Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01323 012694 13623283 na godz. na dobę w sumie
Fotografie, które nie zmieniły świata - ebook/pdf
Fotografie, które nie zmieniły świata - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-268-2014-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Fotografie, które nie zmieniły świata” to gorzkie rozliczenie z etosem fotoreportera dokumentującego najdramatyczniejsze wydarzenia najnowszej historii. Opatrzony autorskim komentarzem zbiór fotografii, nie tylko wojennych, z których wiele stało się ikonami współczesności, a także opowieść o doświadczeniach na granicy emocjonalnej wytrzymałości i próbie przezwyciężenia związanej z tym traumy.

 

O autorze:

KRZYSZTOF MILLER (1962–2016) – fotoreporter wojenny, świadek niemal wszystkich wojen ostatniego 25-lecia. Robił zdjęcia w Afganistanie, Czeczenii, państwach afrykańskich, Gruzji, Bośni, podczas przewrotu w Rumunii i aksamitnej rewolucji w Czechosłowacji. Od 1989 roku był związany z „Gazetą Wyborczą”. W 2000 roku członek jury konkursu World Press Photo. W 2013 roku wydał książkę „13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego”. W 2014 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

F O T O G R A F I E KTÓRE NIE ZMIENIŁY ŚWIATA niektóre fragmenty tekstu powstały na podstawie książki krzysztofa millera „13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego” w opracowaniu redakcyjnym andrzeja niziołka, wydanej przez Społeczny instytut wydawniczy znak. wybór zdjęć i fotoedycja: krzysztof miller, Beata łyżwa-Sokół, waldemar Gorlewski redakcja: ariadna machowska, Paweł Goźliński Projekt graficzny okładki, skład i łamanie: Ula Pągowska korekta: Danuta Sabała Podpisy pod zdjęcia: izabela Olendzka zdjęcie na okładce: rPa, Johannesburg, dzielnica thokoza, 19.04.1994. krzysztof miller uważał, że to najważniejsza fotografia, jaką zrobił w rPa. zdjęcia: krzySztOF miLLer, s. 14 (reprodukcje segregatora) waldemar Gorlewski, s. 218-219 erazm Ciołek/Fotonova, s. 220 Jacek marczewski/agencja Gazeta, s. 220 wojciech Grzędziński, s. 222-223 Sławomir kamiński/agencja Gazeta ul. Czerska 8/10, 00-732 warszawa wydawnictwo książkowe: Dyrektor wydawniczy małgorzata Skowrońska redaktor naczelny Paweł Goźliński koordynacja projektu katarzyna kubicka © copyright by krzysztof miller © copyright by aGOra Sa wszelkie prawa zastrzeżone warszawa 2017 iSBn: 978-83-268-2015-1 książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym, ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. a kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo! Polska izba książki F O T O G R A F I E KTÓRE NIE ZMIENIŁY ŚWIATA KRZYSZTOF MILLER (na poprzedniej stronie) Sudan Południowy, Dżuba, 22.11.2006 Okolice obozu uchodźców, chrześcijan, którzy przybyli z terenów objętych walkami z muzułmanami. Na drugim planie Nil. WSTĘP Wojciech Jagielski 7 Zawsze lubiłem to zdjęcie. Było dokładnie takie, jakiego potrzebowałem. Zaskakujące, niejednoznaczne, tajemnicze. Powiedziałem mu, że najlepiej nada się na okładkę książki, którą pisałem. Ucieszył się z mo- jego wyboru, choć nie raz miałem wrażenie, że do takich fotografii odnosił się z lekceważeniem. Jakby nie zasługiwały, żeby stawiać je w jednym rzędzie ze zdjęciami będącymi zapisem wydarzeń najważniej- szych. Wielkich wojen, rewolucji, przełomowych wyborów, których był świadkiem i kronikarzem. Tamto zdjęcie, które wybrałem na okładkę książki „Nocni wędrowcy”, Krzysztof Miller zrobił na sudań- skim południu, nad rozlewiskami Nilu. Jest na nim wielkie drzewo, które podmyte przez rzekę wczepia się rozpaczliwie korzeniami w nadbrzeżne skały. I dwóch małych chłopców, rybaków, w starej drewnianej łodzi, jakby wyrzuconej z wody na brzeg i wplątanej w zwisające nad nią korzenie. Nie widać tylko rzeki, niszczycielki i dobrodziejki. Wybrałem je na okładkę książki, która opowiadała o dzieciach żołnierzach, zrządzeniem złego losu wyry- wanych z rodzinnych wiosek i zwykłych kolein życia i zmuszanych nagle do odgrywania ról tak dorosłych, że ich ojcowie nie potrafiliby im podołać. Widziałem w tej scenie znad Nilu obraz przewrotnego i nieod- gadnionego losu i bezsilności, jaką się odczuwa wobec jego potęgi, nieuniknioności, własnej kruchości. Teraz, kiedy Krzysztof odebrał sobie życie, bo dalej żyć nie miał siły, dostrzegam w tej fotografii także fragmenty jego własnego portretu. To tam, nad Nilem, zaczęły się jego choroby. Już w drodze do ugandyjskiej Kampali kiepsko się czuł, a do samolotu do Londynu wsiadał z gorączką. W Warszawie, prawie z lotniska, pojechał do szpitala na ostry dyżur, zapadł w śpiączkę. * Ryszard Kapuściński, którego również w Afryce dopadła malaria, tak opisywał objawy choroby: „pierw- szym sygnałem nadciągającego ataku malarii jest wewnętrzny niepokój, który zaczynamy odczuwać na- gle i bez wyraźnego powodu. Coś się z nami stało, coś niedobrego. Jeżeli wierzymy w duchy – wiemy co: to wszedł w nas zły duch, ktoś rzucił na nas czary. Ten duch obezwładnił nas i przygwoździł. Toteż wkrót- ce ogarnia nas otępienie, marazm, ociężałość. Wszystko nas drażni. Przede wszystkim drażni światło, nienawidzimy światła. Drażnią nas inni – ich hałaśliwe głosy, ich odrażający zapach, ich szorstki dotyk”. Tamten atak malarii mózgowej, najgroźniejszej postaci tej zabójczej choroby, Krzysztof przeżył, ale wkrót- ce potem zaczęła dręczyć go nowa, której już nie pokonał. Przyszłaby pewnie i tak, prędzej czy później, bez względu na malarię. – Zaczęły mnie dręczyć sny – opowiedział mi w klinice psychiatrycznej, do której trafił na leczenie. – Były kolorowe, wielowymiarowe, jak żywe. I wszystkie o wojnie, o przemocy, strachu, które mnie dopadają po kolei, a ja, zupełnie bezsilny, nie mogę uciec ani się schować. Nigdy nie ginąłem, ale cier- piałem męczarnie. Siedziałem skulony w okopach w Czeczenii, zasypywany piaskiem, który wdzierał mi się do ust. 8 Nad Terekiem dostaliśmy się pod ogień rosyjskich moździerzy. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy każdy w swoim okopie, a raczej dole, metr na półtora, zasypywani piachem, kawałkami darni, gorącymi jak ogień odłamkami. Może właśnie tam zaczął się ten czeczeński sen, który potem go dręczył po nocach. Lekarze zdiagnozowali depresję i stres pourazowy podobny do tego, na jaki cierpią wracający z wojen żołnierze. Zwyciężył malarię mózgową, a wcześniej ciężką żółtaczkę, której nabawił się w Afganistanie, ale tej nowej chorobie, duszy, nie ciała, nie dał już rady. Choroby duszy leczy się dużo trudniej, blizny nie goją się tak łatwo i bez bólu. No i za leczenie odpowiada bardziej pacjent niż lekarz, choćby się nim nie wiem jak dobrze opiekował. A Krzysztof nie lubił się nad sobą roztkliwiać. * Nie uważał dziennikarstwa za misję. Raczej za zadanie do wykonania, ale wykonania wzorowo, najlepiej jak się da. Czyli na własne oczy, z bliska, na wyciągnięcie ręki, bo inaczej w ogóle nie warto. – Jak blisko się podchodzi? Każdy ma tę granicę własną – powiedział mi w klinice. – Zrobiłem kiedyś fotografię amerykańskiego żołnierza rozbrajającego minę. Podejść bliżej już nie mogłem, bo musiałbym na tej minie stanąć. Ile takich min udało nam się razem przypadkiem uniknąć? Nie było sytuacji, których byśmy nie wykorzystali, zachowując się asekuracyjnie. Zawsze staraliśmy się podejść tak blisko, że bliżej już się nie dało. W tej sprawie zgadzaliśmy się ze sobą jak w rzadko której. Połączyło nas także to, że dziennikarstwo z zawodu stało się dla nas czymś znacznie ważniejszym, bo sposobem życia. Nie sposobem na życie, ale życia właśnie. Byliśmy dziennikarzami, więc żyliśmy jak dziennikarze. Bez przerwy, inaczej chyba nie umieliśmy. Dziennikarstwo było też naszą wspólną pasją, która wytyczała życiu kierunek i nadawała mu smak. Po- zwalała żyć jego pełnią, pędzić prosto ku słońcu, a nie odmierzać z rozpaczą pozostały czas. Wypełniała pustkę, uwalniała od goryczy rozczarowań, niespełnionych marzeń i poszukiwań, przynosiła proste odpo- wiedzi na pytania, po co to wszystko. Niezwykłość i znaczenie tego, czego byliśmy świadkami, sprawiało, że sami czuliśmy się wyjątkowi i waż- ni. Wyglądało to tak, jakby znalezienie się w najważniejszym miejscu i we właściwym czasie, będące w znacznej mierze wynikiem zbiegu okoliczności, dawało poczucie, że życie i wszystko, co się robi, nie jest pasmem przypadkowych zdarzeń, przemijających bez śladu dni, zrządzeniem ślepego losu, lecz ma głębokie znaczenie i wartość. Dzięki temu, że zgadzaliśmy się w tych kilku najważniejszych sprawach, mogliśmy przez prawie dwadzie- ścia lat razem pracować i podróżować po Czeczeniach, Afganistanach, Kongach i Sudanach. 9 * Tam byliśmy towarzyszami, przyjaciółmi, braćmi. W Polsce prawie się nie spotykaliśmy. Lotnisko i widok zawsze spóźnionego Millera (a może to ja przyjeżdżałem za wcześnie?) wyznaczał niewidzialną, ale tak dobrze wyczuwalną granicę między dwoma światami, w których żyliśmy. Tamtym, gdzie występowaliśmy w rolach dziennikarskich, i tym prawdziwszym i dużo trudniejszym, choć nie wojennym. Po powrocie na lotnisku przechodziliśmy na drugą stronę, rozjeżdżając się taksówkami każdy do siebie. Nie odwiedzali- śmy się w naszych domach, nie chodziliśmy na mecze ani na wódkę. Niewiele nawet ze sobą rozmawia- liśmy, jakbyśmy, niczego nie ustalając, uznali, że o sprawach stamtąd tutaj gadać ze sobą nie będziemy. Doświadczeniami wojennymi trudno się podzielić z kimś, kto wojny nie widział, nie odczuł. Ale i nie spo- sób zostawić ich za sobą. Mnie pomogły rozmowy z żoną, która była przy mnie przez wszystkie lata mojej pracy, Krzysztof przez większość życia był z tym wszystkim sam. A okazało się, że tak jak się nie da żyć z kimś, kto ten zawód w taki sposób wykonuje, tak i nie jest to fach dla samotnych. A Krzysztof, choć starał się uchodzić za człowieka silnego, zdecydowanego, niemal szorstkiego, to w moich oczach był kimś nie- zwykle nieśmiałym, niepewnym, wrażliwym i kruchym, kto przywdziewał mundur twardego faceta i mówił o swoich fotografiach, że są jak punk rock, bezkompromisowe i chropawe. Zawód fotoreportera, który uprawiał przez ćwierć wieku, zabiła najpierw telewizja, a potem internet i apa- raty fotograficzne zamontowane w telefonach komórkowych, pozwalające robić zdjęcia wysokiej rozdziel- czości i wysyłać je natychmiast w świat za pomocą wirtualnej łączności. Redakcjom, które i tak popadły w finansowe kłopoty, zabrakło pieniędzy i powodu, by rozsyłać reporterów w dalekie kraje. – Najtrudniej pogodzić się z tym, że coś wyjątkowego bezpowrotnie się kończy, z niezwykłego staje się czymś pospolitym – mówił mi nasz wspólny znajomy Peter Andrews, fotoreporter z agencji Reuters. – Tę- skni się za tym i próbuje wracać w nadziei, że się powtórzy. Zawsze okazuje się jednak, że już nigdy nie jest tak samo. Komuś, kto wszystko temu podporządkował i wszystko poświęcił, najtrudniej pogodzić się z myślą, że to się skończyło, przestało mieć znaczenie. Mając pięćdziesiątkę na karku, nie jest łatwo wy- konywać ten zawód. Ale jeszcze trudniej jest porzucić go, zapomnieć, co się przez pół życia robiło. Tym bardziej że była to nie tylko nasza profesja, ale pasja, sposób na życie. Andrews, który leczył się w tej samej klinice co Miller, mieszka dziś w karaibskiej Republice Trynidadu i Tobago. Pogodził się, że tamtego dziennikarstwa już nie ma, za to nam wszystkim przybyło lat. Zwolnił się z Reutersa, ułożył sobie życie, pomaga żonie prowadzić pensjonat. Wciąż fotografuje, choć teraz plaże, konie i śluby zamiast wielkich, największych wydarzeń, którymi żył cały świat. 10 Nie wiem, czy Krzysztofowi udało się pogodzić ze śmiercią dawnego świata i znaleźć sobie nową rolę, w którą mógłby wejść i czuć się w niej jak we własnej skórze. Kiedyśmy się spotykali, twierdził, że foto- grafowanie placów zabaw i ogródków działkowych dla wydań stołecznych sprawia mu taką samą satys- fakcję jak dokumentowanie wojen i przełomowych wyborów na pierwszą stronę gazety. Mówił nawet, że to nowe fotografowanie jest ważniejsze, bo wpływa na ludzkie życia, podczas gdy dawne było jedynie kroniką śmierci. – Kiedy sfotografuję stertę śmieci wyrzuconych w parku przez jakiegoś łajdaka, nazajutrz przyjedzie ktoś z urzędu miasta i wszystko uprzątnie – opowiadał. – A moje fotografie z Konga, Czeczenii czy Afganistanu w niczym nie poprawiły losów moich bohaterów. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę czuł się osaczony przez dawnego Millera. Wciąż tęsknił za tam- tym dawnym, wojennym, choć to właśnie on straszył go po nocach i nie pozwalał się pozbyć koszmarów. Książka, którą napisał o „trzynastu wojnach i jednej”, zamiast stać się lekarstwem, ukojeniem i pożegna- niem z tym, co było, wskrzesiła tylko upiory. Podobnie jak fotograficzne wystawy, z którymi jeździł po kraju. Nawet ten album, o którego wydaniu marzył od lat, okazał się wyzwaniem zbyt ciężkim. Żył jak dziennikarz. Inaczej nie umiał. Kiedy odszedł, przypomniała mi się ta jego fotografia z południa Sudanu i niewidoczna na niej rzeka, która podmywając korzenie drzewa, odbierała mu nieuchronnie życie kawałek po kawałku. * Poznaliśmy się w sierpniu 1991 roku w Moskwie, gdzie ostatni obrońcy starego porządku próbowali obalić Michaiła Gorbaczowa, który usiłując remontować zmurszałe imperium, przyspieszył tylko jego upadek. Rok później pojechaliśmy już razem do Tadżykistanu, Afganistanu, na Kaukaz. Potem była Kam- bodża, gdzie w zarośniętym dżunglą świątynnym mieście Angkor Wat kryli się jeszcze Czerwoni Khmerzy. Wreszcie przyszła kolej na Afrykę. W 1994, w kwietniu, który na południu Afryki nie jest początkiem wiosny, ale jesieni, pojechaliśmy do Pretorii i Johannesburga przyglądać się pierwszym wolnym wyborom, które miały pogrzebać ustrój apar- theidu, segregacji rasowej, zapomniany już dziś podobnie jak rzeczywistość komunistyczna. Święto, jakim zakończyły się wybory, poprzedziła jednak krwawa uliczna wojna, której ostatnia bitwa ro- zegrała się na czarnym przedmieściu Johannesburga, w Thokozie. Kiedy zajechaliśmy naszym volkswa- genem na rogatki, strzelanina trwała już na dobre. Z daleka widzieliśmy czarne dymy z barykad, jakie zwolennicy Nelsona Mandeli układali ze starych opon i podpalali. Ze stronnikami Mandeli walczyli Zulusi z nacjonalistycznej partii Inkatha, która zamarzyła o własnym, niepodległym zuluskim państwie. W Tho- kozie wojna toczyła się wokół hotelu robotniczego, który Zulusi przerobili na swoją twierdzę i odpierali szturmy partyzantów Mandeli. Tego dnia przyjechaliśmy spóźnieni, a w dodatku od jakiejś nieznanej nam strony. Zatrzymaliśmy samo- chód na pustej ulicy, zastanawiając się, co robić. Ulica biegła prosto w kierunku hotelu, gdzie toczyły się walki. Nie było na niej żywego ducha. Pomysł, by szukać objazdu i jechać przez nieznane okolice, odrzu- ciliśmy szybko jako czasochłonny, niepewny i niebezpieczny. Uznaliśmy natomiast, że najlepiej będzie rozpędzić samochód na pełny gaz i pomknąć w kierunku strzałów i barykad, tuż przed nosem Zulusów z hotelu robotniczego, którzy nie zdążą pociągnąć w naszym kierunku serii z karabinu. Od barykady dzie- liło nas najwyżej pięćset metrów, może kilometr. Położyliśmy fotele na płask, żeby było nas jak najmniej widać, a Miller uparł się, że ja mam prowadzić, bo on jako fotograf musi mieć wolne ręce. Czeski fotoreporter, którego zabraliśmy po drodze, widząc nasze przygotowania, sądził, że żartujemy. Ale kiedy przelecieliśmy przed hotelem Zulusów i zatrzymaliśmy się za płonącą barykadą, wyskoczył z samochodu i bez pożegnania skrył się wśród innych fotoreporterów. Po tamtej stronie większość rzeczy nam się jednak udawała. Autoportret, 2011 FOTOGRAFIE, KTÓRE NIE ZMIENIŁY ŚWIATA Ten album ma być jak strofa piosenki: „Siekiera, motyka, bimber, szklanka”. Ma być w nim rytm i rym fotografii, które zrobiłem. Rytm i rym niemieckich ekspresjonistów, anarchistów polskich i rosyjskich. Chciałbym miotać moją fotografią, tak jak oni miotali swoje bomby. Miotać rymem i rytmem brudnym, ale opowiadającym w sposób najbardziej dla mnie naturalny brudną historię czasu, który podglądałem. Tego w tym albumie będę się trzymał. A jak będę chciał, to się puszczę tej koncepcji. Tworzenie albumu to jak operacja na żywym organizmie. Na organizmie moim i bohaterów moich zdjęć. Choć oni w dużej części organizmu żywego już nie mają. A jedyna informacja o tym, że byli w tamtych czasach, w tamtym miejscu, to fotografia, którą im zrobiłem. Tworzenie albumu, choć wtórne do naciśnięcia przeze mnie migawki, ma sens w bezsensie tego świata. Sens dla mnie. Sens dla tych, co go obejrzą. Chciałbym, żeby zrozumieli, że nasze przebywanie na świecie ma charakter prosty. Zero-jedynkowy. Jak jesteśmy, to jest jeden. Jak nas nie ma, to jest zero. 13 Jaki sens mają wielekroć powtarzane przeze mnie fotografie czyichś losów? Jaki sens mają opowiadane przeze mnie obrazkowe historie przypadkowo spo- tkanych ludzi, które nie mają początku i końca? Bo zwykle te historie zaczynały się wcześniej, zanim ja pojawiłem się z aparatem. A koniec – najczęściej – na- stąpił już po moim odejściu. Ten album ma opowiedzieć w pigułce o trudnych albo łatwych losach boha- terów moich fotografii. Bo zarówno trudne, jak i łatwe losy w aparacie fotogra- ficznym na kliszy, czy dzisiaj na matrycy, naświetlają się tak samo. Kolorowo lub czarno-biało. Ten album nie jest ułożony spójnie, chronologicznie. Ma być chaosem i ma chaos tego świata opisać. A przez to opisać chaos panujący w głowie czło- wieka, który dwadzieścia sześć lat podgląda świat przez soczewkę obiektywu aparatu fotograficznego. 14 Miałem różne plany, wyobrażenia, nadzieje, że zadany temat – czy to była wojna w Burundi, czy Przystanek Woodstock, czy pielgrzymka papieska – sfotografuję w szczególny sposób. Życie weryfiko- wało moje wyobrażenia i nadzieje. Życie, a czasami „nie-życie” weryfikowało moje życie i moją pracę. Ktoś – a może to byłem ja sam – napisał wstęp do mojej pierwszej indywidualnej i przekrojowej wy- stawy fotografii po dwudziestu pięciu latach pracy zawodowej: NIEDECYDUJĄCY MOMENT Cartier-Bresson uważał, że w fotografii najważniej- szy jest decydujący moment. Ten, w którym naci- skamy spust migawki w aparacie fotograficznym. Tylko że wtedy, gdy Miller naciskał spust migawki, żaden moment nie był decydujący. Bo czy umiera- jące z głodu dzieci z plemienia Hutu w kongijskiej dżungli to jest decydujący moment? Czy pijany rowerzysta na szosie Warszawa – Siedlce to decy- dujący moment? Czy rosyjski żołnierz na bojowym transporterze plujący szampanem, oblewający zwycięstwo przed pałacem czeczeńskiego prezy- denta Dudajewa to decydujący moment? Śmiem wątpić. To są niedecydujące momenty, ale wydarzyły się naprawdę, a Miller tam był i je sfoto- grafował. Właśnie w tych niedecydujących o niczym momentach, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Ale się zdarzyły. Niczego nie zmieniły, o niczym nie zdecydowały. Umierające z głodu chucherka Hutu nie przytyły. Pijany rowerzysta pojechał ruchliwą szosą dalej. A rosyjscy żołnierze nie zatrzymali się na ofensywie przed pałacem prezydenta Dudajewa. Uwagi redakcyjne naniesione przez Krzysztofa Millera w czasie prac nad tym albumem. To nie były decydujące momenty. Miller Cartierem-Bressonem nie jest i być nim nie chce. Jego fotografia pozbawiona jest wielkiej filozofii. Kim jest Miller, do końca nie wiadomo. Czym są jego fotografie, też nie. Można się spierać – świadec- twem, ilustracją, dokumentem. Pewnie wszystkim po trochu. Ale kto to wie? Po wystawie każdy znajdzie swój osąd. Czy nie znając Millera, a oglądając losy jego bohaterów, czegoś nie poznajemy? Nie odkrywamy kawał- ka otaczającego nas świata, który do tej pory oglądaliśmy w telewizji? Kawałka świata, który dotyczy ludzi podglądanych przez obiektyw jego aparatu fotograficznego? Często tych, których dziś nie ma już na świecie. A Miller jest. Jego fotografie też. Cóż zrobić? Nikifor fotografii – tak określił go jego wieloletni szef Sławomir Sierzputowski, współzałożyciel działu foto w „Gazecie Wyborczej”, pierwszym niezależnym dzienniku w Europie Środkowo-Wschodniej. Pew- nie Sierzputowski miał rację. Bo Miller, jak Nikifor, idzie pod prąd zaleceń akademików. Tak czuje swoją fotografię. Jego ascetyczna, niemal prymitywna, a na pewno punkrockowa fotografia stała się kanonem adeptów polskiej fotografii wojennej. Nie mylić z aparatem Canon, którym fotografuje od piętnastu lat. Ponoć był jurorem World Press Photo w 2000 roku. Sam mówi: „Fotografia to nie sport, nie wyścigi, zwłaszcza gdy ocieramy się o tragedię innych. To cier- pienie i nieszczęście. A czasami szczęście i miłość”. Jego zdjęcia pokazują kondycję czasów, w których żyjemy. Podłych czasów. Takie było przesłanie wystawy i takie jest przesłanie obrazków prezentowanych w albumie. Dobre zdjęcie powinno bronić się samo. Bez podpisu, bez opisu. Ale wbrew tej tendencji swoje zdjęcia będę okrywał tekstem, jak okrywa się ukochaną drugą połowę kołdrą. Będę pisał, żebyście więcej wyczytali i więcej zrozumieli z prostej anonimowości pokazywanego przeze mnie obrazka. Wbrew tendencjom będę je opisywał jak zdjęcie słabe, niezrozumiałe, wymagające słownej pod- budowy. Nie mam do nich dystansu. Ja je zrobiłem. Chcę opowiedzieć o tych fotografiach, ale też chcę opowiedzieć o sobie. I o moim zawodzie fotoreportera, zawodzie zawodowego podglądacza rzeczywistości. Nacisnąłem spust migawki. A wybrany przeze mnie obiektyw zarejestrował na matrycy, czy wcześniej na taśmie światłoczułej, historię. Historię czasem przez duże, ale częściej przez małe „h”. Pozdrawiam, Krzysztof Miller sierpień 2016 r. 16 / 21 NIE BYŁEM SĘPEM Niejedno z moich zdjęć wzbudza kontrowersje. Godzę się z tym. Godzę się z tym, że ludzie małej fotograficznej wiary uważają nas za sępy, które że- rują na cudzym nieszczęściu. Ale w takim razie, jeżeli w taką retorykę się bawimy, to sępem był też Bosch, Bruegel, Goya. Oni mieli inne narzędzia, tylko dlatego że aparatu fotograficz- nego w tamtym czasie jeszcze nie wymyślono. Oni mieli pędzel, farby i wyobraźnię. Ja miałem aparat fo- tograficzny. Ja obserwowałem to na żywo. Oni rekon- struowali wydarzenie z podań pisemnych i ustnych. Oni cyzelowali tragedię doborem wielkości pędzla. Pociągnięciem go po płótnie. Kreską. Doborem ko- loru. Ja tylko naciskałem spust migawki. Co musiało się dziać w ich głowach, gdy wyobraża- li sobie ludzkie cierpienie i je malowali. Cyzelowali. Poprawiali. Mieszali na nowo farby, żeby uzyskać upragniony kolor, odcień, barwę. Żeby jak najnatural- niej oddać ból. Żeby tragedia była bardziej tragiczna. Bardziej naturalna. Może bardziej symboliczna. Ja mieszaniem farb zawracać głowy sobie nie musia- łem. Nie musiałem się zastanawiać, z jakiego włosia ma być pędzel, który jak najlepiej dla potomności odmaluje, co się działo. Jakich malarskich sztuczek użyć. Jak przedstawić tragedię. W jaką symbolikę ją ubrać. Nie miałem wpływu na kolory, które spływają wraz z pogodą. Na draperie, stroje, kontusze, koszu- le, koszulki i trampki. Jak ktoś był w cieniu, to był w cieniu. Wpływu na to nie miałem. Gdy ktoś biegł szybko z karabinem, wpływu na to nie miałem. Gdy jego nieżywe ciało zabierano, wpływu na to nie mia- łem. Byłem tam i fotografowałem. Dlatego nie przyjmuję opinii o żerowaniu na cu- dzym nieszczęściu. Nie zgadzam się z nią. Sprawia mi przykrość. Uważam, że jest niesprawiedliwa. Dlatego po raz pierwszy pokażę, co się działo przed i po zrobieniu tego zdjęcia. Co się działo na żywo. W realu, jak się dziś mówi. To nie była lekka praca. Oto próbka tego, co wziąłem na własną, reporterską klatę. I już. I tyle. Bo tłumaczyć się z tej fotografii nie będę. Bo nie ja wykreowałem wydarzenie. Wydarzenie bardziej wykreowało mnie.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Fotografie, które nie zmieniły świata
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: