Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00055 005023 14825567 na godz. na dobę w sumie
Halloween - ebook/pdf
Halloween - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 281
Wydawca: Oficynka Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62465-64-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W Halloween nikt i nic nie umknie mrocznej wyobraźni mistrzów polskiego horroru! Czy jesteście gotowi zmierzyć się z prawdziwą grozą?

W czas Halloween, kiedy umarli przedostają się do świata żywych, a żywi muszą się zmierzyć z niewyobrażalnym, może się wydarzyć wszystko. Wiedzą o tym tacy pisarze, jak Izabela Szolc, Magdalena Kałużyńska, Katarzyna Rogińska, Łukasz Orbitowski, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Bartosz Czartoryski, Łukasz Śmigiel, Robert Cichowlas, Piotr Rowicki i Dawid Kain. Niebawem dowiecie się i wy…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © Oficynka, Gdańsk 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki. Wydanie pierwsze, Gdańsk 2012 Opracowanie edytorskie książki: kaziki.pl Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz www.damasiewicz.idesigner.pl Zdjęcie na okładce © Sandra Cunningham I depositphotos.com Skład: dialoog.pl; biuro@dialoog.pl ISBN: 978-83-62465-59-0 Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 www.olesiejuk.pl www.oficynka.pl email: oficynka@oficynka.pl Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! Magdalena Maria Kałużyńska A nastazja i Krzysztof Chormańscy siedzieli w kuchni przy stole, naprzeciwko siebie. Nie grało radio, nie włączyli małego kuchennego telewizora, nie pracowało żadne urządzenie. Jedyny dźwięk, jaki do nich dochodził, to było tykanie zegara stojącego w przedpokoju. — Już niedługo — odezwała się kobieta. Mimo pa- rzących kaloryferów w domu było bardzo chłodno. Ale dłonie Anastazji nie trzęsły się z tego powodu, tylko z nerwów. — Wszystko przygotowane? — Tak. — Wskazała brodą krzesło pod oknem. Na krześle siedział sześcioletni chłopiec. Ich synek, Michał. — Dla dzieci, które przyjdą, są kruche ciasteczka, cu- kierki czekoladowe, cukierki owocowe — wyliczała — lizaki, drażetki, żelmisie, dropsy, pianki, landrynki. 6 Halloween — Landrynki są przecież dla niego. Odsunęła szufladę, wyjęła z niej plastikową torebkę. Położyła na stole. — Matko, Nastuś, ile tego jest? — Dwa kilogramy. — A w zeszłym roku wystarczyła jedna. — No i co z tego! Przezorny zawsze ubezpieczony — żona chlipnęła. Schowała twarz w dłoniach i zaszlochała głośno. Mąż błyskawicznie znalazł się obok. Mocno ją przytulił. — Wiemy, co robić, kochanie — uspokajał, mimo że sam z trudem powstrzymywał drżenie głosu. — Wiemy już, co robić. — Ale może nie przyjdzie? Modliłam się o cud. Może stanie się cud? — Niemożliwe. — Czule pogłaskał żonę po głowie. — Przyjdzie. To w końcu jego przyjaciel. — Mój Boże… — Otarła łzy i spojrzała na synka. — Cały czas sobie powtarzam, że on jest tylko dzieckiem. Dlatego to wszystko widzi inaczej… Synek siedział na krześle, w dłoniach trzymał uszy wielkiej papierowej, szarej torby. Machał na przemian no- gami, coś sobie podśpiewywał pod nosem. Miał na sobie kupiony mu przez mamę halloweenowy kostium pękatej pszczoły — czarno-żółtą elastyczną czapkę z czułkami, pikowaną kurteczkę w czarno-żółte pasy z przyczepionymi do ramion przezroczystymi skrzydełkami, czarne rajtuzy i żółte półbuty na grubej czarnej podeszwie. Nagle Chormańscy wyprostowali się jak struna. Jakieś dźwięki dobiegały z przedpokoju. Ale nie aksamitne Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 7 tykanie zegara stojącego przy drzwiach wejściowych. Zegar przestał tykać. Anastazja zacisnęła zęby, prawie do bólu. Krzysztof poczuł, że mimo chłodu panującego w mieszkaniu na czo- ło wystąpiły mu krople potu. Z przedpokoju dobiegł świst wiatru połączony z głośnym chrzęstem. Chłód momental- nie przeszedł w mróz. Oddechy zamieniły się w obłoczki pary. Michał uniósł głowę, nasłuchując. Z nieprzenik- nionej ciemności oblekającej przedpokój wysączył się zniekształcony, chrapliwy, głos. Nienależący do nikogo konkretnego. Ani dziecięcy, ani głos dorosłej osoby. Nie- przyjemny, wywołujący ciarki, gęsią skórkę. Zupełnie tak samo jak skrzypienie kawałka styropianu o szybę. — Cukierek albo psikus. Kobieta zerwała się na równe nogi, wzięła siatkę z lan- drynkami. Synek zeskoczył z krzesła i podszedł do mamy, rozchylając papierową torbę. Serce Anastazji uderzało tak mocno, że czuła ból w klatce piersiowej, trzęsły jej się nogi, drżały usta, pulsowały skronie. Była zdenerwowana do granic możliwości. Nie musiała się oglądać na męża. Wiedziała, że Krzysztof siedzi, zaciska pięści i zsiniałe z zimna usta. Prawie tak samo jak przejmujący mróz wy- czuwała jego myśli. W duchu dodawał żonie odwagi. Wyciągnęła rękę. — Cukierek! — powiedziała bardzo głośno, ostenta- cyjnie wrzucając kolorowe landrynki garściami do torby i patrząc trwożnie w stronę korytarza. — Dla ciebie. Te cukierki są specjalnie dla ciebie! Synek odwrócił się na pięcie, znikł w ciemnościach korytarza. 8 Halloween Po chwili trzasnęły drzwi wejściowe. Wróciła cisza, przerywana tylko miarowym, delikat- nym tykaniem zegara. Wróciła również normalna tempe- ratura. Chormańscy dopadli kuchennego okna. Widzieli, że Michałek szedł środkiem mocno oświetlonej asfalto- wej jezdni, a naokoło niego roiło się od innych dzieci, również w kostiumach. Byli czarodzieje w szpiczastych kapeluszach, Batman, pieski, kotki, wróżki, kilku grubo odzianych kowbojów, księżniczki wszelakich odcieni ró- żowości, Zorro, mały Lord Vader, tekturowy robot, kilka biedronek. Synek Chormańskich dreptał i co jakiś czas podnosił głowę tak, jakby spoglądał na kogoś bardzo wy- sokiego idącego obok. Nikogo takiego obok nie było. Rodzice jednak wiedzieli coś innego. — Nie zmarznie? — Anastazja spytała głucho. Była nadal zdenerwowana. Tak bardzo, że aż chciała krzy- czeć. Walić pięściami w ścianę, rwać włosy z głowy, stłuc wszystkie talerze. Chciała wywrzeszczeć cały żal, całą pretensję, którą miała głównie do siebie. Pretensję za swoją bezsilność. — Jest wyjątkowo ciepły wieczór — odpowiedział mąż podobnym głosem. Mówił spokojnie, mimo że w środku aż kipiał od złości. Zacisnął pięści. — Jak na ironię, kochanie, jest wyjątkowo piękny ostatni wieczór października. — Może powinnam iść za nimi? — To by nic nie zmieniło — pokręcił przecząco gło- wą. — Przecież wiesz. — Wiem. Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 9 — Powiedziałaś sąsiadom? — Tak. Ale pewnie wzięli mnie za wariatkę — szep- nęła Anastazja smutno — Poza tym, jak sobie pomyślę, że gdybyśmy w zeszłym roku wiedzieli to, co teraz… — Nie myśl o tym. Czasu przecież cofnąć się nie da. — Może w tym roku nie będzie tyle ofiar. Mam na- dzieję. — Tak, nadzieja umiera ostatnia. — Umiera. Trafne określenie. Dzieci, w tym ich synek, podeszły do furtki domu po- łożonego po drugiej stronie ulicy. Chormańska zadrżała. — Krzysztof! — Tak, kochanie? — To ja ci zwracam honor. Nienawidzę tego głupiego Halloween! Nienawidzę!!! Rok wcześniej. Tydzień przed Świętem Zmarłych Niedziela Tego roku źdźbła zboża wyrosły nadzwyczaj wysoko. Złote kłosy, ciężkie od ziaren, kołysały się miarowo, muskane podmuchami wiatru. Żniwiarze szykowali swoje narzę- dzia pracy. Sprawne dłonie rytmicznie przesuwały osełki po lekko zakrzywionym ostrzu… Anastazja otworzyła oczy, tym samym przegania- jąc sen, w którym widziała kołyszące się łany dojrzałe- go zboża oraz mężczyzn ostrzących kosy. Odszedł tylko obraz. Dźwięk ostrzenia pozostał… Usiadła na łóżku, 10 Halloween przetarła oczy, ziewnęła. Zerknęła na podświetlany zegar. Było piętnaście po drugiej. Siedziała tak dłuższą chwilę, aż zrobiło jej się chłodno. W okiennych szparach świsz- czał nocny wiatr. — Chyba zgłupiałam… — stęknęła. Opadła ciężko na poduszkę, zarzuciła kołdrę na gło- wę i od razu zasnęła. Poniedziałek Mężczyźni ostrzyli kosy. Sprawne dłonie rytmicznie prze- suwały osełki po lekko zakrzywionym ostrzu… Anastazję coś obudziło. Znajomy ze snu, charaktery- styczny metaliczny dźwięk przesuwania osełki po długim ostrzu. Tak, ten dźwięk ją obudził. Od razu usiadła, nie przetarła oczu, nie ziewnęła. Zapaliła nocną lampkę. Zer- knęła na zegar. Piętnaście po drugiej. Zerknęła na męża. Spał na boku, odwrócony do niej plecami. Chrapał. Metaliczne brzmienie nie ustawało. Wyraźnie docho- dziło z zewnątrz. Ale skąd dokładnie? Od sąsiadów z domu obok? Szymańscy coś ostrzyli? W środku nocy? Albo Ko- walczykowie? Może ktoś z sąsiadów mieszkających na- przeciwko? Nie, ten dźwięk nie był aż tak donośny. Domy położone po drugiej stronie ulicy są przecież daleko… Zsunęła nogi z łóżka. Dźwięk momentalnie umilkł. Anastazja dopiero wtedy poczuła straszny chłód. Było jej bardzo zimno. Aż dygotała. Przebiegło jej przez głowę, że to początki grypy, na pewno ma gorączkę. Wstała i na palcach, żeby nie obudzić męża, podeszła do komody. Wyjęła z szu- flady bawełnianą bluzkę z długimi rękawami i pośpiesznie ją Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 11 założyła. Szczękając zębami, szybko wróciła do łóżka, bez- szelestnie wsuwając się pod kołdrę. Zanim zmorzył ją głę- boki sen, jeszcze długo nasłuchiwała metalicznego dźwięku. Tej nocy jednak się już nie powtórzył. Wtorek Słońce przygrzewało. Pchane wiatrem, białe, niewielkie puchate obłoki rzucały plamy drgających cieni na bezkres rozkołysanych kłosów. Tylko kilka ruchów osełki dzieliło każdego żniwiarza od wyjścia w to rozgrzane pole... Anastazja znowu śniła o polu dojrzałego zboża. Wi- działa również tych mężczyzn, żniwiarzy, przygotowują- cych się do koszenia. I kiedy we śnie pojawił się metalicz- ny dźwięk, od razu usiadła na łóżku. Zupełnie jakby nie spała, tylko czekała na ten znajomy odgłos. Teraz uważnie nasłuchiwała. Dźwięk był taki sam jak zeszłej nocy. Ale tym razem brzmiał wyraźniej, bliżej, jakby… Wstrzyma- ła oddech. Tak! Dźwięk dochodził z pogrążonego we śnie i ciemnościach domu. Ale skąd? Co mogło wydawać taki odgłos? Coś w kuchni? A może w łazience? W piwnicy? A może… Ktoś! O nie! Poczuła jak włosy jeżą się jej na głowie. Najwyraźniej ktoś był w domu! Wyobraziła sobie piwnicę, kogoś obcego, intruza ukrytego za zasłoną czer- ni… I ten ktoś, intruz, sprawiał, że rozchodził się dziwny, niepokojący, straszny dźwięk! Przez ulotną chwilę pomyślała, żeby wstać, wziąć la- tarkę w jedną rękę, coś ciężkiego w drugą i odważnie iść na poszukiwania tego włamywacza. Głupi pomysł. Posta- nowiła obudzić męża. 12 Halloween — Kochanie… — delikatnie poklepała go po ra- mieniu. Krzysztof stęknął przez sen, żeby dać mu jeszcze dziesięć minut. Wstanie i wszystko naprawi, wszystkie sprawy załatwi. W tym zapchane kolanko pod zlewem i firmę od segregowania śmieci, wymieni też filtr w oka- pie i termostat w piecu, bo chyba coś nawala. Kiedy moc- no potrząsnęła jego ramieniem, otworzył oczy i wciąż nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na żonę. — Co jest? — Słyszysz? — Co niby słyszę?! Przyłożyła palec do ust. Nie musiała uciszać męża. Metaliczny dźwięk był wyraźny i głośny, zupełnie jakby dobiegał z pokoju obok. — Ki czort? — Krzysztof usiadł. — Nie wiem. Ale taki dźwięk, że mam ciarki. Straszny. — Przyjemny nie jest. Poza tym masz dreszcze, bo tu jest pieruńsko zimno. Przygasiłaś ogrzewanie? — Nie. Metaliczny dźwięk nie ustawał. — Cholera, co to jest?! — Poprzednio brzmiał inaczej. Z oddali. — Poprzednio? — Wczoraj w nocy. Przedwczoraj. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?! — Bo przestało zgrzytać i się nie powtórzyło. Gdzie idziesz? Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 13 — Jak to gdzie? Złapać tego dowcipnego gówniarza i urwać mu nogi przy samej głowie! — Raczej głowę przy samej dupie. Jakiego dowcip- nego gówniarza? Lepiej zadzwońmy po policję. A jeżeli to złodziej? — Kobieto, litości. Złodziej by tak nie hałasował! Krzysztof był wściekły. Wyprysnął z łóżka jak opa- rzony. Wyjął z komody latarkę, zaświecił i zgasił kilka razy, sprawdzając baterie. Mimo działającego ogrzewania w sypialni było chłodno. Oboje w mig ubrali się cieplej. Najpierw zajrzeli do pokoju syna. Michał spał ściśle otu- lony kołdrą. Zajrzeli do wszystkich pomieszczeń, spraw- dzili piwnicę, nawet schowek pod schodami. Wszystkie okna były zamknięte, drzwi wejściowe też. Obeszli dom, kilka razy. Dźwięk metalicznego tarcia raz przybliżał się, raz oddalał. Raz był wszędzie, raz nigdzie. Nagle umilkł. — Ktoś sobie najwyraźniej robi z nas jaja — mruk- nął Krzysztof. — Nie ma to tamto. Psa ci kupię. Ogrom- nego, stróżującego psa. Albo od razu dwa ogromne stró- żujące psy. Wtedy nawet najmniejsza mysz się nie prze- śliźnie! — krzyknął, stojąc na trawniku. Świecił latarką przed siebie. — Jeżeli wchodzi w grę mysz, to musisz mi kupić ogromnego stróżującego kota. Dwa ogromne stróżujące koty. Najlepiej od razu tygrysy. Może trzeba zadzwonić po kogoś? — Ale co ja powiem policji, kochanie, że ktoś sobie z nas głupa po nocy struga? — Nie struga, tylko coś ostrzy! 14 Halloween — Ale co ja powiem policji, kochanie, że ktoś sobie z nas głupa po nocy ostrzy? Lepiej? — No to może zadzwoń po kogoś, żeby może spraw- dził kaloryfery, co? — Cholera, rzeczywiście, na zewnątrz jest cieplej niż w domu! Do Mietka zadzwonię. Tej nocy już nie poszli spać. Siedzieli w chłodnej kuchni, rozgrzewając się kawą. Rozmawiali. Mąż dekla- rował, że temu żartownisiowi, który sobie robił jaja już na kilka dni przed Halloween, powyrywa z dupy nogi. Złapie go i z dupy nogi powyrywa! Może być przy świad- kach. Żart dzieciaka wychowanego na amerykańskich horrorach — nie widział innego wytłumaczenia źródła metalicznego dźwięku. Stwierdził również, że Michałowi nie pozwoli oglądać albo czytać żadnych horrorów, żeby w głowie dziecka się nie zalęgły tego typu lub podobne głupie pomysły. — Że niby duchy, zmory, upiory, zombie, wampiry i kto niby jeszcze? Co za bzdury! — Może i bzdury… — Anastazja po raz setny mie- szała swoją kawę. — Co chcesz przez to powiedzieć? — Może ten dźwięk to strzyga, która przyszła z pola albo lasu i sobie ostrzyła szpony. Albo jakaś inna mroczna łajza tu zaczęła straszyć. Z jakiegoś sobie tylko znane- go powodu. Ewentualnie zmora albo… Kto to wie… — Spojrzała na niego spode łba. — Ty robisz to specjalnie? — Niby co… — Uśmiechnęła się złośliwie. Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 15 — Specjalnie mnie denerwujesz?! Strzyga? Mroczna łajza? Zmora? — Oj, odczep się. Żartowałam. — Wcale mi nie jest do śmiechu, kiedy mówisz te swoje babskie gusła i jakieś przesądy! Nie odpowiedziała. Kilka minut wcześniej chciała streścić mężowi sen o żniwiarzach, ale po tym, jak sko- mentował jej żart, ochota na opowiadanie dziwnego snu przeszła jej jak ręką odjął. — A ten chłód w domu? — Mężowi zrobiło się głu- pio, po tym jak się odezwał. — Masz jakąś teorię na temat tego chłodu? — Z chłodem tylko oddech albo dotyk śmierci mi się kojarzy… i to by pasowało do dźwięku ostrzenia… — Upiła kawy. — Ale to tylko takie moje babskie gusła i przesądy. — Nastusiu, kochanie — przerwał jej mąż. — Prze- praszam. Ja tylko chciałem powiedzieć, że na wszystko jest przecież logiczne wytłumaczenie. Chłodno, bo ogrze- wanie siada. Metalicznie zgrzyta, to pewnie coś gra w ru- rach albo generalnie w instalacji. Mroczna łajza? Jedyną wylęgarnią łajz tutaj jest sklep monopolowy. Chociaż tamte łajzy nie są wcale mroczne, raczej przepite. Straszą, ale tylko wyglądem, no i chuchnięciem. Bardzo szanuję twoje ciągoty do bajek, ludowych mitów i klechd domo- wych, ale… Ale nie wierzył i tym bardziej nie lubił tego rodzaju opowieści. Mogły dla niego nie istnieć historie o duchach, nawiedzonych domach, wszelakich straszydłach, zaświa- tach, demonach, krasnoludkach, nimfach. Anastazja miała 16 Halloween ciągoty do historii niesamowitych. Co krok doszukiwała się ingerencji sił nadprzyrodzonych. To bardzo drażniło Krzysztofa, który zaliczał się do osób twardo stąpających po ziemi. Innymi słowy wierzył tylko w to, co zobaczył. Albo dotknął, doświadczył namacalnie. — W takim razie ty mi teraz sprzedaj teorię, że ktoś straszył nas kilka dni przed Halloween — zagadnęła prze- kornie. — Nie mam żadnej teorii, oprócz stwierdzenia, że to był kiepski żart. Naprawdę kiepski. Do tego zalatujący cholernymi amerykanizmami! — rozochocił się. — Nie- nawidzę Halloween. Nienawidzę tego zwyczaju. Głupia nowa moda jakaś. — Wcale nie nowa i wcale nie moda… — Ale wytłumacz mi, po co? Po co robić przedstawie- nie albo z siebie idiotę? Kiedyś nie wycinało się zębatych dyń ani się nie przebierało za trupy, tylko szło ze zniczami na groby i oddawało należną cześć tym, którzy odeszli. — Teraz też tak jest. A to całe, jak je nazwałeś, przed- stawienie, jest głównie skierowane do dzieci. — I nie, nieprawda, nie tylko dzieci się przebierają. — Ale ja mam na myśli chodzenie po domach, stra- szenie sąsiadów, psikusy. — Dziecko nas straszyło dzisiaj? — Chodzi mi o to, że dzieci się w to bawią, żeby prze- łamać strach przed śmiercią i ją oddemonizować. Ogólnie rzecz biorąc, ułaskawić. Halloween to nie jest żadna pro- fanacja Święta Zmarłych. Dorośli się też przy okazji do- brze bawią, przynajmniej niektórzy… — Upiła łyk kawy, Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 17 obejmując kubek obiema dłońmi. — A tego, mój drogi, nikomu nie zabronisz. — Czego? — Zabawy. — Rzeczywiście, zabawy nie zabronię. — I to do Celtów miej pretensje. Halloween nie jest żadnym amerykanizmem! — Dobrze, zwracam honor. — Wcale nie chcę, żebyś mi zwracał honor. Ja tylko bym chciała, żebyś łaskawiej spojrzał na ten obyczaj. Już pomijając jego pochodzenie. — Nie spojrzę. Nadal uważam, uważałem i będę uwa- żał maskaradę, wycinanie dyń oraz wszystkie inne podob- ne wygłupy za kompletnie niepotrzebne. Żona stwierdziła coś o uporze większym niż ośli oraz braku skłonności do kompromisów. I że na pewno jeszcze spróbuje przekonać męża o swoich racjach. Po chwili jed- nak spytała bardzo poważnie: — Co, jeżeli się okaże, na przykład, że w ogródku albo w domu faktycznie jakiś psychopata ostrzył ogrom- ny nóż? Na nas? — Wtedy zadzwonię po policję i powiem, że prawdo- podobnie odwiedził nas tajemniczy dwumetrowy dobro- dziej z równie wielką maczetą, noszący maskę ochronną amerykańskiego bramkarza hokeisty, zasłaniającą jego makabrycznie zniekształconą twarz psychopatycznego mutanta. — Ktoś tu podobno nie ogląda głupich horrorów — stwierdziła kąśliwie. 18 Halloween — Bo nie oglądam. Bo to dopiero są wyssane z palca bzdury — plątał się. — Tak mi wpadło do głowy. Jakoś. Cieplej ci już? Środa Żniwiarze ustawili się szeregiem na pasie miedzy biegną- cym wzdłuż pola. Zaraz potem zaczęli pracę. Wezwany w trybie pilnym pan Mietek, wielki niczym niedźwiedź, łysy jak kolano i wiecznie z czegoś niezado- wolony właściciel zakładu naprawczego, człapał po domu Chormańskich, sprawdzając kaloryfery. Sprawdzając to za mocno powiedziane. Dotykając. Krzysztof chodził za nim. — I od kiedy tak tu zimno i tak trze metal? — Mówiłem, zimno od niedzieli. Metal też. Tylko trze w nocy. — A nie majdrowałeś pan żadnymi wajchami? — Jakimi znowu wajchami? — Przy rurach. Albo przy piecu. Tam są wajchy, takie czerwone. — Niczym nie majdrowałem! — warknął Krzysztof. — I to się sprawdzi. Każdy tak mówi. Że niby nie- winny, śrubki nie wykręcił, zaworkiem się nie bawił. Jakoś tak się wzięło, się samo zepsuło. A później, że zim- no, że coś szura. Kaloryfery były gorące, niektóre aż za bardzo, prawie parzyły. — Żaden niezapowietrzony. Ale dają nieźle, na cały zyhel. — Bo zimno było, to rozkręciłem. To chyba oczywiste! Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! 19 — I jednak majdrował — stęknął fachowiec, unosząc palec wskazujący. — Ekonomiczne ma być grzanie, bo termostat nie wyrobi i zacznie puszczać, rozumiemy się? Przygasić trzeba. Mimo ustawienia na maksymalne grzanie piec gazo- wy pracował bez zakłóceń. — Skoro wszystko dobrze idzie — pan złota rączka podrapał się po głowie — to, cholera, może ocieplenie chałupy przepuszcza albo co… Skąd ten mróz przecho- dzi, ja się pytam. — Raczej ja się pytam. I co dalej? — I nic, panie kochany. — Fachowiec stanął przy drzwiach wyjściowych. — Pojęcia nie mam. Zimy jesz- cze nie ma, kaloryfery ciepłe, a w domu… — W domu prawie szron na ścianach — dokończył Chormański. — Pojęcia nie mam. — To już pan mówił. Może coś gdzieś się zablokowało? — Ale co i gdzie? Myślę, panie kochany, cały czas myślę. — I co pan wymyślił? — Ale tak od razu? — Co pan wymyślił teraz? — Ano gdyby się gdzieś czop jakiś zrobił albo coś, to instalacja by wzięła pieprznęła. Razem z domem. Nie pie- prznęła? Nie. To umówimy się tak. — Pan Mietek gadał jakby do siebie. — Jeżeli się zrobi zimno albo znowu coś zaszura, dzwoń pan. Skrzyknę moich chłopaków, przy- jedziemy ze sprzętem i sprawdzimy całość. — Gestyku- lował jedną ręką, drugą prawie cały czas drapał się po
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Halloween
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: