Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00480 007869 15700317 na godz. na dobę w sumie
Hades. Pierwsze kroki - ebook/pdf
Hades. Pierwsze kroki - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 254
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-934499-0-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Od ponad dwóch tysięcy lat ludzkość penetruje kosmos. Zajmuje nowe galaktyki, rozwijając się w nieznanym wcześniej dotąd tempie. Ekspansja ta, wymaga dostarczania coraz większej ilości surowców. Nad tym czuwają wielkie korporacje. Władza Ziemi rozlana na olbrzymim obszarze, do wielu miejsc nie dociera. Prawo nie jest należycie respektowane. Górę biorą pieniądze i związana z nimi korupcja. Hades jest oddaloną od centrum planetą kopalnią. Posiada nieprzeliczone bogactwa. Wielu ma na nią ochotę. Nadchodzi czas zmian. To jest pierwszy tom cyklu hadesjańskiego.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Copyright by Ernest Filak Projekt okładki Damian Popiół www.popeq.pl ISBN 978-83-934499-0-3 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Ernest Filak HADES. PIERWSZE KROKI. „Od ponad dwóch tysięcy lat ludzkość penetruje kosmos. Zajmuje nowe galaktyki, rozwijając się w nieznanym wcześniej dotąd tempie. Ekspansja ta, wymaga dostarczania coraz większej ilości surowców. Nad tym czuwają wielkie korporacje. Władza Ziemi rozlana na olbrzymim obszarze, do wielu miejsc nie dociera. Prawo nie jest należycie respektowane. Górę biorą pieniądze i związana z nimi korupcja. Hades jest oddaloną od centrum planetą kopalnią. Posiada nieprzeliczone bogactwa. Wielu ma na nią ochotę. Nadchodzi czas zmian.” Prolog W przestrzeni kosmicznej, otaczającej ubogi w obiekty układ planetarny, pojawił się nowy pojazd. Potężna bryła tego kolosa budziła respekt swoim ogromem. Moduł napędowy ledwie wystawał zza szeregu potężnych sześciennych kontenerów. Szarozielone blachy poszycia w wielu miejscach nabrały burego odcienia erozji wskazującego na wieloletnie użytkowanie. Jaśniejsze szramy spawów wskazywały na przebyte wcześniej remonty i przeróbki tego potwora. Z lamp, umieszczonych szeregiem na jego burtach, nie paliła się połowa. Nieregularnie pobłyskiwały zielone i czerwone sygnalizatory, na dziobie i rufie. Z czterech dysz silnika głównego ciągu, tylko dwa błyszczały strumieniem ognia, pchającego ten statek przez kosmiczną pustkę. Pozostałe dwa pobłyskiwały w nieregularnych wybuchach zapłonu, nie będąc w stanie utrzymać pełnego ciągu. Szarpnięcia mocy utrzymywały kadłub w wibracji, nadwątlając już i tak nadwyrężone korozją wewnętrzne wręgi. Niekontrolowane szarpnięcia spychały statek z wyznaczonego przez nawigatora kursu. Echo sygnału radiowego nadanego z głębi systemu, dotarło do przybysza. W odpowiedzi, ogromne teleskopowe czasze nadajników radiowych, powoli przesunęły się na pozycje pracy. Łączność została nawiązana. - Tu kontrola lotów systemu VP 393, podaj numer czarteru, nazwę jednostki i cel podróży - odpowiedzią była cisza. - Tu kontrola lotów systemu VP 393, nieznany obiekt, podaj kod czarteru - znowu bez odzewu, słychać tylko trzaski i nieokreślone zgrzyty w tle. Najwidoczniej dyżurny kontroler zaczął tracić cierpliwość. - Do jasnej cholery tu Kontrola, nieznany obiekt, wchodzisz kretynie na pasmo wojskowe, albo zejdziesz na poziom cywilny, albo odstrzelą ci jaja, durniu - tym razem przez zgrzyty zakłóceń przebił się spokojny głos. - Tu DUCH, wiozę świeże mięsko. Trochę silnik mi szwankuje, nie mogę utrzymać prędkości podejścia. Zejdę trochę niżej? Pasuje? - głos kapitana statku brzmiał nonszalancją i pewnością siebie. W centrum systemowym kontroli lotów zapadła cisza. Zdumiony kontroler zaniemówił. Co prawda pracował na tej stacji od miesiąca, ale tego typu odpowiedź, nie trzymała się żadnego regulaminu. Wiedział, że na każdej stacji panują pewne nieformalne komendy, ale takie jawne kpiny z dyscypliny, zwłaszcza na takiej stacji jak ta, wołała o pomstę do nieba. O nie, on nie z tych, co jedzą z ręki byle dostawcy pizzy. - Kontrola VP 393, nieznany obiekt, utrzymaj kurs 202 i prędkość, wróć na płaszczyznę ekliptyki, maksymalny błąd 2 . Jeżeli nie możesz utrzymać prędkości podejścia, zatrzymaj się. Wyślemy po ciebie holownik. Odbiór. - Tutaj Duch, co jest, kompletnie was pogięło? Z kim rozmawiam? Vlad to ty? Jaja sobie robisz. Pudło mi się sypie. Nie utrzymam prędkości, schodzę na niższe pasmo, jak możesz utrzymaj dla mnie wolny korytarz. Okej? John Dillins był kontrolerem od dwudziestu trzech lat. Służył w tak wielu miejscach, że sam miał problem ze zliczeniem wszystkich. Myślał, że w swoim życiu widział już wszystko. Poznał numery cwanych kapitanów, ze wszystkimi ich gierkami i niepisanymi prawami. A ten Duch, jak sam siebie nazwał, prosił się o kłopoty. Postępując zgodnie z procedurą wywołał Naczelnego Kontroli. - Co jest Johny? - Mam na podejściu gościa, który nie chce podać kodu czarteru, na uszkodzonym napędzie łamie procedurę i schodzi na pasmo wojskowe - wyjaśnił. - Dobra. Zaraz u ciebie będę. Po chwili w drzwiach stanął Nick Romero, pięćdziesięciopięcioletni korpulentny blondynek, z podwójnie nalanym podbródkiem. Jego obfite kształty budziły radosne komentarze na całej stacji orbitalnej. Z trudnością wbił się w fotel dyżurnego kontrolera, szybkimi ruchami palców wbił kod autoryzacji w konsolę. Przez chwilę wpatrywał się w wyświetlacz. Analizował dane obrazujące ruch obiektu, parametry masy, prędkości, znaki szczególne. Na centralnej konsoli oglądał powiększony, przetworzony obraz z teleskopu. Porównał otrzymane wyniki z bazą danych. Po tym odsłuchał dotychczasowy przebieg transmisji radiowych pomiędzy stacją a statkiem. - Co robimy z tym syfem szefie? - padło pytanie zza fotela. - Przekażemy go wojskowym? Przecież go rozniosą w puch... Grubasek zamyślił się, drapieżny uśmiech wykwitł na jego twarzy. - Skoro sam wystawia dupę, to go w nią kopniemy – postanowił. - Ale szefie, jeżeli ma na pokładzie pasażerów, to będzie jatka. Naczelny kontroler popatrzył uważnie na swojego podopiecznego. - Johny, pracujesz tu od niedawna, jeżeli chcesz popracować u nas dłużej to pamiętaj, że polecenia przełożonych wykonuje się bezwzględnie i bez zastrzeżeń. - Ale... - Przekaż go wojskowym i pomóż innym kontrolerom rozładować ten korek wokół stacji. Będziemy mieli dzisiaj ponad setkę czarterów, na brak zajęcia nie będziesz mógł narzekać. Zrozumiałeś moje polecenie, czy nie? - Tak jest. - Dobry chłopiec - tłuścioch poklepał Johna po twarzy. – Kto wie, może jeszcze będą z ciebie ludzie? Jeżeli praca na orbicie ci nie pasuje, zawsze możesz trafić na dołek – tu wskazał palcem na największy monitor w sali, pokazujący obraz planety, wokół której krążyli. Brunatny dysk powoli obracał się, ukazując ciemne plamy lądów, migocząc jasnymi punktami aktywnych wulkanów. To była duża, wciąż aktywna sejsmicznie planeta. Przechodziła właśnie okres kształtowania się przyszłych kontynentów. Chmury toksycznych oparów zakrywały jej zdradliwe oblicze. Jeżeli nawet pyły na moment rozwiewały się, na próżno szukać było na niej zielonych plam roślinności, czy błękitnych oceanów wody. Tylko metaliczne skały z jeziorami płynów, które w żadnym wypadku nie nadawały się do picia. Czarna breja, szlam, grzęzawisko wszystkich znanych i nieznanych pierwiastków. A wszystko to na wyciągnięcie ręki, na powierzchni. Raj psychopatycznego chemika. Patrząc na to zjawisko kosmiczne, nieodparcie Johnemu przychodziło porównanie planety z nabrzmiałym wrzodem, takim wybudowanym. Gotowym do wyciśnięcia. Przez barki kontrolera przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - Nie dzięki, wolę już tu zostać – odpowiedział. Naczelnik odszedł do swojej dyżurki, ale przed drzwiami stanął, odwrócił się i powiedział. - Tak myślałem. Przekaż go więc wojskowym i zapomnij o nim. Dillins wywołał nadzór wojskowy - Nadzór Floty 1 tu VP. Zgłoś się. - Tu Flota Hades 1, co masz VP? - Mam niekontrolowane zejście na wasze pasmo. Obiekt nie reaguje na polecenia. - Przekazujecie go nam? - Tak. Potwierdzam. - W porządku, przyjmujemy. Wrócił do swojej rutynowej pracy. On i kilkunastu innych pracowników działu kontroli transportu przestrzennego systemu VP393 nadzorowało cały ruch w podległym obszarze. A było co robić, dziesiątki lotów statków transportowych korporacji wydobywczych, na planetę należało dostarczyć niemal wszystko. Ponadto ruch wydobytych minerałów do orbitalnych stacji przetwarzania, aby w końcu wypchnąć ten cały urobek w przestrzeń, do oczekujących na niego zamieszkałych systemów odbiorców. Codzienna mordercza praca na granicy wyczerpania, ale wszystko to było niczym przy warunkach pracy tam na dole.... Jednak zwyciężyła w nim ciekawość . Odnalazł pasmo komunikacji wojskowego operatora, który połączył się z nadlatującym statkiem. Systemy szyfrujące przejęły kontrolę nad sygnałem zniekształcając go w ciągi piskliwych dźwięków, ale po tylu latach praktyki wiedział, jak obejść te zabezpieczenia. Już po chwili w słuchawkach zabrzmiał zdekodowany głos. - Tak trzymaj, leć tą ścieżką przez następne sto jednostek, obniż pułap o dalsze dziesięć na 03. - Przyjąłem – potwierdził głos ze statku. Przez dłuższy czas nic się nie działo. - Kontrola, tutaj Duch, widzę na radarze trzy szybko zbliżające się jednostki, idą kursem kolizyjnym na mnie. Zmienić tor? - Nie, utrzymaj kurs i prędkość – polecił operator. - Ale... - Utrzymaj dotychczasową pozycję. - Odpalili rakiety! - paniczny głos rozległ się w głośniku. – Wali na nas sześć rakiet, uderzą za 35 sekund. Automatyczny głos odliczał w tle: - 30 sekund do uderzenia - 29 sekund do uderzenia - Tutaj statek transportowy „Duma Heldoru”, czarter 123 coma 29. Jesteśmy jednostką cywilną. Mayday. Mayday. - 27 sekund do uderzenia - Witaj Duchu – do rozmowy włączył się nowy głos. - Co, kto mówi? - wołał spanikowany kapitan transportowca. - Ostatnim razem sprzedałeś mi podrobiony towar. Czas, żebyś został prawdziwym duchem. - 25 sekund do uderzenia. - Czekaj, zaraz, dogadajmy się. Nie wiedziałem, że nie jest oryginalny. - Za późno na dogadywanie, nie dam się robić w balona. - Dam ci rabat, oddam kasę za tamto. Tylko wstrzymaj te rakiety. - 17 sekund do uderzenia. - Ile dajesz rabatu? - 20 ! - 12 sekund do uderzenia. - 11 sekund do uderzenia. - 25 ? - 10 sekund do uderzenia. - 9 sekund do uderzenia. - 30 jak mnie rozwalisz, nie dostaniesz nic! - 8 sekund do uderzenia. - 7 sekund do uderzenia. - 6 sekund do uderzenia. Przedwczesna detonacja torped. - No dobra Duchu przekonałeś mnie. Zacumuj do strefy koszarowej 8D. Witamy na HADESIE. Rozdział I Orbita Hadesu. Woskowa stacja orbitalna. W stacji przylotów, trzy plutony Star Troopers zajmowały pozycje. Sierżant Andy Gall ustawiał swoich chłopców. - Pickers i Stewens ruszcie dupy do śluzy, bo nam się towarzystwo rozlezie po bazie i do jutra ich nie zagonimy do kojców. - Andy, kurwa, znowu ja? Weź któregoś z młodych. - Kapralu Stewens, Andy to ja jestem dla ciebie w kantynie po godzinach, a teraz zwracaj się do mnie z należytym szacunkiem. - Tak jest Panie sierżancie – kapral stanął w parodii postawy zasadniczej. – Ale Pickiemu wali z dupska na kilometr, a dzisiaj była grochówka. - Stewens wyrzuć z gęby tego peta, jak zwracasz się do starszego stopniem - ryk sierżanta Galla ostudził niesfornego żołnierza. – Stewe, czy to nie ty przepuściłeś w bramce tego małego szczyla, którego później cała kompania C przez trzy dni szukała w systemie wentylacyjnym? Z szeroko otwartej ze zdziwienia gęby, wypadł niedopałek i jak zestrzelony niespodziewanym ogniem myśliwiec, ciągnąc za sobą smugę dymu, opadł na ceramidową podłogę. - A właśnie wczoraj kapitan pytał mnie, czy nie wiem przez kogo zamiast bawić się w towarzystwie wesołej wdówki, wąchał wydmuchy z koszarowych latryn. I wiesz co durna pało, tak sobie myślę, że twoje niechlujstwo w przedziwny sposób wpływa na moje szare komórki odpowiedzialne za pamięć. - Andy, to znaczy Panie sierżancie, nie zrobisz mi tego - głos kaprala pobrzmiewał nerwowo. - Chcesz się założyć? - sierżant uśmiechnął się samym lewym koniuszkiem ust. Starzy żołnierze plutonu B doskonale wiedzieli, że taki krzywy uśmiech nie wróży nic dobrego. Jak kłębiące się chmury wskazują na nadciągającą burzę, tak usta Galla wskazywały bezbłędnie nastrój ich właściciela. Jeden ruch warg mówił o nim więcej, niż setki wykrzyczanych słów. A właśnie kapralowi wydawało się, iż widzi podrygujący nerwowo drugi kącik ust. - Chodź Picki, jak rozkaz to rozkaz. Obydwaj Star Toopersi zarzucili karabiny laserowe na ramiona i powolnym krokiem pomaszerowali w kierunku, pomalowanych w żółto-czarne pasy, wrót głównej śluzy. Sierżant odwrócił się do reszty swojego plutonu. Wzrokiem głodnego wilka popatrzył na stojący przed nim nieregularny szereg. Ci bardziej nerwowi poprawiali ułożenie ekwipunku, dociągali sprzączki, stukali o skórzane ochraniacze butów końcówkami pałek ogłuszaczy. Reszta patrzyła prosto przed siebie, nie próbując nawet nawiązać kontaktu wzrokowego. - Baczność! - rzucił komendę. Posłuszni rozkazowi wyprężyli się w postawie zasadniczej. Jak ucięte nożem umilkły ściszone rozmowy. - Tak więc moje panie kilka słów przed pracą. Wiecie co do was należy. Jesteśmy żołnierzami Narodów Zjednoczonych Ziemi, zapewniamy porządek i bezpieczeństwo. W dokującej jednostce znajdują się osadnicy i górnicy. Okażcie im szacunek! Rozległy się wybuchy śmiechu i niestosowne komentarze. - Zamknąć paszcze! Powiedziałem szacunek, nie pchać się z łapami do panienek. Na wszystko przyjdzie właściwa pora. Słyszysz Nowik? Jak zobaczę, że obściskujesz małolaty, to długo nie będziesz miał następnej okazji. Czego zęby suszysz Ramon, ty jak już kogoś lejesz ogłuszaczem to nie po głowie. Wiesz, ile kosztowało leczenie tego inżyniera, ostatnim razem? - sierżant zamyślił się przez chwilę, nabrał tchu przed kolejną wiązanką uwag. - Jak już bijecie, to chociaż po nogach, leczenie takich urazów wychodzi taniej! Zrozumiano? - Tak jest panie sierżancie! - ryknął pluton zgodnym chórem. - Spocznij! Rozejść się na stanowiska! Karny szereg pękł na dwuosobowe zespoły, które rozbiegły się po sali. Błyski pomarańczowych sygnalizatorów rozświetlały halę przylotów. Na cumujący statek transportowy czekał komitet powitalny. ☼ ☼ ☼ HES „Duma Heldoru” Igor Guzenko wraz z żoną i sześcioletnią córeczką siedzieli skuleni w ciasnej kajucie. Mała Wiera przytulała się do matki, cichutko płacząc ze strachu w jej ramiona. Przy każdym głośniejszym wstrząsie statku, dziewczynka zaciskała kurczowo piąstki, trzęsąc się. Ojciec widząc przerażenie dziecka, zgrzytał tylko swoimi masywnymi szczękami. - Że też dałem namówić się na ten kontrakt. Mogliśmy zostać na Tau 4. - Oj, nie martw się na zapas – pocieszała go Nadia. – Początki są zawsze trudne. Nie pamiętasz? Ostatnim razem też martwiłeś się, że Ci się nie uda. A jak było? Poznałeś mnie, urodziła nam się Wieroczka i zostałeś majstrem. - Wiem, wiem kochanie. Może masz rację, ale dręczy mnie niepokój o was. Za stary jestem na zaczynanie wszystkiego od nowa. - Ty za stary? - żona uśmiechnęła się zalotnie do niego. – Jakoś ostatniej nocy nie zauważyłam, abyś się postarzał. Powiedziałabym nawet, że zachowywałeś się nadzwyczaj młodzieńczo! - No co ty Nadiu! - Igor zaprotestował. – Nie mówmy o tym przy dziecku. - A o czym takim mówimy, że musimy zachowywać dyskrecję. Pewne rzeczy są absolutnie normalne dla człowieka. Nie ma się czego wstydzić! - Już dobrze, to nie czas na takie rozmowy. Denerwuję się, bo nie tak miało być. Pamiętasz, co obiecywali przy podpisywaniu kontraktu? Mieliśmy lecieć liniowcem w pierwszej klasie. - Wiesz dobrze, że naciągacze obiecają wszystko, bylebyś podpisał kontrakt. - Tak wiem, ale nie podpisywałem go w jakimś obskurnym biurze rekrutacyjnym, a w głównym biurowcu Semi-Techu, w obecności naczelnego inżyniera. To nie jest firma, która zawiera dzikie kontrakty i łamie je już na starcie. Nie wiem, o co chodzi, ale ta sprawa ma drugie dno. - Pewny jesteś? - Tak, siedzę w tym fachu od dziecka. Zanim dorwałem ten kontakt, musiałem zrezygnować z awansu na kierownika zmiany. To była transakcja wiązana, coś za coś. - Dlaczego więc nie zostaliśmy na Tau, myślałam że jedziemy tu, abyś mógł awansować. - Częściowo jest to prawda, miałem awans w kieszeni, ale podpadłem kierownictwu. - Kogo masz na myśli? - spytała Nadia. - Takiemu jednemu pedancikowi z Naczalstwa. Zeb czy Zed ta menda się zwała, czort wie. Poszło o podniesienie norm na nocnej zmianie. Nie zgodziłem się na nie, ludzie mnie poparli i doszło do awantury. Sprawa poszła wyżej. Kontrola wykazała, że miałem rację. Ponadto okazało się, że ten Zed nie dopuszczał okresowej kontroli technicznej sprzętu. Pogonili mu kota, a mi zaproponowali awans i wyjazd na nową placówkę. - Oj Igorze, czy ty zawsze musisz tak rygorystycznie trzymać się przepisów. Gdybyś podchodził do tego swobodniej, wszystkim żyłoby się lepiej. - Jakim wszystkim? Chyba tylko urzędasom, ty wiesz, co to znaczy przymknąć oko na stan techniczny maszyn? - Wiem kochanie, że to jest ważne, ale może czasem warto sobie odpuścić. - Nie! Każde takie jak to nazywasz „odpuszczenie” to zwiększone ryzyko dla pracowników. Oni podejmują ryzyko własnym zdrowiem i życiem. Pamiętasz ten obsuw w czwartym szybie? - Ten, w którym zginęło dwustu trzydziestu ludzi? - Tak, właśnie ten. Wiesz, co się stało? - Wybuch gazów kopalnianych, jakaś dziwna mieszanka, której nie zarejestrowały czujniki. - Tak brzmiała oficjalna wersja ogłoszona przez Centralne Zagłębie. Naprawdę to jakiś skurwysyn wziął łapówkę za zgodę na dalsze użytkowanie pomp wentylacyjnych i generatorów powietrza. Ten szmelc powinien być dawno zezłomowany, sam podpisałem o to wniosek. W największym natężeniu prac to draństwo rozsypało się, nie zadziałały systemy zapasowe i dwustu trzydziestu ciężko pracujących ludzi udusiło się. Tylko dlatego, że jakiś idiota połaszczył się na parę kredytek. Jakbym dorwał tego skurwysyna w moje ręce – głos Igora ociekał jadem. - Wypadki zdarzają się i będą ginąć w nich ludzie. Nic na to nie poradzisz. - Tak, wiem. Mogę dopilnować, aby na mojej zmianie do takich przypadków nie dochodziło. - A nie pomyślałeś, że przez twoją niezłomną postawę zostaliśmy wykluczeni? - Igor spojrzał uważnie na żonę. - Wykluczeni? My, przez kogo? - zapytał zdziwiony. - A kiedy byliśmy ostatnio na jakiejś imprezie firmowej? - odpowiedziała pytaniem. - A na imieninach Wowy Rumina! - odpowiedział bez wahania. - Nie mówię o imprezie prywatnej, daj przykład uroczystości firmowej. - Zapadła cisza. Igor przeleciał w myślach listę imprez. - Czterdziestolecie konsorcjum Tau! - Zły przykład. - Dlaczego zły? - W trakcie przemówienia dyrektora rozbolała cię głowa i zmyliśmy się po dwudziestu minutach. No dalej, daj inny przykład – ponaglała go żona. - Otwarcie piątego odwiertu! - No nie, przyjechałeś tak pijany, że odźwiernego potraktowałeś jak prezesa, a boyowi hotelowemu zarzuciłeś na plecy gaśnicę i pogoniłeś z nieszczęśnikiem na czterdzieste piętro, rycząc coś o alarmie pyłowym. Dobrze, że chłopak był maratończykiem i nie wypluł własnych płuc! - Oj, czepiasz się! - Ja się dopiero mogę zacząć czepiać! Kto brygadziście Rinowi ze Zjednoczenia wstawił bombę do samochodu służbowego? - To nie była bomba, a rakieta. Baran wszystkim pracownikom narzucał, jak sam mówił, rakietowe tempo pracy. - Rakieta, czy bomba to bez znaczenia. Od tego wypadku wszyscy nazywają go Rakietowy Rin. Myślisz, że jak on ciebie wspomina? - Zasłużył sobie na to! - wyrzucił z siebie Igor - Nieważne czy zasłużył, czy nie. Chodzi o to, że masz wygórowane standardy. - Ja mam wygórowane standardy! No wiesz, przecież wszyscy z mojej zmiany poszliby za mną w ogień. - A pomyślałeś, że w tym właśnie może tkwić problem? Ja wiem, że szeregowi pracownicy cenią cię i szanują. No i dobrze, bo zasłużyłeś na ich szacunek. Problem polega na tym, że ty nie jesteś szeregowym pracownikiem. Jesteś pionkiem w systemie władzy kompanii wydobywczej. Oby się nie okazało, że ten pionek ukłuł w dupę kogoś naprawdę ważnego i ta osoba postanowiła pozbyć się ciernia z boku. - Jestem jaki jestem, nie sprzedam nikomu mojej duszy! Za żadne pieniądze wszystkich korporacji razem wziętych! - wykrzyczał te słowa z całych sił. Żona objęła jego głowę w obje dłonie. Przysunęła swoją twarz do niego. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy - Wiem kochanie, dlatego za ciebie wyszłam. Dalszą rozmowę przerwał przeraźliwy sygnał interkomu dobiegający znad drzwi, oraz ostrzegawcze żółte światło, oznaczające zagrożenie. - Tutaj Wojskowe Dowództwo Stacji Orbitalnej, doszło do naruszenia procedur bezpieczeństwa. Ogłaszam natychmiastową ewakuację jednostki. Za pięć minut rozpylony zostanie gaz paraliżujący! Powtarzam za pięć minut od komendy „Teraz”, zostanie nadmuchany do systemów wentylacyjnych gaz paraliżujący. Wszyscy mają natychmiast udać się do wyjść ewakuacyjnych, od TERAZ! Igor bez wahania otworzył drzwi śluzy. Potrząsnął za ramiona zamarłą z przerażenia kobietę. - Nadiu! Mamy jakąś minutę na zabranie najniezbędniejszych rzeczy. Bierz pieniądze i biżuterię! - polecił. Sam zapiął pas z mikro-narzędziami, sprawdził dokumenty w jednej z kieszeni. Obrzucił uważnym spojrzeniem całą kabinę. Wyjął z wnęki ciepłą kurtkę córki, założył ją dziecku i zapiął na metalizowane zatrzaski. - Wieroczko posłuchaj mnie. Za chwilkę wyjdziemy na korytarz i pójdziemy do tych wielkich drzwi, przy których lubiłaś się bawić. - Dobrze tatku – patrzyły na niego wielkie, okrągłe, ciemnogranatowe oczy, było w nich tyle ufności. - Cokolwiek by się nie działo, trzymaj się mamy! Nie odchodź od niej nawet na krok. - Dobrze tatku – odpowiedziała mechanicznie dziewczynka. – A czy Kirk może iść z nami? Igor zmełł w ustach przekleństwo, jak na miłość boską mógł zapomnieć o jej ulubionym pluszaku. Zielony, skrzydlaty krokodyl leżał ciśnięty na dolnej koi. Szybko wcisnął go w drobne dłonie. - Trzymaj go kochanie i nie puszczaj, bo jak się zgubi, to go nigdy nie odnajdziesz. - Nigdy? - Naprawdę. Koniec. Kropka. Ziemia. - zakończył ulubioną sentencją córki, która oznaczała ostateczny koniec. - Dobrze - obiecało dziecko. Korytarze skąpane były w pomarańczowym blasku sygnalizacji alarmowej, na posadce jarzyły się fluorescencyjne znaczniki drogi ewakuacyjnej. Ogarnięte paniką, skulone przygarbione postacie przemykały się. W tle upiornego sygnału alarmowej syreny, sporadycznie dochodził odgłos płaczu spanikowanych pasażerów. Jak na złość nigdzie nie było widać nikogo z członków załogi. - Szczury opuściły statek pierwsze – domyślił się Igor. Złapał za rękę żonę, przygarnął dziecko i ze zdeterminowaną miną ruszył przed siebie. Jakiś inny podróżny biegnąc w panice wpadł na niego, ale odbił się od potężnych pleców i odleciał w tył. - A to łajza, patrz gdzie leziesz gamoniu – mruknął pod nosem. Na tyle cicho, by żona go nie słyszała, wiedział jak denerwowały ją przekleństwa. Przeanalizował pozostałą drogę do wyjścia. Przeszli bez większych problemów dwadzieścia metrów głównego korytarza, zakręt w prawo na niewielki hol z panoramiczną taflą zbrojonego technicznego szkła. Teraz okno zasłonięte było pancerną kurtyną, uniemożliwiającą zorientowanie się, co dzieje się na zewnątrz. W obydwu końcach holu widoczne były schody ewakuacyjne, prowadzące na poziom techniczny, gdzie wzdłuż ścian mieściły się kapsuły ewakuacyjne i na samym końcu ich cel, wrota. Tłum spanikowanych ludzi z wykrzywionymi ze strachu twarzami, wypełniał szczelnie całą dostępną przestrzeń. Ludzka masa kłębiła się, wierciła i przepychała. - Boję się - wykrzyczała mu w uszy Nadia. - Musimy tędy iść, nie zdążymy dojść na czas do innych wrót, są po drugiej stronie kadłuba i tylko dla załogi. Czort z nimi tańcował, nikt tym bajzlem nie kieruje. Musimy się przedrzeć. Pozostały jeszcze trzy minuty. - Ufam ci, kochanie. - To dobrze, bo sam mam niemal pełne gacie. - Ty? - Tak. Tak! Chodźcie, bo się spóźnimy. Nieładnie się spóźnić, gdy gospodarz tak prosi! Świadomy zagrożenia, i coraz bardziej kurczącego się limitu czasu, natarł na tłum. Bezmyślna masa pod naporem jego potężnej sylwetki, rozpływała się na boki. Dwóch bardziej przezornych pasażerów wykorzystało sytuację i ustawiło się tuż za nim. Oparli na nim swoje dłonie, dodając swoją energię w krytycznych momentach, gdy jego własna masa była niewystarczająca. Problemy zaczęły się na schodach, tu zmarnowali najwięcej czasu. Bezmyślna siła nie pomagała, musieli dopasować się do mozolnego tempa innych. Na najniższym stopniu kilka osób przewróciło się, wstrzymując całkowicie ruch. Gdy stanęli w końcu na najniższym stopniu, pozostała im jeszcze minuta. - Zatrzymajmy się na chwilkę! - wysapała Nadia. – Wieroczko, jak się czujesz? - Dobrze mamusiu. - Nie boisz się? - Nie mogę się bać, muszę zaopiekować się Kirkiem. Igor spojrzał na dwu pasażerów, którzy pomagali mu się przedostać. Patrzyły na niego twarze młodych mężczyzn, prawie jeszcze chłopców. Obydwaj nosili na kołnierzach symbol srebrnego koła zębatego. - Absolwenci średniej szkoły technicznej? - Yhy – potwierdzili głęboko oddychając. - No dobra panowie, nie czas na zapoznawanie się. Dzięki za tamto. - Guzenko zerknął szybko na zegarek. - Mamy jeszcze jedną minutę i jakieś sześćdziesiąt metrów do przejścia. Damy radę! - No chyba, że oni tu mają inny czas albo ten zegarek się późni - odparł ponurym głosem jeden z młodzieńców. Wskazał ręką w kierunku przypodłogowych kratek wentylacyjnych. - Jeżeli dobrze pamiętam zajęcia z chemii, to ten mlecznoróżowy obłoczek to standardowy gaz paraliżujący InCorpu. - Cholera Pawel miałeś pałę na półrocze, jesteś pewien? - powątpiewał drugi. - Idź niuchnij bliżej, zobaczymy czy padniesz. Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie. - Propozycje? - zapytał Igor - Spierdalamy w podskokach! - No to chodu chłopaki - odwrócili się do widocznych w końcu długiego korytarza wrót. - Weź córkę na barana, gaz ma największe stężenie przy podłodze. Powoli podnosi się wyżej. Jak się mała nałyka tego świństwa... - niewypowiedziana groźba zawisła w powietrzu. - Coś jeszcze? - zapytała Nadia, patrząc jak mąż płynnym ruchem wrzuca sobie dziecko na kark. - Biegniemy środkiem korytarza, tu mamy największe szanse. Ten gaz nie jest teoretycznie śmiertelny, ale to naprawdę wielkie świństwo i długo dochodzi się po nim do siebie. - Ruchy! - rzucił polecenie. Igor od pierwszych kroków narzucił niezłe tempo, złapał prawą ręką w pasie żonę. Biegnący z tyłu widzieli, że kobieta była raczej niesiona, niż biegła. Sporadycznie udawało się jej dotykać stopami kratownicy podłogi. Sprzyjało im szczęście, gaz przez kilka sekund wypełniał kanał serwisowy pod podłogą, zanim jego poziom podniósł się wyżej. Po kilkunastu następnych krokach biegli po kostki we mgle. Osoby posuwające się przy ścianach zewnętrznych zaczęły pokasływać. Pierwsi zaczęli słaniać się na nogach, a potem osuwać z ustami pełnymi wymiocin. Wrota były z każdym krokiem coraz bliżej, a z każdym następnym, coraz więcej osób w spazmach traciło przytomność. Na kilkanaście metrów przed otwartymi wrotami, poczuli aromat migdałów. Z piekącymi oczami, drażniącym gardło wściekłym kaszlem, wpadli do rozświetlonej hali przylotów. - Stać, nie ruszać się! - osadził ich w miejscu ochrypły, nawykły do rozkazywania ryk. - Te wielkolud, postaw tę małą na ziemi. - Co się dzieje? - dopytywała Nadia. – Oczy mnie pieką i nic nie widzę! - Spokojnie kochanie, gaz podrażnił ci oczy. Za kilka minut przejdzie - odpowiedział Guzenko, opuszczając dziecko. - Córeczko, nic ci nie jest? - Tatko, szybko biegłeś, pobawimy się tak kiedyś znowu? - Wolałbym lepiej tego numeru nie powtarzać - jęknął młody człowiek. - Zamknąć dzioby łajzy! Zostaliście aresztowani i jesteście pod wojskowym nadzorem komendantury wojskowej Floty. Dotarło, matoły? Oczy coraz mniej łzawiły, po paru mrugnięciach ciemne plamy zaczęły nabierać kształtu wojskowych mundurów. - Te wielgachny, oddaj szczyla mamuśce i zapieprzaj wzdłuż niebieskiej linii. A paniusia spływa po czerwonej. - Zaraz, zaraz jakie linie do kurwy nędzy! - zirytował się Igor. – Jestem cywilnym pracownikiem na kontrakcie, nie podlegam jurysdykcji wojskowej. Mam zagwarantowane przywileje zawodowe i żądam ich poszanowania. - Przywileje zawodowe? Pickie, słyszałeś o czymś takim? - Taa Stew – twarz żołnierza wskazywała na kłębiące się gdzieś, w głębiach totalnej pustki, rzadkie przebłyski samodzielnych myśli. - Pewnie mu chodzi o to, że ma wyłączność na tę lalunię. - Ty, jak się to zboczenie nazywało? Niech no pomyślę....a już wiem..... RODZINA! - obydwaj wybuchnęli salwą złośliwego śmiechu. - Nie martw się, tutaj szybko wyleczą cię z tego stanu chorobowego! Ha ha! Dla Igora to było za dużo. Rzucił się na jednego z żołnierzy. Wymierzył mu solidnego sierpowego, posyłając na podłogę. Więcej nie zdążył zrobić, bo drugi z mundurowych, uderzył go ogłuszaczem po kolanach. - Nie! - krzyknęła Nadia próbując powstrzymać kolejne uderzenie. Cios spadł na ręce, którymi Guzenko osłaniał głowę. Ładunek elektryczny z ogłuszacza sparaliżował mięśnie. Mężczyzna leżał bezwładnie, jedynie jego oczy mogły miotać błyskawice wściekłej furii. Żona przykryła go swoim ciałem, jakby to mogło ochronić męża przed kolejnymi razami. Bestia w mundurze złapała ją za włosy i szarpnęła, podrywając na kolana. - Gorąca krew, lubię takie - popatrzył w oczy leżącemu mężczyźnie. – Dzisiaj wieczorem zapoznam ją z moim osobistym ogłuszaczem! Zaczął wlec szamoczącą się kobietę za włosy po podłodze, w kierunku zaznaczonym czerwonym markerem. Inni żołnierze w hali śmiali się z nich, wskazywali innym i wykrzykiwali różne słowa zachęty. Wtem rozległ się potworny, wbijający szpilki w mózgu krzyk. Dziecko, widząc potworne nieszczęście dotykające najbliższych, wpadło w histerię piszcząc w stopniu bardziej podobnym do oszalałego z bólu zwierzęcia, niż rozumnej istoty ludzkiej. Dziewczynka stała obejmując się sama trzęsącymi rękoma, w oczach miała obłęd. - No i czego piszczysz głupia? Zaraz jakiś wujek się tobą zaopiekuje - rzucił przez zepsute zęby żołdak, usiłując utrzymać pod kontrolą matkę. Gdy już myślał, że pokonał jej opór, sytuacja nieoczekiwanie troszkę się skomplikowała. - Stój skurwysynu! - usłyszał spokojny głos. - Skurwysynu? - zobaczył, że to protestuje jeden z dwóch szczyli, którzy wbiegli za parą z dzieckiem. – Zaraz do ciebie wrócę chłoptasiu. Młody człowiek pochylił się nad leżącym, dochodzącym do siebie po sierpowym Pickiem. Pomógł mu uwolnić się z dodatkowego ciężaru karabinu szturmowego. - Dzięki chłopie, ale mnie łeb napieprza – zajęczał leżący. - Służę uprzejmie, zaraz przejdzie. - Tak? Masz jakieś lekarstwo pod ręką? - dopytywał żołnierz. - Mam - odpowiedział młodzieniec waląc go w skroń laminatową kolbą karabinka. Z wprawą przełożył pas przez ramię, owinął go wokół przedramienia. Przyjął standardową boczną pozycję strzelecką i wycelował w Stewa. W hali zapanowała cisza. - Puść tą panią wszarzu! – poprosił. - Zaraz chłopie, po co te nerwy. Pogadajmy! - drugi Star Trooper próbował opanować sytuację. - Zostaw ją. Teraz! - usłyszał polecenie. - Dobra! - żołnierz podniósł ręce do góry. Uwolniona kobieta poderwała się na nogi, podbiegła do córki i chwyciła w objęcia. Następnie obie rzuciły się do leżącego bezwładnie Guzenki. Mężczyzna nadal nie odzyskał władzy nad swoim ciałem. Jedyne co mógł robić, to szeptać uspokajające słowa swoim kobietom i patrzeć biernie na dalszy rozwój wypadków. Zgiełk i hałas w hali przylotów momentalnie przycichł. Patrzyło na nich kilkadziesiąt osób w zgniłozielonych mundurach Star Troopers i tych kilkunastu stłamszonych nieszczęśników, którym udało się wydostać z zagazowanego statku. Jedyną osobą, która w jakikolwiek sposób zareagowała, był przysadzisty osobnik w stopniu sierżanta. - Pozostać na stanowiskach! - rzucił rozkaz. Podszedł kilka kroków. - Niech pan nie podchodzi za blisko sierżancie, palec może mi drgnąć na spuście! - poprosił młodzieniec. – Nałykałem się trochę waszego gazu paraliżującego na statku, nie mam pełni władzy w dłoniach. Może dojść do jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. - Ależ chłopcze, nic ci nie grozi - zapewnił pospiesznie sierżant. - Ci dwaj kretyni przekroczyli swoje uprawnienia. Na pewno zostaną za to ukarani! - popatrzył na swoich podkomendnych. - Albo wiesz co, zastrzel ich! - Słucham? - zaskoczył tym świeżego absolwenta szkoły technicznej. - No strzelaj! Wyświadczysz mi tym przysługę. Zawsze miałem z tymi durniami problemy. Wiem, że będę miał trochę papierkowej roboty, ale za to dyscyplina w kompanii na pewno się poprawi! - Ależ sierżancie! - zaoponował pobladły Stew. - Co durna pało? Chyba na odprawie mówiłem, co jest dozwolone, a co nie? - sierżant spojrzał groźnie na podkomendnego. - Tak jest! Ale... - Żadne ale kretynie. Jeżeli on ci łba nie rozpieprzy, to ja już z wami pogadam! - obiecał groźnie niski żołnierz. Odwrócił się do stojącego nadal z wycelowaną bronią młodego człowieka. - No to co tak będziemy stali bez sensu, szkoda czasu. Za dwie godziny kończę zmianę i mam ochotę na dobre piwo. Strzelasz, czy nie? - przekrzywił lekko głowę, przyjrzał się uważnie karabinkowi. - Nie! - młody oddał broń. – Nie wiem, co jest grane, ale nie chcę trafić z deszczu pod rynnę sierżancie. Nie mogłem patrzeć bezradnie na ten syf. - Rozumiem cię. Też mam z tym pewne problemy - pokiwał ze zrozumieniem głową wiarus. - I tak byś nie strzelił – dodał. - Skąd pan to wie? - Widzisz tę przekładkę z prawej strony kolby, ponad osłoną cyngla? - wskazał palcem mały przełącznik z zieloną kropeczką. - No widzę! - To jest bezpiecznik. Nie można strzelać z nim w tej pozycji. Trzeba przesunąć go w dół, o tak. Teraz pojawia się czerwony znacznik, oznacza on że w tej chwili broń jest odbezpieczona i gotowa do strzału. O tak! BUM! Odgłos wystrzału rozniósł się po hali. Pocisk uderzył w chroniony kamizelką kuloodporną korpus Stewa. Energia uderzenia poderwała go w powietrze, uniosła kilka metrów i rzuciła na ścianę. Bezwładne ciało osunęło się po niej. - No i jak, zapamiętasz tę lekcję? - Jasne! - Odpowiada się: Tak jest, sierżancie. - Tak jest, sierżancie. - Szybko się uczysz młody. Widzisz to była lekcja numer jeden, mam dla ciebie jeszcze lekcję numer dwa. Kopnął żołnierskim kamaszem zaskoczonego chłopaka w brzuch. A gdy ten zgiął się w pół, powiedział: - Nigdy nie celuj do moich podwładnych! - uderzeniem łapy wielkości pajdy chleba, posłał go w błogosławioną, pozbawioną bólu ciemność. Rozdział II Wojskowa stacja na orbicie Hadesu. Cholernie ciężko jest dojść do siebie, gdy czujesz walący młot udarowy wewnątrz własnej głowy. Zupełnie jak po imprezie na zakończenie szkoły. Tępy, rwący, kujący gałki oczne impuls, po którym następuje jak czarna dziura chwila wytchnienia. A gdy już czujesz błogi stan uwolnienia od niego, nadchodzi kolejne uderzenie. Dodatkowo jakiś wszarz szarpie mnie za ramię. - Pawel wstawaj! Co ci jest? - natarczywy, upierdliwy głos nie daje mi spokoju. O jak fajnie położyć się na boku. Łóżko niewygodne i koc gdzieś mi się zapodział, ale tak żeby chociaż z minutkę dali poleżeć. Przecież dopiero co skończyłem tę cholerną pięcioletnią szkołę, mam dyplom w garści. Zaczynam nowe życie, no dobra od jutra zacznę moje nowe życie. Obiecuję! Dajcie mi chociaż na chwilkę przytknąć głowę do miękkiej podusi. A to gadziny, poduszki też nie mam! No trudno, bez poduszki też przeżyję. Dajcie mi tylko spokój, nie szarpcie, wyłączcie światła raniące moje powieki! Nie, nikt dziś nie rozumie bliźniego w potrzebie. I po co to kopnięcie? Zupełnie jak na pierwszej imprezie po zaliczeniu pierwszego roku. Oj to była balanga, ale potem starsze roczniki nakopały nam zdrowo. Zupełnie jak teraz. Chociaż byście kopali w niepodkutych buciorach! Czy wy wiecie, jak długo sińce nie chcą schodzić? A teraz dla odmiany uderzenie pasem z metalową klamrą. Znam dobrze ten typ. Szeroka, gruba trzymilimetrowa skóra, dobry wojskowy pas. Poznaliśmy się dobrze. W rękach mojego ojca ten przyrząd dbał o moje wychowanie. W tamtych czasach uwolnieniem był internat. Teraz na pewno też coś wymyślę, ale jutro. Zaraz wtulę głowę w ramiona i kimnę się. O rzesz, coś trzyma mi ręce na plecach. Zwariowali, przecież w tej pozycji nie można spać! Może jednak. - Pawel obudź się, proszę! - jakiś znajomy głos i kolejne uderzenie przez plecy. - Zostawcie go, zaraz do siebie dojdzie. Bicie w niczym nie pomoże! - Jak do tej pory skutkowało. O widzisz, dochodzi ptaszek do siebie – oświetlili mi oczy silnym reflektorem. Nawet nie mogłem zasłonić ich rękoma, kajdanki mają taką dziwną właściwość, że uniemożliwiają swobodny ruch. Zaciskanie mocno powiek, nie przynosiło ulgi. - Wyłączcie to światło – wychrypiałem z trudem. Język stawał kołkiem. - Chce mi się pić. - No to masz – wiadro zimnej wody chlusnęło mi w twarz. Nie zdążyłem otworzyć ust, zlizałem zaledwie parę kropel spływających po twarzy. Przynajmniej przestali świecić lampą. - Żyjesz szczurku, to dobrze. Kilka osób na pewno się ucieszy – strażnik rzucił mi puste wiadro pod nogi i wyszedł. Trzasnęła krata, po chwili usłyszałem szczęk przekręcanego klucza. Czyżbym coś przeskrobał? W chwilę potem podskoczyła do mnie z przeciwległego końca pomieszczenia jakaś umorusana postać. - Dobrze, że żyjesz, już się o ciebie martwiłem. - To ty Edek? - No co ty, przecież nie Królewna Śnieżka. Powoli wracała mi pamięć minionych wydarzeń. - A ty co? Jesteś cały? - Ja nie narozrabiałem. - To po jakiego grzyba kiblujesz tu ze mną? - Dla towarzystwa. - Edek nie leć w kulki, że mnie wsadzili to jeszcze rozumiem, ale ciebie? Edward Watt w szkole miał opinię wzorowego ucznia. Przez cały okres kształcenia wszyscy nauczyciele stawiali go na piedestale. Pochodził z dobrej rodziny, miał przejąć rodzinny interes. Pozycja tatusia, choć też jakieś własne zdolności, pomagały mu uzyskiwać wysokie noty u belfrów. Przypuszczałem, że prędzej zostanie kolejnym z Edwardów, nie wiem którym, chyba VI, niż wyląduje poza marginesem własnej rodziny. Słyszałem co prawda plotki. - Edek? - No co? - Dmuchałeś Sikorkę? - Że też ci się zebrało, w takiej chwili. Odczep się! Widać uznał, że pytanie naruszające jego prywatność, świadczy o mojej dobrej kondycji. Odsunął się pod ścianę i zamyślił. Przez całą naszą podróż, chciałem mu je zadać. Mieszkaliśmy w jednej kajucie, razem chodziliśmy jeść i spać. Podczas trzytygodniowej podróży byliśmy niemal nierozłączni. Jakoś nie miałem odwagi go o to zapytać. Siedzenie w jednej celi wiele zmienia. - Edek, no wywal to z siebie. Tak czy nie? - A co to zmieni, jak ci powiem? - Przed współwięźniem nie wolno mieć tajemnic. Wspólna niedola zbliża, tak mówiła ta od psychologii, jak jej było? - Ksenia. - No właśnie! Ksenia ty mała, czarna wiedźmo, będziesz śniła mi się po nocach, za usadzenie mnie na drugim półroczu. Żeby pociągnąć tego lalusia za słówka, jestem gotów zapomnieć o tobie. Ech, żeby te kajdanki tak nie cisnęły nadgarstków, poczułbym się niemal jak w domu po wypłacie. Starzy zawsze zabierali mi kasę za warsztaty szkolne. - Edek? - No co znowu! Leż jak człowiek i daj pomyśleć. - A o czym tu myśleć. Łeb mi napieprza, w gębie mam pustynię, pić się chce. Za co cię też tu wpakowali? - Nie wiem, palcem nie ruszyłem. Stałem sobie spokojnie z boku, a ten sierżant jak cię obezwładnił, kazał mnie też zamknąć. Powinienem teraz siedzieć w dobrym towarzystwie w Restauracji Paloma, a nie tu. Nie znoszę takiego biadolenia. - Powinieneś zostać w kabinie i nałykać się gazu paraliżującego, to by ci dobrze zrobiło, baranie! Widziałeś, jak potraktowali tamtą rodzinę? I co? Stałeś jak cielę i patrzyłeś jak wół na pomalowane wrota! - A co miałem zrobić? - Jeśli potrzeba to choćby gryźć! Nie wiem, za co cię tu wysłali, ale chyba jaja też ci urwali! Przez moment zapanowała cisza. Opuścił głowę. - Nie wiem, straciłem głowę. Zamurowało mnie. Nigdy nic takiego ci się nie przydarzyło? I tu mnie miał, też miałem taką wpadkę. Koleżanka siostry zastała mnie nagiego pod prysznicem. Zupełnie straciłem orientację. Faceci jednak powinni trzymać sztamę. - Może masz rację. Pochodzisz z dobrego domu, pewnie nikomu nie dałeś w twarz? - skrzywił się z niesmakiem. – W twojej Palomie kelnerzy klientów nie klepią. - A tam gdzie ty chodzisz, to co, klepią? - zapytał - Jeszcze nigdy nie byłem w restauracji. Parę razy chodziłem po ojca do baru, jak popił za ostro. Tam nie ma kelnerów, właściciel jest barmanem, wygląda jak troll i potrafi przylać – odpowiadam. - Dostałeś? - Każdy dzieciak z dzielnicy nie raz oberwał. - Za co wysłali cię tutaj? - teraz on próbował mnie wybadać. - Mnie za nic. Normalny pech przy przyznawaniu stażu. Jeden trafia do raju, a drugi musi w przeciwną stronę. No i trafiło na mnie. Nie mam nikogo w rodzinie, kto ustawiłby mnie lepiej. Zwyczajny pech. - Pawel? - Co? - Pierdolisz! - Czasami trzeba. Pokiwaliśmy smutnie głowami nad naszym nielekkim losem. Obydwaj wiedzieliśmy, że od sześciu lat, żaden z absolwentów naszej szkoły, nie trafił na obowiązkowy roczny staż do Hadesu. To była kara, jak piętno przyznawana za ciężkie wykroczenia. Musieliśmy mieć coś szczególnie ciężkiego na sumieniu, skoro trafiliśmy na tę niesławną planetę. - Kto pierwszy się spowiada? - zapytał - Chcesz wiedzieć? - Nie zależy mi, ale tak szybciej minie czas. Wszystko wskazywało, że rzeczywiście przez jakiś czas, będziemy cieszyli się ograniczoną swobodą, we własnym towarzystwie. - Pamiętasz te nowe siłowniki, które przyszły w ubiegłym roku? - zacząłem rozmowę. - Było wtedy wokół nich sporo zamieszania, nadspodziewana efektywność w stosunku do jakości wykonania. - To te z zastrzeżonymi obwodami sterującymi – domyślił się. - Tak. Miały moduły elektryczne ukryte w czarnych, zalanych lakiem skrzynkach, bez możliwości ich otwierania. Jak taki walnął, wymieniałeś go na nowy i po sprawie. Czysta, szybka robota. Zachęcali nas do badania mechaniki, szukania ulepszeń w jej obrębie. Akurat zaczynaliśmy ostatni rok nauki. Trzeba było określić temat pracy dyplomowej. Większość idzie na łatwiznę, zmienia kilka otworów w już istniejącym prototypie, coś pogrubi, pierdółkę wymieni i dyplom w kieszeni. A ty co wymyśliłeś? - Niklowanie tłoków. - Ile nad tym pracowałeś? - Wpadłem na to między jedną a drugą imprezą - odpowiedział zmieszany. - A ja zmarnowałem pół roku na rozpracowanie cholernej, czarnej skrzynki! - wyrzuciłem z siebie. - Dzień i noc, ciągła burza mózgów. Setki godzin nad miernikami. - Warto było? - Warto to nie, przecież tu jestem bo się udało. - Żartujesz? - wygląda na zaskoczonego. - A wyglądam jakbym żartował? Znalazłem promotora, dyrektor zatwierdził temat pracy. Zrobiłem prototyp, wyniki były bardzo zachęcające, uzyskałem 85 wydajność oryginału. To było i tak prawie dwa razy więcej, niż systemy standardowe. - Powinni cię za to ozłocić - spojrzał na mnie uważnie. – To co poszło nie tak? - Obroniłem pracę w pierwszym terminie, dyrektor sam pogratulował mi sukcesu. Na drugi dzień w szkole pojawiło się kilku smutnych panów. Wezwano mnie na dywanik. Wiesz kto produkuje te tajemnicze czarne skrzynki? - Niby skąd? Na obudowie nie ma żadnych oznaczeń, tylko standardowy numer serii. - No właśnie! Zostałem poinformowany że to cudo zmajstrowali w InCorporation, głównym dostawcy uzbrojenia dla wojska. Oczywiście, nie byli zadowoleni, że jakiś głupi szczyl mógł rozpracować jeden z ich naczelnych produktów. Dostałem propozycję nie do odrzucenia. - Jaką? - A jak myślisz? Mam trzymać gębę zamkniętą na kłódkę, to oni nie będą szukać na mnie haka. Jeżeli przez rok wytrzymam na Hadesie, to może nawet o mnie zapomną. Potrzebują tego czasu na wygranie kilku przetargów. Po roku sprawa przycichnie i nie będą utrzymywać w tajemnicy, co jest w tych czarnych skrzynkach. - Nie boli cię to? - Jasne, że tak! Pojawiła się plotka, że moja praca była plagiatem, a ja nie mogłem się w żaden sposób bronić. Wszyscy traktowali mnie jak morowe powietrze - wyrzuciłem z siebie trapiące mnie bóle. - Ale o ile widzę, ty jesteś w podobnej sytuacji. To co w końcu przeskrobałeś? - zapytałem Watta. - Akurat w moim przypadku, plotki odpowiadają w stu procentach prawdzie. - A więc ty i Sikorka? - przymrużyłem oko – Spałeś z żoną dyrektora szkoły! - Nie mów tak na nią, ma na imię Liza! Wyraźnie się zezłościł. Wstał, podszedł do metalowych drzwi i kopnął je. - Lepiej tego nie rób – ostrzegłem. - Bo co? - Zrobią ci to samo, co ty drzwiom. - Ja tego nie wytrzymam dłużej. Jakby na zawołanie otworzyły się drzwi, stanął w nich strażnik. - No chodźcie gołąbeczki, kapitan na was czeka. Odsunął się z przejścia. Do celi weszło dwóch żołnierzy, chwycili Edka pod pachy i wyprowadzili. Po nich weszło dwu następnych, podnieśli mnie i poszliśmy. Ponure, szare korytarze. Co kilkanaście metrów zwisały z sufitu oplecione zbrojonym drutem butle żarówek. Jedne, po chwili następne drzwi z judaszem i czającymi się parami strażników. Po kilku krokach zakręt w prawo i znowu drzwi. Potem schodami w górę. Ooo widać pierwsze różnice, ściany zostały pomalowane na bladoniebieski kolorek, zamiast gołych żarówek widać plastikowe pokrywy lamp. - Edek chyba nas prowadzą do cel o podwyższonym standardzie! - rzuciłem do idącego przede mną kumpla. Wiem, że żart nie był wysokiego lotu, ot tak żeby wypełnić głosem pustkę. Skurczybykom, idącym po moich bokach, nawet nie chciało się mnie pouczać o obowiązującej ciszy. Wystarczyło, że podnieśli mnie wyżej za kajdanki. W ten niewyszukany sposób ręce w stawach zaczęły potwornie boleć. Pochylenie się głęboko wprzód, czy próba chodzenia niemal na palcach, nie przyniosły ulgi. Przez moment widziałem dwa złośliwe oblicza targających mnie sukinsynów. Watt się nie odezwał. Co jest? Nie wie, że należy wspierać moralnie towarzysza niedoli? A może przechodził coś podobnego w przeszłości? Nie wyglądał na takiego. Pewnie jedyny dyskomfort jaki go spotkał, to wtedy, gdy za prędko zabierali go od cyca mamusi. No fakt, pewnie sam bym w takiej sytuacji protestował. Widziałem jego matkę! No, ale mając taką kupę kasy co oni, to z leciwej staruszki można stworzyć seksbombę. Na próbach wyobrażenia sobie sytuacji trudnych w życiu Edwarda Watta, zeszła mi reszta drogi. Zwróciłem uwagę na otoczenie, dopiero gdy się zatrzymaliśmy. Pomieszczenie ewidentnie było sekretariatem kogoś ważnego. Jakiś goguś czytaj sekretarz, stukał coś na konsoli komputera. Mundur z lepszego materiału, rumiane policzki, złote emblematy na kołnierzu. Wzorcowy przydupas VIP-a. Zerkał na nas co chwila, stukając boleśnie wolno w klawiaturę. Wyszukanie kolejnej litery zajmowało mu kilka sekund. Po chwili zachwytu nad znaleziskiem, następowała kolejna pauza, gdy palec wisiał nad kostką z właściwą literą. Jest, trafił, odgłos kliknięcia, kolejna cisza, co jest niewłaściwa literka? Na biurku obok komputera zapaliła się zielona lampka interkomu. Sekretarz wskazał ręką, obite materiałem imitującym skórę, w kolorze zaschniętego błota, drzwi. - Wchodźcie, kapitan już czeka! - nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że zabrzmiało to bardziej jak groźba. Zostaliśmy wepchnięci do stylizowanego gabinetu. Masywne drewniane meble, gruby włochaty dywan, na ścianach wisiały dyplomy i masa zdjęć z bogatego przebiegu służby ich właściciela. Lekko podsiwiały mężczyzna siedział za biurkiem, ze szczególną uwagą analizował jakieś dokumenty. Nie zwracał na nas uwagi. Zupełnie jak nasz były już dyrektor w technikum. Przechodziłem przez ten numer kilka razy, za każdym razem zimny pot lał mi się po dupie. Teraz też. Ten numer zawsze działa. - Co my ty mamy? Edward Watt urodzony 7.02.2255 na KV 25. Przebieg leczenia, szkoły, kursy, zainteresowania. A to ciekawe. Powiązania rodzinne. Zerknął podejrzliwie na nas, jakby zastanawiał się który z nas ma koneksje rodzinne. Czy ja wyglądam na takiego? Nawet stać prosto nie mogę, przez te cholerne kajdanki. Na pewno w aktach mają aktualną fotografię. Zaczynam się denerwować. - To ja - odezwał się Edek. - Wiem - odpowiedział oficer. – Ja się nie pytam, ja wiem wszystko. Była w jego głosie zimna pewność siebie. Jakbyśmy stali przed najwyższym trybunałem. Powrócił do dalszej analizy dokumentów. - Pawel Tsenre, urodzony 29.01.2255 na KV 13. Szczepienia, szkolenia, zainteresowania i w końcu wykroczenia - nie myślałem, że takie drobiazgi mogły zostać umieszczone w moich aktach. - Zostaliście zatrzymani na stacji wojskowej w związku z naruszeniem zasad bezpieczeństwa. Ponadto, obciąża was naganne zachowanie na terenie samej stacji. Podstawowym zarzutem jest użycie broni w stosunku do jednostek Floty. - Nie użyłem broni! - próbowałem się bronić. - Celowanie w kierunku przedstawiciela sił zbrojnych jest traktowane, jak użycie broni! - zgasił mnie błyskawicznie. No to klops, z takim argumentem trudno jest polemizować. - A ja chcę adwokata! - wypalił spanikowanym głosem Edek. - Zamknij dziób baranie! Gdybyśmy mieli postawione zarzuty, to rozmawialibyśmy teraz z prokuratorem – uspokajałem Watta. Wiem, że nikt nie lubi śledztwa na swoim terenie, jeżeli tylko można go uniknąć. Nieważne, czy to będzie dyrektor szkoły, dzielnicowy, czy dowodzący jakąś zapyziałą stacją. - Panie kapitanie, czy mógłbym prosić o zdjęcie kajdanek? - poprosiłem uprzejmie wojskowego. – Cisną mnie i nie mogę się skoncentrować na rozmowie. Skinął głową na znak zgody. Błyskawicznie mi je zdjęto. Widać personel wojskowy miał sporą wprawę w posługiwaniu się nimi. Nieco dziwne, bo nie byli to przedstawiciele żandarmerii wojskowej. Natychmiast poczułem ulgę, roztarłem ściśnięte metalem nadgarstki. - Jakie są szanse na polubowne załatwienie sprawy? - to było zasadnicze pytanie. - To zależy od dobrej woli obydwu stron - odpowiedział z krzywym uśmiechem. - Jesteśmy cywilami i powinniśmy zostać przeniesieni do cywilnej części stacji – argumentowałem. - Do chwili wyjaśnienia sytuacji prawnej, wszystkie osoby przebywające na pokładzie, oraz cały towar, pozostaną do dyspozycji organów wojskowych – no to dupa. - Czy możemy skontaktować się z rodziną? - spytał Edek. - Tylko po mojej osobistej zgodzie – odpowiedział uprzejmie. - A teraz taką zgodę pan kapitan wyrazi? - Nie! - Mogę zapytać dlaczego? - Watt drążył temat. - Nie! - uparty sukinsyn. - To możemy wiedzieć czemu zawdzięczamy tę rozmowę? - Zaczniemy od tego. Z szuflady biurka wyjął dwie kartki papieru. Wzięliśmy po jednej i uważnie je przeczytaliśmy. Jakieś bzdety o wzorowej pracy służb bezpieczeństwa, braku roszczeń z naszej strony i tym podobnych bzdurach. - O kurwa, przecież to jest jakaś cholerna lojalka! - zawołałem oburzony. - Po co zaraz takie wulgarne słownictwo. Dwaj młodzi ludzie, posiadający interesujące wykształcenie, a posługują się takim wulgarnymi słowami. Bardzo przykry widok. - Przykry widok to był na pokładzie Dumy Heldoru, gdy zagazowaliście niewinnych ludzi! - wypaliłem. Stanowczo mam za długi język. Kapitan zacisnął usta. Widocznie argument trafił. - Jesteście młodzi, więc widzicie wszystko białe albo czarne. Nie dostrzegacie odcieni szarości – odpowiedział. - Wiem, że jesteśmy młodzi i mało doświadczeni, ale zdajemy sobie sprawę, że podpisanie tych lojalek, oddaje nas w wasze ręce. - Rozejrzyjcie się naokoło, już w nich tkwicie. Szukamy tylko kompromisu, abyśmy mogli rozstać się na drodze porozumienia. - A co jeżeli, nie zechcemy iść drogą którą pan kapitan nas prowadzi? - No cóż, zdarzały się już wypadki. Nawet śmiertelne – dodał absolutnie wypranym z emocji głosem. Nie sprawiał wrażenie gościa rzucającego słowa na wiatr. - Pan nam grozi? - zapytał Watt. Widocznie pogróżki pod jego adresem są czymś nowym. - Nie obchodzi mnie, czy uważacie to za groźbę, ostrzeżenie, czy przyjacielską radę. Nie musicie nic teraz podpisywać, mamy dość czasu. Będziecie siedzieć do skutku. Zapamiętajcie jedno, jedynym wyjściem stąd jest moja zgoda. Macie czas na
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Hades. Pierwsze kroki
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: