Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00620 008095 20596164 na godz. na dobę w sumie
Faust - ebook/pdf
Faust - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-959563-0-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dramat
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Nowe tłumaczenie całości Fausta (część I i II); łatwe w czytaniu, przez swobodny, naturalny, pozbawiony anachronizmów język. Układ i rodzaj rymów jest w przeważającej części tekstu taki sam, jak w oryginale. Tłumaczenie zostało opatrzone przypisami tam, gdzie są one konieczne dla zrozumienia treści lub kontekstu.

 

Faust to według określenia Goethego „bardzo poważny żart”. Opowiada o perypetiach uczonego, który – załamany niemożnością dojścia do pewnej i pełnej wiedzy – odwraca się od nauki i zawiera pakt z diabłem. Diabeł, mądry i cyniczny, umożliwia mu odzyskanie młodości, staje się jego nieodzownym towarzyszem i pomaga mu, stosując własne środki, osiągać kolejne cele. Osadzona w średniowieczu, może w czasach cesarza Karola IV, historia Fausta – częściowo pokazana realistycznie (uwiedzenie Gretchen), częściowo w konwencji fantastyczno-mitologicznej (przygody na cesarskim dworze, związek z Heleną) – dotyka takich kwestii, jak poznanie, prawda, wolność woli, miłość, zbrodnia i kara, odpowiedzialność za własne czyny, piękno, a nawet – głęboka ingerencja człowieka w przyrodę. Pozostaje przez to lekturą ponadczasową, i zawsze aktualną.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

JOHANN WOLFGANG GOETHE F AU S T T R A G E D I A Przełożyła Ewa Dąbrowska Tytuł oryginału FAUST. EINE TRAGÖDIE Projekt oprawy Mieczysław Knut Copyright for the Polish translation Ewa Dąbrowska 2020 ISBN 978-83-959563-0-0 W wysoko sklepionym, ciasnym, gotyckim pokoju Faust, niespokojny, w swoim fotelu przy pulpicie. N O C FAUST: Już filozofię studiowałem, i medycynę, prawo całe. Z wysiłkiem i staraniem, z pracą. I teologię też. I na co? Wszak jestem – na to był mój trud - tak mądry teraz, jak i wprzód. Magister! Doktor! Pośród ksiąg otacza mnie studentów krąg, których od lat mój pewny głos nie uczy – wodzi ich za nos! I widzę, że nic! wiedzieć nie będzie nam dane, to mnie boli, i boleć nad tym nie przestanę. Wiem przy tym, że sprytniejszy się zawsze okażę, niż klechy i doktorzy, magistrzy, pisarze. Obca mi jest skrupułów i wahań udręka, czarta ni kary wiecznej, piekła, się nie lękam. Lecz za to są mi obce i radości cudze: nie wiem nic prawdziwego, nie mam żadnych złudzeń. Nie łudzę się, że uczę wartościowych rzeczy, że ludzi mogę zmieniać, nawracać lub leczyć. Wspaniałości ni chwały nie wydarłem światu, nie mam ziemi, pieniędzy, nie mam złota szkatuł... I pies nie miałby chęci na podobne życie! Dlatego w końcu magii oddałem się skrycie, by część tajemnic poznać wprost przez ducha siłę, moc i głos; bym się nie musiał męczyć tak, ucząc, gdy wiedzy o czym brak; bym poznać mógł, co scala świat, co daje mu wewnętrzny ład. W nasienie zajrzyj, w moc działania! Dość w pustych słowach przebierania. Żebyż ostatni padał raz dziś na mój ból księżyca blask! Blask, co w niejedną noc się lał na księgi, które-m czytać miał. A gdy wznosiłem wzrok znad ksiąg, patrzałem w pełny, jasny krąg. Gdybymż na góry szczyt wejść mógł, brodzić wśród białych światła smug, i, nie tkwiąc dłużej w ciała granicach, wprząść się z duchami w światło księżyca, kąpać się w jego srebrnych promieniach, wolny od wszelkich cierpień sumienia! 17 Biada mi! Czy wciąż jeszcze tkwię, w ciemnej, więziennej dziurze tej? Nawet dnia światło z grubych szyb sączy się mdło na stół i skrypt. Ograniczony kupą ksiąg, w których robaki lęgną się, w które kurz i pot wieków wsiąkł, które pod sufit piętrzą się; wokoło puszek, retort skład, narzędzi stos, palników, rur, praojców ziół i maści zbiór - to jest twój świat? To ma być świat? I pytasz jeszcze, czemu lęk jak drzazga w serce ci się wpił? Czemu tak ból zniewala cię, że brak ci do radości sił? Bóg człowiekowi życie dał, by wśród natury żywej żył; ciebie - otacza ciasny zwał kości i czaszek, proch i pył. Uciekaj! Śpiesz daleko stąd! Nostradamusa pism weź zbiór; on w sedno rzeczy da ci wgląd, przewodnik to jest twój i wzór. Poznasz z nim bieg niebieskich gwiazd, a gdy Natury wieczny głos pouczy cię - poczujesz w czas duchowej siły nagły wzrost. Z duchami wtedy mówiłbyś jak duch im równy; właśnie tak! Na darmo tutaj sucha myśl objaśnia ten czy inny znak. Duchy, co wokół mnie krążycie! Znak dajcie, jeśli mnie słyszycie! Patrzy na znak makrokosmosu. Ha! Jakąż rozkosz sprawia moim zmysłom rysunek ten; ład na nim przedstawionych brył. Jak gdyby źródło szczęścia w sercu mi wytrysło; czyste szczęście pulsuje w każdej z moich żył. Kto znaki te rysował? Czyżby jakiś Bóg? One zamęt łagodzą, co duszę przewierca, one radość wlewają do biednego serca, pozwolą, bym Natury siły poznać mógł. Czy Bogiem jestem? Tak mi lekko znów! I gdy czystymi liniami wzrok sycę, dusza w działań Natury wnika tajemnice. Dziś dopiero pojmuję sens tych mędrca słów: 18 Zamknięty nie jest przed tobą świat ducha; to twe serce jest martwe, a zmysły tkwią w śnie. Swe ziemskie ciało musisz, mój uczniu, posłuchaj, kąpać w porannym blasku przez twe wszystkie dnie. Przygląda się znakowi. Jak ściśle jest sprzęgnięta rzeczywistość cała, jak jedno w drugim żyje, jedno w drugim działa! Siły nieba w dół schodzą, wchodzą wzwyż z powrotem, wzajem sobie podają dzbany szczerozłote. Są jak powiew, co, siejąc balsamiczne wonie, przez ziemię na skroś z nieba nieustannie wionie, kosmosowi nadaje brzmienie i harmonię. Jakiż spektakl! - Niestety, tylko to akurat. Gdzież da się schwycić, poczuć bezbrzeżna Natura? I gdzież was dotknę, piersi, z których płynie życie, u których zawieszone są ziemia i niebo? Tak rwę się do was z palącą potrzebą. Czy próżno? Wszak wy karmicie, krzepicie? Niechętnie przewraca kartki książki i patrzy na znak Ducha Ziemi. Jak różnie ten znak na mnie działać już zaczyna. Ty, Duchu Ziemi, bliższy byś mi był. Od razu czuję przypływ nowych sił, i płonę niczym od młodego wina. Oto czuję, narasta już we mnie odwaga, by dźwigać ziemskich bólów i rozkoszy bagaż, by stawić czoła wszelkim burzom i zawiejom, i by mnie przy rozbiciu statku lęk nie przejął. Nade mną się zamyka mrok – Księżyc zaciemnia się – lampa przygasa – i ćmi! – czerwone promienie krążą mi wokół głowy – z sufitu wionęło i dreszcz objął mnie! Czuję! przy mnie jest ubłagany Duch! Okaż mi się! Rozrywa mnie krwi w żyłach oszalały ruch! Uczucia nowe, niepojęte! Zmysły jak struny napięte! Oddam ci się, bez wahań, sercem, duszą całą! Musisz! Musisz! I choćby życie mnie to kosztowało! Chwyta książkę i tajemnie zaklina znak Ducha Ziemi. Czerwonawy płomień drży, w płomieniu pojawia się Duch. 19 DUCH: Któż to mnie woła? FAUST odwracając się: Biada! Straszliwe oblicze! DUCH: Głos twój do mojej sfery nawet dotarł, przyciąga mocno mnie twoja istota, więc... FAUST: O, znieść cię nie mogę, choć cię sobie życzę! DUCH: Oto się przychyliłem do twych próśb i błagań, byś me oblicze widzieć, mój głos słyszeć mógł. Dla ciebie świata zmysłów przestąpiłem próg i jestem – lecz opuszcza cię teraz odwaga? Lęk zdjął cię, nadczłowieku ? Gdzie twej duszy zew? Gdzie pierś, co świat zamknęła w sobie? Czyżby krew w twych żyłach nie krążyła, wzburzona z radości, gdyś, by się równać duchom, prawo sobie rościł? Gdzież Faust, którego dotarł do mnie głos? Który dążeniu do mnie poświęcił swój los? To jesteś t y, którego moje jedno tchnienie po dno duszy przejmuje przerażenia drżeniem? robak, który się w kurzu ze strachu wygina... FAUST: Co? Mam płomienna zjawo, ustąpić przed tobą? To ja, Faust! Staję, tobie równy, obok! DUCH: W życia nurtach, w kipiących czynach wznoszę się w górę lub opadam, przędzę tkam, narodziny i grób, w wiecznym morzu trwam, wciąż zmienne przędzenie, wciąż życia płomienie – tak na krosnach czasu przędę, żywą szatę boskości dzieję rząd za rzędem. FAUST: Jakże się bliski tobie, Duchu Czynu, czuję, kiedy okrążasz świata przestrzeń ciemną. DUCH: Ty porównuj się z duchem, którego pojmujesz. Nie ze mną! Znika. 20 FAUST załamując się: Nie z tobą? Z kim więc? Ja, na boskości podobieństwo, i nawet nie z tobą? Pukanie. Przekleństwo! Znam to, to na pewno Wagner. Zniszczył mi chwilę najwyższego szczęścia. Czemuż przyszedł tu, nudziarz, kiedy się zagęszcza krąg obrazów? Gdy pobyć sam z duchami pragnę? Wagner w szlafroku i mycce, z lampą w ręce. Faust odwraca się niechętnie. WAGNER: Wybaczcie, że wam spokój na chwilę zakłócę. Słyszę wasz głos; czytacie pewnie grecki dramat? Chętnie bym coś skorzystał przy was na tej sztuce, bo dzisiaj wiele znaczy nawet dykcja sama. O, już nieraz słyszałem: komediant by mógł nawet księdza nauczyć wielu ze swych sztuk. FAUST: Tak, gdy jest komediantem ksiądz. Jedno się z drugim może sprząc. WAGNER: Ach, jakże mam świat popchnąć na właściwą drogę, gdy w swym zamknięciu żyję? Jak wskażę mu cele, skoro widzieć go tylko przez lunetę mogę, i to rzadko, bo ledwie w niektóre niedziele? FAUST: Nie uda wam się, jeśli nie czujecie tego, jeżeli nie tkwi to głęboko w was. Zniewolicie słuchaczy tylko, gdy spostrzegą, że z serca wydzieracie sobie każdą z fraz. Siedźcie sobie w pracowni i pełni mozołu warzcie swoje przysmaki z resztek cudzych uczt! Dmuchajcie, by żar dobyć, w swą kupkę popiołu! Ale to nie jest do serc i dusz klucz. Zyskacie tak, jeżeli to was właśnie kusi, na pewno duży podziw dzieci albo małp. Lecz do własnego serca sięgnąć najpierw musi ten, kto by do serc cudzych także dotrzeć chciał. WAGNER: Udany wykład trudy mówcy wynagrodzi. Wiem, że czeka mnie jeszcze pracy wiele godzin. 21 FAUST: Niechaj nie będzie, jak krzykliwy błazen! Niechaj mu idzie o rzetelny zysk! Bez sztuk się wszak wykłada – i łatwo zarazem – zdrowy rozsądek i rozumna myśl. A gdy macie poważnie coś do powiedzenia – też się właściwe słowa znajdą bez wątpienia. Wasze mowy, choć każda z nich jest błyskotliwa, choć się nawet ludzkością zajmujecie w nich, są jak wiatr, który liście uschnięte podrywa, bo pokrzepienia w nich nie znajdzie nikt. WAGNER: Ach, Boże! Kunsztu się długo nabywa, a nasze życie krótko trwa. Często przy pracy lęk mi serce rwał, że nie zdążę jej skończyć, tak jak rolnik żniwa. Jakże się ciężko do wiedzy dociera, przez którą droga do źródeł się pnie! Lecz zanim człowiek przejdzie i połowę z niej – czas mu się kończy, i musi umierać. FAUST: Czy uważasz pergamin za tę świętą studnię, z której woda pragnienie wiecznie gasi? Tak? Wiedz, że to wszystko będzie cię pokrzepiać złudnie, czego w twej własnej duszy brak. WAGNER: Ach, wybaczcie! Lecz przecież jest wielką rozkoszą, poczuć, jak w ducha czasów pisma nas przenoszą; gdy widzimy, jak mędrcy myśleli przed nami i jak daleko my doszliśmy sami. FAUST: O, tak, daleko, aż do gwiazd! Mój przyjacielu, przeszły czas jest nam księgą zamkniętą na siedem pieczęci. To zaś, na co duch czasu wy chętnie mówicie – w rzeczywistości czasu jest tylko odbiciem we własnym duchu waszym; to powiedzieć chcę ci. Często, doprawdy, aż żal serce ściska; starczy, by od was uciec jeden oka rzut: tylko śmietniki, tylko rumowiska! I jeszcze wyższe racje głosicie jak z nut. O świetnie pragmatycznych mówicie zasadach, jak to się marionetkom godzi i wypada. WAGNER: Ludzkie serce i duch! Natura i świat! Poznania o tym łaknie każdy w każdej porze. 22 FAUST: Kto co poznaniem nazwać byłby rad. Któż właściwym imieniem nazwać dziecko może? Nielicznych, co poznali rzeczy bieg i prąd, i, głupi, nie ukryli tego w swoim sercu, palono, krzyżowano zawsze jak bluźnierców, kiedy zdradzali tłuszczy swój w Naturę wgląd. Proszę was, przyjacielu, jest już noc głęboka. Na ten raz trzeba przerwać nam rozmowę tutaj. WAGNER: Chętnie bym przez noc cała nie zmrużył i oka, byle trwać mogła nasza uczona dysputa. Lecz jutro, w dniu Pańskiego Zmartwychwstania, pozwólcie, bym wam zadał znów jakieś pytania. Studiowałem żarliwie, z zapałem; dlatego wiele wiem. Chcę się jednak dowiedzieć wszystkiego. Odchodzi. FAUST sam: Jak wciąż nadzieja może rozświetlać źrenice komuś, kto orze tak jałową niwę! Grzebie w ziemi, chcąc dobyć z niej skarby prawdziwe, a jest zadowolony, gdy znajdzie dżdżownicę. Dla miejsc tych, w których duchy otaczały mnie, taki głos ludzki stanowi obrazę. Lecz, najnędzniejszy z tłumu, co przez życie brnie, muszę dziękować jednak ci tym razem. Gdy mi poryw rozpaczy zmysły zniszczyć chciał, zwątpieniu twoje tutaj przyjście mnie wydarło. Ach, Duch był tak olbrzymi, gdy przede mną stał, że ja sam powinienem czuć się równy karłom. Ja! Ja obraz boskości, który-m już nad swoje człowieczeństwo ziemskie się wynosząc, w niebiańskim blasku pławił się z rozkoszą, przy lustrze wiecznej prawdy zdawał się być tuż. Ja, więcej niż Cherubin, com zuchwale chciał czuć płynącą w Natury żyłach własną siłę; w tworzeniu już się życiem boskim upoiłem... Jak pokutuję za to, czego doświadczyłem! Grzmiące słowo przeszyło mnie jak celny strzał. Nawet więc twoim nie jestem zwierciadłem. By wezwać cię tu moc tylko posiadłem. Żebym-ż zatrzymać ciebie siłę jeszcze miał! A w tamtej chwili czułem, jak me szczęście rośnie, tak wielkim i tak małym się poczułem w niej. Lecz odepchnąłeś zaraz bezlitośnie w niepewny los człowieczy mnie. 23 FAUST budząc się: Czy to oszustwo? czy nad moją pryczą przepłynął zwiewny mar i duchów ciąg? Czy sen mi diabła pokazał zwodniczo? i czy mi pudel w ciemność nocy wsiąkł? P O K Ó J D O P R A C Y Faust. Mefistofeles. FAUST: Ktoś puka? Wejść więc! Kto mnie znów chce nużyć? MEFISTOFELES: To ja! FAUST: Więc wejdź! MEFISTOFELES: Trzy razy musisz to powtórzyć. FAUST: Wejdź zatem! MEFISTOFELES: Dobrze! Tak mi się podobasz. Na zgodę między nami ciągle mam nadzieję. Czy ci nowym wyglądem zły humor rozwieję? Dziś jako szlachcic tu przybywam, zobacz! Koszulę mam z jedwabiu i czerwoną szatę obszytą złotą nicią, srebrem i brokatem, przy kapeluszu pęk kogucich piór, u boku długą, ostrą szpadę. I tobie chcę dać dobrą radę: ubierz się także na mój wzór! By cię nie niewoliło nic, byś zaznał, co to znaczy żyć! FAUST: Ja będę w każdym stroju, który byś mi dał, udręk ciasnego życia ziemskiego ofiarą. Żeby się tylko bawić, czuję się zbyt staro, zbyt młodo, bym się wyrzec wszelkich pragnień miał. A jakież świat wypełni mi pragnienia? Wciąż nawołuje nas do wyrzeczenia. Wyrzeknij się! – ten wieczny głos, każdy wciąż słyszy, każdy zna. Drwiąco to nuci, w ucho wprost, każda godzina życia nam! 46 Płakać bym gorzko chciał nad każdym dniem, od świtu, obudzony przez poranną wrzawę, bo mi nie spełni ten dzień nowy, wiem, żadnego z pragnień. Ach, jednego nawet! Będzie z uporem niszczył we mnie też choćby i wątłą radości nadzieję; każdy zrodzony w sercu szczęścia dreszcz wśród dnia grymasów pośpiesznie topnieje. A kiedy zmierzch spowija ziemię w cień i chłód, pełen lęku się kładę na nocny spoczynek; bo wiem, że sen mnie będzie również strachem gniótł i nie da mi wytchnienia nawet przez godzinę. Mych wszystkich sił jedyny bóg i pan, który w mej piersi ma swoje mieszkanie, mną może wstrząsnąć, we mnie dokonywać zmian, lecz poza mną niczego ruszyć nie jest w stanie. I tak mi jest ciężarem tylko byt, za śmiercią tęsknię, życia smak mi zbrzydł. MEFISTOFELES: Lecz chętnie nikt nie idzie na śmierci spotkanie. FAUST: O, szczęśliwy ten, komu śmierć oplata skroń krwawym laurem, gdy w triumfie czci zwycięstwa swoje; ten, którego znajduje śmierci chłodna dłoń wśród tańca i miłości szalonych upojeń. Ach, gdybym tak i ja, poznawszy Ducha moc, był w tamtej chwili szczęścia też wyrwany z życia! MEFISTOFELES: Ale jednak nie wypił ktoś w pamiętną noc wiadomego napoju, choć brał się do picia. FAUST: Szpiegowanie się zdaje być twoją zasadą? MEFISTOFELES: Wszechwiedzący nie jestem; lecz wielu spraw świadom. FAUST: Skoro mnie z myśli szalonych zamętu wyrwało parę słodkich, znanych nut, i dźwięk z dzieciństwa radosnych momentów uczuć niewinnych resztkę we mnie zwiódł – to ja przeklinam wszystko, co duszę oplata siecią ułudnych przynęt; co nadzieją jest, która nas zwodząc, jak zręczny szarlatan, wciąż trzyma duszę w tej jaskini łez. 47 Przeklęte wzniosłe myśli i zamiary, którymi chętnie się otacza duch, przeklęta jasność zjawisk, które swoim czarem w zmysły się sączą, myśl wprawiają w ruch. Przeklęte, co nas oszukuje snami, o sławie, w której będę wiecznie istnieć mógł; przeklęte, co nas jako własność mami, kobieta, dziecko, parobek czy pług. Przeklęta niechaj też mamona będzie, gdy nas dla jej zdobycia na czyn śmiały stać; gdy, mając naszą gnuśną wygodę na względzie, poduszki miękkie będzie nam pod plecy słać. Przeklinam wino, gdy się, pieniąc, w kubki leje! Przeklinam miłość, wielką i prawdziwą! Przeklinam wiarę! Przeklinam nadzieję! A nade wszystko przeklinam cierpliwość! CHÓR DUCHÓW niewidzialny: Biada! Biada! Zniszczyłeś swój piękny świat! W proch się rozpada, zatraca ład. Półbóg go ciosem rozbił swej pieści, strzaskane części w nicość niesiemy, płaczemy nad Pięknem postradanym. O, synu ziemi, ty, podziwiany, potężny w swych piersiach prężnych świat swój odbuduj, nie żałuj trudu, rozpocznij na nowo życie miej myśl należycie jasną, klarowną. MEFISTOFELES: Słuchaj, jak mądrą darzą cię radą; znaj życia jądro, czyny i radość! Opuść bezludzie, gdzie żyjesz w nudzie. Niech świat cię znęci, żyć w nim miej chęci! Przestań wreszcie zajmować się swoją zgryzotą, która ci życie, jak sęp, wyszarpuje! 48 Najpierw w złe towarzystwo wprowadzę cię po to, byś poznał, jak się człowiek między ludźmi czuje. Nie to jest jednak moim celem, żebyś z hołotą się pobratał. A choć nie jestem z wielkich tego świata, to chętnie z tobą własny los podzielę. Jeśli chcesz ruszyć ze mną w dalszą życia drogę, wtedy się do twych życzeń przystosować mogę. Stanę się twoim – już, od razu, będę twym najwierniejszym druhem. A jeśli chcesz – to mi rozkazuj; służę ci ślepym mym posłuchem. FAUST: Ale powiedz, co ty byś na tym rad skorzystał? MEFISTOFELES: Do spłaty długu długi masz przed sobą czas. FAUST: Nie, nie! Wszak diabeł to jest egoista. Jeżeli dobro komuś chce wyświadczyć raz, to rzadko powoduje nim życzliwość czysta. Chcę z góry poznać twe roszczenie. Taki sługa do domu wnosi zagrożenie. MEFISTOFELES: Ja będę t u t a j tobie służył po twój koniec, bez tchu i bez spoczynku, przez twe wszystkie dnie. A kiedy się spotkamy t a m, po drugiej stronie – ty masz to samo wtedy świadczyć mnie. FAUST: To, co tam będzie, obchodzi mnie mało. Gdyby ci ten świat zniszczyć się udało, to po nim inny świat się może stać. To z tej ziemi radości moje wszystkie płyną, i to ten świat mych cierpień wszystkich jest przyczyną, więc gdy dnie moje tutaj już przeminą, może się wtedy co chce dziać. I nie chcę o tym więcej słyszeć teraz: czy i tam będę namiętności czuł, albo czy w tamtych, pozaziemskich sferach są też kierunki: w górę albo w dół. MEFISTOFELES: Kto tak myśli, na wiele odważyć się może; sprzymierz się ze mną. Ujrzysz wtedy sam sztuki me, jak przed tobą tworzę je i mnożę. To, czego nikt nie widział jeszcze, tobie dam. 49 FAUST: Jakież ty, biedny diable, możesz dać mi rzeczy? Przecież tego, do czego dąży duch człowieczy tobie podobny nigdy nie uchwyci. Masz pożywienie, które nie nasyci, masz złoto, które, chociaż w dłoni lśni ci, lecz ucieka spod palców – niczym rtęć ruchliwa; gra, w której człowiek nigdy nie wygrywa: Dziewczyna, która w moich spoczywa ramionach, lecz wzrokiem sąsiadowi przyrzeka się właśnie; zaszczytów, sławy rozkosz upragniona, co jak meteor w dali gaśnie. Pokaż owoc, co gnije, nim się go rozkroi, i drzewa, co się co dnia na nowo zielenią! MEFISTOFELES: Służę ci. Bo to wszystko mam wśród skarbów swoich. Na pewno sprostam podobnym zleceniom. Lecz, przyjacielu, przyszedł teraz czas, byśmy spokojnie spożyli wieczerzę. FAUST: Jeśli, spokojny, spocznę na laurach choć raz, to od tej chwili do ciebie należę. Jeżeli byś mnie zdołał uwieść pochlebstwami, że się sobie spodobam choć na parę mgnień, jeśli byś mnie rozkoszą, przesytem omamił – to niechaj to ostatni będzie dla mnie dzień. Zakład stoi? MEFISTOFELES: Przyjmuję! FAUST: Stoi między nami! Jeśli powiem do chwili: nie odchodź, zaczekaj, bo tyle dajesz mi rozkoszy, to mnie uwięzić możesz; wtedy z tym nie zwlekaj, wtedy zginę bez żalu, bo mój czas się dożył. Wtedy niech dzwonią mi żałobne dzwony, wtedy ze służby jesteś uwolniony. Niech zegar staje, niech wskazówka spada. Przeminął czas mój, po wszystkim, zagłada. MEFISTOFELES: Wiedz, że ja nie zapomnę, co kładziesz na szalę. FAUST: Do tego pełne prawo masz. Ja nie przeceniam swoich sił zuchwale. Jestem w niewoli, przyznaję to, zważ. Twojej czy czyjej – nie dbam o to wcale! 50 MEFISTOFELES: Dziś, przy naszej wieczerzy, będę gotów już moją powinność sługi spełniać należycie. Tylko o jedno proszę – na śmierć czy na życie parę linii mi napisz, pod tym podpis złóż. FAUST: Pedancie, żądasz, byśmy spisali umowę? Czy nigdy nie spotkałeś się z człowieka słowem? Nie starczy ci, że zawsze już mnie będzie gniótł ciężar danego słowa? Tego już nie zmienię. Chociaż świat cały pędzi strumieniami w przód, mnie będzie powstrzymywać dane przyrzeczenie. Bo taką manię w serca już wpojono nam. By się uwolnić od niej, kto żywi zamiary? Szczęśliwy, który wierność w swojej piersi ma, bo żadnej mu nie będzie dla niej żal ofiary. Zaś kto się na podpisy, cyrografy zda, ten znajdzie w nich upiory, zamiast szczerej wiary. Żywe słowo zamiera od razu na piórze. Chciałbyś je posiąść na wosku, na skórze? Jakiż ty zapis, zły duchu, wybierzesz? W brązie, w marmurze czy też na papierze? Mam pisać rylcem, czy piórem czy dłutem? Może w kamieniu chcesz mieć to wykute? MEFISTOFELES: Ach, czemu musisz tą swoją przemową przesadzać zaraz, i tak gorączkowo? Dowolna kartka starczy mi. Podpiszesz się kropelką krwi. FAUST: Jeśli zależy na tym ci, zabawmy się w tę hecę nową. MEFISTOFELES: Szczególnym sokiem jest człowiecza krew. FAUST: Nie lękaj się o trwałość naszego przymierza! Dążenie sił mych, mej istoty zew jest tym, co obiecuję i spełnić zamierzam. Zbyt się ceniłem, wierząc snom. Należę tylko tam, gdzie ty. Wielki Duch całkiem wzgardził mną, Natura nic nie zdradzi mi. Nić myśli dawno się zerwała, obmierzła mi jest mi wiedza cała. Chcę w zmysłowości sycić życia głód! 51 Niech moje namiętności koi teraz ona! A w jej nieprzeniknionych, magicznych osłonach niechaj niejeden na mnie czeka cud! Rzućmy się w czasu szmer, szum, wrzask, niech zdarzeń prąd unosi nas! Wtedy rozkosz, cierpienie, pomyślność, zmartwienie – niech przeplata się i zmienia; człowiek działa bez wytchnienia! MEFISTOFELES: Nie stawiam celów wam ni miar, wszędzie możecie uszczknąć nieco, pochwyćcie to czy owo lecąc – niech wam na zdrowie pójdzie każdy losu dar. Nie bądźcie głupi, czerpcie ile chęci! FAUST: Wszak słyszałeś, że radość niewiele mi znaczy. Chcę się najboleśniejszej rozkoszy poświęcić, miłosnej nienawiści, krzepiącej rozpaczy. W mojej piersi, z pragnienia wiedzy uleczonej, niech się ból wszelki od tej chwili spiętrza. Rozpacze i rozkosze ludziom przydzielone, chcę czuć w sobie, chcę przyjąć do własnego wnętrza. Chcę duchem swoim objąć upadki i wzloty, w piersi zmieścić ludzkości szczęście i cierpienie, tak rozszerzyć jestestwo swe do jej istoty, by wreszcie pochłonęło – ją i mnie – zniszczenie. MEFISTOFELES: O, uwierz temu, kto ten twardy orzech gryzie już od tysięcy lat, że od kołyski po śmiertelne łoże żaden człowiek nie rozgryzł go, ni zjadł. I uwierz mi, że stworzył ten świat cały dla siebie tylko Bóg przez swoją moc. On sam jest w blasku wiecznej chwały, nam wieczne mroki się dostały, wam zaś – na przemian dzień i noc. FAUST: Ja chcę! MEFISTOFELES: To słyszeć da się, oczywiście. Przed jednym tylko pragnę ostrzec was: sztuka jest długa, krótki czas. Dać się pouczyć powinniście. Najlepiej pójdźcie do poety, jego wysiłków zbierzcie plon, a wszystkie cnoty, jak bukiety 52 ozdobią wtedy waszą skroń: Odwaga, jaką ma lew, i chyżość, jaką ma jeleń, Włochów burząca się krew, wytrwałość w nordyckim ciele. Niech wam jego talenty tajemnicę zdradzą, jak szlachetność i chytrość połączyć się dadzą, i niechaj, z gorącymi żądzami młodości, zgodnie z planem was odda we władzę miłości. Chciałbym takiego pana znać zrządzeniem losu; wtedy wnet bym mu imię dał Mikrokosmosu . FAUST: Kim jestem, skoro mi wzbronione sięgnąć i zdobyć ludzkości koronę, choć każdym zmysłem tylko do niej dążę? MEFISTOFELES: Na końcu jesteś – tym, kim jesteś. Nałóż perukę pełną loków, wstążek, stań na koturnie, wyglądaj jak książę – i tak zostaniesz zawsze tym, kim jesteś. FAUST: Oto już czuję, że zgarniałem chciwie skarby ducha ludzkiego ku sobie daremnie. Bo kiedy chcę odpocząć po skończonym żniwie, to żadna nowa siła nie pulsuje we mnie. Nie jestem ani o włos wyższy, ani nieskończoności bliższy. MEFISTOFELES: Mój dobry panie, rzeczy postrzegacie, tak jak się rzeczy same jawią wam. Żeby radości życia zapobiec utracie, trzeba przebieglej działać. Pomysł na to mam. Do kata! Prawda, że do mnie należą od zawsze ręce, nogi, d--, oczy, nos. Ale czy wszystko to, co otrzymałem świeżo ma być mniej moje? A dlaczego to? Jeśli bym kupił dziś cztery ogiery, z ich sił, jak z własnych bym korzystać mógł. Gnałbym przez drogi, skakał przez bariery, jakbym to ja sam miał szesnaście nóg. Śmiało! Wszystkiego możesz jako zmysłów użyć! Wtedy dopiero warto w świecie się zanurzyć! Mówię ci: kto chce poznać tylko myślą wszystko, jest jak zwierzę, gdy zły duch je po kole wodzi; chociaż w krąg się rozciąga obfite pastwisko, ono tylko po suchej, rzadkiej trawie chodzi. 53 FAUST: Jak mamy zacząć? MEFISTOFELES: Odejdziemy stąd! Cóż to jest za koszmarny kąt! Jakież ty możesz tu prowadzić życie? Męczą się tu uczniowie, męczy nauczyciel. Zostaw to swemu sąsiadowi, bo po co ty tę słomę ciągle młócić masz? Tego, co część najlepszą wiedzy twej stanowi, i tak nie możesz uczniom swym powiedzieć, zważ! Jednego właśnie w korytarzu słyszę... FAUST: Nie chcę, nie mogę teraz mówić z nim. MEFISTOFELES: Nie możesz go odprawić, on już dawno przyszedł i czeka bardzo długo w przedpokoju twym. Daj, niech twą czapkę i twój płaszcz nałożę! Ha! Leży to przebranie na mnie nie najgorzej... Przebiera się. Zabawię go, mój dowcip w tym mi dopomoże. W kwadrans wyjaśnić całkiem sporo da się. Ty się do drogi przygotuj w tym czasie. Faust odchodzi. MEFISTOFELES w długim płaszczu Fausta: Niechaj ci nic nie znaczą rozum i nauka, w których najwyższa tkwi człowieka siła. Pragnę, byś pokrzepienia u ducha kłamstw szukał, którego złudna sztuka wielu usidliła. Wtedy na pewno w swą sieć cię dostanę! Los go obdarzył duchem, którego wciąż dalej, ciągle naprzód dążenie gna nieokiełznane, że przez ziemskie radości, nie widząc ich wcale, przeskakuje w pośpiechu, w gorączce, i w szale. Pociągnę go przez życie dzikie, rozpasane, przez ciąg zjawisk nieważnych, bez znaczenia, płaskich, ma w nich szarpać się, tężeć i kleić na zmianę. Przed nienasyconością jego zaś namiastki pokarmów będą bujać. Lecz nic mu to nie da, nie wybłaga posiłku prośbą swoją żadną. On, nawet gdyby nie był diabłu się zaprzedał, to przecież i tak w końcu musiałby pójść na dno. Uczeń wchodzi. 54 UCZEŃ: Dopiero krótki tu spędziłem czas, i pełen czci spotykam dzisiaj was; mistrza, o którym się mówi z szacunkiem. Chciałbym się uczyć pod waszym kierunkiem. MEFISTOFELES: Wasza uprzejmość bardzo cieszy mnie. Jak inni jestem, ni więcej, ni mniej. Czyście już tu się rozejrzeli? UCZEŃ: Proszę was, byście mnie przyjęli. Pieniądze mam; mnie do was wiódł młodości zew i wiedzy głód. Matka, gdy odjeżdżałem, chodziła jak struta. Rzetelną wiedzę chciałbym zdobyć tutaj. MEFISTOFELES: Nie przyjść tu zatem byłby grzech i błąd. UCZEŃ: A potem jednak chciałbym odejść stąd. Bo siedzieć w tych zamkniętych murach, to dla mnie prawie jak tortura. Ciasno tu, brak zieleni, drzew, nie kwitnie żaden wonny krzew. A gdy usiądę już na ławie, źle słyszę i nie myślę prawie. MEFISTOFELES: Ach, to jest sprawa nawyku jedynie. I dziecko nie od razu chce pierś matki brać, lecz zanim, prawda, czasu wiele minie, zaczyna ją z lubością ssać. To porównanie wskazuje najprościej, że i wam się spodoba u piersi mądrości. UCZEŃ: Przy was bym pragnął z radością pozostać, lecz mi powiedzcie, jak mam tu się dostać? MEFISTOFELES: Powiedzcie tylko, nim pójdziemy dalej: jaki też byście fakultet wybrali? UCZEŃ: Chciałbym nauki dźwignąć brzemię, zrozumieć, poznać niebo, ziemię. Naturę i Naukę tak bym chętnie pojął! 55 MEFISTOFELES: Skupienie myśli musi być waszą ostoją. UCZEŃ: Tego chcę ciałem swym i duszą! Lecz, przyznam, że też mi się śni trochę rozrywki; że mnie kuszą wolne wiosenne albo letnie dni. MEFISTOFELES: Czas prędko mija. Czas wykorzystywać porządek uczy. I też czas zyskiwać. Dlatego, przyjacielu, radzę teraz wam od Collegium Logicum zacząć, gdyż to tam duch właśnie tresowany jest, mocno wiązany sznurem tez, by odtąd przez tor myśli szedł prosto; żeby się wzdragał przed błędnym krążeniem tu i tam i opuszczaniem sztywnych ram. Pewnego dnia nauczą was, że skończył się beztroski czas; nawet gdy chce się spać, jeść, pić – trzeba z logiką w zgodzie być. A wzór fabryki myśli łatwo się zobaczy, gdy się pomyśli o maszynie tkaczy: tysiąc nici w ruch wprawia jednym ruchem ręka, tu, tam strzelają posłuszne czółenka, i niewidocznie dla nas biegną nici rącze. Jednym ruchem uderza się w tysiąc połączeń. Teraz filozof wykłada swe myśli; że tak być musi, zaraz wam uściśli: pierwsze jest tak, a drugie tak, dlatego trzecie jest i czwarte tak. Gdyby pierwszego, drugiego nie było, trzeciego i czwartego też nie, rzeczy siłą. Uczniowie chwalą to wszędzie na świecie, ale tkaczami nie stają się przecież. Gdy zaś przedmiotem badań jest materia żywa, wtedy się najpierw ducha z niej usunąć stara. Badacz ma wkrótce w ręce wszystkie części naraz – lecz, niestety, na więzi duchowej im zbywa. Encheiresin naturae1 zwą chemię, a wszak chemia kpi sama z siebie – sama nie wie, jak. UCZEŃ: Niezbyt są zrozumiałe dla mnie wasze słowa. 1 Dostęp do Natury. 56 MEFISTOFELES: Już wkrótce lepiej będzie je pojmował, gdy się nauczy dobrze redukować, co tylko da się, i klasyfikować. UCZEŃ: Jak gdyby młyńskie koło w głowie mi szumiało. Głupieję pod tych nowych teorii nawałą. MEFISTOFELES: Dalej, nim w innej z nauk rzucicie kotwicę, musicie się poświęcić wpierw metafizyce. Pojmiecie wtedy takie nowe treści, których by rozum ludzki raczej nie przyjmował. Na to, co się w rozumie mieści i nie mieści będą w użycie dane wam wspaniałe słowa. Ale w pierwszym półroczu głownie o to chodzi, by się w porządek szkoły wdrążyć w jego ciągu. Wykłady trwają u nas co dzień po pięć godzin; przychodźcie na nie z pierwszym uderzeniem gongu. A jeśli wcześniej się przygotujecie, poznacie paragrafy i przestudiujecie, to zobaczycie: profesor bez zmiany mówi tekst, co jest w książce napisany. Lecz spisywać będziecie wszystkie jego słowa, jakby Duch Święty sam je wam dyktował. UCZEŃ: Mnie dwa razy powtarzać tego nie musicie, bo pisanego słowa wagę dobrze znam. To, co czarno na białym napisane mam, mogę do domu zabrać ze sobą w zeszycie. MEFISTOFELES: Lecz wybierzcie mi wreszcie jakiś studiów wydział! UCZEŃ: Na prawie raczej bym siebie nie widział... MEFISTOFELES: Rozumiem. I to mi się w was, powiem, podoba, bo wiem, jak z tą nauką wyglądają sprawy. Jest jak dziedziczna i wieczna choroba. Przechodzą paragrafy, prawa i ustawy z poprzednich na następne ciągle pokolenia. Z miejsca na miejsce też się prawo rozprzestrzenia. UCZEŃ: Mój wstręt do prawa jeszcze przez was wzrósł. Szczęśliwy, kto nauki słyszy z waszych ust. Niemal chciałbym się oddać teraz teologii. 57 MEFISTOFELES: Zwodzić was na manowce nie mam wcale chęci. Bardzo trudno uniknąć jest fałszywej drogi, temu, kto się nauce tej właśnie poświęci, bo w niej ukrytej trucizny jest tyle; tu truciznę z lekarstwem nawet ja pomylę. Radzę, by wybrał mistrza jednego w tych kręgach, Niech go słucha, na słowa jego niech przysięga. Ogólnie – miejcie słowa za nauk fundament, a wówczas łatwo przekroczycie bramę do świątyni pewności. Oto moja rada. UCZEŃ: Ale słowu pojęcie przecież odpowiada! MEFISTOFELES: Słusznie! Niech tylko w popłoch nie popada, bo tam, gdzie pojęć niedostatek ma się, tam słowo się pojawia we właściwym czasie. Słowami doskonale spierać, kłócić da się, przez słowa system nauk poszerza swój zasięg, w słowa i słowom wierzyć da się snadnie, i słowu ani jednej joty się nie skradnie. UCZEŃ: Wybaczcie, że przeciąga się moja wizyta, ale muszę wam zadać kilka dalszych pytań. Czy nie zechcecie jeszcze mi o medycynie czegoś powiedzieć? Rzućcie na nią okiem. Trzy lata to niedługo, ten czas szybko minie, a pole wiedzy, Boże! jest takie szerokie. Kiedy ktoś wskaże choć raz palcem drogę, łatwiej poczuć, co wybrać, czym lepiej się stać. MEFISTOFELES do siebie: Tego suchego tonu ścierpieć już nie mogę. Znów prawdziwego diabła muszę zacząć grać. Głośno: Oto, co medycyny sensem jest, podstawą: kto wielki świat, i mały przestudiować mógł, ten na koniec pozwoli tak się toczyć sprawom – jak zechce Bóg. Każdy uczy się tylko tego, czego może, choćby od trudu studiów bił na niego pot. Zaś właściwym człowiekiem jest, kto w każdej porze swą chwilę chwyta w lot. Rozporządzacie całkiem dobrymi kartami: jesteście młodzi, zgrabni i nie jest z was tchórz. Zyskacie, jeśli sobie zaufacie sami, 58 też ufność innych dusz. Szczególnie się kobiety prowadzić nauczcie, które z j e d n e g o punktu trzeba leczyć wam: z ciągłych biadoleń w łożu, w robocie, przy uczcie; ja sam to dobrze znam. I bądźcie przyzwoici jedynie co nieco, wtedy się wszystkie zaraz do was zlecą. Najpierw musi wasz tytuł je przekonać z góry, że innych kunszt przy waszej sztuce będzie bladł. Na dzień dobry próbujcie znaleźć rzeczy, których kto inny szuka wiele lat. Nauczcie się z uczuciem badać puls kobiecie, potem ją wokół szczupłych bioder obejmiecie, z przebiegłym raz spojrzeniem, i z ognistym raz, by zobaczyć, jak ciasno ją krępuje pas. UCZEŃ: Tu już gdzie i jak, widać! Na to mam ochotę! MEFISTOFELES: Szara, mój przyjacielu, jest teoria cała, zielone zaś jest tylko życia drzewo złote. UCZEŃ: Przysięgam, że jak we śnie czuję się bez mała! Czy wolno mi raz jeszcze złożyć wam wizytę, żeby z waszej mądrości pić niepospolitej? MEFISTOFELES: To, co zdołam, uczynię dla was zawsze chętnie. UCZEŃ: Nie mogę odejść stąd po prostu tak. Pozwólcie, że wam podam jeszcze mój pamiętnik, i wpiszcie mi coś, jako waszych względów znak. MEFISTOFELES: Dobrze. Pisze i oddaje pamiętnik uczniowi. UCZEŃ czyta: Eritis sicut Deus scientes bonum et malum2. Kłania się z szacunkiem i odchodzi. MEFISTOFELES: Idź wskazaną przez węża, mego brata drogą. A podobieństwo z Bogiem napełni cię trwogą. Faust wchodzi. 2 Będziesz jak Bóg, znający dobro i zło; Biblia, RDZ. 3, 5 59 FAUST: Gdzie ruszamy? MEFISTOFELES: A na co by twój wybór padł? Pokażę ci wpierw mały, potem wielki świat. Zobaczysz, radość znajdziesz, i znajdziesz pożytek jedząc co dnia gdzie indziej swe posiłki syte! FAUST: Ale przy długiej brodzie mojej jest mi brak lekkości bycia. To jest przykry fakt. W tym względzie nie powiodą mi się próby żadne, me zachowanie w świecie bywa nieporadne. Jak gdybym dorównywał innym tylko w pół. Zakłopotany będę cały czas się czuł. MEFISTOFELES: Powiem ci, przyjacielu, o jednym sposobie: będziesz żyć umiał, tylko zaufaj sam sobie. To przyjdzie z czasem. FAUST: Gdzie kareta, pachołek? Jak ruszymy w drogę? Może. A gdzie konie masz? MEFISTOFELES: Musimy tylko rozpostrzeć ten płaszcz, na nim przestrzeń powietrzną pokonywać mogę. Przy śmiałym kroku, który zrobić chcesz, tylko niewiele rzeczy w drogę z sobą bierz. Ten ogień, który mam tu, proszę, lęku nie miej, szybko nas dwóch uniesie wysoko nad ziemię. Lepiej, byśmy nie byli obciążeni zbyt. Życzę szczęścia! Znów życia ci nastaje świt! P I W N I C A A U E R B A C H A W L I P S K U3 Kompania wesołych biboszy. FROSCH: Nikt nie chce pić? Nikt się nie bawi? Czego jesteście tacy niemrawi? Zwykle wam żartów nigdy nie jest dość, a dziś inaczej. Stało wam się coś? BRANDER: To przez ciebie tak nudno się zrobiło; bo ty nie świntuszysz, nie robisz też żadnej głupoty. 3 Goethe podczas pobytu w Lipsku bywał w Piwnicy Auerbacha. Na ścianie wisiały tam dwa XVII-stowieczne obrazy przedstawiające astrologa i maga Fausta: jak pije ze studentami; i jak jedzie na beczce wina. 60 FAUST: Już? MEFISTOFELES: Nie! Poczekać trzeba jeszcze minut parę. FAUST: Więc w międzyczasie znajdź dla niej podarek. Faust odchodzi. MEFISTOFELES: Już prezent? Dobrze! Łatwiej będzie po tym. Znam taki las, znam taki jar, gdzie leży zakopany skarb; tam znajdę dla niej błyskotki, klejnoty. W I E C Z Ó R. M A Ł Y, C Z Y S T Y P O K O I K MARGARETE zaplatając i wiążąc warkocze: Ach, wiele dała za to bym, by wiedzieć, kim był ten pan. Kim? Chwacko wyglądał... ta mina, ten gest! Z lepszego domu też na pewno jest, bo inaczej by do mnie podejść się nie ważył; a zresztą wypisane to ma też na twarzy. Odchodzi. Mefistofeles. Faust. MEFISTOFELES: Wejdź! Tylko cicho się zachowuj. FAUST po chwili milczenia: Proszę cię, zostaw mnie samego. MEFISTOFELES rozglądając się: Tak czysto w swym pokoju ma nie każda znowu. Odchodzi. FAUST patrząc naokoło: Witaj mi zmierzchu, który cieniem do tej świątyni wpływasz środka. Miłosne w sercu mym cierpienie rosa nadziei poi słodka. Cisza izdebkę tę wypełnia, 82 ład i porządek wszędzie wokół. W tej ubogości, jakaż pełnia! W tej wąskiej celi, jakiż spokój. Rzuca się na skórzany fotel przy łóżku. O, przyjmij mnie! Niejeden przodek już tutaj w radości albo w bólu siadał, i często ten tron ojców, jak wianuszek róż, w krąg otaczała dziecięca gromada. Też moja ukochana podchodziła doń i, chowana w surowych, pobożnych zasadach, całowała zwiędniętą dziadka swego dłoń. Ducha, który przez życie wiedzie cię, dziewczyno, w porządku, w ładzie tutaj ciągle będę czuł; w tym, jak zgodnie z codzienną nauką matczyną czysto serwetą nakryłaś ten stół; i w tym, jak w sypkim piasku ślady stóp twych giną. O, dłoń kochana! To właśnie przez ciebie w tej chatce lepiej jest, niżeli w niebie. A tutaj! Podnosi zasłonę nad łóżkiem. Jak tę rozkosz znieść w ogóle zdołam? Tutaj słodkie godziny chciałbym spędzać. Ach, Naturo, tu udało ci się w lekkich snach na ziemi prawdziwego wytworzyć anioła! Tutaj leżała właśnie. Ciepły dech unosił pierś jej, delikatną, białą, a święte, czyste życie pracowicie tkało ten boski obraz, który czczę z sił wszech. A ty tu po co? Wzruszony do głębi czego tu szukasz? Czemu? Co cię gnębi? Serce ci ciąży, duszę okrył cień. Nieszczęsny Fauście! Nie poznaję cię. Czyżby czar jakiś tu otaczał mnie? Wszak chciałem zaspokoić tylko swoje żądze, teraz – miłość mną rządzi, a nie ja nią rządzę. Czy tak obraca nami każdy wiatru wiew? Ach, gdyby ona weszła teraz tu, jakże byś pokutował za swój czyn zuchwały. Stałbyś się nędzny, nieznaczący, mały i we łzach roztopiony ległbyś u jej stóp. MEFISTOFELES: Chodźmy! Jej kroki na ulicy słyszę. FAUST: Chodźmy! O, żebymż tu więcej nie przyszedł! 83 MEFISTOFELES: Weź tę szkatułkę! Prędko gdzieś ją włóż. Ciężka jest, że mi od niej ręce mdleją już. Schowaj-że gdzieś ją, najlepiej do szafy. Wrzuciłem rzeczy takie rożne tam... Sam ich widok jej zmysły zamącić potrafi! Taki prezent niejedną mógłby zdobyć wam. No cóż, dziecko jest dzieckiem, zabawa zabawą. FAUST: Nie wiem, czy powinienem... MEFISTOFELES: A to dobre! Brawo! Jeśli sami nie wiecie, to wam dobrze radzę: zaoszczędźcie mi dalszych trudów bezcelowych, i sobie też wybijcie tę dziewczynę z głowy. A może skarb zachować macie na uwadze? Nie, nie sądzę, abyście byli chciwi, nie! Ja się wysilam, dwoję, troję – Wstawia szkatułkę do szafy, i zamyka na powrót zamek. i teraz szybko, uchodźmy stąd, już! – by ku wam zwrócić jej serce, i cóż? I na co idą te wysiłki moje? Ma taki wzrok, jakby się z kwestią niełatwą borykał! Jakby tu ciałem weszły w mrok metafizyka i fizyka! Idźmy stąd! Już! Odchodzą. MARGARETE z lampą: Parno tu, aż powietrza brak. Otwiera okno. Choć całkiem chłodno jest na dworze. Jest mi tak... sama nie wiem jak. Kiedy też matka wrócić może? Dreszcz nieprzyjemny na wskroś mnie przeszywa. Ach, jakaż jestem głupia i trwożliwa! Rozbierając się zaczyna śpiewać: Żył niegdyś w mieście Tuła król wierny aż po grób. Przed śmiercią luba czuła swój puchar dała mu. 84 W pamięci został mi jego wzrok, i jego postać, i dumny krok. Spotkać go, słuchać chcę jego słów, i, ach, chcę by mnie całował znów. Ciąży mi serce, a spokój mój nie wróci więcej, ach, Boże mój! Duszą się cała do niego rwę, wziąć bym go chciała w ramiona swe. Całować go tak, jak tylko chcę, w jego pieszczotach zatracić się! O G R Ó D M A R T Y Margarete. Faust. MARGARETE: Przyrzeknij, Henryk! FAUST: Co mogę, kochanie. MARGARETE: Czy wierzysz w Boga? Czy bywasz w kościele? Jesteś dobrym człowiekiem, nic ci nie przyganię, tylko z religii robisz sobie niezbyt wiele. FAUST: Ach, lepiej zostaw to, maleńka. Nad życie kocham ciebie, w to mi chyba wierzysz. Nie skłócę cię z kościołem, tego się nie lękaj. MARGARETE:: To niedobrze. Samemu też wierzyć należy. FAUST: Należy? MARGARETE: Jak przemówić mam ci do sumienia? Czci nie oddajesz świętym sakramentom. 106 FAUST: Ach, czczę je przecież. MARGARETE: Ale bez pragnienia. Nie chodzisz do spowiedzi, ani na mszę świętą. Czy wierzysz w Boga? FAUST: Kto powiedzieć może: Wierzę w Boga? Kto, moja ty jedyna? Zapytaj księdza, mędrca czy mnicha w klasztorze, a ich odpowiedź zabrzmi niby drwina z tego, kto pyta. MARGARETE: Więc nie wierzysz w Niego? FAUST: Ach, nie kochanie, nie mówiłem tego! Lecz – kto Go nazwać może, i kto wyznać w pokorze: Wierzę w Niego ? I kto swoje odczucia od siebie precz odrzuci, by rzec: Nie wierzę w Niego ? Ten, kto wszystko ogarnia, kto wszystko w istnieniu utrzymuje, czyż nie ogarnia i nie utrzymuje ciebie, mnie, siebie samego? Czy niebo w górze nie jest sklepione? Czy twardej ziemi nie ma w dole? Czy wieczne gwiazdy, nam przyjazne, nie wschodzą na firmamencie? Czy w twoje oczy nie patrzę? Czy nie osnuwa cię wieczna tajemnica, która się w tobie odzywa pragnieniem? Wypełnij nim swoje serce po brzegi, a kiedy cała już się w nim zanurzysz, wtedy to nazwij, jak tylko chcesz: Nazwij to szczęściem! miłością! czy Bogiem! Ja nie mam imienia na to! Uczucie jest wszystkim. Imię to dźwięk, to dym, który niebiański żar przesłania. MARGARETE: Dobrze, zgadzam się z tym, i ksiądz tak mówił też podczas kazania, tylko słowami troszkę odmiennymi. 107 FAUST: Mówią to wszystkie serca na ziemi, wszędzie pod niebem jasnym, każde w swoim języku własnym. Dlaczego nie ja w moim? MARGARETE: A jednak mnie to niepokoi. Choć mądrze mówisz, to mimo starania, wciąż z chrześcijaństwem brak ci pojednania. FAUST: Kochanie! MARGARETE: Dawno już z cierpieniem patrzę na twoje otoczenie. FAUST: Jak to? MARGARETE: Ach, nienawistny jest mi do dna duszy ten człowiek, co jest z tobą, gdzie byś się nie ruszył. Nie przenikało mnie nic w życiu jeszcze tak nieprzyjemnych i złych przeczuć dreszczem, jak widok jego wstrętnej twarzy. FAUST: Kochanie, z nim nic złego ci się nie przydarzy. MARGARETE: Gdy on jest blisko, krew mi wnet z serca odpływa, choć wszystkim ludziom jestem poza tym życzliwa. I jak bym nie tęskniła do twego widoku, jego bliskość lęk budzi we mnie, i niepokój. Przy tym mam go za łotra... albo jeszcze gorzej. Jeśli go krzywdzę, to mi wybacz, Boże. FAUST: Muszą chodzić po świecie i takie cudaki. MARGARETE: Nie chciałabym przenigdy żyć z człowiekiem takim. Niech tylko próg przestąpi i wejdzie do środka, a już się jego przykry, drwiący wzrok napotka. To jest zły człowiek, zimny i szyderca, widać, że nie ma do niczego serca. I wypisane ma jeszcze na twarzy, że nikogo na świecie uczuciem nie darzy. Ach, tak mi dobrze jest w twoich uściskach, czuję się taka wolna, oddana ci, bliska, lecz przy nim moje serce staje się kamieniem. 108 FAUST: O, ty niewinne, czujące stworzenie! MARGARETE: Zdaje mi się, że ciebie już nie kocham nawet, kiedy on tylko do nas przystępuje. I, teraz zdaję sobie z tego sprawę, że modlić się nie mogę wtedy, gdy on tu jest. I to mi w serce boleśnie się wżera. Tobie na pewno to także doskwiera. FAUST: Po prostu darzysz go niechęcią. MARGARETE: Lecz – iść już muszę. FAUST: Ach, czy mym objęciom zawsze musisz umykać? Pobądź trochę ze mną, byśmy czuli, w uściskach, swą miłość wzajemną. MARGARETE: Chętnie bym zostawiła zasuwkę otwartą, dla ciebie, drogi, gdybym sama spała. Lecz matka ma sen płytki, a myśleć nie warto, co by się działo, gdyby tak nas przyłapała. Z miejsca by chyba mnie zabiła. FAUST: Nie musisz bać się, moja miła. Weź to! Wystarczy nalać z tej butelki, by matka aż do świtu mocno spała sobie, do jej herbaty dwie lub trzy kropelki. MARGARETE: Czegóż dla ciebie, jedyny, nie zrobię! Nie będzie to szkodliwe, mam nadzieję, dla niej. FAUST: Czy bym inaczej dał ci to, kochanie? MARGARETE: Najlepszy! Tak mnie twe spojrzenia durzą, że nie wiem czemu, wszystko, co chcesz czynię. A już zrobiłam dla ciebie tak dużo, że to jeszcze zostało mi zrobić jedynie. Odchodzi. Ukazuje się Mefistofeles. MEFISTOFELES: To pawian! Poszła? FAUST: Szpiegowałeś znowu? 109 MEFISTOFELES: Gdy katechizowano tu pana doktora, to przysłuchiwałem się każdemu słowu. Tuszę, że z tą nauką dobrze-ś się uporał. Dziewczęta, żeby pytać o to mają powód: czy pobożny jest, czy czci stare obyczaje. Myślą: i nam się podda, gdy im się poddaje. FAUST: Czy nie rozumiesz, ty potworze, jak ją, czerpiącą radość z wiary, męczy, że duszę stracić może ten, kogo kocha tak bez miary? MEFISTOFELES: Ty konkurencie łzawy, mam z tobą sto pociech! Dziewczyna za nos na sznurku cię wodzi. FAUST: Ty szyderstwa i ognia plugawy pomiocie! MEFISTOFELES: A na fizjonomii jak się zna! Nad podziw! Gdy jestem blisko, jest jej – sama nie wie jak. Moja maseczka ukryty zmysł wróży. Czuje, że mam to, czego innym ludziom brak, że może jestem nawet... diabłem w ludzkiej skórze? Więc – dzisiaj w nocy? FAUST: Co tobie do tego? MEFISTOFELES: Swoją uciechę też mam przecież z tego! P R Z Y S T U D N I Gretchen i Lieschen z dzbankami. LIESCHEN: Czy już słyszałaś, co spotkało Basię? GRETCHEN: Ani słowa. Przebywam wśród ludzi tak mało... LIESCHEN: Akurat na jaw wyszło to w tym czasie: że w końcu zbałamucić mu się ją udało. To hańba! 110 z drzew rozedrganą rosą ocieka mgła siwa... Oto się rozpościera wokół raju sfera. Tam, w górze! – Oto gór olbrzymie szczyty najwspanialszą dnia chwilę oznajmiają teraz! Objął je strumień światła wiecznego obfity, który tu, do nas, na dół, dotrze później nieco. Górskim zboczom, zielenią łąk i pól pokrytym zsyła słońce blask, jasność, wyrazistość – te, co schodzą także stopniowo tu, w niższe rejony... Jest! – ach, przed promieniami, gdy mi w oczy świecą odwracam się, boleśnie przez nie oślepiony. A więc to tak jest? – gdy mamy nadzieję, wśród zmagań zdobyć swój cel upragniony, tymczasem brama spełnień zamknięta nam nie jest. Wtem, nieoczekiwanie, wybucha swobodnie płomień, co na dnie bytu odwiecznie goreje; chcieliśmy tylko życia zapalić pochodnię, a otacza nas ognia morze, jakiż ogień! To miłość? To nienawiść? Już płoniemy od niej, raz bólu, raz radości smagani batogiem, aż znów się oglądamy na ziemię, z oddaniem, by ocaleć, jej szaty otuleni rogiem. Niechaj więc za plecami słońce mi zostanie! Na spieniony wodospad, co ze skał w dół spada, patrzę, i rośnie moje nim oczarowanie, gdy toczy się w tysiącznych zawrotnych kaskadach, i tysiącem strumieni pędzi w dół urwiska, zaś w powietrzu srebrzystym oparem osiada piana wzburzona. W chłodnej ulewy połyskach zjawia się nagle tęcza, co trwa, choć się zmienia to niknie, to się zdaje wyraźna i bliska. Zaś w każdej kropli odbłysk lśni słońca promienia. To do tęczy porównać można ludzkie życie to ona odzwierciedla człowiecze dążenia: Życie jest barwnym światła wiecznego odbiciem. P A Ł A C C E S A R S K I S A L A T R O N O W A Rada państwa oczekująca Cesarza. Trąbki. Wychodzą dworzanie wszelkiego rodzaju, ubrani z wielkim przepychem. Cesarz podchodzi do swego tronu, po swojej prawej stronie ma astrologa. 148 CESARZ: Witam, panowie, wszystkich razem, z bliższych i dalszych krajów moich. Mędrzec tu przy mnie kornie stoi, lecz – gdzież się zawieruszył błazen? JUNKIER: Nie wiem, z jakiego to powodu, za tobą dążąc spadł ze schodów. Zaraz też został stąd zabrany. Martwy jest pewnie – lub pijany. DRUGI JUNKIER: Lecz – czy to czary, czy to żarty? Drugi tu zmierza! Tak uparty, że choć halabardami w krzyż pragną powstrzymać go twe warty, on przemknął obok, niby mysz! A strojny jest od stóp do głów i miny stroi – że brak słów! MEFISTOFELES przyklękając przy tronie: Co się przyzywa, by to przekląć? Co się przepędza – choć wyśnione? Kogo nie wolno ci tu wezwać? Co zawsze bierze się w obronę? Co się oskarża i co łaje? Co się przegania zbyt pochopnie? Czemu się chętnie posłuch daje? Co wstąpić chce na tronu stopnie? CESARZ: Ty nie dręcz mnie łamigłówkami! One są tamtych panów sprawą! Chyba, że znajdziesz rozwiązanie... Dość! Potem zajmiesz mnie zabawą. Teraz zaś miejsce zajmij z tyłu, za mym tronem, które dla mego błazna było przeznaczone. Mefistofeles wstępuje na stopnie tronu i staje po lewej stronie Cesarza. POMRUK: Ten nowy ktoś – to nowe zło; przyszedł tu – jak? Skąd tu się wziął? Poprzedni padł – od swoich zmór. Jak beczka był – ten jest jak wiór. CESARZ: A więc witam was tutaj, memu sercu mili, ciesząc się, żeście dzisiaj tak tłumnie przybyli. 149 Oto gwiazd konstelacje na niebie nam wróżą szczęście, dobrobyt, pomyślność i sławę. Po co narady nam więc, które nużą – wtedy, gdy chcemy przy winie, zabawie i w maskaradach kłopoty zapomnieć? W dniach, gdy jesteśmy troskom umknąć radzi? Ale cóż, zaczynajcie. Jeśli chodzi o mnie daję zgodę, jeżeli trzeba o czymś radzić. KANCLERZ: Ach, blask cnoty najwyższej, jak blask aureoli, od dumnej winien bić głowy cesarza. Bo brak tej cnoty bardziej, niż brak chleba boli, a tylko cesarz może swój lud nią obdarzać. To – sprawiedliwość. Lud jej pragnie, panie. Zapewnić mu ją jest władcy zadaniem. Panie! Dziś rozum – cóż duchowi po nim? Po cóż dziś sercu dobroć, a ochoczość dłoni, skoro gdzie spojrzeć – zło w państwie szaleje; zło się lęgnie i pleni, źle się wszędzie dzieje. Kto w dół, na Rzeszę, spojrzy z tego zamku – zaraz ma wrażenie, że nagle w ciężkim śnie się znalazł, gdzie go ułomność z wszystkich stron osacza, i gdzie bezprawie prawo nam oznacza, gdzie fałsz świat ciągle zmienia i wypacza. Ten porywa kobietę, ów bydło lub konie, niejeden nawet okrada ołtarze. I chełpi się tym drwiąco, bo przecież na koniec, i tak uchodzi słusznej karze. Tych, którzy skarżyć chcą się, tłum się zebrał w hali, sędzia się puszy na swym stolcu w dumie, tymczasem niepokojów trzeba bać się fali, bo dreszcz gniewu słusznego przechodzi po tłumie. Dzisiaj ten bluźni bezkarnie i grzeszy, kto na współwinnych opiera się rzeszy. Niewinni sprawiedliwe przegrywają sprawy. Niewinność od wyroku nie może dziś zbawić. Tak świat sprawiedliwości niszczeje powoli. Zanikają zasady i prawa godziwe. Cóż dzisiaj w twych poddanych miłość cnót wyzwoli i skłonność do czynienia tego, co uczciwe? W końcu nawet człowieka szlachetnej natury pochlebcy i sprzedajni ludzie popsuć mogą. Nieuchronnie z przestępcą taki sędzia, który karać słusznie nie może, pójdzie jedną drogą. Chętnie bym w tym obrazie jasnych barw używał; lecz niestety – ta czarna wizja jest prawdziwa. Pauza. 150 I oto nieuchronne wnioski: gdy grzeszą, cierpią miasta, zamki, wioski i sam Majestat za rozbój się bierze. WÓDZ WOJSK: Dziś jakby spełniał się zły omen. Wszędzie mord, burdy i grabieże. wojsko nie słucha żadnych komend. Zamknięci w murach miast mieszczanie, rycerze w swych warownych wieżach, sprzysięgli się, że nie dostanie od nich pomocy żadnej Rzesza. Żołnierz najemny natarczywie woła o żołd za swe usługi, lecz by stąd odszedł niewątpliwie, gdybyśmy mu spłacili długi. Niech rozkaz będzie mu niemiły! To jakbyś włożył w gniazdo os kij. Że państwo niszczą różne siły, to nie jest dla nich przedmiot troski. Już Rzeszy pól stracone na nic. Tamy rozbojom nikt nie stawi. Królowie spoza naszych granic nie chcą się mieszać w nasze sprawy. SKARBNIK: Od państw, co pomoc ci przyrzekły, pomocy nigdy nie dostaniesz. A w twoich krajach, stąd odległych, na kogo przeszło posiadanie? Na nowe rody, co żądają wciąż nowych praw, nienasycenie. Ty zaś, im przywileje dając, sam tracisz władzę w ich terenie. I partiom także już nie w głowie boje o twoje toczyć hasła. Bo każdy myśli dziś o sobie, dawna żarliwość w nich wygasła. Gibellini, tak jak guelfowie, szukają w twierdzach swych wytchnienia. Nikt nie pomoże sąsiadowi. W nikim sił ni przekonań nie ma. Każdy chce się bogacić sam, by płacić zaś – brak złota nam, bowiem już pustą mamy kasę! MARSZAŁEK: I ja też wiele mam przykrości. Wszak chcemy robić oszczędności! Wydatki rosną zaś tymczasem 151 bez ograniczeń. To kucharzy wcale nie martwi. Co dzień dziki, sarny, zające, kury i indyki dla potrzeb dworu twojego się smaży. Na to wystarczą deputaty, renty... Ale na koniec wina jest za mało! Gdzie nam w piwnicach niegdyś nie zbywało na beczkach mchem już obrośniętych. Lecz do ostatniej kropli tych zapasów morze osuszyli książęta, panowie, wielmoże. Posiłek oto pod stół spadł, oni sięgają zaś po kufle, dzbany, i odkręcają wszystkich beczek krany – kto więcej pije, ten jest większy chwat. Do mnie przychodzą po odbiór pieniędzy: Żyd mnie na pewno nie oszczędzi, a ktoś na parę przyszłych lat antycypacje dostał w szpony; tak każdy mebel w zamku jest już zastawiony, i przejedzony chleb dziś zbliża się do warg! CESARZ po namyśle, do Mefistofelesa: Powiedz ty, błaźnie, nie masz jakichś skarg? MEFISTOFELES: Ja? Skądże! Tutaj, gdzie jak złota zorza błyszczy wspaniałość twoja i twych dworzan? Nie... I ufności także nie zbraknie mej duszy, gdzie Majestat niezłomnie wrogie siły kruszy. Jakże nie mam mieć wiary, że troski wnet miną tu, gdzie szlachetna wola świeci dobrym czynom? Cóż może nam zaciemniać horyzont przyszłości, gdy ją nam rozjaśniają gwiazdy tej wielkości? POMRUK: To szelma jest – lecz umie łgać. Nam, sobie – jak się długo da. Co za tym tkwi – nieobce nam. A co to jest – jak zawsze, plan. MEFISTOFELES: Gdzież i komuż na świecie czegoś nie brakuje? Tu tego, tam tamtego – lecz wam brak pieniędzy. Z jastrychu ich się, cóż, nie wydobędzie, lecz mądrość, gdzie ich szukać, trafnie odgaduje. Trzeba górskich żył szukać, wkopać się pod mury, by je znaleźć – w monetach i innej postaci. Kto wykryć i wydobyć je zdoła, pytacie? Siła ducha ludzkiego i ludzkiej natury! 152 KANCLERZ: O duchu i naturze nie mów chrześcijanom! One sieją zwątpienie w bogobojnych duszach. Już wielu ateistów na stosy skazano, by takimi mowami wiary nie naruszać. Nie do nas z tym! – od wieków już cesarza tron wspiera się na rycerstwie i ludziach Kościoła, którzy tu, by mu służyć, z kraju wszystkich stron dążą i żadna zamieć wymieść ich nie zdoła. Urzędy, które biorą, to jest ich zapłata... Natura zaś jest grzechem! A duch to jest szatan! Ich piekielnym pomiotem jest grzeszne zwątpienie, które mąci motłochu zmysły i umysły; z nich się biorą herezje, czary, odszczepienie, one nad wsią i miastem jak groźba zawisły! Zwalczać je trzeba! A ty bezczelną swą kpiną do nas je tu przemycasz! To nie ujdzie płazem! Brońcie się przed tym! One są grzechów przyczyną! A wiedzcie: bliskim krewnym diabła bywa błazen. MEFISTOFELES: Tak właśnie myślą zawsze panowie uczeni! Dla was nie ma wartości, co nie z waszych mennic! Czego nie policzycie, temu nie dajecie wiary, co nie przez was ważone – to nie ma ciężaru. Bardzo dalekie wam jest, czego nie macacie, braknie wam tego, czego w rękach nie trzymacie! CESARZ: Nasze troski nie znikły od twego kazania. Zmęczony jestem nim, i tobą. Dość mam biadoleń ciągłych, próżnego gadania. Brak nam pieniędzy. Dobrze! Więc je zdobądź. MEFISTOFELES: Zdobędę, czego chcecie, i zdobędę więcej. Choć przyjdzie mi to lekko, lecz lekkie wagę ma niemałą. Już leży tam... lecz sztuką jest je dostać w ręce. Któż wie, jak by do tego wziąć się należało? Pomyślcie tylko: w czasach zawieruch najsroższych, gdy ludziom od hord wrogich groziła zagłada, jak ten i ów, choć w strachu, to, co miał najdroższe w jakimś ukryciu sobie tylko znanym składał. Tak było już za Rzymian... pomysł nie jest świeży... i dalej tak, do wczoraj, ach, dziś tak się zdarza! Wszystko to, zakopane, w ziemi cicho leży. Ziemia zaś – i to, co w niej jest – to własność cesarza. SKARBNIK: Jak na błazna to mówi całkiem nieźle. Brawo! Tak jest! Do ziemi cesarz ma odwieczne prawo. 153 KANCLERZ: Szatan złotem was kusi i bierze was na lep. Z prawem i pobożnością nie idzie to wcale! MARSZAŁEK: Niech da, co obiecuje, a nie chcę się droczyć, i z drogi prawa mogę nieco w lewo zboczyć. WÓDZ ARMII: Błazen mądry; co komu potrzeba, przyrzeka. Żołnierz, skąd żołd pochodzi, nigdy nie docieka. MEFISTOFELES: A jeśli nie dajecie wiary słowom moim, pytajcie astrologa, który tutaj stoi. To jemu przyszłość zdradza gwieździsty firmament. No, mów, co obiecuje na niebie gwiazd zamęt? POMRUK: To szelmy są – znają się już. Głupiec, fantasta – przy tronie tuż. To dawno znana stara pieśń, tak mędrzec trąbi, jak głupiec dmie! ASTROLOG mówi, Mefistofeles dmie: Słońce oznacza złoto wśród gwiazd nieba... Merkur zwiastuje pieniądze i łaski. Marsa, gdy skryty obawiać się trzeba. Wenus zaś, jeśli w wieczór albo brzaskiem w dół zerka, to was względami obdarzy. Jupiter w niebie najpiękniej się jarzy. Księżyc, choć jasny, ale też niestały. zaś wielki Saturn, przez odległość mały jest i nie bardzo nam na nim zależy. Tak! Jeśli Słońce z Luną się sprzymierzy, złoto ze srebrem – świat się w oczach zmieni! Dostanie każdy to, co sobie ceni. Zamki, kobiety, wino, stada koni – wszystko, o czym marzycie, samo do was trafi! Zdobędzie to wam człowiek szczególnie uczony, który to umie, czego nikt z nas nie potrafi. CESARZ: Podwójnie słyszę jego objaśnienia, lecz przekonania do nich nie mam. POMRUK: Cóż ma być wart – ten nędzny żart. Bezbożne to – alchemia, zło! Nadzieję w nas – wzniecił nie raz. Gdy z oczu zszedł – zagasła wnet. 154 MEFISTOFELES: Zadziwieni stoją wokół, boczą się na ziemi dary; ten przeżegnał się na boku, ów posądza mnie o czary. Cóż znaczy mi, że jeden drwi, drugi wiary nie daje, gdy mu podeszwa buta drży i krok niepewny się staje. Oto czujecie tajemną moc wiecznie rządzącej Natury. Z najgłębszych sfer, gdzie wieczna noc prąd życia pnie się do góry. Gdzie lęk was przygnie niczym garb, i ciarki w członkach czujecie, tam zakopany leży skarb! Szukajcie tam, a znajdziecie! POMRUK: Mnie jak ołów stopę gniecie! Mnie przechodzi dreszcz po grzbiecie! Mnie drętwieją dłonie całe! Ja mam ramię zesztywniałe! Czy to znak, że tuż pod nami są komory ze skarbami? CESARZ: Już mi nie umkniesz! Chęcią czynu płonę! Pokaż skarb, którymś łu
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: