Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00213 003833 12778597 na godz. na dobę w sumie
Harremid. Cykl Pendorum. Część VI - ebook/pdf
Harremid. Cykl Pendorum. Część VI - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-959-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dalsze części cyklu Pendorum V – IX opowiadają historię z perspektywy syna Anrei, który przybywa na kontynent swej matki, aby wypełnić jej przepowiednię. Jednak już na początku drogi napotyka on tajemniczą, niemą niewolnicę i od tego momentu jego misja coraz bardziej się komplikuje. Z kolei nad Pendorum zbierają się ciemne chmury, oto przybywają tu dawni, gniewni i krwawi Bogowie żądni jedynie pomsty i władzy.

Części V – IX można czytać bez znajomości wcześniejszych części cyklu.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

HARREMID Krzysztof Bonk HARREMID cykl Pendorum część VI © Copyright by Krzysztof Bonk Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-959-3 Wydawnictwo: self-publishing e-wydanie pierwsze 2018 Kontakt: bookbonk@gmail.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione 5 I. W OTCHŁANI Zgodnie z moim oczekiwaniem Viria dotrzymuje da- nego słowa. Jej okręt rzuca kotwicę w pobliżu brzegu Ot- chłani, gdzie w sercu tej krainy ma przebywać czarownik Gabu. Wodujemy dwie łodzie i niebawem schodzimy na suchy ląd. My, czyli ja, Viria, jak również kilku piratów oraz nieskrępowana już Nail. Lecz uwalniam ją z więzów bynajmniej nie dlatego, iż wybaczam jej zabicie Atrix i mego nienarodzonego dziecka. Jedynie wychodzę z założenia, że tu, na tej prze- klętej ziemi, i tak nie ma ona dokąd uciekać. A jeżeli spró- buje szczęścia samotnie, niech i tak będzie. Ale taki wybór niechybnie przyniesie jej śmierć. Obecnie ciągle myślę, że jak najbardziej zasłużoną śmierć. Jednak dopóki żyje, niech pokutuje. – Ona to poniesie i to również. – Na kamienistej plaży wskazuję na Nail, a potem na wyciągane z łodzi skrzynie z prowiantem. – Da radę to wszystko udźwignąć…? – pyta Viria. – Musi. – Musi…? – Tak, ponieważ zabrałem ją na tę wyprawę, jako juczne zwierzę. Jest tu tylko dlatego. – Tylko dlatego…? – wyraża wątpliwość kobieta. Przy- 6 gląda się z uznaniem sylwetce dziewczyny i sugeruje: – Skoro ma status niewolnicy, co osobiście popieram, to nich służy też wieczorami swym ciałem moim kamratom. A może i ja się przy niej co nieco ogrzeję… – Nic z tego – oznajmiam zdecydowanie. – Będzie nosić bagaże, zbierać chrust na opał oraz przygotowywać do spożycia upolowaną zwierzynę. To wszystko. – Hmh… – mruczy bez przekonania Viria i drwiąco dorzuca: – Ciekawy zestaw, jak na juczne zwierzę… Ale jak tam sobie uważasz. W końcu ty tu dowodzisz… – Właśnie – ucinam dalszą dyskusję i przesuwam nogą w kierunku Nail ciężkie, skórzane torby. Dzień jest chłodny, w powietrzu przeważa wilgoć, a przestrzeń osnuwa gęsta niczym dym szara mgła. W takiej atmosferze kroczymy niezbyt długą kolumną pomiędzy ciernistymi zaroślami. Idę na czele razem z Virią. Za nami poruszają się trzy pary uzbrojonych po zęby piratów. Na końcu, trochę z tyłu z powodu dźwiganego ciężaru, sunie ociężale Nail, z trudem dotrzymując nam kroku. Przemieszczamy się w kierunku północnym, w mil- czeniu, aż w pewnym momencie wyłania się przed nami okazały szkielet jakiegoś potwora. Przyglądam się z re- spektem jego długim zębiskom i kościstym wyrostkom na bielejącej czaszce. Z kolei wokół jego racicy zauważam że- lazne wnyki na łańcuchu. Viria ogniskuje na nich wzrok i kpiąco oświadcza: – Doskonale. Teraz mam pewność, że jesteśmy na wła- ściwej drodze. 7 – Więc to ma być… drogowskaz? – zapytuję zdziwiony, spoglądając ciągle na szkielet. – Jakbyś zgadł… – Kobieta patrzy na mnie z wyższo- ścią. Następnie, jakby starając się przedrzeć wzrokiem przez mgłę, stwierdza: – Nieco dalej znajduje się obszerna polana. To będzie dobre miejsce na postój i nocleg. – Nie za wcześnie na biesiadę? – wyrażam wątpliwość. – Nie – rzuca ostro Viria. – Musimy się tu zaadoptować i zorientować, czy w pobliżu nie ma jakichś niemiłych nie- spodzianek. A przede wszystkim powinniśmy przeczekać tę podejrzaną mgłę. Nigdy nie wiadomo co się z niej może nagle wyłonić. – Rozgląda się z niechęcią i demonstrując skórzaną mapę w ręku, swobodnie kontynuuje: – Wraz z kolejnym dniem ruszymy wzdłuż strumienia, potem przemierzymy gęsty las i dotrzemy do rzeki. – Dobrze znasz drogę? – Jak najbardziej. I dlatego posłusznie dostosuj się do mojego przewodnictwa, przywódco… – Kobieta spluwa na przegniłą trawę. – Rozumiesz? – dodaje. – Niech tak będzie – oświadczam niechętnie, ale w duchu przyznaję, że na tym nieznanym mi terenie rozsądnie bę- dzie oddać się pod przewodnictwo kogoś doświadczonego. Na wspomnianej przez Virię polanie rozbijamy obóz i wy- stawiamy warty. Czterech ludzi na czterech stronach świata w niewielkiej odległości od siebie. Pozostała piątka wznieca ognisko i solidarnie przygotowuje pożywienie. Wtedy sam wkraczam do akcji, cedząc cierpko przez zęby: – Odpocznijcie. Ona wszystkim się zajmie. – Pokazuję ręką 8 na strudzoną Nail. – Czemu nie – zgadza się bez oporu Vira i rzuca władczo do dziewczyny: – Narzuć na trawę derkę i przygotuj mi koc, zimno tu. – Rozciera ramiona. Natomiast Nail czyni wszystko zgodne z rozkazem tym, jak i kolejnymi. Ja sam, rozgrzewając się przy właśnie wznieconym ognisku, jakby od niechcenia zapytuję: – Ile czasu zajmie nam dotarcie do czarownika? – Ile czasu…? – powtarza w zadumie Viria i jednocze- śnie bierze się za przegryzanie sucharów. – To zależy… – stwierdza i głośno chrupiąc, ciągnie dalej: – Jeżeli po drodze nie przydarzą nam się żadne wpadki, w co wątpię… to piesza droga zajęłaby kilka tygodni. Jednakże, jak znam życie i Otchłań… wkrótce ktoś, lub coś urozmaici nam naszą wyprawę. Ja zaś liczę, że w zwycięskiej konfrontacji z przyszłym przeciwnikiem uda nam się zdobyć konie… To jedyna szansa, aby względnie szybko i w miarę bez- piecznie pokonać ten niegościnny teren. – Czy możemy tu liczyć na jakichś sojuszników? – in- teresuję się. – Phi! – parska na to Virai. – W Otchłani?! Chyba żar- tujesz… – kpi i wymachując nadgryzionym sucharem, z de- terminacją stwierdza: – Przygotuj się, że na nic tu zdadzą się kosztowności, czy piękne słowa, sugerujące nie zarzy- nanie się nawzajem w razie spotkania oko w oko z tubyl- cami. W tej przeklętej krainie liczy się przede wszystkim ostry, gotowy do użycia oręż. Jak również ludzkie zasoby… – Spogląda łagodnie na Nail i posypując jej okruchy z su- 9 charów, uciesznie oznajmia: – cip, cip, cip… Smacznego moje ty juczne zwierzę… A niebawem może zwykła kuro niosko na sprzedaż… * Nazajutrz ruszamy prosto w górę strumienia. Na nie- wielkim wzniesieniu mijamy ślady dawnego obozowiska ze spróchniałymi zasiekami z zaostrzonych pali. Potem nie niepokojeni przemierzamy ponury las, polanę i znowuż brniemy w leśnej gęstwinie. Aż pod wieczór docieram na otwarty teren, gdzie bystro płynie pokaźnych rozmiarów rzeka. Viria zatrzymuje się tutaj, a wtedy zadaję jej pytanie: – Rozbijamy obozowisko? – Nie – rzuca szorstko. – Przystanęłam tu tylko na chwilę, aby… pozdrowić przeszłość… – Wodzi wzrokiem po spienionych, wodnych kaskadach. – Zatem niech będzie pozdrowiona – rzucam obojętnie zmęczonym głosem po całodziennej marszrucie. – Tak, niech będzie pozdrowiona, jasne… – przytakuje ko- bieta. I już mamy ruszyć w dalszą drogę, kiedy to naprzeciw nas wyłania się liczna grupa jeźdźców w grubych futrach i na chudych, płowych rumakach. – Broń w gotowości… – posykuje Viria. Sama kładzie dłonie na rękojeściach dziwnych przedmiotów za swoim grubym, czarnym pasem, okalających jej równie czarną spód- nicę. Z kolei oddział przywódczyni piratów rozstawia się w równym szeregu, mając pośrodku samą Virię. Nieco z tyłu, 10 dopiero teraz, dochodzi do nas taszcząca pakunki Nail. Ja sam, odważnie, a może raczej głupio, czynię krok do przodu. Niebawem jeźdźcy w liczbie około trzydziestu zatrzymują się tuż przed nami, a jeden z nich zeskakuje z rumaka. Ma białe, farbowane włosy wygolone do gołej skóry na skro- niach, a pozostałe związane w długi warkocz. Mężczyzna ten jest dość młody i niezwykle postawny, a ponurą twarz zdobi mu wytatuowany na czole czarny krzyż. Za broń służą mu dwa toporki przy pasie oraz potężny topór przewieszony przez plecy. Wydaje się on przywódcą prowadzonej przez siebie grupy i po jego chrapliwie wypowiadanych słowach wychodzi na to, że rzeczywiście nim jest. – Me imię to Zag. – Uderza się dumnie masywną pię- ścią w szeroki tors. – Jestem synem wielkiego Gronta z klanu Mroźnej Rzeki. – Czyli synem trupa – rzuca wyzywająco Viria. – Tak, mój ojciec odszedł ze świata żywych, a jego duch rozpłynął się w nicości… – Barbarzyńca mrozi kobietę nie- nawistnym wzrokiem i kładąc ręce na metalowych głowicach toporków, czyni zdecydowany krok naprzód. Na co zagra- dzam mu drogę i z dumą oświadczam: – Zwą mnie Avezan i jestem synem mitycznej Anrei. W odpowiedzi na moją deklarację odnoszę wrażenie, że ciemne oczy barbarzyńcy wręcz rozpalają się wściekłym ogniem gorącej nienawiści. Zaś zza pleców dochodzi mnie rubaszny rechot Viri, a następnie jej drwiąco wypowiadane słowa: 11 – Ha! Zdaje się, wypadałoby ci wiedzieć, Avezanie, że to właśnie twoja matka pozbawiła życia, w taki czy inny sposób… wspomnianego tu Gronta, ha, ha! Te słowa na moment wybijają mnie z równowagi i to wystarcza, abym dał się gwałtownie uderzyć otwartymi dłońmi w klatkę piersiową. Od siły ciosu barbarzyńcy lecę do tyłu wprost na piratów Viri. Ona sama odzyskuje po- wagę, wychodzi przed szereg i ostro krzyczy do Zaga: – Zamiast mścić się za dawne, wątpliwe krzywdy, pro- ponuję, abyśmy ku obopólnemu dobru pohandlowali! Bo widzę, że nie macie ze sobą kobiet! Za to my… – ucina zdanie, spogląda z ukosa na Nail i przyzywając ją ręką, drwiąco do niej gdaka: – Cip, cip, cip… – Kimkolwiek jesteście… co chcecie za czarnowłosą o ciemnej skórze i czarnych oczach? – chrypi naraz rozo- chocony Zag i rozbiera Nail pożądliwym wzrokiem. – Konie i swobodny przejazd – pada odpowiedź Viri. – Dwa konie i przejazd – uściśla barbarzyńca. – Tyle możemy dać. – Dwa… – powtarza kobieta i kiwa mi twierdząco głową, dając do zrozumienia, że w dalszą drogę udamy się już sami, za to na rumakach. – Zatem mamy umowę – stwierdza raptownie Zag i podchodzi do Nail. Na co dziewczyna siarczyście spluwa mu w twarz i przyjmuję pozycję do walki wręcz: – Podoba mi się – stwierdza z uznaniem barbarzyńca. – Ma zimną duszę, ale gorącą krew. Da mi silne dzieci! – Nie da… – oznajmiam smętnie i chwytam Nail za 12 rękę. Przecież nie mogę jej sprzedać, jak rzeczy. Nawet gdybym chciał, po prostu nie mogę. – Nie mamy umowy, odejdźcie… – dodaję. – Że co, że jak?! – chrypi raptem wielce oburzony Zag i wściekle świdruje mi oczy własnymi, to przenosi spoj- rzenie na swych ludzi, a potem Virię. Ta czyni kwaśny wyraz twarzy i wzrusza obojętnie ramionami. Następnie wyjmuje zza pasa dwa dziwne przedmioty i mierząc z nich do Zaga, lekceważąco oświadcza: – Ach, ci młodzi i ich skryte przed światem uczucia… Cóż powiedzieć… Ciotka Viria przecież nie stanie na drodze wielkiej miłości! A skoro tak… – Nagle rozlega się w przestrzeni głośny, podwójny huk. Z dziur w parze przedmiotów trzymanych przez kobietę unosi się szary dym. Natomiast Zag chwyta się za swą krwawiącą pierś. – Poznajcie moje zabawki, ostatni prezent od czarownika Gabu. Ponoć zwą się pistoletami i są doprawdy wystrza- łowe! – Kobieta ostentacyjnie zdmuchuje unoszący się dym. Z kolei Zag, któremu z ust cieknie strużka krwi, pada na kolana. Odwraca się do swoich oniemiałych z wrażenia ludzi i ostatkiem sił charczy do nich żałośnie: – Zabić… Zabić ich wszystkich… Zanieść im śmierć. Barbarzyńcy wahają się chwilę, aż jeden z nich wy- puszcza z łuku strzałę, która trafia w szyję dzierżącego szablę pirata. Wraz z tym zdarzeniem, jak na komendę dwie grupy przeciwników zawzięcie skaczą sobie do gardeł. Sam wyjmuję z pochew dwa krótkie ostrza, które lepiej 13 sprawdzają się w walce z licznym przeciwnikiem na krótki dystans. Podbiegam między konie barbarzyńców i siekam ich po udach, to dosięgam trzewi. Następnie cofam się, aby nie zostać samotnie osaczonym, a po moich bokach dostrzegam innych walczących, w tym piratów z szablami oraz Virię obecnie z tarczą i toporem. Tymczasem liczniejsi przeciwnicy, choć w pierwszym momencie ponoszą większe straty, to widać, że są wpra- wieni w oboju. Nie tracą bowiem zimnej krwi i konno za- gradzają nam drogę, zaganiając w kierunku bystrego nurtu rzeki. I nie mija wiele czasu, a jesteśmy półkolem okrążeni, mając za plecami wyłącznie wzburzoną wodę. Przeto chowam krótkie ostrza i zdejmuję z pleców dwu- ręczny miecz, by wywijać nim zamaszyście wprost w po- tężne łby rumaków. W ten sposób staram się wyciąć drogę i stworzyć wyłom w pół okręgu. Lecz raptem wymierzone zostają we mnie z końskich siodeł miecze i topory. Paruję kolejne ciosy własną klingą, aż mój miecz za- klinowuje się w zwarciu i przed śmiertelnym uderzeniem w głowę ratuje mnie czyjś topór skrzyżowany z obuchową bronią. Szybko rzucam spojrzenie przez ramię i do- strzegam, iż pomoc przychodzi od Viri. Jednakże kolejny cios młotem bojowym w mój tors sprawia, że zataczając się do tyłu, wpadam na kobietę i razem lecimy prosto do wzburzonej wody. Od tego momentu rozpoczyna się zupełnie inna walka, a mianowicie ta z siłami bezwzględnej natury. Odrzucam miecz i rozpaczliwie przebieram rękoma, starając się cze- 14 gokolwiek chwycić. Jednak moje kończyny nieustannie trafiają jedynie w próżnię. Zaś wzrok jest ograniczony przez spienioną wodę. Co raz czuję tylko dotkliwe ude- rzenia w brzuch o twarde skały. Aż naraz odnoszę przedziwne wrażenie, jakby rzeka nagle zmieniła kierunek swego nurt w drugą stronę, a jed- nocześnie znacząco przyspieszyła. Z tą chwilą do moich uszu dochodzi także złowrogi szum, zdaje się wodospadu. Dociera do mnie, że czas swobodnego spływania z nurtem właśnie dobiega końca i jeżeli zaraz nie zdołam się wykaraskać z wodnych odmętów, to spadnę w przepaść. Dlatego wręcz jak szalony zaczynam młócić rękoma i no- gami, aby tylko w jakiś sposób przeciwstawić się kierun- kowi rozpędzonej rzeki. Zachłystuję się kilka razy lodowatą cieczą, gdy wtem zostaję pochwycony silnie za dłoń i podciągnięty. Chwytam drugą ręką czyjejś kończyny i kolejny raz wypluwając wodę z płuc, ze wszystkich sił staram się podciągnąć. Udaje mi się i to wystarcza, abym wyrwał się wreszcie z wodnej matni i wspierany przez kogoś, wypełznął na płaską, ka- mienną nawierzchnię. Za chwilę leżę już na plecach, gwałtownie oddycham i spoglądam w poszarzałe niebo. A odzyskawszy nieco sił, z wdzięcznością bezwiednie szepczę: – Nail… Nail… – Czuję na klatce piersiowej dłoń i przykrywam ją swoją, po czym z uczuciem powtarzam: – Przepraszam, Nail, przepraszam… – Aż do przytomności doprowadza mnie znanymi mi, zgrzytliwy, kobiecy głos: 15 – Nagle naprawdę pożałowałam, że nią nie jestem, Nail… Trzeba tak było od razu, że jest coś więcej dla ciebie warta. Wówczas zażądałabym za nią co najmniej czterech koni! Na te szyderczo wypowiedziane słowa siadam gwał- townie i dostrzegam tuż koło siebie wyłącznie przemoczoną Virię. Kobieta przygląda mi się z kąśliwym uśmieszkiem, a ja wiodę rozbieganym wzrokiem po okolicy. Okazuje się, że znajdujemy się na samotnej skale na samym środku wielkiej, rwącej rzeki. Lecz to bynajmniej nie koniec kiep- skich wiadomości. Oto na obu brzegach, w różnych miej- scach, stoją całe dziesiątki barbarzyńców i przyglądają się nam. – Witamy w Otchłani! – kwituje rezolutnie widok Viria, po czym wyjmuje zza paska pistolety i zdegustowana wy- lewa z okrągłych otworów strugi wody. 16 Spis treści I. W OTCHŁANI II. PARTNERKA III. ROZKOSZNE ŁZY ANREI IV. CZAROWNIK V. NOWY KOMPAN VI. KU PRZEPAŚCI VII. HARREMID VIII. MAŁŻEŃSKI WĘZEŁ 6 18 35 42 57 63 82 100 116
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Harremid. Cykl Pendorum. Część VI
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: