Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00556 011234 10700607 na godz. na dobę w sumie
Góra Bogów Śmierci - ebook/pdf
Góra Bogów Śmierci - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 260
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3272-4504-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Jeśli widać światło, musi istnieć cień

Do prowincjonalnego miasteczka przyjeżdża człowiek piszący pracę o sudeckich legendach. Zaprzyjaźnia się z córką właścicieli hotelu, w którym nocuje. Dziewczyna opowiada historię o chłopcach wywołujących duchy w górach, którzy zginęli w tajemniczych okolicznościach. Sceptyczny bohater zagłębia się w stare górskie historie, mało dostępne miejsca owiane legendami i sekrety lokalnej społeczności. Odkrywa, że na tajemniczej górze śmierć spotkała także innych. Tymczasem w pobliskiej wsi kamienny krzyż zaczyna płakać krwawymi łzami…

„Góra Bogów Śmierci” to oparta na historycznych wydarzeniach mroczna powieść grozy, nawiązująca do starej legendy. To powieść skrywająca wiele tajemnic, obfitująca w zjawiska paranormalne, a jej lektura sprawi, że czując dreszcze na plecach
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

GÓRA BOGÓW ŚMIERCI 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2015 Okładka: Aleksander Sowa Sabina Sagan Zdjęcia: Aleksander Sowa Konsultacja niemieckojęzyczna: Sabina Sagan Redakcja: eKorekta24.pl Korekta: Bożena i Janusz Sigismund ISBN: 978-83-272-4504-5 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, marzec 2015 r. 3 1. Nagle coś się wyłania ze śnieżycy. Samochód ha- muje, lecz nic to nie daje: słychać głuche uderzenie. „Boże – myśli kierowca, wyskakując z wozu – zabiłem kogoś!”. – Jak się pani czuje? Jest pani ranna? – przekrzyku- je zadymkę. – Wezwać pomoc? Pogotowie? – krzyczy do wstającej staruszki. – A cholera by cię wzięła, wariacie jeden! – Może zadzwonić po karetkę? – Diabli z karetką! Nie trza jeździć jak wariat! Mó- wię, że nic mi nie jest! – A pani co, do cholery? – wrzeszczy kierowca. – Żeby w taką śnieżycę środkiem drogi łazić! Życie pani niemiłe? Powietrze jest lodowate, a na linii energetycznej gwiżdże wiatr. Kobieta rzuca Jakubowi wściekłe spoj- rzenie. Jest chuda, niziutka, twarz opatuliła chustką, zawiązaną pod brodą. On wsiada do samochodu, trza- skając drzwiami. Wyjmuje spod koszuli srebrny krzy- żyk na łańcuszku. – Dzięki ci, Panie – szepcze, całując go. – Dzięki. Staruszka nie rusza się z miejsca. Patrzy błyszczą- cymi z zaciekawienia oczami. Uśmiecha się, odsłania- jąc bezzębne dziąsła. Jakub opuszcza szybę. Do wnę- trza wdziera się chłód. – Podrzucić panią? – A gdzież pan tak pędzi? – Do hotelu Korona! Wie pani, gdzie to? 4 – A co bym nie wiedziała? Tutejsza jestem. Drogę pan zmylił. Trza było zjechać, tutaj droga już na Złoty Stok. Kobieta gramoli się do samochodu. W jej wzroku jest coś niezwykłego. Zmarszczki wokół jej ust roz- chodzą się promieniście. Twarz zniszczona, lecz oczy błyszczą jak ognie. Śnieżyca chyba się wzmaga, wiatr zawodzi głośniej. – Chodnika pani nie ma!? – Tu musi pan skręcić. – Może do lekarza zawiozę? Obejrzy panią. – Nie trza. Jeszcze trochę i mnie też przyjdzie się żegnać z życiem. – Tego pani wiedzieć nie może. – Mogę. Wiem więcej niż ci się zdaje, synku. Jakub słyszy przez śnieżycę wycie syreny. Rozgląda się i jest prawie pewien, że na drodze, z której zjechał zgodnie z sugestią starej, przed chwilą widział niebie- skie światła. – To nie znaczy, że trzeba śmierci w szpony leźć – mówi. – Widziałam ją, jak każdą inną normalną rzecz. Nie boję się. Jakub spogląda na starą, ale jej oczy są bez wyrazu, puste, jak gdyby nie należały do żywego człowieka. Kundel na jej kolanach szczerzy kły. Mężczyzna wytę- ża wzrok, lecz otacza ich tylko ciemność. Widzi jedy- nie śnieg, wirujący w szaleńczym pędzie. „W taką po- godę wszystko się może przytrafić” – myśli. 5 – Daleko jeszcze? – Ano, dobrze pan jedzie. Tutaj mnie pan wysadzi. Prawie jesteśmy – kobieta wskazuje budynek. – Tam na rogu, widzi? Jakub odwraca wzrok. Staruszka wysiada. W śnie- życy majaczy zarys poniemieckiego budynku. Nad wej- ściem miga nadpalony czerwony neon. Nieznajoma nachyla się do okna. Pies warczy głośno. – Wiesz, że jeszcze możesz zawrócić? – Na pewno nic pani nie jest? – Więc jedzie pan…? – stara kiwa głową z dziw- nym wyrazem twarzy. – To niech pan jedzie. Tamten też jechał. No, ale pan może wróci – dodaje, machając ręką, i niemal natychmiast znika. „Jakaś wariatka” – myśli Jakub, parkując przed ho- telem. Gdy wysiada, czuje, jak wiatr słabnie. Ogarnia go chłód. Postawiwszy kołnierz, mężczyzna spogląda na lewy nadgarstek. 2. Kiedy zegar odmierza ostatni z siedmiu dzwonków, dziewczyna przed lustrem z niezadowoleniem zauważa kropkę powyżej lewej, starannie wyregulowanej brwi. Otwierają się drzwi. Wraz z przybyszem wdziera się zawodzenie wiatru. Iza wita gościa. – Strasznie wieje. A wie pani, że dopiero tutaj się to zaczyna? – zagaduje on, odstawiając bagaż pod ścianę. – Za Nysą jeszcze piękna pogoda. Jak na kwiecień, rzecz jasna. 6 – Normalne. Tutaj zawsze tak jest, proszę pana. Pogoda jej nie obchodzi. „Cholera – myśli – musiał przyjechać akurat teraz”. Będzie musiała z nim gadać, aż Paula wróci z wymienionym tamponem. – To wszystko przez góry, no nie? Jakub nie mógł wybrać daty wizyty, lecz miał na- dzieję na łaskawszą pogodę. Kto by się spodziewał śnieżycy, jeśli od dwóch tygodni dogrzewało słońce, śpiewały ptaki i zewsząd czuć było wiosnę? – Hm – chrząka, rozglądając się. – Miałem rezer- wację na dzisiaj. – Domyśliłam się, kim pan jest. Szczupły, wysoki, nawet przystojny. Okulary w srebrnych oprawkach odrobinę go postarzają, lecz są świetnie dobrane. Wygląda na trzydziestolatka. Na pal- cu nie ma obrączki. – Tak? Słyszą skrzypnięcie zawiasów. Spoglądają w stronę otwierających się drzwi, lecz żarówka nagle gaśnie. – Czekamy na pana – dobiega ich w ciemności. W drzwiach pojawia się twarz drugiej dziewczyny. Jakub zwraca uwagę na burzę ciemnych kręconych włosów, oświetlonych nieco upiornym światłem świe- cy trzymanej w dłoni. – O, dobrze, że jesteś – wtrąca Iza, odchodząc od lustra. – Ja jestem tutaj – rzuca, zakładając szalik – w zastępstwie za koleżankę. – Właśnie – dodaje brunetka. – Musiałam wyjść. 7 Wiatr za oknami jeszcze przybiera na sile. Słyszą, jak przeraźliwie wyje i gwiżdże. Gdzieś ciągle skrzypi jakieś żelastwo. Zapalające się nagle światło oślepia zebranych, bo oczy już przyzwyczaiły się do ciemno- ści. Chwilę później żarówka przygasa, a kiedy podno- szą wzrok ku lampie, ta znowu zaczyna świecić. 3. Kilkadziesiąt lat wcześniej, pewnej sierpniowej no- cy, pięćset kilometrów dalej ostatnie krople deszczu dosięgają ziemi. Niebo jaśnieje, a powietrze staje się świeże i lekkie – jakby przepraszało za to, co zrobiło, i zastanawiało się, czy to już koniec opadów, czy tylko zawieszenie broni. Tymczasem maszyna przechyla się na lewe skrzydło. Pilot wyrównuje krótkim ruchem. Skupia się na utrzymaniu prędkości i kursu. Sterownica drży pod palcami, kabinę spowija oświetlenie bojowe. – Jest kurs zrzutu! – słyszy lotnik przez radio. – Cel za minutę! B-24 Sił Powietrznych Armii USA o numerze 191 leci zaznaczyć cel. Każdy z czterech silników pracuje równo, niczym dobrze naoliwiona maszyna do szycia. Widoczność jest doskonała, pilota dziwi, że Niemcy zaczynają stawiać zasłonę dymną dopiero teraz, kiedy amerykańskie samoloty są już nad celem. Obrona arty- leryjska milczy. Brak nocnych myśliwców. Ani jeden reflektor nie maca nieba. „To dobrze” – myśli lotnik. Na srebrnym kadłubie odbija się księżyc. 8 – Pół minuty! – mówi dowódca. – Otworzyć drzwi bombowe. – Luki otwarte – trzeszczy interkom. „Sześćset maszyn” – myśli pilot. Ludzie w dole, przyzwyczajeni do bombowców latających tym szla- kiem na Berlin, nie zwracają uwagi na wyjące syreny. Za chwilę będzie tu piekło. – Dziesięć sekund! – brzmi głos dowódcy. – Dzie- więć, osiem, siedem… – liczy, nie odrywając oczu od przesuwającej się pod nimi ziemi. Pilot zaciska palce na sterownicy. Strzelcy zagryzają usta. – Teraz! Wszystkie poszły! Ale nie bomby: zrzucili markery, które teraz roz- błyskują w dole kolorowymi światłami. To znak dla pozostałych. – Wszystkie weszły – słyszy pilot po chwili. – Kie- ruj się na kurs powrotny. Liberator kładzie się na skrzydło, błyskawicznie re- aguje na stery, niczym myśliwiec. Przed nimi drugi etap. – Jezu! – odzywa się tylny strzelec. – Co jest? – Panie poruczniku! – odpowiada. – Wyspa zaraz zapadnie się w morze! – Co się dzieje? – Aż faluje pod eksplozjami. Zaraz rozsypie się na kawałki i zniknie z powierzchni. – To dobrze. Mniej naszych zginie. 9 Sądzą, że bombardowali „zakłady przemysłowe wytwarzające aparaturę dla obrony przeciwlotniczej”, lecz się mylą. To najnowocześniejszy tajny instytut ba- dawczy. Na decyzję o jego budowie wpłynęła lokaliza- cja: bliskość morza pozwala na dyskretne próby. Są tam lotnisko, bocznica kolejowa, fabryka nadtlenku wodoru, służącego jako utleniacz paliwa rakietowego, i elektrownia węglowa niezależna od krajowego sytemu energetycznego. Hitler, początkowo niezainteresowany badaniami prowadzonymi w tym miejscu, zmienia zdanie po klę- sce Rommla w Afryce i Paulusa na Wschodzie. Gdy szala zwycięstwa zaczyna się przechylać na stronę aliantów, te eksperymenty stają się priorytetem. Wódz III Rzeszy zaczyna pokładać w nowej broni nadzieję, której będzie się trzymał do końca kwietnia czterdzie- stego piątego roku. Wierzy, że cudowna broń zdoła przechylić szalę na stronę Wehrmachtu. Tej nocy na Peenemünde spadnie dwa tysiące bomb. Rankiem, kiedy dopalą się zgliszcza, wszędzie będą leżały trupy i fragmenty ciał. Wielu odniesie cięż- kie rany. Zginie ponad siedmiuset ludzi. Najważniejsi, w tym pierwszy człowiek projektu – doktor Wernher von Braun, przeżyją. 4. Po śniegu, deszczu i wietrze pozostaje wspomnie- nie. Znika natychmiast, kiedy Jakub, podchodząc do okna, dostrzega na horyzoncie pas górski. Staje nagi 10 przed lustrem. Sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, siedemdziesiąt osiem kilogramów, szczupła budowa ciała. Bez tłuszczu, dzięki wegetariańskiej die- cie. Oczy zielone, włosy jasne, odrobinę niesforne. Szeroka blizna na prawej piersi, jeszcze z dzieciństwa. Mężczyzna się goli, po czym zakłada na szyję krzy- żyk na srebrnym łańcuszku. „Już późno” – przemyka mu przez głowę, gdy stawia kroki na schodach. – Widzę, że nie jest pan rannym ptaszkiem? – Ostatni raz spałem tak chyba w kołysce – odpo- wiada Paulinie. – Jakub jestem. Dziewczyna unosi brwi. Po chwili uśmiecha się i przytakuje ruchem głowy. – Tramwajów nie ma, samochody nie trąbią… A właśnie: zostawiłem swój na ulicy. Macie tu parking? Najlepiej strzeżony. – Pana opel jest bezpieczny – odzywa się niezna- jomy. Siedzi na kanapie, w mundurze gliny. Przez chwilę milczą, Jakub czuje, jak ogarnia go dziwne, nieprzy- jemne uczucie. – Znam tu każdego cwaniaczka – mówi policjant. – Większych zbirów pan nie uświadczy. – Takie same oczy i czarne, choć przyprószone siwizną włosy zdradzają podobieństwo do Pauli. Mężczyzna w wyprasowanej koszuli ma wąsy, czarne jak krucze pió- ra. – Wszyscy w mieście jeszcze dzisiaj będą wiedzieli, żeby tego auta nie tykać. – To mój tata – informuje dziewczyna. 11 – A ja jestem mamą Pauliny – słyszą mocny głos zza ścianki z kluczami. – Już idę. Glina unosi wzrok ku sufitowi. Kobieta, która wła- śnie do nich podchodzi, zaskakuje pięknym porcela- nowym półmiskiem pełnym kawałków sernika. – Miło mi poznać – gość schyla głowę. – Jakub Wróblewski. – Modrak Helena. Wiek: niewątpliwe czterdzieści plus. Co ciekawe, brak podobieństwa do córki. Może poza wzrostem i głosem, lecz nie tuszą, bo Helena to baba w każdym calu, a raczej kilogramie. – Henryk Modrak – teraz to glina podaje prawicę. – Podkomisarz. Podobno zamierza pan pisać o naszym miasteczku? – pyta, badawczo przyglądając się Jaku- bowi. Ściska jego dłoń niczym w imadle, ale jest nie- wielkiego wzrostu. W zestawieniu z żoną sprawia wra- żenie drobnego człowieczka. – Zauważył pan coś dziwnego w nocy? – Henryk! – huczy kobieta. – To nie komisariat! Pan Jakub – dodaje z uśmiechem – sam ci powie o książce, jak zechce. – Niczego nie zauważyłem. A książka to nie tajem- nica. Zresztą to wcale nie książka. – Proszę się poczęstować, sama upiekłam. Nie bę- dzie pan przecież mówił z pustym żołądkiem. – Bardzo dziękuję. Z chęcią, bo jestem głodny jak wilk. A właśnie: czy jest tu lokal, gdzie mógłbym się żywić? Bo… 12 – Pokażę ci – dziewczyna nie pozwala dokończyć. – Opowiesz mi o tej książce. Jakub spogląda na pozostałe porcje sernika. Nagle przerywa jedzenie: wzór na talerzu, widoczny w miej- scu odsłoniętym przez rozpływający się w ustach ka- wałek ciasta, jest zaskakująco znajomy. – Czyli mówi pan, że niczego nie widział ani nie słyszał? W nocy spłonęła stodoła w sąsiedniej wsi. Miałem nadzieję, że coś pan zauważył – nie daje za wygraną Modrak. 5. Kiedy tamci, w hotelu, są już po śniadaniu, Paulina z Jakubem schodzą do rynku. Ulica, opasająca starów- kę nierównym pierścieniem, stromo opada w dół. Słońce przygrzewa, po śniegu zostały kałuże i błoto. – Możesz zacząć od książki o tej dziurze – mówi dziewczyna. – Dlaczego dziurze? Zresztą: nie będzie o niej. – Jak to? – Bo to nie książka. – Więc co? – Praca naukowa. – Zwariowałeś? Tutaj? O czym? – O legendach, podaniach i tego typu historiach funkcjonujących w świadomości mieszkańców Sude- tów – kłamie jak z nut. – Do czego ci to potrzebne? 13 Jakub nie chce mówić prawdy. Nie może. Poza tym sam nie jest jej pewny. – Chciałbym awansować – zmyśla. – Takie prace jak ta są mi potrzebne. No i w pewnym sensie to moje hobby. – Pisanie? – Poznawanie nowych miejsc. Pisanie to efekt uboczny. – Ja też bardzo to lubię. Tylko nie mam czego po- znawać. – Zawsze jest coś nowego. Choćby historie odwie- dzanych miejsc. – Z historii też byłam bardzo dobra. Już w pod- stawówce. W liceum też. – Dlaczego nie poszłaś na studia? – Zwariowałeś? Na studia? – prycha dziewczyna. – Nie dziw się, że mówię „dziura”. – Niby dlaczego? – Bo studia są dla facetów. – Co masz na myśli? – Ktoś musi się zająć hotelem, kiedy rodzice się ze- starzeją. A ja mam znaleźć męża wśród miejscowych pijaczków i zmieniać pieluchy. – Przecież pieluchy nie pobrudzą dyplomu. W kwietniowym słońcu oczy Pauli wydają się jesz- cze ciemniejsze. „Jest w nich coś pociągającego” – my- śli mężczyzna. Kiedy jej kręcone włosy rozwiewa wiatr, budzą się w nim dawno uśpione pragnienia. Towarzyszy im jakiś niepokój. 14 – Rodzice wiedzą, że jeśli wyjadę, to już nie wrócę. – Dlaczego? – Mówiłam ci: lubię historię. Wygrywałam konkur- sy o tym miejscu. Ono nie ma przyszłości. To zawsze była dziura. I tak zostanie, bo brak tu perspektyw. Kiedyś było lepiej, ale dziś nie jest dobrze. Za kilka lat zostaną tylko starcy. – A turystyka? – Zwariowałeś? To hasło dla burmistrza i radnych. Nic się nie zmienia. Po co ludzie mieliby do nas prze- jeżdżać? To nie Karpacz. – Ciągnie cię w świat? – Jak wszystkich. Dwa lata temu zdałam maturę. Powinnam być w Krakowie, Gdańsku albo Wrocła- wiu. Nie tutaj. Jakub przystaje. W pewnym sensie ona ma rację, choć różnią ich punkty widzenia. Przybysz zerka na biały dom w pruskim stylu, tak inny od kamiennych murów. – To Dom Kata – wyjaśnia Paula. – Uhm. – Mówiłeś, że jesteś nauczycielem. Czego uczysz? Jakub nie chce wiele mówić o sobie. Rodzi to nie- bezpieczeństwo, że będzie musiał kłamać, a woli tego uniknąć. – Mówiłeś o legendach… To może historii? – Blisko – uśmiecha się do niej. – Prawie zgadłaś. Jestem historykiem. – Ale? 15 – Akademickim. Uczę studentów. – Mogłabym być twoją studentką? – Czemu nie. – Kurczę! Ale jaja – ta informacja zrobiła na niej wrażenie. – Muszę powiedzieć Izie! Czyli musisz mieć tytuł naukowy. – Jestem doktorem. – Zwykłym czy habilitowanym? – Zwykłym, dopiero planuję habilitację. Po to ta praca o legendach. Zadajesz dużo pytań, wiesz? A to ja przyjechałem, by pytać. – Przyzwyczajaj się. Zresztą: wszystkiego o tych okolicach możesz się dowiedzieć z książek. – To, co jest w książkach, już wiem. Szukam tego, co wiedzą ludzie. A potem wykluczę przekłamania. – Jak? – W każdej legendzie tkwi ziarno prawdy, ale te opowieści przekazywano przecież z pokolenia na po- kolenie. Ktoś coś dodał, zmyślił, ubarwił. Z czasem powstały niesamowite historie. – Niesamowite historie? Brzmi jak dialog z horroru – śmieje się Paula. – Ale wiesz co? To dobry pomysł. Bo praca naukowa kojarzy się z zadaniami, wzorami, datami. A tu taka niespodzianka. Miłe. – Uhm… Legendy zwykle dają się tak wytłuma- czyć, że nabierają sensu. – To w ogóle możliwe? – Zaraz ci udowodnię. – A to ciekawe. 16 – Weźmy twój Dom Kata. Co o nim wiesz? – Mieszkał w nim kat – dziewczyna wzrusza ra- mionami. – To nie jest pewne. – To skąd nazwa? – Budynek jest zbudowany inaczej niż pozostałe. Wyróżnia się. – No to co? – Poczekaj. Po drugiej stronie ulicy – Jakub wska- zuje ręką – jest żydowski cmentarz, tak? – A co on ma wspólnego z katem? – Zaraz zobaczysz. Dalej jest kościół, prawda? – Uhm. – Komuś mogło się kiedyś wydawać, że to dość niesamowite miejsce, no nie? – Mogło – przyznaje Paula. – Choć to o niczym nie świadczy. – Ale byłoby to dobre miejsce dla kogoś takiego jak kat? – Pewnie tak. – Owszem, tym bardziej że tutaj – Jakub celuje pal- cem w bramę kamiennych murów obronnych – wie- szano. – Wieszano? Jak? – Normalnie, na szubienicy. – No, ale za co? – Za szyję. Tyle że wcześniej niż powstał Dom Ka- ta. Poza tym kat tu nie pracował. Co jednak ważne, mieszkaniec tego domu sprzedawał Armensünderfett. 17 – Co? – Smalec ze skazańców. – Makabryczne. – Tak. A teraz posłuchaj: dom wygląda dziwnie, stoi obok miejsca, gdzie wieszano ludzi, cmentarza i kościoła. Mieszkał tu człowiek handlujący rzeczami skazanych. Sprzedawał kawałki ubrań ofiar jako amu- lety i ludzki tłuszcz. A kat z Otmuchowa był jego szwagrem. Już wiesz, skąd nazwa „Dom Kata”? – Myślisz, że tak było naprawdę? – To jedna z hipotez. Kat oprócz zabijania miał in- ne obowiązki: zajmował się przesłuchiwaniem i tortu- rami, wymierzał kary, zwoził z miasta padlinę. Jako jeden z nielicznych mieszczan odebrał wykształcenie. Musiał się przecież znać na anatomii, prawda? – Fakt. – Więc nastawiał złamania. Z czasem przyszło mu wyłapywać bezpańskie psy i koty. Ale wtedy, nawiasem mówiąc – Jakub mruży oko – prowadził też miejski dom uciech. – Rozumiem – potakuje dziewczyna i się rumieni. – A właśnie, przepraszam za ojca. – O co mu chodziło? – Nienawidzę go – Paula przewraca oczami. – To glina! Nawet w domu. – Chcesz powiedzieć, że podejrzewa mnie o pod- palenie? – Zwariowałeś? Skąd ta myśl? 18 – Nie wiem – Jakub wzrusza ramionami. – Tak to zrozumiałem. – Och, daj spokój. On zawsze pyta. Nie byłby so- bą, gdyby tego nie robił. To choroba zawodowa – dziewczyna kreśli palcem kółeczko nad czołem i wy- mownie pochyla głowę. – Nie przejmuj się. Wchodzą na rynek, przystają na wybrukowanym chodniku. Na zachodzie widać wąską ulicę z kamie- niczkami z lewej i ruderą z prawej. W tle jasna wieża Bramy Kłodzkiej. Mężczyzna wpatruje się w majaczą- cy daleko, jak tło na widzianym wcześniej obrazie, ciemnozielony łańcuch górski. „Z hotelowego okna widziałem to inaczej” – myśli, nie wiedząc jeszcze, że góry mają też mroczną stronę i są pełne makabrycz- nych sekretów. – A nie byłoby ci żal tych widoków? – zagaduje. – W życiu nie ma nic za darmo, prawda? Jakub spogląda na dziewczynę. Po chwili odwraca wzrok i widzi w oknie staruszkę ubraną na biało, która – obierając nożykiem jabłko – uważnie mu się przy- gląda. Do tego nie daje mu spokoju sprawa talerza. W mężczyźnie budzi się bliżej nieokreślony, tajemniczy niepokój. 6. Czerwcowy dzień jest ciepły, lecz nie upalny. Wiatr od gór przyjemnie chłodzi twarze, kiedy wspinają się z plecakami. Dobrze się przygotowali: mają deskę, w 19 której rozgrzanym gwoździem wypalili alfabet i cyfry, od zera do dziewięciu. – Tu, w rogach – mówi Genek – jest jeszcze miej- sce, nie? A może byśmy wypalili jeszcze dwa słowa, co? Cała trójka spogląda z wyczekiwaniem na Kazika, on zaś milczy. Zainteresował się tym pomysłem za sprawą niemieckiej książki. Zwróciła jego uwagę, gdy myszkował na strychu. Na czarnej skórzanej oprawie miała wyciśnięty złoty krzyżyk. – Z prawej wypalisz „tak” – instruuje – a z lewej „nie”. Wypal też „być może” na dole i „nie mogę od- powiadać” na górze. Gdy dwa tygodnie wcześniej dostrzegł tę datę, za- płonęły mu oczy. Tysiąc osiemset sześćdziesiąt jeden. „Prawie stuletnia książka – pomyślał – to dopiero coś! Niech tylko pokażę chłopakom!”. A potem kumple zapalili się do jego pomysłu. Sceptyczny pozostał Władeczek. Ale on, najmłodszy z wrocławskiego po- dwórka, a do tego o głowę niższy od reszty, wolał się nie odzywać. Docierają na górę przed zmierzchem. Mają namiot i świece. Gdy niebo przebarwia się na purpurowo, obozowisko mają gotowe. – Będzie wiało dziś w nocy – zapowiada Franek. – Bredzisz. Lepiej pomóż, bo może być chłodno – rzuca Kazik, łamiąc gałęzie. Władeczek spogląda na kijek wbity w świeżą ziemię i wzrusza ramionami. „Niech będzie” – myśli, zabiera- 20 jąc się do układania kamiennego kręgu z paleniskiem w środku. – A tutaj go wywołamy – mówi do Franka. – Czemu chcesz tak daleko od ognia, i to za ka- mieniami? – Nie będzie nas gryzł dym, a jasno i tak będzie – Kazik najwyraźniej na wszystko ma odpowiedź. – Za kamieniami nie będzie wiało. Nie zdmuchnie nam lampy. Dokładnie to zaplanował, ale też okłamał przyja- ciół. Przez jego grzech dwaj z nich przed chwilą ostatni raz patrzyli na słońce. Tymczasem ognisko, rozpalone przez najmłodszego, płonie, trzaskając szczapkami pełnymi żywicy. – Uuu! – niesie się po dolinach. – Uuu! – coś zło- wieszczo dudni obok. – Co to? – Władeczek się kuli. – Słyszeliście? – No pewnie. To tylko sowa – uspokaja Kazik. – Boisz się, durniu, zwykłego ptaka? – Nie takiego zwykłego. Dziadek opowiadał, że sowy czują śmierć. – To tylko ptaki. Puknij się w łeb, głupku. Tablicę ouija układają na stosie płaskich kamieni, wychodzi z tego całkiem udany stolik. Franio chwali się talerzykiem z wyszczerbioną krawędzią, zwędzo- nym ze stołówki. – Uuuu! – wyje puszczyk siedzący przy pniu świer- ka. – Uuuu! 21 Chłopcom po kręgosłupach przebiega dreszcz. Ptak wypatruje ciem wokół ogniska, oni zaś myślą, że są gotowi. Ale na to, co wkrótce ich spotka, nie spo- sób się przygotować. Kazik dorzuca gałęzi do ognia. Wolałby, aby ogień się palił, kiedy skończą. Tym bardziej że żaden z nich nie ma pojęcia, jak długo to potrwa. Są zdenerwowani, lecz tego nie okazują. Cholerny puszczyk ciągle roz- dziera dziób. – No, chłopaki – rzuca Kazik. – Już. – Północ minęła? – Minęła – pokazuje zegarek. – Siedem minut te- mu. Możemy zaczynać. – Sekundnik ci nie chodzi – zauważa jeden z kum- pli nie bez satysfakcji, bo chłopak zwykł przy każdej okazji chwalić się prezentem od bogatego ojca. – Mo- że nie nakręciłeś? – O, cholera, rzeczywiście. Nieważne. Wskazuje siedem po, czyli jest już jutro. Odmawiają na klęczkach modlitwę. Kilkanaście kroków za nimi ognisko trzeszczy, trawiąc drewno. Rozpalają lampę i siadają. Ciepły blask oświetla ich twarze. Palce opierają na brzegu talerzyka, stopy na ziemi. – My, zebrani tutaj – zaczyna Kazik – przywołuje- my ducha. Usta pozostałych wykrzywiają się w uśmiechu, ale poważnieją pod karcącym spojrzeniem mistrza cere- 22 monii. Przestrzegł ich wcześniej: w książce wyraźnie napisano, że należy traktować tę sprawę poważnie. – My, zebrani tutaj, przywołujemy ducha. Duchu – szepcze Kazik – jeśli jesteś w pobliżu, przybądź! „Ciekawe, cholerny ptak ucichł. Może odleciał do swoich spraw?” – zastanawia się Władeczek. Otacza ich cisza nocnego lasu, słychać tylko żerujące zwierzę- ta. Świerkowe gałązki się nie poruszają, w dali słabo migoczą światła rozrzuconych z rzadka wsi i miaste- czek. – Duchu! Wzywamy cię! Chłopak na chwilę zawiesza głos. Patrzą na siebie. Krąg światła lampy migocze na ich jasnych twarzach. Widzą, że każdy ma pietra, ale nic się nie dzieje. – Duchu! Wzywamy cię! Przybądź! – Może źle to robimy? – Franek chyba już się znie- chęcił. – Wszystko jest tak, jak było w książce. Nie wiem, dlaczego duch nie przychodzi. – Może trzeba go wywołać po imieniu? – Zamknij się! – Robi się zimno – wtrąca Władek. I nagle wstrząsa nim dreszcz. Pozostała trójka na- tychmiast to czuje. Przerażeni, spoglądają na kolegę. Tymczasem wokół nich robi się jeszcze ciszej. Lampka naftowa skwierczy, w ogniu pali się ćma. Czują, jak przestrzeń gęstnieje, cichnie, czeka niczym zwierzę gotowe do skoku. 23 7. Patrząc na dziewczynę, Jakub myśli, że kiedyś bar- dzo lubił swoje zajęcie. Ta praca ma przecież dobre strony. Tyle że już na początku tak zwanej kariery sta- nął na rozdrożu: niewytłumaczalna duchowość prze- ciwko nauce. Jednego z drugim nie sposób pogodzić. Jako nauczyciel akademicki, doktor nauk społecznych, pozostawał wierny wiedzy. A jednocześnie po drugiej stronie barykady spotykał się z tym wszystkim, co tłumaczyć miał Bóg. – Wspomniałaś o krzyżu? – spogląda Pauli w oczy. – Co miałaś na myśli? – A jesteś wierzący? Mężczyzna się uśmiecha. Pytanie retoryczne… Dziewczyna ma prawo pytać, choć dawno go nie pyta- no o coś równie oczywistego. Tak, wierzy, w Kościół na pewno, ale czy w Boga? – Owszem. Nie wyobrażam sobie życia bez wiary – odpowiada. – A ty? – Wierzę – mówi Paulina. – Nie jestem szczególnie religijna, mimo to chodzę do kościoła. W takich miej- scach nie można inaczej, ja jednak wierzę dla siebie. – Rozumiem. – I w krzyż w Kamienicy też wierzę. – W co? – pyta Jakub, jakby nic o tym nie wiedział. – Myślałam, że słyszałeś: we wsi pod Paczkowem na krzyżu pojawił się krwawy napis. Sensacja na całą Polskę. Byłam tam po tym, jak go zauważono. Obok stało kilka zniczy, teraz są setki. Mówią, że to znak. 24 – Znak? – No wiesz, od Boga. Objawienie, jak Fatima czy Medziugorie. Dlatego coraz więcej tam ludzi. I jeszcze ta stodoła. – Wierzysz w to? – Przyjrzałam się, wygląda jak krew. Ileż razy widział podobne przypadki! Na początku chciał wierzyć. Starał się łączyć religię z nauką, ale zrozumiał, że to nie ma sensu. Przekroczywszy trzy- dziestkę, poddał się fali, która poniosła go na obszary, gdzie Bóg nie miał już nic do powiedzenia. – Twój ojciec myśli, że ktoś z przyjezdnych podpa- lił tę szopę? – Nie o to chodzi. W pogorzelisku znaleziono jego teścia. – Co? – W pożarze zginął mój dziadek. – Paula unika wzroku Jakuba. – Ojciec mamy. – I mówisz to tak po prostu, bez emocji? – Zwariowałeś? Pewnie, że mi smutno, ale nie utrzymywaliśmy kontaktu. – Dlaczego? – Nie wiem – dziewczyna wzrusza ramionami. – To zawsze był temat tabu. – A próbowałaś o tym rozmawiać? – No pewnie. Mama się rozpłakała. Nie pytałam więcej. Dużo o tym myślałam, potem się przyzwycza- iłam. Najgorzej było podczas wigilii – wzdycha. – My- ślę, że mama wstydziła się swojego ojca. 25 8. Pierwszego i drugiego dnia jeździ po okolicznych wsiach. Zwiedza kościoły, ale nie zbliża się do Kamie- nicy, gdzie krzyż ma płakać krwawymi łzami. W Lisich Kątach znajduje czterystuletni zespół dworski z basz- tą, spichlerzem, gołębnikiem i kaplicą. Po czeskiej stronie ogląda zamek, potem w Gościcach i Złotym Stoku odnajduje stare strażnice WOP. Przy okazji zwiedzania sztolni w Złotym Stoku trafia na nieczynną stację kolejową. Jego zainteresowanie wzbudza fakt, że prowadzi od niej kilka bocznic w różnych kierunkach. Jak się okazuje, jedna wiodła do kopali arsenu, druga – do fabryki farb, a trzecia – do kamieniołomów. Co ciekawe, w miejscowej bibliotece Jakub trafia na map- kę, na której odnajduje czwartą nitkę, ciągnącą się w kierunku granicy z Czechami, gdzie ślad się urywa. – Piękne te twoje góry – stwierdza, gdy spotyka się z Paulą wieczorem. – Czasem zastanawiam się, czy nie będzie mi ich brakować. Stoją na Wieży Wrocławskiej, którą za dwa złote udostępniono im do zwiedzania. Oglądają panoramę krzyżujących się ulic. W dali rysują się sennie szczyty Gór Opawskich, Złotych i Bardzkich. – Może nie będę chciała pamiętać tego, czego ty te- raz nie widzisz. – Co masz na myśli? 26 – Wieczorem strach wyjść, bo mogą okraść albo dać po twarzy. Nie ma pracy, a jak jest, to na czarno. Za kilkaset złotych miesięcznie. Jakub w pewnym sensie ją rozumie. W takich miej- scach życie nie jest łatwe. Nic dziwnego, że młodzi pragną wyjechać. Ale tak jest wszędzie. Młodzi z Paczkowa chcą uciec do Krakowa, krakowiacy pragną Warszawy, a ci z Warszawy fantazjują o Paryżu, Me- diolanie czy Nowym Jorku. Nowojorczykom marzenia wypełnia Europa. Aż wreszcie dociera się do miejsca, z którego nie chce się już uciekać. Nazywamy je doj- rzałością. – Będę tęsknić. Zwiedziłem całe Sudety. Myszko- wałem w Twierdzy Kłodzko, szukałem tajniej broni Wehrmachtu w podziemiach Gór Sowich, kwatery Hitlera w Zamku Książ i skarbu na Zamku Czocha. Ścigałem nawet czarownice na Ślęży. I nic – wzrusza ramionami. – Jedyne, co znalazłem prawdziwego, to te góry. – Fajnie masz – wzdycha ona. – Zazdroszczę ci. Wiatr od gór wieje mocniej. Jakub zbliża się do dziewczyny, jej włosy muskają go w policzek. Uśmie- cha się, lecz przez gorycz. Podróż tutaj przyniosła mu jej zapach. Tyle że zapach kobiety to woń, której on się obawia, a Paula zawsze będzie dla niego nieosiągal- na. – Ja tobie też, mieszkasz w ciekawej okolicy. Już kiedy jechałem tędy pierwszy raz, zwróciłem uwagę na te twoje góry. 27 – Moje? – Te, tu – ruchem głowy wskazuje horyzont. – Złote. Wczoraj, idąc na rynek, spojrzałem w ich stro- nę. Pomyślałem, że musisz być świetną dziewczyną. – Podrywasz mnie? – Niestety, nie mogę – uśmiecha się, rozbawiony. – Ale moją uwagę przykuła ta góra. Zapamiętałem ją. Wydała mi się niesamowita. Jest w niej coś… – Która? – Łatwo ją poznać, ma charakterystyczne skały. Przypominają… – Twarz? – w jej głosie chyba słychać napięcie. – Tobie też? – Każdy ją widzi. – Wybierzmy się tam! Pójdziesz ze mną? Uśmiech gaśnie na jej wilgotnych ustach. Jakub na- tychmiast się orientuje, że powiedział coś niestosow- nego. – Lepiej nie. To przeklęte miejsce. – Przeklęte? – śmieje się on. – A niby przez kogo? – W tym nie ma nic śmiesznego. Tam straszy. – Straszy? A nawet jeśli, to mam świetny temat. Z drugiej strony ciągle mnie zaskakujesz. Dorosła, mądra i do tego piękna dziewczyna, a w bajki o duchach wie- rzy. Niebywałe. Najpierw krwawiące krzyże, a teraz to. – To nie bajki. Możesz się śmiać. Jeśli chcesz zoba- czyć krzyż w Kamienicy, bardzo proszę. Ale nie tę gó- rę. Wychowałam się tutaj. Legendy legendami, ale prawdziwa śmierć to zupełnie co innego. 28 – Co masz na myśli? – To przeklęte miejsce. I to nie jest legenda. – Nie rozumiem… – Tam kiedyś wydarzyło się coś strasznego. – I teraz mi o tym mówisz? Opowiadaj. Lepiej nie mogłaś trafić – cieszy się Jakub. Dziewczyna zastanawia się chwilę. Jest zła, że się wygadała. Teraz nie wie, co zrobić: powiedzieć czy przemilczeć sprawę. – Tu mało kto chce o tym mówić. – Dlaczego? – Opowiem ci, ale obiecaj, że tam nie pójdziesz. – Nie mogę ci tego obiecać. – W takim razie nic ode mnie nie usłyszysz. – I tak się dowiem. Rzecz w tym, że nie od ciebie – odpowiada mężczyzna, błyskając szelmowskim uśmie- chem. – To smutne, bo liczyłem, że to będzie począ- tek pięknej przyjaźni… – Już dobrze! Podobno Szatan wpływa tam na lu- dzi. Dlatego miejscowi unikają tego szczytu. Nikt, kto znalazł się na nim po zmroku, nie przeżył następnych dni. Rozumiesz? – Dziwne – rzuca Jakub zaskakująco poważnie. – Typowe, ale dziwne. Jak nazywa się ten szczyt? – Góra Bogów Śmierci. – O! Niezłe. Naprawdę dobre. – Nie wierzysz? – Ojej, od razu nie wierzę. Przecież to tylko legen- da. Mówiłem ci. Dla relaksu mogę ją wyjaśnić. Nie 29 gniewaj się, wiesz przecież, że dla mnie legendy są nie po to, aby w nie wierzyć. W smoka wawelskiego też nie wierzę… – Smok nikogo nie zabił. – A Góra Bogów Śmierci zabiła? Zamiast odpowiedzieć, dziewczyna rzuca lodowate spojrzenie. Ciało Jakuba przeszywa dreszcz, niosący ze sobą niepokój, który będzie go odtąd stale dręczył. 9. Okoliczne wzgórza, Krzyżniak, Pasiekę, Mały i Wielki Jawornik oraz Trzeboń, zima roku tysiąc dzie- więćset siedemdziesiątego szóstego chwyciła w szpony mrozu, lecz śnieg nie spadł. Owszem, parę razy po- prószyło, ale ziemia pozostała czarna do wiosny. Tego dnia Wiesiek Zarzeczny z robotnikami ze wsi pracuje w tartaku. Z kolei w trójkącie między Jaworni- kiem, Trzeboniem a miejscem, gdzie Złoty Jar opada w głęboką i wąską dolinę, jego brat Mietek i synowie pracują przy wyrębie. – Będziemy wracać – mówi dorosły do dzieci. – Wujek! – odpowiada natychmiast starszy z synów Wieśka. – To może jeszcze na mecz zdążymy? Słońce chyli się ku szczytom. Mietek spogląda w niebo. „Za pół godziny zacznie się robić ciemno. Za godzinę będzie ćma” – myśli. Ogrzewa się przy ogni- sku urządzonym przez bliźniaków. Trzaski płonących gałęzi niosą się po dolinie. Bezchmurne niebo wlewa się pomiędzy pnie ciemniejącym granatem. 30 – Za daleko. – A ile to jest? – odzywa się chłopak. – Będzie z dziesięć kilometrów. Złoty Jar zaczyna się pod szczytami i opada ku północy, razem ze Złotym Potokiem, przez niespełna sześć kilometrów. Trzeba zjechać w dół jaru, a potem odbić na Paczków i nadłożyć kolejne sześć. – To za ile będziemy? – dzieciak nie daje za wygra- ną. Cichną odgłosy walących się drzew, wyjących pił i łamanych gałęzi. Dźwięki traktorów, koni i nawołują- cych ludzi niosą się po dywanie zmrożonego igliwia i bukowych liści, pokrytych szronem skał i kamieni. – Prawie dwie godziny trza jechać. Las milczy. Nieruchomy, cichy, nieczuły. Im bliżej chwili, gdy słońce zniży się do widnokręgu i zarzuci na niebo purpurowy dywan, tym Mieczysław jest bliższy decyzji. – To ruszajmy, wujek, może zdążymy chociaż na drugą połowę. Kiedy bliźniacy zasypują ognisko, Mietek wciąż się waha. Jest zmęczony, a wie, że istnieje jeszcze droga przez granicę, krótsza o ponad połowę. Musieliby tyl- ko przejechać pod tamtą górą. – Chyba że… – zastanawia się głośno. – No bo, cholera, zaraz ciemno będzie. – Tutaj dolina, ale jak wyjedziemy – zauważa młod- szy z bratanków – to jeszcze szarówka będzie. – No właśnie – podłapuje dorosły. – Racja. 31 – Wujek, a na drugą stronę da się w pół godziny przejechać? – znów pyta młodszy. – W pół to nie, przyczepy są pełne. Ale w niecałą godzinkę tak. – To byśmy nawet na pierwszą połowę zdążyli! – odpowiadają chłopcy w duecie. Mietek waha się po raz ostatni. Poprawiwszy czapkę, zwiększa obroty. Wybiera krótszą drogę. Teraz dwadzieścia minut pod górę, a potem przejadą po pła- skim zboczu na drugą stronę, gdzie jest ta poniemiecka droga. Za pół godziny powinno tam być jeszcze pra- wie jasno. – Tylko ojcu nie mówicie, bo dopiero będzie! Ale by mi wasza mama łeb suszyła! Bratankowie milczą, rozgrzani obietnicą rychłego powrotu do ciepła, jedzenia i meczu w świeżo kupio- nym telewizorze. Mietek dodaje gazu. Słońce już schowało się za lasem. W świetle reflektorów widzą przelatującego nisko dużego ptaka. „To pewnie pu- chacz” – myśli traktorzysta, skupiając uwagę na ka- mienistej drodze. – Choroba, trza się pilnować – mówi. – Synki! Pa- trzeć, bo coraz gorzej widać. A oczy macie młode. – Ja dobrze widzę – uspokaja starszy. Mieczysław się uśmiecha. Odpycha myśl, że za chwilę znajdą się tuż pod tym szczytem. Przekonuje sam siebie, że ciągnik nie sprawia problemu, ładunek jest zabezpieczony, a starzy ludzie po prostu lubią opowiadać niestworzone historie. „Aby do rozstaju 32 przy Trzech Bukach – dodaje sobie animuszu. – Dalej już z górki”. Dosłownie i w przenośni, bo tam będą najbliżej tego miejsca. Sekundę później mężczyzna przyhamowuje, a koło w drugiej przyczepie blokuje się na moment. Mietek zerka w lusterko. Widzi tylko ciemność, bo nie podłą- czył przecież świateł przyczepy. Nagle coś szarpie kie- rownicą. Wciska hamulec. Ciągnik się zatrzymuje i, pociągnięty przez przyczepy, zsuwa z drogi. Kabina uderza w drzewo, a wysypujące się pnie ją miażdżą. Obroty silnika spadają, lecz on terkocze dalej. 10. Starszy szeregowy Wojsk Ochrony Pogranicza Tomasz Krawiecki pochodzi z Opatowa. Jest niespeł- na dwudziestoletnim żołnierzem służby zasadniczej. Po zawodówce, nim dostał bilet do wojska, przepra- cował rok w ostrowieckiej hucie. Tęskni za domem i za dziewczyną. Patrolując pas graniczny kwadrans po wypadku, zauważa odciski opon na zmarzniętej ziemi. – Gościce, tu pieszy jeden – woła przez radiotele- fon. – Gościce, tu pieszy jeden. Gościce, zgłoś do pie- szego – powtarza, ale nasobne radio milczy. – Udaję się na terytorium Czechosłowacji – kontynuuje z na- dzieją, że ktoś go jednak słyszy. – Jestem w sektorze cztery przez trzy. Chwilę potem żałuje decyzji: między drzewami jest ciemniej niż na odkrytym pasie granicznym, Krawiec- 33 kiemu szkoda marnować baterie na oświetlanie drogi latarką. – Szlag by to trafił – klnie pod nosem. W tej samej chwili zdaje mu się, że coś słyszy. Przystaje. Noc niesie odgłos silnika. Rusza, mając przez oczyma dziewczynę, która czeka na każdy jego urlop i każdą przepustkę. Kilka minut później żołnierz znajduje się na miej- scu wypadku. Dostrzega roztrzaskany traktor i rozbite przyczepy. – Jest tam kto? Halo! Halo! Widzi pogiętą kabinę, więc nie wierzy, że traktorzy- sta mógł przeżyć. „Chyba że wypadł albo wyskoczył” – myśli, okrążając wrak z latarką. Wtedy dociera do niego jęk. – Halo! Żyje pan? – krzyczy Krawiecki, zbliżając się do kabiny, wciśniętej w pień świerka. – Proszę się ode- zwać! – wrzeszczy, gdy dostrzega kawałek ubrania. – Ratuj dzieci, człowieku! – słyszy szept. – Niech się pan nie rusza! Nie czeka na odpowiedź. „Gdyby udało się pomóc, pewnie dostałbym z miesiąc urlopu!” – przychodzi mu na myśl. Ktoś tu być może właśnie umiera… Żołnierz zdaje sobie sprawę, że nic nie zdziała bez łączności. Cholera wie, co to dokładnie za miejsce. A tu wypa- dek, tamten mówi, że są dzieci. Krawiecki zerka na mapę. Po czeskiej stronie nie ma nazw, a jedynie zarys terenu, roślinność, punkty wysokościowe i najważniej- sze obiekty. 34 – Sprowadzę pomoc – mówi i idzie szukać odpo- wiedniego miejsca. Po kilku minutach na tle granatowego nieba widzi skały. Wdrapuje się na nie, rozkłada mapę, zapala la- tarkę. – Gościce, tu pieszy jeden! – Słyszę cię cały czas, pieszy jeden – trzeszczy w głośniku. – Pomoc potrzebna! – A co ci się stało? – Nie mnie, traktor granicę przekroczył. Wypadek miał. Ktoś jeszcze żyje. – A gdzie jesteś konkretnie? Ilu rannych? – Nie wiem dokładnie. Ciemno. Człowiek w kabi- nie mówi, żebym dzieci ratował. Z trasy patrolu ze- szłem do Czechosłowacji na czterdziestym kilometrze. Jak, doleciało? – Na czterdziestym kilometrze! – Zgadza się. Znalazłem ciągnik. Teraz wyszłem na górę z mapy, jestem w kwadracie – zerka w snop świa- tła – cztery przez trzy. Szczyt oznaczony jako sześćset dziewięćdziesiąt jeden. Nastaje chwila milczenia. W strażnicy WOP roz- dzwaniają się telefony. – Gościce, doleciało? – Krawiecki, siedź na dupie. Zrozumiano? – Taaa jest! „Oho – myśli szeregowy – nieźle wkurzyłem ofice- ra dyżurnego”. Daleko, w ciemnościach miga poma- 35 rańczowy punkt. Zarządzono alarm, ale już nie jest potrzebny: Mieczysław właśnie skonał, a chłopcy zgi- nęli wcześniej, od razu. – Pieszy jeden, tu Gościcie – odzywa się oficer dy- żurny. – Zgłasza się pieszy jeden. – Słuchajcie, jeden. Możecie udzielić rannym po- mocy? – Sam nic nie poradzę. – Przyjął. Zostańcie tam, gdzie jesteście. Wysyłam ludzi. Utrzymujcie łączność. Słuchajcie stacji, będą was wołać. – Taaa jest! Zadowolony żołnierz myśli o dziewczynie. Nie wie jednak, gdzie się znalazł. Po chwili zaczyna czuć się nieswojo. Do jego uszu nie dociera już odgłos silnika. „Czyżby zgasł?” – zastanawia się. Jasne, to przecież możliwe. Czas ciągnie się w nieskończoność. Kolejne spojrzenia na nadgarstek niewiele zmieniają. Szerego- wemu zdaje się, że słyszy szept. Wytęża wzrok, ale w ciemnościach nikogo nie widzi. Uśmiecha się, nigdy jeszcze nie był w takim miejscu. „Będzie co opowia- dać” – myśli, znów spoglądając na swego poljota. – Co, do cholery? – mruczy. – Siedemnaście ka- mieni. Ruskie dziadostwo. Krawiecki nakręcił mechanizm jak zwykle po śnia- daniu, więc nie rozumie, dlaczego zegarek nagle się zatrzymał siedem po północy. Natychmiast jednak przestaje o tym myśleć, bo ogarnia go dziwne, niezro- 36 zumiałe uczucie. Jakby nie był sam. Jego węch reje- struje ostry, wyraźny smród. Rozpoznaje go od razu – tak śmierdzieć może tylko padlina. Nie dociera do nie- go żaden dźwięk. Szmer, powiew wiatru, skrzypnięcie czy odgłos ptaka albo innego zwierzęcia nie istnieją. Krawieckiemu wydaje się, że stracił słuch. „Nawet ogłuszenie granatem jest inne, bo słyszałbym piszcze- nie – myśli. – A nie słyszę nic”. Jakby wokół zamarło życie. – Stój! Kto idzie? – krzyczy. – Stój, bo strzelam! Nie wiadomo, dlaczego to zrobił. Może to instynkt, a może szkolenie. Ogarnia go strach, lecz nie jest to to samo uczucie co wcześniej. Teraz coś ściska jego ciało, jak gdyby potężna siła wzięła go w ramiona. Serce podchodzi szeregowcowi pod brodę. – Kto tam? W odpowiedzi widzi jednie parę z własnych ust na tle księżyca wychodzącego zza chmur. Robi mu się bardzo zimno, a przecież wiele godzin spędził w lesie. I to nie tylko tu, na tej cholernej granicy, ale jeszcze jako dziecko, w rodzinnych stronach. – Stój, bo strzelam! – grozi znów, zdejmując z ra- mienia karabinek. Drżącą ręką odciąga suwadło. Zamek, powracający pod sprężyną, wprowadza nabój do komory. Suchy trzask odbija się echem niczym grzmot. Krawiecki ni- czego nie widzi, lecz czuje, że coś czai się tuż przed nim. Drżącą dłonią popycha w dół przełącznik ognia. Po chwili zbiera się w sobie. Ściska broń. Kładzie pa- 37 lec na spuście. Robi ostrożny krok w przód. Potem jeszcze jeden. Stara się dostrzec, co kryje się w mroku. Chmura zasłania księżyc. Żołnierz czuje, jak ogarnia go potworne zimno. Krok dalej pod podeszwą nic już nie ma. Rozpaczliwie poszukuje czegoś, co dałoby oparcie, ale dłoń napotyka powietrze. Oczy się rozsze- rzają, palec odruchowo naciska na spust. – Ta, ta, ta, ta, ta, ta – odgłosy strzałów przerywają ciszę otaczającą Wysoki Kamień. Kilka kilometrów dalej wąsaty pasażer pierwszego z trzech oliwkowych UAZ-ów wytęża słuch. – Krawiecki strzela? – pyta kierowcę. Obaj niejeden raz słyszeli strzelający AKMS. – Na to wygląda. – Ale żeby cały magazynek od razu? Dziwne. No i do kogo? Chwilę potem wopista wywołuje oficera dyżurne- go, powiadamia, że słyszeli strzały. Radiotelefon sze- regowego milczy, bo śmierć zamknęła mu usta. 11. Kammler organizuje spotkanie w białym pałacyku leżącym na wschód od Wolfsschanze. Pod spojrze- niem prowadzącego znikają uśmiechy. W tym bez- względnym wzroku nie ma miejsca na jakiekolwiek skrupuły. Mężczyzna w kurtce pilota Luftwaffe, sie- dzący przy wygaszonym kominku, skłania głowę, gdy wzrok von Brauna zatrzymuje się na poparzonej twa- rzy. 38 – Jak panowie zapewne już wiedzą– zaczyna Kammler – uczyniono mnie specjalnym przedstawicie- lem dowódcy SS przy programie, z którego powodu się tutaj zebraliśmy. Ale nie ma się z czego cieszyć. Nie jest dobrze. Weźmy się do pracy – cedzi, po czym do- tyka ustami brzegu szklanki z wodą. – Sprawa jest po- ważna – postanawia zaprezentować pomysł mający zaważyć na losach nie tylko Rzeszy, lecz także świata. – Pewnie już wiecie, że RAF – obrzuciwszy wzrokiem zebranych, zatrzymuje spojrzenie na twarzy von Brau- na – przeprowadził bombardowanie, które zniszczyło Peenemünde. – milknie, by wywołać większy efekt. – Niektórym z nas ledwie udało się ujść z życiem, czyż nie, panie doktorze? – Nie wszyscy – odpowiada von Braun – mieli tyle szczęścia co ja. – Dzięki Bogu nas ono nie opuściło. Nie wszystko zniszczono. Niemniej bombardowanie oznacza, że nasi wrogowie wiedzą już o istnieniu ośrodka. – Co chce pan przez to powiedzieć? – Potrzebna nam nowa lokalizacja. – Ma pan jakieś propozycje? – mówiąc to, von Braun ściera jedwabną chusteczką pot z czoła. Przez następne minuty Kammler referuje, zmienia- jąc mapy. Przedstawia śmiałą koncepcję: Wehrmacht do końca roku wycofa się za linię Witebsk–Kijów– Odessa. Na sali pojawia się szmer przerażenia. Więk- szość zebranych jednak milczy. Kammler tymczasem snuje szaleńczą wizję, według której za rok, w grudniu 39 czterdziestego czwartego roku Armia Czerwona prze- kroczy linię Curzona, wyprze Wehrmacht za Wisłę i oprze front o Karpaty. Kolejna mapa zakłada utratę Słowacji, Rumunii, Węgier, Bułgarii i Czechosłowacji na południu oraz opiera front brzeg Odry na północy. To nie wszystko! Następna mapa, tym razem basenu Morza Śródziemnego, przedstawia utratę Włoch, co nie jest znów aż tak nieprawdopodobne. – Ależ! – oburza się ktoś z sali. – Zbyt duże czar- nowidztwo pan nam tu prezentuje! – Panowie! – wtrąca się Speer – proszę pozwolić oberführerowi skończyć. Spojrzenia Speera i Kammlera się spotykają. Inni także spoglądają po sobie, zdziwieni. – Proszę posłuchać – ciągnie spokojniej Kammler. – Alianci już wylądowali na Sycylii. Mussoliniego osu- nięto od władzy. Jest uwięziony, a wyspy mimo twar- dego oporu nie udało się utrzymać. Uważam, że ude- rzenie wroga na Półwysep Apeniński to kwestia dni. Następne mapy przedstawiają sytuację z trzecim frontem na północnym wybrzeżu Francji. Pokazując ostatnią mapę, na której terytorium Rzeszy kurczy się do granic sprzed trzydziestego ósmego roku, Kammler nie pozostawia wątpliwości. – Czyli twierdzi pan, że do końca czterdziestego piątego przegramy? – pyta Speer. – Nie, ale uważam, że powinniśmy być daleko- wzroczni. Dla dobra Niemiec. 40 – Jaki to ma związek z nami? – chce wiedzieć von Braun. – Przecież nie jesteśmy żołnierzami. – Właśnie! Jak wspomniałem – wyjaśnia Kammler – konieczne jest przeniesienie waszego projektu w bezpieczne miejsce. – Ale co to znaczy? – wtrąca się Hermann Oberth. – Bezpieczne miejsce? Przecież alianci są w stanie do- lecieć i zrzucić bomby w każde miejsce! Kammler nigdy nie lubił tego skurwysyna. Choler- ny austriacki fantasta! Ale nie można tej świni zarzucić, że jest głupcem. Nie dość, że ma pieprzoną rację, to jeszcze jest bardzo ważny dla projektu. – Cóż – wzdycha specjalny przedstawiciel. – Tak, panie doktorze. Gdybyśmy znaleźli się w aż tak trudnej sytuacji, to gdziekolwiek przeniesiemy waszą pracę, będzie zagrożona bombami. Dlatego proponuję ulo- kować ośrodek tutaj – wskazuje szpicrutą rejon na mapie. – Kiedy wykujemy tunele w skałach, zalejemy wejścia betonem i przystosujemy obiekt do długotrwa- łej obrony, to nasze twierdze będą nie do zdobycia. Zresztą – macha ręka – już mamy tunele. Od lat istnie- ją tam przecież kopalnie. Wystarczy, że je rozbuduje- my. Żadna bomba nie jest w stanie przebić sześćdzie- sięciu metrów skały. A w górach mamy surowce, które są do realizacji naszego planu niezbędne. – Czy to oznacza utratę Berlina? – pyta Oberth. – Możemy się przygotować na przetrwanie naj- trudniejszych chwil poza stolicą. To pozwoli nam zy- skać na czasie i doprowadzić plan do końca. Wtedy 41 odzyskamy nie tylko Berlin. A zatem, panie von Braun? – kontynuuje Kammler. – Kiedy będzie pan gotowy? – Ach – ciężko wzdycha naukowiec. – To bardzo trudne pytanie. – Proszę spróbować. – Prawdę mówiąc – jąka się doktor – potrzeba nam jeszcze czasu. Prawda, panowie? – zwraca się do współpracowników. Ernst Steinhoff, Oberth, Tessmann, a nawet mil- czący generał Dornberger kiwają głowami. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zniszczenie ośrodka opóźni ich pracę co najmniej o kilka miesięcy. Może pracowaliby lepiej, gdyby nie rezerwa, z jaką jeszcze niedawno od- nosił się do ich prac Hitler. – Pozostaje jeszcze wiele nierozwiązanych proble- mów. Niemniej mam nadzieję, że na początku przy- szłego roku. Zaznaczam: nie ma pewności, czy będzie ona w pełni gotowa do bojowego użycia. – Dlaczego? – Potrzebne są środki – zabiera głos generał. – Tymczasem sukcesywnie się ich nam odmawia. To policzek dla Speera, który natychmiast czerwie- nieje. Prawda jest bowiem taka, że faktycznie odma- wiał wsparcia dla programu. Nic dziwnego, bo mrzon- ki Hitlera o cudownej broni pochłaniają miliony, a za to można wyprodukować dziesiątki czołgów, dział i samolotów. 42 – Środki będą – odpowiada. – Ma pan moje słowo. Sytuacja się zmieniła, prace ruszą natychmiast. Zajmie się tym Organizacja Todt, ale zapytam wprost – spo- gląda natarczywym wzrokiem na von Brauna. – Czy jesteście w stanie dać broń, która pozwoli nam na zwycięstwo? – Bez wątpienia. – Kiedy? – dopytuje. – Kiedy będzie gotowa? – Za dwa, trzy lata – odpowiada von Braun i nasta- je cisza. Tak oto rozpoczęła się nowa karta w historii II wojny światowej. Kilka godzin później zapadną rozka- zy dotyczące budowy tajnej kwatery Hitlera w sudec- kim kompleksie Riese oraz przeniesienia linii produk- cyjnych tajnej broni do sztolni drążonych w górach. Ten szalony projekt przypłacą życiem tysiące więź- niów w kilkunastu obozach pracy na terenie Niemiec, Austrii i dzisiejszej Polski. 12. Planując wywoływanie ducha, Kazik zamierzał się tylko zabawić. Zorganizował wszystko tak, aby było bezpiecznie. Szczególnie dokładnie przemyślał wybór miejsca, gdzie znajdzie się ogień. Nie wiedział, że Władeczek ma duże zdolności parapsychiczne. Zresztą najmłodszy z nich, jak większość podobnych mu ludzi, sam nie zdawał sobie z tego sprawy. – Cholera jasna – marudzi Władeczek tymczasem – zmarzłem. Siedzimy tu jak durnie, urządzamy głupie 43 zabawy… Po jaką cholerę usiedliśmy tak daleko od ognia? Zimno mi. Wracajmy do ognia. – Nie! Poczekaj – ostrzega Kazik. – Nie wstawaj, nie rozrywaj kręgu. Jeszcze chwilę i kończymy. – Mnie tam jest ciepło – wtrąca Genek. – Cicho! – ucina rozmowy Kazik. – Duchu, jeśli przybyłeś, daj nam znak, że jesteś. I wtedy dostrzegają poruszający się talerzyk. Widzą wyraźnie, jak przesuwa się wolno po planszy. Wzdłuż kręgosłupów biegną im dreszcze. Władeczek nie może opanować drżenia rąk, Kazik nie rozumie, co się dzie- je. Zerka na ogień. – Ej! Chłopaki! – mruczy Franek. – Dajcie spokój. Wokół coś się dzieje. Dopada ich cisza, jakiej jesz- cze nigdy nie doświadczyli. Przypomina tę chwilę, gdy w wannie zanurza się głowę i wraz z wodą w uszy wlewa się nicość. Lodowate powietrze, wciągane z każdym wdechem, jest ciężkie. Szczyt spowija gęstnie- jąca mgła. I ten odór. – Za późno – odzywa się mały. – On już jest z na- mi. – Też to widziałem – szepcze Kazik. – Przysięgam, nie przesuwałem talerzyka. – Ja też nie – dodaje przestraszony Genek. – Jezu! Właduś – jęczy Kazik – przyznaj się. To ty? – Nie chodzi o talerzyk. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to czuję. On tu jest. – Kto? – mówi Kazik. – Kto tu jest? 44 Metalowa menażka przewraca się, wywołuje prze- raźliwy hałas. Kilka metrów dalej butelka z wodą spa- da z kamienia. Ognisko strzela ogniem, jak gdyby ktoś podlał je ropą. Pęka sucha gałąź. – On. – Jezu! – stęka blady Genek. – On naprawdę nie zalewa! – Uspokójcie się, co cholery! – Kazik stara się za- panować nad sytuacją. – Przecież sami tego chcieliśmy, tak? – Ty chciałeś – mruczy Władeczek. – Nie zmuszałem was. Doprowadźmy to teraz do końca. Jest zadowolony. Ogień pali się mocno, tak jak im teraz trzeba. „Wszystko przebiega zgodnie z planem – myśli pomysłodawca seansu, zerkając na ognisko. – Tylko Władek jakiś dziwny. Pewnie to strach”. – Kazik ma rację – popiera kolegę Franek. – Dobra – zgadza się Genek. – Chyba nie mamy wyjścia. Spoglądają na przerażonego malca. Ręce wciąż drżą mu jak w febrze. Kiwa głową, a jego twarz wygląda, jakby zmieniała się w demoniczną maskę. – W takim razie – uroczyście mówi Kazik – duchu, powiedz, kim jesteś. Talerzyk wyrywa się spod ich palców i uderza chłopca w brzuch. Ten pada na plecy, jęcząc z bólu. Pozostali zrywają się na równe nogi. Ale nie mały Władeczek, on leży na plecach. 45 – Aargaroth – odzywa się, ale to nie jego głos. Kazik na klęczkach, trzymając się za brzuch, unosi głowę. Pozostali dwaj zatrzymują spojrzenia na malcu. Ten zaś wywala oczy w górę, widać tylko białka. Gar- dła ściska wszystkim obręcz strachu, tak przeraźliwe- go, jaki można poczuć tylko raz w życiu: tuż przed własną śmiercią. – Pomóżcie! – rzuca Kazik, przesuwając się w kie- runku Władeczka. – Coś mu się stało? W ogniu coś syczy, niczym upuszczane powietrze. Ognisko przygasa. Ciemność potęguje strach do granic obłędu. Franek chwyta lampę, podkręca knot. Ich bla- de twarze oświetla jasny, upiorny blask. – Co to? Słyszeliście? – pyta Franek z przeraże- niem. Słyszą kroki. Wyraźne, na tyle głośne, by nie pozo- stawiać wątpliwości. Trzeszczą łamane gałęzie. W krę- gu światła lampy chłopcy widzą poruszające się gałęzie i drzewa. Nie są już sami. Ktoś chodzi wokół. – Musimy coś zrobić! – wrzeszczy Franek. – Sły- szysz? – rzuca w kierunku Genka. – Zrób coś z nim! Genek jednak jest sparaliżowany strachem. Nie może wykrztusić z siebie ani słowa, a cóż dopiero do- tknąć kolegi, który najwyraźniej postradał zmysły. Gdy zauważają ciemniejącą plamę na nogawce Genka, uświadamiają sobie, że to nie zabawa. – Kazik! – apeluje Franek – To ty go wołałeś, więc go odwołaj! Odwołaj ducha. Odwołaj, do cholery! 46 Przerażony Kazik spogląda na kolegę trzymającego lampę. Kiwa głową. Wie, że to jedyne wyjście. Wie też, że sytuacja wymknęła się spod jego kontroli. – Siadajcie – poleca. – Duchu – mówi płaczliwie – udaj się, skąd przybyłeś. Duchu… – Aargaroth – znów słyszą głęboki, skrzekliwy ba- ryton z ust Władka, po czym chłopiec mruga oczami, jakby się właśnie obudził. Gramoli się z ziemi jak bokser na ringu trafiony sierpowym. Spoglądają po sobie, nic nie rozumiejąc. Szelesty cichną, krzaki i drzewa przestają się ruszać. Wraca spokojna wiosenna noc w górach. Ogień znów zaczyna się palić. „Już po wszystkim” – myślą. Ogarnia ich odprężenie. – Jezus Maria! – mruczy Kazik, zerkając na ognisko – Ale miałem pietra! – Władek, co ci się stało, do cholery? – wtrąca się Franiu. – Zemdlałeś ze strachu? Mały milczy, przecierając oczy. Z zażenowaniem spoglądają na portki Genka. Ten nadal się trzęsie. – Uff – wzdycha Kazik. – Dobrze, że to się już skończyło. – Co za kretyński pomysł! – mruczy Franio. – Co się stało? Możesz mi to wyjaśnić? – Spójrz – Kazik wskazuje skołowanego malca i Genka w zeszczanych spodniach. „Nie tak miało być” – myśli. Ale nie ma już wyj- ścia, musi doprowadzić plan do końca, a jest pewien, że nie zostało już wiele czasu. 47 – Dobrze, że jesteśmy bezpieczni – mruczy Genek, wstając z kręgu. – Nie wstawaj! Nie słyszą już tego jednak. Noc rozdziera potwor- ny huk. Dzieje się to, co Genek przed chwilą widział w myślach: nieznana siła odrywa mu oba ramiona, a jego ciało w mgnieniu oka staje się żywą pochodnią. Wła- deczek leży na ziemi z roztrzaskaną czaszką. Nad ich głowami rozpędza się wiatr. Las dziko tańczy pomię- dzy płomieniami, strzelającymi na kilka metrów. Drzewa wirują w szaleńczej karuzeli. Kazik i Franek rzucają się do ucieczki. Pędzą na oślep, byle dalej. Chwilę potem na ziemię spadają pierwsze krople deszczu. Granatowe niebo przecinają błyski, grzmoty przewalają się z potwornym echem przez doliny. Chłopcy w ciemnościach przewracają się, ranią, obijają o pnie. Tych, którzy zostali na szczycie, na zawsze otacza ciemność. 13. Pióra przelatujących nad nimi gołębi cicho świsz- czą. Na horyzoncie dym wolno unosi się białymi kłę- bami w lepkim powietrzu. Dobiegają ich krzyki dzieci, odgłosy przejeżdżających samochodów, szczekanie psa. Jaskółki latają nisko. W dali bicie dzwonów. – Paula, jaki demon? Nie bądź śmieszna! – Nie jestem. To prawdziwa historia. 48 – No dobra – Jakub włącza analityczne myślenie. – Powiedziałaś, że poszli we czterech. Wrócili we dwóch? – Tak. – A co się stało z tymi, którzy nie wrócili? – Nigdy ich nie odnaleziono. – To niemożliwe. – Naprawdę! – Kiedy to było? – Chyba w latach sześćdziesiątych. Możesz zapytać taty. – Dobrze – mruczy mężczyzna – przypuśćmy, że to prawda. Co zatem powiedzieli pozostali dwaj, jak już demon opuścił ich ciała? – drwi. – Nigdy ich nie opuścił. – Co? – Nic nie powiedzieli. – Jak to możliwe? – pyta Jakub z irytacją. – Zasta- nów się: przecież jeśli dwóch młodych ludzi zaginęło- by w górach, poszukiwaliby ich rodzice. Pozostała dwójka musiałaby zostać przesłuchana przez milicję! Nonsens! – Poszukiwano ich – denerwuje się dziewczyna. – Milicja, pogranicznicy, strażacy i ludzie z okolic przez kilka dni przeczesywali góry. Ale nic nie znaleźli. – Nie wierzę. A tamci co? Oglądali telewizję, tak? I ani pary z ust? – Zostali opętani. – Opętani? 49 – Trafili do szpitali. Jeden był w potwornym stanie. – O! – znów drwi on. – Dobre. Mocne. Bardzo dobre. – Wiem tylko – dodaje Paula – że w kółko powta- rzał jakieś słowo. – Jakie? – Nie pamiętam. Dziwne. Brzmiało jak nazwa ja- kiegoś bóstwa. Jakub kręci głową, lecz gdzieś głębok
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Góra Bogów Śmierci
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: