Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00529 010248 11040618 na godz. na dobę w sumie
Gdyby nie miłość. Bracia - ebook/pdf
Gdyby nie miłość. Bracia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 172
Wydawca: Goneta Aneta Gonera Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63783-08-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dwa opowiadania w jednym. Oba mówiące o miłości.
W pierwszym opowiadaniu Gdyby nie miłość bohater właśnie opuścił więzienie, w którym odsiedział wyrok za niepopełniony przez niego czyn. Pierwszą osobą, którą spotyka w barze, jest dziewczyna, która właśnie uciekła z domu i sprzed ołtarza. Zakochują się w sobie od razu, wyczuwając bratnie dusze. Jednak nie dane jest im spokojnie konsumować związek. Ściga ich zły niedoszły teść niedoszłej panny młodej. Ponieważ książka jest o miłości, to ma swoisty happy end.

Drugie opowiadanie Bracia jest innego rodzaju. Tu też człowiek wraca do domu, ale po dłuższej nieobecności. Mateo jest rybakiem, niezamożnym człowiekiem. Postanawia wyjechać do pracy na połów krabów na Morzu Barentsa. Jest to ciężka i niebezpieczna praca. Zaraz po przyjeździe udaje mu się okazyjnie kupić wymarzony dom z kutrem. Wraca więc z jakimś dorobkiem do pozostawionej tu ukochanej, opiekuńczej i kochanej ciotki, ale sprawy już wymknęły się życiu spod kontroli, czynnik ludzki namieszał w planach mocarnego fizycznie i psychicznie młodzieńca. Los nie dał mu spokojnie odpocząć na łonie rodziny wśród swoich, a jego rodzony starszy brat nadal go nienawidził. Tu też uda się osiągnąć consensus losu człowieczego. Mateo odnajdzie wreszcie swoje miejsce, poukłada swoje sprawy, znajdzie swoje szczęście, którego tak bardzo poszukiwał.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

„Gdyby nie miłość” Usiedli w cieniu płaczącej wierzby. Po lewej i prawej stronie rosły dzikie maliny, rokitnik i czarny bez. Poniżej płynęła rzeka, przeciwległy brzeg zarósł trzciną, a za nią rozciągały się łąki. Kłębiaste chmury ożywiały senny nurt wody. Było cicho, brzęczały tylko owady. Wiktor przez chwilkę obserwował gniazdo remiza, uśmiechnął się i spojrzał na Obcego. — Śmiało. — Wstydzę się — mruknął po chwili. — Nie musisz. — Łatwo ci mówić. Jestem dziewczyną. — O, rany. — Wiktor zerwał się na nogi i ruszył w kierunku rzeki. — Nie odchodź, proszę. Zawrócił i ukląkł przed dziewczyną, siadając na piętach. — Co to za numery? — Myślałam, że w przebraniu będzie łatwiej. Uciekłam przed ślubem. — A to ci heca. Nie mogłaś tego inaczej załatwić? — Nie mogłam, to było jedyne wyjście. — A jak wlazłaś w te maliny? — Chodziliśmy ze sobą długo, sześć czy siedem lat. Dogadywaliśmy się. Odbiło mu, kiedy ojciec kupił mu sklep z konfekcją. Nie szpanował, ale już o niczym nie potrafił myśleć tylko o interesie. Wszystko szło mu jak z płatka. Wszyscy nagle zaczęli mówić o moim szczęściu. Dałam się ponieść. Ale przedwczoraj, tydzień przed ślubem, coś się we mnie odwróciło. I stało się. Zagryzła wargi, aby się ponownie nie rozszlochać. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wiktor mimowolnie okrył dłonią jej dłoń. — Chyba go nie kochałam — powiedziała po chwili. — Na pewno tak, bo inaczej bym nie uciekła. Siedzieli w cieniu, ale i tu było duszno. Nagrzane powietrze drżało nad łąkami, a rzeka, gdy gubiła biel chmur, lśniła niczym nierdzewna stal. Wszystko czekało na rzeźwy podmuch wiatru, a wiatru nigdzie nie było. Wiktor nieustannie przyglądał się dziewczynie. Miała delikatne i smagłe ręce, a rzęsy długie i gęste, kiedy się poruszały, odnosiło się wrażenie, że dwa ptaki zrywają się do lotu. Był zły na siebie i przyrzekł Bogu, że od dnia dzisiejszego będzie wnikliwiej przyglądać się ludziom, aby już nigdy coś podobnego mu się nie przydarzyło. Nauczy się patrzeć tak, jak patrzy malarz, gdy maluje portret. — A może to ciebie nie interesuje i niepotrzebnie wypruwam żyły? — W porządku, po spowiedzi zawsze jest lżej. Niczego ci nie obiecywałem. Nie wiem nawet, jak masz na imię. — Kaśka — odrzekła i uśmiechnęła się. — A ty masz na imię Wiktor i chodziłeś kiedyś z Aliną, z którą z kolei ja siedziałam w jednej ławce w Szkole Handlowej. — Zostawiła mnie, kiedy poszedłem do mamra. Też mnie chyba nie kochała. — Uciekła od ciebie, więc opuszczając dom, pomyślałam o mieście, w którym mieszkasz. I dlatego spotkaliśmy się. Dziwne, przyznaj? — Czuję się zakłopotany. — Masz kogoś? — To nie to. Nie mam nikogo, jestem bez pracy i traktują mnie jak zadżumionego. — Ona uciekła od ciebie, a ja od swego, czy to nie zbieg okoliczności? — Nie baw się w detektywa. Ja się po prostu czuję odrobinę szczęśliwy. Jestem komuś potrzebny. Mówię więc „tak” na twoje pytanie, bo to ponoć ważne. Byłem na warunkowym zwolnieniu i dzisiaj skończył mi się wyrok. Załatwię w urzędzie tylko to i owo i mogę ruszać w świat. —Ale mam szczęście — szepnęła Kaśka, poderwała się i zaczęła wirować wokół pnia wierzby. — A czego ty się właściwie boisz? — Wszystkiego — odrzekła i ponownie usiadła. — Całe życie z rodziną, a tu nagle sama. I jeszcze ta zadyma, której jestem sprawcą. Na pewno już mnie szukają. Niedoszły teść jest policjantem, komisarzem. — Ładne kwiatki, nie powiem. Bunt, ucieczka, a więc rewolucja — w głosie Wiktora zadrżały żartobliwe nutki. Potarł pięścią wyraźnie zarysowaną brodę i uśmiechnął się. W oczach błysnęły chochliki. — Ruszymy więc na Zaporoże lub na Dziki Zachód, albo do Patagonii. — Wyobraźnię to ty masz. — Nagle spoważniała. — Owszem, wywinęłam orła, skoczyłam w przepaść, ale nie uważam tego za zło. To nie jest zło — podkreśliła. — Nie dręcz się tym. — To nie takie proste. I dla mnie jest to szok. Czas musi zrobić swoje. — To prawda. — Pokiwał głową Wiktor. — Takie rany goją się powoli, jakbyś chorował na cukrzycę. Chciałem to wszystko potraktować żartobliwie, ale byłoby to nieuczciwe. Siedziałem dwa lata, więc coś tam widziałem i miałem czas na myślenie. Jeśli chcesz czuć się bezpieczna i mieć dom taki, jaki mają twoi znajomi, wracaj do rodziców. — Nie wrócę — mruknęła głucho. — Nie po to uciekałam. Nie strasz mnie, dom potrafię stworzyć. Będzie słoneczny i czysty. Nic złego nie zrobiłam. Posłuchałam natury, a to ponoć głos nieba. — Skoro tak, to wiedz, że jesteś buntownikiem. Zdeptałaś niepisane prawo swojego klanu. — Posłuchałam sumienia, a więc zbuntowałam się słusznie. — Właściwy wniosek — odrzekł po dłuższej chwili milczenia i uniósł krzaczaste brwi, które były czarne, choć włosy miał jasne, koloru słomy, a końcówki zupełnie spłowiałe od słońca. — Masz moją piątkę. Uścisnęła podaną dłoń i spojrzała mu prosto w oczy. Były piwne z zielonymi cętkami i nie było w nich smutku. „Dziwne — pomyślała. — Tyle przeszedł, a nie ma w nim krzty goryczy. Czegoś, na czym mu zależy, trzyma się mocno”. — Jeśli coś ominęłam, pytaj. — Gdybyśmy wszystko wiedzieli, życie straciłoby smak. Mamy czas. A teraz zdejmuj elastyczny pas, bo zemdlejesz. Odwrócił się, a Kaśka uniosła koszulkę i podtrzymując ją brodą, odpięła dwa guziki, z góry i dołu, po czym mocnym szarpnięciem oddzieliła od siebie rzepy. Odetchnęła z ulgą i opuściła koszulkę. — W porządku — powiedziała, a kiedy się odwrócił, wyciągnęła przed siebie rękę. — Oto pas mojej głupoty. — Zachowaj go na pamiątkę. — O, tak, zrobię to dla dzieci i wnuków. Niech wiedzą, z jakiego ziela się wykluły. — A teraz do rzeczy. Jeszcze raz powtarzam: jestem bez grosza, ale koszta dzielimy na pół. Oddam w swoim czasie. Rozumiemy się? — Skinęła głową. — Zatrzymasz się u mnie. Jak załatwię swoje kryminalne sprawy, natychmiast ruszamy. * „Bracia” Mateo leżał na kocu, a obok niego siedziała szczuplutka dziewczyna. Ciocia Ola patrzyła na nią pytającym wzrokiem, unosząc z ciekawości brwi. — Jestem z Ruchomych Piasków. Aga mi na imię. Mieszkam tam, w namiocie. — Pokazała zachodnią stronę plaży. — Gdzie spotkałaś Matea? — Na plaży. Kiedy znaleźliśmy wspólny język, poprosił, abym opiekowała się nim dopóty, dopóki nie skończy się trans. Zgodziłam się. Niech się pani nie obawia, nie kradnę i na nikogo nie poluję. Szykuję się do zakonu, dlatego znalazłam się na Ruchomych Piaskach. Tu się modlę i umartwiam, doświadczam siebie. Powołanie może być tylko emocją. Trzeba coś wiedzieć o sobie, samotności i wygnaniu. Zakon to nie dyskoteka. — Święte słowa — przytaknęła ciocia Ola, kiwając głową. — Coś o tym wiem. Dziękuję ci za wszystko. — O!!! Ciocia! — Mateo podniósł się i oparł na rękach z tyłu za plecami. Oczy miał zaczerwienione, a na rzęsach zeskorupiony śluz. Aga zmoczyła chusteczkę i wytarła mu twarz. — Dziękuję, Kropelko — mruknął i popatrzył na nią, a potem na ciocię i uśmiechnął się. — Zjedz coś ciepłego. Przyniosłam. — Ciocia Ola wyjęła z koszyka wojskową menażkę, otworzyła, wzięła łyżkę, sprawdziła temperaturę i dopiero wtedy nabrała zupy, po czym przytknęła ją do ust Matea. Pierwszą łyżkę przełknął z trudem, drugą już łatwiej, a trzecią już normalnie. Zjadł pół menażki i podniósł rękę. — Dziękuję — powiedział. — Poczułem się wspaniale. Ani łyżki więcej. Ciociu Olu, mam prośbę. Ciocia patrzyła na niego jak na święty obraz. — Niech ciocia obejrzy dom i sprawdzi jego stan techniczny, a także jakość dachówki, tynk, drzwi i okna. Oglądałem to, ale zapomniałem. Nie, nie tak. Wydaje mi się, że to, co wiem, może być snem albo majakiem. Obejrzyj też wnętrze. Kropelka — Mateo spojrzał na Agę — pójdziesz z ciocią. — Tak, pójdę. Byłam tam, ale nie zwracałam na to uwagi. Poszły razem i dokładnie sprawdzały to, o co prosił Mateo. Dom był po remoncie, jak zapewnił Klim. Był dobrym stanie i wyglądał tak, jak każdy po wyprowadzce gospodarzy. — Z jakiego powodu Mateo tak pije? — spytała Aga. — Z rozpaczy. Zostawiła go dziewczyna, gdy on był na dwuletnim rejsie w świecie. Ciotka Ola opowiedziała całe dzieje Matea, poczynając od jego narodzin, a kończąc na zdradzie. — To rzeczywiście ma prawo do picia — mruknęła Aga, kiwając ze smutku głową. — Przecież od czegoś takiego można umrzeć. Nie mieści mi się to w głowie. Boże, do czego jest zdolny człowiek? Za coś takiego powinni wsadzać do więzienia. — Powinni — zgodziła się ciocia Ola. — I to takiego z ostrym reżimem. Taka dobra byłam dla niej, co moje to twoje, ze wszystkiego się zwierzałam i wszystkiego z cierpliwością wysłuchiwałam. Radziłam, jak umiałam i podtrzymywałam na duchu. A ona za moimi plecami swoje plotła, uwodziła brata Mateo. I uwiodła. I wyszła za niego. I to bardzo szybko. Dowiedziałam się, że musiała. Grzech rodzi grzech. — A brat Matea pozwolił sobie na taki numer? — Od dzieciństwa nie lubił Matea. Zawsze robił z niego ofiarę losu. Za jego niepowodzenia cierpiał Mateo. A więc to, co zrobił, zrobił z satysfakcją. Trafiła mu się zemsta doskonała, więc z radością z niej skorzystał. To demon. Każdemu o tym powtarzam. To czart w ludzkiej skórze, chodzące zło. — Nie chciałabym mieć takiego rodzeństwa. — A kto chciałby mieć. Mateo poszedł na kontrakty, chciał być na swoim. Przecież w jednym domu nie mogli mieszkać. Doszłoby do mordu. Taki on jest. Mateo nie chciał być marynarzem, lecz rybakiem, jak jego ojciec, ale na swojej łodzi. Chciał mieć dom i własną łódź. Dlatego pętał się po polarnych morzach, był zawsze tam, gdzie dobrze płacili. Ostatnio prze trzy sezony łowił kraby na Morzu Beringa. A tam byle kto nie wytrzyma. Sztorm i lód, lody i mgła. Dzielny chłopak, dopiął swego, kupił dom i łódź. Jest na swoim, jak zamierzał. A za to pani Judaszowa wsadziła mu nóż pod żebro. Tego się doczekał za swoją wierność i wspaniałomyślność. — Strach słuchać — szepnęła Aga, brwi miała uniesione, oczy przerażone i zmienione rysy twarzy. — Jak w tragedii greckiej. — Mateo jest młody, otrząśnie się z tego. Zawsze pamięta o tym, że niebo wisi nad jego głową. Jeszcze dzień, dwa i kryzys minie, gorączka zacznie opadać. Zjadł zupę, a więc zaczyna myśleć o codzienności. Posłał obejrzeć dom. A to jest dowód na to, że rozpacz się kończy, że oko tajfunu poszło już w inne regiony. — Pani tak dużo wie o morzu i tak pięknie opowiada. — Cóż, tutaj się urodziłam. Byłam nauczycielką przez całe życie i jestem córką rybaka. To samo wpływa w krew. Tu jak nie ten, to ów zawsze pływa po oceanach, a po powrocie snują się opowieści. To zostaje w człowieku. Nadto kocham morze. Tak, jak Mateo i tak, jak ja jego.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Gdyby nie miłość. Bracia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: