Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00075 005731 12603340 na godz. na dobę w sumie
Hermes Trismegistos - ebook/pdf
Hermes Trismegistos - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 93
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 9788380643383 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

UWAGA! e-book jest skanem zapisanym w formacie PDF.

Plik pdf uniemożliwia przeszukiwanie i kopiowanie tekstu.



Świat starożytny, w okresie narodzin Zbawiciela ugrzązł ostatecznie w samolubstwie, niedowiarstwie i rozpuście; obłudne reformy pierwszego cesarza rzymskiego żadnego pokarmu nie dawały sercu; filozofia ostrzyła swój dowcip w sporach bezpłodnych; z wyzłoconych świątyń spoglądały na modlących się wspaniałe, lecz zimne i obojętne bałwany. Wtenczas ozwał się głos z Nieba, zwiastujący pokój ludziom dobrej woli – i ludzie usłuchali tego głosu i zostali zbawieni... To wyobrażenie o zwycięstwie chrześcijaństwa nad otaczającym je światem starożytnym odznacza się prostotą i dostępnością; przyjaciel idei chrześcijańskiej skłonny będzie uznać za pożądaną inną odpowiedź na pytanie co do przyczyny jej zwycięstwa: – zwyciężyła ona nie przeto, że była środkiem jedynym, ale że była środkiem najdoskonalszym do osiągnięcia pokoju duszy i zbawienia. Warto jednak przypomnieć inne, pogańskie prądy religijne, które poprzedzały chrześcijaństwo, za jeden z najważniejszych należy uznać hermetyzm, któremu rozprawa niniejsza jest poświęcona. Hermetyzm ongi był potęgą religijną; niniejsza książka, jak mniemamy, udowodni to w całej pełni.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

I A T A W Ś W Ó D O R A N E N Ś A B I I Y D N E G E L , Y T M I , E J C Y D A R T , I A N E Z R E W I Tadeusz Zieliński Hermes Trismegistos Armoryka Tadeusz Zieliński Hermes Hermes Trismegistos Tadeusz Zieliński Hermes Hermes Trismegistos Armoryka Sandomierz 2017 Seria: WIERZENIA, TRADYCJE, MITY, LEGENDY I BAŚNIE, NARODÓW ŚWIATA, Nr 23 Redaktor serii: Andrzej Sarwa Projekt okładki: Juliusz Susak Na okładce: Gerard de Lairesse (1640-1711), Mercury ordering Calypso to release Odysseus (1676-1682), licencja: public domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gérard_de_Lairesse_- _Mercurius_gelast_Calypso_om_Odysseus_te_laten_vertrekken.jpg Copyright © 2017 by Wydawnictwo „Armoryka” Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27-600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978-83-8064-338-3 Wstęp „Niechaj człowiek myślący pozna samego siebie: że jest nieśmiertelny i że przyczyną śmierci jest miłość”. Z objawień „hermetycznych”. O „współzawodnikach chrześcijaństwa” nie mówiło się dawniej: – „Świat starożytny, w okresie narodzin Zbawiciela ugrzązł ostatecznie w samolubstwie, niedowiarstwie i rozpu- ście; obłudne reformy pierwszego cesarza rzymskiego żadne- go pokarmu nie dawały sercu; filozofia ostrzyła swój dowcip w sporach bezpłodnych; z wyzłoconych świątyń spoglądały na modlących się wspaniałe, lecz zimne i obojętne bałwany. Wtenczas ozwał się głos z Nieba, zwiastujący pokój ludziom dobrej woli – i ludzie usłuchali tego głosu i zostali zba- wieni”... To wyobrażenie o zwycięstwie chrześcijaństwa nad ota- czającym je światem starożytnym odznacza się prostotą i do- stępnością; wszelako, po pierwsze, jest ono niesłuszne, a po wtóre, jak sądzę, obniżając godność świata starożytnego, ob- niża jednocześnie godność chrześcijaństwa. Człowiek naiwny zazwyczaj po skończonej walce upokarza przeciwnika, do- wodząc, że jest on i słaby, i głupi, i podły: rozumniejsi atoli ludzie wiedzą, że, poniżając przeciwnika, poniżają też i sie- bie. To samo mamy tutaj; wbrew wyłożonej powyżej opinii, przyjaciel idei chrześcijańskiej skłonny będzie uznać za pożą- 5 daną inną odpowiedź na pytanie co do przyczyny jej zwycię- stwa: – zwyciężyła ona nie przeto, że była środkiem jedy- nym, ale że była środkiem najdoskonalszym do osiągnięcia pokoju duszy i zbawienia. To właśnie zdanie podziela autor obecnej rozprawy; rzecz prosta, nie dlatego, że, jako chrze- ścijanin, uważa je za pożądane, ale dlatego, że, jako badacz, uważa je za słuszne. Ponowne zbadanie pytania co do współzawodników chrześcijaństwa jest jednym z najpilniejszych zadań nauki hi- storycznej naszych czasów; a zarazem, dla jego rozwiązania rozporządza ona o wiele obfitszym materiałem, niż w epo- kach poprzednich. Papirusy, których tak znaczną liczbę w ostatnich czasach odnaleziono, a obok nich dokumenty po- krewne, pozwalają nam na snucie wniosków o dziedzinie nie- znanej lub mało znanej naszym poprzednikom – o dziedzinie życia religijnego mas ludowych; postępy nauk przyległych – egiptologii, asyrologii i innych – dają możność określenia tej cząstki, którą religijne wyobrażenia cudzoziemskie wnio- sły do współzawodniczących chrześcijaństwu wiar; na ko- niec, pod wpływem tych materiałów nowych, teksty, znane uprzednio, stanęły przed nami w nowym świetle i uległy mniej lub więcej radykalnemu przewartościowaniu. To, co powiedziano wyżej, stosuje się szczególniej do tego prądu, któremu rozprawa niniejsza jest poświęcona – do her- metyzmu. Nie spodziewam się, aby wyraz ten wiele czytelni- kowi mówił; być może, wszakże, przeczytawszy nasze motto wraz z podpisem, czytelnik zdumiony był użytym w nim sło- wem „hermetyczny” – słowem, z którym przywykł on koja- rzyć zupełnie inne wyobrażenie, całkiem nie religijne. Tak, słowo to jest jedynym, śladem, jaki hermetyzm pozostawił w naszej świadomości. Ale i ono wskazuje, że hermetyzm ongi 6 był potęgą; sądzę, że wykład, niżej podany, udowodni to w całej pełni. Nie zataję przed czytelnikiem, że bezpośrednią ku niemu pobudką były prace, jakie w latach ostatnich po- święcili hermetyzmowi uczeni zachodnioeuropejscy, zwłasz- cza zaś najnowsza śród nich praca Reitzensteina: „Poiman- dres” (Lipsk 1904). Czytając dzieło to, uczułem żywą dla au- tora wdzięczność za materiał, jaki przytacza, ale jednocześnie widziałem różnicę, dzielącą nasze sądy na gruncie najistot- niejszych zagadnień co do pochodzenia i znaczenia nauk her- metycznych, różnicę, wynikającą, jak mi się zdaje, z nazbyt wybujałej u badacza niemieckiego egiptomanii. Z tej rozbież- ności sądów zrodziła się we mnie potrzeba przedstawienia rozwoju oraz istoty hermetyzmu w tej postaci, jaka wydaje mi się słuszną wedle najnowszych danych naukowych – in- nymi słowy, potrzeba napisania rozprawy poniższej. 7 Rozdział pierwszy Zarodów hermetyzmu należy szukać w kraju, który, wedle jednomyślnego świadectwa starożytności, był ojczyzną same- go Hermesa, w Arkadii, mianowicie w tej jego miejscowości, która otacza najwyższą jego górę Killenę. Komu zdarzyło się, w drodze do Koryntu i Aten, płynąć przez zatokę koryncka, tę zachwycającą modrą rzekę, wijącą się między równoległy- mi łańcuchami gór Grecji Środkowej i Peloponezu – ten z pewnością pamięta Killenę z jej śnieżnym wierzchołkiem, który tak jaskrawo odbija na tle całego przepychu południo- wej przyrody, ogarniającej podróżnego, na tle słodkiego od- dechu morza, po którym jego okręt sunie. Killena jest to strażnica Arkadii, a jednocześnie – jej symbol; rzeczywiście, to sielankowe wyobrażenie o Arkadii, które zyskało popular- ność i u nas dzięki pastoraliom wieku XVIII, bynajmniej nie odpowiada prawdzie. Starożytni znali ją, jako krainę surową, z długotrwałymi i srogimi zimami, pełną gór, dębowymi po- krytych lasami, w których przytułek miał wszelki zwierz dzi- ki, zwłaszcza zaś niedźwiedzie; niedźwiedziom właśnie za- wdzięcza ona swoją nazwę (Arkadia od greckiego słowa ar- kos – arktos „niedźwiedź”). Rzeki jej w zachodniej tylko części mają stok prawidłowy ku morzu; we wschodniej, którą tu: mamy na widoku, wpie- rają się one w poprzeczne łańcuchy gór, przez które muszą 8 przebić sobie niewidzialną, podziemną drogę; są to tak zwane „katawotry”, przedmiot zabobonnej trwogi dla jej mieszkań- ców w starożytnych i nowych czasach. Niekiedy, rzeka przed zniknięciem w katawotrze, tworzy jezioro; takie jest słynne jezioro Stymfalskie u podnóża Killeny. Rzecz jasna, że kata- wotry uchodziły za wstęp do strasznego królestwa cieniów. Jezioro Stymfalskie słynęło, jako rzeczywisty przedsionek piekła; tutaj żyły niegdyś krwiożercze ptaki Stymfalidy, polu- jące na dusze, dopóki nie wystrzelał ich bohater – oswobo- dziciel Herakles. Jeszcze słynniejsza była druga rzeka w oko- licach tejże Kilimy, spadająca w bezdeń ze stromej czarnej skały w labiryncie dzikich gór; nazywano ją po prostu Strasz- na – Styx – sądząc, że dalszy jej bieg tworzy mroczną rzekę podziemia, po której cienie umarłych płyną do wiecznej bez- nadziejnej krainy. Jej woda uchodziła za śmiercionośną dla ludzi: używano jej tedy – na wzór ordaliów średniowiecz- nych – podczas najuroczystszych i najstraszniejszych ślubów. I jeszcze jedno dziwne krążyło co do tej wody podanie – a mianowicie, że rozpuszczała w sobie wszelkie możliwe metale; widzimy stąd – i na tym polega szczególność tego podania – że woda Styxu obudziła zaciekawienie także wśród badaczy – chemików. W czasach nowszych postanowiono sprawdzić jego słuszność. Znakomity Niebuhr wyraził do- mniemanie, że woda Styxu zawiera w sobie sole siarczane, lecz oparcia dla hipotezy swej nie znalazł. W roku 1813 ar- cheolog duński Broendstedt, pragnąc rozstrzygnąć zagadnie- nie w sposób stanowczy, odwiózł do Kopenhagi dla analizy chemicznej szczelnie zakorkowaną butelkę wody styxowej, wynik atoli analizy nie był pocieszający: okazało się, że jest to woda zwyczajna. Czytelnik dowie się niebawem, dlaczego uznaliśmy za stosowne rozwodzić się o własnościach che- 9 micznych wody styxowej; tymczasem wrócimy do rozpoczę- tego opisu. Mieszkańcy „kraju niedźwiedziego” nie byli rol- nikami: aż do epoki historycznej podrwiwano z nich, że ży- wili się naturalnymi płodami swoich lasów dębowych, żołę- dziami. Surowa ich kraina nie rodziła zboża: zielone zbocza gór, o ile nie szumiały lasem, służyły, jako pastwiska. Arka- dianie, o ile nie żyli z myślistwa, byli pasterzami. Życie zaś pasterskie, z jego swobodą i dostatkiem wywczasu, usposabia ku marzycielstwu, ku wyostrzeniu myśli i słowa, ku poezji. Tam, na śnieżnym szczycie Killeny, niebo styka się z ziemią: tam, bóg niebios, Zeus, zapłodnił boginię – Ziemię, którą Ar- kadianie nazywali po prostu „mamą”, Mają; synem Zeusa i Mai był Hermes Killeński. Hermes dał początek wszelkiej rzeczy, która istnieje; czczono go przeto na Killenie, jako symbol twórczych sił przyrody. Z istoty swej Hermes był wszechogarniającymi bogiem Arkadii; jednakowoż w wy- obrażeniu o nim wybiły się na plan pierwszy te znamiona, które warunkował rodzimy byt Arkadian. Naprzód tedy Her- mes był bogiem – opiekunem życia pasterskiego; przedsta- wiano go chętnie w postaci najbardziej pożądanego gościa pasterzy, zwracającego zbłąkanego baranka (Hermes Krio- phoros). W tej roli, wszakże, wypadło Hermesowi wytrzymać szczególnego rodzaju współzawodnictwo: wśród sąsiadów bujnie krzewił się kult Apollina Karnejskiego, który, jako Apollon Nomios, także był bogiem pasterskim. Arkadianie nasi nie dali się zbić z tropu: ich bóg był, mimo wszystko, „lepszy”. I oto, w celu udowodnienia tej opinii, pieśniarze ich ułożyli śpiew o tym, jak Hermes, niemowlęciem będąc, zręcznie uprowadził Apollinowi całe stado byków. W ten sposób podkopano ostatecznie powagę boga – współzawod- nika: rzecz prosta, skoro Apollo nie umiał własnego upilno- 10 wać stada, to niebezpiecznie byłoby powierzać jego pieczy inne. Wspomniałem o pieśniarzach; rzeczywiście, byli pieśnia- rze w Arkadii. Składanie pieśni było naturalnym owocem kontemplacyjnego życia pasterskiego; bajarze arkadyjscy śpiewali swe jednostajne, przeciągłe dumki przy akompania- mencie gry na niewymyślnym narzędziu o kilku strunach, któremu rezonans nadawał żółw wydrążony, chelys. Instru- ment ów, oczywiście, był podarunkiem Hermesa, który w ten sposób stał się i na tym polu szczęśliwym współzawodnikiem Apollina. Rozumie się, jednak, że ważniejszą, niźli granie na strunach, rzeczą była treść pieśni, dar wiązania myśli i słów: również i tę umiejętność dał człowiekowi Hermes, skąd też sama sztuka „tłumaczenia” (greckie hermeneuein) otrzymała od niego swe miano, i sam on następnie, jako dawca i opie- kun mowy, otrzymał zaszczytny przydomek: logios. Tak troszczył się Hermes o wyznawców swoich, gdy żyli; nie opuszczał ich przecież i po śmierci. Wspominałem już o tajemniczych „katawotrach” ziemi arkadyjskiej, nastręcza- jących ludziom myśl o bezpośrednim sąsiedztwie królestwa cieniów; pod wpływem tego sąsiedztwa zaszło coś bezprzy- kładnego w religiach plemion greckich – powstało wierzenie, że tenże Hermes odprowadza też dusze w świat zagrobowy, rozrywając w ten sposób zasłonę, która dla wszystkich pozo- stałych bogów i ludzi oddziela oba światy od siebie. Czczono więc Hermesa, jako „przewodnika dusz” (psychopompos); włada on laską złotą, która nakazuje im podążać za nim mrocznymi drogami – tam, kędy przepada Styx, tam, kędy uchodzą fale jeziora Stymfalskiego. Tak; potężna to laska; le- dwie Hermes dotknie nią człowieka czuwającego – ten zasy- pia natychmiast; ledwie nią dotknie śpiącego – ten natych- 11 miast się budzi. Istotnie, jako pośrednik między dwoma świa- ty, rozporządza on tą całą siłą tajemniczą, która utajona jest w łonie ziemi, w przybytku śmierci i snu. Stąd zrodziło się wyobrażenie o Hermesie, jako o bogu czarów i czarodziej- stwa; czytelnik domyślił się, zapewne, że jego laska złota jest rodzicielką tej laski czarnoksięskiej, której skinienie nadawa- ło moc i skuteczność zaklęciom wszystkich magów i czaro- dziejów czasów następnych. Oto jest znaczenie Hermesa w jego ojczyźnie arkadyjskiej, w krótkich ujęte słowach; lecz, jak wiadomo, kult jego nie ograniczał się do Arkadii. Arkadia nie mogła wyżywić wszystkich swoich synów; nie mając dla nich zboża, wypra- wiała ich we wszelkie strony świata greckiego i niegreckiego. Podróżny w świecie starożytnym zwłaszcza w okresach wcześniejszych – był istotą mniej lub więcej bezprawną; po miastach jeszcze ochraniał go Zeus Xenios, ale na drogach nikt się on nie troszczył. I oto nasi Arkadianie modlili się do swego rodzimego Hermesa, aby dobrotliwie „prowadził” ich na ich drogach: w ten sposób pozyskał Hermes znaczenie nowe, jako bóg, bezpieczeństwo zapewniający na gościńcach, w stosunkach między ludźmi, a następnie i w stosunkach między państwami. Złota jego laska stała się symbolem po- dróży i handlu, jakoż symbolem tym pozostała dotychczas. Lecz jakież to pędzili życie owi wędrujący Arkadianie? – Ży- cie pełne przygód; co im bóg ześle – to jest co ześle Hermes – tym się cieszyli. Dziś opowieścią uda się ubawić lub roz- czulić słuchaczy – to Hermes błogosławi mowie; jutro uda się korzystnie sprzedać jakąś rzecz, za bezcen nabytą – to Her- mes błogosławi temu targowi; kiedy indziej zdarzy się zna- leźć coś dobrego – to Hermes posyła tę rzecz znalezioną, któ- ra od niego otrzymała swą nazwę (hermaion); gdy zaś przyci- 12 śnie potrzeba – nie będzie grzechem skraść, co się uda – Her- mes przebacza złodziejom. Zstępujemy mimo woli w dość poziome kręgi wyobrażeń; cóż począć: arkadyjscy poszuki- wacze przygód, poza swoim krajem, nie najlepszą cieszyli się sławą. Odbiło się to również na roli Hermesa w Olimpie po- wszechnogreckim: stanowisko jego wśród innych bogów było zupełnie podrzędne, odpowiednie do położenia jego czcicieli arkadyjskich, zmuszonych chleba szukać na obczyź- nie. Ale o tym mowa będzie niżej. Za to ileż naopowiadano o łaskach swego boga, skoro uda- wało się, z garścią złota, wrócić do ojczyzny! – wtenczas rze- czywistość mieniła się kolorami baśni, a Hermes, szafarz sło- wa i dowcipu, nie wymagał bynajmniej ścisłego przestrzega- nia prawdy. O najsłynniejszych poszukiwaczach przygód krą- żyły całe cykle legend: było ich, przed innymi, dwóch. Jeden, syn rodzony Hermesa, największy na świecie przebieglec i łowca skarbów, Autolykos („Sam – wilk”). „Przewyższał on – mówi o nim Homer – wszystkich swoją umiejętnością kra- dzieży i krzywoprzysięgania: odpuszczał mu to Hermes”, to jest dał mu raz na zawsze, jako synowi, pozwolenie na nad- używanie imienia swego przy ślubach. Domyślać się tylko możemy opowieści, jakie o sprawkach jego złodziejskich krążyły; tradycja zachowała nam jeden tylko ślad, wskazują- cy, że jest on prarodzicem wszystkich oszustów świata, za- równo w bajkach zachodnioeuropejskich, jak w naszych oj- czystych. Śladem tym jest opowieść o tym, jak zdobył on godną siebie towarzyszkę życia w osobie Mestry (imię przej- rzyste, od „medomaj”; znaczy – „mądralina”), która umiała przemieniać się w rozmaite zwierzęta i tym przynosiła zyski ojcu swemu: zamieni się w konia – ojciec sprzeda ją, ona zaś w pierwotnej swej postaci do niego wraca. Razu pewnego 13 sprzedana została w ten sposób Autolykosowi, który, rzecz zrozumiała, poznał się na sztuce starego, lecz za to uczynił zeń swego teścia. – Drugim bohaterem, ulubieńcem Hermesa, był przebiegły Odyseusz... Każdy się zadziwi: wszak był to król Itaki, żeglarz, pogromca Troi! Tak, zapewne: w tej posta- ci występuje on u Homera, który – prawdopodobnie, po kilku metamorfozach – przyjął i uszlachetnił postać prastarego włóczęgi arkadyjskiego. Że pierwotnie był on tym włóczęgą, o tym dobrze pamiętali Arkadianie, którzy widzieli w nim za- łożyciela swego miasta Feneusu, leżącego w sąsiedztwie góry Killeny i jeziora Stymfalskiego. Tak, był to prastary Hermesa arkadyjskiego ulubieniec, albo raczej sam Hermes, jego ziemska „hipostaza”; dlatego Hermes opiekuje się nim w Odysei; dlatego matka jego Antykleja zowie się córą Auto- lykosa; dlatego jego zejście do Hadesu odbyło się, wedle Aj- schylosa, przez „katawotrę” jeziora Stymfalskiego. Już daw- no rozstaliśmy się z mniemaniem, jakoby Homer dawał naj- starożytniejsze formy mitów greckich: nie, mity owe przeszły u niego przez tygiel kultury jońskiej w koloniach Azji Mniej- szej, formy zaś pierwiastkowe zachowały się w Grecji wła- ściwej, skojarzone z kultami, które ocaliły je od zapomnienia i spaczenia. Prastara tożsamość mitologiczna Odyseusza z Hermesem pomaga nam zrozumieć pewną osobliwość, która w silne wprawiała zakłopotanie mitologów i starożytnych i nowożyt- nych – a mianowicie tę genealogię, wedle której znany bóg arkadyjski, koźlorogi Pan, występuje, jako syn Hermesa i – Penelopy; genealogia ta wszakże nie tłumaczy jeszcze istoty tego dziwnego „boga”. Aby ją zrozumieć, musimy zni- żyć się do naiwnej grubości wyobrażeń pierwotnych, gdy cu- downy instynkt gatunków zwierzęcych kazał widzieć w nich 14 istoty nie niższego, lecz wyższego rzędu, w porównaniu ze słabym, bezradnym człowiekiem. Pasterze arkadyjscy, dla których kozy bywały i karmicielkami i dobrodziejkami, wy- obrażali sobie swego boga w postaci kozła; sądzę nawet, że była to forma pierwotna religii arkadyjskiej, poprzedzająca hermetyzm. Gdy zapanował ten ostatni, jako forma religijna doskonalsza, wypadło oba bóstwa powiązać ze sobą; najnatu- ralniej było zrobić Pana synem Hermesa. Prastary rapsod, któremu zawdzięczamy jedno z najdawniejszych świadectw o Panu – autor hymnu „homeryckiego” ku czci tego boga – nie bez humoru wywiązał się ze swego zadania: nader wdzięcznie maluje on przerażenie biednej położnicy na wi- dok koźlonogiego i rogatego niemowlęcia. Matka ratuje się odeń ucieczką, lecz Hermes nie stracił głowy: zawinąwszy synka w skórę zajęczą, udał się na Olimp, aby podzielić się radością z bogami. I, rzeczywiście, wszyscy bogowie się ucieszyli i „nazwali go Panem za to, że wszystkim rozrado- wał serce”. W przekładzie logika ginie: autor imię własne „Pan” wysnuwa ze słowa pân – „wszystko”. Pomimo nie- prawdopodobieństwa tej etymologii (Pan, drugi przypadek Panos, oczywiście, nie może mieć nic wspólnego z pân, dr. prz. pantoś) zyskała interpretacja powyższa wielką, popular- ność; wszelako, przenikliwsi potomkowie nie zadowolili się, rzecz prosta, naiwną interpretacją pieśniarza – homerydy. Bóg pasterzy i stad, bóg dzikiej przyrody, nastręczał się dla interpretacji bardziej głębokomyślanej, dla interpretacji pan- teistycznej. Zaczęto widzieć w nim „wszechboga”, uosobie- nie przyrody w jej zespole; wynikiem tego rodzaju spekula- cyj stała się, już w okresie walki chrześcijaństwa z pogań- stwem, tak szeroko znana legenda o „śmierci wielkiego Pana”. Ale i chrześcijaństwo tryumfujące nie strąciło 15 „wszechboga” pogańskiego w otchłań zapomnienia: wierne dążności swej do zamieniania bóstw zwyciężonych w demo- nów, uczyniło ono i z Pana z jego licem zwierzęcym ducha mroku i zła. Najstarsze wizerunki diabła przypominają nie- wątpliwie koźlonogie rogate monstrum, na którego widok matka rodzona w przerażeniu uciekła z łoża położnicy. Taki był ów los dziwny, oczekujący w przyszłości osobli- we bóstwo dzikiej Arkadii. 16 Rozdział drugi Uprzedziliśmy fakty; wracamy teraz do Hermesa i herme- tyzmu. Nie daliśmy dotąd odpowiedzi na jedno pytanie, a mianowicie: czy z ową najstarszą arkadyjską religią Herme- sa łączyła się jakakolwiek nauka? Postawić pytanie to jest rzeczą konieczną, z uwagi na to, że hermetyzm późniejszy, ten, który stał się współzawodnikiem chrześcijaństwa, był właśnie nauką, i przy tym, jak czytelnik przekona się, nauką poważną i głębokomyślną. Zauważę natychmiast, że, odpo- wiadając na pytanie to w sposób twierdzący, różnię się od swoich poprzedników, którzy skłonni są wysnuwać później- szą naukę hermetyczną w całości bądź ze źródeł platońskich, bądź z egipskich. Rozumie się, od owej najdawniejszej nauki hermetycznej, arkadyjskiej, pozostały niezbyt widoczne zale- dwo ślady; ale, bądź co bądź, ślady są i obecnością swoją świadczą o tej całości, która je zostawiła. Wszelka wiedza religijna odpowiedzieć musi na dwa pyta- nia, które przede wszystkim umysłowi ludzkiemu się nastrę- czają, skoro człowiek przekroczy próg świadomości: na pyta- nie, skąd powstaliśmy, i na pytanie – co się z nami stanie po śmierci. Innymi słowy, musi ona w sobie zawierać część ko- smogoniczną i część eschatologiczną. Zaczniemy od ostatniej. Czytelnik nie zapomniał tego, co powiedziano wyżej o „katawotrach” arkadyjskich, służących, 17 wedle wierzeń ludowych, za wstęp do państwa podziemnego; tutaj, gdzie człowiek czuł się sąsiadem bezpośrednim świata niewidzialnego, musiały zrodzić się pytania co do tajemnic owego świata, co do tego, co oczekuje nas za zasłoną śmierci. Powiedziałem już także, że dla Hermesa wstęp do owego świata stał otworem; to samo prawo przyznawano też Odyse- uszowi, co w zupełności tłumaczy się jego tożsamością pier- wotną z Hermesem. Fikcje tego rodzaju nigdy w religiach starożytnych nie powstają bez celu: podobnie, jak powrót z Hadesu porwanej Persefony musiał służyć za rękojmię wia- rogodności wiedzy eleuzyńskiej; – jak udanie się Orfeusza za zmarłą Eurydyką było niezbędnym warunkiem wiary ludzkiej w tajnie orfickie – tak samo w naszym wypadku, zejście Her- mesa i Odyseusza do Hadesu mogło być tylko przedmową epicką do księgi objawień. Człowiek krytyczny, choćby skłonny do wiary, zazwyczaj pyta się: skąd wiecie to, co opo- wiadacie nam o „krainie bez powrotu”? Odpowiedz bywa jedna: od boga naszego (albo bohatera). A on skąd wie? – Odpowiedź znów nieunikniona: on był tam i stamtąd, skąd nikt nie wraca, powrócił. Powtarzam, istnienie mitu o zejściu podobnym jest niezawodnym śladem istnienia wiedzy o świe- cie zagrobowym wśród plemienia, które sam mit stworzyło. Przekonywa nas o tym jeszcze bardziej opowieść o zstąpieniu Odyseusza u Homera: zbędność jego w ramach fabuły epic- kiej dawno już podkreśliła krytyka. Widocznie, tkwiło ono mocno w świadomości ludu, jeżeli pieśniarz nie uważał za możliwe usunąć go z fabuły. Homer przenosi, wprawdzie, zstąpienie Odyseusza za ocean, w krainę kimmeryjską, nie- oglądającą słońca; ale tu już etnologia poucza nas, że mamy do czynienia z wyobrażeniem późniejszym, mającym za wa- runek powstanie obyczaju spalania nieboszczyków, zamiast 18 pierwotnego ich grzebania. I widzieliśmy już, że obok tej for- my podania istniała inna, starożytniejsza, ta, za którą idzie Ajschylos. Nie za oceanem, nie – w ojczystej swej Arkadii bohater arkadyjski, Odyseusz, zstąpił do królestwa podziem- nego; mieszkańcy wybrzeży jeziora Stymfalskiego przepra- wili go na drugą jego stronę, ku mrocznej jaskini, przez którą się spuścił. Z mieszkańców tych składał się chór tragedii Aj- schylowej (Psychagôgoi, tj. „Wywoływacze dusz”); trafem zachował Arystofanes jeden wiersz z ich chóralnej pieśni: „Hermesa – prarodzica czcimy, my, zamieszkałe nad jezio- rem plemię”. „Mówią to Arkadianie” – tłumaczy komentator starożytny, mający możność przeczytania tej zaginionej dla nas tragedii – „i oto, dlaczego: na górze arkadyjskiej Killenie czczono Hermesa; wskutek tego kultu, od niepamiętnych ist- niejącego czasów, Hermes uchodził za ich prarodzica. Śpie- wają oni też pewnego rodzaju historię podobną do mitu. Przez jezioro rozumie on Stymfalskie, także w Arkadii”. Z tragedii owej niezawodnie dowiedzielibyśmy się wielu pewnych oraz ciekawych rzeczy o eschatologii arkadyjskiej; tym bardziej żałować należy, że nie doszła do nas. Opowiada, wprawdzie, szczegółowo i Homer o zstąpieniu Odyseusza, ale ponieważ nie zachował on lokalizacji arkadyjskiej, przeto zawodną byłoby rzeczą kłaść opowieść jego na karb Arka- dian. Jakkolwiekby wszakże było, sam fakt istnienia eschato- logii arkadyjskiej nie ulega bodaj żadnej wątpliwości. Odpowiedź druga musiała dotyczyć kosmogonii. I co do niej znajdujemy poszlakę w nadmienionym wyżej wierszu Ajschylosa, wedle którego Arkadianie czcili Hermesa, jako swego protoplastę. Wyobrażenie to wydało się dziwnym ko- mentatorowi starożytnemu, który pochodzenie jego tłumaczy odwiecznością kultu Hermesa na arkadyjskiej Killenie; dla 19 nas tłumaczenie takie nie jest obowiązujące, i rzeczą będzie pewniejszą, nie wdając się w dociekanie przyczyn, rozumieć świadectwo Ajschylosa w znaczeniu dosłownym, nie bacząc na jego niezwykłość. A świadectwo to, istotnie, było czymś niezwykłym: wiemy, że bogowie uchodzili zazwyczaj za pro- toplastów rodów możnych, ale, ażeby plemię całe, jak tutaj, nazywać mogło boga swoim protoplastą, jest to zjawisko bo- daj, że jedyne; pospolici śmiertelnicy pochodzą zazwyczaj bezpośrednio „od ziemi”. Hermetyczna tedy kosmogonia już tym jednym rysem różniła się od powszechnogreckiej albo od innych greckich – że, wedle niej, Hermes był prarodzicem swego ludu, tj. ludzkości, ponieważ w kosmogoniach pier- wiastkowych pojęcia te schodzą się ze sobą, możemy, wszak- że, dołączyć jeszcze jedno świadectwo, które teraz dopiero, dzięki pewnej zdobyczy pomyślnej, nauczyliśmy się rozu- mieć. Dawno już było wiadomo, że Arkadian inni Grecy obda- rzali szyderczą nazwą „ludzi przedksiężycowych” (prosele- noi); według nadmienionego wyżej komentatora arystofane- sowego, żartobliwe to przezwisko miało swe źródło w „histo- rii, że Arkadianie w pustyniach swych żyli w okresie przed stworzeniem księżyca”. Znowu, jak czytelnik widzi, autor nasz powołuje się na „historię”; czyż nieuzasadniony będzie domysł, że w obu wypadkach ma on na widoku tę samą „hi- storię mityczną”, a mianowicie staroarkadyjski epos kosmo- goniczny? Lecz jakkolwiekby było: nie ulega wątpliwości, że wedle wyobrażenia arkadyjskiego o pochodzeniu świata, przodkowie Arkadian żyli w owych już czasach, kiedy nic było jeszcze ani księżyca, ani (zda się) słońca. Innym Helle- nom wydało się tego rodzaju wyobrażenie czymś dzikim; rzeczywiście, wedle kosmogonii pozostałych, naprzód po- 20 wstał świat wraz z ziemią, niebem, świecącymi na nim gwiazdami, a potem dopiero w tak urządzonej siedzibie za- mieszkał człowiek. I znów osobliwość wierzenia pociągnęła za sobą próby innego wytłumaczenia słowa „proselenoi”: jed- ni tłumaczyli, że źródłem rzekomego zamętu stało się imię arkadyjskiego jakoby szczepu „selenitów”; drudzy źródła tego upatrywali w imieniu jakoby starożytnego króla Prosele- nosa; trzeci – w podaniu, jakoby Arkadianie pobili jakichś nieprzyjaciół swych przed wschodem księżyca. Nie ma po- trzeby obalać tego rodzaju wybiegów; nieistotność ich jest oczywista: słuszność rozumienia dosłownego zyskała nie- dawno świetne potwierdzenie. W liczbie papirusów, jakie na- był w Egipcie i przywiózł do Strassburga Reitzenstein, zna- lazł się jeden fragment kosmogoniczny, wydany przezeń na- stępnie w broszurze: „Zwei religionsgeschichtliche Fragen” (Strassburg, 1901). Poniżej podaję go w przekładnie na pro- zę, podkreślając te słowa, które – wskutek niedostatecznego zachowania się papirusu – wypadło uzupełnić. Fragment nasz rozpoczyna się od opowieści o tym, jak Zeus zrodził Herme- sa, wyłoniwszy pewną cząstkę swej wielokształtnej siły. _____________________________________________ _____________________________________________ Ów to jest wiecznie młody Hermes, mój bóg – prarodzic. Wielekroć ojciec nakazywał synowi, aby stworzył świat pięk- ny, i wręczył mu laskę złotą, laskę potężną, laskę, która stać się miała matką wszelkich sztuk przebiegłych. Bierze ją Her- mes i dąży z nią, pałając żądzą spełnienia woli ojca swego; ojciec zaś, na wyżynie siedząc, z sercem radosnym spogląda na wielkie dzieło syna. 21 Spojrzał Hermes na cudowny, czworojedyny zaród; spoj- rzał – i zmrużył oczy od światła, rozlanego wszędzie; z wolna wzrok umocniwszy, oznajmił mu władcze słowo: „Słyszcie, dzieci eteru: sam Zeus, rodzic mój i władca, poleca obecnie żywiołom zaprzestać dawnej waśni; słyszcie słowo boga i wszyscy rozejdźcie się na miejsca. Na przyszłość w lepszej być macie między sobą zgodzie: przeniknę was miłością, za- szczepię wam pożądanie wzajemne, abyście w imię losu – lepszego zapragnęli kojarzyć się ze sobą”. Tak rzecze – i laską złotą dotknie się żywiołów: cisza nie- zmącona ogarnęła natychmiast wszystek chaos burzliwy; na- tychmiast wyrzekły się: żywioły swych walk nieustannych i, rozchodząc się, usunęły się każdy na miejsce, należne sobie. Natychmiast światło rozproszone skupiło się w jedy- nym eterze; bezład odwieczny ustąpił błogosławionemu po- rządkowi. Ucichła waśń powszechna. Syn wszechrodzica Zeusa na- samprzód eter promienisty, cudowną światła siedzibę, ruszył w obrót boski dokoła odnowionej przyrody. W ten sposób stworzył utwierdzenie niebieskie; ku ozdobie nieba stworzył siedem pasów; pasy te poruczył siedmiu duchom – władcom gwiazd, którzy błądzeniem los wytykają, jeden tuż pod dru- gim, stykając się ze sobą pasami; i zapaliły się wszędzie na sklepieniu niebieskim światła. Pośrodku zaś dźwignął on na podstawach niezłomnych ziemie, którą umocnił ścież pochyłej nieruchomej osi, wiodą- cą od palącego południa ku lodowatemu Arktosowi. Tutaj su- chy ląd opasał on scaloną rzeką – oceanem, wiecznie burzli- wą, między dwie jego połowy wsunąwszy zatokę środkową, która z zachodu ciągnie się aż do dalekich kresów wschodu, umocniona potężną tamą wysokich brzegów. Tak wokół brat- 22 niego lądu nieagarniętą taśmą rozlała się wilgoć, błąkających się fal i wiatrów odwieczna siedziba; ziemską zaś oś z obu końców ściskają bieguny... _____________________________________________ _____________________________________________ Nie było jeszcze kręgu Heliosa, ani nawet Selena nie wstrząsała lejcami, poganiając cielice krzywonogie; noc pły- nęła nieustannie, nigdy brzaskowi dnia nie ustępując, oświe- cana zaledwo – blaskiem słabo migocących gwiazd. Z tą myślą krąży Hermes po mglistym powietrzu, ale nie sam: wraz z nim kroczy wielowładny syn jego – Logos, zdobny parą skrzydeł chyżych, wiecznie prawdomówny, ze świętą siłą przekonania na wieszczych ustach niekłamnych, czystych zamiarów ojca zwiastun skrzydlaty. Z nim na ziemię zstępuje Hermes stwórca wszechświata, z nim przez cały przebiega ląd, wypatrując gorliwie miejsc łaskawych, gdzie mógłby zbudować miasto, pełne domów obfitych, miasto, które, powstawszy, byłoby godne, przyjąć ród ludzki jasny w swoje ciasne mury. Lecz kroków swych nie skierował Hermes ku lodowatemu Arktosowi, w poszukiwaniu miejsc przychylnych: wiedział, że w tej części świata otacza ziemię zasłona ciężkiej mgły, że gniotą ją złe chmury, Smagają śnieżne zawieje; wiedział, że rola tam jest jałowa, lodową korą pokryta, niezdolna rodu ludzkiego wyżywić. Ale nie udał się też na południe, ku roz- palonym kresom świata, w poszukiwaniu miejsc przychyl- nych: wiedział, że pozbawiona wilgoci, rola południowa nie rodzi ani traw ani odmian zwierzęcych, że gór pustynnych nie wieńczą chmury deszczowe, że nad zwałami skał, nad su- chymi piaskami bez ruchu ciąży znojne powietrze, nieznające 23 chłodzącego cienia. Nie – pomyślał sobie Hermes – dwa lądy na świat nasz się składają: jeden z nich pełen mrozów, drugi zaś pełen ustawicznej spieki; jeden graniczy z Arktosem, dru- gi – z wszechpalącym ogniem; oba nie są w możności przy- jąć owocnego nasienia ludzkiego, pośrodku atoli jest wyspa; obecnie zajęły ją góry: te, rozsunąwszy się, przyjmą domo- stwa i osiedla śmiertelnych; przyjmą też strumienie rzek ży- ciotwórczych, cór Oceanu; góry oddał we władanie nimfom, patronkom pastwisk: najwyższej z gór dotknął się laską; i oto spośród wąwozu trysnął Ladon. Urodzajny jego muł natych- miast skryła w swym łonie Arkadia – potem zaś, gdy pora na- stała, jawiła światu upragnioną córę, krasolicą Dafne. _____________________________________________ _____________________________________________ O znaczeniu kosmogonii, tej powiem niebawem – tymcza- sem zaś wskażę tylko na wiersze, od których zaczyna się dru- ga połowa fragmentu. „Nie było jeszcze kręgu Heliosa, ani nawet Selena...”, gdy stworzony został rodzaj ludzki. A więc rodzaj ów był rzeczywiście „przedksiężycowy”; przezwisko starożytne pojmować należy dosłownie. Ale cóż powiedzieć o całej kosmogonii, z którą zapoznaje nas fragment przytoczony – i którą przeto, nie znając jej auto- ra, nazywać będziemy kosmogonią Strasburską? Czy mamy tu, istotnie, starożytną kosmogonię hermetyzmu arkadyjskie- go, tę właśnie historię mityczną, na którą powołuje się grecki komentator Arystofanesa? Nie, zapewne; ta forma mitu ko- smogonicznego, jaką zachował nam nasz fragment, zawiera w sobie i naukę o żywiołach, i astrologię, i spekulację o Lo- gosie – nie sięga ona w starożytność głębiej, poza początek stoicyzmu, który po raz pierwszy pierwiastki te skojarzył ze 24 sobą, to jest nie sięga poza wiek III przed N. Ch. Wszelako u podstawy swej ma ona niewątpliwie ową kosmogonię sta- roarkadyjską; z niej zapożyczyła ideę Hermesa, jako stwórcy świata, ideę stworzenia człowieka przed powstaniem słońca i księżyca, ideę Arkadii, jako kolebki człowieka. Znaczenie zaś jej polega na tym, że przedstawia nam ona religię herme- tyczną, acz wzbogaconą włączeniem do niej późniejszych spekulacyj filozoficznych, ale wzbogaconą na gruncie czysto greckim, bez żadnej domieszki pierwiastków cudzoziem- skich, szczególniej zaś egipskich. W tym względzie występu- je ona, jako ogniwo między hermetyzmem staroarkadyjskim a późniejszym hermetyzmem grecko-egipskim – i przy tym, powiem od razu, jako ogniwo jedyne; dopiero z chwilą jej odkrycia – tj. od roku 1901 – zyskaliśmy możność zbadania od samej kolebki wzrostu i rozwoju tego hermetyzmu, który później stał się współzawodnikiem chrześcijaństwa. Nie zro- zumiał tego jej znaczenia jej pierwszy wydawca, Reitzenste- in, który za wszelką cenę pragnął włączyć ją do hermetyzmu grecko-egipskiego; rzecz prosta, wszelako, że nie tu jest miejsce po temu, aby polemizować z nim co do tego poglądu, lub co do różnych szczegółów odtworzenia poematu. Zastrze- gając sobie pole do wypowiedzenia w czasopiśmie specjal- nym uwag, nastręczających się tutaj, proszę czytelnika, aby przypatrzył się rozwojowi hermetyzmu – przede wszystkim na gruncie greckim, aczkolwiek pozaarkadyjskim. 25 Spis treści Wstęp 5 Rozdział pierwszy 8 Rozdział drugi 17 Rozdział trzeci 26 Rozdział czwarty 33 Rozdział piąty 37 Rozdział szósty 43 Rozdział siódmy 47 Rozdział ósmy 51 Rozdział dziewiąty 55 Rozdział dziesiąty 60 Rozdział jedenasty 68 Rozdział dwunasty 78 Rozdział trzynasty 88
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Hermes Trismegistos
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: