Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00207 005497 13610785 na godz. na dobę w sumie
Germinal - ebook/pdf
Germinal - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 385
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).
'Germinal' to jedna z lepszych powieści nierównego artystycznie cyklu, ukazującego 'historię naturalną i społeczną rodziny' za II Cesarstwa. Jej akcja rozgrywa się w osadzie robotniczej Dwieście Czterdzieści, w kopalni, wśród górników Montsou, miejscowości fabryk i kopalń, przeżywającej gospodarczy kryzys. Tutaj wiedzie swą szarą egzystencję i toczy codzienną walkę o byt rodzina Maheu. Do kopalni trafia Stefan Lantier, maszynista zwolniony z kolei za pobicie przełożonego. W Montsou znajduje wprawdzie pracę, ale miejsca długo tu nie zagrzewa. Kulminację zdarzeń stanowi krwawo stłumiony strajk.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. EMIL ZOLA 1 GERMINAL 2 Copyright by Tower Press Wydawnictwo „Tower Press” Gda(cid:276)sk 2001 3 CZ(cid:265)(cid:285)Ć PIERWSZA I Nag(cid:261) równin(cid:261), w bezgwiezdn(cid:261) noc, czarn(cid:261) i g(cid:266)st(cid:261) jak atrament, jaki(cid:286) człowiek szedł samotnie drog(cid:261) z Marchiennes do Montsou. Brukowany go(cid:286)ciniec na przestrzeni dziesi(cid:266)ciu kilometrów przecinał pola buraczane. W(cid:266)drowiec nie widział drogi przed sob(cid:261)ś ogrom przestrzeni wyczuwał jedynie w podmuchach marcowego wiatru, który szerok(cid:261), lodowat(cid:261) fal(cid:261) wiał znad mokradeł i nagich pól. (cid:297)aden cie(cid:276) drzewa nie plamił nieba. Prosty go(cid:286)ciniec ci(cid:261)gn(cid:261)ł si(cid:266) we mgle o(cid:286)lepiaj(cid:261)cych ciemno(cid:286)ci. Człowiek ów wyszedł z Marchiennes około drugiej w nocy. Szedł wyci(cid:261)gni(cid:266)tym krokiem dr(cid:298)(cid:261)c z zimna w cienkiej bawełnianej marynarce i welwetowych spodniach. Pod pach(cid:261) (cid:286)ciskał małe zawini(cid:261)tko zwi(cid:261)zane kraciast(cid:261) chustk(cid:261). Zawadzało mu bardzo. Przekładał je ustawicznie i przyciskał do siebie usiłuj(cid:261)c wsun(cid:261)ć do kieszeni obydwie do krwi posiekane wichrem dłonie. W pozbawionej jakichkolwiek my(cid:286)li głowie tego robotnika bez pracy i bez domu (cid:298)yła jedna jedyna nadzieja, (cid:298)e jak sło(cid:276)ce wzejdzie, zrobi si(cid:266) cieplej. Szedł tak przeszło godzin(cid:266), gdy nagle, po lewej stronie, dwa kilometry przed Montsou, ujrzał czerwone (cid:286)wiatła trzech stosów. w(cid:266)gla pal(cid:261)cych si(cid:266) na wolnej przestrzeni, jakby zawieszonych w powietrzu. Zrazu zawahał si(cid:266) wyl(cid:266)kniony, nie mógł jednak oprzeć si(cid:266) niepohamowanej ch(cid:266)ci ogrzania r(cid:261)k przez chwil(cid:266). Wszedł w gł(cid:266)boki w(cid:261)wóz. Wszystko znikło. Po prawej r(cid:266)ce miał parkan z grubych desek, chroni(cid:261)cy tor kolejowy. Po lewej wznosiło si(cid:266) porosłe traw(cid:261) wzgórze, spoza którego wyzierały płaskie, jednakowe dachy jakiego(cid:286) osiedla. Uszedł mo(cid:298)e ze dwadzie(cid:286)cia kroków. Nagle na zakr(cid:266)cie ukazały si(cid:266) znowu (cid:286)wiatła, a podró(cid:298)ny i tym razem nie mógł poj(cid:261)ć, jak mog(cid:261) palić si(cid:266) tak wysoko na martwym niebie, podobne do dymi(cid:261)cych ksi(cid:266)(cid:298)yców. Lecz u wyj(cid:286)cia z w(cid:261)wozu inny widok zaj(cid:261)ł jego uwag(cid:266). Ujrzał olbrzymi(cid:261), bezkształtn(cid:261) mas(cid:266) zabudowa(cid:276). Ponad nimi sterczał komin fabryczny. Przez brudne szyby okien połyskiwały rzadkie (cid:286)wiatła, pi(cid:266)ć czy sze(cid:286)ć smutnych latar(cid:276) chwiało si(cid:266) na poczerniałych belkowaniach potwornego rusztowania. Pogr(cid:261)(cid:298)ona 4 w ciemno(cid:286)ciach nocy i dymu masa wydawała z siebie jeden tylko głosŚ ci(cid:266)(cid:298)kie i głuche dyszenie niewidzialnej maszyny parowej. W(cid:266)drowiec rozpoznał wreszcie kopalni(cid:266). I znów przyszła mu my(cid:286)l, (cid:298)e nie warto... I tutaj te(cid:298) na pewno nie znajdzie pracy. Zamiast zawrócić w stron(cid:266) budynków, skierował si(cid:266) ku hałdzie, gdzie w (cid:298)elaznych koszach (cid:298)arzyły si(cid:266) w(cid:266)gle, słu(cid:298)(cid:261)ce równocze(cid:286)nie do o(cid:286)wietlania placu i do ogrzewania robotników. Robotnicy musieli widocznie pracować do pó(cid:296)nej nocy, bo dot(cid:261)d jeszcze szuflowano miał. Posłyszał turkot wózków na szynach i dostrzegł cienie ludzi zaj(cid:266)tych opró(cid:298)nianiem ich przy ogniskach. – Źobry wieczór – rzekł i zbli(cid:298)ył si(cid:266) do jednego z koszów. Odwrócony plecami do ognia stał poganiacz. Był to stary człowiek w fioletowym swetrze i króliczej czapce na głowie. Obok niego stał rosły gniadosz. Jak z kamienia wykuty, czekał na opró(cid:298)nienie sze(cid:286)ciu wózków, które wła(cid:286)nie przyci(cid:261)gn(cid:261)ł. Pomocnik, zaj(cid:266)ty wyładowywaniem wózków, nie (cid:286)pieszył si(cid:266). Był to wysoki rudy chłopak. Leniwie naciskał d(cid:296)wigni(cid:266). Tu, na wzgórzu, d(cid:261)ł wiatr jeszcze ostrzejszy. Lodowaty powiew ci(cid:261)ł jak kos(cid:261), w równomiernych odst(cid:266)pach. – Źobry wieczór – odparł stary. Zapanowało milczenie. Przybysz czuj(cid:261)c, (cid:298)e patrz(cid:261) na niego podejrzliwie, wymienił swoje nazwisko. – Nazywam si(cid:266) Stefan Lantier, jestem maszynist(cid:261). Czy nie mógłbym tu znale(cid:296)ć pracy? Płomie(cid:276) ogniska o(cid:286)wietlał go teraz jasno. Mógł mieć ze dwadzie(cid:286)cia jeden lat, ciemnowłosy, przystojny, o silnej, choć drobnej budowie. Uspokojony, poganiacz potrz(cid:261)sn(cid:261)ł głow(cid:261). – Pracy... tutaj... maszynista? Nie... Wczoraj dopiero zgłaszało si(cid:266) dwóch. Nie ma pracy – odparł. żwałtowny podmuch wiatru przerwał rozmow(cid:266). Po chwili Stefan zapytał wskazuj(cid:261)c na ponur(cid:261) grup(cid:266) zabudowa(cid:276) u stóp hałdyŚ – To kopalnia, prawda? Tym razem stary nie mógł mu odpowiedzieć. Źusił go silny atak kaszlu. Odplun(cid:261)ł wreszcie, a flegma padła czarn(cid:261) plam(cid:261) na zaró(cid:298)owion(cid:261) od ognia ziemi(cid:266). – Tak, kopalnia le Voreux... Osiedle robotnicze jest tu(cid:298) obok. Wyci(cid:261)gni(cid:266)t(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) wskazał w kierunku osiedla, którego dachy dostrzegł Stefan ju(cid:298) przedtem. 5 Tymczasem wózki zostały opró(cid:298)nione i stary udał si(cid:266) na sztywnych od reumatyzmu nogach za grubym gniadoszem, który bez bicza ruszył z miejsca i kroczył powoli mi(cid:266)dzy szynami, nie troszcz(cid:261)c si(cid:266) o wiatr je(cid:298)(cid:261)cy mu sier(cid:286)ć. Kopalnia le Voreux zarysowała si(cid:266) teraz wyra(cid:296)niej. Stefan grzał pokrwawione dłonie u ogniska i rozgl(cid:261)dał si(cid:266) dokoła. Rozró(cid:298)niał poszczególne cz(cid:266)(cid:286)ci kopalniś sortownie o (cid:286)cianach jakby posmarowanych mazi(cid:261), wie(cid:298)(cid:266) szybu, obszerny budynek, w którym znajdowała si(cid:266) maszyna wyci(cid:261)gowa, czworok(cid:261)tn(cid:261) wie(cid:298)yczk(cid:266) pompy. Ta ukryta w kotlinie kopalnia, ze swymi przysadzistymi budowlami z cegły i podobnym do gro(cid:296)nie wzniesionego rogu kominem z cegły wydała mu si(cid:266) (cid:298)arłocznym potworem czyhaj(cid:261)cym na (cid:298)ycie ludzkie. Przypatruj(cid:261)c si(cid:266) jej my(cid:286)lał o sobie, o swojej bezdomno(cid:286)ci i trwaj(cid:261)cych ju(cid:298) od tygodnia poszukiwaniach pracy. W my(cid:286)lach ujrzał si(cid:266) w warsztacie kolejowym w Lilie, sk(cid:261)d usuni(cid:266)to go za pobicie szefa. Wyrzucony stamt(cid:261)d wsz(cid:266)dzie zastawał drzwi zamkni(cid:266)te. W sobot(cid:266) przybył do Marchiennes, gdzie, jak mówiono, były wolne miejsca w hucie. Tymczasem nie znalazł nic ani tam, ani u Sonneville’a. Niedziel(cid:266) sp(cid:266)dził ukryty w(cid:286)ród belek wielkiego składu drzewa, sk(cid:261)d o drugiej w nocy wygnał go dozorca. Nie miał ani grosza, ani okruszyny chleba. Czym sko(cid:276)czy si(cid:266) ta tułaczka po nieznajomych drogach, na wietrze, przed którym nie wiadomo gdzie si(cid:266) schronić? Tak – to była kopalnia. Nieliczne latarnie o(cid:286)wietlały czworobok budynków fabrycznych. Nagle otworzyły si(cid:266) jakie(cid:286) drzwi i dojrzał paleniska kotłów. Zrozumiał teraz ten regularny, gł(cid:266)boki oddech niby sapanie dławi(cid:261)cego si(cid:266) potworaŚ to dyszała pompa. Pomocnik poganiacza, skulony przy ognisku, nie podniósł nawet oczu na przybysza. Stefan miał wła(cid:286)nie schylić si(cid:266) po swe zawini(cid:261)tko, kiedy gło(cid:286)ny kaszel oznajmił powrót wo(cid:296)nicy. Powoli wyłonił si(cid:266) on z ciemno(cid:286)ci wraz z gniadoszem, ci(cid:261)gn(cid:261)cym sze(cid:286)ć (cid:286)wie(cid:298)o naładowanych wózków. – Czy w Montsou s(cid:261) jakie(cid:286) fabryki? – spytał Stefan. Stary odplun(cid:261)ł ciemn(cid:261) (cid:286)lin(cid:266) i głosem rw(cid:261)cym si(cid:266) na wietrze odparłŚ – O, fabryk to tu nie brak. Trzeba tu było być przed trzema, czterema laty! Wsz(cid:266)dzie huczały maszyny. nie mo(cid:298)na było nastarczyć robotników. A ile zarabiali! Teraz znów trzeba zaciskać pasa. N(cid:266)dza wsz(cid:266)dzie, zwalniaj(cid:261) z pracy, fabryki staj(cid:261) jedna po drugiej. Mo(cid:298)e to i nie wina cesarza... Ale po co mu było mieszać si(cid:266) do walk w Ameryce? A tu jeszcze zwierz(cid:266)ta i ludzie mr(cid:261) na choler(cid:266). I obaj zacz(cid:266)li (cid:298)alić si(cid:266) w krótkich, urywanych zdaniach. Stefan opowiadał dzieje swej 6 tygodniowej, daremnej w(cid:266)drówki. Wi(cid:266)c ma zdechn(cid:261)ć z głodu? Źrogi roić si(cid:266) b(cid:266)d(cid:261) wkrótce od (cid:298)ebraków. – Tak – mówił stary – to si(cid:266) (cid:296)le sko(cid:276)czy. Kto to widział, (cid:298)eby tylu chrze(cid:286)cijan wyrzucać na ulic(cid:266). – Nie co dzie(cid:276) maj(cid:261) teraz ludzie mi(cid:266)so na obiad. – (cid:297)eby chocia(cid:298) chleb mieli co dzie(cid:276). – Tak, tak. Zeby chocia(cid:298) chleb. żłosy gubiły si(cid:266) w ponurym (cid:286)wi(cid:286)cie wichru. – To tam jest Montsou – zawołał poganiacz zwracaj(cid:261)c si(cid:266) na południe. Wyci(cid:261)gni(cid:266)t(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) wskazywał w ciemno(cid:286)ciach jakie(cid:286) niewidzialne punkty i kolejno wymieniał ich nazwy. Tam, w Montsou, idzie jeszcze cukrownia Żauvelle’a, natomiast cukrownia Hotona zwolniła cz(cid:266)(cid:286)ć robotników. Tylko młyn Źutilleula i fabryka powro(cid:298)nicza Bleuze’a, dostarczaj(cid:261)ca lin do kopalni, trzymaj(cid:261) si(cid:266) jeszcze jako tako. Nast(cid:266)pnie szerokim gestem obj(cid:261)ł cz(cid:266)(cid:286)ć widnokr(cid:266)gu od północyŚ zakłady budowlane Sonneville nie otrzymały ani połowy dawnych zamówie(cid:276)ś z trzech wielkich pieców hutniczych w Marchiennes tylko dwa s(cid:261) czynne, a hucie szkła w żagebois grozi strajk, gdy(cid:298) zapowiedziano obni(cid:298)k(cid:266) płac. – Wiem, wiem – powtarzał Stefan przy ka(cid:298)dej nazwie. – Byłem tam. – U nas – dodał poganiacz – do tej pory wszystko jest jeszcze bez zmian, chocia(cid:298) i tu kopalnie zmniejszaj(cid:261) ju(cid:298) wydobycie. Ot, na przykład tam naprzeciwko, w Victoire, pal(cid:261) si(cid:266) ju(cid:298) tylko dwie baterie koksowe. Splun(cid:261)ł i zaprz(cid:266)gn(cid:261)wszy sennego konika do pustych wózków, ruszył za nim. Stefan znał ju(cid:298) teraz cał(cid:261) okolic(cid:266). R(cid:266)ka starego poganiacza nadała wymow(cid:266) otaczaj(cid:261)cym ciemno(cid:286)ciom, napełniła je udr(cid:266)k(cid:261), któr(cid:261) młody człowiek wyczuwał wokół siebie. Czy(cid:298) to nie krzyk głodu niósł ze sob(cid:261) marcowy wicher dm(cid:261)c ponad nagimi polami? Podmuchy stawały si(cid:266) coraz gwałtowniejsze. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e zamrze od nich praca i zapanuje n(cid:266)dza, która zabije wielu ludzi. Stefan bł(cid:261)dził wzrokiem po równinie, jednocze(cid:286)nie l(cid:266)kaj(cid:261)c si(cid:266) i pragn(cid:261)c j(cid:261) zobaczyć. Wszystko ton(cid:266)ło w obcych mrokach nocy i tylko bardzo daleko dostrzegał sylwetki wielkich pieców i baterii koksowych. Te ostatnie tworzyły uko(cid:286)ny rz(cid:261)d czerwonych płomieni. Źwie wie(cid:298)e, nieco bardziej na lewo, płon(cid:266)ły niebiesko jak olbrzymie pochodnie. Był w tym smutek po(cid:298)aru, zdawało si(cid:266), (cid:298)e w krainie w(cid:266)gla i (cid:298)elaza nie ma na ponurym niebie innych gwiazd jak te nocne ognie. 7 – Wy mo(cid:298)e z Belgii? Poganiacz wrócił i podj(cid:261)ł przerwan(cid:261) rozmow(cid:266). Tym razem przywiózł tylko trzy wózki. W kopalni wydarzył si(cid:266) wypadekŚ p(cid:266)kła jaka(cid:286) (cid:286)ruba w windzie i robota stan(cid:266)ła na dobry kwadrans. U stóp hałdy zapanowała cisza. Ładowacze przestali toczyć wózki po szynach. Z gł(cid:266)bi podziemia dochodziły tylko dalekie uderzenia młota, bij(cid:261)cego w (cid:298)elazn(cid:261) blach(cid:266). – Nie, pochodz(cid:266) z południa – odparł Stefan. Opró(cid:298)niwszy wózki pomocnik poganiacza usiadł na ziemi, zadowolony z przerwy. W milczeniu podniósł na starego przygasłe spojrzenie, jakby zdziwiony jego gadatliwo(cid:286)ci(cid:261). Poganiacz nie nale(cid:298)ał do ludzi rozmownych. Mo(cid:298)e spodobała mu si(cid:266) twarz obcego przybysza, a mo(cid:298)e ogarn(cid:266)ła go ch(cid:266)ć zwierze(cid:276), która sprawia, (cid:298)e starzy ludzie mówi(cid:261) czasami na głos sami do siebie? – A ja jestem z Montsou – odparł. – Nazywam si(cid:266) Bonnemort. – Bonnemort? – zapytał Stefan zdziwiony. – To chyba przezwisko? Stary roze(cid:286)miał si(cid:266) z zadowoleniem i rzekł wskazuj(cid:261)c na kopalni(cid:266)Ś – Tak, tak... Trzy razy wyci(cid:261)gano mnie stamt(cid:261)d... Raz z opalonymi włosami, drugi raz, jak mnie przysypało, a trzeci raz, jak mnie woda zalała... Brzuch miałem wzd(cid:266)ty jak ropucha. Jak si(cid:266) przekonali, (cid:298)e nie chc(cid:266) umierać, przezwali mnie Bonnemort, dla (cid:298)artu. Poweselał jeszcze bardziej. (cid:285)miał si(cid:266) chrypliwie. Przypominało to zgrzyt (cid:296)le naoliwionych trybów i zako(cid:276)czyło si(cid:266) strasznym atakiem kaszlu. (cid:297)arz(cid:261)ce si(cid:266) w koszu w(cid:266)gle o(cid:286)wietlały jego wielk(cid:261) głow(cid:266) o rzadkich siwych włosach i płask(cid:261) twarz, bardzo blad(cid:261), pokryt(cid:261) sinawymi plamami. Był małego wzrostu, szyj(cid:266) miał grub(cid:261), nogi powykr(cid:266)cane, r(cid:266)ce si(cid:266)gaj(cid:261)ce a(cid:298) do kolan, dłonie kwadratowe. Podobnie jak jego ko(cid:276) stoj(cid:261)cy nieruchomo i nieczuły na wiatr, wygl(cid:261)dał jak wyciosany z kamienia. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e nie czuje zimna ani ostrych podmuchów wichru. żdy si(cid:266) wykaszlał, odchrz(cid:261)kn(cid:261)ł z gł(cid:266)bi piersi i splun(cid:261)ł. Na ziemi ukazała si(cid:266) znów czarna plama. Stefan przyjrzał mu si(cid:266), przyjrzał si(cid:266) czarnej plamie i zapytałŚ – Źawno ju(cid:298) pracujecie w kopalni? Bonnemort szeroko rozło(cid:298)ył r(cid:266)ce. – Och, dawno... Nie miałem jeszcze o(cid:286)miu lat, jak pierwszy raz zjechałem do le Voreux, a teraz mam pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t osiem. Porachujcie. Robiłem tam na dole wszystko. Naprzód byłem chłopcem do pomocy, potem jak ju(cid:298) byłem silniejszy, ładowaczem, a potem przez osiemna(cid:286)cie 8 lat r(cid:266)baczem. Pó(cid:296)niej przez te przekl(cid:266)te nogi przeznaczyli mnie do kopania ziemi, przesypywania miału, do rozmaitych poprawek, a(cid:298) wreszcie musieli mnie zatrudnić na wierzchu, bo doktor powiedział, (cid:298)e im, tam zdechn(cid:266). No i od pi(cid:266)ciu lat jestem poganiaczem. Ładny kawał czasu, co? – pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t lat w kopalni, z tego czterdzie(cid:286)ci pi(cid:266)ć pod ziemi(cid:261)! Wypadaj(cid:261)ce od czasu do czasu z kosza roz(cid:298)arzone w(cid:266)gle rzucały na jego twarz krwawe odblaski. – Ka(cid:298)(cid:261) mi przerwać prac(cid:266) – ci(cid:261)gn(cid:261)ł. – Ale ja nie chc(cid:266). Nie głupim! Poczekam jeszcze te dwa lata do sze(cid:286)ćdziesi(cid:261)tki, (cid:298)eby mieć sto osiemdziesi(cid:261)t franków emerytury. Jakbym si(cid:266) wyniósł dzisiaj, daliby mi sto pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t. Chytre bestie! Zreszt(cid:261) trzymam si(cid:266) jeszcze zupełnie dobrze, tylko te nogi... To wszystko przez wod(cid:266). Za du(cid:298)o człowiek namókł przy robocie i weszło mu pod skór(cid:266). S(cid:261) takie dni, (cid:298)e nie mog(cid:266) ruszyć nog(cid:261), (cid:298)eby nie krzyczeć. Przerwał mu nowy atak kaszlu. – Kaszlecie te(cid:298) od tej wody? – spytał Stefan. Stary zaprzeczył gwałtownie ruchem głowy. żdy odzyskał głos, obja(cid:286)niłŚ – Nie, nie od wody. Przezi(cid:266)biłem si(cid:266) w zeszłym miesi(cid:261)cu. Nigdy dot(cid:261)d nie kaszlałem, a teraz nie mog(cid:266) si(cid:266) jako(cid:286) tego pozbyć... Wiecznie tylko pluj(cid:266) i pluj(cid:266)... Odchrz(cid:261)kn(cid:261)ł i znowu splun(cid:261)ł czarno. – Czy to krew? – o(cid:286)mielił si(cid:266) wreszcie zapytać Stefan. Bonnemort powoli ocierał usta wierzchem dłoni. – Nie, to w(cid:266)giel... Tyle mam tego w (cid:286)rodku, (cid:298)e do ko(cid:276)ca (cid:298)ycia miałbym czym palić w piecu. A przecie(cid:298) od pi(cid:266)ciu lat nie byłem pod ziemi(cid:261). Człowiek nawet nie wiedział, (cid:298)e sobie taki zapas uzbiera! Ale to nic, to zdrowo! Zapanowało milczenie. Z kopalni dochodziły równomierne uderzenia młotaś z gł(cid:266)bin nocy wiatr przynosił skargi głodnych i zm(cid:266)czonych. Przy ogniu, który przygasł, stary ci(cid:261)gn(cid:261)ł dalej swoje wspomnienia. Tak, tak, i on, i jego rodzina nie od wczoraj znaj(cid:261) si(cid:266) z kilofem. Pracuj(cid:261) w kopalni od chwili powstania Towarzystwa W(cid:266)glowego w Montsou przed stu sze(cid:286)ciu laty. Jego dziad, Wilhelm Maheu, jako pi(cid:266)tnastoletni chłopak odkrył pokłady w(cid:266)gla w Requillart. Była to pierwsza kopalnia Towarzystwa, stara, dzi(cid:286) ju(cid:298) opuszczona, niedaleko cukrowni Żauvelle’a. Wszyscy o tym wiedz(cid:261), a pierwszy szyb nazwano szybem Wilhelma od imienia dziadka. Bonnemort go nie znał, opowiadaj(cid:261), (cid:298)e był silny i t(cid:266)gi. Umarł w sze(cid:286)ćdziesi(cid:261)tym roku (cid:298)ycia. Jego ojciec, Mikołaj 9 Maheu zwany Rudym, zgin(cid:261)ł w kopalni maj(cid:261)c czterdzie(cid:286)ci lat. Pogł(cid:266)biano wówczas le Voreux. Nast(cid:261)piło obsuni(cid:266)cie. Zawaliło si(cid:266) wszystko – ani (cid:286)ladu nie zostało po człowieku. Źwaj jego wujowie i trzej bracia równie(cid:298) stracili tu (cid:298)ycie. Jego, Wincentego Maheu, który wyszedł z kopalni prawi(cid:266) cało, postradawszy tylko sił(cid:266) w nogach, uwa(cid:298)ali wszyscy za szcz(cid:266)(cid:286)ciarza. Ale có(cid:298) robić – pracować trzeba! Szli do kopalni jedni po drugich – najpierw ojcowie, potem dzieci, m(cid:266)czy si(cid:266) tam teraz jego syn, Toussaint Maheu, jego wnuki i reszta rodziny. Mieszkaj(cid:261) wszyscy w osiedlu. Sto sze(cid:286)ć lat pracy u jednego chlebodawcy! Najpierw dziadkowie, teraz prawnuki. – Niejeden mieszczuch nie potrafiłby opowiedzieć tak dziejów swojej rodziny, co? – Tak, tak, byleby było co je(cid:286)ć – mrukn(cid:261)ł znowu Stefan. – Wła(cid:286)nie do tego mówi(cid:266) – odparł stary. – Póki jest chleb, mo(cid:298)na (cid:298)yć! Bonnemort zamilkł i zwrócił oczy w stron(cid:266) kolonii robotniczej. W oknach zacz(cid:266)ły zapalać si(cid:266) (cid:286)wiatła. Na wie(cid:298)y w Montsou zegar wybił czwart(cid:261). Było coraz zimniej. – Bogate jest to wasze Towarzystwo? – spytał Stefan. Stary podniósł ramiona w gór(cid:266), a pó(cid:296)niej opu(cid:286)cił je, jak gdyby uginał si(cid:266) pod ci(cid:266)(cid:298)arem złota. – Jeszcze jak! – odparł. – Mo(cid:298)e nie takie bogate jak s(cid:261)siednie Towarzystwo w Anzin, ale i tak ma tyle milionów, (cid:298)e ani by(cid:286) porachował... Źziewi(cid:266)tna(cid:286)cie kopal(cid:276), z czego trzyna(cid:286)cie czynnych, le Voreux, la Victoire, Crévecoeur, Mirou, Saint-Thomas, Madeleine, Żeutry-Cantel i inne jeszcze, a sze(cid:286)ć słu(cid:298)y za szyby odwadniaj(cid:261)ce albo wentylacyjne, jak Réquillart... Źziesi(cid:266)ć tysi(cid:266)cy robotników, koncesje na obszarach sze(cid:286)ćdziesi(cid:266)ciu gmin, dzienna produkcja pi(cid:266)ć tysi(cid:266)cy ton, kolej ł(cid:261)cz(cid:261)ca wszystkie kopalnie, warsztaty, fabryki!... Ho, ho, pieni(cid:266)dzy im nie brak! Zadudniły po szynach wózki. żruby gniadosz nastawił uszu. Wind(cid:266) widocznie ju(cid:298) naprawiono, ładowacze wzi(cid:266)li si(cid:266) na nowo do roboty. Zaprz(cid:266)gaj(cid:261)c konia poganiacz zwrócił si(cid:266) do(cid:276) łagodnieŚ – Nie przyzwyczajaj si(cid:266) do gadulstwa, leniu jeden! żdyby tak pan Hennebeau dowiedział si(cid:266), co robisz na postojach. Stefan spogl(cid:261)dał zamy(cid:286)lony w ciemno(cid:286)ć. – Wi(cid:266)c kopalnia jest własno(cid:286)ci(cid:261) pana Hennebeau? – zapytał. – Nie – wyja(cid:286)nił stary – pan Hennebeau jest naczelnym dyrektorem. Otrzymuje zapłat(cid:266) jak i my. Stefan wskazał ruchem r(cid:266)ki otaczaj(cid:261)cy ich bezmiar mrokuŚ – Wi(cid:266)c czyje(cid:298) to wszystko? 10 Ale Bonnemort dostał nagle tak silnego ataku kaszlu, (cid:298)e nie mógł pochwycić tchu. Kiedy odplun(cid:261)ł wreszcie i otarł czarn(cid:261) pian(cid:266) z warg, odparł w(cid:286)ród wzmagaj(cid:261)cych si(cid:266) podmuchów wiatruŚ – Czyje? A no, nie wiadomo... Pa(cid:276)skie! I dłoni(cid:261) wskazał jaki(cid:286) punkt w ciemno(cid:286)ci, jakie(cid:286) odległe, niewidzialne miejsce, zamieszkałe przez tych, dla których rodzina Maheuów od stu lat wydobywała w(cid:266)giel z gł(cid:266)bi ziemi. W jego głosie zabrzmiał zabobonny l(cid:266)k, jak gdyby mówił o jakim(cid:286) niedost(cid:266)pnym przybytku, kryj(cid:261)cym w swym wn(cid:266)trzu syte bóstwo, które pasło si(cid:266) ich krwi(cid:261), a którego nigdy nie ogl(cid:261)dali. – Tak, tak, byle mieć chleba do syta – powtórzył Stefan po raz trzeci, pozornie bez zwi(cid:261)zku. – Za pi(cid:266)knie by to było! Ko(cid:276) ruszył, a starzec powlókł si(cid:266) za nim poci(cid:261)gaj(cid:261)c nogami jak inwalida. Skurczony obok wywrotnicy pomocnik nie drgn(cid:261)ł nawet. Siedział z brod(cid:261) utkwion(cid:261) mi(cid:266)dzy kolanami, t(cid:266)po zapatrzony w przestrze(cid:276). Stefan podniósł z ziemi zawini(cid:261)tko, ale nie odchodził. Na plecach czuł lodowate podmuchy wiatru, a na piersiach (cid:298)ar bij(cid:261)cy od ognia. Mo(cid:298)e powinien jednak zwrócić si(cid:266) do zarz(cid:261)du kopalni o prac(cid:266)? Stary mógł si(cid:266) nie orientować tak dobrze. Zreszt(cid:261) zadowoli si(cid:266) byle czym, przyjmie jakiekolwiek zaj(cid:266)cie. Źok(cid:261)d pój(cid:286)ć i co pocz(cid:261)ć w tej wygłodzonej bezrobociem okolicy? Zdechn(cid:261)ć pod płotem jak bezdomny pies? A jednak wahał si(cid:266). Spowita g(cid:266)stym mrokiem kopalnia le Voreux wzbudzała w nim l(cid:266)k. Podmuchy wiatru były coraz bardziej porywiste, jakby wiał od coraz rozleglejszych przestrzeni. Jedynym (cid:286)wiatłem rozja(cid:286)niaj(cid:261)cym martwe niebo był czerwony blask, jakim broczyły w ciemno(cid:286)ciach wielkie piece. Przyczajona w swej jamie jak zły zwierz kopalnia dyszała ci(cid:266)(cid:298)ko, utrudzona trawieniem oddanych na jej pastw(cid:266) ciał ludzkich. II Poło(cid:298)ona w(cid:286)ród pól, na których uprawiano zbo(cid:298)e i buraki, osada robotnicza Źwie(cid:286)cie Czterdzie(cid:286)ci spała w(cid:286)ród ciemnej nocy. W mroku majaczyły kontury czterech ogromnych kompleksów składaj(cid:261)cych si(cid:266) z małych domków, kompleksów przypominaj(cid:261)cych koszary lub 11 szpital. Ustawione w równoległe szeregi, przedzielone były szerokimi ulicami. Przed ka(cid:298)dym domkiem znajdował si(cid:266) ogródek. Przepływaj(cid:261)cy nad równin(cid:261) wiatr targał porwanymi siatkami ogrodze(cid:276) i niósł ze sob(cid:261) ich skarg(cid:266). W drugim bloku, pod numerem szesnastym, w mieszkaniu rodziny Maheuów nikt si(cid:266) nie ruszał. Jedyn(cid:261) izb(cid:266) na pi(cid:266)trze zalegały gł(cid:266)bokie ciemno(cid:286)ci, przygniataj(cid:261)c swym ci(cid:266)(cid:298)arem pogr(cid:261)(cid:298)anych we (cid:286)nie, (cid:286)miertelnie utrudzonych ludzi. Mimo zimna panuj(cid:261)cego na dworze w pokoju było duszno i gor(cid:261)coŚ w powietrzu unosiły si(cid:266) wyziewy ludzkich ciał. W izbie na parterze kukułka zegara odezwała si(cid:266) cztery razy. Ale nikt si(cid:266) nie poruszył. Rozlegały si(cid:266) tylko (cid:286)wiszcz(cid:261)ce oddechy i dwa gło(cid:286)ne chrapania. Pierwsza poderwała si(cid:266) Katarzyna, z przyzwyczajenia policzyła przez sen cztery uderzenia zegara dolatuj(cid:261)ce z dołu, nie miała jednak siły rozbudzić si(cid:266) zupełnie. Wysun(cid:266)ła spod kołdry nogi, namacała zapałki i zapaliła (cid:286)wiec(cid:266). Ale nie wstała z łó(cid:298)ka. żłowa chwiała jej si(cid:266) i ci(cid:261)(cid:298)yła do tyłu, jakby chciała opa(cid:286)ć z powrotem na poduszk(cid:266). Blask (cid:286)wiecy rozja(cid:286)nił kwadratow(cid:261) izb(cid:266) o dwóch oknach. Stały w niej trzy łó(cid:298)ka, szafa, stół, dwa orzechowe krzesłaś poczerniałe od staro(cid:286)ci, ostro odcinały si(cid:266) od (cid:298)ółto malowanych (cid:286)cian. I to było całe umeblowanie. Na gwo(cid:296)dziu wisiało troch(cid:266) łachmanów, na podłodze stał dzbanek i czerwona miska słu(cid:298)(cid:261)ca za miednic(cid:266). W łó(cid:298)ku po lewej stronie spał najstarszy syn Zachariasz, chłopak dwudziestoletni, ze swym jedenastoletnim bratem, Jankiem. W łó(cid:298)ku po prawej stronie spało obejmuj(cid:261)c si(cid:266) ramionami dwoje malców, Lenora i Henryk. Źziewczynka miała sze(cid:286)ć lat, chłopiec cztery. Trzecie łó(cid:298)ko dzieliła Katarzyna z dziewi(cid:266)cioletni(cid:261) Alzir(cid:261)ś była ona tak drobna i szczupła na swój wiek, (cid:298)e siostra nie odczuwałaby wcale jej obecno(cid:286)ci, gdyby nie garb małej kaleki, który ura(cid:298)ał j(cid:261) w bok. Przez otwarte oszklone drzwi widać było w(cid:261)sk(cid:261) sionk(cid:266), rodzaj alkowy, w której stało czwarte łó(cid:298)ko, zajmowane przez rodziców, i kołyska z najmłodszym dzieckiem, trzymiesi(cid:266)czn(cid:261) źstelk(cid:261). Katarzyna zdobyła si(cid:266) na rozpaczliwy wysiłek. Przeci(cid:261)gn(cid:266)ła si(cid:266), zanurzyła dłonie w rudych włosach opadaj(cid:261)cych na czoło i kark. Jak na pi(cid:266)tna(cid:286)cie lat była jeszcze bardzo drobna. Spod w(cid:261)skiej koszuli widać było jedynie sine stopy, jakby wytatuowane w(cid:266)glem, i delikatne ramiona, których mleczna biało(cid:286)ć odbijała od ziemistego koloru twarzy, zniszczonej stałym myciem czarnym mydłem. Ziewn(cid:266)ła raz jeszcze, ukazuj(cid:261)c wspaniałe z(cid:266)by i blade anemiczne dzi(cid:261)sła. Walczyła ze snem. Jej szare oczy łzawiły z niewyspania, a ciało wydawało si(cid:266) nabrzmiałe znu(cid:298)eniem. 12 Z komórki rodziców dobiegł pomruk. Maheu post(cid:266)kiwał niewyra(cid:296)nieŚ – Psiakrew! Ju(cid:298) czas! Zapaliła(cid:286) (cid:286)wiatło, Katarzyno? – Tak ojcze. Na dole wybiła czwarta. – No to ruszaj(cid:298)e si(cid:266) pr(cid:266)dzej! Jakby(cid:286) wczoraj mniej ta(cid:276)cowała przy niedzieli, zbudziłaby(cid:286) nas dzisiaj wcze(cid:286)niej... A to pró(cid:298)niacze (cid:298)ycie! – Burczał co(cid:286) jeszcze pod nosem, ale sen zmorzył go na nowo i słowa przeszły w chrapanie. Źziewczyna wstała i boso, w koszuli zacz(cid:266)ła krz(cid:261)tać si(cid:266) po izbie. Przechodz(cid:261)c obok łó(cid:298)ka Henryka i Lenory, narzuciła na nich zsuni(cid:266)t(cid:261) kołdr(cid:266). Nie zbudzili si(cid:266) pogr(cid:261)(cid:298)eni w gł(cid:266)bokim, dziecinnym (cid:286)nie. Alzira nie spała ju(cid:298) i bez słowa odwróciła si(cid:266) na bok, zajmuj(cid:261)c wygrzane miejsce starszej siostry. – Zachariasz, Janek, czas wstawać! – wołała Katarzyna stoj(cid:261)c przy łó(cid:298)ku braci, którzy spali z twarzami w poduszce. Musiała potrz(cid:261)sn(cid:261)ć starszego za rami(cid:266). Kl(cid:261)ł pod nosem, jej za(cid:286) przyszło do głowy (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:261)ć z nich kołdr(cid:266), (cid:298)eby zmusić do wstania. Widz(cid:261)c, jak wymachuj(cid:261) gołymi nogami, zacz(cid:266)ła si(cid:266) (cid:286)miać. – Wyno(cid:286) si(cid:266), co za głupie (cid:298)arty! – krzykn(cid:261)ł ze zło(cid:286)ci(cid:261) Zachariasz siadaj(cid:261)c na łó(cid:298)ku. – Nie lubi(cid:266) tego! Psiakrew... (cid:298)e te(cid:298) znowu trzeba wstawać! Chudy, wyro(cid:286)ni(cid:266)ty, o długiej twarzy, na której ciemniały k(cid:266)pki rzadkiego zarostu, miał podobnie jak cała rodzina jasne włosy i blad(cid:261), anemiczn(cid:261) cer(cid:266). Obci(cid:261)gn(cid:261)ł koszul(cid:266), nie przez wstydliwo(cid:286)ć, ale dlatego, (cid:298)e było mu zimno. – Ju(cid:298) czwarta – powtarzała Katarzyna. – Źalej, wstawajcie! Ojciec b(cid:266)dzie si(cid:266) gniewał! Janek zwin(cid:261)ł si(cid:266) w kł(cid:266)bek, zamkn(cid:261)ł z powrotem oczy i rzekłŚ – Źaj mi (cid:286)wi(cid:266)ty spokój, ja (cid:286)pi(cid:266)! Za(cid:286)miała si(cid:266) dobrodusznie. Był tak mały, jego członki o zgrubiałych stawach tak drobne, (cid:298)e obj(cid:261)wszy go ramionami podniosła bez trudu. Wyrywał si(cid:266). Jego małpia, ziemista twarz, o odstaj(cid:261)cych uszach i małych, zielonych oczach, pobladła ze zło(cid:286)ci, (cid:298)e jest taki słaby. Nie powiedział ani słowa, tylko ugryzł j(cid:261) w praw(cid:261) pier(cid:286). – Szkaradniku jaki(cid:286)! – szepn(cid:266)ła tłumi(cid:261)c okrzyk bólu i postawiła go na ziemi. Milcz(cid:261)ca Alzira podci(cid:261)gn(cid:266)ła kołdr(cid:266) pod brod(cid:266). Nie zasn(cid:266)ła. M(cid:261)drymi oczami kaleki wodziła za ubieraj(cid:261)cym si(cid:266) rodze(cid:276)stwem. Nowa kłótnia wybuchła przy misce z wod(cid:261). Chłopcy odepchn(cid:266)li Katarzyn(cid:266), bo za długo si(cid:266) myła. Koszule fruwały w powietrzu, a oni, zaspani jeszcze, załatwiali si(cid:266) bez skr(cid:266)powania jak szczeni(cid:266)ta, które wychowały si(cid:266) razem. Katarzyna 13 pierwsza była gotowa. Wło(cid:298)yła górnicze spodnie i płócienny kaftan, włosy wsun(cid:266)ła pod niebiesk(cid:261) chustk(cid:266). W tym czystym, m(cid:266)skim stroju wygl(cid:261)dała jak chłopak. Tylko lekkie kołysanie si(cid:266) bioder zdradzało, (cid:298)e jest kobiet(cid:261), – Poczekaj, jak stary wróci, b(cid:266)dzie si(cid:266) zło(cid:286)cił, (cid:298)e łó(cid:298)ko nie posłane... Powiem mu, (cid:298)e to twoja wina – rzucił zło(cid:286)liwie Zachariasz. Starym nazywano dziadka Bannemort, który pracował w nocy, a kładł si(cid:266) ze (cid:286)witem, tak (cid:298)e łó(cid:298)ko nie ostygało nigdy, zawsze kto(cid:286) w nim le(cid:298)ał. Katarzyna nie odpowiedziała nic, tylko przykryła je kołdr(cid:261). Od kilku chwil z s(cid:261)siedniego mieszkania dobiegały odgłosy krz(cid:261)tania si(cid:266). Źomki robotnicze, zbudowane przez Towarzystwo jak najmniejszym kosztem, miały (cid:286)ciany tak cienkie, (cid:298)e słychać było ka(cid:298)dy szelest. Rodziny tr(cid:261)cały si(cid:266) niejako łokciami i (cid:298)aden szczegół osobistego (cid:298)ycia s(cid:261)siadów nie pozostawał w ukryciu, nawet dla dzieci. Na schodach rozległo si(cid:266) ci(cid:266)(cid:298)kie st(cid:261)panie, a wkrótce potem kto(cid:286) mi(cid:266)kko opadł na łó(cid:298)ko z westchnieniem ulgi. – Aha – powiedziała Katarzyna – Levaque poszedł do roboty, a Bouteloup przyszedł do Lewaczki. Janek roze(cid:286)miał si(cid:266) zło(cid:286)liwie, nawet oczy małej Alziry zabłysły. Ka(cid:298)dego ranka zabawiali si(cid:266) histori(cid:261) tego trójk(cid:261)ta mał(cid:298)e(cid:276)skiego w s(cid:261)siedztwie. R(cid:266)bacz Levaque przyj(cid:261)ł jako sublokatora kopacza i (cid:298)ona miała teraz dwóch m(cid:266)(cid:298)ówś jednego we dnie, drugiego w nocy. – Żilomena kaszle! – podj(cid:266)ła Katarzyna nasłuchuj(cid:261)c. Mówiła o najstarszej córce Levaque’ów, wysokiej, dziewi(cid:266)tnastoletniej dziewczynie, kochance Zachariasza, z którym miała ju(cid:298) dwoje dzieci. Była chora na płuca. Otrzymała zaj(cid:266)cie sortowaczki, gdy(cid:298) nie nadawała si(cid:266) do pracy pod ziemi(cid:261). – Ta to ma (cid:286)wi(cid:266)te (cid:298)ycie – mrukn(cid:261)ł Zachariasz. – Wysypia si(cid:266) do szóstej. Wci(cid:261)gn(cid:261)ł spodnie, podszedł do okna i otworzył je. Osiedle o(cid:298)ywało, w oknach zapalały si(cid:266) (cid:286)wiatła. I znowu w izbie doszło do sprzeczkiŚ Zachariasz wychylił si(cid:266), (cid:298)eby podpatrzeć, jak z domku Pierrona, mieszkaj(cid:261)cego naprzeciwko, wyjdzie Źansaert, starszy sztygar z le Voreux, którego pos(cid:261)dzano, (cid:298)e sypia z Pierronk(cid:261). Tymczasem Katarzyna wołała, (cid:298)e Pierron od wczoraj pracuje we dnie, wi(cid:266)c Źansaert nie mógł tam spać tej nocy. Lodowate powietrze wdzierało si(cid:266) do izby, a oni kłócili si(cid:266), ka(cid:298)de upierało si(cid:266) przy swoim. Nagle rozległ si(cid:266) krzyk. To źstelka, której zrobiło si(cid:266) zimno, zacz(cid:266)ła płakać. 14 Obudziło to Maheu. Co mu si(cid:266) stało, (cid:298)e tak dzi(cid:286) zaspał? Kl(cid:261)ł tak gło(cid:286)no, (cid:298)e w przyległej izbie dzieci nie (cid:286)miały ju(cid:298) pisn(cid:261)ć ani słowa. Janek i Zachariasz powoli ko(cid:276)czyli si(cid:266) myć. Alzira przygl(cid:261)dała im si(cid:266) w dalszym ci(cid:261)gu szeroko otwartymi oczyma. Tylko Lenora i Henryk spali dalej mimo zgiełku. – Katarzyna, podaj mi (cid:286)wiec(cid:266)! – zawołał Maheu. Zapi(cid:266)ła kaftan i zaniosła ojcu (cid:286)wiec(cid:266). Bracia musieli si(cid:266) ubierać przy sk(cid:261)pym (cid:286)wietle wpadaj(cid:261)cym przez drzwi. Ojciec wstawał. Katarzyna w grubych wełnianych po(cid:276)czochach zeszła po omacku do izby na dole i zapaliła drug(cid:261) (cid:286)wiec(cid:266), (cid:298)eby przyrz(cid:261)dzić kaw(cid:266). Saboty całej rodziny stały pod kredensem. – Przestaniesz ty si(cid:266) drzeć, bachorze jeden! – wrzasn(cid:261)ł Maheu rozw(cid:286)cieczony krzykami źstelki. Małego wzrostu, jak stary Bonnemort, podobny był do niego. Miał wielk(cid:261) głow(cid:266), płask(cid:261), ziemist(cid:261) twarz i jasne, krótko przystrzy(cid:298)one włosy. Źziecko przera(cid:298)one widokiem wzniesionych nad sob(cid:261) muskularnych ramion wrzeszczało jeszcze gło(cid:286)niej. – Źaj jej spokój! Wiesz przecie(cid:298), (cid:298)e to nic nie pomo(cid:298)e – odezwała si(cid:266) (cid:298)ona wyci(cid:261)gaj(cid:261)c si(cid:266) po(cid:286)rodku łó(cid:298)ka. Obudziła si(cid:266) przed chwil(cid:261) i narzekała teraz, (cid:298)e nigdy nie dadz(cid:261) jej si(cid:266) wyspać. Czy nie mog(cid:261) wynie(cid:286)ć si(cid:266) po cichu? Spod nasuni(cid:266)tej kołdry wygl(cid:261)dała tylko jej podłu(cid:298)na twarz o grubych rysach. Ta trzydziestodziewi(cid:266)cioletnia kobieta zniszczona ju(cid:298) była (cid:298)yciem w niedostatku i siedmiokrotnym macierzy(cid:276)stwem. Z oczyma utkwionymi w sufit mówiła powoli do ubieraj(cid:261)cego si(cid:266) m(cid:266)(cid:298)a. (cid:297)adne z nich nie zwracało uwagi na mał(cid:261), siniej(cid:261)c(cid:261) od krzyku. – Nie mam ani grosza, słyszysz, a dzi(cid:286) dopiero poniedziałek. Źo wypłaty jeszcze sze(cid:286)ć dni. Tak nie mo(cid:298)e być dłu(cid:298)ej. Wszyscy razem przynosicie dziewi(cid:266)ć franków. Jak(cid:298)e to ma wystarczyć? Jest nas w domu dziesi(cid:266)cioro. – Jak to dziewi(cid:266)ć franków? – zaprotestował Maheu. – Ja i Zachariasz przynosimy po trzy, to razem sze(cid:286)ć, Katarzyna i ojciec po dwa, to razem czteryś sze(cid:286)ć i cztery to dziesi(cid:266)ć, a jeszcze Janek franka, to jedena(cid:286)cie – Tak jedena(cid:286)cie, ale nie liczysz niedziel i dni bez pracy. Nigdy nie dostaj(cid:266) wi(cid:266)cej jak dziewi(cid:266)ć... rozumiesz? Nie odpowiedział, zaj(cid:266)ty szukaniem na podłodze swego skórzanego paska. Po chwili wyprostował si(cid:266) i rzekłŚ 15 – Nie narzekaj, stara, nie narzekaj, ja jeszcze i tak dobrze si(cid:266) trzymam. S(cid:261) tacy, co maj(cid:261) po czterdzie(cid:286)ci dwa lata jak ja, a przenosz(cid:261) ich do naprawek. – Mo(cid:298)liwe, ale i co z tego?... Co ja mam robić bez pieni(cid:266)dzy, powiedz? Nie masz nic? – Mam dwa sous. – Schowaj je sobie na piwo. Mój Bo(cid:298)e! Co ja poczn(cid:266)? Jeszcze sze(cid:286)ć dni! Maigrat wyrzucił mnie wczoraj za drzwi, winni(cid:286)my mu ju(cid:298) sze(cid:286)ćdziesi(cid:261)t franków. Spróbuj(cid:266) pój(cid:286)ć do niego jeszcze raz, ale jak mi odmówi?... Le(cid:298)(cid:261)c nieruchomo Maheudka mówiła dalej przygn(cid:266)bionym głosem, od czasu do czasu przymykaj(cid:261)c powieki, gdy raziło j(cid:261) (cid:286)wiatło. Opowiadała o pustym kredensie, o tym, (cid:298)e dzieci prosz(cid:261) o chleb z masłem, a tu nawet na kaw(cid:266) nie ma, o złej wodzie, od której dostaje si(cid:266) kłucia w boku, o długich dniach, kiedy trzeba oszukiwać głód jedz(cid:261)c gotowane li(cid:286)cie kapusty. Musiała podnie(cid:286)ć głos, gdy(cid:298) krzyk źstelki głuszył jej słowa. Krzyk ten stawał si(cid:266) nie do zniesienia. Maheu porwał dziecko z kołyski, rzucił je na łó(cid:298)ko obok matki i wyksztusił z w(cid:286)ciekło(cid:286)ci(cid:261)Ś – We(cid:296) j(cid:261), bo j(cid:261) udusz(cid:266)! To czort niezno(cid:286)ny! Nic jej nie brak, ma co je(cid:286)ć, a drze si(cid:266) gło(cid:286)niej od innych. źstelka zacz(cid:266)ła ssać. W cieple łó(cid:298)ka, pod kołdr(cid:261), uspokoiła si(cid:266) zaraz i słychać było ju(cid:298) tylko mlaskanie warg chciwych pokarmu. – Czy pa(cid:276)stwo z Piolaine nie mówili ci nic, (cid:298)eby(cid:286). do nich przyszła? – podj(cid:261)ł Maheu po chwiał milczenia. Kobieta skrzywiła si(cid:266) ze zniech(cid:266)ceniem. – Spotkałam ich. Rozdaj(cid:261) ubrania biednym dzieciom... Zaprowadz(cid:266) dzi(cid:286) do nich Lehor(cid:266) i Henryka. (cid:297)eby mi tak dali chocia(cid:298) z pi(cid:266)ć franków! Znowu zapanowało milczenie. Maheu był gotów. Chwil(cid:266) stał bez ruchu, wreszcie zako(cid:276)czył rozmow(cid:266)Ś – Có(cid:298) chcesz? Tak to ju(cid:298) jest. Pomy(cid:286)l lepiej, z czego zrobić zup(cid:266) na wieczór. żadanie nic nie pomo(cid:298)e, wol(cid:266) ju(cid:298) być przy robocie. – Pewnie – odparła (cid:298)ona. – Zga(cid:286) (cid:286)wiec(cid:266), nie potrzebuj(cid:266) przygl(cid:261)dać si(cid:266) moim my(cid:286)lom. Maheu dmuchn(cid:261)ł. Zachariasz i Janek schodzili ju(cid:298) na dółś poszedł za nimi. Schody trzeszczały pod ich ci(cid:266)(cid:298)kimi krokami. Alkowa i izba pogr(cid:261)(cid:298)yły si(cid:266) znów w ciemno(cid:286)ci. Malcy spali, nawet Alzira przymkn(cid:266)ła powieki. Tylko matka wpatrywała si(cid:266) w ciemno(cid:286)ci, podczas gdy źstelka ssała jej zwi(cid:266)dł(cid:261) pier(cid:286) mrucz(cid:261)c jak koci(cid:266). 16 Na dole Katarzyna gotowała (cid:286)niadanie. Pod płyt(cid:261) (cid:298)elaznej kuchenki o dwóch fajerkach tliły si(cid:266) bez przerwy w(cid:266)gle na (cid:298)elaznym ruszcie. Towarzystwo przydzielało co miesi(cid:261)c ka(cid:298)dej rodzinie osiemset kilo odpadków w(cid:266)glowych. Twarde w(cid:266)gle nie chciały si(cid:266) rozpalać, wi(cid:266)c dziewczyna nie gasiła ich wieczorem, zasuwała tylko fajerki, a rano rozniecała tl(cid:261)cy si(cid:266) jeszcze ogie(cid:276) dorzucaj(cid:261)c par(cid:266) kawałków drobnego w(cid:266)gla. Postawiwszy na fajerce sagan z wod(cid:261), przykucn(cid:266)ła przed kredensem. Izba, do(cid:286)ć obszerna, zajmowała bowiem cały parter, i bardzo czysta, miała (cid:286)ciany pomalowane na zielono, a podłog(cid:266) posypan(cid:261) białym piaskiem. Prócz kredensu z lakierowanej jedliny umeblowanie składało si(cid:266) ze stołu i kilku krzeseł z tego samego drzewa. Przylepione do (cid:286)cian jaskrawe obrazki, ofiarowane przez Towarzystwo podobizny cesarza i cesarzowej, złocone postacie (cid:298)ołnierzy i (cid:286)wi(cid:266)tych stanowiły jedyne kolorowe plamy na jasnym i gładkim tle izby, ozdobionej poza tym ró(cid:298)owym pudełkiem z kartonu, stoj(cid:261)cym na kredensie, i barwnie malowanym zegarem z kukułk(cid:261), którego tykanie wypełniało pust(cid:261) przestrze(cid:276). Obok drzwi wiod(cid:261)cych na gór(cid:266) było wej(cid:286)cie do piwnicy. Pomimo panuj(cid:261)cej w izbie czysto(cid:286)ci unosił si(cid:266) w niej zastarzały zapach gotowanej cebuli zatruwaj(cid:261)c powietrze i tak ju(cid:298) przesycone ostrymi wyziewami z kopalni. Katarzyna spogl(cid:261)dała z namysłem do wn(cid:266)trza kredensu. Znajdowała si(cid:266) w nim tylko resztka chleba, odrobina masła i spory kawałek białego sera. Miała z tego zrobić (cid:286)niadanie dla nich czworga. Wreszcie zdecydowała si(cid:266), ukroiła jedn(cid:261) kromk(cid:266) i poło(cid:298)yła na niej plasterek sera, potem ukroiła drug(cid:261), poci(cid:261)gn(cid:266)ła j(cid:261) lekko masłem i zlepiła je razem. Była to tak zwana cegiełka, podwójna kanapka, jak(cid:261) ka(cid:298)dy robotnik brał ze sob(cid:261) rano do kopalni. Niebawem wszystkie cztery cegiełki le(cid:298)ały na stole, przygotowane z surow(cid:261) sprawiedliwo(cid:286)ci(cid:261) – najwi(cid:266)ksza dla ojca, a najmniejsza dla Janka. Mimo (cid:298)e Katarzyna wydawała si(cid:266) pochłoni(cid:266)ta gospodarstwem, nie zapomniała widocznie historii o sztygarze i Pierronce, któr(cid:261) opowiedział jej Zachariasz, gdy(cid:298) uchyliła drzwi wej(cid:286)ciowe i wyjrzała na dwór. Wiatr d(cid:261)ł wci(cid:261)(cid:298) jeszcze. Coraz liczniejsze (cid:286)wiatła błyskały w oknach osiedla, sk(cid:261)d dolatywały odgłosy porannego krz(cid:261)tania. Jedne za drugimi otwierały si(cid:266) drzwi domów i czarne szeregi górników znikały w ciemno(cid:286)ciach nocy. I po co tak stoi na zimnie, kiedy zapychacz Pierron na pewno (cid:286)pi sobie spokojnie i dopiero o szóstej pójdzie do pracy! Mimo to jednak trwała na stanowisku i spogl(cid:261)dała na dom po drugiej stronie ogródków. Ciekawo(cid:286)ć jej wzrosła na widok otwieraj(cid:261)cych si(cid:266) drzwi. Ale to tylko mała Lidka, córka Pierronów, 17 wychodziła do pracy. Słysz(cid:261)c bulgotanie Katarzyna odwróciła si(cid:266). Szybko zamkn(cid:266)ła drzwi i podbiegła do kuchenkiŚ woda kipiała i zalewała ogie(cid:276). Nie było ju(cid:298) kawy, musiała wi(cid:266)c po raz drugi zalać wczorajsze fusy. Osłodziła płyn melas(cid:261). Ojciec i bracia schodzili wła(cid:286)nie z góry. – Psiako(cid:286)ć! – zakl(cid:261)ł Zachariasz pow(cid:261)chawszy kaw(cid:266) – a to dopiero lura! Maheu wzruszył ramionami z rezygnacj(cid:261). – Có(cid:298) chcesz, przynajmniej gor(cid:261)ca. I to co(cid:286) warte! Janek pozgamiał okruchy chleba i wrzucił je do kubka. Katarzyna zlała reszt(cid:266) kawy do blaszanych manierek. Przy migotliwym (cid:286)wietle kopc(cid:261)cej (cid:286)wiecy wszyscy czworo połykali szybko (cid:286)niadanie stoj(cid:261)c. – No, jazda – zawołał ojciec. – żrzebiemy si(cid:266) jak ja(cid:286)nie pa(cid:276)stwo. Przez niedomkni(cid:266)te drzwi dobiegł ich głos matkiŚ – We(cid:296)cie wszystek chleb ze sob(cid:261), dla małych mam jeszcze troch(cid:266) makaronu. – Źobrze, dobrze! – zawołała Katarzyna. Zasun(cid:266)ła fajerki i postawiła na nich reszt(cid:266) wczorajszej zupy dla dziadka, (cid:298)eby zjadł gor(cid:261)c(cid:261), gdy wróci do domu o szóstej. Ka(cid:298)de z nich wyci(cid:261)gn(cid:266)ło spod kredensu swoje saboty, zarzuciło sznurek od manierki na rami(cid:266) i schowało cegiełk(cid:266) na plecy, mi(cid:266)dzy koszul(cid:266) a kaftanś wszyscy razem wyszli z domu. M(cid:266)(cid:298)czy(cid:296)ni szli przodem, dziewczyna za nimiś ona gasiła (cid:286)wiec(cid:266) i przekr(cid:266)cała klucz w zamku. Źom pogr(cid:261)(cid:298)ył si(cid:266) z powrotem w ciemno(cid:286)ci. – I znów si(cid:266) spotykamy – powiedział m(cid:266)(cid:298)czyzna, który zamykał wła(cid:286)nie drzwi s(cid:261)siedniego mieszkania. Był to Levaque z synem Bébertem, chłopcem dwunastoletnim, wielkim przyjacielem Janka. Katarzyna, zdziwiona, stłumiła (cid:286)miech i szepn(cid:266)ła Zachariaszowi do uchaŚ – A to co? Bouteloup nie czekał ju(cid:298) nawet na odej(cid:286)cie m(cid:266)(cid:298)a. Jedne za drugimi gasły (cid:286)wiatła w osiedlu. Jeszcze jedno trza(cid:286)niecie drzwiami i pogr(cid:261)(cid:298)yło si(cid:266) ono z powrotem we (cid:286)nie. Kobiety i dzieci wyci(cid:261)gały si(cid:266) teraz swobodnie w przestronniejszych łó(cid:298)kach. Z pociemniałego miasteczka sun(cid:261)ł w podmuchach wiatru długi rz(cid:261)d cieni w stron(cid:266) le Voreux. żórnicy szli z r(cid:266)kami skrzy(cid:298)owanymi na piersiach. Z tyłu jak garb sterczała im wsadzona pod kaftan cegiełka. Ubrani w cienkie drelichy dr(cid:298)eli z zimna, lecz nie przy(cid:286)pieszali kroku, rozsypani bezładnie wzdłu(cid:298) drogi, tupocz(cid:261)c jak stado bydła. 18 III Stefan zdecydował si(cid:266) wreszcie wej(cid:286)ć na teren kopalni. Ludzie, których pytał o prac(cid:266), kr(cid:266)cili przecz(cid:261)co głowami, ale radzili, (cid:298)eby poczekał na przybycie starszego sztygara. Pozostawiono mu zupełn(cid:261) swobod(cid:266). Bł(cid:261)kał si(cid:266) mi(cid:266)dzy słabo o(cid:286)wietlonymi budynkami, pełnymi mrocznych zakamarków, w(cid:286)ród niepokoj(cid:261)cego jakie(cid:286) ciemne, wpółprzegniłe schody, min(cid:261)ł w(cid:261)ski chwiej(cid:261)cy si(cid:266) mostek, a nast(cid:266)pnie sortowni(cid:266), pogr(cid:261)(cid:298)on(cid:261) w takich ciemno(cid:286)ciach, (cid:298)e musiał wyci(cid:261)gn(cid:261)ć r(cid:266)ce, (cid:298)eby na co(cid:286) nie wpa(cid:286)ć. Nagle zabłysła przed nim para ogromnych, (cid:298)ółtych oczu. Znajdował si(cid:266) pod wie(cid:298)(cid:261) szybu, w hali kontrolnej, u samego wej(cid:286)cia do kopalni. i pi(cid:266)ter. Wszedł na labiryntu sal Sztygar Richomme, t(cid:266)gi m(cid:266)(cid:298)czyzna o twarzy dobrotliwego (cid:298)andarma, przeci(cid:266)tej siwym w(cid:261)sem, zmierzał wła(cid:286)nie do biura kontrolera. – Czy nie potrzeba tu robotnika do jakiejkolwiek pracy? – zapytał Stefan. Richomme chciał powiedziećŚ nie – ale powstrzymał si(cid:266) i odchodz(cid:261)c rzekł jak inniŚ – Zaczekajcie na pana Źansaerta, starszego sztygara. U zej(cid:286)cia do kopalni stały cztery latarnie. Ich reflektory jasno o(cid:286)wietlały (cid:298)elazne por(cid:266)cze, d(cid:296)wignie sygnałów i prowadnice, pomi(cid:266)dzy którymi (cid:286)lizgała si(cid:266) winda. Reszt(cid:266) olbrzymiej ciemnej sali, podobnej do nawy ko(cid:286)cioła, wypełniały ruchome cienie. Tylko lampiarnia połyskiwała w gł(cid:266)bi. W biurze kontrolera paliła si(cid:266) mała lampka podobna do gasn(cid:261)cej gwiazdy. Przed chwil(cid:261) rozpocz(cid:266)to prac(cid:266). (cid:297)elazne trawersy t(cid:266)tniły nieustannym grzmotem, kr(cid:266)ciły si(cid:266) koła wózków, za którymi biegali wozacy. Po(cid:286)ród tych hała(cid:286)liwych czarnych przedmiotów, b(cid:266)d(cid:261)cych w ci(cid:261)głym ruchu, migały pochylone plecy robotników. Stefan stał przez chwil(cid:266) nieruchomo, ogłuszony, o(cid:286)lepły. Wiej(cid:261)ce ze wszystkich stron pr(cid:261)dy zimnego powietrza przejmowały go lodowatym chłodem.. Zrobił kilka kroków, przyci(cid:261)gni(cid:266)ty widokiem maszyny, której metalowe człony połyskiwały przed jego oczyma. Znajdowała si(cid:266) ona nieco w tyle, o jakie(cid:286) dwadzie(cid:286)cia pi(cid:266)ć metrów od zjazdu, w osobnej sali poło(cid:298)onej troch(cid:266) wy(cid:298)ej. Tak mocno osadzona była na fundamencie z cegieł, (cid:298)e mimo i(cid:298) pracowała z sił(cid:261) czterystu koni parowych, wznoszenie si(cid:266) i opadanie jej olbrzymich tłoków nie przyprawiało go nawet o 19 najl(cid:298)ejsze drgnienie. Obsługuj(cid:261)cy maszyn(cid:266) robotnik stał z r(cid:266)k(cid:261) na korbie, wsłuchany w dzwonki sygnałów, ze wzrokiem utkwionym w tablic(cid:266) orientacyjn(cid:261), na której widniał przekrój kopalni poprzez wszystkie pi(cid:266)tra. Podłu(cid:298)ne rowki przedstawiały szyby, a przesuwaj(cid:261)ce si(cid:266) na sznurkach kawałki ołowiu – kr(cid:261)(cid:298)enie wind. Na dwa olbrzymie b(cid:266)bny, koła o promieniu pi(cid:266)ciu metrów, nawijały si(cid:266) i rozwijały w odwrotnych kierunkach dwa stalowe kable z tak(cid:261) szybko(cid:286)ci(cid:261), (cid:298)e wygl(cid:261)dały jak smugi szarego pyłu. – Uwaga! – krzykn(cid:266)ło na Stefana trzech robotników d(cid:296)wigaj(cid:261)cych olbrzymi(cid:261) drabin(cid:266). O mało go nie rozgnietli. Oczy jego oswajały si(cid:266) powoli z półmrokiem. Przygl(cid:261)dał si(cid:266) długim, trzydziestometrowym linom wznosz(cid:261)cym si(cid:266) w p(cid:266)dzie ku wie(cid:298)yczce, przepływaj(cid:261)cym przez walce i zanurzaj(cid:261)cym si(cid:266) prostopadle w szybie. U ich ko(cid:276)ca uczepione były klatki wyci(cid:261)gowe. Walce spoczywały na pot(cid:266)(cid:298)nym rusztowaniu (cid:298)elaznym, podobnym do wi(cid:261)zania dzwonnicy. Płynnie jak ptak, bez najmniejszego szumu, bez najmniejszego wstrz(cid:261)su mkn(cid:266)ła tam i z powrotem olbrzymia lina, która mogła unie(cid:286)ć do dwunastu tysi(cid:266)cy kilogramów z szybko(cid:286)ci(cid:261) dziesi(cid:266)ciu metrów na sekund(cid:266). – Uwaga, do wszystkich diabłów! – krzykn(cid:266)li znowu robotnicy przenosz(cid:261)c drabin(cid:266), by zbadać walce po lewej stronie. Wolnym krokiem Stefan zawrócił do biura. Przelot pot(cid:266)(cid:298)nych lin nad głow(cid:261) oszałamiał go. Źr(cid:298)(cid:261)c z zimna spogl(cid:261)dał na znikaj(cid:261)ce i wynurzaj(cid:261)ce si(cid:266) klatki, uszy rozdzierał mu turkot jad(cid:261)cych wózków. U wylotu szybu funkcjonował sygnał, ci(cid:266)(cid:298)ki młot na d(cid:296)wigni poruszanej lin(cid:261). Jedno uderzenie znaczyłoŚ stać! ŹwaŚ jazda w dół! TrzyŚ jazda do góry! Były to jakby nieustanne uderzenia maczug góruj(cid:261)ce nad rozgwarem. Wtórowały im dzwonki. Robotnik obsługuj(cid:261)cy młot wykrzykiwał przez tub(cid:266) rozkazy dla maszynisty. Po(cid:286)ród tego zgiełku klatki ukazywały si(cid:266) i znikały, opró(cid:298)niały i napełniały z tak(cid:261) szybko(cid:286)ci(cid:261), (cid:298)e Stefan nie mógł zdać sobie sprawy ze skomplikowanego mechanizmu ich działania. Jedno tylko było dla niego widoczneŚ szyb połykał po dwudziestu, trzydziestu ludzi na raz z tak(cid:261) łatwo(cid:286)ci(cid:261), jakby nie czuł tej porcji. Od czwartej rano robotnicy zacz(cid:266)li zje(cid:298)d(cid:298)ać pod ziemi(cid:266). Nadchodzili od strony baraku, boso, z latarkami w r(cid:266)ku, i w małych grupkach czekali, a(cid:298) zbierze si(cid:266) ich dostateczna ilo(cid:286)ć. Cicho jak zwierz nocny zjawiała si(cid:266) czteropi(cid:266)trowa klatka, zahaczała si(cid:266) (cid:298)elaznymi pazurami, z ka(cid:298)dego przedziału wyci(cid:261)gano po dwa wózki napełnione w(cid:266)glem, na 20 ich miejsce wtaczano pró(cid:298)ne lub naładowane klocami drzewa. Źo pró(cid:298)nych wózków wsiadali górnicy po pi(cid:266)ciu do ka(cid:298)dego, tak (cid:298)e je(cid:298)eli wszystkie były do dyspozycji, mogło si(cid:266) ich pomie(cid:286)cić czterdziestu. Z tuby dobywał si(cid:266) głuchy, niewyra(cid:296)ny pomruk komendy, a czterokrotne uderzenie młota zapowiadało zjazd „mi(cid:266)sa”. Źrgn(cid:261)wszy lekko klatka znikała cicho jak rzucony w gł(cid:261)b kamie(cid:276). Jedynym (cid:286)ladem, jaki po niej pozostawał, było dr(cid:298)enie sun(cid:261)cego w dół kabla. – Ile metrów w gł(cid:261)b? – spytał Stefan stoj(cid:261)cego obok górnika o zaspanym wygl(cid:261)dzie. – Pi(cid:266)ćset pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t cztery! – odparł tamten. – Ale s(cid:261) cztery podszybia, pierwsze na gł(cid:266)boko(cid:286)ci trzystu dwudziestu metrów. Zamilkli obaj spogl(cid:261)daj(cid:261)c na sun(cid:261)cy teraz w gór(cid:266) kabel. – A jakby si(cid:266) urwało? – podj(cid:261)ł Stefan. – Ano, jakby si(cid:266) urwało... – zdanie to uzupełnił wymowny gest górnika. Nadeszła jego kolej. Niestrudzona klatka ukazała si(cid:266) znowu. Wszedł do niej z towarzyszamiś znikn(cid:266)ła, by w niespełna cztery minuty wrócić po nowy ładunek. Przez pół godziny szyb po(cid:298)erał ludzi mniej lub bardziej (cid:298)arłocznie, zale(cid:298)nie od tego, jak gł(cid:266)boko zje(cid:298)d(cid:298)ali. Nie ustawał jednak ani na chwil(cid:266), wci(cid:261)(cid:298) głodny – olbrzymie trzewia zdolne strawić całe plemi(cid:266) ludzkie. Po(cid:286)ród martwych ciemno(cid:286)ci klatka wynurzała si(cid:266) w milczeniu z nienasyconej gł(cid:266)bi. Stefan doznał znów tego samego niemiłego uczucia, jakie ogarn(cid:266)ło go na hałdzie. Po co si(cid:266) upierać? Starszy sztygar odprawi go z niczym tak samo jak inni. Niewytłumaczony l(cid:266)k kazał mu ruszyć z miejsca. Zatrzymał si(cid:266) dopiero na dworze, koło hali maszyn. Przez otwarte drzwi ujrzał siedem kotłów i dwa ogromne piece. W obłokach białej, sycz(cid:261)cej pary palacz podsycał ogie(cid:276). Ju(cid:298) na progu czuć było (cid:298)ar bij(cid:261)cy od paleniska. Uszcz(cid:266)(cid:286)liwiony, (cid:298)e mo(cid:298)e si(cid:266) ogrzać, Stefan skierował si(cid:266) w tamt(cid:261) stron(cid:266). Po drodze napotkał jeszcze jedn(cid:261) grupk(cid:266) górników zmierzaj(cid:261)cych do kopalni. Była to rodzina Maheuów i dwaj Levaque’owie. Łagodny wyraz id(cid:261)cej na przedzie Katarzyny, któr(cid:261) wzi(cid:261)ł za chłopca, natchn(cid:261)ł go my(cid:286)l(cid:261), (cid:298)eby jeszcze raz zaryzykować to samo pytanie – mo(cid:298)e tym razem mu si(cid:266) poszcz(cid:266)(cid:286)ci? – Słuchajcie, kolego, nie potrzeba tutaj robotnika do jakiejkolwiek pracy? Źobywaj(cid:261)cy si(cid:266) z ciemno(cid:286)ci głos przestraszył nieco Katarzyn(cid:266). Spojrzała na Stefana zaskoczona. Ale id(cid:261)cy za ni(cid:261) Maheu dosłyszał pytanie i wdał si(cid:266) w krótk(cid:261) rozmow(cid:266). Nie, nie potrzebowano nikogo. Ten bezdomny robotnik wzbudził jego zainteresowanie. Po(cid:298)egnawszy si(cid:266) z nim, rzekł do swoichŚ 21 – I pomy(cid:286)leć, (cid:298)e człowieka te(cid:298) mógłby spotkać taki los... Nie trzeba narzekać... Niejeden chciałby si(cid:266) mordować tak jak my. żrupa skierowała si(cid:266) do ubieralni, obszernej sali z grubsza tylko otynkowanej, gdzie pod (cid:286)cianami stały szafy zamkni(cid:266)te na kłódki. Po(cid:286)rodku sterczał (cid:298)elazny piec bez drzwiczek, tak naładowany roz(cid:298)arzonym w(cid:266)glem, (cid:298)e kawałki jego z trzaskiem wypadały na ubit(cid:261) ziemi(cid:266). Blask bij(cid:261)cy od ogniska stanowił jedyne o(cid:286)wietlenie sali. Czerwone refleksy ta(cid:276)czyły po brudnych szafach i pokrytym w(cid:266)glowym pyłem suficie. Wchodz(cid:261)c do sali Maheuowie usłyszeli wybuchy (cid:286)miechu. Około trzydziestu górników z lubo(cid:286)ci(cid:261) wygrzewało si(cid:266) przy ogniu. Zanim zjechali pod ziemi(cid:266), przychodzili tutaj nasycić si(cid:266) ciepłem i zabrać go nieco ze sob(cid:261) do wilgotnej kopalni. Tego ranka panowała tu wesoło(cid:286)ć gło(cid:286)niejsza ni(cid:298) zwykle. Przedmiotem (cid:298)artów była Mouquette, osiemnastoletnia robotnica z sortowni, poczciwa dziewczyna, której olbrzymie piersi i po(cid:286)ladki rozpierały roboczy kombinezon. Mieszkała w Requillart z ojcem, starym stajennym Mouque’em, i bratem wozakiem w nadszybiu. Ka(cid:298)de z nich rozpoczynało prac(cid:266) o innej porze i dziewczyna udawała si(cid:266) do kopalni sama. Po drodze zabawiała si(cid:266) z kochankami, których zmieniała co tydzie(cid:276). Latem chronili si(cid:266) w zbo(cid:298)u, zim(cid:261) pod (cid:286)cianami zabudowa(cid:276). Mouquette przechodziła z r(cid:261)k do r(cid:261)k, zawsze jednak wybieraj(cid:261)c sobie górników. Kiedy pewnego dnia wytkni(cid:266)to jej jakiego(cid:286) gwo(cid:296)dziarza z Marchiennes, wybuchn(cid:266)ła gniewem i o(cid:286)wiadczyła, (cid:298)e za bardzo si(cid:266) szanuje, aby zadawać si(cid:266) z obcymi, i (cid:298)e da sobie r(cid:266)k(cid:266) odci(cid:261)ć, je(cid:298)eli kto(cid:286) jej udowodni, (cid:298)e widział j(cid:261) kiedykolwiek z kim innym jak z górnikiem. – Wi(cid:266)c to ju(cid:298) nie ten wielki Chaval? – za(cid:286)miał si(cid:266) który(cid:286) z robotników. – Wzi(cid:266)ła(cid:286) sobie teraz tego małego? Ale(cid:298) jemu by trzeba drabiny!... Widziałem was za Requillart i mog(cid:266) przysi(cid:261)c, (cid:298)e musiał wle(cid:296)ć na kamie(cid:276)... – No to i co z tego? – odparła wesoło Mouquette. – Co ci(cid:266) to obchodzi? Nikt ci(cid:266) nie prosił, (cid:298)eby(cid:286) go podsadzał! Ten prostoduszny (cid:298)art wzmógł jeszcze wesoło(cid:286)ć górników. Ich rozpra(cid:298)one ramiona trz(cid:266)sły si(cid:266) od (cid:286)miechu. Mouquette (cid:286)miała si(cid:266) równie(cid:298), nieprzyzwoita i wyzywaj(cid:261)ca w opi(cid:266)tym kombinezonie, podkre(cid:286)laj(cid:261)cym jeszcze nadmiern(cid:261) wypukło(cid:286)ć jej kształtów. Ale (cid:286)miech ustał, kiedy Mouquette powiedziała ojcu Maheu, (cid:298)e Żlorka, wielka Żlorka, nie przyjdzie wi(cid:266)cej do pracy. Znaleziono j(cid:261) wczoraj nie(cid:298)yw(cid:261) na łó(cid:298)ku. Jedni mówili, (cid:298)e jej si(cid:266) serce oberwało, a inni, (cid:298)e za pr(cid:266)dko wypiła litr jałowcówki. Maheu był zrozpaczony. Znowu
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Germinal
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: