mój Wujaszek Mietek wykrzykiwał. - 27 - W pewnej chwili,Babcia najspokojniej w świecie wujka zapyta- ła: „Powiedz no Mieniu dlaczego ty tak strasznie krzyczałeś i jeszcze w dalszym ciągu krzyczysz ? Czy ci się coś złego śniło? Czy cię jakieś zło nawiedziło?Czy cię mary oblazły”? Na co Wujek: „Nic mi się nie śniło!I nic mnie nie oblazło,ale jak by tak Mame (czyli moją Babcie)ktoś tak kopnął (i w tym mo- mencie Wujek wskazał na to miejsce,z którego rozchodzą się dwie nogi),to jestem pewien,że i Mama też by tak,a może i je- szcze głośniej ode mnie krzyczała“? Tej nocy,ze strony Wujka,było jeszcze dużo marudzenia.Bab- cia,pragnąc Wujka ułagodzić,to przygotowała mu nawe(czy to było potrzebne w tym momencie,czy też nie),jego ulubioną sodkę,którą bardzo lubił sobie okazjonalnie przyrządzać „na zołądek“.Ta sodka,stosowana była przy każdej niemal okazji. Ona była„lekiem na wszystko“.W składzie tej„miksturki“znaj- dowała się soda oczyszczana,woda i oczywiście ocet.Ja nazy- wałem to poprostu skrótowo „szy“.A to z tego powodu,że z chwilą,gdy te wszystkie składniki znalazły się w szklance (i to z octem włącznie),to należało jeszcze tylko tą miksturkę za - mieszać łyżeczką,i z tą chwilą,podczas łączenia się tych skład- ników,nie słyszało się nic innego,jak tylko:„szszszszyyyy“!Na drugi dzień,nikt o niczym innym nie rozmawiał,jak tylko o tej strasznej nocy.Babcia okazywała szczególne współczucie Mieniowi,a Dziadziuś,to od czasu do czasu puszczał do mnie takie przymróżone (perskie) oko.Natomiast ja,nie wiedziałem co mam ze sobą począć? Zdawałem sobie już po części sprawę z tego,że znów znalazłem się w fatalnej sytuacji.Lecz nie wiedziałem co z tym fantem mam zrobić i co gorsze,to to,że nie wiedziałem co mnie czeka?Przy obiedzie,znów został podniesiony ten paskudny temat i ponownie wałkowano o tej nieszczęsnej nocy.Lecz w pewnej chwili,odezwał się mój kochany Dziadziuś i rzekł: „Na miłość Boską,czy my nie możemy Januszkowi sklecić jakiejś - 28 - wąskiej pryczy,którą by można koło szafy ustawiać co wieczór na dwóch krzesłach?I na niej by się mógł wreszcie chłopak swobodnie przespać”?I rzeczywiście,jak przystało na dwóch staryc,doświadczonych i jeszcze do tego dyplomowanych sto- larskich rzemiochów,to to łoże,na którym miałbym sobie swo- bodnie i wygodnie sypiać,okazało się,że po jego skleceniu,było niczym innym,jak tylko bardzo wąziutką pryczą!Podkreślam w tym miejscu wąziutką,ponieważ w czasie moich pierwszych nocy,udało mi się dwa razy z niej spaść!Jednak po nabraniu wprawy i wiedząc już z jakimi figurami należy się podczas snu na niej obracać,aby z niej nie spaść,to po pewnym czasie,przy- zwyczaiłem się do tego spania,traktując tą pryczę,tak jak kró- lewskie łoże!Wujek Mietek,tak jak przystało na prawdziwego mężczyznę,nie czuł do mnie pretensji za tą nocną kontuzję, kontuzję,której przecież byłem (to prawda,że niechcącym),ale jednak sprawcą. I znów mijały dni i tygodnie.Moim placem zabaw było teraz już tylko podwórko znajdujące się z tyłu za domem i sąsiadujące z tą wstrętną ruderą,w której jeszcze nie tak dawno mieszkałem. W tym okresie czasu,docierał do mnie jedyny mój jedyny pradziwy kolega,który miał na imie Włodek.Bawiliśmy się w saperów.Wyjmowaliśmy z kul armatnich takie długie zielone makarony i je podpalaliśmy i przyciskaliśmy je butem.Po chwi- li jak się nogę podniosło,to ten makaron latał w powietrzu i przy tym syczał i straszliwie smrodził!Był to oczywiście proch. Wielu innych,takich jak i my„saperów“ przy tego rodzaju ope- racjach pozbywało się rąk,lub nóg,a bywało i tak,że rozstawało się z życiem. Żałowałem wciąż tego,że nie mogę wejść do środka czołgu, który stał w niedalekiej odległości,zaraz za kończącym się mu- rem,który okalał byłą posiadłość Hrabiny Rembielińskiej.Było to zbyt daleko i wiedziałem,że gdybym się zapuścił w tamtą - 29 - stronę,to by mnie chłopaki dorwali i pobili.Ten czołg,był po- malowany na biało i stał w stawie. Z nastaniem wiosny,Straż Pożarna organizowała w parku Hrabiny Rembielińskiej Wielką Loterie Fantową.Członkowie Straży Pożarnej chodzili po domach i zbierali fanty.Wujek Mie- tek był jednym z jej organizatorów.W straży to Wujek był kierowcą.Czasem Wujek zabierał mnie ze sobą do parku,abym się (jak mówił) nieco przewietrzył.Do Wielkiej Loterii Fanto- wej,pozostały jeszcze tylko trzy dni.Zarówno organizatorzy,jak i większość mieszkańców miasta,przebywała już w parku na codzień,nie mogąc się doczekać tego wielkiego wydarzenia.W czasie naszego pobytu w parku,Wujek prowadził z jakimś znajomym ożywioną rozmowę?Natomiast ja,stałem za drze – wem i z wielkim uchem,przysłuchiwałem się o czym oni roz- mawiają?Okazało się,że ten temat jest mi już nieco znany,po- nieważ Wujek omawiał już tą sprawę w domu.Dotyczyła ona psa,którego udało się Wujaszkowi otrzymać na loterię.Cały dowcip polegał na tym,że to był zwykły kundel.Lecz ofiaro – dawca tego psa,w sposób niezmienny Wujka zapewniał,że: „To jest rasowy pies”.„I,że to jest niezwykły pies i co ważne,że to jest Ślamka pies.I,że on jest piepszony z wilkiem i z ber- nardynem”.A to,że on tak wygląda,jak wygląda,to wcale o tym nie świadczy,że on nie jest rasowy.Przyjdzie czas i na jego wygląd“.Z tego by miało wynikać,że ten pies miał przebogaty rodowód i można by z całą powagą i szczerością stwierdzić,że ten kundel,to wcale,a wcale,nie zasługiwał na taki wygląd,jaki dotychczas posiadał.Lecz cóż,wyglądu psa nie da się tak łatwo zmienić!Można by go jedynie przefarbować.Ale ani wilka,ani bernardyna to z pewnością zrobić się z niego już nie da! Wiosna dosyć szybko przemieniała się w lato.Chłopcy w głównej alei spacerowej siedzieli pod drzewami i grali w kamy- czki,lub starając się wbijać scyzoryk w ziemię,grali w tak zwa- ne„pikuty“ . - 30 - Ludzie spacerowali aleją,a dzieci trzymając się za ręce swoich rodziców,zaczynały stawiać swoje pierwsze kroki.Tylko ja,jak jakiś dzikus,umykałem poboczami,tak żeby mnie nikt nie dojrzał.Tak właściwie,to kogo i czego i z jakiego powodu,ja nieustannie musiałem się bać?Czy to tak miało być ze mną już zawsze?I czy to się już nigdy nie skończy? Pewnego wieczoru,otworzyły się drzwi mieszkania,i w nich ukazala się moja Mamusia.Gdy na nią spojrzałem,to wydawała mi się zupełnie inna niż zawsze.Jeszcze nie potrafiłem sobie udzielić na to odpowiedzi,czemu należało by przypisać tą jej inność?Mamusia tym razem,miała zupełnie inny wyraz twarzy. Uśmiechając się smutno,przywitała się z każdym z nas i sia- jąc na wolnym krześle,zaraz na wstępie powiedziała,że posta- nawia zmienić ten swój dotychczasowy los,to znaczy ten trwa- jący koszmar,który doprowadza ją do krańcowego wyczerpania oraz do krańcowej wytrzymałości i,że to wreszcie musi się skończyć! Mamusia w tym czasie,kiedy przebywała w Obozie Pracy Przymusowej,to poprzez swojego adwokata,czyniła starania o uzyskanie rechabilitacji.Lecz niestety,ale z informacji,którą on Mamusi przekazywał,to Mamusia niezmiennie,słyszała : „Pani Heleno,niestety,ale i tym rarazem sąd odrzucił Pani prośbę,do- tyczącą Pani rehabilitacj”.Inaczej mówiąc,to Mamusia otrzy- mywała z Sądu nieustannie tylko same odmowy. Tak było i tym razem. - „Znów otrzymałam odmowę“,po- wiedziała to bardzo znęgbionym i załamanym głosem.„Dalej tak nie potrafię żyć“!Natomiast jeśli chodzi o Mamusi adwoka- ta,to on jej zdarzeniem nie przykładał się zbytnio do tego,aby Mamusia otrzymała tą przez nią tak upragnioną i jej zdaniem należną jej rehabilitację.On ciągnął sprawę i jak to Mamusia wyraziła swoimi dosadnymi słowami,to: „On doił pieniądze ze mnie do ostatka“.To by miało znaczyć,że on od Mamusi wyłudzał zarówno kosztowne rzeczy,jak i pieniądze,które jesz- - 31 - cze posiadała z tak zwanych „starych czasów“.W takim klimacie wewnętrznych sprzeczności,Mamusia będąc pod wra- żeniem tej ostatniej odmowy,postanowiła poprostu,gdzieś uciec!Tym bardziej,że już od dosyć długiego czasu,do Krośnie- wic zaczynały docierać,(wprawdzie w jeszcze bardzo mgliście przedstawianych obrazach) informacje o tym jeszcze dotych- czas nikomu bliżej nie znanym „Dzikim Zachodzie“. Najprawdopodobniej Mamusia musiała już gdzieś wcześniej zasłyszeć o tym jakimś„Eldorado“,do którego i ona zapragnęła dotrzeć?Właśnie tam,zaczęła upatrywać miejsca swojego przy- szłego schronienia,licząc na to,że właśnie tam znajdzie dla sie- bie ten od tak dawna oczekiwany i upragniony spokój.Narada rodzinna trwała do późna w noc.Ustalono,że jeszcze tej nocy, Mamusia opuści swoje rodzinne miasto,swoją rodzinę i mnie, udając się w nieznane!W chustce na głowie,w ciemnych okula- rach odpowiednio ucharakteryzowana,z małą walizeczką w rę- ce,przy pomocy Wujka Mietka,Mamusia dostała się na stację Kolei szerokotorowej,skąd już tylko sobie wiadomym sposo- bem dotarła na „Dziki Zachód“. To znaczy,że zdołała dotrzeć do tego„Eldorado“,którym jak się wkrótce okazało,stało się dla niej małe osiedle,które przez pewien czas nazywane było jako„Łokietek”,którego nazwa,po upływie pewnego czasu,została przemianowana na Walim. Po wyjeździe Mamusi na Zachód,moje życie po raz kolejny uległo radykalnej zmianie!Bowiem w wyniku decyzji moich dziadków,zostałem przekazany do moich kolejnych krewnych, to znaczy,do rodziny Stępniaków.A mówiąc dokładniej,to do Cioteczki Marysi ,(która była„rodzoną siostrą” mojej Mamusi. Cioteczka,mieszkała wraz ze swoim mężem Zgmuntem Stęp - niakiem,którzy zaraz po wojnie przenieśli się na tak zwane „Place“,zamieszkując w domu Pani Tarasiewiczowej.Była to dla nich swojego rodzaju noblitacja.Pani Tarasiewiczowa,by- ła już starszą Panią,wywodzącą się z tak zwanej„dobrej rodzi- - 32 - ny,która będąc wdową,żyła samotnie.Dosyć często,odwiedzał ją jej bliski krewny Pan Witek,który był mężczyzną bardzo nis- kiego wzrostu,z bardzo pokaźnie wysuniętą do przodu klatką pieriową.Jednym słowem, ( jak by to co niektórzy wówczas o nim powiedzieli),był to człowiek pokrzywdzony przez los.Dom był przepiękny i piętrowy.Na parterze,mieszkała Pani Tarasie- wiczowa z tym krewnym,a na górze,zamieszkali Stępniakowie. Ta rodzinka,składała się
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Europejczyk
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: