Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00297 003459 12929604 na godz. na dobę w sumie
Głowa. Opowieść nocy zimowej - ebook/pdf
Głowa. Opowieść nocy zimowej - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 352
Wydawca: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3235-2386-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść historyczna
Porównaj ceny (książka, ebook (-17%), audiobook).
Powieść kryminalna autorstwa profesora Tadeusza Cegielskiego łączy postaci i wydarzenia historyczne z fikcyjnymi. Akcja rozgrywa się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w latach 20. XIX w. Autor kreśli sugestywny obraz Warszawy i jej mieszkańców w okresie przed powstaniem listopadowym, a że powieść powstała z okazji jubileuszu dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego, tłem wydarzeń jest w dużej mierze Uniwersytet, bohaterami zaś profesorowie i studenci. Jak na porządną powieść kryminalną przystało, mamy tu anonimowego trupa i podejrzenie morderstwa, tajne bractwa i przebiegłych agentów policji. Nie zabrakło również wątku romantycznego, a także tajemniczego Teatru Świata i jego twórców. Główna nić intrygi bierze swój początek w niezwykłym darze ofiarowanym w 2015 r. Muzeum Uniwersyteckiemu przez spadkobierców profesora medycyny Jana Milego i prowadzi czytelnika wprost ku mrocznym wydarzeniom XIX-wiecznej historii Polski i Europy.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Czaszka w czaszce Nadzieja dyrektora Osińskiego, iż wyśpi się spo- kojnie do rana, a trup równie spokojnie zaczeka na przybycie kogoś z wydziału śledczego, oka- zała się płonna. I nie dlatego, że Kazimierz zastać miał szefostwo policji w stanie czuwania. Na odwachu spotkał jedynie zaspanego wachmistrza, który nie był w stanie udzielić konkretnej informacji na temat swoich zwierzch- ników. Pojawienie się posłańca z listem wzbudziło za to zainteresowanie młodego osobnika w cywilu, w wysokim, wytartym cylindrze i równie znoszonym surducie. Siedział przy stole, w migotliwym świetle lampy i udawał, że czyta gazety. Podczas rozmowy dozorcy z wachmistrzem spod cylindra wychynął jego długi nos, a świdrujący wzrok spo- czął na liście trzymanym w dłoni Kazimierza. – Dajcie mi ten list. Oddam jutro samemu naczelniko- wi – oświadczył. – Dyrektor Osiński zlecił, aby dać do ręki albo naczel- nikowi, albo Sokorskiemu, adiutantowi. Nikomu innemu. – Kiedy ich nie ma, ja zastępuję obu! – powiedział twardo osobnik w cylindrze. – Zapewne jest tak, jak mówicie – odparł przytomnie Kazimierz. – Ale rozkaz to rozkaz. Oddać mogę tylko Lu- bowidzkiemu lub Sokorskiemu. º 70 º – Tutaj ja rozkazuję! – wrzasnął długonosy. – Wach- mistrzu! Zakuć tego bezczelnego typa i wrzucić do lochu. Wykonać! Natychmiast! – Tak jest, panie Birnbaum – odparł policjant, ale czu- ło się, że nie jest pewien, czy ma spełnić polecenie. Nawet on słyszał o dyrektorze Osińskim i wiedział, że to ważna osoba. Będzie awantura, jak wyjdzie na jaw, że bezpodstaw- nie zaaresztował pracownika teatru. Birnbaumowi ujdzie na sucho, to ważniak, zaufany naczelnika, a i w zażyłych stosunkach z generałem Rożnieckim. Sam widział kiedyś, jak szef żandarmerii słucha uważnie tego, co Birnbaum ma mu do powiedzenia. Wykręci się więc sianem, a wina spad- nie na niego, wachmistrza. Sytuację – a przede wszystkim własną skórę – uratował sam Kazimierz. Oświadczył, że odda list Birnbaumowi, jeśli tamten pokwituje jego odbiór. Agent Lubowidzkiego zareagował gniewem, ale szybko się zreflektował i przy- jął rozsądną w końcu propozycję. Skreślił dwa zdania na skrawku papieru, złożył podpis i oddał posłańcowi. Sprawa zwłok odkrytych na praktykablu na scenie teatru narodowego znalazła się w rękach dwudziestotrzy- letniego zaledwie agenta, Józefa Mateusza Birnbauma. Przeczytawszy notę Osińskiego, ocenił sprawę jako poważ- ną, zbyt poważną, aby przekazać ją wydziałowi śledczemu Lubowidzkiego. Trup, który pojawia się w noc wystawie- nia sztuki, o której antyrządowym wydźwięku mówiło się w całej Warszawie, podczas której doszło do burd i zamie- szek – taki trup musi mieć charakter polityczny. Birnbaum zawyrokował, że najwłaściwszym adresatem tej wiadomo- ści będzie Aleksander Rożniecki. Generał blisko związany º 71 º z senatorem Nowosilcowem i wielkim księciem, nada spra- wie bieg najkorzystniejszy dla interesów państwowych. Nie tracąc czasu, wybiegł przed ratusz, gdzie pomimo że na wieży biła już godzina druga, dorożki wciąż czekały na pasażerów. Z pobliskich szynków i restauracji wychodzili noworoczni biesiadnicy, ale widać też było takich, którzy dopiero co zaczynali zabawę. Warszawa była jednym z tych miast, które chodziło spać dopiero o świcie. Już około godziny trzeciej nad ranem, wskutek szyb- kiego działania agenta Birnbauma, przed gmachem teatru pojawili się żandarmi generała Rożnieckiego. Kazimierz spodziewał się podobnej wizyty, więc natychmiast otwo- rzył im bramę. Gorzej było z przywołaniem dyrektora Osiń skiego. Dozorca chciał mu oszczędzić wyrywania z pierwszego, najgłębszego snu, ale sam nie mógł go zastą- pić, gdyż nie wiedział nawet, gdzie szukać zwłok. Obudził obie służące Osińskich, które udały się do sypialni, aby obu- dzić z kolei panią dyrektorową. Rozalia nie spała jednak; relacja męża o znalezisku na praktykablu (które usprawie- dliwić miało czas spędzony z Wodzińską) poruszyła jej wy- obraźnię i tak już pobudzoną lekturą licznych romansów gotyckich. Teatr, w którym się urodziła i wychowała, nie kojarzył się jej jak dotąd z miejscem nawiedzonym i przeklę- tym. Widać, pogląd ten należało zrewidować. Teatr, jak się okazało, mógł być również miejscem i świadkiem zbrodni. Bo to, że martwa ręka, którą opisał jej Ludwik, należała do ofiiary okrutnej przemocy, nie ulegało najmniejszej wątpli- wości, choć mąż pocieszał się, że może to któryś ze staty- stów zmarł w końcowej fazie przedstawienia. Śmierć mogła zabrać go w chwili, gdy wszyscy – aktorzy i robiący tłum º 72 º statyści – opuszczali scenę. Rozalia, dzięki lekturze licznych powieści grozy, takich jak Mnich czy Italczyk, wiedziała jednak, że martwa ręka wychylająca się z praktykablu czy, powiedzmy, zza żywopłotu, nie może należeć do kogoś, kto zmarł po prostu na apopleksję. Był inny jeszcze powód bezsenności Rozalii. Znała swego męża zbyt dobrze, aby nie wyczuć subtelnych, trud- no uchwytnych, przecież rozpoznawalnych symptomów ostatniej zdrady. Nie żeby wydał go zapach perfum tamtej kobiety; Ludwik pozbył się wszystkich zdradzieckich woni, zanim wszedł do wspólnej sypialni. To było coś w geście, w rozmarzonym spojrzeniu, zbyt czułym dotknięciu, które nagle jej przeznaczył. Nie wiedziała jeszcze z kim, nie wie- działa gdzie i kiedy, ale była niemal pewna, że Ludwik uległ swej największej – obok teatru – słabości; uległ nie wiado- mo już po raz który. Trzynasty? Siedemnasty? Zresztą, jakie ma znaczenie, który? Miała wreszcie zasnąć, kiedy do pokoju wsunęła się pokojówka Anetka i pochyliła nad łóżkiem swej pani. Wyszeptała coś nieskładnie na temat nocnej wizyty żan- darmów, z czego wynikało przecież, że „pan dyrektor jest bardzo potrzebny”. – Co? Mój mąż Ludwik potrzebny? Oczywiście, na- tychmiast go budzę! Podbiegła do łóżka pod przeciwną ścianą sypialni, po- chyliła się nad niewielką postacią szczelnie owiniętą kołdrą i gwałtownie nią potrząsnęła. Kiedy nie dało to zamierzo- nego rezultatu, sięgnęła po wypróbowaną, choć drastyczną metodę: zdarła szlafmycę z głowy śpiącego. Ludwik zerwał się z pościeli. º 73 º o Widok, jaki po zapaleniu światła ukazał się oczom Osiń- skiego, a także trzem przybyłym żandarmom oraz agentowi w cywilu Birnbaumowi, zaskoczył i przestraszył wszyst- kich. Na praktykablu leżało ciało. Martwe ciało mężczyzny w eleganckim, czarnym fraku. Nie był to przecież zwyczaj- ny trup. Był to korpus pozbawiony głowy! Zaczęli rozglądać się za brakującą częścią ciała. Jednak ani na scenie, ani pod nią, ani gdziekolwiek indziej za ku- lisami czy w garderobach niczego nie znaleźli. Nie było głowy, nie było też narzędzia zbrodni. Ofiicer żandarmów, który przedstawił się jako kapitan Siwiński, powiedział, że podczas służby w armii podczas kampanii moskiewskiej, był świadkiem egzekucji przez ścięcie. Nie dysponowano gilotyną, więc egzekucję wykonano toporem. – Ciało strasznie krwawiło, a tu, pan zobaczy, dyrekto- rze, prawie nie widać krwi. A głowa została fachowo, jed- nym ciosem odjęta! Osiński walczył z atakującymi go mdłościami. – Sposobu „odjęcia” głowy wolę nie badać – wykrztu- sił. – A ustalenia pana kapitana przyjmuję do wiadomości. Nie koniec na tym. Dociekliwy ofiicer chciał teraz spraw- dzić, co ofiiara trzyma w zaciśniętej dłoni. Zesztywniałe na kamień palce nie chciały się jednak rozchylić. Siwiński po- prosił jednego z asystentów o nóż. Za jego pomocą, choć z najwyższym trudem, rozchylił kolejno, kalecząc je, pal- ce ofiiary. Dłoń ukazała wreszcie swą zawartość… Była nią moneta, srebrna moneta! Miejmy nadzieję, że to nie talar z 1533 roku, przemknęło przez głowę Osińskiemu. Nie º 74 º mogła nie przypomnieć mu się srebrna moneta znaleziona w czaszce odkrytej w loży numer pięć. Moneta wyjęta z dłoni bezgłowego nieboszczyka oka- zała się srebrną dwuzłotówką, bez żadnego rysunku, z datą 1813. Kapitan Siwiński przyjrzał się uważnie znalezisku. – Mamy tu monetę bitą przez dowództwo obrony Zamościa podczas oblężenia rosyjskiego – zawyrokował. – Obrona twierdzy trwała od lutego do listopada 1813 roku. Dokładnie do 25 listopada, kiedy to po dziesięciu miesią- cach walki załoga podpisała umowę o honorowej kapitu- lacji. Dowodził nami generał Maurycy Hauke, a ja byłem jeszcze w randze porucznika. Służyłem w 13. Pułku Pie- choty. Wspomnienie Zamościa poruszyło kapitana. – Przeżyliśmy – wyznał – prawdziwe piekło! Do lipca Rosjanie przypuszczali gwałtowne szturmy, ale nie pozo- stawaliśmy im dłużni. Potem jednak przeciwnik ściągnął znaczne posiłki, a my nie mieliśmy już sił na kontrataki. Podczas oblężenia zjedliśmy wszystkie zwierzęta, zaczęły szerzyć się choroby. Ludziom wypadały zęby i włosy, nie- którzy ślepli. Pojawiła się dezercja. My jednak czekaliśmy na odsiecz – lub na dobre wieści z Niemiec. Tam wielką armię zgromadził znów Napoleon, tam walczyło nasze wojsko pod Poniatowskim. Aż przyszedł feralny dzień 22 października, wieść o klęsce cesarza w bitwie pod Lip- skiem. 19 listopada dowództwo twierdzy podjęło decyzję o poddaniu się… – Kapitanie drogi! Bez wątpienia były to dramatyczne chwile – przerwał mu Osiński. – Ale jaki mają związek z tą oto monetą? º 75 º Dyrektorowi nie tyle nie podobała się opowieść o ob- lężeniu Zamościa, ile fakt, iż młody człowiek w cylindrze, długonosy i podejrzanej konduity, zaczął notować w kaje- cie w chwili, gdy rozmowa zeszła na ostatnią wojnę. Ani chybi szpieg, który złoży raport komu trzeba, zarówno na kapitana, jak i jego rozmówcę. Wspominanie zasług zdetro- nizowanego cesarza Francuzów i jego wiernych żołnierzy było w najwyższym stopniu nieroztropne. Kapitan niezrażony, jakby ignorując obecność szpicla, uśmiechnął się do własnych myśli. – Nasze dowództwo nie zapomniało o wypłaceniu wojsku zaległego żołdu – powiedział. – Nie dysponowa- ło już pieniędzmi, więc podjęło decyzję o wybiciu własnej monety. Kruszców do jej produkcji, miedzi i srebra, do- starczył skarbiec skonfiiskowany franciszkanom i złożony w kolegiacie. Samego srebra było ponad sto sześćdziesiąt funtów i drugie tyle miedzi, a zadanie wybicia monety otrzymał major Machnicki. Kapitan podsunął Osińskiemu dwuzłotówkę o pro- stym, niemal prymitywnym napisie. – Nie jest zbyt piękna, za to przyzwoitej próby srebra. Choć każda partia nieco innej. Monety znajdowały się w obiegu tylko jeden dzień. Żołnierze spłacili nimi wza- jemne długi i wynagrodzili okolicznych gospodarzy, którzy borgowali im niemal przez pół roku. – Dziś, ponad siedem lat po tych wydarzeniach, muszą stanowić cenną pamiątkę! – zauważył Osiński. Dręczyła go wciąż myśl o innym znalezisku: o starej monecie wydoby- tej z czaszki. Intuicja podpowiadała mu, że oba wydarzenia powinno coś łączyć… º 76 º – Sam zachowałem kilka takich monet – zgodził się ka- pitan Siwiński. – Głównie jednak miedzianych szóstaków. Te srebrne natychmiast wydałem. Po tym zwierzeniu kapitan powrócił do przerwanych czynności, a szpicel w cylindrze schował notes do kiesze- ni wytartego surduta. Śledczy przetrząsnął odzienie dena- ta w poszukiwaniu przedmiotów mogących ułatwić jego identyfiikację. Znalazł niewiele: spinkę do krawata w bocz- nej kieszeni fraka, chusteczkę, raczej męską niż kobiecą, z wygrawerowanymi inicjałami N.B., które natychmiast skojarzyły się wszystkim z zesłanym na Wyspę Świętej He- leny ekscesarzem. Kapitan przystąpił do spisywania protokołu, który dy- rektor jako świadek powinien był podpisać. Widząc jednak zmęczenie Osińskiego, kurtuazyjnie zaproponował, aby dalsze zeznania oraz złożenie podpisu przesunąć na następ- ny dzień, to jest wtorek 2 stycznia po południu. Osiński wylewnie podziękował kapitanowi. Na odchodnym, aby pokazać, że pomimo śmiertelnego wyczerpania jest w pełni świadom tego, co się wydarzyło, zauważył: – Jak na razie jedyną wskazówką co do tożsamości nie- boszczyka jest ta srebrna moneta, którą pan, kapitanie, wy- jął z jego dłoni. – Myślę podobnie, dyrektorze! Twierdza zamojska to jeden z tropów, które mogą doprowadzić nas do zabójcy. Mam też nadzieję, że bliscy mężczyzny, kiedy postrzegą jego nieobecność, zaczną go szukać, rozpytywać wokół, a wtedy my wkroczymy do akcji. Osiński nie podzielał optymizmu kapitana. Skoro sprawcy ukryli głowę swej ofiiary, a do teatru podrzucili º 77 º sam korpus, to najwyraźniej po to, aby policja nie mogła zidentyfiikować ciała. Wiedzieli, że z jakichś powodów nikt nie będzie szukał denata. Inaczej cały trud włożony w ich działania nie miałby sensu. Chyba że – i tu dyrektor jako człowiek teatru i zarazem profesor literatury uruchomił swą wiedzę o ludzkich skłonnościach – chcieli przez fakt zabójstwa coś powiedzieć, coś pokazać. Jeśli bezgłowe ciało było swoistym znakiem, rodzajem komunikatu, to na pew- no nie był on adresowany do niego, Ludwika Osińskiego, dyrektora teatru i profesora uniwersytetu. Lecz w takim ra- zie do kogo? Zresztą, mniejsza z tym – spać, spać, na litość Boską, chociaż chwila spokojnego snu! o Na szczęście dla Osińskiego miejska ekipa dochodzeniowa, zawiadomiona listem o niepokojącym odkryciu, przybyła dopiero w południe. Bezgłowe ciało odtransportowano do uniwersyteckiego prosektorium przy ulicy Jezuickiej, gdzie mieścił się wydział lekarski. Aktorzy, którzy ze brali się punktualnie o jedenastej, mogli wreszcie – z niemal godzinnym opóźnieniem – przystąpić do pracy. Choć tra- gedię Żółkiewski pod Cecorą reżyserował od początku sam Osiński, to widząc liczne słabości własnej pracy, zaraz po premierze ich usunięcie powierzył doświadczonemu akto- rowi i reżyserowi w jednej osobie – Bonaweturze Kudliczo- wi. Ten zaś zabrał się energicznie do pracy. Zespół ubrany w ciężkie i niewygodne kostiumy zajął miejsca na deskach. Próbę zaczęto od sceny drugiej pierw- szego aktu. Ledwo Ledóchowska zdążyła wypowiedzieć kilka słów swej kwestii, z hukiem otwarły się drzwi par- º 78 º
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Głowa. Opowieść nocy zimowej
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: