Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00085 005340 12587149 na godz. na dobę w sumie
Herbata szczęścia, t. I - ebook/pdf
Herbata szczęścia, t. I - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 404
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 9788370339630 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Romantyczna powieść fantasy z tajemnicą w tle!

Tajemnica z przeszłości, nietypowe zlecenie i wielka miłość. To wszystko spada na Szklarkę w przeciągu jednej chwili. Jak namalować coś, co podobno nie istnieje, a przynajmniej nikt tego nigdy nie widział? Czy Szklarka odkryje tajemnicę swojej przeszłości? Czy spotka jeszcze hrabiego Seduna, o którym nie może zapomnieć? Czy powrót na Wyspę Sierot pomoże jej rozwiązać zagadkę i czy znajdzie dość sił, żeby powstrzymać groźne instruktorki?

Herbata szczęścia to magiczna opowieść pełna przygód, piękna i gorących uczuć, stworzona specjalnie dla tych, którzy nie boją się marzyć.

Seria Blask Corredo:

Tom 1 - Herbata Szczęścia

Tom 2 - Córka Szklarki

Tom 3 - Ścieżki Avenidów

Tom 4 - Tajemnice Skyle

Tom 5 - Szkoła LaOry

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © by Agnieszka Grzelak 2014 Redaktor Lidia Kozłowska Redaktor techniczny Justyna Nowaczyk Projekt okładki Dagna Krzystanek ISBN 978-83-7033-920-3 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze 2014 ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl 1. To już ostatnie muśnięcia pędzla nakładającego bar- wę na szkarłatny płatek róży. Jeszcze tylko ciemniejsza smuga na brzegu. Koniec. Szklarka odchyliła głowę na oparcie krzesła. Przymknęła oczy. Zamówienie do pa- łacyku księżnej Ilse Coral Morgenrose można uznać za skończone. Trzysta czterdzieści osiem witrażowych ob- razków przedstawiających róże. Księżna życzyła sobie, żeby każdy kwiat był inny. Praca była więc skompliko- wana. Przeglądanie atlasów i opracowań botanicznych, godziny spędzane w rosariach na robieniu studiów z na- tury. Chyba przez najbliższy rok nie będę miała ochoty patrzeć na róże – pomyślała Szklarka. Trzy miesiące pracy... Wstała od stołu, porządnie zakręciła słoiczki z farba- mi i odstawiła je na półkę w tym samym porządku, co zawsze – rozpoczynając od barw ciepłych i przechodząc stopniowo ku zimnym. Ściągnęła fartuch. Wyjęła z szaf- ki butelkę z naftą i nalała odrobinę na dłonie. Płyn sku- tecznie usunął resztki farby z rąk. Trąciła zawieszony na haftowanej taśmie srebrny dzwonek i w pracowni pojawiła się Verka. – Przygotuj mi kąpiel i coś gorącego do picia. – I kolację? – Nie, Verko, nie mam ochoty na jedzenie. 7 Wychodząc, młodziutka jasnowłosa służąca rzuciła jeszcze okiem na stół. – Piękne są te róże, panno Szklarko. Wszyscy mówią, że pałac księżnej Morgenrose przyćmi nawet szklaną wieżę królowej Keweny. Szklana wieża Keweny. Rok pracy. Szklarka miesz- kała wtedy w zamku. Ogromne szyby, które miała malo- wać, nie zmieściłyby się w jej pracowni. Królowa zjawia- ła się często, sama albo co gorsza z gośćmi. Wtrącała się, komentowała... To rozpraszało. Po jej wyjściu Szklarka przez godzinę dochodziła do siebie, zanim mogła znowu zająć się pracą. Przychodził też Scaber. Bardzo rzadko coś mówił. Siadał i patrzył. To też dekoncentrowało, ale w miły sposób. Od niego dostała ten srebrny, wysadza- ny turkusami dzwoneczek, którym teraz przyzywa Ver- kę. Scaber... Młody hrabia Scaber Sedun, narzeczony Pepperii Thunbereng, córki marszałka Thunberenga. Dobrze, że Szklarka wiedziała o tych zaręczynach. Do- brze, że nie pozwoliła sobie na zakochanie. Dobrze, że... Miałam do tego nie wracać, westchnęła w myślach. Niemniej jednak mogę być dumna ze szklanej wieży. Malowała wówczas na wielkich tafl ach wszystkie zna- ne pnącza: klematisy, wiciokrzewy, bugenwille, blusz- cze i setki innych. Ślęczała nad atlasami, nad starymi rycinami... To był piękny czas niezależnie od Scabera, a może właśnie dzięki niemu. Myślała, że gdy znajdzie się w łóżku, to zaśnie na- tychmiast, ale sen nie przychodził. Światło księżyca 8 rzucało białawy poblask na wiszący na ścianie mały ob- razek, który przedstawiał kamienną wieżyczkę stojącą na usianej kwiatami łące. Lubiła na niego patrzeć. Ju- tro rozpocznie pracę nad nowym zamówieniem. Chciała pojechać do swojej samotni nad morzem i odpocząć po trzystu czterdziestu ośmiu różach księżnej Morgenrose, ale dwa dni temu zjawił się u niej człowiek o nazwisku Rieze i zaproponował tak wysokie honorarium za pręd- kie wykonanie jednego obrazka, że odłożyła odpoczynek na inny termin. Szybka była gruba i okrągła. Zlecenie proste – namalować gałązkę krzewu herbaty szczęścia. Szklarka nie słyszała nigdy o takiej roślinie, ale była pewna, że jest to ludowa nazwa jakiegoś ziela, którego rysunek powinna bez problemu znaleźć w swoim zbio- rze tablic botanicznych. Pewność ta opuściła ją wieczo- rem, kiedy przewróciła ostatnią kartkę ostatniego atla- su i nic nie znalazła. 2. Droga do klasztoru braci uzdrowicieli biegła mię- dzy niskimi kamiennymi murkami odgradzającymi leżące na zboczach góry pastwiska. Murki porośnięte były mchem oraz plątaniną jeżyn i bluszczów. Świeciło słońce, ale powietrze miało już ostry jesienny posmak. Szklarka, ubrana w ciepłą granatową suknię z wyso- kim kołnierzem, musiała wkrótce otulić się białym szy- 9 dełkowym szalem, który przewidująco wzięła ze sobą. Dawno nie wyruszała za miasto, spędzając całe dnie w pracowni. Teraz więc cieszył ją raźny marsz, rześkie powietrze i otaczające ją zewsząd intensywne barwy. Lekko zdyszana dotarła na szczyt wzgórza, gdzie mie- ścił się klasztor. Jego mury z jasnego kamienia złociły się łagodnie w promieniach słońca i emanowały spoko- jem. Na ludzi, którzy przybywali tu szukać ulgi w cier- pieniu, sam ten widok wpływał kojąco. Czuli się zdrowsi, mimo że nie zdążyli jeszcze poddać się leczeniu. Bra- my były szeroko otwarte. O tej porze na brukowanym kocimi łbami dziedzińcu kłębił się tłum chorych. Sta- li w kolejkach do stoisk z ziołami, do cel braci badaczy albo cisnęli się do cudownej sadzawki. Szklarka ominę- ła ich wszystkich i skierowała się ku zachodniej wieży, w której mieściła się biblioteka. Drewniane, spękane ze starości drzwi skrzypnęły przeciągle, gdy wchodziła do ciemnego przedsionka. – Panna Szklarka! – zawołał na jej widok wyraźnie uradowany brat Parel. – Dawnośmy się nie widzieli. Będzie chyba ze trzy lata. Przyszła pani skontrolować okna w czytelni? Malowidła pięknie się trzymają. Na- wet najwyższy brat uzdrowiciel Godey z Tymmanu był tu i podziwiał. Brat Parel był grubiutki i pogodny. Miał na sobie szary fartuch, jak wszyscy pracownicy biblioteki. Kurz ze starych ksiąg unosił się w powietrzu i pokrywał wszystko popielatą warstewką. Szklarka przypomniała sobie, jak bardzo utrudniało to prace malarskie. Teraz, patrząc na wysokie, łukowate okna czytelni, była dumna z namalowanych przez siebie pędów ziół, które migotały w promieniach słońca, rzucając kolorowe błyski na ugina- 10 jące się pod ciężarem ksiąg stoły. Obrzuciła salę szybkim spojrzeniem. Była prawie pusta. O tej porze większość braci usługiwała chorym. Tylko trzech młodziutkich kan- dydatów pochylało ostrzyżone na krótko głowy nad za- drukowanymi stronicami. – Chciałabym przejrzeć kilka atlasów botanicznych i może jakiś słownik z ludowymi nazwami ziół. – Panna Szklarka szuka czegoś konkretnego? – Tak. Potrzebuję wizerunku herbaty szczęścia. Brat Parel zmarszczył czoło i pogładził lśniącą łysinę. – Prawdę mówiąc, panno Szklarko, każdy z nas stu- diował botanikę, aby w pełni poznać niezliczone dary, jakie ma nam do zaoferowania natura. Wszystkie ryci- ny z atlasów siedzą o tu! – Klepnął się w czoło. – I słowo daję, nie przypominam sobie takiego ziela. Wskazał jej kwadratowy stół w oddalonym kącie sali. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Pamiętał, jak ce- niła sobie odosobnienie. – Proszę tu siąść, panno Szklarko. Zaraz coś przyniosę. Jeśli brat Parel nie słyszał o herbacie szczęścia, to nie ma sensu przeglądać atlasów, pomyślała. Ciekawe, kim jest ten Rieze i dlaczego tak mu zależy na tym zleceniu. Pięćset złotych dukatów za jedną szybkę – nikt dotąd nie wykazał się taką rozrzutnością. – Nie przyniosłem zwykłych naukowych opracowań. – Usłyszała głos brata Parela. Jego samego prawie nie było widać zza stosu zakurzonych ksiąg. – Znam je na pamięć, a i panna Szklarka pewno podobne ma u siebie. Te tutaj są stare i nie do końca wiarygodne, ale może da się w nich coś wyszukać. Złocone napisy, skórzane oprawy, mieniące się barwa- mi iluminacje... Szklarka aż westchnęła. Nie pierwszy 11 raz w tej bibliotece ogarniała ją zazdrość i pragnienie po- siadania niektórych manuskryptów. Obiecywała sobie, że kiedyś tu przyjdzie i skopiuje z największą dokładno- ścią ot choćby taki Herbarz czarodzieyski... Te przepla- tające się gałązki bluszczu, powoju i winorośli ozdobio- ne złotymi zawijasami i kielichami bajecznych kwiatów przypominających lilie. Spisanie ziół zamorskich cuda- mi słynących, Podanie o kwiecie paproci... Kurz kręcił w nosie. Sztywne karty wabiły kolorami i fantastyczny- mi opisami okazów botanicznych. Szklarka prawie za- pomniała, po co tu przyszła. Zasię aby miłość przywołać są one zioła jak następuje: lubczyk, arcydzięgiel... Mimo woli jej myśl powędrowała ku Scaberowi. Zobaczyła jego ciemnobrązowe oczy i lekki uśmiech przez krótki moment rozświetlający twarz. „Panno Szklarko... Och, chciałbym wiedzieć, jakie naprawdę jest pani imię! Gdy- bym mógł, pokazałbym pani Wyspy Wschodu, tamtejsze zamki obrośnięte purpurowymi pnączami i ogrody tak piękne, że...” Urywał nagle i pogrążał się w myślach, do których nie miała dostępu. Próbowała nie zastanawiać się, dlaczego tak często ją odwiedza. Kiedyś oświadczył: „Nie będę nic mówił, chcę tylko popatrzeć, jak pani ma- luje. Lubię milczeć w pani obecności...”. Zalała ją wtedy fala radości i niejasnej nadziei. Sposób, w jaki wyma- wiał słowa, ciepło jego spojrzenia... Dość! Zacisnęła usta. Była zła, że pozwoliła się ogar- nąć obezwładniającej fali wspomnień. Scaber niedługo będzie mężem Pepperii Thunbereng, a ona, Szklarka, jest artystką z Wyspy Sierot i koniec. Myśląc o kimś, z kim nigdy nie mogłaby się połączyć, rani samą sie- bie. „Pamiętajcie, dziewczęta, dla ludzi, wśród których będziecie mieszkać, jesteście bez pochodzenia, jesteście 12 znikąd. Nawet jeśli jakiś arystokrata poczuje do was przelotny afekt, to ani on, ani jego rodzina nie będą brać pod uwagę stałego związku. Nauczyłyście się tu- taj elitarnych rzemiosł. To wam pozwoli się utrzymać i żyć na wysokim poziomie. Ceńcie się wysoko. Im droż- sze będą wasze wyroby, tym więcej snobów zapragnie je mieć. Prawdę mówiąc, jesteście znacznie lepsze od tych księżniczek z rozgałęzionymi koligacjami. – Instruktor- ka Anid Verda podniosła dumnie głowę. – Pod każdym względem lepsze”. Szklarka westchnęła. Pamiętała te przemówienia ele- ganckiej Anid, co nie zmieniało faktu, że na myśl o bli- skim ślubie Pepperii i Scabera miała uczucie, że tonie. Sześć godzin ślęczenia nad pożółkłymi stronicami – bez skutku. Znalazła fantastyczne opisy roślin, o któ- rych istnieniu nie miała pojęcia, iluminacje zdobione płatkami złota, mityczne stwory wijące się na margine- sach. Brak tylko herbaty szczęścia. – Nic, panno Szklarko? – Brat Parel nie krył zdziwie- nia. – Nic, ani słóweczka. Była już bardzo głodna i spragniona. Podniosła się i otrzepała dłonie z kurzu. Zakonnik dźwignął stos ma- nuskryptów i chyba jakoś źle je uchwycił, bo dwa wysu- nęły mu się z objęć i gruchnęły o podłogę. – A niech to jasny... – Brat Parel zerknął na dziew- czynę i dokończył w bardziej stonowany sposób. – Żeby się tylko nie poniszczyły. 13 Szklarka schyliła się, żeby podnieść Herbarz czaro- dzieyski i zauważyła, że spod skórzanej oprawy wysunął się zwitek pergaminu. Podniosła go i rozprostowała. Zo- baczyła drobne pismo. ...co zaś do herbaty szczęścia, to mówię ci, że kto kwiatu jej powącha, smutki precz odejdą, a marzenia się spełnią. A kto napar wypije, ten szczęścia zazna wielkiego i jeśli chory – zdrowie odzyska. Ale też tego ziela przedziwnego nikt na oczy nie widział. Jest ukry- te, zakryte, zamknięte, a legendy o nim krążą wśród czarodziejów. Jeden z nich... Tu notatka urywała się, a pergamin był wystrzępiony, jakby dalszą część od- darto. Szklarka odchyliła ostrożnie oprawę herbarza, ale nie znalazła nic więcej. Bez słowa podała kar- teczkę bratu Parelowi. Zakonnik odłożył księgi na stół, wzbijając kolejną chmurę kurzu, i wziął do ręki pergamin. – Ot, bajki, panno Szklarko – powiedział, kręcąc gło- wą. – Niech panna narysuje jakieś zielsko z kwiatami i powie, że to herbata szczęścia. Ten, co pani to zlecił, sam pewno nie wie, jak ona wygląda. – Też tak myślę, ale nie mogę kłamać, to sprzeczne z moimi zasadami. – A bajka to kłamstwo czy prawda? – Zakonnik uśmiechnął się zagadkowo i zaczął się oddalać ze sto- sem manuskryptów w objęciach. Będąc już w drzwiach, odwrócił głowę. – Ten karteluszek to panna Szklarka może sobie wziąć. niego. – Dziękuję... – szepnęła bardziej do siebie niż do Gdybym miała taką herbatę szczęścia – pomyślała – 14 mogłabym... Scaber zostawiłby Pepperię Thunbereng. Wszystko byłoby możliwe. Smutki precz odejdą, a ma- rzenia się spełnią... Znowu! Westchnęła rozpaczliwie, zła na siebie za przywoływanie wspomnień i budowanie złudzeń. Szła zamyślona w stronę domu. Zachodzące słońce za- palało ogniste błyski w prostokątnych szybkach. Malo- wane fasady kamieniczek złociły się w jego promieniach. Już z daleka dostrzegła, że ktoś stoi przed jej drzwiami. Drobny chłopak z płomiennorudą czupryną przyglądał się witrażom wymalowanym w górnych oknach mieszka- nia. W pewnym momencie otwartą dłonią potarł zadarty nos i po tym geście Szklarka go rozpoznała. – Robi! – zawołała i przyspieszyła kroku. Był chłopcem z sąsiedztwa, który zachodził kiedyś prawie codziennie do jej pracowni i zachłannie przypa- trywał się pracy nad witrażami. Po pewnym czasie za- częła go uczyć zasad rysunku i była zdumiona niezwykłą precyzją, jaką odznaczały się jego szkice. Nie spotkała nikogo spoza Wyspy Sierot, kto wykazywałby się takimi zdolnościami. W bardzo młodym wieku został zatrudnio- ny jako rysownik Królewskiej Pracowni Atlasów i rozgła- szał wszystkim, że jego nauczycielką i mistrzynią była Szklarka. – Co cię sprowadza, Robi? – zapytała, wchodząc do mieszkania i polecając Verce, żeby podała im herbatę do saloniku. – Roślina, której nie znam – odpowiedział z krzywym uśmiechem. 15 – Ty nie znasz jakiejś rośliny? – W głosie Szklarki zabrzmiało głębokie niedowierzanie. Robi rozłożył ręce. – Trzy dni temu był u mnie jakiś człowiek i zamó- wił rycinę pędu herbaty szczęścia. Zaproponował taką sumę, że omal nie spadłem ze stołka. – Czy ten człowiek nie nazywał się przypadkiem Rie- ze? – Szklarka usiadła na fotelu. – Tak! Był także u ciebie? – domyślił się chłopak. – Owszem. Ale, podobnie jak ty, nie wiem, co to za roślina. Właśnie wracam z biblioteki klasztoru uzdro- wicieli. Jedyne, co znalazłam, to ta karteczka. – Podała Robiemu skrawek pergaminu. Czytał ją, marszcząc brwi. – Legendy o nim krążą wśród czarodziejów... – Pod- niósł wzrok na Szklarkę. – Ktoś chce, żebyśmy naryso- wali roślinę, której nikt nie widział na oczy. 3. Scaber stał oparty o reling i patrzył na łagodnie prze- lewające się za burtą turkusowe fale. Podróż na wyspę Nut była dla niego wybawieniem... A raczej odroczeniem wyroku. Ślub z Pepperią Thunbereng czeka go i tak, tyle że kilka miesięcy później niż to pierwotnie zaplanowali rodzice ich obojga. Pepperia... Śliczna, wesoła, kokiete- ryjna... i z dobrej rodziny. „Wszyscy ci zazdroszczą takiej narzeczonej”. Kto to powiedział? Matka? Ciotka Ruffi ? 16 Ktoś ze znajomych? Nieistotne. Nie ma też znaczenia fakt, że on, Scaber, nie lubi Pepperii. Tak, teraz w obli- czu pustego, otwartego oceanu może przyznać się do tego otwarcie. Nie lubi swojej przyszłej żony. Nie ma ochoty mieszkać z nią pod jednym dachem i pozwalać, żeby jej drobne, upierścienione dłonie dotykały któregokolwiek z jego osobistych przedmiotów: srebrnego pióra, granato- wo-białej fi liżanki, książek, map... Najchętniej urządził- by w domu zakazaną komnatę i pod karą śmierci zabro- nił do niej wchodzić żonie. Zresztą słowo „żona” w ogóle nie kojarzyło mu się z Pepperią Thunbereng. Najbardziej ze wszystkich kobiet na świecie pasowało mu ono do Szklarki i wobec tego faktu był zupełnie bezradny. Jedy- ne, co mógł robić, to udać się na wyprawę organizowaną przez Cecila Sarotiana – zwariowanego botanika, który dowodził, że na wyspie Nut znajduje się gatunek herba- ty o niezwykłych właściwościach. Rodzina na tyle znała zamiłowanie Scabera do podróży, że jego decyzja o wy- ruszeniu w kierunku tajemniczego lądu nie wzbudziła szczególnego zdziwienia. Nikomu nie przyszło do głowy, że w ten sposób ucieka przed uroczą Pepperią. A ona sama? Być może domyśla się jego uczuć. Był pewien, że go nie kocha. W jej zimnych błękitnych oczach widział je- dynie determinację i zachłanność. Pepperia chciała mieć męża, pozycję i majątek. I z pomocą obu rodzin dopnie swego. Scaber wiedział, że nie ma w sobie dość siły, by przeciwstawić się woli Sedunów i Thunberengów. Zresz- tą... Co by im powiedział? Że wolałby ożenić się ze Szklar- ką? Bzdura. Nikt nie żeni się z dziewczynami z Wyspy Sierot. Poczuł, że na myśl o tym ogarnia go wściekłość. Nagle silną falą powróciły wspomnienia z tamtego roku, kiedy gościł u królowej Keweny. Ręka Szklarki trzyma- 17 jąca pędzelek, jej delikatny kark, kiedy pochylała się nad tafl ą szkła, ciemne pasma włosów wymykające się z upiętego nisko węzła, jej milczenie... Jego milczenie... To było niezwykłe. Mógł przy niej być i nic nie mówić. Pepperia i inne znane mu kobiety wymagały prowadze- nia nieustannej konwersacji – uprzejmej i pogodnej roz- mowy o niczym. Nienawidził tego z całego serca. Przypo- mniał sobie uśmiech pojawiający się na ustach Szklarki, kiedy uchylał drzwi pracowni i pytał, czy może wejść. I to krótkie, przyzwalające skinięcie głową. Zapach farb, ja- kim przesycone było powietrze wokół niej, kojarzy mu się od tamtej pory z niezwykłym spokojem i... szczęściem. Usłyszał za sobą czyjeś kroki. Cecil Sarotian podszedł do niego i również zatopił wzrok w morzu. Był niezbyt wysokim mężczyzną o rudawych włosach i bardzo jasnej skórze. W przeciwieństwie do Scabera lubił towarzystwo i ciągle można go było zobaczyć rozmawiającego z kapita- nem, ofi cerami albo którymś z marynarzy. – Dlaczego pan właściwie chciał ze mną płynąć, hrabio? Zwykła ciekawość czy też pożądanie owej niezwykłej her- baty szczęścia? – Herbata szczęścia? – Scaber wzruszył ramionami. – Nie myślałem o niej. Raczej o tym, żeby gdzieś wyru- szyć. Gdzieś daleko... w nieznane. – A wierzy pan w istnienie krzewu herbacianego, któ- ry uzdrawia wszystkie choroby i daje szczęście? – Prawdę mówiąc, nie – odparł krótko Scaber. – Je- stem realistą. I dlatego, dodał już w myślach, po powrocie ożenię się z Pepperią, a szczegóły naszego ślubu będą szeroko oma- wiane na pierwszych stronach kroniki towarzyskiej. 18 – Ja też nie – westchnął Sarotian. – A to dlatego, że jestem botanikiem i wiem, że żadna roślina nie może spełnić ludzkich pragnień o szczęściu. – Mimo to wyruszył pan na jej poszukiwanie? – Ktoś dobrze mi za to zapłacił. Wyspa Nut sama w so- bie może być rajem, jeśli chodzi o obfi tość nieznanych ga- tunków fl ory. Nikt jej jeszcze tak naprawdę nie zbadał. Liczę na pasjonujące odkrycia i zaszczytne miejsce wśród członków Królewskiego Towarzystwa Botanicznego. – Kim jest człowiek, który pokrył koszty wyprawy? – Nie wiem. Kontaktował się ze mną tylko jego peł- nomocnik, który stanowczo odmawiał udzielenia ja- kichkolwiek informacji na temat swojego chlebodawcy. Wahałem się nawet, bo wydawało mi się to mocno podej- rzane, ale pokusa dotarcia na wyspę Nut była silniejsza. – Właściwie nic nie wiem o tym miejscu – przyznał Scaber. – Ja też niewiele, ale to, co znalazłem w dokumen- tach z poprzednich wypraw, wystarczy, aby skusić nie- jednego poszukiwacza przygód. Nie jestem poszukiwaczem przygód, pomyślał Sca- ber. Jestem poszukiwaczem spokoju. 4. Pepperia Thunbereng siedziała w ogrodzie i obracała w palcach elegancką kopertę. 19 – Dostałaś list od swojego Scabera. – Rannia Kalters uśmiechnęła się domyślnie. – Tak. – Pepperia skinęła głową. – Właściwie tylko pozdrowienia. Płyną do tej wyspy i na razie chyba nic ciekawego się nie dzieje. Wyjęła z koperty ozdobny kartonik z wytłoczonym herbem rodziny Sedunów i podała go przyjaciółce. – Przeczytaj sama, jeśli cię to interesuje. Droga Pepperio, Przesyłam pozdrowienia z wyprawy na wyspę Nut. Pogoda jest dobra do żeglugi. Czytam książki zabrane przez Cecila Sarotiana. Są dość interesujące. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze. Przekaż pozdrowienia swemu Ojcu. Scaber Rannia przeleciała wzrokiem list i pomyślała, że nikt by się nie domyślił, że jest on skierowany do narzeczo- nej. Ofi cjalny i chłodny, jakby Pepperia była daleką i niezbyt lubianą znajomą, a nie przyszłą żoną. – Trochę krótki, nie sądzisz? – spytała ostrożnie, spo- glądając spod oka na przyjaciółkę. – Scaber nigdy nie był zbyt wylewny. – Pepperia schowała liścik. – Zresztą, jakie to ma znaczenie? – Nie chciałabyś, żeby był bardziej czuły? Żeby pisał, że cię kocha? – Hm... – Pepperia wzruszyła ramionami. Rannia obserwowała jej nieskazitelny profi l. Pomy- ślała, nie bez zazdrości, że jest to chyba najładniej- sza dziewczyna, jaką zdarzyło się jej w życiu widzieć. 20 A jednocześnie bardzo zamknięta w sobie i trzymająca wszystkich na dystans. – Czy jesteś szczęśliwa? – Pytanie wymknęło jej się mimo woli. Od razu tego pożałowała, bo Pepperia obdarzyła ją pełnym urazy spojrzeniem. – Oczywiście, że jestem szczęśliwa. Masz podstawy, żeby sądzić inaczej? ktoś jest zakochany... – Nie... tylko... No wiesz, wydawało mi się, że kiedy – Zakochany? – Pepperia zerwała się z ławki. – Nie bądź dziecinna, Ranniu. Nikt tu nie mówi o zakochaniu. Małżeństwo ze Scaberem było zaaranżowane od dawna przez nasze rodziny. Nie ma w tym nic romantycznego i jestem z tego zadowolona. Uczucia tylko komplikują życie, które przecież i bez nich może być miłe i satysfak- cjonujące, nie sądzisz? Rannia potrząsnęła głową. Czy Pepperia wierzy w to, co mówi? To brzmiało tak cynicznie. – Nie jesteś zła, że przesunął termin ślubu, bo za- chciało mu się dalekiej podróży? – No cóż, prawdę mówiąc, byłam wściekła, ale teraz już mi przeszło. Mam zamiar pojechać do Versathis, po- siadłości Scabera, i dokładnie zaplanować gruntowną przebudowę tego miejsca tak, żeby zmieniło się w kom- fortową letnią rezydencję. – Ale to przecież jego własność. – Niebawem również i moja. – Pepperia zmrużyła oczy. – Czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosna? Może skrycie kochasz się w Scaberze, co? – Scaber jest zbyt... surowy, jak na mój gust. – Ran- nia pokręciła głową. – Czasami, podczas przyjęć wyda- 21 wanych przez twojego ojca, miałam wrażenie, że chciał- by uciec do jakiejś pustelni. Wolę bardziej towarzyskich mężczyzn. – Towarzyski czy nie, Scaber zna swoje obowiązki. Nawet jeśli nie znosi balów, to będzie na nie chodził ze względu na mnie. A większość kobiet zblednie z za- zdrości. Na ustach Pepperii pojawił się uśmieszek satysfakcji i Ranni przyszła do głowy zdumiewająca myśl, że przy- jaciółce najbardziej zależy nie na Scaberze, ale na tym, żeby budzić zazdrość. 5. Droga Panno Szklarko, Proszę mi wybaczyć, że niepokoję Panią, ale tu na mo- rzu przychodzi mi do głowy tyle myśli, że w końcu chciał- bym się nimi z kimś podzielić. Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale właśnie Pani jest dla mnie taką osobą. Cecil Sarotian, kierownik naszej wyprawy, pożyczył mi kilka książek. Niektóre z nich to dzieła ściśle bota- niczne, ale są też broszury zawierające relacje z wypraw na wyspę Nut. Dziwnie brzmią te opowieści. Czasami są ze sobą sprzeczne. Kapitan Hoo Mart pisze, że wy- spa jest w przeważającej części skalista i niezamiesz- kana. Natrafi ł na ruiny starych budowli, wzniesionych prawdopodobnie przez jakiś dawno wymarły lud. Z ko- 22 lei z opowieści Enrica Cartoniego, tego, który wsławił się odkryciami krain położonych za Morzem Cyklonów, wynika, że wyspa Nut porośnięta jest dżunglą. Podobno marynarze, którzy zeszli na ląd, żeby uzupełnić zapasy słodkiej wody, widzieli jakieś ludzkie istoty. Inne relacje, i te się powtarzają, mówią, że wyspa spowita jest trującą mgłą i nie sposób przybić do brzegu. Początkowo obojętne mi było, dokąd jadę. Pragnąłem po prostu płynąć... Mieć ocean wokół siebie, słyszeć szum fal i czuć zapach soli. Teraz powoli zaczynam intereso- wać się celem naszej podróży. Opada ze mnie obojętność i zgorzknienie. To jak przypływ nowej woli istnienia. Niech Pani mi uwierzy, Panno Szklarko, że czasem duszę się wśród rodziny i znajomych, w świecie, gdzie wszystko jest z góry zaplanowane... Gdzie zaplanowane jest całe moje życie. Są chwile, kiedy nie potrafi ę tego znieść i uciekam. Ale czy można uciec od swojego przeznaczenia? Czasem zazdroszczę Pani wolności. Tego, że może Pani wy- bierać, że w każdej chwili może Pani odejść daleko i zacząć nowe życie gdzie indziej. Może to właśnie sprawia, że za- pragnąłem napisać do Pani. Czasem żałuję, że tak mało rozmawialiśmy wtedy, w zamku. Kiedy indziej wracam myślami do tych chwil wspólnego milczenia i zdaję sobie sprawę, że było to coś wyjątkowego, coś, co zapewne nigdy już się nie wydarzy. Tym cenniejszym jest więc dla mnie skarbem. Statki pocztowe kursują rzadko i nieregularnie, ale mam nadzieję, że dotrze do Pani ten mój list. Nie ocze- kuję odpowiedzi. Wiem, że może Pani nie mieć czasu ani chęci. Dziękuję za wszystko. Za to, że Pani jest i czyta to, co napisałem. Scaber Sedun 23 Szklarka powoli odłożyła na stół kremowy arkusz z herbem Sedunów i dopiero teraz zauważyła, jak bardzo trzęsą się jej ręce. Właściwie cała drży. Wstała z krzesła. Znów usiadła. Podniosła list i przeczytała go raz jeszcze. Zamknęła powieki, zacisnęła pięści, ale to nie pomogło. Łzy stłoczyły się w kącikach oczu i w postaci dwóch strumyków spłynęły po policzkach. Cała mozolnie budo- wana wewnętrzna twierdza Szklarki runęła. Na nic się zdały wysiłki zmierzające do usunięcia Scabera z serca i z pamięci. W tej chwili zdała sobie sprawę, jak ogrom- nie za nim tęskni i jak bardzo jej go brak. Wielki ból... Coraz więcej łez. Kapią na list, na suknię, na podłogę, zamazują kontury przedmiotów. Przeraziła się swoim stanem. Gdzie podziało się jej opanowanie i samokon- trola? „Kiedy ogarnia was fala niesprecyzowanych emo- cji, pierwsze, co powinnyście zrobić, to spisać wszystkie uczucia, które wami miotają. Nie bójcie się sprzeczności. Współistnieć ze sobą mogą nawet miłość i nienawiść, podziw i zazdrość, rozczarowanie i nadzieja”. Czerwo- na wskazówka dotyka wykaligrafowanych na wielkim arkuszu nazw uczuć. Lorneray, którą wszyscy na Wy- spie Sierot nazywali Emocjandą, prowadziła warsztaty dotyczące emocji. Szklarka pamiętała prace domowe, z którymi nie potrafi ła się uporać. „Kiedy udało mi się studium liścia akantu, poczułam satysfakcję”. „Tylko tyle? Jedno uczucie? Moja Szklarko, nie dasz sobie rady w świecie zewnętrznym, jeśli nie będziesz umiała pre- cyzyjnie określać swoich stanów emocjonalnych”. Miała rację, pomyślała Szklarka, próbując powstrzymać kolej- ną falę płaczu. Nie daję sobie rady. Jeden list od obcego człowieka rozbija mnie zupełnie. Wyjęła kartkę papieru 24 i zaczęła pisać z takim samym mozołem, jak kiedyś na zajęciach z Emocjandą: Kiedy dostałam list od Scabera, poczułam... Przestraszyła się tego, co pierwsze przyszło jej na myśl. No, dalej, pisz! – nakazała sobie w myślach. ...radość, nadzieję, tęsknotę, rozpacz, bezradność, ra- dość, tęsknotę, tęsknotę... Pomogło. Przynajmniej przestała płakać. Tak długo nie chciała się przyznać przed sobą, jak wiele Scaber dla niej znaczy. Teraz prawda wypłynęła razem ze łzami. – To nie ma sensu – powiedziała półgłosem. – Scaber poślubi Pepperię Thunbereng, jak tylko powróci z wy- spy Nut. Jeszcze raz przebiegła wzrokiem list. Czasem za- zdroszczę Pani wolności. Tego, że może Pani wybierać. Cóż za nieporozumienie! Gdyby naprawdę mogła wybie- rać... – Panno Szklarko, mówiono mi o pani rzetelności i szerokiej wiedzy botanicznej. Tymczasem spóźnia się pani bardzo z wykonaniem zamówienia. – Człowiek w lśniącym od deszczu brązowym płaszczu zdawał się ją przewiercać małymi żółtawymi oczkami. Opierał dłonie o blat stołu i pochylał się ku niej. Cofnęła się odrucho- wo, patrząc z niechęcią na intruza. – Panie Rieze, bardzo mi przykro, ale jak na razie nie udało mi się znaleźć potwierdzenia, że roślina, o którą panu chodzi, w ogóle istnieje. – Ton Szklarki był lodo- waty. – W każdej chwili może pan wycofać zlecenie. 25 Sięgnęła po leżącą na stole okrągłą szybkę. Mężczy- zna podążył wzrokiem za jej ręką. – Nie! Niech to u pani zostanie! Mam nadzieję, że odszukanie wizerunku herbaty szczęścia nie zajmie już pani dużo czasu. – Wręcz przeciwnie. – Szklarka spojrzała swemu klientowi prosto w oczy. – Wyczerpałam dostępne na miejscu źródła informacji. Żeby dowiedzieć się czegoś więcej, muszę pojechać do dalej położonych bibliotek. Widząc, że Rieze otwiera usta, żeby zaprotestować, dodała ostro: – I proszę mnie nie popędzać! Po jego wyjściu Szklarka siedziała przez chwilę bez ruchu. Tak... Jeśli chce uczciwie podejść do tego zlece- nia, powinna poszperać w innych księgozbiorach. Kon- kretnie w jednym. A miała nadzieję, że jej noga już ni- gdy tam nie postanie. Przywołała Verkę. – Muszę wyjechać. Wyciągnij żółty kufer. Zaraz ci po- wiem, co spakować. błysnęły z nadzieją. – Czy mogę jechać z panią? – Zielone oczy dziewczyny – Nie, zostaniesz tutaj. Trzeba dbać o dom, zapisywać zamówienia. Poza tym – dodała, widząc zawód malujący się na twarzy służącej – nie mogłabyś jechać ze mną. Wybieram się na Wyspę Sierot. Verka westchnęła. – A nie mogłaby się pani za mną wstawić? Powie- dzieć, że jestem pani niezbędnie potrzebna? – Instruktorki nie tolerują obcych. – Szklarka potrzą- snęła głową. – A ja i tak całe dnie będę spędzać w biblio- tece. Służąca, lekko nadąsana, udała się na strych po kufer. 26 SPIS TREŚCI Część I. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Część II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 157 Część III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 289 Część IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 337 401
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Herbata szczęścia, t. I
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: