Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00207 005499 13610793 na godz. na dobę w sumie
Gorączka nocy - ebook/pdf
Gorączka nocy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5138-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Młodość to czas beztroskiej zabawy, jednak nie dla Rebecki Cullen, która opiekuje się chorym dziadkiem, wychowuje dwójkę młodszych braci, prowadzi farmę i pracuje w kancelarii prawniczej. Nic dziwnego, że tak zajęta osoba nie ma czasu na życie prywatne. Gdy jeden z jej braci zostaje aresztowany za posiadanie narkotyków, Rebecca postanawia zwrócić się do prokuratora okręgowego z prośbą o pomoc. Okazuje się, że to ten sam niesympatyczny mężczyzna, z którym od jakiegoś czasu prowadzi utarczki słowne, gdy spotykają się w drodze do pracy... Rourke Kilpatrick, pewny siebie i bezwzględny prokurator okręgowy, toczy zaciekłą walkę z gangami narkotykowymi. Wypuszcza brata Rebecki, ale tylko po to, by mieć go na oku i w ten sposób dotrzeć do bossów narkotykowego interesu. Rebecca coraz bardziej mu się podoba, a nawet wydaje się odwzajemniać jego uczucia. Gdy jednak jej brat wpada w kolejne, tym razem o wiele poważniejsze tarapaty, sytuacja się komplikuje...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

st2008 dp gn.indd 1 st2008 dp gn.indd 1 st2008 dp gn.indd 1 st2008 dp gn.indd 1 st2008 dp gn.indd 1 2/15/08 6:40:02 PM 2/15/08 6:40:02 PM 2/15/08 6:40:02 PM 2/15/08 6:40:02 PM Przełożyła: Małgorzata Borkowska Tytuł oryginału: Night Fever Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2006 Redaktor prowadzący: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 1990 by Susan Kyle ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-5138-7 ROZDZIAŁ PIERWSZY Atlanta, 1990 Rebecca Cullen ostroz˙nie balansowała pojem- nikiem, w którym niosła trzy kubki, starając się nie wylać kawy na podłogę. Przyszło jej na myśl, z˙e gdyby naprawdę dobrze opanowała tę sztucz- kę, mogłaby występować w cyrku. Pokrywki na styropianowych kubkach jak zwykle nie chroniły zbyt dobrze zawartości. Faceta, który stał za ladą w małym barze na dole, niewiele obchodziło, czy chuda, nijaka dziewczyna zaleje kawą swój nie- modny szary kostium. Pewno bierze mnie za jakąś bizneswoman, pomyślała. Za jedną z tych zaciekłych przeciwni- czek męz˙czyzn, które karierę zawodową stawiają na pierwszym miejscu przed zakładaniem rodzi- ny i rodzeniem dzieci. Zdziwiłby się, widząc ją na farmie dziadka w obciętych dz˙insach, podko- szulku, z bosymi nogami i rozpuszczonymi do 5 pasa złotobrązowymi włosami. Kostium, który nosiła do pracy, był wyłącznie kamuflaz˙em. Becky mieszkała na wsi. Była jedyną podporą dziadka i dwóch młodszych braci. Matka zmarła, gdy Becky skończyła szesnaście lat, a ojciec pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy był kompletnie spłukany i potrzebował pieniędzy. Becky nie zmartwiła się, gdy przed dwoma laty wyniósł się do Alabamy i przestał utrzymywać z nimi kontakt. W tej chwili miała zupełnie dobrą pracę. W dodat- ku niedawno firma przeniosła się do Curry Sta- tion, co było jej bardzo na rękę, bowiem teraz od biura usytuowanego na przedmieściach Atlanty dzieliło ją zaledwie kilka minut jazdy do domu. Nie miała powodów, z˙eby narzekać na pracę, uwaz˙ała tylko, z˙e szefowie powinni moz˙liwie szybko kupić nowy ekspres do kawy. Wyprawy do baru, które odbywała kilka razy dziennie, zaczynały jej juz˙ doskwierać. W biurze praco- wały jeszcze trzy inne sekretarki, recepcjonistka i dwie praktykantki, lecz wszystkie zajmowały wyz˙sze od niej stanowiska, więc to na Becky spadała cała czarna robota. Skrzywiła się nie- chętnie, kierując się do windy. Miała nadzieję, z˙e w drodze na szóste piętro nie spotka jej z˙adna przykra niespodzianka. Jej piwne oczy przesunęły się po holu. Ode- tchnęła z ulgą, widząc, z˙e nigdzie w pobliz˙u nie ma wysokiego męz˙czyzny. Nie dosyć z˙e jego czarne oczy wydawały się zimne jak lód, to 6 w dodatku najwyraźniej nie znosił kobiet, a jej w szczególności. Najgorsze było jednak to, z˙e palił te wstrętne cienkie czarne cygara. W win- dzie było to szczególnie uciąz˙liwe. Ktoś powi- nien zwrócić mu uwagę, z˙e w mieście obowiązu- je zakaz palenia w miejscach publicznych. Miała ochotę sama mu o tym przypomnieć. Dokoła było jednak zawsze zbyt wiele osób, a chociaz˙ Becky nalez˙ała do dość zadziornych ludzi, to jednak przy obcych brakowało jej śmiałości. Miała nadzieję, z˙e kiedyś wreszcie spotka się z nim sam na sam, a wtedy nie omieszka powie- dzieć, co myśli o jego potwornie cuchnących cygarach. Prawdę mówiąc, miała powaz˙niejsze proble- my niz˙ facet palący cygara. Dziadek wciąz˙ jesz- cze nie wrócił do zdrowia po zawale, który prze- szedł dwa miesiące temu. Nie mógł juz˙ pracować na farmie, przez co większość obowiązków spad- ła na Becky. Clay, starszy z jej braci, chodził do ostatniej klasy szkoły średniej. Ostatnimi czasy ciągle wpadał w jakieś tarapaty i nigdy nie mogła liczyć na jego pomoc. Mack z kolei był uczniem piątej klasy i miał kłopoty z matematyką. On co prawda rwał się do pomocy, jednak był zbyt mały i nie mógł zrobić zbyt wiele. Becky miała dwa- dzieścia cztery lata i właściwie musiała zrezyg- nować z prywatnego z˙ycia. Ledwie skończyła szkołę, umarła mama, a ojciec postanowił udać się w nieznane. 7 Poszybowała myślami daleko, zastanawiając się, jak mogłoby wyglądać jej z˙ycie, gdyby tyle osób nie było od niej zalez˙nych. Chodziłaby na imprezy, nosiła ładne rzeczy, a chłopcy umawia- liby się z nią na randki... – Przepraszam – mruknęła niechętnie jakaś kobieta z teczką, omal nie wytrącając jej z rąk pojemnika z kawą. Wróciła do rzeczywistości w samą porę, by zdąz˙yć wsiąść do windy, która w drodze z garaz˙u była juz˙ niemal pełna. Wcisnęła się między kobietę, wokół której roztaczał się odurzający zapach perfum a dwóch męz˙czyzn, którzy pro- wadzili zaz˙artą dyskusję na temat zalet kom- puterów dwóch konkurencyjnych firm. Poczuła niewysłowioną ulgę, gdy zarówno męz˙czyźni jak i pozostali pasaz˙erowie, łącznie z przesadnie wyperfumowaną damą, wysiedli na trzecim i czwartym piętrze. – Boz˙e, jak ja nie znoszę komputerów – wes- tchnęła głośno, gdy drzwi się zamknęły. – To tak jak ja – z tyłu dobiegł ją niski, gderliwy głos. Omal nie upuściła kawy, gdy gwałtownie się odwróciła, by zobaczyć, kto to mówi. Była prze- konana, z˙e w windzie oprócz niej nie ma nikogo. Jak to moz˙liwe, z˙e nie dostrzegła tego faceta? Sama była trochę więcej niz˙ średniego wzrostu, ale on przeciez˙ musiał mieć co najmniej metr osiemdziesiąt pięć. Zresztą rzucał się w oczy nie 8 tylko ze względu na wzrost. Bardziej chyba chodziło o jego muskularną budowę. Z takiej sylwetki byłby dumny kaz˙dy sportowiec. Miał szczupłe, pięknie ukształtowane ciemne dłonie i duz˙e stopy, a gdy nie cuchnął dymem nikotyno- wym, dało się wyczuć najbardziej seksowną wodę toaletową, jaką kiedykolwiek wąchała. Jednak jego męska uroda nie obejmowała twa- rzy. Becky nigdy dotąd nie widziała męz˙czyzny, który wyglądałby tak niesympatycznie. Miał ostre rysy i zawziętą minę. Nad czar- nymi, głęboko osadzonymi, wąskimi oczami o niezwykle przenikliwym spojrzeniu rysowały się grube czarne brwi. Nos miał zgrabny i prosty, a w brodzie niewielki dołek. Jego twarz była podłuz˙na i szczupła, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Ciemna cera nie była z pewnością efektem przesiadywania na słońcu. Miał ją z natury. Wyglądał na mniej więcej trzydzieści pięć lat, lecz na jego śniadej twarzy zaczynały się pojawiać głębokie zmarszczki, a chłód, jaki przebijał z jego postawy, wręcz poraz˙ał. Becky nigdy jeszcze nie widziała, z˙eby jego szerokie, ładnie ukształtowane usta rozciąg- nęły się w uśmiechu. Największą zaletą nie- znajomego był jego głos – głęboki, czysty i bar- dzo dźwięczny. Głos, który w zalez˙ności od nastroju mógł pieścić lub ranić. Męz˙czyzna był ubrany w elegancki ciemno- szary garnitur w drobne prąz˙ki, białą bawełnianą 9 koszulę i jedwabny krawat w turecki wzór. Masz ci los! – pomyślała Becky. A juz˙ cieszyłam się, z˙e udało mi się go uniknąć. – O, to znowu pan – mruknęła z rezygnacją. Poprawiła w pojemniku styropianowe kubki. – Czy pan przypadkiem nie jest właścicielem tej windy? Za kaz˙dym razem, gdy do niej wsiadam, pan juz˙ tu stoi i mruczy coś ze złością. Nigdy się pan nie uśmiecha? – Jeśli znajdę powód do uśmiechu, pani do- wie się o tym pierwsza – odparł, pochylając głowę, z˙eby zapalić swoje cuchnące cygaro. Pierwszy raz widziała takie czarne, gęste i proste włosy. – Nienawidzę dymu z cygar – odezwała się, przerywając ciszę. – W takim razie niech pani wstrzyma oddech, póki drzwi się nie otworzą – powiedział zupełnie obojętnie. – Jest pan najbardziej gburowatym męz˙czyz- ną, jakiego kiedykolwiek poznałam! – wykrzyk- nęła. Z wściekłością odwróciła się do niego tyłem i wlepiła wzrok w wyświetlacz z numerami pięter. – Wcale mnie pani nie poznała – zwrócił jej uwagę. – I całe szczęście. – Pracuje pani w tym budynku? – Z tyłu doszło ją stłumione pytanie. – Właściwie nie pracuję zawodowo. – Spoj- 10 rzała na niego przez ramię z jadowitym uśmie- chem. – Jestem utrzymanką jednego z adwoka- tów w kancelarii Malcolm, Randers, Tyler i Ha- gue. Spojrzenie czarnych oczu przesunęło się po jej szczupłej sylwetce, objęło nijaki kostium i panto- fle na płaskim obcasie, po czym wróciło do twarzy, na której dziś nie było ani śladu makija- z˙u. Jej piwne oczy były równie ładne jak złoto- brązowe włosy. Miała wydatne kości policzko- we, pełne usta, prosty nos, a przy tym ujmujący wyraz twarzy. Nietrudno było się domyślić, z˙e gdyby się postarała, wyglądałaby całkiem atrak- cyjnie. – Ten adwokat musi mieć najwyraźniej kło- poty ze wzrokiem – uznał w końcu. Oczy Becky zwęziły się. Zacisnęła palce na pojemniku, próbując się opanować. Prawdę mó- wiąc, chętnie oblałaby tego gbura gorącą kawą, zdawała sobie jednak sprawę, z˙e konsekwencje mogłyby okazać się dość przykre. – Z pewnością nie jest ślepy – odrzekła wy- niośle. – Braki w urodzie wyrównuję niesamowi- tą biegłością w sprawach łóz˙kowych. Najpierw starannie smaruję ukochanego miodem – szep- nęła konspiracyjnie, pochylając się w stronę rozmówcy – a potem przynoszę specjalnie treso- wane mrówki... Męz˙czyzna podniósł do ust cygaro, zaciągnął się i wydmuchnął wielką chmurę dymu. 11 – Mam nadzieję, z˙e najpierw go pani rozbiera – odezwał się. – Trudno jest sprać miód z mate- riału. To moje piętro. Nie spuszczając z niego wzroku, odsunęła się, z˙eby go przepuścić. Nie wiedziała, kim jest, ale naprawdę miała go powyz˙ej uszu. Właściwe od pierwszego spotkania – a było to niedługo po tym, gdy zaczęła pracować w tym budynku – rzucał jakieś złośliwe uwagi i nabijał się z niej. – Miłego dnia – rzuciła za nim przesadnie słodkim głosem. Nawet nie raczył się odwrócić. – Był całkiem miły, dopóki nie spotkałem pani. – Niech pan sobie wetknie to cygaro... – wy- buchnęła. Drzwi zamknęły się, nim dokończyła i winda ruszyła w górę na czternaste piętro. Alez˙ ten facet działa mi na nerwy, westchnęła Becky, widząc wyświetlony numer. Czemu musi pracować aku- rat w tym budynku? W końcu udało jej się wysiąść na szóstym piętrze. Wciąz˙ gotując się ze złości, weszła do biura. Minęła pogrąz˙one w pracy dwie sekretarki – Maggie i Jessicę, które siedziały w drugiej części pokoju. Stanowisko Becky było tuz˙ obok gabinetu Boba Malcolma, młodszego wspólnika w firmie i jej bezpośredniego przełoz˙onego. Bez pukania wmaszerowała do duz˙ego gabi- netu. Harley i Jarard, młodsi współpracownicy 12 Malcolma, niecierpliwie czekali na kawę, Bob podirytowanym głosem mówił coś do telefonu. – Postaw to gdziekolwiek, Becky. Dziękuję – rzucił, osłaniając dłonią słuchawkę. – Kilpat- rick właśnie przyszedł – poinformował kole- gów i westchnął. Becky w milczeniu rozdała kubki z kawą. Harley i Jarard podziękowali jej cicho. Bob znów rozmawiał przez telefon. – Posłuchaj, Kilpatrick. Proszę jedynie o krót- ką naradę. Mam nowe dowody. Chciałbym, z˙e- byś na nie spojrzał. – Bob poczerwieniał na twarzy i z całej siły walnął pięścią w biurko. – Do diabła, człowieku! Mógłbyś być bardziej elas- tyczny. – Westchnął ze złością. – W porządku, będę za pięć minut. – Z trzaskiem odłoz˙ył słuchaw- kę. – Boz˙e święty, modlę się, z˙eby nie startował do ponownych wyborów – jęknął. – Pracuję z nim dopiero drugi tydzień, a juz˙ mam go dość. Duz˙o bym dał, z˙eby pracować z Danem Wa- de’em. Dan Wade był prokuratorem Atlanty. Becky słyszała, z˙e jest bardzo sympatyczny. Jednak w hrabstwie Curry stanowisko prokuratora okrę- gowego zajmował Rourke Kilpatrick. – Właściwie trudno go winić – odezwał się Harley. – Z˙aden prezydent nie dostał tylu po- gróz˙ek, ile on w ciągu ostatniego miesiąca. A wszystko przez tę wojnę, jaką wydał narko- tykom. To naprawdę twardy facet i z pewnością 13 nie da za wygraną. Prowadziłem tu kilka spraw i wiem, jaką ma opinię. Jego nie moz˙na kupić. Jest praworządny az˙ do szpiku kości. Bob odchylił się w skórzanym fotelu. – Do tej pory chodzą mi ciarki na wspo- mnienie, jak pewnego razu Kilpatrick załatwił mojego świadka. Kiedy kobieta skończyła ze- znawać, musieli jej podać środki uspokajające. – Naprawdę jest taki straszny? – spytała za- intrygowana Becky. – Owszem – odparł szef. – Nie miałaś okazji go poznać, prawda? Chwilowo pracuje w naszym budynku, bo jego biuro jest akurat remontowane. Dla nas to całkiem wygodne, bo zamiast jechać do sądu, wystarczy wejść na wyz˙sze piętro. Jednak Kilpatrick nie cierpi swojego tymczaso- wego lokum. – Prawdę mówiąc, Kilpatrick nienawidzi wszystkiego, ludzi równiez˙ – zaśmiał się Harley. – Powiadają, z˙e charakter odziedziczył po przod- kach. Jest półkrwi Indianinem, a ściślej mówiąc, Czerokezem. Po śmierci jego ojca matka Kilpat- ricka przyjechała tu, z˙eby zamieszkać z rodziną męz˙a. Wkrótce i ona umarła, a wtedy Kilpatri- ckiem zaopiekował się jego wuj. Był głową jed- nego z rodów, które zakładały Curry Station i bez trudu zmusił miejscową społeczność, z˙eby za- akceptowała jego krewnego. Był równiez˙ sędzią federalnym – dodał z uśmiechem. – To właśnie od niego Kilpatrick zaraził się miłością do prawa. 14 Trzeba wam bowiem wiedzieć, z˙e stary Kilpat- rick był chodzącą uczciwością. – No nic... Mimo wszystko pójdę na górę i zaoferuję mu swoją duszę w imieniu naszego klienta – oznajmił Bob Malcolm. – Mógłbyś posłać Becky – zaz˙artował Harley. – Moz˙liwe, z˙e jej udałoby się trochę go zmięk- czyć. Co ty na to? – Zjadłby ją na śniadanie – roześmiał się Malcolm i odwrócił się do sekretarki. – Kiedy wyjdę, pomóz˙ trochę Maggie, dobrze? Trzeba nadgonić porządkowanie akt. – Oczywiście – uśmiechnęła się w odpowie- dzi. – Z˙yczę powodzenia. Spojrzał na nią z uśmiechem. – Z pewnością będę go potrzebował. Maggie pokazała jej dokumenty, które nalez˙a- ło wprowadzić do kartoteki. Drobna, szczupła czarnoskóra kobieta pracowała w firmie od dwu- dziestu lat. Miała ostry język i potrafiła być równie nieprzyjemna dla klientów, jak i dla no- wych sekretarek. Na szczęście jednak Becky była z nią w bardzo dobrych stosunkach. Nawet od czasu do czasu jadały razem lunch. W gruncie rzeczy Maggie była jedyną osobą poza dziad- kiem, z którą Becky mogła szczerze porozma- wiać. Jessica, elegancka blondynka, która siedziała po drugiej stronie pokoju, była sekretarką panów Hague i Randersa. Tess Coleman, jedna z prak- 15 tykantek, była młodą jasnowłosą męz˙atką o przy- jaznym uśmiechu. Nettie Hayes, czarnoskóra studentka prawa, równiez˙ była tu na praktyce. W recepcji siedziała Connie Blair, pełna z˙ycia brunetka, która często deklarowała swoją nie- chęć do stanu małz˙eńskiego. Stosunki Becky ze wszystkimi kolez˙ankami były naprawdę bar- dzo dobre, lecz bezsprzecznie najbardziej lubiły się z Maggie. – Zamierzają kupić nowy ekspres do kawy – napomknęła Maggie, gdy Becky usiadła do pracy. – Jutro pójdę to załatwić. Przy okazji poszukam prezentu dla swojej szwagierki. Nie- długo będzie rodzić. Becky uśmiechnęła się bez przekonania. Mia- ła wraz˙enie, z˙e z˙ycie przecieka jej przez palce. Nigdy nawet nie umówiła się na prawdziwą randkę. Poszła kiedyś na potańcówkę do klubu weteranów wojennych z wnukiem przyjaciela dziadka, ale to była zupełna klapa. Chłopak palił trawkę, lubił imprezować i zupełnie nie mógł pojąć, czemu Becky nie jest tym zachwycona. W biurze panowała opinia, z˙e Becky jest dość staromodna. Zresztą w tym zamkniętym środo- wisku kawalerowie byli rzadkością, a tym, któ- rzy jeszcze pozostali wolni, nie zalez˙ało na wchodzeniu w związek małz˙eński. Rebecca li- czyła na to, z˙e po przeniesieniu firmy do Curry Station jej z˙ycie towarzyskie ulegnie znacznej poprawie. Była to co prawda okolica podmiejska, 16 ale atmosfera panowała tu jak w małym mias- teczku. Tyle z˙e gdyby nawet poznała kogoś interesującego, nie mogłaby pozwolić sobie na powaz˙ny związek. Kto wtedy zająłby się dziad- kiem, Clayem i Mackiem? Pozostają marzenia, pomyślała z z˙alem. Zdecydowała poświęcić się rodzinie, zresztą nie miała innego wyjścia. Oj- ciec znał jej sytuację, ale nic go to nie ob- chodziło. Z tym tez˙ trudno było jej się pogodzić. Wiedział przeciez˙, jak harowała, a mimo to od dwóch lat nie dawał znaku z˙ycia. Nawet nie zadzwonił ani nie napisał, z˙eby dowiedzieć się, co się dzieje z jego dziećmi. – Pominęłaś dwa dokumenty, Becky. – Mag- gie przerwała jej rozmyślania. – Musisz bardziej uwaz˙ać, kochanie – dodała z czułym uśmiechem. – Oczywiście, Maggie – powiedziała cicho, koncentrując się na pracy. Późnym popołudniem wracała do domu swo- im białym thunderbirdem. Był to jeden ze star- szych modeli, niewielki, z anatomicznymi fote- lami i składanym dachem, lecz mimo to był najbardziej eleganckim autem, jakim do tej pory jeździła. Podobała jej się welurowa tapicerka w kolorze czerwonego wina i elektrycznie ot- wierane okna. Przepadała za swoim autem, a w związku z tym nawet opłaty i inne koszty eksploatacji nie były dla niej przykre. Musiała najpierw podjechać do śródmieścia, z˙eby zabrać jakieś papiery od prawnika, który 17 odszedł, zanim firma się przeniosła. Nie znosiła centrum Atlanty i cieszyła się, z˙e nie musi juz˙ tam pracować. Znalazła miejsce na parkingu, odebrała dokumenty, a kiedy ruszała w drogę powrotną, właśnie zaczął się największy ruch. Przy zjeździe na Ulicę Dziesiątą panował nieopisany tłok, przy Omni było jeszcze gorzej, ale koło szpitala Grady zaczęło się rozluźniać, a gdy minęła stadion i zjazd na międzynarodowe lotnisko Hartsfield, mogła się wreszcie odpręz˙yć. Po dwudziestu minutach wjechała do hrabstwa Curry, a pięć minut później okrąz˙ała juz˙ rynek w Curry Station, skąd było tylko kilka minut jazdy do podmiejskiego kompleksu biurowego, gdzie jej firma miała nową siedzibę. Curry Station niewiele zmieniło się od czasów wojny domowej. Rynku obowiązkowo strzegł z˙ołnierz Konfederacji z muszkietem w rękach. Wokół ustawiono ławki, na których w słoneczne sobotnie popołudnia przesiadywali starsi pano- wie. W pobliz˙u znajdowały się drogeria, sklep spoz˙ywczy i świez˙o wyremontowane kino. Był tu tez˙ wspaniały stary budynek z czer- wonej cegły z wielkim zegarem, gdzie odbywały się posiedzenia sądu okręgowego i stanowego. To właśnie tu mieściło się remontowane w tej chwili biuro prokuratora okręgowego. Becky zaintrygowała postać pana Kilpatricka. Tak jak wszyscy, słyszała oczywiście o jego rodzinie. Pierwszy z rodu, zanim jeszcze osiadł w Atlan- 18 cie, zrobił majątek na handlu w Savannah. Becky domyślała się, z˙e przez lata ich bogactwo zmniej- szyło się, ale z tego, co wiedziała, pan Kilpatrick jeździł mercedesem i mieszkał w okazałej rezy- dencji. Z pensji prokuratora nie byłoby go na to stać. Niektórzy dziwili się, z˙e postanowił ubiegać się o to stanowisko, skoro z dyplomem uniwer- sytetu w Georgii mógł załoz˙yć prywatną kan- celarię i zarabiać miliony. Rourke Kilpatrick został nominowany przez gubernatora, kiedy poprzedni prokurator okręgo- wy zmarł przed upływem kadencji. Rok później ku zaskoczeniu mieszkańców wygrał wybory. W hrabstwie Curry rzadko zdarzało się, aby mianowani odgórnie urzędnicy zdobywali popar- cie w głosowaniu. Do tej pory Becky nie poświęcała z˙adnej uwagi prokuratorowi okręgowemu i jego historii. Jej zakres obowiązków nie obejmował niczego, co dotyczyło sali sądowej, a w domu była zbyt zajęta, z˙eby śledzić codzienne wiadomości. Az˙ do dzisiaj zatem nazwisko Kilpatrick było dla niej pustym dźwiękiem. Zatopiła się w myślach, patrząc na dzielnicę willową, przez którą właśnie przejez˙dz˙ała. Przy głównej ulicy miasteczka stały wytworne domy, otoczone wielkimi dębami, sosnami oraz dere- niami, które wiosną pokrywały się róz˙owymi i białymi kwiatami. Przy bocznych drogach roz- ciągały się stare farmy. Ich walące się stodoły 19 i budynki mieszkalne były świadectwem uporu i dumy mieszkańców Georgii, którzy za z˙adną cenę nie chcieli stąd odejść. Jedna z tych farm nalez˙ała do Grangera Cul- lena. Dziadek Becky był trzecim z kolei potom- kiem rodu Cullenów, którzy mieli to gospodarst- wo od czasów wojny secesyjnej. Jakoś zawsze udawało im się utrzymać na tej stuakrowej posia- dłości. Obecnie farma popadła w ruinę, a biały, szalowany drewnem dom wymagał generalne- go remontu. Mieli telewizor, ale nie załoz˙yli kablówki, bo była za droga. Mieli telefon, ale podłączony do linii towarzyskiej z trzema sąsia- dami, którzy prawie nie odkładali słuchawki. Becky dziękowała swojej szczęśliwej gwieź- dzie, z˙e przynajmniej była woda miejska i kana- lizacja. Niestety zimą woda zamarzała w rurach, a w zbiorniku nigdy nie było dość gazu, z˙eby ogrzać dom. Odstawiła auto do pochyłej szopy, która słuz˙y- ła za garaz˙ i przez chwilę siedziała, rozglądając się wokół. Ogrodzenie było zardzewiałe i ledwo się trzymało na niemal całkiem zniszczonych słupkach. Drzewa były nagie, bo wciąz˙ panowała zima, a pole zarosło z˙arnowcem i łopianem. Przed wiosennymi uprawami trzeba je było za- orać, ale Becky nie potrafiła obsługiwać traktora, a Clay nie był na tyle odpowiedzialny, z˙eby mu powierzyć takie zadanie. Na poddaszu starej stodoły było jeszcze duz˙o siana dla dwóch krów, 20 które trzymali, z˙eby mieć własne mleko. Dzięki wysiłkom Becky wielka zamraz˙arka pełna była warzyw z poprzedniego lata, a w spiz˙arni stały słoje z domowymi przetworami. Jednak do czasu nowych zbiorów wszystko zostanie zjedzone i trzeba będzie znów uzupełniać zapasy. A prze- ciez˙ musiała takz˙e pracować zarobkowo. Właś- ciwie całe jej z˙ycie było ciągłą, nieprzerwaną pracą. Nigdy nie była na przyjęciu ani na z˙adnym balu. Nie miała okazji poczuć, jak miły w dotyku jest jedwab, ani skropić się wytwornymi per- fumami. Nigdy nie odwiedziła fryzjera ani mani- kiurzystki. I pewno nigdy tego nie zrobi. Ze- starzeje się, zajmując się rodziną i marząc o tym, by się stąd wyrwać. Ogarnęło ją poczucie winy, z˙e się tak nad sobą rozczula. Kochała dziadka i braci i nie wolno jej było winić ich za brak jej wolności. Zresztą odebrała takie wychowanie, z˙e nowoczesny styl z˙ycia nie sprawiłby jej radości. Nie mogłaby spać z przygodnie poznanymi męz˙czyznami, bo traktowanie z nonszalancją tak waz˙nych spraw było wbrew jej naturze. Nie mogłabym brać narkotyków ani pić wódki, bo mam zbyt słabą głowę i robię się senna nawet po niewielkiej ilość alkoholu, myślała, wysiadając z samocho- du. Nawet palić bym nie mogła, bo dym mnie dusi. – Nie pasuję do odrzutowców i komputerów – powiedziała w stronę kur, które patrzyły na nią 21 z podwórka. – Najwidoczniej sądzony mi kreton i koźla skóra. – Dziadku! Becky znów rozmawia z kurami! – krzyknął Mack ze stodoły. Dziadek uśmiechnął się do wnuczki. Siedział na ganku w trzcinowym fotelu, ubrany w białą koszulkę, sweter i ogrodniczki. Od tygodni nie wyglądał tak zdrowo. Jak na luty było wyjątkowo ciepło, prawie wiosennie. – Póki jej nie odpowiadają, nie ma czym się martwić – zawołał do jasnowłosego chłopca. – Odrobiłeś lekcje? – spytała Becky. – Och, Becky! Dopiero wróciłem! Muszę na- karmić swoją z˙abę. – Ciągłe wymówki – mruknęła. – Gdzie jest Clay? Jednak Mack zniknął juz˙ wewnątrz stodoły. Wchodząc na ganek, Becky dostrzegła, z˙e dzia- dek odwraca oczy i zaczyna bawić się laską i scyzorykiem. – Co się dzieje? – spytała, kładąc mu dłoń na ramieniu. Stary męz˙czyzna wzruszył ramionami i po- chylił łysiejącą, siwą głowę. Był wysoki, bardzo szczupły, a od czasu gdy zachorował, bardzo się przygarbił. Jego dłonie o długich palcach pokryte były starczymi plamami, a twarz miał zrytą zmarszczkami, które wyglądały jak koleiny wy- z˙łobione w drodze. Wyglądał duz˙o starzej niz˙ na swoje sześćdziesiąt sześć lat. Nie miał łatwego 22 z˙ycia. Dziadkowie Becky stracili troje dzieci – dwoje utonęło podczas powodzi, jedno zmarło na zapalenie płuc. Tylko ojciec Becky, Scott, doz˙ył wieku dojrzałego, ale on z kolei przy- sparzał wszystkim mnóstwa kłopotów. Nie wyłą- czając własnej z˙ony. W świadectwie zgonu od- notowano, z˙e przyczyną śmierci Henrietty, matki Becky, Claya i Macka było zapalenie płuc, jed- nak Rebecca była przekonana, z˙e mama po prostu się poddała. Odpowiedzialność za troje dzieci, niedomagającego teścia, problemy z włas- nym zdrowiem oraz bezustanne kłopoty z męz˙em hazardzistą i niepoprawnym kobieciarzem zupeł- nie ją załamały. – Clay wyszedł z chłopakami Harrisa – po- wiedział w końcu dziadek. – Sonem i Bubbą? – westchnęła. Koledzy Claya mieli oczywiście imiona, ale jak wielu chłopców z Południa uz˙ywali przydomków, któ- re nijak się miały do imion nadanych na chrzcie. Przezwisko Bubba było równie popularne jak Son, Buster, Billy-Bob czy Tub. Becky nawet nie znała prawdziwych imion chłopców, bo nikt ich nigdy nie uz˙ywał. Synowie Harrisa byli dorastającymi nastolatkami i obaj mieli juz˙ pra- wo jazdy. Zdaniem Becky w ich przypadku było to równoznaczne z zezwoleniem na za- bijanie. Obaj zaz˙ywali narkotyki, a chodziły tez˙ słuchy, z˙e Son był dilerem. Rzucił szkołę, gdy miał szesnaście lat, a teraz jeździł duz˙ą 23 niebieską corvettą i zawsze miał pieniądze. Be- cky nie lubiła Harrisów i otwarcie powiedziała to Clayowi. Widać jednak chłopiec nic sobie nie robił z rad starszej siostry, skoro znów wyszedł z tymi łobuzami. – Naprawdę nie wiem, co robić – odezwał się cicho dziadek. – Próbowałem z nim roz- mawiać, ale nawet nie chciał słuchać. Oznajmił, z˙e jest wystarczająco dorosły, z˙eby samemu podejmować decyzje i z˙e z˙adne z nas nie ma prawa mu rozkazywać. A w końcu mnie sklął. Wyobraz˙asz to sobie? Siedemnastolatek sklął własnego dziadka! – To zupełnie do niego niepodobne – odparła. – Jest taki nieznośny od Boz˙ego Narodzenia. Właściwie od czasu, gdy zaczął włóczyć się z młodymi Harrisami. – Nie poszedł dzisiaj do szkoły – ciągnął dziadek. – Zresztą nie chodzi juz˙ od dwóch dni. Jego oceny są tak złe, z˙e moz˙e nie zdać. I co się z nim wtedy stanie? Zupełnie jak Scott – wes- tchnął cięz˙ko. – Następny Cullen schodzi na psy. – O mój Boz˙e. – Rebecca opadła cięz˙ko na schodki. Przymknęła oczy i pozwoliła, by wiatr ochłodził jej twarz. Clay zawsze był dobrym dzieckiem. Próbował pomagać w obowiązkach domowych i opiekował się Mackiem. Jednak w ciągu kilku ostatnich miesięcy nastąpiła w nim jakaś zmiana. Opuścił się w nauce, zrobił się kapryśny i zamknął 24 w sobie. Do domu wracał tak późno, z˙e czasami nie był w stanie podnieść się rano z łóz˙ka. Oczy miał przekrwione, a kiedyś po powrocie zupełnie bez powodu zaczął chichotać jak pensjonarka. Jak później się dowiedziała, takie objawy daje kokaina. Nie widziała nigdy, z˙eby coś zaz˙ywał, ale była pewna, z˙e palił marihuanę, bo pachniały nią jego ubrania i pokój. Clay oczywiście wszyst- kiemu zaprzeczył, a Becky nie znalazła z˙adnych dowodów, bo był zbyt ostroz˙ny. Ostatnio wciąz˙ miał jej za złe, z˙e wtrąca się w jego sprawy. Dwa dni temu zwrócił jej uwagę, z˙e jest tylko jego siostrą i nie ma nad nim z˙adnej władzy, więc nie będzie mu więcej mówić, co ma robić. Nie chciał dłuz˙ej z˙yć jak biedne dziecko, które nie ma w kieszeni ani grosza. Oświadczył, z˙e sam sobie poradzi, a Becky moz˙e iść do diabła. Nie powiedziała dziadkowi o tej rozmowie. Wystarczyło, z˙e musiała wciąz˙ usprawiedliwiać złe zachowanie brata i jego częste wyjścia. Miała tylko nadzieję, z˙e Clay nie wpadnie w nałóg. Istniały co prawda zakłady, gdzie moz˙na było się leczyć, ale dostępne były one dla bogatych. Mogła najwyz˙ej liczyć na jakiś stanowy ośrodek medyczny, wiedziała jednak, z˙e dziadek nigdy się na to nie zgodzi, nawet gdyby udało jej się namówić Claya. Dziadek był zbyt dumny i nigdy nie wyraziłby zgody na przyjęcie pomocy od instytucji, która choćby w najmniejszym stopniu przypominała organizację dobroczynną. 25 No i tak to właśnie wygląda, myślała Becky ze wzrokiem utkwionym w pola, które od ponad stu lat nalez˙ały do jej rodziny. Byli beznadziejnie zadłuz˙eni, a Clay w dodatku był na prostej drodze, z˙eby wpakować się w jakąś kabałę. Powszechnie wiadomo, z˙e nawet alkoholikowi nie da się pomóc, jez˙eli sam nie zrozumie, z˙e ma problem. A Clay nie zdawał sobie z tego sprawy. Westchnęła cięz˙ko. Dzień zaczął się okropnie, a kończył się jeszcze gorzej. ROZDZIAŁ DRUGI Becky przebrała się w dz˙insy i czerwony sweter, związała włosy w koński ogon i zabrała się za przygotowanie kolacji. Smaz˙ąc kurczaka, do którego zamierzała podać tłuczone ziem- niaki i fasolkę z domowych zapasów, jedno- cześnie upiekła ciasteczka w starym piecyku. Moz˙liwe, z˙e udałoby się naprowadzić Claya na prostą drogę, myślała. Gdybym tylko wiedziała, jak to zrobić. Same rozmowy nie wystarczą. Tego juz˙ próbowała, ale Clay w ogóle nie chciał jej słuchać i po prostu wychodził. Co gorsza, ostatnio zauwaz˙yła, z˙e ze słoja, w któ- rym trzymała pieniądze za jajka, zaczęły ginąć banknoty. Była prawie pewna, z˙e to Clay je zabiera, ale jak miała spytać własnego brata, czy ją okrada? W końcu zabrała resztę pieniędzy i włoz˙yła je do banku. Czuła się jak przestępca, co jeszcze bardziej pogłębiało poczucie winy, z˙e z takim 27 z˙alem myśli o swojej odpowiedzialności za ro- dzinę. Poza jedną Maggie nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać o tych problemach, lecz nie chciała starszej kolez˙ance zawracać głowy swoimi nieszczęściami. Jej dawne przyjaciółki powychodziły za mąz˙ albo wyniosły się do in- nych miast. Z dziadkiem tez˙ nie mogła pomówić. Jego zdrowie i tak było zagroz˙one, więc nie mogła mu dokładać zgryzot. Powiedziała mu tylko, z˙e sama sobie ze wszystkim poradzi. Właściwie jedyną osobą spoza rodziny, która mogłaby jej coś poradzić, był jej szef, pan Mal- colm. Ustawiła potrawy na stole, po czym zawołała Macka i dziadka. Zmówili modlitwę i zabrali się do jedzenia, słuchając narzekania Macka na ma- tematykę, nauczycieli i szkołę jako taką. – Nie będę się uczył matmy – oznajmił Mack, patrząc na siostrę piwnymi oczami, które były o ton jaśniejsze od jej oczu. Włosy miał znacznie jaśniejsze, prawie blond. Jak na dziesięciolatka był wysoki i wydawało się, z˙e z dnia na dzień rośnie coraz bardziej. – Owszem, będziesz – odparła Becky. – Pew- nego dnia będziesz musiał prowadzić te wszyst- kie księgi. Nie będę z˙yć wiecznie. – Co ty wygadujesz? – zdenerwował się dzia- dek. – Jesteś za młoda, z˙eby tak mówić. Cho- ciaz˙... – zapatrzył się w talerz – wyobraz˙am 28 sobie, z˙e od czasu do czasu masz ochotę stąd uciec. Masz tyle roboty z nami wszystkimi... – Przestań – mruknęła Becky, patrząc mu prosto w oczy. – Kocham was i dlatego tu jestem. Zjedz ziemniaki. Na deser zrobiłam ciasto z wiś- niami. – O rety! Moje ulubione! – Mack wyszczerzył zęby. – Będziesz mógł zjeść tyle, ile zechcesz. Ale dopiero po tym, gdy odrobisz matematykę, a ja sprawdzę wszystkie zadania – dodała, uśmiecha- jąc się szeroko. Mack skrzywił się i oparł brodę na dłoniach. – Lepiej bym zrobił, gdybym pojechał z Cla- yem. Chciał mnie zabrać. – Jeśli kiedykolwiek z nim wyjdziesz, zabiorę ci piłkę do koszykówki – zagroziła, stosując jedyną broń, jaką miała. Chłopiec pobladł. Koszykówka stanowiła całe jego z˙ycie. – Daj spokój, Becky. Przeciez˙ z˙artowałem! – Mam nadzieję – powiedziała. – Clay wpadł w złe towarzystwo. Mam wystarczająco duz˙o problemów i nie chcę, z˙ebyś jeszcze ty mi ich przysparzał. – Masz rację – poparł ją dziadek. Mack podniósł widelec. – W porządku. Tylko nie ruszaj mojej piłki. – Umowa stoi – obiecała Becky, starając się, z˙eby nie było po niej widać, jaką ulgę poczuła. 29 Dziadek i Mack poszli oglądać telewizję, a ona tymczasem pozmywała naczynia, sprząt- nęła w salonie i dwukrotnie załadowała pralkę. Później sprawdziła pracę domową Macka, zapa- kowała go do łóz˙ka, pomogła dziadkowi przy- gotować się do snu i wzięła kąpiel. Właśnie zamierzała się połoz˙yć, gdy do salonu wtoczył się Clay. Śmierdział piwem i śmiał się głup- kowato. Zrobiło jej się niedobrze od obezwładniające- go zapachu alkoholu. Wpatrywała się w brata z bezsilną wściekłością i z nienawiścią myślała o warunkach, które wpędziły go w taką pułapkę. Chłopiec w jego wieku potrzebował męz˙czyzny, który by nim pokierował. Kogoś do naśladowa- nia. Clay szukał takiego wzoru, lecz zamiast dziadka wybrał braci Harrisów. – Och, Clay – jęknęła z˙ałośnie. Był tak bardzo do niej podobny – miał takie same brązowe włosy i szczupłą budowę ciała, ale jego oczy były czystozielone, a nie piwne, jak jej i Macka. Clay wyszczerzył zęby. – Nie bój się, nie będę rzygał. Wypaliłem jointa, nim napiłem się piwa. – Puścił do niej oko. – Rzucam szkołę, Becky. To dobre dla mięcza- ków i debili. – Nie, nie rzucasz – odparła krótko. – Nie po to zaharowuję się na śmierć, z˙eby patrzeć, jak schodzisz na psy. Clay spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. 30 – Jesteś tylko moją siostrą. Nie masz prawa mówić mi, co wolno mi robić. – No to się przekonasz – rzuciła. – Nie z˙yczę sobie, z˙ebyś włóczył się z tymi Harrisami. Wpad- niesz przez nich w powaz˙ne kłopoty. – To moi przyjaciele i będę się z nimi spoty- kał, jeśli będę miał na to ochotę – oznajmił. Czuł, jak ogarnia go złość. Poza marihuaną palił tez˙ crack i teraz miał wraz˙enie, z˙e głowa mu zaraz eksploduje. Kiedy był na haju, czuł się wspania- le, lecz cudowne uczucie zaczęło juz˙ słabnąć i ogarnęło go jeszcze większe przygnębienie niz˙ zwykle. – Nie cierpię tej nędzy! – powiedział. – Więc znajdź sobie pracę – poradziła mu zimno. – Ja tak zrobiłam. Pracowałam nawet przed skończeniem szkoły. Trzy razy zmienia- łam pracę, zanim dostałam to miejsce. W dodat- ku musiałam skończyć kursy wieczorowe, z˙eby ją zdobyć. – Znowu to samo, święta Becky – powiedział bełkotliwie. – No więc pracujesz. Tez˙ mi coś. I co my z tego mamy? Jesteśmy potwornie biedni, a teraz gdy dziadek się rozchorował, będzie jeszcze gorzej. Czuła, jak robi jej się niedobrze. Próbowała sobie tłumaczyć, z˙e Clay jest pijany i nie wie, co mówi. Jednak ból, jaki jej zadał, nie ustąpił. – Ty wstrętny smarkaczu! – rzuciła ze złością. – Ty niewdzięczny bachorze! Zaharowuję się, a ty jeszcze skarz˙ysz się, z˙e nic nie mamy! 31 Clay zatoczył się, cięz˙ko opadł na kanapę i wziął głęboki oddech. Z pewnością miała rację, ale był zbyt naćpany, z˙eby go to obchodziło. – Daj mi spokój – mruknął, kładąc się na kanapie. – Daj mi święty spokój. – Co jeszcze brałeś prócz marihuany i piwa? – spytała. – Trochę cracku – odparł sennie. – Wszyscy to biorą. Zostaw mnie w spokoju. Chce mi się spać. Rozwalił się na kanapie, zamknął oczy i na- tychmiast zasnął. Becky stała nad nim jak onie- miała. Kokaina. Nie widziała jej na oczy, ale wystarczająco duz˙o słyszała o niej w wiadomoś- ciach i wiedziała, z˙e to nielegalny środek. Musia- ła jakoś powstrzymać Claya, zanim problem go przerośnie. W pierwszym rzędzie powinna trzy- mać go z dala od Harrisów. Nie wiedziała co prawda, jak to osiągnie, ale musiała znaleźć jakiś sposób. Nakryła brata kocem, bo łatwiej było zostawić go na kanapie niz˙ próbować przenieść. Clay miał juz˙ prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i był od niej znacznie cięz˙szy. Nie zdołałaby go pod- nieść. Kokaina... Nie trzeba było wiele myśleć, z˙eby zgadnąć, jak ją zdobył. Prawdopodobnie dostał ją od swoich przyjaciół. Jeśli dopisze mu szczęście, skończy się na tym pierwszym razie. Powstrzymam go, zanim zrobi to ponownie, postanowiła. Weszła do swojego pokoju i połoz˙yła się 32 w szlafroku na zniszczonej narzucie. Czuła się potwornie staro. Moz˙e rano wszystko będzie wyglądać lepiej, pomyślała z nadzieją. Mogłaby poprosić pastora Foksa z miejscowego kościoła, z˙eby porozmawiał z Clayem. Moz˙liwe, z˙e to coś pomoz˙e. Dzieci potrzebują jakichś zasad, które pozwolą im przetrwać cięz˙kie chwile. Narkotyki i religia stały na przeciwległych biegunach w hierarchii wartości, a z pewnością religia winna zajmować wyz˙szą pozycję. Z doświad- czenia wiedziała, z˙e wiara pomogła jej przetrwać wiele burz. W końcu zamknęła powieki i zapadła w sen. Rano wyprawiła Macka do szkoły, ale Clay nie chciał wstać. – Porozmawiamy, gdy wrócę z pracy – po- wiedziała stanowczo. – Nie będziesz więcej wa- łęsał się z tymi chłopakami. – Załoz˙ysz się? – rzucił, patrząc na nią wyzy- wająco. – Spróbuj mnie powstrzymać. Myślisz, z˙e ci się uda? – Poczekaj, to zobaczysz – odparła, modląc się w duchu, z˙eby udało jej się coś wymyślić. Jadąc do pracy, nie przestawała o tym myśleć. Prosiła dziadka, z˙eby porozmawiał z Clayem, ale odniosła wraz˙enie, z˙e ten dumny stary człowiek najchętniej schowałby głowę w piasek. Być mo- z˙e działo się tak dlatego, z˙e zawiódł się na swoim synu i bał się przyznać, z˙e wychowując wnuka, równiez˙ poniósł klęskę. 33 Maggie rzuciła na nią okiem, gdy z zamyśloną miną siadała przy swoim biurku. – Mogę ci w czymś pomóc? – spytała cicho. – Nie, ale bardzo ci dziękuję – uśmiechnęła się Becky. – Dobry z ciebie człowiek, Maggie. – Jestem twoim bliźnim – poprawiła ją starsza kolez˙anka. – W z˙yciu zdarzają się burze, ale wszystkie w końcu mijają. Pamiętaj, Becky, z˙e wichry – ani te dobre, ani złe – nigdy nie wieją wiecznie. – Postaram się zapamiętać – roześmiała się. jej się udało. Az˙ do chwili, gdy I nawet po południu zadzwoniono z biura sędziego po- koju, z˙e Clay został zatrzymany pod zarzutem posiadania narkotyków. Pan Gillen, który te- lefonował, powiedział, z˙e wezwał prokuratora okręgowego i obaj rozmawiali z Clayem, po czym wysłali go do aresztu dla nieletnich. Teraz mieli podjąć decyzję, czy nalez˙y go oskarz˙yć. Kiedy go aresztowano, był pijany, a kieszenie miał pełne kokainy. Decyzja o wysunięciu oskar- z˙enia o popełnienie przestępstwa nalez˙ała do prokuratora, a zdaniem Gillena Kilpatrick na pewno oskarz˙y chłopca, jeśli tylko będzie miał wystarczająco mocne dowody. Wszyscy wie- dzieli, z˙e zawsze surowo karał ludzi, którzy handlowali narkotykami. Podziękowała Gillenowi, z˙e zechciał osobiś- cie o wszystkim ją zawiadomić i bezzwłocznie poszła do gabinetu Boba Malcolma. 34 – Co ja mam robić? Co robić? – pytała zroz- paczona. – Podobno miał przy sobie ponad czter- dzieści gramów. A to znaczy, z˙e moz˙e zostać oskarz˙ony o cięz˙kie przestępstwo. – To twój ojciec powinien się tym zająć – powiedział stanowczo prawnik. – Nie ma go w mieście – mruknęła. – A dzia- dek nie czuje się dobrze – dodała. – Choruje na serce. Bob Malcolm pokręcił głową i westchnął. – W porządku. Odwiedzimy prokuratora okręgowego i spróbujemy z nim porozmawiać. Zadzwonię i umówię się z nim. Moz˙e uda się pójść na ugodę. – Z Kilpatrickiem? – spytała nerwowo. – Mó- wił pan, z˙e on nie zawiera takich umów. – Wszystko zalez˙y od tego, jak powaz˙ne są zarzuty i jakimi dowodami dysponuje. Z pew- nością nie będzie chciał marnować pieniędzy podatników na sprawę, której nie moz˙e wygrać. Zobaczymy. Połączył się z sekretarką prokuratora i okazało się, z˙e Rourke Kilpatrick ma właśnie kilka wol- nych minut. – Zaraz będziemy na górze – powiedział Mal- colm, odkładając słuchawkę. – Chodź, Becky. – Mam nadzieję, z˙e jest w dobrym humorze – mruknęła, rzucając okiem do lustra. Włosy miała porządnie upięte w kok, ale twarz mimo odrobiny morelowego podkładu wydawała się 35 bardzo blada. Niestety po wełnianej spódnicy w czerwoną kratę widać było, z˙e jest noszona od trzech lat, a czarne pantofle były zdarte i poryso- wane. Mankiety przy rękawach białej bluzki zaczynały się strzępić, a zniszczone dłonie nosiły ślady cięz˙kiej pracy. Nie była wypielęgnowaną damą i nawet na jej twarzy pojawiły się zmarsz- czki, jakich nie powinna mieć dziewczyna w jej wieku. Obawiała się, z˙e na panu Kilpatricku nie zrobi dobrego wraz˙enia. Wyglądała na to, kim była – przepracowaną i dźwigającą na swych barkach zbyt wiele obowiązków prostą, wiejską dziewczynę. Chociaz˙ moz˙e to będzie świadczyło na jej korzyść. Nie mogła pozwolić, z˙eby Clay poszedł do więzienia. Przynajmniej tyle była winna swojej matce. Sekretarka Kilpatricka powitała ich bardzo uprzejmie. – Czeka na was – powiedziała, wskazując zamknięte drzwi. – Moz˙ecie od razu wejść. – Dziękuję, Daphne – odparł Malcolm. – Chodźmy, Becky. Głowa do góry. Zapukał do drzwi i przepuścił Becky przodem. I niepotrzebnie. Stanęła jak wryta na widok męz˙czyzny siedzącego za wielkim biurkiem, na którym piętrzyły się prawnicze dokumenty. – To pan! – krzyknęła mimo woli. Męz˙czyzna odłoz˙ył cienkie czarne cygaro i podniósł się zza biurka. Nie zwrócił uwagi na jej okrzyk, nie uśmiechnął się ani nawet nie uczynił 36 z˙adnego powitalnego gestu. Jego spojrzenie było równie onieśmielające jak za kaz˙dym ra- zem, gdy go spotykała w windzie i równie zimne. – Nie musiałeś przyprowadzać sekretarki – zwrócił się do Boba Malcolma. – Jeśli chcesz ubić interes, to nadal podtrzymuję swoją ofertę. Siadaj. – Chodzi o sprawę Cullena. – A, tego młodocianego. – Kilpatrick kiwnął głową. – Chłopaki, z którymi się zadaje, to zwykłe szumowiny. Młodszy z Harrisów sprzedawał narkotyki uczniom miejscowej szkoły średniej. Jego brat handluje wszystkim od koki po herę. Był juz˙ raz skazany za usiłowanie rozboju. Wów- czas poszedł do zakładu dla młodocianych, ale teraz jest juz˙ pełnoletni. Wsadzę go, jeśli go znów złapię. Becky siedziała nieruchomo. – A co z Cullenem? – spytała stłumionym głosem. Kilpatrick obrzucił ją chłodnym spojrzeniem. – Rozmawiam z Malcolmem, nie z panią. – Nie rozumie pan – westchnęła. – Clay Cullen jest moim bratem. Jego ciemne, niemal czarne oczy zwęziły się. Kiedy na nią spojrzał, poczuła się, jakby stała się marnym pyłkiem. – Spotkałem się juz˙ kiedyś z tym nazwiskiem. Kilka lat temu był tu jeden Cullen oskarz˙ony 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Gorączka nocy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: