Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00101 009356 7440905 na godz. na dobę w sumie
Gawędy o zmierzchu - ebook/pdf
Gawędy o zmierzchu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 258
Wydawca: Avalon Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7730-971-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pisząc o swoim domu, o starych fotografiach, krzyżykach, akwarelach (…), Królikowski proponuje Czytelnikowi sposób, w jaki on ma spojrzeć na dom swój własny, na zbiory swoich rodzinnych pamiątek. Autor „Gawęd' zaprasza do gry z pamięcią, uczy jak z każdego przedmiotu wysnuć narrację, jak przypisać przedmiotom ich symboliczną wartość (…) Każdy tekst z tego zbioru może być tematem rozmowy o wielorakich związkach kultury materialnej z duchową. (…) Prosta literacka formuła gawęd, wysnutych ze spojrzenia na zgromadzone we własnym mieszkaniu pamiątki, zaowocowała różnorodnością tematyczną i bogactwem nastrojów – od szeptu zwierzenia po erudycyjny popis, towarzyski żart, nostalgiczne wspomnienie.

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Gawędy o zmierzchu Boh dan Kró li kow ski Gawędy o zmierzchu ISBN 978-83-7730-971-1 Z a m ó w i e n i a p r z y j m u j e Wydawnictwo AVALON T. Janowski Sp. j. ul. Fiołkowa 4/13 • 31-457 Kraków tel. 48 606 750 749 zamowienia@wydawnictwoAVALON.pl www.wydawnictwoAVALON.pl Moim Najbliższym Z A P RO S Z E N I E D O M A T E C Z N I K A „Twier dzą nam bę dzie każ dy próg” – gło szą sło wa śpie wa nej dziś co - raz rza dziej „Ro ty” Ma rii Ko nop nic kiej. Zda wa ło by się, że w na szej do bie, kie dy my śli się o miesz ka niu ja ko o „nie ru cho mo ści, któ ra jest pew ną lo ka tą ka pi ta łu”, te sło wa mu szą brzmieć sztucz nie, pa - te tycz nie, de kla ra tyw nie. Nie, po mi mo ryn ko wej rze czy wi sto ści, w ja ką wrzu cił nas bieg dzie jów, te sło wa na dal brzmią rów nie mło - do i praw dzi wie jak ha sło „za na szą wol ność i wa szą” – a na wet w ja - kimś stop niu do peł nia ją się wza jem nie. Próg, któ ry sym bo licz nie dzie li prze strzeń pry wat ną od pu - blicz nej, i wol ność, któ ra ma gwa ran to wać ochro nę pry wat no ści wo bec za ku sów rzą dzą cej spra wa mi pu blicz ny mi wła dzy, są ra zem. Ra zem po stro nie czło wie ka. Wol ność za na szym pro giem po zo sta - je w bli skim związ ku z cu dzą wol no ścią – da le ko, za in ny mi pro ga - mi. Te re flek sje na su nę ły mi się, gdym skoń czył czy tać „Ga wę dy o zmierz chu” Boh da na Kró li kow skie go. Pry wat ność i ka me ral ność te go zbio ru oso bi stych tek stów pro wa dzi od biur ka pi sa rza da lej i da lej. Ku ho ry zon tom eu ro pej skich i dal szych po dró ży. Od współ - cze sno ści w głąb oj czy stej hi sto rii, ku cza som mi nio nym. Od spraw bar dzo pol skich do uni wer sa liów. Pro sta li te rac ka for mu ła ga węd, wy snu tych ze spoj rze nia na zgro ma dzo ne we wła snym miesz ka niu pa miąt ki, za owo co wa ła róż - no rod no ścią te ma tycz ną i bo gac twem na stro jów – od szep tu zwie - 7 rze nia po eru dy cyj ny po pis, to wa rzy ski żart, no stal gicz ne wspo - mnie nie. Wzmoc nie nie te go, co oso bi ste, pul su ją ce uczu ciem, to no wa nu ta w pi sar stwie au to ra, któ ry nie daw no ukoń czył sie dem - dzie siąt pięć lat. Przed tą rocz ni cą pi sa łem o nim ja ko o „bu dow ni - czym pa mię ci, do rad cy su mień”. Boh dan Kró li kow ski dał się do tej po ry po znać ja ko pi sarz wier ny, pra co wi ty, kon se kwent ny. Osią je go twór czo ści by wa ły lo sy żoł nier skie, ułań skie, po wstań cze. Ta te ma ty ka po wra ca i w „Ga wę dach o zmierz chu”. Pi sar stwo Kró li kow skie go jest w li te ra tu - rze na szej zja wi skiem osob nym – nie tyl ko przez za ko rze nie nie w sta ro polsz czyź nie Pa ska i Ki to wi cza, przez od waż ne pod ję cie tra - dy cji Sien kie wi cza i Con ra da. Ta kie książ ki jak sta ro pol ska po wieść „Wiatr na sza blach”, jak ułań ska „Pa mięć wrzo su”, esej „Ułań skie la to” czy nie daw ny zbiór opo wia dań „Akt oskar że nia” to pi sa nie hi sto rii ser cem – i na ser cu czy tel ni ków. Ile to w do bie współ cze snej war te, mó wić nie trze ba. Pi sar stwo Kró li kow skie go zmie nia się. By wał w nim obec ny sien kie wi czow ski roz mach w kre śle niu po sta ci, w opi sach ba ta li - stycz nych. Dziś – szcze gól nie w zna ko mi tym „Ak cie oskar że nia” – wy raź niej niż daw niej, ta wy ci szo na, bar dzo oso bi sta li te ra tu ra sta - wia py ta nia naj waż niej sze – o sens hi sto rii, mo ral ność po li ty ki, los lu dzi szla chet nych. Te py ta nia są obec ne i w „Ga wę dach o zmierz chu”. Nie tra cą tu na ostro ści, a za ra zem bu du ją część nie co gorz kiej hi sto rii prze mi ja - nia przed mio tów, część uspo ko jo nej fi lo zo fii, opty mi stycz nie bro - nią cej war to ści, któ rym prze mi ja nie nie gro zi. Rdza po żre sta re klin gi na po bo jo wi skach, ale nie prze mi nie sza bla ja ko sło wo -sy m - bol w po ezji i pio sen ce, sza bla przy po mi na ją ca o Bo gu, Ho no rze, Oj czyź nie. Pi sarz i bi blio fil, hi sto ryk i znaw ca mun du ru, bro ni, od - znak, or de rów, au tor roz praw o wi ze run ku Or ła Bia łe go, jeź dziec i ko niarz – a w su mie pol ski in te li gent w naj prost szym ro zu mie niu 8 te go sło wa. Kró li kow ski swą wie dzę ma za zo bo wią za nie, wy kształ - ce nie wzy wa go do służ by. A w służ bie rze czą wiel kiej wa gi jest go - spo da ro wa nie pol skim uni wer sum sym bo licz nym, pra ca nad od czy - ty wa niem i prze twa rza niem na ro do wych mi tów, nad ich kry ty ką i obro ną. Trze ba ko niecz nie do dać – rze tel ne rze mio sło, wzo ro wa, nie ska zi tel na pol sz czy zna – to też część służ by. Pi sząc o swo im do mu, o sta rych fo to gra fiach, krzy ży kach, akwa re lach na ścia nach, o kil ku mi li ta riach, Kró li kow ski pro po nu - je czy tel ni ko wi spo sób, w ja ki on ma spoj rzeć na dom swój wła sny, na zbio ry swo ich ro dzin nych pa mią tek. Au tor „Ga węd” za pra sza do gry z pa mię cią, uczy jak z każ de go przed mio tu wy snuć nar ra cję, jak przy pi sać przed mio tom ich sym bo licz ną war tość, jak zmu sić wi zy - tów kę, zdję cie, sta ry hełm, by za śpie wa ły piosn kę żoł nier ską, by przy po mi na ły sła wę ułań skich puł ków. Każ dy tekst z te go zbio ru mo że być te ma tem roz mo wy o wie lo ra kich związ kach kul tu ry ma - te rial nej z du cho wą. O bu tach, o spodniach do kon nej jaz dy moż - na pi sać me ta fi zycz nie. Oczy wi ście, w „Ga wę dach” eru dy cja au to ra czę sto do cho dzi do gło su. Co ksią żę Jó zef Po nia tow ski miał na gło wie w dniu śmier ci? Nie, nie ro ga tą czap kę ułań ską, któ rą no sił na wet do fra ka. Nie, te - go dnia był w ofi cer skim ka pe lu szu – wbrew ty siąc om ilu stra cji, szty chów, ma lo wi deł. Tam, gdzie Kró li kow ski wy li cza stop nie woj sko we, od zna cze - nia, bi twy, na zwi ska – nie ma pro ste go po pi su eru dy cyj ne go. Te sło - wa, te na zwy brzmią li ta nij nie, sta ją się ma gicz ny mi man tra mi. Wy - li cze nia tych, co zgi nę li w wal ce, tych, któ rych stra co no czy za mę - czo no, brzmią jak ape le po le głych. Urzekł mnie ty tuł „Ga wę dy o zmierz chu”. Ga wę da to pod ję cie pew nej sta rej, szla chet nej for mu ły, bli skiej „Pa miąt kom So pli cy” Rze wu skie go, „Śpie wom hi sto rycz nym” Niem ce wi cza, stro fom Sy - ro kom li czy Po la – a jed no cze śnie od no wie nie za gu bio ne go ogni wa oby cza ju do mo we go czy skau tow skiej tra dy cji. 9 Przy po mnie nie zmierz cho wej po ry tra fi ło mnie pro sto w ser ce, sko ja rzy ło się z peł ną cie pła ga wę dą z tej książ ki, o Ka zi mie rzu Dol - nym – „Wi dok z Ple ban ki”. Ja też – jak Boh dan Kró li kow ski – pa - mię tam ka zi mier skich ma la rzy, An to nie go Mi cha la ka i Ze no na Ko - no no wi cza. By li w cza sie oku pa cji pa cjen ta mi mo jej Mat ki. Da wa li jej w do wód wdzięcz no ści swo je płót na. Z lat czter dzie stych przy po mi nam so bie pu sty ry ne czek w Ka - zi mie rzu. Let ni zmierzch. Przy sie dli śmy z Ma mą – ja i moi bra cia – na mur ku po ni żej Fa ry, na prze ciw knaj py Be ren sa. „Zwróć cie uwa - gę, za pa mię taj cie – po wie dzia ła Ma ma – ja ka to dziw na po ra, zmierzch. Lu dzie sta ją się mniej gło śni, ale bar dziej praw dzi wi”. Za ową po rę wy ci szo nej ga wę dy ce nię so bie tę książ kę. Piotr Woj cie chow ski M Ó J P O KÓ J Po sta no wi łem spo rzą dzić „dla do mo wej tyl ko wia do mo ści” – we dle słów kasz te la na brze skie go Mar ci na Ma tu sze wi cza – opis po ko ju, w któ rym pra cu ję, coś na kształt in wen ta rza al bo też – jak kie dyś pi - sa no – „re ge stru mo bi liów i rze czy roz ma itych”. Jed nak że w mia rę wy obra ża nia so bie te go tek stu, ukła da nia go w my śli, za mysł od - mie niał się, roz sze rzał. Wy cho dził po za ten po ko ik. Prze cież każ dy z bli skich mi i dro gich przed mio tów – na ścia - nach, na pół kach czy w szu fla dach – ma swo ją hi sto rię, ha bet sua fa - ta*, ko ja rzy się z ofia ro daw cą, z po przed nim wła ści cie lem, z oko licz - no ścia mi na by cia czy zna le zie nia. Tak więc „re jestr przed mio tów” za czął sta wać się, w mia rę my śle nia o nim, zbio rem luź nych wspo - mnień o przed mio tach, a przez sko ja rze nia – o lu dziach. Niech to za tem bę dą ta kie so bie ga wę dy przed Odej ściem. Mój po kój jest nie du ży, oko ło dzie wię ciu me trów kwa dra to - wych. Na sze miesz ka nie – z wcze snych lat sie dem dzie sią tych ze szłe - go wie ku – bu do wa no dla pię cio oso bo wej ro dzi ny, a ma rap tem 56 me trów kwa dra to wych. Pe ere low ski luk sus z cza sów to wa rzy sza Gier ka! Istot nie, przez kil ka mie się cy, po za mąż pój ściu mo jej cór ki, miesz ka ło tu pięć osób. Po tem zo sta ły trzy, dwie, wresz cie ja sam. Nie na dłu go. Obec nie miesz ka my we dwo je. By ły tu czte ry klit ki miesz kal ne. Te raz, gdy wy bu rzy li śmy jed - ną ścia nę, po zo stał spo ry li vin g-r oom – jak się to okre śla w an gle - zo wa nej pol sz czyź nie – czy też sa lo nik – z daw nej, sfran cu zia łej mo - * Ma swe losy (łac.) 11 wy, al ko wa sy pial na i ten mój ga bi ne cik. Wła ści wie wszyst ko to moż na by na zwać gar so nie rą. Znów fran cusz czy zna, ale jak to wy - ra zić po pol sku? Ka wa ler ka? Wie lo znacz ne i też nie zbyt pol skie. Gdzież tu upchać pięć osób? Mój po ko ik, miej sce do pra cy. Re ga ły z książ ka mi, biur ko z kom pu te rem i lam pą, fo tel, pa ra sta rych krze seł, sto lik do kart z miesz ka nia dziad ków Żo ny. W oknie, za fi ran ką, pa proć. Pod sto - pa mi dy wan, ku pio ny przed sta nem wo jen nym, w „Pe we xie” (by ły kie dyś ta kie skle py…), za ogrom ną na owe cza sy su mę stu do la rów, oszczę dzo nych z pa ry skie go sty pen dium. Pięk ny to dy wan. Kie dy jed nak wspo mnę, co wi dzia łem ze szłej je sie ni (pi szę w stycz niu ro - ku 2007) w Je ro zo li mie, je go bar wy bled ną, wzo ry nik ną. Ja kież to tam ko bier ce! Za chwy cił by się ni mi an ty kwa riusz z Kre sów, La zar Git man, uwiecz nio ny przez Ksa we re go Pru szyń skie go w „Ka ra be li z Me sche du”. Cu da, od któ rych moż na do stać oczo plą su. Ale nie po dy wan je cha li śmy do Zie mi Świę tej. Pod ścia na mi ga bi ne tu pięć re ga łów. Nie bę dę tu wpi sy wał in - wen ta rza księ go zbio ru. Ma my pew nie ze dwa ty sią ce ksią żek – bo i w sy pia len ce ich nie bra ku je, są na wet w kuch ni – mo że tro chę mniej. Ni by spo ro, choć chcia ło by się mieć wię cej. Ty le że miej sca już bra ku je. Pół ży cia pra co wa łem w Bi blio te ce Uni wer sy tec kiej KUL. Mia łem tam do stęp do wszyst kie go, co by ło mi po trzeb ne. Ko rzy sta łem ob fi cie. Rzad ko za tem ku po wa łem książ ki, mo gąc je w każ dej chwi li mieć bez ogra ni czeń. Zresz tą nie mia łem w mło do - ści nad mia ru go tów ki, a przez dłu gi czas na wet przy zwo ite go miesz - ka nia. Te raz – od kil ku na stu lat na eme ry tu rze – chciał bym mieć pod rę ką warsz tat pra cy. Ale jest zbyt póź no, by go zgro ma dzić. Mam jed nak to i owo z krę gów mo ich za in te re so wań: tro chę rze czy sta ro - pol skich, wię cej z hi sto rii ka wa le rii, zwłasz cza wy daw nictw lon dyń - skich, z „bro ni i bar wy”, z hi sto rii sztu ki. Po mo im dru gim mał żeń - stwie księ go zbiór po więk szył się o żo ni ne za so by, głów nie z li te ra tu - 12 ry pol skiej, wzbo ga ca jąc mój stu denc ki zbio rek, i z kla sy ki eu ro pej - skiej, spo ro też ksią żek re li gij nych, in for ma to rów, słow ni ków. Jest co czy tać, ty le że oczy już nie te. My ślę, że cie kaw szy od in wen ta rza księ go zbio ru bę dzie z pew no ścią ów „re gestr rze czy roz ma itych”. K R Z Y Ż Y K P O D N I E S I O N Y Z Z I E M I Wi si nad mo im biur kiem, na ho no ro wym miej scu. Nie rzu ca się w oczy. Ma leń ki, ciem ny, dys kret ny. Wła ści wie to reszt ka sta re go krzy ży ka, bo wiem w mo sięż nym je go kor pu sie czy też trzo nie po zo - sta ły wnę ki po wy kła dzi nie z czer nio ne go drew na, do któ rej kie dyś by ła przy twier dzo na Pa syj ka z bia łe go za pew ne me ta lu, Po stać Ukrzy żo wa ne go (fot. 1). Zna le zio no go gdzieś na po lu, bo daj że wy ora no. Pró bu ję so bie wy obra zić oko licz no ści, w ja kich tra fił do zie mi. Mo że to by ło w Po wsta niu Stycz nio wym? Bo w tam tych cza sach no szo no ta kie wła śnie krzy ży ki, na ta śmach czy rze my kach za wie szo nych na szyi. Pusz czam wo dze fan ta zji. Grot t ge row ska sce na: mło dzie niec w kon fe de rat ce z bia ło -cze rw oną ko kar dą klę ka przed mat ką, mo że przed uko cha ną. Ona wie sza mu na szyi ów krzy żyk, jesz cze kom - plet ny, błysz czą cy. A po tem? Cóż, „po szli na si w bój bez bro ni”. W któ rejś bi twie po wsta niec pa da ran ny czy po le gły, przy mie dzy, w ja kieś za ro śla. Ta śma pę ka. Krzy żyk osu wa się w tra wę… A do Po wsta nia Stycz nio we go czu ję szcze gól ny sen ty ment. Nie mia ło żad nych szans. W prze ci wień stwie do Li sto pa do we go, któ re speł nia ło wszel kie wa run ki po trzeb ne do po myśl ne go pro wa dze nia woj ny. Gdy by więc wśród ge ne ra li cji by ła de ter mi na cja, wo la wal - ki, pra gnie nie wol no ści – po ko na li by śmy Mo ska li w ro ku 1831. A w ro ku 1863 nie by ło ni cze go. Do słow nie ni cze go. Bo na wet ge - 14 1. Krzy żyk po wstań czy i ryn graf kon fe de rac ki 15 ne ra li cja wy mar ła. Ale by ło to, cze go w tam tym po wsta niu za bra - kło: upór, wo la wal ki, pa trio tyzm. To wszyst ko spo wo do wa ło, że wal ki trwa ły w Stycz nio wym naj dłu żej ze wszyst kich na szych zry wów nie pod le gło ścio wych, spra - wi ły też naj wię cej kło po tów wro gom. Ktoś pew nie do rzu ci, że Po - wsta nie mia ło bo le sne skut ki dla nas, Po la ków, ja ko że ce na cier pień i krwi by ła ogrom na. My ślę jed nak, że gdy by nie ono, to być mo że w ro ku czter na stym i w la tach póź niej szych, nikt by już nie po my - ślał, że trze ba „for mo wać le gion, woj sko” i przy pi nać do cza pek dum ne or ły rwą ce się do lo tu. Mój sen ty ment do ro ku 1863 nie za owo co wał osią gnię cia mi li - te rac ki mi czy hi sto rycz ny mi. Kil ka re cen zji. Ja kiś mło dzień czy szkic o Le le we lu Bo re low skim. Do pie ro na pro gu sta ro ści wpro wa dzi łem roz dział o wal kach po wstań czych do jed nej z mo ich po wie ści. A wresz cie, przed kil ko ma la ty, na pi sa łem szkic po wie ścio wy czy też dłuż sze opo wia da nie pt. „Re wol we ry z Pa ry ża”. Prócz owe go krzy ży ka – cho ciaż nie wy klu czo ne, że je go „po - wstań czość” ist nie je tyl ko w mo jej wy obraź ni – mam je den jesz cze dro biazg z tam te go cza su. To ksią żecz ka pt. „Re gu la min pie cho ty. Obo zo wa nie, służ ba for pocz to wa i mar sze”, wy da na w Pa ry żu, w ro ku 1864. Ma leń ka, by moż na w kie szeń wra zić. Nie opa sła, za - le d wie 72 stro ny. Ale opraw na w tek tu rę. Cie kaw je stem, ile jej eg - zem pla rzy tra fi ło istot nie w rę ce po wstań czych ofi ce rów? Je śli trans - port w ogó le do tarł do Pol ski… Zresz tą trze ba przy znać, że au tor tej in struk cji nie miał po ję cia o or ga ni za cji od dzia łów po wstań czych. Kto tam miał czas i moż - ność za przą ta nia so bie gło wy re gu la mi na mi? Je dy ny tyl ko szcze gół przy po mi na, że to in struk cja dla po wsta nia, a nie dla re gu lar ne go woj ska. Mo wa tam bo wiem o moż li wo ści za stę po wa nia kom pa nii „ka ra bi nier skich” ko sy nier ski mi. I ty le. Resz ta to ma rze nia. Rów nie nie re al ne jak pro jek ty po wstań czych mun du rów, opra co wa ne i pięk nie na ma lo wa ne przez Ju liu sza Kos sa ka. Za le ca no bo wiem 16 wów czas, co nie za wsze by ło prze strze ga ne, by strój po wstań ca nie róż nił się od ubio ru oko licz nej lud no ści. Do sta łem tę ksią żecz kę od za wsze mi życz li wej, zmarłej nie daw - no, pa ni re dak tor Da nu ty Bie niasz kie wi czo wej z lu bel skiej roz gło - śni Pol skie go Ra dia, żo ny akow ca z ła gier ni czym sta żem. Mi le wspo mi nam współ pra cę z nią. Jesz cze w ro ku 1981 przy go to wa ła dłu gą au dy cję – dla lu bel skiej roz gło śni, ale emi to wa ną też z War - sza wy – o moim pi sa rstwie. Na zwa ła mnie wte dy – co wspo mi nam z du mą – „pi sa rzem bar dzo pol skim”. Dzię ku ję Pa ni Da nu to! Za ga lo po wa łem się w ga dul stwie. A więc ten krzy żyk nad biur - kiem… Mi nę ło od Po wsta nia sto lat i tro chę. Drew no spróch nia ło. Pa syj ka od pa dła. Krzy żyk za śnie dział, sczer niał. Wresz cie ktoś go zna lazł czy wy orał. Tra fi ła po tem ta pa miąt ka sprzed wie ku do po - rucz ni ka Ma zur ka. A on po ka zał ją mnie. Wzią łem do rę ki. Po my - śla łem. „Wie pan – mó wię – niech le piej ten krzy żyk zo sta nie u mnie…” Nie pro te sto wał. Wzią łem. Od czy ści łem. Za wie si łem. By ło to do bre trzy dzie ści lat te mu. Mo że i daw niej. Ów po rucz nik był funk cjo na riu szem Służ by Bez pie czeń stwa, czy li po nu rej pa mię ci SB, wcze śniej UB – PUBP – Pań stwo wy Urząd Bez pie czeń stwa Pu blicz ne go, w ran dze mi ni ster stwa – po - słusz nej en kla wy KGB. Mło dy czło wiek. Nie wy so ki. Z twa rzą jak - by obrzę kłą czy na pu chłą, zwłasz cza pod oczy ma, co po dob no by - wa zna kiem cho ro by ne rek. Za wsze ubra ny sta ran nie. Ra czej sym - pa tycz ny. Ale tro chę nie śmia ły czy za wsty dzo ny. Po zna łem go nie wie dząc, kto i co. By łem wte dy, we wcze snych la tach sie dem dzie sią tych ze szłe go wie ku, od nie ja kie go już cza su pre ze sem Lu bel skie go Od dzia łu Sto - wa rzy sze nia Mi ło śni ków Daw nej Bro ni i Bar wy. Pra co wa łem ja ko ku stosz w Bi blio te ce Ka to lic kie go Uni wer sy te tu Lu bel skie go. Pew - ne go dnia któ raś z mło dych pra cow nic mó wi mi, że szkol ny ko le ga jej mę ża, in te re su je się sta rą bro nią. Czy mo że przy cho dzić na na sze ze bra nia? Cze mu nie, pro szę bar dzo… 17 I tak to się za czę ło. Po kil ku ze bra niach od wie dził mnie ów pan w mo im bi blio tecz nym ga bi ne cie. Był za że no wa ny, jak by w po czu - ciu wi ny. Wy du kał wresz cie, że jest funk cjo na riu szem tej tam służ - by, w stop niu po rucz ni ka. Za py ta łem, czy zle co no mu nas in wi gi - lo wać. Za prze czył. Twier dził, że był istot nie ktoś ta ki mię dzy na mi, ale on tyl ko pry wat nie, w związ ku z za in te re so wa nia mi… Po ja kimś cza sie zo stał na szym człon kiem. Pła cił skład ki. W ro - ku 1974 urzą dza li śmy nie du żą wy sta wę pol skich sza bel. Po ży czył na nią kil ka eks po na tów z wła snych zbio rów. Ba! Na wet wy gło sił na na szych ze bra niach pa rę re fe ra tów czy ra czej mo że po ga da nek o sza - blach, z po ka za mi cie kaw szych eg zem pla rzy ze swo jej ko lek cji. Pa mię tam też, jak kie dyś przy szedł do mnie, do Bi blio te ki, pod nie co ny, uśmiech nię ty. Oka za ło się, że zdo był pol ski pi sto let VIS, w bar dzo do brym sta nie, że sta ra się u swo ich władz, by mo - gła to być je go broń służ bo wa. Zna łem już wte dy od ko goś hi sto rię po rucz ni ka Ma zur ka. Był sy nem wy so ko po sta wio ne go par tyj ne go czy now ni ka. Oj ciec je go pra co wał „na pla ców ce”, jak wte dy mó wio no, czy li w dy plo ma cji. Par tyj na ary sto kra cja! Syn ta kie go to wa rzy sza mógł wy so ko zajść w pe ere low skiej hie rar chii. Ale on nie miał ocho ty do na uki. Nie po szedł na stu dia, o co za bie gał ta ta kon sul, ma jąc am bit ne pla ny co do przy szło ści sy na. Skoń czy ło się za tem na ubec kiej szkół ce i na owej nie wy so kiej funk cji. Nie był po rucz nik Ma zu rek w Służ bie Bez pie czeń stwa kimś waż nym, ani na wet zręcz nym funk cjo na riu - szem. Ale po zy cja oj ca utrzy my wa ła go w służ bie. Nie mia łem z nim ni gdy „urzę do wych” kon tak tów. Raz jed nak spo tka łem go na ko ry ta rzu, w sie dzi bie je go in sty tu cji. Jak do te go do szło? Opo wiem. Pier wej jed nak chciał bym do ko nać swo istej „au - to lu stra cji”. Od po cząt ków „lu do we go pań stwa” by łem „re ak cjo ni - stą” – syn uła na z ro ku dwu dzie ste go, ofi ce ra Po li cji z ka tyń skiej li - sty – nie uzna wa łem „wła dzy lu do wej” za wła sną, za na szą. 18 Kie dy mó wio no o trze ciej woj nie świa to wej, pla no wa łem z mo - im ko leż ką (za pi sał się po la tach do PZPR, za trzy sta zł mie sięcz nej pod wyż ki), że uciek nie my do la su, do par ty zan tów. Po tem chcia łem wstą pić do taj nej or ga ni za cji. By wał u nas w do mu je den ta ki je go - mość, głę bo ko w niej uma cza ny. Ale, gdy by łem już zde cy do wa ny, on gdzieś znikł. Mo że uciekł na Za chód? Mo że go „za mknię to”? Dość na tym, że się już u nas nie po ja wił. Mi mo tych po kus nie mia łem pre dys po zy cji do kon spi ra cyj nej dzia łal no ści. Nie by ło we mnie za dat ków na bo ha te ra. Ba łem się bi - cia, tor tur, wię zie nia. A to wszyst ko – i in ne strasz ne rze czy – ko ja - rzy ło się ze sło wem „bez pie czeń stwo”, ze skró tem „ube”. Mó wio no, że na wet w ge sta po nie by ło ta kich „spo so bów” jak w tej ni by to pol skiej – cho dzi li w mun du rach woj sko wych, w czap kach z or ła mi – ube cji. W Za mo ściu, w mo ich la tach li ce al nych, mie li sie dzi bę ko ło Ko le gia ty, w gma chu, gdzie jesz cze nie daw no re zy do wa ło wła - śnie ge sta po. Pa mię tam, jak raz zo ba czy łem przy tym gma chu ofi - ce ra z na haj ką w gar ści. Mi łe wspo mnie nie mło do ści… Mam i dru gie. W ro ku 1950 po trą ci łem nie chcą cy na ra tu szo - wych scho dach cie szą ce go się w Za mo ściu po nu rą sła wą „bez piecz - nia ka”, po rucz ni ka En gla. Anio ła jed nak nie przy po mi nał. Na le żał za to do na ro du wy bra ne go, jak bar dzo wie lu w tym re sor cie, co jesz cze wy raź niej by ło wi docz ne u je go oj ca, kro czą ce go dum nie po za moj skich uli cach. Wściekł się wte dy po rucz nik En gel, na tych ba ro ko wych scho - dach, ale że by li świad ko wie, nie dał mi „w mor dę”. Za pi sał na zwi - sko i rzu cił krót ko: „Ju tro na ósmą do Urzę du Bez pie czeń stwa!” Cóż po cząć? Nie by ło mo wy, by nie sko rzy stać z „za pro sze nia”. Prze ży łem kil ka na ście go dzin stra chu przed tym spo tka niem. I po - sze dłem. Na drzwiach ga bi ne tu wid niał na pis: „Oby wa te lu, nim wej dziesz, za pu kaj!” Co za kul tu ra! Za pu ka łem. Naj pierw wy py tał mnie do kład nie: kto i co? Drża - łem, by nie wy ga dać się, że Oj ciec słu żył w Po li cji. Brną łem w kłam - 19 stwa i nie wie le bra ko wa ło, bym się w nie za plą tał, a wte dy… Ale on nie grze szył in te li gen cją. Wcią gnął mnie do re je stru. Za po wie dział, że bę dę pod sta łą ob ser wa cją. Na ko niec wy gło sił ka za nie na te - mat… do bre go wy cho wa nia. Wy pu ścił. Uff! Mo gło być go rzej! Nic więc dziw ne go, że kie dy któ re goś wie czo ra, w lu tym ro ku 1952, przy szła do na sze go po ko ju w do mu stu denc kim gru pa „funk cjo na riu szy” po jed ne go z ko le gów (do stał sie dem lat wię zie - nia, wy szedł po trzech), trzą słem się ze stra chu. By ło to wi docz ne. Zre wi do wa li więc na wszel ki wy pa dek mo ją pół kę z książ ka mi. Do wo dził ni mi ja kiś „po rucz nik” w stu denc kiej czap ce UMCS, któ rej nie zdjął ani na chwi lę, z gę bą – excu sez le mot* – co się zo - wie, ze świń ski mi oczka mi. Wi dy wa łem go przez la ta na przy stan - ku au to bu so wym przy uli cy Li po wej. Po tem gdzieś znikł. I oto na - gle – w po cząt kach lip ca ro ku 2007 – pod czas za ku pów w jed nym z lu bel skich su per mar ke tów, na tkną łem się na nie go. Po si wiał, tro - chę przy tył, ale gę ba i oczka wciąż te sa me. Chcia łem go za gad nąć: „Co sły chać, to wa rzy szu po rucz ni ku?” – da łem jed nak spo kój. Ta - kie go le piej nie ru szać. Po stu diach zo sta łem w „ku low skim get cie”, w Bi blio te ce. Jak by ło, tak by ło, ale przy naj mniej nikt nie ku sił wstą pie niem do „par - tii”. Nie mu sia łem kła niać się to wa rzy szo wi se kre ta rzo wi „po pu”, pod sta wo wej or ga ni za cji par tyj nej. Pe erel znam z opo wia dań. Prze - sa da? No, mo że tro chę. Wszy scy śmy prze cież unu rza li się w tym czer wo nym ba gnie. Jed ni po szy ję, in ni po ko la na, ale wszy scy. Ty - le, że nie wszy scy zda ją so bie z te go spra wę i nie od czu wa ją po trze - by zmy cia bru du. W ro ku 1962, w sierp niu, po pro szo no mnie do bi blio tecz nej szat ni, do te le fo nu. Ode zwał się mę ski głos: „Mó wi Rab ski ze Służ - by Bez pie czeń stwa…” – zdrę twia łem, a on „za pro sił mnie na roz - mo wę”. Za py ta łem, czy po tej roz mo wie wyj dę. Ro ze śmiał się. „Po - * Przepraszam za słowo (franc.) 20 pro sił” jesz cze, bym ni ko mu nie mó wił „o na szym spo tka niu”. Po - sze dłem, choć jak dziś my ślę, mo głem od mó wić. Mo że przy słał by we zwa nie, a mo że i nie. By łem jed nak nie do świad czo ny, a le piej po - wie dzieć: głu pi i na iw ny. By wa go rzej. Na miej scu oka za ło się, że od daw na znam te go funk cjo na riu - sza z wi dze nia. Mi ja li śmy się cza sem na jed nej czy dru giej uli cy Lu - bli na, w po bli żu Bi blio te ki. Za wsze bacz nie mi się przy glą dał. Był to wy so ki, chu dy męż czy zna o wy glą dzie gruź li ka, spo ro ode mnie star szy. Śnia da ce ra, czar ne oczy. Ubra ny za wsze ele ganc ko, w ja kieś brą zy i be że. W ka pe lu szu, w pal cie. Z tecz ką. Nie był ty pem ube - ka. Ra czej urzęd ni ka, mo że na wet ad wo ka ta. Cóż, po zo ry my lą. Na po cząt ku za dał mi dwa py ta nia: „Czy pan nie po wie dział ni - ko mu o na szej dżen tel meń skiej umo wie?” Nie mam szyb kie go re - flek su, a po za tym – co tu ukry wać – ba łem się. Po wi nie nem od po - wie dzieć, że nie wiem, czy mam do czy nie nia z dżen tel me nem, al - bo mo że le piej, że ja nie je stem dżen tel me nem. Ale tyl ko za prze czy - łem: nie mó wi łem ni ko mu. A on wte dy: „Cze mu pan są dził, że stąd nie wyj dzie?” Do bre py ta nie, praw da? Trze ba by ło od po wie dzieć. Zresz tą zgod nie z praw dą. Przed kil ko ma mie sią ca mi zgu bi łem do wód oso bi sty, po - tem oka za ło się, że tyl ko za po mnia łem w kie sze ni sta rej kurt ki. Zgło si łem to w mi li cji. Do sta łem tym cza so we za świad cze nie. Nie spie szy łem się z „wy ro bie niem” no we go do ku men tu. I rze czy wi ście, by łem wów czas prze ko na ny, że pro po zy cja roz mo wy w SB ma zwią - zek z tą mo ją zgu bą. Funk cjo na riusz wy słu chał wy ja śnie nia. Obej rzał za świad cze nie. Stwier dził, że prze ter mi no wa ne. Za py tał, czy zda ję so bie spra wę, co by by ło, gdy by mój do wód do stał się w rę ce „wro gów wła dzy lu do - wej”? Po ki wa łem gło wą. Za czął roz mo wę na róż ne te ma ty. Chwa lił się, że stu dio wał pra wo, że „pra co wał” tu jesz cze przed paź dzier ni - kiem 1956 ro ku. Za pew niał, że wte dy wszyst ko od by wa ło się zgod - nie z pra wem. Mil cza łem z mi ną nie do wiar ka. 21 Wresz cie wy szło szy dło z wor ka. Pro sił o współ pra cę, o in for - ma cje, w in te re sie… chło pów i ro bot ni ków. Na praw dę, tak po wie - dział! Wy krę ca łem się, jak umia łem czy li nie naj bar dziej zręcz nie. Na ci skał. Za py ta łem: „Czy pan mi gro zi?” Od parł: „Że by gro zić, trze ba móc za mknąć.” Czyż by rze czy wi ście nie mógł? Prze cież pa ra - graf by się zna lazł! By ło to jed nak w ro ku 1962, dzie sięć lat wcze - śniej roz mo wa by ła by in na. Wy sze dłem z „urzę du” mo kry jak mysz. Przez kil ka dni by łem ma ło przy tom ny. A jed nak da no mi spo kój. To wa rzysz Rab ski, czy jak się tam na praw dę na zy wał, mi jał mnie te - raz obo jęt nie, już się nie przy pa try wał. Nie zna li śmy się. Tak mi nę - ły pra wie czte ry la ta. Na wio snę ro ku 1966, kie dy Ko ściół w Pol sce ob cho dził ty siąc - le cie chrztu, pod szedł do mnie na uli cy, aku rat mi ja łem gmach „ko - mi te tu wo je wódz kie go”, gdzie te raz „Uniwersytet Medyczny”, mło - dy czło wiek o nie po zor nym wy glą dzie. Za py tał, czy pan ma gi ster ta ki a ta ki. Po twier dzi łem. On na to, że jest ze Służ by Bez pie czeń - stwa, że na zy wa się Je leń. Po pro sił o roz mo wę, ju tro i to do… ka - wiar ni. Wte dy już nie trzą słem por t ka mi. Bać się nie mia łem cze go i by łem le piej przy go to wa ny jak za pierw szym ra zem. Ty le że by ło mi przy kro: tu ob cho dy ty siąc le cia chrztu, a mnie znów chcą ku sić! Te go po po łu dnia by łem na wet na oko licz no ścio wym na bo żeń stwie z bar dzo pa trio tycz nym ka za niem. Na za jutrz, bez wiel kiej emo cji, po sze dłem do ka wiar ni na spo - tka nie z po rucz ni kiem Je le niem. Błąd! Kie dy mnie za cze pił i pro sił o roz mo wę, trze ba by ło po wie dzieć, że je go ko le ga już ze mną roz - ma wiał, że zda nia nie zmie ni łem. Stra ta cza su, pa nie… Mą dry Po - lak po szko dzie! Szko dy zresz tą nie by ło. Cze kał przy sto li ku. Po ka zał le gi ty ma cję. Za mó wił wi no. Umo - czy łem usta, a po tem za pła ci łem, by nie wy glą da ło, że co kol wiek „im” za wdzię czam. Po wie dzia łem, że roz ma wiał już ze mną kie dyś je go ko le ga. Oczy wi ście, wie dział o tym: „Z pa nem roz ma wiał wte - dy pra cow nik b a r d z o do świad czo ny”. On nie był do świad czo ny. 22 Tak więc obaj tra ci li śmy tyl ko czas. Po tem mia łem już spo kój z ich stro ny. Raz jesz cze tyl ko… Zresz tą wspo mnie nie to łą czy się – jak pi - sa łem wy żej – z po rucz ni kiem Ma zur kiem. Na wio snę ro ku 1980 sta ra łem się o pasz port, tym ra zem na sze ścio ty go dnio wy, urlo po wy wy jazd do Pa ry ża. Ni gdy do tąd ani też po tem nie od mó wio no mi pasz por tu. Ale wte dy znów po pro szo no mnie do te le fo nu. Przy apa ra cie był ktoś z SB. Za pro sił, ale ja koś tak nie wy raź nie. Da wał mi do zro zu mie nia, że ma to zwią zek z mo imi za in te re so wa - nia mi. Z „bro nią i bar wą” lub czymś ta kim. Roz mo wę za czął od… po go dy. Prze rwa łem nie zbyt grzecz nie: „Czy za pro sił mnie pan, że - by mó wić o po go dzie?” Wte dy za czął klu czyć. Wresz cie po wie dział, że wie o mo im za mia rze wy jaz du i że po po wro cie mo gę być za pro - szo ny na roz mo wę. I ty le. Wy cho dząc spo tka łem na ko ry ta rzu po - rucz ni ka Ma zur ka. Przy pa dek? Li cho wie. W każ dym ra zie na je go py ta nie, co tu ro bię, opi sa łem do kład nie tę dziw ną roz mo wę, nie szczę dząc ko men ta rza. Wy je cha łem. Wró ci łem. Roz mo wy nie by ło. Czyż by od wo łał ją po rucz nik Ma zu rek? A mo że ra czej gdań scy stocz niow cy, ja ko że był to ko niec sierp nia ro ku 1980. Służ by mia ły waż niej szą ro bo tę. My ślę so bie te raz, że mia łem szczę ście. Ni gdy bo wiem po po - wro cie z za gra ni cy nie żą da no ode mnie „spra woz dań”. Tyl ko za pierw szym ra zem, gdy od da wa łem pasz port wró ciw szy z Lon dy nu w ro ku 1978, funk cjo na riusz za py tał o wra że nia. Od po wie dzia łem zdaw ko wo. A prze cież wte dy, w Lon dy nie, spo ty ka łem się z wie lo - ma waż ny mi po sta cia mi z tam tej szej Po lo nii, z puł kow ni ka mi, ge - ne ra ła mi. By wa łem w emi gra cyj nych in sty tu cjach, jak choć by w In - sty tu cie imie nia Ge ne ra ła Si kor skie go. Czyż by o tym nie wie dzie li? Raz je den nie da no mi pasz por tu. W ro ku 1983, po po wro cie z Bel gii, gdzie prze by wa łem na trzy mie sięcz nym sty pen dium, chcia - łem już po kil ku ty go dniach wy je chać do Włoch, na piel grzym kę dusz pa ster stwa śro do wisk twór czych. Nie po zwo lo no. Po wie dzia no 23 mi jed nak, że nie jest to od mo wa wy da nia pasz por tu. Dziw ne: nie da no, ale nie od mó wio no? Coś tu z lo gi ką nie bar dzo… Ktoś do świad czo ny wy ja śnił mi wte dy, w czym rzecz: Oni po pro stu nie do sta li jesz cze ra por tów agen tu ral nych na mój te mat. Cie ka we, od ko go? Miesz ka łem w uni wer sy tec kim mia stecz ku Louva in -L a-N euve, wy lud nio nym na wa ka cje. Jeź dzi łem spo ro po Bel gii, zwie dza łem, oglą da łem. Kon tak to wa łem się z grup ką sty - pen dy stów Po la ków. By li to prze waż nie księ ża. Czy wśród dwu - -trzech osób świec kich mógł tam być in for ma tor? Kto to mo że wie - dzieć. I jesz cze jed na stro na mo jej „au to lu stra cji”. Są sie dzi. No, wła - śnie. Przed trzy dzie sto ma kil ko ma la ty zmie ni łem miesz ka nie na nie co więk sze od po przed nie go. Dom czte ro pię tro wy. Mam na „klat ce” dzie wię ciu są sia dów. I to ja kich! Naprze ciw reżymowy funk cjo na riusz w cy wi lu. Nie znam stop nia ani funk cji. Dość na tym, że „nasz czło wiek”. Przed sta nem wo jen nym od szedł „ze służ - by”. Już tu nie miesz ka. Na trze cim pię trze mun du ro wy. Ka pi tan ZO MO. Z za wo du szo fer. W sta nie wo jen nym cięż ko pra co wał. Kie dy przy jeż dżał do do mu na krót ki od po czy nek, żo na spro wa dza ła go ze scho dów, że - by ko goś przy pad kiem nie po bił w nar ko tycz nym tran sie. By ło, prze szło. W ro ku 1990 chwa lił się, że zwe ry fi ko wa no go ja ko nad - ko mi sa rza. Za raz jed nak prze szedł w stan za słu żo ne go od po czyn ku. Pew nie z eme ry tu rą znacz nie wyż szą od mo jej. Ta kie to są skut ki „gru bej kre ski”. Na czwar tym pię trze miesz kał cy wil. W stop niu ma jo ra. Szy cha w SB. W sta nie wo jen nym zmarł na za wał ser ca. Do wie dzia łem się po tem – od te go z prze ciw ka – że to wa rzysz ma jor miał w na szym do mu spe cjal ne za da nie: pil no wał mnie. Na czym to po le ga ło? Nie mam po ję cia. Zo stał jesz cze par ter. Miesz kał tam hy drau lik. W ja ru zel skim grud niu wy cho dzę so bie kie dyś wie czo rem na spa cer z pie skiem 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Gawędy o zmierzchu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: