Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00341 006735 12443756 na godz. na dobę w sumie
Gdzie diabeł mówi dobranoc - ebook/pdf
Gdzie diabeł mówi dobranoc - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 159
Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62480-85-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Gdzie diabeł mówi dobranoc
WSPOMNIENIA
od Monasterzysk przez Kazachstan i Ukrainę do Wrocławia

(świadomość dziecka opisana z punktu widzenia świadomości dorosłego)

Treścią książki jest dzieciństwo autora w kresowym miasteczku Monasterzyska, życie na zsyłce w Kazachstanie, pobyt w środkowej Ukrainie, i wreszcie powrót do Kraju i osiedlenie się w powojennym, zrujnowanym Wrocławiu. Opisy odzwierciedlają rzeczywistość postrzeganą przez autora od wczesnego dzieciństwa do wieku młodzieńczego. Okres dziecięcy to pasmo zabaw i ciekawych, nieraz wesołych przygód wynikających z dziecięcej fantazji autora i jego o półtora roku starszego braciszka. Duża swoboda pozostawiona malcom przez zaabsorbowanych rodziców i ich wszędobylstwo wypełniały ciekawą i pełną przygód młodość. Życie w miasteczku oraz wydarzenia na świecie przedstawiane są z perspektywy świadomości dziecka.

Wybuch wojny nie wzbudza w dzieciach strachu, wręcz zapowiada ciekawe zdarzenia na wzór opisów walk kowbojów z Indianami. Wkroczenie Armii Czerwonej na wschodnie tereny Rzeczpospolitej i zajęcie przez nią Monasterzysk chłopcy odbierają po swojemu. Szybko dostosowują się do nowych warunków i wykorzystują je do swoich przygód, ciekawych, a niekiedy nawet niebezpiecznych. Niemniej jednak opis życia w miasteczku pod rządami Sowietów dokumentuje postępowanie nowej władzy i jej poczynania w likwidacji polskości.

Następują ponure dni dla mieszkańców pod względem zaopatrzenia i zagrożeń swobód politycznych i obywatelskich. Sowieccy najeźdźcy w towarowych wagonach wywożą rodzinę autora na zsyłkę w stepy Kazachstanu. Nieświadome sytuacji dzieci nie podzielają dramatu dorosłych. W bezkresnych stepach spodziewają się nowych przygód. W pasących się w stepie tabunach koni, stadach bydła i owiec widzą nawiązanie do przygód Buffalo Billa.

Rzeczywistość wkrótce okazała się mniej przygodowa. Nastała sroga zima i trudności aprowizacyjne. Wszystko bardziej doskwierało nowo przybyłym, natomiast miejscowa ludność kołchozowa była do tych warunków przystosowana, ponadto egzystuje jeszcze z dala od wydarzeń które nas Polaków dotknęły. Dla niej wojna i jej skutki nastąpiły dopiero po napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRR Wcześnie, bo już w wieku 14 lat kończy się dzieciństwo i rozpoczyna dramatyczna dla autora i wyniszczająca dla nieletniego organizmu przymusowa praca w kołchozie. Praca i stosunki z miejscową ludnością zajmują znaczne miejsce w opisie. Na koniec następuje powrót z zesłania w nastroju euforii. Kończy się dramat wywózki , zaczyna się nowe życie w Polsce.


Roman Burno urodził się w 1928 roku w kresowym miasteczku Monasterzyska w województwie tarnopolskim. Wielokulturowość miejscowej społeczności, starszeństwo brata, pełnienie funkcji policjanta przez ojca miały istotny wpływ na kształtowanie od najwcześniej szych lat postrzegania przez dziecko świata.
W wieku 6 lat rozpoczął naukę w szkole powszechnej, której 5 klas ukończył w roku wybuchu drugiej wojny światowej. Lata wojenne przeżył na zsyłce w północnym Kazachstanie, gdzie najpierw jako dziecko spędzał czas z rówieśnikami, dziećmi kołchoźników, a następnie jako nieletni zmuszony był do prac rolnych w kołchozie i sowchozie.
Po powrocie do Polski zdobył średnie wykształcenie zawodowe, a następnie ukończył studia inżynierskie na Politechnice Wrocławskiej i Inżynieryjno-Ekonomiczne na Politechnice Warszawskiej. Od 1956 roku pracował w różnych przedsiębiorstwach przemysłu maszynowego oraz w Instytucie Organizacji. Pracę zawodową przed pójściem na emeryturę skończył na stanowisku doradcy w Urzędzie Rady Ministrów. Pędząc żywot emeryta jeszcze przez 10 lat pracował w firmach doradczych i handlowych.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Roman Burno GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC WSPOMNIENIA od Monasterzysk przez Kazachstan i Ukrainę do Wrocławia (świadomość dziecka opisana z punktu widzenia świadomości dorosłego) © Copyright by Roman Burno e-bookowo Grafika na okładce: Roman Burno Projekt okładki: e-bookowo ISBN 978-83-62480-85-2 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2011 Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 4 Bez względu na ocenę czasu minionego jest naszym obowiązkiem utrwalać i dokumentować możliwie obiektywnie wszystko, co działo się w życiu narodu. Antoni Słonimski www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 5 Spis treści GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC 6 NASZA WOJNA 29 U NAS W KOŁCHOZIE CHLEBOROB 50 PRZYSTANEK – SOWCHOZ WOROWSKIEGO 130 www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 6 GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC Świat powitał mnie pod znakiem barana w 1928 roku. Stało się to w miasteczku Monasterzyska, w województwie tarnopolskim. Do mojej świadomości istnienie własne i oto- czenia dotarło kilka lat później. Byłem dzieckiem niechcia- nym, co wyznała mi kiedyś moja matka, mimo to nasze wza- jemne relacje, to jest: ja – rodzice, a także: ja – i mój starszy o 18 miesięcy brat, Tadek, były bardzo dobre. Miasteczko poznawałem od końca, to znaczy od cmenta- rza, blisko którego mieszkaliśmy. Tam bawiliśmy się w chowanego, z przerwami wtedy, gdy uczestniczyliśmy (oczywiście z ciekawości) w pogrzebach. Odbywały się one rzadko, ku naszemu niezadowoleniu, bo miasteczko liczyło zaledwie pięć tysięcy mieszkańców, z których tylko 1,5 do 2 tysięcy było wyznania rzymsko-katolickiego, a przy takiej liczbie natura nie mogła spełnić naszych oczekiwań. Kiedy umarł 16-letni syn naszego sąsiada, Zbyszek, i wszyscy wokół rozpaczali, że tak młodo, dziwiliśmy się, bo dla nas był to starzec. Zresztą nasza mama, która miała bar- dzo dużo trafnych powiedzeń na bez mała każdą okolicz- ność, mawiała, że młody umrzeć może, a stary musi. Byli- śmy przekonani, że zmarły należał do tych, którzy już mu- sieli. W naszym pojęciu można było rozpaczać, bo był taki www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 7 miły, ale młody? Dziwna logika starszych do nas nie prze- mawiała. Przy okazji cmentarnych penetracji poznawaliśmy prze- szłość miasteczka i okolic. Wielki krzyż w centralnym miej- scu upamiętniał powstańców z 1863 roku. Trzy rzędy jedna- kowych betonowych krzyży znaczyły groby polskich żołnie- rzy poległych w latach 1918-1920. W większości byli to bez- imienni obrońcy ojczyzny. Mówiły o tym napisy na krzy- żach. Pierwszy odczytał nam to ojciec, objaśniając przy tym pojęcie wojny, ojczyzny i bohaterskiej dla niej śmierci. Nie- wiele z tego rozumiałem, ale, jak to dziecko podziwiałem mądrość ojca, a ponadto miałem argumenty w przekoma- rzaniu się z kolegami, który z naszych ojców jest mądrzej- szy. Grabarz, pan Komornicki przestrzegał, żebyśmy nie za- puszczali się w zarośla pod płotem, bo tam pochowani są ci, którzy umarli samobójczą śmiercią i jako wielcy grzesznicy nie byli godni spocząć wśród tych, którzy odeszli z tego świata w zgodzie z Bogiem i z naturą. Przyrzekliśmy sobie z Tadkiem, że nigdy nie popełnimy samobójstwa, bo leżenie w takim miejscu byłoby nie do zniesienia. Grozę potęgował jeszcze strach przed piekłem. Dalszym etapem naszego poznawania świata była cegiel- nia. Duże wykopy po urobku gliny stanowiły znakomite kry- jówki do zabaw. Urządzaliśmy też skoki do coraz to głęb- szych dołów. Zwłaszcza cudowne było skakanie do dołu na- pełnionego wymieszaną gliną, przygotowaną do formowa- nia cegieł. Zawsze jednak kończyło się to przepędzeniem www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 8 nas z terenu cegielni i awanturą w domu z powodu wytarza- nia się w glinie. Wspaniałe też były zabawy w ruinach browaru. Zewsząd wystawały tam jednak jakieś rury i blachy, ale za to były maliny i można było rozpalać ognisko. Z czasem zaczęliśmy zataczać coraz szersze kręgi dla po- znania innych części miasta i jego okolic. Sprzyjały temu niedzielne wycieczki z rodzicami na górę Podhorodne, i tam w lesie, w pobliżu kamieniołomów wapnia, biwakowaliśmy. Przed nami roztaczał się przepiękny widok. Na pierwszym planie, łagodnym łukiem omijając górę, biegła linia kolejo- wa. Tędy dwa razy dziennie przejeżdżały pociągi relacji Bu- czacz – Stanisławów i odwrotnie. Tory przecinały rzekę, rozgałęziały się na stacji i zataczając literę „S” znikały za leżącą naprzeciw Podhorodnego górą Buczacką. Miasteczko w dole wydawało się duże, ale złożone jakby z miniaturo- wych domków-zabawek. Nawet kościół i dwie cerkwie nie prezentowały się z tej odległości jak na domy boże przysta- ło, a synagogi nie odróżniały się od otaczających je do- mostw. Na tym tle okazale wyglądała tylko fabryka wyro- bów tytoniowych, z jej strzelającym w górę kominem. Z lasu wracaliśmy wieczorem z naręczami polnych kwia- tów, a czasami z koszem grzybów. Z bliska miasteczko wyglądało mniej ciekawie. Na- wierzchnie ulic pokrywał kamienny tłuczeń, który pod sta- lowymi obręczami kół i podkowami koni ścierał się na uno- szący się pył. Chodniki też pozostawiały wiele do życzenia. Złe wrażenie łagodziły nieco szpalery akacji, z dwóch stron www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 9 zdobiące jezdnię i tworzące miły nastrój. Wieczorem ulice oświetlało kilka lamp naftowych, przed samą wojną zmie- nionych na elektryczne, a centralne ulice wypełniali space- rowicze, głównie młodzież. Gdy miałem cztery i pół roku, a Tadek sześć lat, powięk- szyła nam się rodzina. Tuż przed jej powiększeniem mama zapowiadała, że niebawem bocian przyniesie nam dziew- czynkę lub chłopczyka. Chodziliśmy do sąsiadów i prosili- śmy znajdujące się w gnieździe na ich domu bociany, aby przyniosły nam braciszka, bo siostrzyczki nie chcemy i jeżeli przyniosą dziewczynkę, to ją zabijemy. Gdy po narodzinach dziecka sąsiadka zażartowała, że bocian nas nie wysłuchał i przyniósł dziewczynkę, postanowiliśmy tę groźbę spełnić. Kiedy mama była zajęta w kuchni, Tadek przystąpił do eg- zekucji, uderzając dziecko pięścią w nos. Małe zaniosło się płaczem, wpadła do pokoju mama, a my solidarnie przyzna- liśmy się do urzeczywistniania naszego zamiaru. Matka w przypływie złości wymierzyła nam po kilka tęgich razów, po czym rozwinęła maleństwo z pieluch i kazała nam obna- żyć się dla dokonania porównań. Nie dostrzegliśmy wielkich różnic i przyjęliśmy Ryśka do naszego grona. Nowa sytuacja rodzinna stała się dla Tadka i dla mnie nieco korzystniejsza, gdyż mama, zajęta Ryśkiem, miała mniej czasu dla nas, a my zyskaliśmy więcej swobody, której nam zawsze brako- wało. Wkrótce jednak liczba uczestników wspólnych zabaw zu- bożała o Tadka. O, nie, nic strasznego się nie wydarzyło, po prostu poszedł do pierwszej klasy szkoły powszechnej. Za- zdrościłem mu wszystkiego, co wiązało się ze szkołą, oczy- www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 10 wiście poza rannym wstawaniem. Ciągle nudziłem rodzi- ców, aby mnie również wysłali do szkoły. Obiecano mi, że na przyszły rok na pewno pójdę. Okazało się, że to nie takie łatwe, brakowało mi jednego roku życia, ale bliska zażyłość ojca z kierownikiem szkoły doprowadziła do pokonania formalnych trudności. Zaczął się dla mnie nowy etap dzieciństwa – wszedłem w wiek szkolny. Pierwsze klasy były koedukacyjne, ale to nie miało żadnego znaczenia, poza jednym drobiazgiem. Była w klasie herod-dziewczyna, która chętnie popisywała się swoją siłą, tłamsząc każdego, kto się znalazł w zasięgu jej rąk. Kuksańce, jakimi szczodrze nas obdzielała nie były bo- lesne, ale przynosiły ujmę chłopięcej dumie. Pani Pogorzelska, nasza wychowawczyni wyraźnie fawo- ryzowała dziewczęta. My musieliśmy siedzieć w ławkach jak trusie, a im pozwalała na dużą swobodę. Każde wykroczenie było karane biciem linijką w otwartą dłoń. W zależności od wykroczenia można było dostać trzy do pięciu razów. Szcze- rze jej nienawidziliśmy. Ja nigdy nie oberwałem, chociaż zdarzyło się raz, że bardzo boleśnie wbiła mi długie paznok- cie w ramię. Z nauką nie miałem żadnych trudności. Byłem raczej pil- nym uczniem, chociaż niczym szczególnym, gdy chodzi o naukę, się nie wyróżniałem. Bardzo ciążyła mi moja in- ność. Miałem jasnozłoty kolor włosów i byłem cały pokryty piegami. To dawało pretekst do złośliwych uwag w rodzaju: rudy do budy, rudzielec, piegacz. Nie należałem do najsil- niejszych. Byłem w klasie najmłodszy, stąd nie mogłem so- www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 11 bie pozwolić na fizyczny odwet, bo tylko taki mógłby być skuteczny. Musiałem cierpliwie znosić zniewagi, obiecując krwawą zemstę w przyszłości. Naszą edukację oprócz szkoły dopełniali rodzice, a także Kościół – każde na swój sposób. Rodzice nie szczędzili nam pouczeń i przykładów. Ojciec – patriotycznych, mama – głównie rodzinnych i religijnych. Stąd wyniosłem szczerą miłość do marszałka Józefa Piłsudskiego i na zawsze utrwa- lone przeświadczenie o Jego wielkości. Cieszyłem się, że Wielki Ziuk stoi w naszym domu w postaci pozłacanej figu- ry, wsparty ręką na głowie orła i stale jest z nami. Nie od- stępuje też od nas w szkole, tutaj z portretu zawieszonego w klasie patrzy na mnie i wie, że go nie zawiodę. Kiedy je- den z moich kolegów wyrecytował dwuwiersz: „pan Sobieski je..ł pieski / pan Piłsudski je..ł suczki”, popędziłem na po- sterunek policji i poskarżyłem. Oczywiście policjant, jak mówił później mój ojciec, zignorował zdarzenie, traktując to jako głupią dziecięcą rymowankę. Ja jednak uznałem, że spełniłem swój patriotyczny obowiązek. I kiedy w maju Marszałek zmarł, z przejęciem śpiewałem żałobną okolicz- nościową pieśń: „To nieprawda, że Ciebie już nie ma. To nieprawda, że jesteś już w grobie...”. Całe moje oddanie Marszałkowi było zasługą ojca. Mama natomiast przekazywała nam bezpośrednie relacje swojego dziadka, Władysława Trumpiela, o prześladowaniu na Wileńszczyźnie Polaków-katolików przez władze carskie po powstaniu Styczniowym. Otóż do miejscowości Jody w powiecie brasławskim zjechała sotnia kozaków i siłą zmu- szała wiernych wyznania rzymskokatolickiego do przejścia www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 12 na prawosławie. Na uległych oczekiwał przybyły z Kozakami pop, gotowy dokonać przechrzczenia. Nikt jednak nie chciał wyrzec się wiary swoich przodków. Kozacy zaczęli więc wy- mierzać chłostę, ale i to nie pomogło. Wtedy wszystkich ra- zem związano i popędzono do Dzisny. Tam w koszarach zainscenizowano egzekucje. Wybrano jednego z nich i kaza- no mu położyć głowę pod topór katowski. Skazaniec przed położeniem głowy zwrócił się do pozostałych, aby, tak jak on, oddali swoje życie za wiarę. Tylko jeden spośród czter- dziestu się poddał. Egzekucji jednak nie przeprowadzono. Każdemu wymierzono po sto batów i zwolniono. Wiedza o tym budowała moją świadomość patriotyczno-religijną. Gdy ukończyłem pierwszą klasę, wybraliśmy się na wa- kacje do babci, do Jod, w województwie wileńskim, na drugi kraniec Polski, a jak twierdził ojciec: na koniec świata, gdzie diabeł mówi dobranoc. Właśnie dlatego wszystko zapowia- dało się fascynująco. Była to cała wyprawa. Niezliczona ilość walizek czyniła z każdej przesiadki istną katorgę, podróż jednak była ciekawa. Wiele kłopotów przysparzał nam czte- roletni wówczas Rysiek. Ciągle marudził, zanosił się pła- czem. Nie wiadomo, czego chciał. Wtedy najwyraźniej mie- liśmy go dość. Zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Wilnie. Pierwsze kroki mama skierowała przed ołtarz Matki Boskiej Ostrob- ramskiej. Następnie poszliśmy do parku nad Wilię. Po wo- dzie, dumnie unosząc głowy, majestatycznie płynęły łabę- dzie. Była to dla nas niebywała okazja do popisów strzelec- kich. Poszły w ruch proce i w kierunku łabędzi poleciały kamyki. Jak spod ziemi wynurzył się policjant, zabrał proce, www.e-bookowo.pl Roman Burno: Gdzie diabeł mówi dobranoc 13 zaprowadził do mamy (na moment spuściła nas z oczu, zaję- ta Ryśkiem) i chciał wymierzyć grzywnę. Skończyło się na naszym przyrzeczeniu poprawy i matczynym zapewnieniu lepszego doglądania nas. Mama swoją obietnicę spełniła natychmiast nakręcając nam uszu. Nie mogliśmy przeboleć utraty proc, bo było jeszcze wiele okazji do za- demonstrowania naszych strzeleckich umiejętności. Chwi- lowo wyciszeni zaszliśmy do katedry, gdzie wśród wieńców na postumencie stała urna z sercem Marszałka. Szczerze modliłem się za Jego duszę, czułem Jego bliskość i ponow- nie przeżywałem Jego śmierć. Na docelowej stacji czekała na nas bryczka, zaprzężona w dorodnego ogiera, a przy niej wujek matki, powszechnie nazywany, diad`ka Żerabiec. Po bezdrożach, piaszczystych duktach mknęliśmy, rozkoszując się gęstwiną borów, jakich dotąd nie widzieliśmy. Zapowiadało się nadzwyczajnie. Wu- jek coś opowiadał, ale niewiele z tego rozumieliśmy, bo za- głuszał wiatr i parskanie konia, a poza tym mówił wtrącając wiele słów białoruskich, których nie rozumieliśmy. Po go- dzinie jazdy znaleźliśmy się w objęciach babci, cioć, wujka Pieci i innych krewnych, o których istnieniu dotąd nie mie- liśmy zielonego pojęcia. Tutaj wszystko było inne. Domy z grubych bali, kryte słomą, stodoła ze spadającym do ziemi dachem. Byliśmy zachwyceni. Przyszło kilkoro dzieci z są- siedztwa i natychmiast zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Pamiętając powiedzenie ojca, że jedziemy na koniec świata, spytaliśmy wujka jak daleko do tego końca? Wujek wskazał ręką las i powiedział: za tym lasem. Toteż za kilka dni, korzystając z nieuwagi dorosłych, wybraliśmy się tam. www.e-bookowo.pl Roman BURNO urodził się w 1928 ro- ku w kresowym miasteczku Monaste- rzyska w województwie tarnopolskim. Wielokulturowość miejscowej społecz- ności, starszeństwo brata, pełnienie funkcji policjanta przez ojca miały istotny wpływ na kształtowanie od naj- wcześniej szych lat postrzegania przez dziecko świata. W wieku 6 lat rozpoczął naukę w szkole powszechnej, której 5 klas ukończył w roku wybuchu drugiej wojny światowej. Lata wojenne przeżył na zsyłce w północnym Kazachstanie, gdzie najpierw jako dziecko spędzał czas z rówie- śnikami, dziećmi kołchoźników, a następnie jako nieletni zmu- szony był do prac rolnych w kołchozie i sowchozie. Po powrocie do Polski zdobył średnie wykształcenie zawodowe, a następnie ukończył studia inżynierskie na Politechnice Wrocławskiej i In- żynieryjno-Ekonomiczne na Politechnice Warszawskiej. Od 1956 roku pracował w różnych przedsiębiorstwach przemysłu maszy- nowego oraz w Instytucie Organizacji. Pracę zawodową przed pójściem na emeryturę skończył na stanowisku doradcy w Urzę- dzie Rady Ministrów. Pędząc żywot emeryta jeszcze przez 10 lat pracował w firmach doradczych i handlowych.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Gdzie diabeł mówi dobranoc
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: