Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00123 007811 15712805 na godz. na dobę w sumie
Gość z Polski - ebook/pdf
Gość z Polski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 395
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-934146-4-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

 

,, Gość z Polski” to ukłon dla miłośników kryminału i sensacji. Michał Dobrowolski, bohater show telewizji amerykańskiej w Chicago, wraca wspomnieniami przez ocean do burzliwych lat 60-tych, kiedy w prowincjonalnym polskim mieście wybucha najbardziej spektakularny bunt tamtych czasów. Tłem są Wydarzenia Zielonogórskie z 30 maja 1960 r., rozgrywające się w bodaj ,,najsłynniejszym” mieście PRL-u. Znajdziemy tu żywcem przeniesione obrazy z zakrytych dotąd mrocznych kart historii. Walki uliczne, intrygi, melanż ludzkich postaw i charakterów, a także miłość, nienawiść, heroizm i nikczemność.

Książka wprowadza nas w wir skomplikowanego śledztwa w sprawie zabójstwa znanej persony. Podwójna gra, którą prowadzi Dobrowolski sprawia, że z myśliwego szybko staje się zwierzyną.

Świetnie skonstruowana powieść, z gatunku kryminał-sensacja, z wartką akcją, pełna zaskakujących zwrotów i barwnych scen, oddających klimat PRL-u. Doskonała narracja i kreacja różnorodnych postaci i charakterów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

6 1 Robert Baranowski miał swój jubileusz. Właśnie stuknął mu piętnasty rok pracy w telewizji polo- nijnej. Na spotkaniu, które zorganizował tydzień temu dla kolegów z pracy z tej okazji, okazało się, że jest najstar- szym dziennikarzem. Znał to studio w Chicago jak własną kieszeń. Zawsze ten sam rytuał. Kosmetyka, kawa, ostatnie szlifowanie tekstu. Dzisiaj naprzeciwko niego siedział w fotelu star- szy już mężczyzna w ciemnym garniturze. Włosy miał przyprószone siwizną. Dziennikarz obserwował go ukrad- kiem. Na pierwszy rzut oka sprawiał na nim wrażenie człowieka spokojnego i takim okazał się w rzeczywi- stości. Odbył daleką podróż. Przybył do Chicago z dru- giej strony oceanu, z Polski. Przy piciu kawy nawet nie drgnęła mu ręka. Była to rzadkość wśród debiutantów. Wymienili kilka grzecznościowych słów, a Robert udzielił mu kilka rad, jak dobrze wypaść w telewizji. – Możemy zaczynać panie Michale? – spytał Robert ze źle ukrywanym akcentem amerykańskim. – Tak. Jestem gotowy – odparł zaproszony do telewizji gość zadziwiająco mocnym głosem, jak na swój wiek. – No to jedziemy! Robert odwrócił się w stronę kamery i przybrał do- brze wypracowany, uśmiechnięty wyraz twarzy. Po chwili byli na wizji. 7 – Witam państwa! – rozpoczął dziennikarz. – W ten przecudny poniedziałkowy dzień majowy powróćmy zno- wu do wydarzeń sprzed pięćdziesięciu lat, które miały miejsce daleko stąd, w naszym rodzinnym kraju, a do- kładnie w Zielonej Górze. Przypomnijmy, mieście słyn- nym onegdaj z organizowanych tam festiwali piosenki radzieckiej, które – chcąc nie chcąc – znała cała Polska. W tym to mieście, w czasie kiedy o festiwalach jeszcze nie było mowy, doszło do starć mieszkańców z siłami milicji na tle religijnym na skalę o jakiej nikt nie słyszał! Uczestniczyło w tym około pięciu tysięcy ludzi. Kością niezgody okazał się budynek, który zajmowała parafia katolicka, a który za wszelką cenę chciała im wydrzeć komunistyczna władza. Przebieg zajść omówiliśmy szcze- gółowo w naszym programie tydzień temu. Dzisiaj go- ścimy w naszym studio uczestnika tamtych wydarzeń sprzed pół wieku, pana Michała Dobrowolskiego! Dziennikarz zniżył głos, pochylił się lekko w stronę kamery, przyjmując ton poufały. – Na marginesie muszę państwu powiedzieć, że nie często mi się zdarza siedzieć w tym studio oko w oko z prawdziwym bohaterem. Po czym wyprostował się w fotelu, podnosząc znowu głos. – Czy może pan powiedzieć, panie Michale, jak do tego doszło i jakie były skutki tych wydarzeń na przyszłość? – Dzień dobry państwu – rozpoczął ze stoickim spo- kojem Dobrowolski. – Myślę panie Robercie, że jest pan świetnym showmanem, ale ja jestem zwykłym człowie- kiem i nie aspiruję do roli gwiazdy show telewizyjnego. Nie po to tu przyjechałem z daleka. Osobiście nie byłem bezpośrednim uczestnikiem tych zajść. Znalazłem się tam, cóż… można powiedzieć przypadkowo. Mieszkałem wówczas w Poznaniu, gdzie studiowałem, a pojechałem 8 do Zielonej Góry odwiedzić swoją narzeczoną i tak oto zostałem świadkiem tych zdarzeń… – A teraz rewelacja, moi Państwo! Pan Michał jest auto- rem zdjęć z tamtego pamiętnego dnia! Jak pan to zrobił!? – Po prostu. Zabrałem z Poznania aparat fotograficzny mojego ojca i wykonałem szereg zdjęć tych zajść. Zazna- czam, że fotografie te nie są najlepszej jakości i potwier- dzają tylko to, co jest już znane z kart historii. – Wiem, że pan później interesował się „wydarzeniami zielonogórskimi” i poświęcił wiele czasu badaniu oko- liczności i przebiegu tych zajść. Napisał pan też szereg publikacji na ten temat. – Tak. To prawda. – Proszę się więc podzielić swoimi przemyśleniami, które z ust bezstronnego, jak mniemam, obserwatora mogą mieć dla nas duży walor poznawczy. Dobrowolski poprawił się w fotelu i zaczął mówić, starannie dobierając słowa: – Rok Pański tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty rozpo- czął się spokojnie i wszystko wskazywało, że miał być pomyślny dla zbudowanej na zielonych wzgórzach doliny Odry Zielonej Góry. Położone na zachodnich rubieżach Polski i na szlaku komunikacyjnym pięćdziesięciotysięcz- ne miasto wchodziło w fazę swojego rozwoju. Miało ono wszelkie potrzebne atrybuty, by stać się w szybkim czasie wzorem i przykładem dla innych miast Ziem Odzyska- nych. Jednak było coś, co od dłuższego czasu spędzało sen z powiek miejscowym notablom. Prężnie rozwijająca się na swój sposób organizacja partyjna w tym niewiel- kim mieście wojewódzkim nie mogła znieść rywalizacji z małą parafią katolicką św. Jadwigi. Próżny okazał się trud działaczy partyjnych, by odwrócić masy od ,,zabo- bonnych praktyk” i zmusić je do wyjścia z ,,mrocznych 9 krucht kościelnych”. W samym centrum położonego na malowniczych wzgórzach miasta stał od kilkudziesięciu lat okazały, przepiękny budynek. Miał on wspaniałe sale widowiskowe, które wykorzystywali do przedstawień teatralnych parafianie. Wystawiali tam jasełka i szopki bożonarodzeniowe, organizowali naukę religii dla dzieci i młodzieży. Przygotowywane były tam dzieci do Pierw- szej Komunii Świętej. Zbierały się w tym miejscu tercja- rze i różne grupy modlitewne. Słowem dom ten, zwany Domem Katolickim, tętnił życiem! Stanowił najważniejsze centrum życia kulturalnego ludności w większości kato- lickiej. Był on alternatywą dla szarych ,,domów kultury” tamtej epoki i w rywalizacji z nimi bił ich na głowę. W dobie krzewienia przez państwo świeckiej kultury ate- istycznej stanowiło to coś niesamowitego. I właśnie to było solą w oku władz komunistycznych. A co więcej, było to dla nich nie do zniesienia! Totalna porażka władz nowo utworzonego województwa na ziemiach odzyska- nych! Co powiedzą na to towarzysze z Warszawy?! Wtrącił się Robert: – Wiemy z historii, że nie byli zachwyceni. Bodajże w lutym tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku prze- bywał w Zielonej Górze wysoki urzędnik z Urzędu do Spraw Wyznań i zalecił władzom lokalnym zlikwidowa- nie Domu Katolickiego. Taka też była polityka władz PRL zmierzająca do wywłaszczenia Kościoła Katolickiego w Polsce. – Dokładnie. Rola Domu Katolickiego dla lokalnej społeczności była nie do przecenienia. Świadczy o tym choćby nieprzejednana postawa ówczesnych władz. Od piętnastu lat było tu nie tylko miejsce spotkań katolików, ale i kolebka polskości. I tu znajdziemy wyjaśnienie zdu- miewającego oporu i determinacji ludności w obronie 10 ich Domu. Stanowiło to rzecz niesłychaną, by prowincjo- nalne miasteczko stawiało taki opór. – Ówczesna prasa przedstawiała całe bolesne zdarze- nie z trzydziestego maja tysiąc dziewięćset sześćdzie- siątego roku jako wybryki chuligańskie – przypomniał dziennikarz. – Takie były czasy. Dziennikarze z wielu względów nie mogli wtedy zachować obiektywizmu. Z upływem lat rzeczywisty przebieg zdarzeń nie budzi już wątpliwości. Ludzie spontanicznie stanęli w obronie Domu Katolic- kiego. Można powiedzieć, że wszystko rozpoczęło się, gdy w niedzielę dwudziestego dziewiątego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku ksiądz Kazimierz Mi- chalski, proboszcz parafii podwyższenia świętej Jadwigi, poinformował lojalnie swoich parafian o zbliżającej się eksmisji Domu Katolickiego. Z tego, co mi zrelacjonowa- ła jedna z osób uczestniczących w tej pamiętnej mszy świętej, to mówił mniej więcej tak: „A teraz mam dla was kochani smutną wiadomość z ostatniej chwili. Powiem tylko, że cokolwiek się zdarzy, nic nas nie rozłączy. Nasz trud i praca dla parafii nie pójdą na marne. Dobre drze- wo rodzi dobre owoce. Jeśli nawet takie drzewo zostanie ścięte, to owoce zostaną i z ich nasion wyrosną nowe drzewa dla przyszłych pokoleń. Jutro ma być przepro- wadzona eksmisja naszego domu spotkań…”. W kościele świętej Jadwigi zrobił się szum. Ksiądz Michalski gestem uniesionej ręki uciszył tłum i mówił dalej: ,,Możemy tylko w tej sprawie składać petycje do władz. Nie dajmy sobie go odebrać! Stańmy w pokojowej jego obronie! To jest nasz wspólny dom…”. Dobrowolski na chwilę zawiesił głos i w zamyśleniu patrzył przed siebie. Po chwili mówił dalej: – Słowa księdza Michalskiego okazały się prorocze. 11 Drzewo zostało ścięte, ale z owoców tego drzewa wyro- sły nowe, równie urodzajne, których owoce jemy do dnia dzisiejszego. – Notabene w budynku, który zajmował Komitet Woje- wódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej znajduje się obecnie siedziba biskupa – wtrącił dziennikarz. – Tak jak w Nowej Hucie trochę wcześniej walczo- no o postawiony krzyż, tak w Zielonej Górze walczono o przestrzeń w życiu społecznym dla katolików. Zielo- nogórzanie pochodzili z różnych stron kraju i nie sta- nowili monolitu społecznego, a mimo to okazali zdumie- wające więzi i jedność. Nie chodzi tu tylko o masowy udział w starciach z dnia trzydziestego maja, ale przede wszystkim o działalność Domu Katolickiego. Świadczy to o dużym zmyśle organizacyjnym tej ludności. W przecią- gu zaledwie piętnastu lat po wojnie potrafili wytworzyć mocne więzi grupowe. Nie był to przypadek. Już kilka lat wcześniej dwadzieścia tysięcy ludzi ,,przemaszerowa- ło” ulicami miasta w procesji Bożego Ciała. Świadczy to o niewiarygodnej żywotności tej ludności. Zielona Góra pod względem rozwoju społeczno-gospodarczego zajmu- je obecnie wysokie miejsce w rankingach. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: co by było, gdyby władze ko- munistyczne nie stłumiły działania katolików? Myślę, że to środowisko mogło stanowić zaczyn dla bujnego roz- woju kulturalnego regionu. Niestety, późniejsze represje niewątpliwie niekorzystnie wpłynęły na rozwój społecz- ny miasta i okolic. Niemniej wszelkie zabiegi socjotech- niczne i propagandowe, łącznie z całą otoczką festiwalu piosenki radzieckiej, z całym szacunkiem dla zwykłych Rosjan, mam tu na myśli działania propagandowe ówcze- snych władz, nie stłumiły żywotnego ducha tego miasta. Ludzie tu osiedleni pokazali kim są i w jakim kierunku 12 chcą iść. Sami określili swoją tożsamość. Okazali przy- wiązanie do katolicyzmu i wartości narodowych. Na kre- sy powojennej Polski przenieśli i zaszczepili stare warto- ści: ,,Bóg, Honor i Ojczyzna”, pieczętując to swoją krwią. Michał Dobrowolski przerwał, sięgając po filiżankę z kawą. – Rzeczywiście byli w starciach ranni, jak wspominali- śmy w audycji tydzień temu – zauważył Robert. – Nie chodzi tu panie redaktorze o to, żeby w jakikol- wiek sposób chwalić przemoc i walki uliczne. Nie w tym rzecz! To było tylko przykrym następstwem polityki władz. W tych wydarzeniach ucierpieli ludzie z dwóch stron barykady. Wszyscy oni byli Polakami. I to jest smut- ne, że ci ludzie zostali zmuszeni do bratobójczych walk. Nad tym należy ubolewać i prosić Boga, żeby nigdy się to nie powtórzyło. – Na szczęście ofiar śmiertelnych nie było. – Moim zdaniem to nie przypadek. Nie chodziło bo- wiem żadnej ze stron konfliktu o przelanie krwi. To wszystko jest przeszłością, ale żyje w sercach tych ludzi, ich synów i córek. Nowe pokolenia na tej ziemi mogą z dumą spojrzeć w przeszłość i brać przykład z tamtego pokolenia. A takie postaci, jak ksiądz Kazimierz Michal- ski, więzień Dachau, urastają do rangi symbolu. Słowem piękną historię napisało nam to pokolenie… – Trzeba dodać, że współcześni zielonogórzanie są dumni ze swojej historii. Szczycą się duchem niezłom- nym, który zamieszkał na tych wzgórzach zielonych. Ale czas nas goni proszę państwa. Musimy kończyć. Dziękuję za rozmowę! – zakończył dziennikarz. – Ja również – odpowiedział Dobrowolski, lekko ski- nąwszy głową. Robert Baronowski zwrócił się w stronę kamery. 13 – I tak nasz cykl zielonogórski zbliża się do końca. Dziękuję za uwagę i do zobaczenia! Po chwili odczepił mikrofon i wyciągnął się w fotelu. – Nieźle, co?! Dziwię się panu, panie Michale, że też chciało się panu przyjechać do Chicago z Polski na ten program. Michał Dobrowolski dopił zimną kawę i sięgnął po kapelusz. – Skorzystałem z zaproszenia, bo uważałem to za swój obowiązek wobec Polaków zamieszkałych w kraju, a przede wszystkim tych zamieszkałych w Ameryce. – To się chwali! – rzekł, uśmiechając się dziennikarz. – A tak poza tym… to moja żona pochodzi z Zielonej Góry. Obiecałem jej to. – Rozumiem. To wszystko? – spytał dziennikarz zachę- cającym głosem, wysuwając nieco do przodu brodę. – Nie. Po prostu miałem taki kaprys. Baronowski spojrzał na zegarek ze srebrną bransole- tą, który zakładał na rękę wówczas, gdy przychodził do studia i uniósł krzaczaste brwi. – Pora się zwijać – ożywił się i wyskoczył z fotela jak z procy, wsadził pod pachę plik papierów, które trzymał na szklanym stoliku, zrobił kilka kroków, raptownie się zatrzymał i odwrócił. – Może zjemy razem lunch? – zwrócił się niespodzia- nie do gościa z Polski, który zajęty był uruchamianiem komórki. – Nie jestem głodny, ale na drinka dam się namówić – odparł ten i ruszył za nim. 14 2 Opuścili budynek telewizji i samochodem Baranow- skiego przeciskali się przez zatłoczone ulice city, rozmawiając o tym i owym. Dziennikarz zapalił papiero- sa i nastawił jakąś meksykańską muzykę w radio, kiwa- jąc głową do taktu. – Przepraszam, nie spytałem, czy mogę zapalić – po- wiedział Robert, jednocześnie opuszczając szybę okna ze swojej strony. – Prawda, ale możesz palić. Nie przeszkadza mi to. Szkoda tylko, że nie palisz cygar, pasowałoby to bardziej do tej muzyki – odparł Dobrowolski i dodał: – Mów mi Michał. Dziennikarz przymknął do połowy okno. – Robert Sum – powiedział, wypuszczając dym. – Wspominałeś, że prowadziłeś agencję detektywistyczną. Trafiały ci się mocne sprawy? – Owszem. Nie licząc tych drobnych, to kilka zaginięć kota i jedno tajemnicze zabójstwo chomika w opuszczo- nym domu. Daleko jeszcze? Zaczynam żałować, że nie zabrałem ze sobą termosu. – To tutaj amigo. Zatrzymali się w podziemnym parkingu i wjechali windą na górę. Z przestronnego holu w stylu lat dwu- dziestych, przypominającego czasy prohibicji, weszli do sali oświetlonej sztucznym światłem, w kształcie rondla. 15 Na podwyższeniu, pod wyłożoną jasną boazerią ścianą, za fortepianem produkowała się ciemnowłosa artystka w purpurowej sukience. We włosach miała wpiętą bia- łą wstążkę. Blade, szczupłe palce ślizgały się po biało- -czarnej klawiaturze, wypuszczając na salę swingujące kawałki. Usiedli przy stoliku, w pobliżu ukrytego w półmroku baru. Dziennikarz wyciągnął z kieszeni i położył na stół paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Dobrowolski położył kapelusz na wolnym krześle i spytał: – Co piją w Chicago po południu: kawę czy herbatę? Gdy kończył zdanie, pojawił się, nie wiadomo skąd, kel- ner w dobrze skrojonym, ciemnym uniformie. – Mówisz po polsku chłopcze? – spytał Robert, prze- glądając menu. – Jak sobie szanowny pan życzy – odparł lekko ochryp- niętym głosem dwudziestokilkuletni mężczyzna o wydat- nych kościach policzkowych i odstających niczym radary, słoniowatych uszach. – To dobrze twardzielu. Macie coś dobrego do zjedze- nia dzisiaj z polskiej kuchni? – Kelner dotknął palcem wskazującym brody i przymknął na chwilę oczy. – Nie popisuj się, nie pracujesz w lunaparku – przerwał mu zadumę dziennikarz. – Może udałoby się skombinować schabowego z su- rówkami – odparł, pstrykając palcami. Dobrowolski skinął głową, a dziennikarz złożył zamó- wienie: – Dobra. Dwa razy schab twardzielu i żeby nie był su- rowy niczym stek lub spalony jak twój mały móżdżek od intensywnego myślenia. Młody mężczyzna przyjął tę zniewagę ze stoickim spo- kojem. Przed odejściem od stolika spytał: 16 – Przynieś coś do picia, czy napije się pan w toalecie? Dziennikarz zatrzasnął z hukiem włożone w zieloną okładkę menu. – Spadaj twardzielu póki możesz to zrobić jeszcze o własnych siłach i z czystym pampersem albo od razu zawołaj mamusię – warknął. Kelner wyrwał mu kartę i zniknął. Dziennikarz spojrzał na Dobrowolskiego, który z zain- teresowaniem oglądał swoje paznokcie. W pół godziny później siedzieli na wysokich stołkach przy barze, trawiąc syty posiłek. – Powiedziałem, że mam to gdzieś. Odmówiłem im. Nie będę pracował dla gangsterów – żalił się Robert przy szklaneczce whisky. – Dotychczas jakoś sobie radziłem, poradzę i teraz. Tak pomyślałem i zrobiłem. – I wyszedłeś na swoje – powiedział Dobrowolski. – Prowadzisz na żywo swój program, który wymyśliłeś i zrealizowałeś, więc teraz nie pękaj. Co chcesz robić, handlować używanymi samochodami? – Dobrowolski popijał wolno swojego drinka i słuchał wynurzeń dzien- nikarza, który zaczął tracić grunt pod nogami, wątpiąc w sens dalszej swojej pracy w tym zawodzie. – Praca jak każda. Ktoś ją musi wykonywać, lepiej żebyś to robił ty, niż jakiś dupek z tupecikiem – pocieszał nowego kolegę Dobrowolski i opowiadał o sobie. – Ja nie zawsze mia- łem dobrą pracę, a był taki czas, że zwątpiłem, iż kiedy- kolwiek znajdę jakąś poczciwą, po tym jak wyleciałem z uczelni. W Zielonej Górze poznałem wspaniałą dziew- czynę, miała na imię Ewa. Jeśli tylko znalazłem odrobi- nę wolnego czasu, jechałem do niej. Trafiła mi się taka okazja pod koniec maja, było to dokładnie trzydziestego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. – Poprawił się na stołku i wziął łyka whisky z wodą sodową. – Gdy 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Gość z Polski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: