Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00285 005046 14832809 na godz. na dobę w sumie
Historie maniaków - ebook/pdf
Historie maniaków - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 170
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 83-89143-33-X Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kultura, sztuka, media
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Autor opisuje różne rodzaje swoistego „wariactwa”, pokazuje ludzi z pogranicza dwóch światów – realnego i urojonego, ludzi „opętanych” obsesjami, maniami. I chociaż każdy utwór ma innych bohaterów, to jednak łączy ich jedno: każdy jest „maniakiem”, ale niecodziennym i nietypowym, wymykającym się jednoznacznym psychiatrycznym kwalifikacjom i diagnozom. Na przykład, bohater „Trzeciej godziny” zostaje przedsiębiorcą pogrzebowym tylko w tym celu, żeby w wyszukanej formie i uroczystym ceremoniale wypełniać urojoną funkcję mitycznego przewoźnika zmarłych. Albo „Bania doktora Lipka” – treść tego utworu wypełniają ludzie chorzy psychicznie, przedstawiciele różnych warstw i stanów społecznych, których jednoczy idea: razem tworzą oddział żołnierzy zwany armią Chrystusa, mający wyruszyć na podbój złego, zepsutego świata. Z kolei w „Amorze milczącym” poznajemy doktora Fallusa, prezesa klubu „miłośników miłości”, grupujących mężczyzn z rozmaitymi problemami, dewiacjami i obsesjami seksualnymi.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa฀Roja Warszawa฀2004 © Copyright by Roman Jaworski © Copyright by Jirafa Roja, 2004 Skład i łamanie: Tatsu Projekt okładki: Natalia Gościniak Druk: Opolgraf S.A. Wyłączny dystrybutor: FK Jacek Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (022) 721 30 01 www.olesiejuk.pl ISBN 83-89143-33-X Wydanie I Warszawa 2004 4 Spis฀treści Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Miał iść . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Zepsuty ornament . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Medi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 33 Trzecia godzina . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57 Badania doktora Lipka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111 Amor milczący czyli o absolutnej niemożliwości, by pewien młodzian zakochał się w damie jakiejkolwiek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137 5 6 Wstęp Mistrz groteski „Stoję z dala od wszelkich teorii. Nie mam nic wspólnego z walką kierunków. Piszę tak, jak pisać muszę i mogę. Do jakiej mi to włożą szufladki, jest mi wszystko jedno”. Słowa powyższe pochodzą z deklaracji artystycznej jaką wypowie- dział w wywiadzie na łamach „Wiadomości Literackich” w 1924 roku Roman Jaworski. Był to jeden z nielicznych wywiadów udzielonych przez pisarza. Nigdy nie był gwiazdą literatury, a więc dziennikarze nie nachodzili go prosząc o wypowiedź. I chociaż pisywali o nim wielcy i uznani historycy oraz krytycy literaccy, to jednak pozostał w naszej li- teraturze jako swoisty outsider, artystyczny dziwak, twórca utworów nie z tego świata i nie z epoki, w której przyszło mu żyć. Pod tym względem jego słowa z wywiadu dla „Wiadomości Literackich” brzmią całkowicie szczerze i nie noszą znamiona kokieterii. Jaworski istotnie pisał tak jak „musiał i mógł” nie licząc się z obowiązującymi trendami i modami arty- stycznymi. Może właśnie ta postawa autorska przyczyniła się do niechęt- nego pisarzowi milczenia i zepchnięcia go w literacki niebyt. A przecież jego zbiór opowiadań ,Historie maniaków”, którego pierwsze – i na dzie- siątki lat jedyne – wydanie nastąpiło w 1910 roku w Krakowie, był praw- dziwym ewenementem na tle ówczesnej literatury polskiej. Kreator dziwności Roman Jaworski zadebiutował w 1903 roku w krakowskim czaso- piśmie młodzieżowym „Przyszłość”. Debiutanckimi utworami dwu- dziestolatka były dwa wiersze – „Śpiew o czujnej duszy” i „Błądnica” 7 – schematyczne, konwencjonalnie młodopolskie, nie robiące wraże- nia i nie zapadające w pamięć. Chyba ich autor zdawał sobie sprawę ze swoich poetyckich niedostatków, bo nie kontynuował przygody z tym gatunkiem literackim. Poświęcił się prozie i w dwa lata później opublikował na łamach „Krytyki” opowiadanie „Miał iść”. Ten nieła- twy w lekturze utwór był zapowiedzią osobliwego stylu autora i dawał przedsmak atmosfery wykreowanych przez niego w późniejszych no- welach niesamowitych światów. „Miał iść” nie miał jeszcze tego demo- niczno-ekspresjonistycznego ducha typowego dla „Trzeciej godziny”, „Bani doktora Lipka”. czy „Amora milczącego”. Debiutanckie opowia- danie Jaworskiego było raczej impresjonistyczne, brak wyraźnej fabuły zastępowała gra swobodnych skojarzeń myślowych, obrazowych prze- skoków i inwersji. W ciągu kolejnych lat powstały następne nowele za- mieszczane przez autora na łamach prasy, aby w 1910 roku ukazać się w tomie zatytułowanym właśnie „Historie maniaków”, wydanym na- kładem krakowskiej „Książnicy”. Tytuł – trzeba przyznać – intrygują- cy i pomysłowy, a co najważniejsze trafnie oddający charakter całości. Oto autor opisuje w zamieszczonych utworach różne rodzaje swoistego „wariactwa”, pokazuje ludzi z pogranicza dwóch światów – realnego i urojonego, ludzi „opętanych” obsesjami, maniami, ideami nadwarto- ściowymi. I chociaż każdy utwór ma innych bohaterów, to jednak łączy ich jedno: każdy jest „maniakiem”, ale niecodziennym i nietypowym, wymykającym się jednoznacznym psychiatrycznym kwalifikacjom i diagnozom. Na przykład, bohater „Trzeciej godziny” Pichoń zostaje przedsiębiorcą pogrzebowym tylko w tym celu, żeby w wyszukanej for- mie i uroczystym ceremoniale wypełniać urojoną funkcję mitycznego przewoźnika zmarłych. Albo „Bania doktora Lipka” – treść tego utworu wypełniają ludzie chorzy psychicznie, przedstawiciele różnych warstw i stanów społecznych, których jednoczy idea: razem tworzą oddział żołnierzy zwany armią Chrystusa, mający wyruszyć na podbój złego, zepsutego świata. Z kolei w „Amorze milczącym” poznajemy doktora Fallusa, prezesa klubu „miłośników miłości”, grupujących mężczyzn z rozmaitymi problemami, dewiacjami i obsesjami seksualnymi. Książka składała się z sześciu zaledwie opowiadań o różnej dłu- gości, a otwierał ją „Miał iść”, będący wprowadzeniem do świata wy- 8 obraźni Romana Jaworskiego. A świat ten ukazywał czytelnikowi swoje odpychające, ale zarazem niebanalne oblicze. Jednym z jego elementów był kult brzydoty czyli zjawisko literackie, które dopie- ro w niespełna sześćdziesiąt lat później Julian Przyboś nazwie „tur- pizmem” w odniesieniu do wierszy Stanisława Grochowiaka. A oto próbka pra-turpizmu w wydaniu Jaworskiego, fragment zwierzeń in- żyniera Beksaya z „Amora milczącego”: „Żywego, młodego ciała nigdy nie dotknąłem utęsknioną ręką, młodzieńcze moje wargi starły swą purpurę na tłuszczu warkoczyków siwiutkich i na chropawej skórze uschłych. Utrzymanek i wychowa- nek półtrupka, trupio o miłości myślę. Rokrocznie lampki palę na gro- bie mej matki-kochanki i modlę się szyderczo do stęchłej o niej pa- mięci. Zgnilizna w krew mi weszła i z wolna ciało toczy”. Wraz z opisami i porównaniami eksponującymi brzydotę natrafia- my w tej prozie na elementy humoru i wrażenie lekkości z jaką autor prowadzi narrację. Tworzy to „estetykę kontrastu” i jest „stylem hu- morystycznym podobnym do obryzgującego błotem przechodniów powozu” (określenia Karola Irzykowskiego). W istocie nie sposób po- wstrzymać się od myśli, że Jaworski uprawia grę z czytelnikiem, ko- kietuje go swoją bezczelnością i obrazoburstwem, pokazuje mu sym- boliczny gest, coś w rodzaju „Tu się zgina dziób pingwina”. Nasuwa się więc pytanie: po co? Bo chyba nie w celu zniechęcenia do lektury własnych utworów. Przecież nikt nie lubi być „obryzgany błotem”. Ale właśnie ta mało pociągająca gra z odbiorcą ma formę buntu, wy- zwania rzuconego modernizmowi i młodopolskiej konwencji z jaką Jaworski stykał się przecież na co dzień. A ta literacka konwencja to, z jednej strony, delikatne, erotyzujące strofy Kazimierza Przerwy- Tetmajera, z drugiej – pełne patosu dramaty Stanisława Wyspiańskie- go. A w prozie? Fantastyczno-patetyczna trylogia księżycowa Jerze- go Żuławskiego zapoczątkowana powieścią „Na srebrnym globie”, olimpijska „Ferenike i Pejsidoros” Lucjana Rydla, obyczajowa „Se- zonowa miłość” Gabrieli Zapolskiej, patriotyczne powieści historycz- ne Henryka Sienkiewicza… W ten uporządkowany świat ówczesnej literatury Jaworski uderza czymś totalnie odmiennym i całkowicie zaskakującym. Jego postaci są nie tylko odpychające. Są również 9 wynaturzone, pełne wewnętrznych sprzeczności i irracjonalnych za- chowań. Tworzą swoje cele i marzenia a potem je niszczą z psycho- patologiczną satysfakcją. Są rodzajami dewiantów, co nasuwa podej- rzenie o prekursorskość autora „Historii maniaków”. Prekursorskość w stosunku do prozy z lat dwudziestych Stanisława Ignacego Witkie- wicza, nota bene przyjaciela Jaworskiego i autora projektu okładki jego debiutanckiej książki. Ale nie tylko. Nasuwają się skojarzenia z twórczością Witolda Gombrowicza, z jego „Ferdydurke” i „Opęta- nymi”, z jego tomem opowiadań „Bakakaj”. Wiele podobieństw mię- dzy wynaturzonymi psychicznie postaciami można dostrzec w prozie obu autorów, a dzielił ich przecież okres ponad dwudziestu lat. Deformacja bohaterów Jaworskiego następuje w świecie pozornie realnym i rzeczywistym. Ale szybko ulega on zniekształceniu, wy- ostrzeniu, jakiemuś rodzajowi wykrzywiającego, somnambulicznego postrzegania. Autorowi udało się wywołać w odbiorcy wrażenie śle- dzenia wydarzeń z punktu widzenia bohaterów – z punktu widzenia ich chorej, złowrogiej wyobraźni, poprzez pryzmat rozgorączkowa- nego umysłu. Dlatego słusznie nazwano Jaworskiego „ekspresjoni- stą” – pierwszym przedstawicielem tego nurtu w polskiej prozie. Dla- tego również – posługując się definicją L.B. Jenningsa, iż „groteska to demoniczność przemieniona w trywialność” – niektórzy badacze uważają Jaworskiego za pierwszego przedstawiciela groteski w naszej literaturze. Oczywiście dają się dostrzec w jego utworach rozmaite wpływy; i to światowych wielkości. „Historie maniaków” zawdzię- czają niemało upiornym opowiadaniom „groteskowo-arabeskowym” Edgara Allana Poe’go, jak również „Horli” czy „Obłąkanemu” Guy de Maupassanta, niesamowitym nowelom francuskiego prozaika, któ- re wyszły spod jego pióra na krótko przed popadnięciem w obłęd au- tora „Baryłeczki” i „Pięknego pana”. Także na polskim gruncie miał Jaworski poprzedników, że wskażę na niektóre opowiadania Antonie- go Langego, Wacława Grubińskiego czy Jana Lemańskiego. Analogie nasuwają się z dramatami Leopolda Staffa, zwłaszcza ze „Skarbem” i „Godiwą”. Nie sposób także nie wspomnieć o awangardowej „Pa- łubie” Irzykowskiego. Ale to rzecz jasna nie wyjaśnia wszystkiego, zbyt specyficzny i subiektywny jest wykreowany przez Jaworskiego 10 świat jego postaci. Historyk literatury Antoni Potocki wskazał na inne podobieństwa, a mianowicie z twórczością malarską Witolda Wojt- kiewicza. Jaworski i Wojtkiewicz przyjaźnili się, razem z Witkacym stanowili kumplowskie trio znane w młodopolskim Krakowie. Wojt- kiewicz przyczynił się w jeszcze większym stopniu niż Witkacy (któ- ry jak już wspomniałem zaprojektował okładkę do „Historii mania- ków”) do wydania książki przyjaciela. Autor „Krucjaty dziecięcej” wykonał bowiem ilustracje do tego zbioru opowiadań, na których wy- dawcy bardzo zależało. Bez tego „dodatku” być może książka ta nie ujrzałaby światła dziennego. Potocki postawił tezę, że odrealniony i zdemonizowany świat obrazów i rysunków Wojtkiewicza stanowił inspirację dla utrzymanej w takim samym klimacie prozy Jaworskie- go. Po części na pewno, ale nie w oderwaniu od wspomnianych dzieł literackich. Wpływów było zapewne wiele, co nie odejmuje autorowi „Historii maniaków” jego oryginalności. Warto wspomnieć jeszcze o przyszłej twórczości Jaworskiego. W 1925 roku wydał on jedyną swoją powieść „Wesele hrabiego Orga- za”, nazwaną „powieścią z pogranicza dwóch rzeczywistości”, a pięć lat wcześniej ukazały się jego uwagi inscenizacyjne do dramatu „Hamlet drugi. Królewic polski”. Utwór ten, uchodzący przez wiele lat za nieist- niejący, będący jakoby podmiotem mistyfikacji Jaworskiego, został nie- dawno odnaleziony w archiwach Teatru im. Słowackiego w Krakowie i wystawiony w Teatrze Polskim w Poznaniu w styczniu tego roku. W oczach krytyków Prześledźmy teraz opinie o twórczości Romana Jaworskiego, a zwłaszcza te dotyczące „Historii maniaków”, jakie na przestrzeni niespełna stu lat pojawiały się w różnego rodzaju publikacjach. Zanim to nastąpi wspomnę, że w niektórych wybitnych skądinąd monogra- fiach literatury polskiej osoba i twórczość Jaworskiego są po prostu pomijane milczeniem. Tak jest w „Dziejach literatury polskiej” Ju- liana Krzyżanowskiego, jak również w „Historii literatury polskiej” Czesława Miłosza. Krytykiem, który jako pierwszy docenił „Historie maniaków” był Karol Irzykowski. W eseju zatytułowanym „Ocalenie istoty rzeczy”, 11 opublikowanym w prasie tuż po ukazaniu się recenzowanej książki, a następnie włączonym do tomu „Czyn i słowo” (Lwów 1913) do- strzegł oryginalność Jaworskiego nazywając go „przedstawicielem nowego dreszczu pokazującego język czytelnikowi”. Z kolei sporo miejsca poświęcił Jaworskiemu wspomniany An- toni Potocki w obszernej, dwutomowej monografii „Polska literatu- ra współczesna” (Kraków 1912). Badacz ten pierwszy zwrócił uwa- gę na analogię pomiędzy pisarstwem autora „Historii maniaków”, a twórczością malarską Witolda Wojtkiewicza. Warto przytoczyć fragmenty recenzji tego zapomnianego dzisiaj historyka literatury do- tyczące interesującego nas tematu: „(…) świat, gdzie za czerwonym murem, wśród beznadziejnej pustki słonecznej skwarnego popołudnia król w papierowej koronie jedzie, ciągniony po żwirowanej dróżce przez niewolnika – gdzie dookoła drzewa siedzą starce na ławeczce – wpatrzeni w bieg rzeki i w gobelin jesiennych liści, zaściełających brzegi; gdzie leży krasna królewna wśród kwiatów na katafalku, a obok płaczą po niej osiero- cone drewniane pajace i lalki porzucone wytrzeszczają na wieki prze- rażone oczy; gdzie w nikłych źdźbłach rysunku i w sennych wiotkich puchach pędzla upowite majaczeją nieśmiertelne marzenia Wojtkie- wicza, na pograniczu szału i rzeczywistości, jawy i snu – wizje dzie- cięce podglądnięte oczami genialnego szaleńca – przedziwna bajka z przędziwa jakichś złotych, kruczych i kasztanowych włosków dzie- cinnych wijąca gniazdo żałosne dla niepowrotnych jaskółek – smut- ków, dla marzeń spełnionych w gorączce, zgaszonych w grobie”. Dalej Potocki reasumuje: „Słucham Jaworskiego i widzę Wojtkiewicza, patrzę na Wojt- kiewicza i słyszę Jaworskiego: wizja się dwoi na tej samej rubieży – to nazbyt niepowrotnie rozchwiana w obrazie, to nazbyt twardo rze- czywista w słowie. Obaj snują z przędziwa brzydkiej, tj. trudnej sztu- ki, by się nam nie zdawało – żyło”. Wystąpienie autora „Pałuby” i „Dziesiątej muzy” oraz monogra- fia Antoniego Potockiego pozostały jednak na długie lata wołaniem na puszczy. Inni krytycy nie poszli ich śladem, a czytelnicy nie dopo- minali się o wznowienie „Historii maniaków”. Kiedy Jaworski umie- 12 rał w 1944 roku w wieku 61 lat w przytułku w podwarszawskiej Górze Kalwarii nikt o nim nie pamiętał. Renesans twórczości pisarza zapoczątkował Roman Zrębowicz, który w 1961 roku na łamach „Ruchu Literackiego” opublikował ar- tykuł pt. „Zapomniany ekspresjonista”. Przypominając książkę z 1910 roku Zrębowicz tak ją charakteryzuje: „Pierwszy utwór Jaworskiego to szereg nowel skomponowanych na rubieży dwóch światów – jawy i snu, obłędu i rzeczywistości, świadomości i podświadomych urojeń. Zespala i godzi te światy rytm i nastrój maniactwa”. Zrębowicz wspomina liczne przyjaźnie Jaworskiego, zwłaszcza z Witkiewiczem i Wojtkiewiczem. Pisze o niezwykłej, fa- scynującej osobowości pisarza. także W cztery lata później ukazała się monografia twórczości Witol- da Wojtkiewicza pióra Wiesława Juszczaka („Wojtkiewicz i nowa sztuka”, Warszawa 1965). Idąc tropem Potockiego na temat związ- ków artystycznych pomiędzy Jaworskim a Wojtkiewiczem, Juszczak analizuje niektóre z obrazów oraz rysunków Wojtkiewicza pod kątem ich wpływu na pisarstwo autora „Bani doktora Lipka”. Zasługa auto- ra monografii polega głównie na przypomnieniu postaci Jaworskiego i ukazaniu jej w kontekście literatury modernistycznej oraz na tle prą- dów kulturalnych tamtej epoki. Prawdziwym ewenementem w zakresie odrodzenia twórczości pi- sarza była inna monografia, tym razem historyka literatury z Uniwer- sytetu Warszawskiego, Andrzeja Z. Makowieckiego. Ten specjalista od modernizmu oraz dwudziestolecia międzywojennego napisał po- pularną, wydaną w serii „Biblioteka Polonistyki” przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne książkę „Młoda Polska” (Warszawa 1971), w której dokonał obszernego omówienia pisarstwa Jaworskiego sta- wiając go wyżej od uznanych przedstawicieli tamtego okresu takich jak Jerzy Żuławski czy Adolf Nowaczyński. Koncentrując się właśnie na „Historii maniaków” Makowiecki stwierdza: „Są one świadectwem nie tylko odnowienia modelu prozy grote- skowej znanej już wcześniej w literaturze, ale także ujawniających się na początku wieku XX tendencji ekspresjonistycznych. Jaworski 13 buduje swój groteskowy świat z elementów rzeczywistości, proces jej deformacji ujawnia się na płaszczyźnie realiów, jednak wyłącz- nie prawie na płaszczyźnie językowej. I tutaj – podobnie jak u No- waczyńskiego – mamy do czynienia z niezwykłą wynalazczością ję- zykową (m.in. niepohamowaną pasją do neologizmów), prowadzącą do efektu czytelniczego wywołującego wrażenie, iż mamy do czy- nienia z językiem przypominającym używany powszechnie, ale od- noszącym się do rzeczywistości w całości kreowanej. Proces odno- wy prozy w twórczości Jaworskiego dokonuje się na płaszczyźnie „literackości” nieustannie przypominającej o fakcie wypowiedzi. Pozostaje więc tutaj wszystko, co stanowi o młodopolskiej prowe- niencji tej książki: monolog wewnętrzny, bohater o wszelkich ce- chach uczuciowości epoki, brak wyrazistego określenia czasu i tła dziejących się zdarzeń. Ale dodać trzeba elementy nowe i przez po- etykę impresjonistyczną nie przewidywane: całkowite wyzwolenie ciągu pojawiających się obrazów spod kontroli logicznych i przy- czynowo-skutkowych prawdopodobieństw, programową aprobatę brzydoty jako jakości estetycznej, odejście od zdania budowanego ładnie na rzecz epatowania wypowiedzią natrętnie ułomną, niespój- ną, zaprzeczającą nieraz regułom składniowym. Realne, materialne przedmioty w tym groteskowym widzeniu potwornieją, rzeczywi- stość staje się nieobliczalna i pełna stojącej poza rzeczami metafi- zyczności”. Wysoka ocena Makowieckiego być może nie do końca jest praw- dziwa, zwłaszcza jeśli chodzi o „niezwykłą wynalazczość językową”, o „niepohamowaną pasję do neologizmów”. Rzeczywistym słowo- twórcą artystycznym był inny człowiek pióra tamtego okresu, poeta Bolesław Leśmian. Jaworski i Leśmian, jeden w prozie, drugi w po- ezji, kreowali dziwne, odrealnione światy i wykazywali niejeden ele- ment wspólny w swych utworach, ale mimo wszystko „niepohamo- wana pasja do neologizmów” Jaworskiego odniosła zdecydowanie mniejszy efekt niż u Leśmiana. Pod tym względem autor „Historii maniaków” nie był wcale „niezwykłym wynalazcą”. Ocena Mako- wieckiego nosi cechy apologetyczne, historyk popada w pewną skraj- ność, co być może wynika z chęci naprawienia krzywdy Jaworskie- 14 mu, zrekompensowania mu wieloletniej niechętnej aury wobec tej twórczości ze strony krytyków. Autorką ciekawych uwag o „Historii maniaków” była Alina Brodzka. Zawarła je w eseju „Spór o wartości kultury współczesnej w polskiej prozie narracyjnej” będącym częścią pracy zbiorowej „Li- teratura polska 1918-1975” (t. I, Warszawa 1975). Zdaniem autorki tom Jaworskiego: „Był propozycją niecodzienną w kontekście prozy młodopolskiej (…) Jaworski sformułował wówczas własne postulaty groteski: rezy- gnację z upiększeń i uwzniośleń, operowanie estetyką brzydoty, zde- rzenie powagi z zabawą, mieszanie motywacji prawdopodobnych i umownych, wykorzystanie zmysłu dla dziwności (…) grę literacką z kreowanymi postaciami, nieuwzględnianie psychologicznych oczeki- wań odbiorcy, nastawionego na utożsamienie się z bohaterem. Zauważ- my, że ludyczny charakter tej gry jest swoisty dla twórczości Jaworskie- go i upowszechniony zostanie dopiero w latach trzydziestych”. W 1978 roku krakowskie Wydawnictwo Literackie dokonuje wznowienia „Historii maniaków”. Do tomu wydawca dołącza trzy utwory powstałe po 1910 roku i opublikowane w czasopismach. Są to opowiadania „Opowieść o smutku czterech ścian”, „Fanfaron” oraz uwagi inscenizacyjne do „Hamleta drugiego. Królewica polskie- go”. Książkę ilustrują reprodukcje obrazów i rysunków Wojtkiewicza z wydania I „Historii maniaków”. Wstęp do tej edycji napisał znany historyk literatury Michał Głowiński. Charakteryzując dotychczaso- we poglądy dotyczące dzieła Jaworskiego, Głowiński dokonuje cie- kawego podsumowania. Wolny zarówno od negacji, jak i chęci apolo- gizowania tej prozy, stwierdza: „Historie maniaków” są (…) konglomeratem stylistycznym, peł- nym wad i zalet. Są manieryczne, ale zarazem manierę demaskują. Z pozoru nie mogą się wyzwolić z odziedziczonych schematów, ale przecież narzucają im nowy sens, a przede wszystkim – poddają re- fleksji występujące w nich sposoby literackiego postępowania. Są do- kumentem historycznym, świadectwem przemian i literackiej ewo- lucji, ale nie tylko. Jest w nich coś, co sprawia, że godne są – także dzisiaj – lektury”. 15 Na koniec wspomnieć należy o jedynej jak dotąd książce poświę- conej w całości twórczości Romana Jaworskiego. Jest nią obszerna rozprawa autorstwa Jerzego Zbigniewa Maciejewskiego, pracownika naukowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, zatytuło- wana „Konstruktor dziwnych światów. Groteskowe, ludyczne i karna- wałowe aspekty prozy Romana Jaworskiego” (Toruń 1990). PIOTR KITRASIEWICZ 16 MIAŁ฀IŚĆ Śnił dziwną parodię współczasów, bardzo śmieszną, tak śmieszną, jak może być tylko mżenie chorej nudy. Widział pochód rzeczy dokonanych, wielki, tryumfalny pochód. A gdy mimo niego przechodzili, nie oddawał im czci wraz z rze- szą radujących się, gdyż senność wielką czuł w członkach i nie był zwyczajny w składaniu pokłonów, za co śmiercią go karali potężni królowie, a nieraz ćwiczyli ich dzielni wasale. Niejednokrotnie ucho- dził śmierci i dziś znowu stał blisko przy pochodzie żywych, patrząc na rzeczy dokonane, na żywe fakta. Gdy więc ujrzeli lice młode, sen- ne, wyjęli z jego piersi ostatnie dnie wiosny i odeszli. On zaś widział dobrze, z bliska owe żywe rzeczy, które mu wiosnę zabrały, chociaż oczy jego wciąż patrzyły senne. Widział ich ruch ce- lowy, pewny, ich byt stały, gdy wygniatał ślady w wilgnej ziemi, sły- szał ich głos potężny, który szerokie piersi gór przetwarzały na mo- tyw bojowych hejnałów. Całą czujność sennych oczu ku nim wytężył, patrzył przed nich i za nimi, wpadał w Ich głąb i wylatywał nad gło- wy, krążąc z zadumą smutnych ptaków. Gdy u zakrętu wpadli w tu- man kurzu, jako że mu wzięto wiosnę, żegnał ich uśmiechem podol- skiej jesieni. I silniej oparł się o drzewo, a ból, jaki odczuł w krzyżach, wstrząsł jego ciałem i zatrzymał myśl w jej drodze, osadzając ją gwałtownym ru- chem. Liście drzewa ułożyły się w chropawych, kolczastych cieniach na jego czole i miarowym ruchem ślizgały się po nim, opadając aż na po- wieki. Odczuł odległe wspomnienie. Po twarzy jego przeszła w żegnają- cej pieszczocie wyschła, spracowana dłoń siwowłosej piastunki. 17 Zrozumiał, że miał iść. Jakieś przestrzenie, ogromnie obojętne, zapadając w mrok, ści- skały ostry pierścień widnokręgów i podsuwały się ku niemu, wabiąc niemotą. Już stawiał stopę na pełzającą płaszczyznę, gdy pierś jego uderzyła o ścianę jaskrawych blasków. Uczuł radosny chłód zachodu, a blaski, przypadłszy do rąk, lizały je wiernie. Więc zajął się zachodem. Pod ścianą blasków ujrzał szkielety zbitych w stada śpiących koni. Przesycone światłem żebra i piszczele układały się w wielki symbol cichych dziejów, a spuszczone nad pastwiskiem łby zdawały się gło- sić potępieńcze prawdy. Męczyła go ta plama, więc ją przykrył dłonią, spoza której wyszło wielkie koło toczące się wśród fal płynącej rzeki. Koło czerpało wodę i wylewało ją z wysiłkiem na brzeg. Każda szpry- cha, wynurzając się z wody, szła powoli, uporczywie w górę i opusz- czała zimne, wielkie, szkliste łzy. Płaczące narzędzie. Rzucił mu się w myśl problemat narzędzia, ten sam, co za chło- pięcych lat wyśliznął się z dłoni z porcelanowym pajacem. Pamiętał, jak pajac uderzył o ziemię, jak kalecząc palce, zebrał drogie szcząt- ki, jak je złożył w ładnym pudle z wielkanocnych cukrów i pogrzebał w ogrodzie, pod rozkwitniętym w maju białym bzem. A potem długie lata siedział w altanie na kruczym gnieździe z cichą, jasną panną i po- magał jej rozmotywać kłębki bawełny. Siedział, by patrzeć na smut- ną pannę, jasnowłosą, polską rzeczywistość, na której ramieniu odpo- czywało czarne, głodne ptactwo. I nigdy nic znaleźli początka nitki, a kłębków było bardzo wiele. Stąd wziął pierwsze pojęcie o problemach. Dziś koło skarżyło się przed nim. Stało mu się wielkim obrotnym zerem, jak życzliwe na- pomnienie. Pomiędzy zerem a pierwszą, ledwie pomyślaną, okruszy- ną jednostki czuł zimną, przepastną czeluść. Nijak mu było przebyć ją w skoku. Gdyby tak można runąć na dno opoki bez odgłosu… Byle tylko nie zawisnąć na jałowcu, byle nie zawisnąć… Wiedział, że jest wieczór nad łąkami i nad jego myślą. Rozbite w grę odcieniów barwy dopadły zapadające obłoki, które szły stroj- 18 ne jak dziewki w drodze do wioskowej cerkwi. Tysiące tajemniczych ramion dźwignęło lekko stalową zasłonę i opuściło ją głucho na be- zechową ruń. Przewdziane w tory zmroku wszczęły tajemnice dnia gwałtowne, uwielbiające, pobożne lamenty. Płcie wracały z odrobio- nych prac i zapadały na leże, gnane tęsknotą ciał. Drzewa zapanowały nad przestrzenią i grały wielką pantomimę potężnych ramion, błagal- nych, skurczonych dłoni, dziecięcych zdławionych gardzieli. A obłą- kana starowina nocka, rozpuściwszy rzadkie włoski siwych mgieł, wyczołgała się spomiędzy oparów i przykucnąwszy na rozłogu, jęła siać z rąk widłowatych błogosławione, lotne nasienie ciemnicy. Sia- ła, kędy uszły zaginione jej syny i córy. I sączyły się żałobne fijolety, a nocne ptaki chwytały je na skrzydła i wlekąc, roznosiły hen ku do- mostwom, kędy kwilić poczęły niemowlęta i kędy na poddaszu skwir- czą ślepca skrzypki, gdzie chory chłopczyk był u nierządnicy i gdzie się tliło łuczywo pod wyschniętym stogiem, gdzie babunia kradła srebrniaki dla zgłodniałych wnucząt i kochała się panna młoda z ob- cym panem, gdzie szaleniec zawisł u szpitalnej kraty… A świerk stary opodal wzniósł swój chudy, sterczący konar i ro- zumnym gestem osądził: być może. A nocka błogosławiła, siejąc nasienie ciemnicy. Miał iść. Jeno nie mógł zapomnieć chłopczyka w aksamitnej su- kience, którego spotkał przed laty w ogrodowej alei. Chłopczyk ciąg- nął pręcikiem prostą, długą linię w piasku ścieżki. On szedł za chłop- czykiem i wstępował stopą w linię, wgniatając ją w ziemię. Tak dla żartu. A gdy ujrzał aksamitny panicz długą swą linię zdeptaną, za- płakał gorzko i niepocieszenie. On zaś rad był, iż uczynił powinność i zdeptał stopą pierwszy może pomysł dziecinny o nieskończoności. Dziś słyszał płacz dziecka, ten sam płacz sprzed lat, gdzieś przy któ- rejś skroni. Nie mógł pojąć. Zrozumienie jego wypełniła treść posiadania, pierś wyszła dumnie naprzód, a dłoń prawa chwytała silnie palce le- wej dłoni i starała się je jak najbardziej od siebie oddalić, by służyły jako strażnice pięknym myślom. Wyraźnie przy najgrubszym palcu wyrosła skalista wyżyna, która dźwigała miasto. Wokoło wyżyny męt- 19 na płynęła rzeka i czyniła z miasta ponurą twierdzę. Powtarzał: mam smutne miasto i niezdobytą twierdzę. Ogromnie się bał, by nie postra- dał ni miasta, ni twierdzy, i ściskał palec konwulsyjnie. A gdy już dobrze zapamiętał, poszedł dalej i ujrzał stary, chrze- ścijański tum w ruinach. Pamiętał: w tumie zbierali się wierni, a on ich nauczał o swoim bogu i wygnał boga, który dawno mieszkał w tumie. I kazał im palić święte obrazy i przetapiać złoto kielichów na wielką arkę dla swojego ciała. Gdy tłum, powolny jego rozka- zom, wypełniał święte dzieło przemienienia, a niewiasty i dzieci nu- ciły pieśni uwielbiające jego potęgę, nadciągnął wróg i obiegł miasto. A w mieście ni jednego miecza nie było, ni też męża zdolnego dźwi- gnąć ciężar miecza czy wyprężyć cięciwę łuku. Więc oddał wszyst- kich wiernych wrogowi w zamian za swe ocalenie. Wróg okuł wier- nych w żelazne okowy i odszedł. Długie lata dumał nad złotą arką swego ciała. A potem, potem… Przeszedł ku palcowi wskazującemu i wiedział, i pamiętał. Pamię- tał, że wyszedł z tumu, by szukać wiernych. Pragnął… czego to pra- gnął? Nie tęsknił za wiernymi, byli mu obojętni. Okowów ich pragnął, by je skuł i rozpiąwszy na krzyż, wśród czteru bazaltowych kolumn uczynił kołyskę, gdzie by zawisła złota jego arka. Jako ów prorok na Wschodzie. Myśli szły wytrwale, nieubłagane. Dlaczego pragnął zawisnąć jako prorok? Ścisnął palce, ale dłonie opadły znużone. Nie pamiętał. Miał iść. Głos wyszedł z przestrzeni i stał się ciałem, gorącym, ciążą- cym dziewki ciałem. Zbiegł ku niemu, drżącymi kolanami przylgnął do jego kolan i nagimi pachnącymi wymionami zwarł się z jego pier- sią w uścisk śpiesznej chuci. Jutro… Twarz ujrzeć na chwilę… Wyszedł z czasów. Jutro… Nie mógł ujrzeć twarzy. Zdało się, że się wbiła w własną jego głąb. Trzeszczącym ruchem dłoni usiłował odepchnąć od siebie to obce ciało, lecz napotkał pierś nagą, drgającą, od której wyszedł nakaz odwiecznych praw. 20 Jutro… Znęcone zmrokiem wyplątały się pająki spomiędzy traw i pełzając na żer, pod smukłe zaszły drzewo. W wielkich ich, bystrych oczach błysnął złośliwy żart: oto ośmieszyć smukłe pańskie drzewo i skle- ić je z tą czarną masą, co u jego stóp widniała skłębiona. Siła komi- zmu, spoczywająca w jaskrawości kontrastu, kazała im podjąć się nie- wdzięcznego dzieła. Poczęły więc wesołą pracę, uwijając pierwszą nić około pnia, a potem dalej śliniąc misterną tkankę. Były nad jego czołem, gdzie niedawno spoczywał wieniec ciernis- tych liści. Poczuł świerzb ich macek i drgnął. Na piersi jego ciążyło nagie dziewczęce ciało jutra. Nie mógł go z siebie strząsnać. W dłu- gich, niskich falach oddechu czuł szeroki, matowy śmiech dokonanej, sytej miłości. Miał iść. Był świadomy jakiejś zdrady i czuł ją tuż przy sobie. Tuż przy sobie. Więc nie mógł doznawać niepokoju, a znał tylko cieka- wość. Widział wielki niezgrabny śpichlerz i wąchał chłodny zapach stęchłego ziarna. Koniecznie mu się zdawało, że ktoś kradł ziarno i wynosił korcami, całymi korcami, w zbitych worach. Tylko że z tam- tej strony, tamtą bramą i nie mógł widzieć kto. A przecież to ciekawe widzieć, jak kto kradnie stęchłe ziarno i dźwiga je z mozołem na ple- cach. Takie ciekawe… Zapragnął, gorąco, szczerze zapragnął. Pragnienie czuł w przeły- ku, a ręce błądziły w niespokojnych splotach za sznurem, za idealnym wiązadłem. Chwila duła słaby pomysł o pięknej, barwnej wstążce. Myśli były jak stare nie odczytane szpargały, a w barwną ujęte wstąż- kę, jakże wygodnie dałyby się przenieść na poddasze? A na poddaszu w świetle lampy już łatwiej ze szpargałami, wśród ciszy, powoli… Koniecznie dłonie chciałyby sznura, a mózg wytwarzał powo- li uparte pojęcie o ciągłości i treści. Potrzebował ciągłości i treści, nie miał gdzie jej przytwierdzić, czym spętać, na co nawlec… ko- niecznym był mu silny sznur. Wspomniał na prom w pobliżu na rze- ce… Prom… Nie mógł pojąć, co to jest prom, nie mógł sobie przy- pomnieć. Rzeka płynęła i jedna jej kropelka nie zatrzymała się. Tymczasem prom…W poprzek rzeki. Spieszyły ku niemu z oddali, 21 krzyżując się i wydłużając, szerokie, pylne drogi, które brały w sie- bie drożyny, ścieżki, miedze, przełazy. Czuł, że myśli, jak przy zada- niu szkolnym. Ożywił się: na prom wjechała mama z ładną córeczką. Córeczka bardzo kochała i miała zostać niebawem wielką panią. Tyl- ko konie się spłoszyły i powozik wpadł do wody, córeczka rybką się stała. Było mu bardzo, bardzo żal. Prom przyjął wóz z białą chłopską trumną. Pachniała wesołym zapachem siana, na którym ją złożono. I oddał ją drugiemu brzegowi, by w ojcowskiej spoczęła sadybie mię- dzy jarzębiny. Prom szedł i wracał. Miał doskonałą pozę obojętności. Więc wysilił się na twierdzenie: prom to prawie obojętność. Zapo- mniał o pragnieniu i sznurze, chciał wiedzieć, czym jest obojętność. Pająki, przeciągnąwszy sieć podwójną nad młodym ciałem jutra, opuściły nitki ku ziemi, przytwierdzając je do łodyg mleczów. Bracia dobrej śmierci, komarowie głodni, nadpłynęli w wiel- kich chmarach i w radości, iż się dokonało, jęli wodzić żywe tany, w wdzięcznych grupkach, po siedmiu. A nocka na obłąkaną głowę sypała nasienie ciemnicy. Nie mógł iść. Myślał o obojętności i przeczuwał wiotką sieć i krzyczącą śmieszność. Jednak obojętność, to niby ten krzew bezład- ny, wyschły na skręcie, jak się jedzie z lasu. Na cieniutkich, śmiesz- nych gałązkach tyle błota od kół, które przejeżdżały. Wichry jesienne wzięły pącze, liście i kwiaty, nie wzięły błota, które zaschło. Obojęt- ność, to obłocony przydrożny stary krzew. Nie mógł iść. Pojął radość tańczących komarów i wybełkotał: do- konało się. Błazeństwo rozrzewniło go. Wspomniał na dzieciństwo. W wielkim pokoju stał czasu szarówki za karę na nitce przywiązany do nogi fortepianu. Stał trzy godziny, aż przyszła mama i śpiewała, jak zawsze, smutne pieśni. I nie było mu żal, iż nie bawił się tego wieczo- ra w Robinsona na dole u stawku. Trzy godziny na nitce — to obojętność. Prom, krzew wyschły, łańcuch lub też nitka… A może głaz pod płaczącą wierzbą lub sfinks wśród żaru puszczy. Nie mógł pojąć. Przycisnął ciężar ku piersiom i żachnęło się cia- ło dziewczęcia w miłosnym uśpieniu. Zaleciała woń trupia, wdarła się przez nozdrza, osiadła pleśnią w ustach, trującą rdzą zawaliła piersi. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Historie maniaków
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: