Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00205 004655 12935387 na godz. na dobę w sumie
Folwark warszawski - ebook/pdf
Folwark warszawski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 254
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63879-02-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jedynym problemem wiodącego beztroskie życie, cynicznego studenta psychologii Janka Sobieskiego, wydaje się być pisanie pracy magisterskiej dotyczącej pochodzenia patologicznych zachowań ludzi od ich zwierzęcych przodków.Praca ma mieć charakter eksperymentu społecznego i wymaga od Janka przekroczenia wielu barier, z których najpotężniejszą jest porzucenie pedantycznie uporządkowanego życia. Lecz gdy świat Janka wali się jednego dnia, pozbawiony zahamowań chłopak zaczyna testować swoją teorię w praktyce. Nurkując przez przekrój grup społecznych, od dresiarzy po gwiazdy showbiznesu i polityki, Janek zaczyna na własne oczy poznawać zwierzęcą stronę ludzkiej natury. Jednocześnie uświadamia sobie, że postawiona w jego pracy magisterskiej teza jest zbyt optymistyczna - w rzeczywistości ludzie okazują się być bardziej zezwierzęceni, niż same zwierzęta. 
W eksperymentalnej podróży w dorosłość Jankowi towarzyszą ekscentryczni znajomi:  uzależniony od marihuany i gier internetowych przyjaciel Marcel, siostra Natalia - hipiska i aktywistka oddana krucjacie o prawa mniejszości, Rafał - narcystyczny i pozbawiony talentu aktor, Samuel Schmidt - dążący do samodestrukcji promotor pracy magisterskiej, no i Majka, dziewczyna o której chciałby jak najszybciej zapomnieć.
Mateusz Poreda w oryginalny sposób wyśmiewa wszystko, co kojarzy nam się z telewizją i polityką. „Folwark warszawski” to opowieść o dorastaniu – zarówno bohaterów historii, jak i otaczającego ich społeczeństwa.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

F o l w a r k F o l w a r k w a r s z a w s k i w a r s z a w s k i M a t e u s z P o r e d a M a t e u s z P o r e d a F o l w a r k F o l w a r k w a r s z a w s k i w a r s z a w s k i F o l w a r k w a r s z a w s k i M a t e u s z P o r e d a Jirafa Roja Warszawa 2013 © Copyright by Mateusz Poreda, 2013 © Copyright by Jirafa Roja, 2013 Redakcja: Dariusz Papież Korekta: Joanna Ożóg Ilustracja na okładce: Monika Winnicka Łamanie: Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-63879-02-0 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2013 ROZDZIAŁ 1 —  Twoje życie musi powalać na kolana! Ma być szybsze niż  kino akcji i bardziej szokujące niż zwierzęca pornografia! Wymaż  z niego wszelką monotonię. Jeżeli do tej pory myłeś zęby zgod- nie ze wskazówkami zegara, to teraz… przestań w ogóle je myć!  Zamień poranną kawę na poranny seks, a wieczorny jogging na  nielegalne wyścigi uliczne! Gdy Hollywood dowie się o twoim ist- nieniu, wytwórnie mają się pozabijać o prawa do opowiedzenia  twojej historii! Za wszelką cenę starałem się zachować koncentrację, ale pusty  wzrok otaczających mnie martwych zwierząt znacząco utrudniał  to zadanie. Gdy stojąca na stoliku kawowym wiewiórka wycelo- wała we mnie swoje ogromne siekacze, długopis niemal wypadł  mi z ręki. —  Może pan powtórzyć tą część o zwierzętach? — w tych wa- runkach ciężko było nadążyć z notowaniem bezcennych uwag dzie- kana, który był zarazem (co napawało mnie dumą) promotorem  mojej pracy magisterskiej. —  Proszę cię, nie mów, że ty to wszystko notujesz? Profesor Samuel Schmidt wyskoczył zza biurka, wyrwał mi  z rąk notes i odczytał kilka ostatnich zdań. Tak, notowałem sło- wo w słowo. —  Janku… powiem ci szczerze — na twarzy Schmidta malo- wało się załamanie — ze względu na twoją reputację długo zastana- wiałem się nad tym, czy zostać twoim promotorem. Według moich  drogich kolegów profesorów, którzy znają cię już kilka dobrych lat,  jesteś najpilniejszym i najbardziej uporządkowanym, a tym samym  najnudniejszym uczniem w historii tego uniwersytetu — tu cisnął  moim notesem do kosza na śmieci. 5 —  Dziękuję… — z niepokojem śledziłem los moich skrupu- latnie wykonanych notatek, puszczając pejoratywny komentarz  mimo uszu. —  To nie był komplement. — Samuel pogłaskał wypchanego  borsuka, który zdobił jego mahoniowe biurko, po czym tą samą rę- ką poprawił swoją siwą czuprynę. Wzdrygnąłem się na samą myśl  o przeniesionych pasożytach. —  Z góry ostrzegam, że jeżeli praca choć w ułamku przypomi- nać będzie twoje szare życie, nie dostaniesz zaliczenia, nie wspomi- nając nawet o wymarzonym stażu w mojej prywatnej klinice. Tu z sentymentem rozejrzał się po tapetujących ścianę certy- fikatach i odznaczeniach. Na zaszczytnym miejscu wisiał dyplom  dla najlepszej placówki psychologicznej w kraju, który ośrodek pro- fesora Samuela Schmidta zdobył już czwarty raz z rzędu. —  Od tej pory będę żył na krawędzi. — obiecałem, poprawiając  delikatnie wygięty kołnierz koszuli. — A może mi pan polecić jakieś  artykuły lub książki, które pomogą mi w pisaniu pracy? —  Książki? A kto w tych czasach czyta książki? — profesor był  wyraźnie zaskoczony moim pomysłem. — Twoja praca będzie miała  charakter eksperymentu społecznego. Jeżeli ma być wiarygodna,  musisz oprzeć się na obserwacji wszystkich grup społecznych: od  menelów i dresiarzy, poprzez klasę średnią i inteligencję, na poli- tykach i celebrytach skończywszy. —  Ale nie znam osobiście żadnych polityków i celebrytów… —  zgłosiłem sprzeciw — a tym bardziej menelów i dresiarzy. —  To poznasz! — podirytowany profesor tupnął nogą, że aż  wypchany dzik podskoczył do góry. — Pamiętasz początek mo- jej podniosłej przemowy, kiedy to wzmiankowałem o porywającej  przygodzie życia, którą masz przeżyć? Częścią tej bajkowej przy- gody będzie spanie na ławce pod gazetami w slumsach i wciąganie  kresek koki z tyłków gwiazd popu. —  Ale jak niby mam to zrobić? —  Sobieski, chcesz, żebym się na ciebie pogniewał? Profesor usiadł na biurku, odpalając papierosa. Gabinetowy  czujnik dymu zalepiony był grubą warstwą taśmy klejącej. Dziekan  świecił przykładem przestrzegania zasad BHP. —  Nie spieprz tego — Schmidt nie przebierał w słowach. —  Wszyscy studenci psychologii śnią po nocach o stażu w mojej kli- 6 nice, a ty stajesz przed realną szansą spełnienia tego marzenia.  Wystarczy, że napiszesz najlepszą pracę magisterską, jaką widziała  ta uczelnia! Masz ku temu możliwości, w to nie wątpię, ale w two- jej pracy muszę zobaczyć, że masz coś jeszcze. Wiesz, co mam na  myśli? —  Wyobraźnię? —  Jaja! — poprawił mnie Samuel. — W tej pracy chcę zoba- czyć twoje wielkie, soczyste jaja! A teraz zmykaj. Mam ważne spo- tkanie. Wstałem, skinąłem głową, lecz zamiast wyjść z gabinetu, przy- kucnąłem nad koszem na śmieci, szukając sposobu na czyste od- zyskanie notatek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że Schmidt nadal mnie  obserwuje. —  Ma pan może gumowe rękawiczki? — zaryzykowałem pyta- niem, ale w odpowiedzi padło tylko nienawistne warknięcie. Przemogłem się i z obrzydzeniem, używając jedynie koniuszków  palców, wyciągnąłem notatnik i szybko wrzuciłem go do plecaka. Nie chcąc jeszcze bardziej prowokować dziekana, rzuciłem się  ku wyjściu. Schmidt dość mgliście nakreślił mi zarówno plan, jak  i sposób pisania pracy, ale dalsze pytania o tajemnicze wytyczne  nie miałyby większego sensu. Mimo to pozostawała jedna pasjo- nująca mnie kwestia: —  Mogę mieć do pana jedno prywatne pytanie… — odwróci- łem się od drzwi, przyłapując profesora na wyciąganiu z szuflady  biurka flaszki z bursztynowym płynem, którą szybko ukrył za ogo- nem borsuka — na kampusie chodzą plotki, że zmienił pan nazwi- sko ze Schnitzelmacher. To prawda? —  Urzędnikom germanizującym moich pradziadków nie bra- kowało poczucia humoru, podobnie zresztą jak twoim rodzicom —  odparł kąśliwie, już bez krępacji spijając solidnego łyka whisky. —  Masz jeszcze jakieś błyskotliwe pytania? Wystarczyło objąć gabinet wzrokiem, by zrozumieć, że dziekan  był typem faceta, którego lepiej nie drażnić. Dyplomy wydawały się  jedynym elementem typowym dla akademickich pomieszczeń. Bar- dziej jednak niż one w oczy rzucały się oprawione w ramki, nie- malże niecenzuralne zdjęcia z młodzieńczych lat Schmidta w ze- spole hard rockowym i multum wypchanych trofeów myśliwskich, 7 którym akompaniowała zawieszona wśród poroży strzelba (zdaje  się zresztą, że wbrew regulaminowi uczelni). Wyszedłem na kory- tarz z nadzieją, że Czechow się mylił. * * * Ja — nudny?! Co za bzdura! — myślałem, jedząc kanapkę w drodze  powrotnej z biblioteki. Idąc chodnikiem, dokonywałem wszelkich  starań, żeby omijać krawędzie łączące płyty. Słowa promotora od  tygodnia nie dawały mi spokoju. Co taki dziekan, wielka osobistość świata psychologii o wyraź- nych skłonnościach autodestrukcyjnych, może wiedzieć o mojej  skromnej osobie? Pierwsze słyszę, żeby skrupulatność, obowiąz- kowość i odpowiedzialność były cechami negatywnymi! Miałem  dość jasno określony cel i szczegółowy plan, jak go zrealizować.  Wystarczyło po prostu nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Ceni- łem bezpieczeństwo i spokój, ale żeby od razu nazywać moje życie  szarym? Cholera, nadepnąłem na krawędź. Ok, w moje życie wkradła się może monotonia i nawet byłem jej  świadom, ale w gruncie rzeczy wcale mi ona nie przeszkadzała. Nie  byłem rozczarowany rutyną. Ba! Zaryzykowałbym stwierdzenie, że  byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. No bo może i do tej pory zbyt wiele nie osiągnąłem, ale wierzy- łem, że była to wyłącznie kwestia czasu. Nie zarabiałem żadnych  pieniędzy, ale moje konto w magiczny sposób co miesiąc zasilały  zastrzyki gotówki od ojca, co zapewniało mi bezcenną beztroskę.  Nie miałem ambicji, by znaleźć się na okładce Forbse’a, więc póki  co w zupełności wystarczała mi możliwość zaspokojenia moich stu- denckich potrzeb. A o finansową przyszłość po odcięciu pępowiny  też specjalnie się nie martwiłem. Do edukacji, a tym samym fun- damentu mojej kariery zawodowej, podchodziłem zawsze bardzo  poważnie, chociaż kariera nie była dla mnie celem samym w sobie.  Bardziej narzędziem. Filarem mojego szczęścia i ładu była… Para dresiarzy maszerowała dumnie równoległym chodnikiem.  Mój szósty zmysł natychmiast wyczuł jedno z największych zagro- żeń, jakie czyhały w miejskiej dżungli. Jak zawsze w takiej sytuacji  intuicja podpowiadała mi, żebym zawrócił, ukrył się między drze- wami, zszedł z pola widzenia podejrzanych typów, ale w tym mo- 8 mencie rozbrzmiewające w mojej głowie słowa profesora Schmidta  okazały się głośniejsze. Skorygowałem tor ruchu, pędząc prosto na dwóch osobników  ubranych tak, jak gdyby uprawiali jogging lub szli na mecz. Obawia- łem się jednak, że ich zamiary nie miały nic wspólnego ze sportem.  Z każdym krokiem wzmagało się we mnie przerażenie i nadzieja,  że moje podejrzenia są niesłuszne. Może ci dżentelmeni byli tyl- ko niewinnymi studentami, którzy najzwyczajniej w świecie mieli  taki styl ubierania się? —  Pożyczysz portfel? — niski głos grodzącego mi drogę chłopaka  sprawił, że moja wiara w ludzkie dobro runęła jak domek z kart. Odziany w spodnie dresowe i T-shirt trzecioligowego klubu pił- karskiego dwudziestokilkulatek chyba jednak nie był studentem,  podobnie zresztą jak towarzyszący mu dwumetrowy łysol. —  I komórę… — dodał nad wyraz wysokim, wręcz piskliwym  głosem łysy, otrzepując ze żwiru nowiutkie, bo wciąż świecące się  jak jego glaca, adidasy. Cztery odblaskowe paski biegnące od obuwia przez dresowy  komplet aż po zanikającą szyję świadczyły wyraźnie o tym, że męż- czyzna dbał, by zawsze być widocznym na drodze. —  A kiedy oddacie? — zapytałem naiwnie, wyciągając z kie- szeni żądane ode mnie przedmioty. Szybko jednak zrozumiałem,  że coś jest nie tak. — Zaraz, przepraszam panowie, czy wy chcecie  mnie okraść? — zdecydowałem się zapytać wprost, niepostrzeże- nie chowając z powrotem komórkę i portfel. Gdy chłopaki zastanawiali się nad odpowiedzią, kątem oka  zbadałem ewentualne drogi ucieczki. Mogłem biec, ale otwarta  przestrzeń Pola Mokotowskiego nie dawała szans na działania dy- wersyjne. —  No a co, kurwa!? — odpowiedział niższy, najwyraźniej mózg  przedsięwzięcia. —  Aha, to ja w takim razie… — już chciałem zakończyć tą nie- wątpliwie głęboką konwersację, gdy potężna łapa łysego zacisnęła  się na mojej krtani. Czułem się jak mała mysz przygnieciona kocią łapą. Od gryzo- nia różniło mnie tylko to, że nie próbowałem za wszelką cenę wy- dostać się z pułapki drapieżnika. Wiedziałem, że opór tylko pogor- szyłby moją sytuację. 9 —  Wyskakuj z kasy! — zażądał niższy, dumnie zaginając  daszek nieco przymałej bejsbolówki z wymownym nadrukiem  HWDP. Nim jednak sięgnąłem do kieszeni, na żwirowej uliczce tuż  obok nas zatrzymał się radiowóz. Przez okno pojazdu wyglą- dał otyły funkcjonariusz, zajadając się opływającą lukrem droż- dżówką. —  Wszystko w porządku? — zapytał, zapijając posiłek łykiem  kawy. Minęła chwila, nim napastnicy uświadomili sobie, że na dro- dze do zdobyczy stanęła im większa ryba. —  Jacha, panie władza, to przecież nasz ziomek, co nie? — od- parł z olbrzymią dozą wiarygodności niższy chłopak, instynktow- nie przekręcając bejsbolówkę o 180 stopni. —  Ty, Jurek, tamci chyba spożywają alkohol! — spostrzegł ofi- cer w fotelu pasażera, wskazując na trójkę studentów siedzących  na ławce w cieniu rozłożystego kasztanowca. Moi rówieśnicy, gdy tylko spostrzegli mundurowych, dyskretnie  (jak im się wydawało) wsunęli puszki z piwem do plecaków. Policjanci nie dali się zwieść. Ruszyli z piskiem opon, zostawia- jąc mnie na pastwę moich oprawców. Jak zwykle wybrali sytuację  o większej szkodliwości społecznej. —  Psy już ci nie pomogą. — niższy poprawił bejsbolówkę, pre- zentując mi zdobiącą ją inskrypcję — wyciągaj hajs! —  Ale zaraz, panowie, — zaprotestowałem — nie podkablo- wałem was policji — co korelowało ze zgniatającą moją krtań łapą  łysego. — Czy wasz kodeks honorowy nie nakazuje zostawić mnie  w spokoju? —  Ej, czy on nas obraża? — zapytał wyższy, zaciskając pięści. Głos łysego drągala był tak niski, że jego dłuższa wypowiedź  wystarczyłaby, żeby ściąć mózg lub przywołać stado bezpańskich  psów. Skojarzyło mi się to z dzikimi kotami, które paraliżują swoje  ofiary nie tylko widokiem ostrych kłów, ale też infradźwiękami za- wartymi w ich ryku. Zaraz, o czym ja myślę? Chyba zaczyna bra- kować mi powietrza… —  Spoko Łysy, koleżka jest niekumaty — niski kompan na  szczęście zdołał w porę wyjaśnić sytuację, co automatycznie polu- zowało uścisk drągala. 10 —  Adrian, nie mów do mnie po ksywie… — Łysy szepnął kon- spiracyjnie do ucha niższego kolegi, pragnąc, by jego jakże orygi- nalne i zaskakujące przezwisko pozostało tajemnicą. Niższy, za ujawnienie imienia, walnął Łysego w tył głowy, do  którego zresztą ledwo dosięgnął. —  Gdybyś powiedział coś psom, już byś nie żył — zwrócił się  do mnie. — A tak, to nawet wpierdol nie będzie — odetchnąłem  z ulgą. — Ale komórę i hajs musimy zabrać, taka robota. Już chciałem zrzec się żądanych obiektów, gdy w mojej głowie  rozbrzmiały wątpliwości, co dziwne, głosem Schmidta — „I to ma  być przygoda? A co ciekawego jest w poddaniu się napastnikom?!  Zrób coś, do cholery!”. „W sumie co mi szkodzi…” — pomyślałem naiwnie — „wystar- czy, że załatwię sprawę delikatnie…” — następnie zwracając się  do napastników: —  Wybaczcie panowie, ale możecie mi obciągnąć. * * * Wyda się to może szokujące, ale opór nie na wiele się zdał. Co prawda  moja wulgarna wypowiedź została przyjęta nad wyraz pobłażliwie, ale  telefon i portfel i tak straciłem. Następnie, żeby nie było zbyt pięknie,  dżentelmeni w dresach uznali, że mam pedalskie buty, dlatego też,  rzecz jasna dla mojego dobra, postanowili mi je skonfiskować. Pokonując resztę drogi boso, przyciągałem wzrok rozbawionych  przechodniów. Czułem się jak pozbawiony ogona kot, który wśród  reszty stada postrzegany jest jako osobnik gorszy. Zdaję sobie sprawę, że stosowanie tak częstych porównań do  świata zwierząt wydaje się infantylne i niedzisiejsze, albo inaczej  — debilne i niemodne. Otóż nie jest to do końca objaw mojego zdzi- waczenia — uważam się za osobę relatywnie normalną. Stosowane  przeze mnie zabiegi stylistyczne mają charakter czysto naukowy. Wytłumaczę to tak: jestem studentem piątego roku psychologii  na Uniwersytecie Warszawskim i piszę pracę magisterską pod ty- tułem „Studium zachowań homo sapiens jako dowód na ich ewo- lucję od najprymitywniejszych form życia”. Od początku studiów marzyłem o tym, żeby otrzymać staż  w legendarnej już, prywatnej klinice równie sławnego Samuela  11 Schmidta, a gdy dowiedziałem się, że przepustką do moich ma- rzeń może stać się praca magisterska, postawiłem wszystko na  jedną kartę. Ostatnie dwa lata wyciskałem z siebie siódme poty,  żeby znaleźć się w elitarnym gronie jego seminarzystów, a teraz  — gdy w końcu mi się to udało — czułem, że nie jestem jeszcze  nawet w połowie drogi. Nad tematyką pracy głowiłem się całe wakacje. Jej dobór nie  mógł wynikać z mojej pasji czy jakichkolwiek głębszych przesłanek  — najzwyczajniej w świecie musiał być podpasowany pod dziekana  Schmidta, który znany był z zamiłowania do kontrowersji. Ta nie- doszła gwiazda rocka specjalizowała się w zaburzeniach procesów  psychicznych (na które zresztą z dziewięćdziesięcioprocentowym  prawdopodobieństwem sam cierpiał), więc entuzjastycznie pod- szedł do mojej propozycji i chętnie postawił mnie przed wyzwa- niem udowodnienia mu, że wszelkie odchylenia od normy w ludz- kich skłonnościach i zachowaniu to wcale nie społeczne patologie,  tylko spadek po naszych zwierzęcych przodkach. Temat pracy, nie dość że spełniał wszystkie wymagania pro- motora (który dodatkowo był pasjonatem fauny, chociaż prefero- wał ją w formie martwej natury), to jeszcze wydawał się względnie  prosty — miałem udowodnić, że nie odeszliśmy daleko od naszych  zwierzęcych przodków, czego potwierdzenie znajdowałem niemal- że na każdym kroku. Z drugiej strony wiedziałem jednak, że awangardowy profesor  nie przyjmie mnie na staż, póki moja praca nie będzie lepsza niż  biblia i Harry Potter w jednym. Maszerując boso i z pustymi kiesze- niami, czułem, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. —  Chłopcze, czemu paradujesz po ulicy bez obuwia? — na mo- jej drodze wyrosło nagle dwóch strażników miejskich. Mundurowi niczym czujne psy wyniuchali, że coś jest nie tak. —  Widocznie prosi się o mandat! — stwierdził drugi, wycią- gając notes. —  Są na to paragrafy? — zapytałem poważnie, zerkając na  moje nagie stopy. —  Ty, on chyba jest pijany… — stwierdził urażony moim pyta- niem strażnik. — Nazwisko! — zażądał. —  Sobieski Jan… — odparłem, na twarzach strażników do- strzegając niedowierzanie. 12 Już chciałem sięgnąć po dowód, gdy przypomniałem sobie, że  znajdował się w skradzionym mi wcześniej portfelu. —  I może jeszcze pod Grunwaldem mieszkasz? — inteligent- nie zażartował jeden ze strażników. —  To nie ten król… — poprawiłem uprzejmie, lecz panowie  strażnicy nie przykładali specjalnej wagi do zgodności historycz- nych faktów. W funkcjonariuszach coś pękło. Zrozumiałem, że w ich oczach  byłem upierdliwym, drażniącym się z nimi kotem. Niestety, tych  psów nie krępowały żadne łańcuchy. —  Zobaczymy, jaki będziesz mądry na komendzie… * * * Straż miejska dotrzymała słowa. Wystarczył jeden telefon do „Zby- cha” z pobliskiego posterunku, by znalazło się dla mnie miejsce  w przytulnej celi. Byłem pod wrażeniem, że system karny działał  w naszym kraju aż tak sprawnie. Jeszcze przed godziną grzecznie uczyłem się w bibliotece,  a teraz siedziałem za kratkami. I kto by pomyślał, że dobre rady  Schmidta tak szybko zaprowadzą mnie aż tak daleko. Niestety i tu nie zaznałem spokoju. Celę dzieliłem z pijanym  jak szpadel panem Władkiem. Gdy zapytałem oficera dyżurnego,  dlaczego nie trzymają Władysława na izbie wytrzeźwień, odpowie- dział mi, że nie mają tam już miejsc. Skoro tak pełno było tu w śro- dowe popołudnie, przeszło mi przez myśl, że w piątkowy wieczór  panowie policjanci muszą chyba zabierać trzeźwych inaczej jego- mościów do swoich domów. Rozmowa z Władkiem (z którym natychmiast przeszliśmy na  „ty”) sprawiła, że sam poczułem się jak po kilku głębszych: —  Słuchaj Edek… — zaczął Władysław, z niemałym trudem  wydobywając z siebie każde słowo. —  Janek… — mimowolnie poprawiłem towarzysza niedoli. —  Marek… Jesteś dla mnie jak syn — kontynuował — nie chcę,  żebyś skończył jak ja… — tu mu się odbiło. — Ty Mareczek wyjdziesz  na ludzi, jesteś równy gość. Nie dla ciebie kryminał. Sam przekiblo- wałem kilka lat i powiem ci, że jak już wpadniesz do tego sracza, to  już z niego nie wyjdziesz. Państwo zaraz spuszcza wodę. 13 Władek przybliżył się do mnie, wypełniając moje nozdrza sub- telną wonią człowieka, który nie zaznał kąpieli od miesięcy. —  Nie pozwolę, byś zgnił w pierdlu, Eduś… Po wypowiedzeniu tych wielkich słów, Władek rozejrzał się  w koło, konspiracyjnie sięgając dłonią do swoich gaci. Pogrzebał  w nich trochę, wyciągając po chwili aluminiową łyżkę. Patrzył na  mnie z taką dumą, jakby zamiast sztućca wyjął pokaźnych rozmia- rów przyrodzenie. —  Wydostanę nas stąd — szepnął radośnie. — Nie dam im  zniszczyć… naszych marzeń! Napędzony okrzykiem Władek podbiegł do ściany i zaczął okła- dać ją łyżką. Domyśliłem się, że jego genialny plan zakłada zrobie- nie podkopu. Niestety nim zdołał cokolwiek zdziałać, zgiął się w pół  i jak kot próbujący odchrząknąć kłaczek, pomęczył się chwilę, po  czym puścił pawia i położył się pod ścianą, przycinając komara. Zaznałem w końcu upragnionej ciszy. Przysiadłem na pryczy,  uśmiechając się do siebie. Zdradziłem już, że uważałem się za osobę ogromnie szczęśliwą.  Przygody podobne do dzisiejszych dotychczas starałem się omijać  z daleka, ale nawet gdyby przytrafiały mi się codziennie, to i tak nie  mógłbym narzekać. Zresztą, czego jeszcze mogłem chcieć, skoro  miałem już wszystko? —  Sobieski! — krzyknął strażnik, wyrywając mnie z zamy- ślenia. — Masz szczęście. Ktoś przyniósł twoje dokumenty. Wy- chodzisz. Nieco zaskoczony opuściłem celę, rozglądając się za moim wy- bawicielem, a raczej wybawicielką. I wtedy ją ujrzałem — miłość mego życia. Byłem typem człowieka, który nigdy nie zwracał uwagi na wy- gląd innych. Nie obchodziło mnie, jakiego koloru ktoś ma włosy; czy  jest gruby, czy chudy; jaką ma cerę lub w co jest ubrany. Moje podej- ście zmieniało się o 180 stopni, gdy stawała przede mną Maja. Mogłem gapić się na nią całymi godzinami. O każdym centyme- trze kwadratowym jej ciała mogłem pisać epopeje. Jej ciało było mo- ją biblią, którą pobożnie studiowałem każdego wieczora (i w trakcie  dnia, gdy przydarzała się ku temu okazja). Dotyk jej kruczoczarnych włosów, które spływały wzdłuż ra- mion jak wodospady ropy naftowej sprawiał, że czułem się bogatszy  14 niż Exxon Mobil, Shell i BP razem wzięte. Trzy słodkie pieprzyki  zdobiły jej blady policzek niczym czarne perły. Jej piwne oczy by- ły dla mnie tym, czym głębia butelki dla alkoholika. Jej szczupła  sylwetka, delikatnie zaokrąglone kształty oprawione w zwiewną,  turkusową sukienkę powodowały u mnie… każdy facet wie, co po- wodowały… —  Sobieski, co znowu przeskrobałeś? — zapytała rozbawiona  Majka, przytulając mnie na powitanie. Choć siedziałem w areszcie tylko półtorej godziny, czułem się  jak degenerat wychodzący na przepustkę po odsiedzeniu kilku do- brych lat. Na widok kobiety poczułem się jak pies, który dostrzega  suczkę z cieczką. By nie dać nic po sobie poznać, przytuliłem się  do Majki, odchylając biodra do tyłu. —  Dobrze się czujesz? — zapytała, przyglądając się moim nie- zgrabnym staraniom. Skoro i tak mnie przejrzała, nie miałem nic do stracenia: —  Chodźmy stąd… — szepnąłem jej do ucha — bo za stosunek  w miejscu publicznym mogą zamknąć mnie na dłużej… ROZDZIAŁ 2 Uwielbiałem te chwile, gdy leżeliśmy w łóżku po udanym seksie.  Odprężony, wolny od negatywnych emocji, na chwilę znajdywałem  się z dala od całego świata. Potrafiliśmy spędzać całe dnie jak zwierzęta. Leżeliśmy w na- szym legowisku, opuszczając je tylko po to, by skoczyć po jedzenie  lub ewentualnie urozmaicić miejsce stosunku. Jeść, spać i kochać się  — tak powinno wyglądać życie człowieka, gdyby zabrać te wszystkie  inne atrakcje, które mają rzekomo „odróżniać nas od zwierząt”. Zresztą, jak na jeden dzień miałem już zdecydowanie dość przy- gód. Wtulony w ramię Mai zastanawiałem się, skąd Schmidt wziął  tego typu metody dydaktyczne. Chociaż zważając na jego bogatą  przeszłość, nietrudno było mi wyobrazić sobie, że on również zdo- bywał wiedzę praktyczną na starciach z dresiarzami i noclegach  w areszcie. —  Musisz? — zapytałem, gdy Maja sięgnęła po papierosa. —  Koteczku, co to za seks, jeśli nie wieńczy go fajeczka? — od- powiedziała pytaniem. Zastanawiałem się, jakie inne zwierzę poza człowiekiem prak- tykuje jakiś rytuał po stosunku seksualnym, ale do głowy przyszła  mi tylko modliszka. Ucieszyłem się, że moja samica jedynie zady- mia naszą sypialnię, a nie pożera mnie żywcem. Maja teoretycznie rzuciła palenie — przynajmniej tym chwali- ła się wszystkim w koło. W rzeczywistości jednak „okazyjnie” po- zwalała sobie na „małego dymka”. Nie wyobrażała sobie przerwy  w zajęciach bez fajki, spotkania ze znajomymi bez fajki, obiadu  bez fajki, kawy bez fajki, seksu bez fajki, piwa bez fajki, czy choćby  „przewietrzenia się” bez fajki. Tym sposobem „nie paliła”, wypala- jąc jedynie paczkę dziennie. 16 —  Słuchaj… — zaczęła półszeptem Maja — chyba zapomnia- łam wczoraj wziąć tabletki… Słowa te uderzyły we mnie jak grom z jasnego nieba. Zalałem  się potem. Nerwowy strumień emocji spowodował jeszcze bardziej  impulsywny strumień myśli: „O Boże! Czy już w tak młodym wieku mam zostać ojcem? Czy  jestem na to gotowy? Czy jestem wystarczająco dojrzały? Na pew- no nie — nie mogę być — jestem w końcu za młody. Jestem tylko  studentem — podmiotem nieodpowiedzialnym i niegotowym na  trudy życia. Czy uniwersytet przygotował mnie do bycia dorosłym?  Potrafię z pamięci wyrecytować teorię behawioryzmu i introspek- cjonizmu, ale czy będę umiał być głową rodziny?”. „Ale zaraz, przecież zwierzęta nie potrzebują wyższego wy- kształcenia ani nawet jakiejkolwiek szkoły, aby wychować swoje  potomstwo. Dla nich jest to czynność tak naturalna jak spanie, gdy  jest się zmęczonym, lub wąchanie się po tyłkach. Wiem, że będę  w stanie sprostać temu wyzwaniu. Będę dobrym ojcem”. —  Nie martw się skarbie… — odparłem, opiekuńczo przytula- jąc Maję do piersi — zaopiekuję się naszym dzieckiem. —  O czym ty mówisz? — wyraźnie oburzona Maja wyrwała się  z mojego uścisku. — Przecież doszedłeś na zewnątrz. —  No tak… — przypomniałem sobie. Maja włączyła telewizor. Ja sięgnąłem po komputer. Dopiero,  gdy zacząłem przelewać na twardy dysk zdobytą dziś wiedzę, uświa- domiłem sobie, że cały ten cyrk z dresami, strażą miejską i pobytem  w areszcie niespecjalnie przekłada się na moją pracę. Sugerując się zdaniem Samuela, wpakowałem się w niezłe ba- gno, ale teraz, na spokojnie, gdy przyszedł czas na refleksje, nie  potrafiłem przełożyć zdobytego doświadczenia na odpowiednie  słowa. Pokrótce nakreśliłem moją wizję Władysława, jako zamkniętego  w klatce ptaka, który utracił umiejętność latania. Co za banał… —  Hej Pysiu! Chodź zobaczyć, jaki wspaniały przyrządziłam  obiad! — z telewizji dobiegł mnie doskonale skonstruowany dialog,  inspirując do twórczej i wiarygodnej pracy. Maja z pasją oglądała 4836 odcinek popularnej telenoweli scien- ce fiction pod tytułem „Klon”. —  Możesz przełączyć? — w końcu nie wytrzymałem. 17 —  Czemu? —  Bo jak tego słucham, to mam ochotę wyciągnąć sobie mózg  przez nozdrza. Ku mojemu zaskoczeniu, Maja uległa bez wchodzenia w dys- kusję i obrony niezaprzeczalnej wartości artystycznej i moraliza- torskiej „Klona”. Co dziwniejsze, uczyniła to wtedy, gdy na ekranie  pojawiło się serialowe „ciacho” — Rafał Paląg. Bez trudu poddałem metaforze zachowania Adriana i Łysego,  a także przemiłych strażników miejskich. Ku mojemu zaskocze- niu, odczytując uwieczniony do tej pory fragment zauważyłem, że  zapisane przeze mnie równoważniki zdań układały się w coś bar- dziej przypominającego powieść niż pracę naukową. Czy to o to  chodziło Schmidtowi? —  Tomasz Ryś, witam serdecznie. Moimi dzisiejszymi gośćmi  są Irena Machoń, prezes Libertariańskiego Ruchu Równości, oraz  Mieszko Bigos, lider Narodowej Partii Patriotycznej. Z deszczu pod rynnę. Maja przełączyła na program publicy- styczny, którego szacownymi gośćmi byli przewodniczący dwóch  najbardziej skrajnych partii w tym kraju. —  Zacznę od kwestii, która od jakiegoś czasu dzieli Polaków  na dwa obozy — kontynuował Ryś. — Wczoraj w sejmie przegłoso- wana została decyzja w sprawie referendalnego spisu powszech- nego Polaków, który odbędzie się 10 marca. Lewica z Libertariań- skim Ruchem Równości na czele przekonała większość rządzącą  o konieczności określenia procentowej ilości homoseksualistów  w społeczeństwie i poparcia reszty dla rozszerzenia ich praw. Re- ferendum odbędzie się za 5 miesięcy, jednak już dzisiaj pojawiają  się głosy, zarówno w kraju jak i za granicą, że mamy tu do czynie- nia z naruszaniem podstawowych praw człowieka. —  Nic bardziej błędnego… — zanegowała Irena Machoń. —  Właśnie dlatego nasza partia od miesięcy naciskała, aby nie ba- dać społeczeństwa w sposób jawny, lecz poprzez anonimowe refe- rendum. Każdy będzie mógł bez żadnych obaw wypowiedzieć się  o swojej orientacji seksualnej. W końcu otrzymamy realny obraz  struktury społeczeństwa polskiego. —  A nie boi się pani o to, że Polacy reprezentujący większość  seksualną i narodowościową po prostu nie wezmą udziału w refe- rendum, ponieważ nie będą w nim mieli żadnego interesu? Oczy- 18 wiście, gdyby do urn stawili się wyłącznie przedstawiciele mniejszo- ści homoseksualnej, na postawie ogółu ludności można by określić  ich udział procentowy. Istnieje jednak realne zagrożenie, że jeżeli  referendum nie przyciągnie ponad połowy uprawnionych do gło- su obywateli, to nie przyciągnie nikogo. Mniejszości mogą bać się  ujawnić, jeżeli nie będą czuły wsparcia większości. —  Oczywiście, — przyznała Machoń — dlatego najważniej- szym zadaniem zarówno dla polityków, jak i dla mediów na naj- bliższe miesiące jest promowanie referendum i uświadomienie  społeczeństwu jego wagi. —  Powiem wprost, że całe to referendum to największa bzdura  od czasu otwarcia naszych granic — wtrącił się Bigos. — Czy Pola- cy naprawdę muszą płacić grube miliony z własnych kieszeni, żeby  dowiedzieć się, ilu z nas cierpi na homoseksualizm? Lepiej wydać  te pieniądze na leczenie tych nielicznych nieszczęśników… —  Leczenie? — oburzyła się Machoń — Nielicznych?! A to do- bre. Wie pan, czemu wydaje się panu, podkreślę, wydaje, że homo- seksualiści są w tym kraju grupą nieliczną? Właśnie przez ludzi  takich jak pan i pańscy zwolennicy, mniejszości nie ujawniają się,  a jest ich więcej, niż potrafi pan to sobie wyobrazić! Dla porówna- nia, w Stanach Zjednoczonych homoseksualiści stanowią niemal- że 20  społeczeństwa! 20 ! Czy polskie statystyki oscylujące wo- kół 3  są wiarygodne? Bardzo w to wątpię. To społeczeństwo jest  przesiąknięte strachem, a referendum jest jedyną szansą głosu dla  każdego w tym kraju, niezależnie od jego upodobań. —  Dlaczego wiarygodność tych statystyk jest tak istotna? —  dopytywał Ryś. —  Referendum i uzyskanie prawdziwego obrazu struktury  polskiego społeczeństwa to pierwszy krok w kierunku wielkich  przemian. Gdy uzyskamy pewność, że ponad 10  mieszkańców  naszego kraju to homoseksualiści, walka o ich prawa nabierze zu- pełnie innego wymiaru. Otworzy to drogę do ślubów par homosek- sualnych, do parytetów na stanowiskach rządowych, a w końcu do  legalizacji adopcji przez takie pary. —  I może jeszcze pozwolimy kobietom zostawać księżmi!? Co  za nonsens… — odparł ostro Bigos. — Oddałem dla tego kraju  wszystko i nie pozwolę, żeby moja ojczyzna zamieniła się w Sodo- mę i Gomorę. 19 —  Jak mamy to rozumieć? — spytał Ryś. — Planuje pan jakieś  odwołania od decyzji władz? —  Nic bym tym nie wskórał… — przyznał Mieszko. — Refe- rendum było lobbowane przez całą rzekomą „elitę” tego kraju: zde- prawowane osoby publiczne, dla których tradycje Rzeczypospolitej  i wartości chrześcijańskie są po prostu niemodne. Aktorzy, piosen- karze, sportowcy, przebojowi politycy… wszyscy starają się być tacy  nowocześni, podążać za zachodem, kalifornizacją świata. A reszta  narodu patrzy na ten rozpad, na tą zgniliznę i wie, że jestem ich  ostatnią nadzieją… — w studiu zapadła cisza. —  Łał… — milczenie przerwał w końcu Ryś. — To było…  wstrząsające. Ale dalej nie powiedział pan, jak zamierza się usto- sunkować do referendum? —  Powiem tylko, że stoi za mną cały naród. Nie zagrozi nam  grupa sodomistów, choćby nie wiadomo jak wysoko postawionych.  Proszę się nie obawiać, — tu Bigos zwrócił się wprost do telewi- dzów — gwarantuję, że 10 marca nic nie zmieni. Polska pozosta- nie Polską! Słowa te w ustach Bigosa mogły oznaczać tylko jedno — wojnę.  A że facet miał za sobą armię dresiarzy, skinheadów i słuchaczy  radia Maryja, mógł pokrzyżować plany, jak on to nazywał, „sodo- mistycznej elity”, która śmiała walczyć o równouprawnienie. Re- alna groźba apokalipsy nie motywowała do dalszego pisania pracy.  Rozpoczęcie kolejnego paragrafu straciło nagle jakikolwiek sens.  Na szczęście z niespodziewaną pomocą przyszła tu Maja. —  Kochanie — słodki „przytulas” odwrócił moją uwagę od  ponownie włączonego „Klona” — nie pogniewasz się, jak w piątek  wyjdę bez ciebie? Przed moimi oczami stanęła grupa smukłych gazeli w okresie  godowym. Zbliżając się do wodopoju, gazele przyciągnęły uwagę  pasących się samców. Pod wpływem unoszących się w dusznym  powietrzu feromonów, napięcie seksualne u odurzonych trawami  sawanny parzystokopytnych wzrosło do tego stopnia, że gotowi by- li pokryć nawet co bardziej zaokrągloną skałę. Samice z początku  miały się na baczności, lecz wraz z konsumpcją kolejnych źdźbeł  ich zmysły tępiały. Wkrótce sawanna zamieniła się w scenę orgii. Przelałem mroczną wizję na bajty, zachowując przy tym ka- mienną twarz. 20 —  Znowu? —  No wiem… ale z dziewczynami już od dawna planowałyśmy  babski wieczór. Włożymy szpilki, jakieś fajne kiecki; napijemy się  malibu, a potem skoczymy gdzieś potańczyć… Ok, więc moja dziewczyna chciała tylko seksownie się ubrać,  nawalić i pójść do klubu bez swojego faceta. Najwyraźniej nie mia- łem powodów do obaw. —  A może jednak zabierzesz mnie ze sobą i będziemy udawać,  że jestem twoim homoseksualnym przyjacielem? — spróbowałem,  zainspirowany obejrzaną przed momentem audycją, ale pełne po- litowania spojrzenie Mai posłużyło mi za odmowę. — No co? Jest  to chyba teraz dosyć modne, nie? — sprostowałem. —  Nie bierzemy ze sobą niczego, co ma penisa. — to już trud- niej było obejść. — Wstęp tylko dla kobiet. —Właściwie to w połowie jestem kobietą — potwierdzenie tej  tezy okazało się nad wyraz proste. — Moja matka jest kobietą. ROZDZIAŁ 3 —  Jakbym miał dziewczynę, w życiu nie wypuściłbym jej sa- mej do klubu. Bo po co chodzi się do klubów? Chyba nie po to, żeby  spotkać się ze znajomymi, bo tam się nawet słowa nie da zamienić.  Do klubów chodzi się tylko w jednym celu: żeby rwać. — Swoje po- glądy przedstawił mój przyjaciel Marcel, gdy maszerowaliśmy na  zajęcia przez kampus uniwersytetu. —  To, że ty traktujesz „clubbing” jak polowanie, nie znaczy, że  wszyscy tak robią — odparłem. —  Ja? — oburzył się Marcel. — Ja się w klubach czuję jak zwie- rzyna łowna! —  Powinieneś się cieszyć, że obecnie wśród studentek panuje  moda na egzotykę. — Tu powinienem poinformować, że Marcel był  czarny. —  No właśnie, moda — z wyrzutem powtórzył Marcel — nie  jestem niczym więcej, niż tylko sezonowym dodatkiem, który wło- ży się raz, a potem wyrzuca. Mam już dość związków, które kończą  się przed śniadaniem. —  Nie powinieneś zaliczać przypadkowego seksu do kategorii  związku. — poradziłem. — A zresztą, jeżeli szukasz czegoś na po- ważnie, to kluby nie są chyba najlepszym do tego miejscem. —  Jasne, że nie, ale gdzie mam szukać? Jedyne dziewczyny na  całej tej pieprzonej uczelni, z którymi chciałbym mieć coś wspól- nego na trzeźwo, traktują mnie jak powietrze… — zastanowił się  chwilę. — Nic z tego nie rozumiem. —  A nie sądzisz, że twoje niepowodzenia mogą mieć jakiś zwią- zek z tym, że codziennie po zajęciach odpalasz skręta i cały wieczór  toczysz bitwy drużyną magów na zmianę z oglądaniem sitcomów?  — wyraziłem swoje wątpliwości. 22 —  Nie widzę związku. — stwierdził bez wahania Marcel. —  Zresztą po czyjej ty jesteś stronie? Klepnąłem Marcela po plecach, nie chcąc dalej ciągnąć tej inteli- gentnej dyskusji. Poza tym już kilka minut wcześniej odniosłem dziw- ne wrażenie, że ktoś nas śledzi. Postanowiłem zbadać tą sprawę. —  Kim jest ten gość, który idzie za nami i macha do mnie za  każdym razem, gdy się obrócę? — spytałem. Marcel rzucił okiem za siebie, dostrzegając niskiego chłopaka  szczerzącego się jak hiena na widok padliny. —  To Maciek, mój chłopak. — Marcel odparł bez ogródek. —  Aha… — rozwiązanie dręczącej zagadki przyniosło mi spo- kój, ale tylko do momentu, gdy dostrzegłem pewien zaskakujący  aspekt w odpowiedzi Marcela. — Zaraz… twój „chłopak”? Zmie- niłeś nagle orientację? —  Wiem tylko tyle, że mam dość kobiet… — odparł Marcel —  Maciek to równy gość i z nim po raz pierwszy czuję, że mój zwią- zek jest stabilny. —  To trochę… dziwne — chciałem użyć mniej dyplomatyczne- go określenia — no dobra, ale… no nie wiem… całujecie się, śpicie  ze sobą? — pytanie to wydało mi się o tyle trudne, że przed oczami  stanęły mi te wszystkie noce, które spędziłem z Marcelem sam na  sam w jednym pokoju, czy w jednym namiocie, a że przyjaźniliśmy  się od dziecka, było ich sporo. —  Postanowiliśmy z tym poczekać… —  Chyba nie do ślubu? — wymsknęło mi się. Wystarczyło jedno spojrzenie Marcela bym zrozumiał, że mam  natychmiast zmienić temat. —  Jakoś go nie kojarzę. Też studiuje psychologię? —  Nie, prawo — wyznał Marcel — a poza tym Metody Ilościowe  w Ekonomii i Systemy Informatyczne w Głównej Handlowej. —  Brzmi jak kupa świetnej zabawy. —  Ponoć i tak nie ma czasu na uczelnie, bo pracuje w jakiejś fir- mie audytowej, cokolwiek to oznacza… Zweit Old, czy jakoś tak. —  Uważasz, że pracoholik to dobra partia? Chcesz samotnie  wychować wasze dzieci? — tym razem pięść Marcela wbiła się  w moje ramię. —  A właściwie dlaczego on idzie za nami? — postanowiłem  wyjaśnić tę dziwną nieprawidłowość. 23 —  Uznaliśmy, że lepiej będzie nie ujawniać się publicznie.  Przynajmniej na razie — wyjaśnił Marcel. — W tym kraju roi się  od pieprzonych homofobów. Już i tak balansuję na krawędzi przez  to, że urodziłem się czarny. Gdybym jeszcze wyznał, że jestem ge- jem, najprawdopodobniej zostałbym ukrzyżowany. —  Coś o tym wiem — postanowiłem rozładować atmosferę  pięknym wspomnieniem. — Wczoraj straciłem lakierki, bo dwóch  dresów uznało, że są pedalskie. —  Bo były pedalskie. — ocenił Marcel. —  Spójrz na siebie. — zripostowałem, gdy weszliśmy na aulę. —  Myślisz, że to całe referendum choć trochę poprawi nasta- wienie do mniejszości w tym kraju? — zapytał z nutką nadziei, kie- dy rozsiedliśmy się już w ławce. Aż głupio mi było mu ją odbierać: —  Nie nastawiałbym się zbyt optymistycznie. Mam dziwne  przeczucie, że armia twojego braciszka może zredukować frekwen- cję na referendum do zera. — aha, nie wspominałem też, że czoło- wy nacjonalista w tym kraju, Mieszko Bigos, był ukochanym bratem  mojego negroidalnego kumpla. —  Też widziałeś go u Rysia… — odgadł Marcel. — Jestem cie- kaw, co ten skurwysyn znowu knuje… Nie mogę uwierzyć, że jest  moim bratem. Nasza matka musiała się puścić z listonoszem. Naszą głęboką wymianę poglądów przerwało pojawienie się  na auli profesora Adama Kasusa. Był to przemiły starszy człowiek  o fascynującym podejściu do życia. —  Dzień dobry. Widzę, że z każdym wykładem jest nas co- raz mniej… — zaczął jak zwykle. — I doskonale! Cieszę się, że  tylu studentów poszło w końcu po rozum do głowy! Ten wykład  to niewyobrażalna strata czasu. Niewątpliwie jest milion innych  miejsc, w których wolelibyście być w tym momencie. Zachęcam,  abyście podążyli za głosem serca i opuścili tę aulę. Śmiało, nie  krępujcie się! Na twarzach studentów dało się dostrzec zakłopotanie. Milczą- ce oczekiwanie profesora wywarło na niektórych tak silną presję,  że podnieśli się z miejsc i ruszyli ku wyjściu. —  Tak, tak! Idźcie sobie! — zachęcał Kasus. — Radzę omijać  wykłady, chyba że chcecie skończyć jak ja: samotny, zdziwacza- ły dziad bez pieniędzy, ale za to z tytułem! Lepiej znajdźcie sobie  prawdziwą robotę albo chociaż skoczcie na siłownię, zostańcie ra- 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Folwark warszawski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: