Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00097 006558 19985734 na godz. na dobę w sumie
Horyzonty ostateczne - ebook/pdf
Horyzonty ostateczne - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 288
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 9788379060016 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> religia i rozwój duchowy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ojciec Jacek Salij od lat odpowiada ludziom – i tym głęboko zaangażowanym, i tym błądzącym po obrzeżach Kościoła – na pytania dotyczące wiary. Nie ucieka od tematów drażliwych i zaraża nadzieją na dobre rozwiązanie nawet trudnych spraw.

Czy w życiu wiecznym odnajdziemy naszych bliskich? • Żyjemy w czasach ostatecznych! • Piekło zaczyna się już teraz • Czy zmarli bez sakramentów będą zbawieni? • Tajemnica przebóstwienia człowieka itp.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jacek Salij OP J a c e k S a l i j O P h o r y z o n t y o s t a t e c z n e Jacek Salij OP dominikanin, profesor zwyczajny teologii, kierownik Ka- tedry Teologii Dogmatycznej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, członek polskiego PEN Clubu. Autor licznych publikacji z dziedziny teo- logii i duchowości. Przez lata prowadził w miesięczniku „W drodze” popularną rubrykę „Szukającym drogi”. Lau- reat nagrody Feniks 2004. Ojciec Jacek Salij od lat odpowiada ludziom – i tym głęboko zaangażowanym, i tym błądzącym po obrzeżach Kościoła – na pytania dotyczące wiary. Nie ucieka od tematów drażliwych. I zaraża nadzieją na dobre rozwiązanie nawet trudnych spraw. • Czy w życiu wiecznym odnajdziemy naszych bliskich? • Żyjemy w czasach ostatecznych! • Piekło zaczyna się już teraz • Czy zmarli bez sakra- mentów będą zbawieni? • Tajemnica przebóstwie- nia człowieka • patronat medialny: cena det. 27,00 zł www.wdrodze.pl © Copyright for the text by Jacek Salij, 2015 © Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2015 Redaktor Paulina Jeske-Choińska Redakcja techniczna Justyna Nowaczyk Projekt okładki i stron tytułowych Alicja Maliszewska Fotografi a na okładce Norbert Kuczko OP ISBN 978-83-7033-984-5 Cum permissione auctoritatis ecclesiasticae Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o., 2015 ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl Druk i oprawa: Drukarnia Grafarti, Łódź CEL ŻYCIA I. „Stworzyłeś nas dla siebie, Boże…” 5 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” 6 CEL ŻYCIA Cel życia „Sen śmiesznego człowieka” „Sen śmiesznego człowieka” Człowiek może uznać swoje życie za bezcelowe. Czy miał rację Dostojewski, że otwiera to drogę do odczłowiecze- nia? W każdym razie warto przypomnieć tę przejmującą scenę z noweli pt. Sen śmiesznego człowieka, której boha- ter wybiera się popełnić samobójstwo z tego jednego je- dynego powodu, że doszedł do przekonania o kompletnej bezsensowności i bezcelowości swojego życia. Drogę zabiegła mu mała dziewczynka, cała w panice, natarczywie błagająca go o pomoc, bo coś złego dzieje się z jej matką. Ten dzikim wrzaskiem dziecko odpędził. Prze- cież wkrótce nie byłoby już kogo prosić o pomoc – prze- konuje sam siebie, że postąpił słusznie – bo idę stać się zerem, zerem absolutnym. „Przecież właśnie dlatego za- tupałem i wrzasnąłem nieludzko na nieszczęsne dziecko, że, widzicie, nie tylko nie czuję litości, ale choćbym nawet popełnił najhaniebniejszy uczynek, to teraz mi wolno, bo za dwie godziny wszystko ustanie”. 7 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Zdaniem Dostojewskiego, kto uznaje swoje życie za bezcelowe, konsekwentnie całą rzeczywistość będzie uwa- żał za jakby iluzoryczną i będzie się czuł upoważniony nadawać jej, niby plastelinie, dowolne własne sensy. „Wy- dawało mi się jasne – snuje swoje myśli ów nieszczęśnik – że życie i świat teraz jakby ode mnie zależą. Można po- wiedzieć nawet tak, że świat jakby teraz dla mnie same- go istnieje: wystarczy, bym się zastrzelił, a świata nie bę- dzie, przynajmniej dla mnie”. Moralny solipsyzm wydaje się portem, ku któremu nieuchronnie zmierza zwątpienie w to, że życie człowieka może mieć jakiś absolutny cel. Cele doraźne w horyzoncie bezcelowości Cele doraźne w horyzoncie bezcelowości ostatecznej ostatecznej Popularnymi postaciami tego zwątpienia są hedonizm i utylitaryzm. Hedonizm – w tej przynajmniej wersji, w ja- kiej demaskuje go prorok Izajasz – bierze się z tego, że człowiek rozpoznaje siebie samego jedynie jako ciąg ulot- nych wrażeń, zatem dąży do tego, żeby przynajmniej były to wrażenia miłe i przyjemne. Skoro bowiem życie jest ewidentnie bezcelowe, wyznaczmy sobie przynajmniej ja- kąś namiastkę celu: „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (Iz 22,13; 1 Kor 15,32). Postawą psychologicznie zupełnie odmienną jest utyli- taryzm. Ludzi realizujących tę postawę cechuje zazwyczaj wysokie poczucie celowości życia. Pomyłka utylitaryzmu polega na wzięciu środków za cel ostateczny. „Zamienili 8 CEL ŻYCIA swą Chwałę na wizerunek [złotego] cielca” (Ps 106,20) – to chyba sama istota tej postawy. Krótkofalowo, postawa ta może wydać się nader pozytywna, dynamizuje bowiem ludzi do celowego działania, do przekraczania stagnacji, charakterystyczne zaś dla tego stanowiska pragnienie suk- cesu owocuje nieraz dobrymi skutkami społecznymi, nie tylko osobistą satysfakcją tego, kto sukces osiągnął. Jaka jest konsekwencja pomyłki utylitarystycznej? Jakie skutki wynikają z umieszczenia celu ostatecznego w horyzoncie doczesnym człowieka? Po pierwsze, czło- wiek nieuchronnie zaczyna wówczas sam siebie postrze- gać jako system produkcyjno-konsumpcyjny. Do tego stopnia, że nawet kulturę traktuje się jako produkowanie i konsumowanie dóbr duchowych. Co więcej, w optyce produkcji oraz sukcesu widzi się nawet wartości moralne. Dobroć moralną sprowadza się więc do czynienia (jakby produkowania) dobra, nie dostrzegając znaczenia dobroci samego podmiotu działań moralnych. Moralność utylitarystów cechuje ignorowanie wartości tych postaw moralnych, które nie rokują sukcesu, oraz lek- ceważenie tych działań moralnych, które do sukcesu nie doprowadziły. W społeczeństwach, w których króluje uty- litaryzm, ginie więc, bo musi ginąć, zrozumienie dla cno- ty i kształtowania charakteru, zrozumienie dla moralnej doniosłości mądrego znoszenia zła (tego, co chrześcijanie tradycyjnie nazywają niesieniem krzyża), szerzy się nato- miast przeświadczenie, że wartość życia człowieka mierzy się wielkością jego osiągnięć oraz że są jakoby sytuacje, kiedy życie człowieka nie ma już żadnego sensu. 9 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Niezrozumienie własnego człowieczeństwa prowa- dzi – nieuchronnie – do zagubienia poczucia samej ludz- kiej godności. Pojawia się w nas wówczas gotowość do instrumentalnego posługiwania się drugim człowiekiem, a nawet zgoda na to, żeby ktoś mnie używał za narzędzie i środek do swoich celów. Dodajmy nawiasem, że w zja- wiskach tych Katechizm Kościoła Katolickiego dostrzega jedno z istotnych źródeł tworzenia się niesprawiedliwych struktur społecznych: „Zamiana środków i celów, która prowadzi do nadania wartości celu ostatecznego temu, co jest jedynie środkiem do jego osiągnięcia, lub do traktowa- nia osób jako zwykłych środków ze względu na jakiś cel, rodzi niesprawiedliwe struktury…” (KKK, 1887). Kiedy dehumanizacja staje się czymś Kiedy dehumanizacja staje się czymś nieuchronnym… nieuchronnym… Dostojewski potrafi ł w sposób przejmujący odsłonić fak- tyczną bezcelowość wszelkich postaci życia ludzkiego, jeśli je zamkniemy wyłącznie w granicach śmierci. Samo nawet doświadczenie śmierci – trudno się tu z Janem Pawłem II nie zgodzić – „rzuca cień absurdu na całą egzystencję czło- wieka” (Evangelium vitae, 7). Otóż życie ludzkie staje się dosłownie absurdalne, jeśli zanegujemy jego transcenden- cję wobec śmierci. Od ostatecznej absurdalności nie uchro- ni go nawet – dostępne przecież tylko bardzo nielicznym ludziom – dążenie do uzyskania Nagrody Nobla i zdobycie jej, czy inne najwyższe osiągnięcia. Niepokój zaś Dosto- 10 CEL ŻYCIA jewskiego, że zamknięcie się człowieka w granicach śmier- ci musi prowadzić do dehumanizacji, na pewno zasługuje na coś więcej niż niecierpliwe wzruszenie ramion. Warto jeszcze zauważyć, iż żaden człowiek nie potrafi swego życia uczynić idealnie bezcelowym. Bo nikt stwo- rzony przez Boga, sam nawet diabeł, nie potrafi zatrzeć do końca tej prawdy, że jest Bożym stworzeniem. Tak jak odejście od Boga zawsze związane jest ze zwróceniem się ku jakimś bogom fałszywym, tak jak zło czynimy, uznając je za dobro, podobnie nie da się porzucić celu ostateczne- go, nie kierując się ostatecznie ku jakiemuś innemu celo- wi, choćby to miało być coś ewidentnie bezsensownego. Potrafi my jednak, niestety – i o tym od samego począt- ku teraz mówimy – w ogóle nie przejmować się naszym celem ostatecznym. Bierze się to z naszego zapomnienia o Bogu. Człowiek – jak to trafnie formułuje ostatni so- bór (KDK, 13) – „wzbraniając się często uznawać Boga za swój początek, burzy należyty stosunek do swego celu ostatecznego, a także całe swoje uporządkowane nastawie- nie czy to w stosunku do siebie samego, czy do innych ludzi i wszystkich rzeczy stworzonych”. Jak widzimy, na temat dehumanizacji wszystkiego, co ludzkie, kiedy zgu- bimy ostateczny cel naszego życia, soborowa konstytucja mówi mniej więcej to samo, co tak wstrząsająco pokazał Dostojewski. W nauce wiary tradycyjnie wskazuje się na ścisły zwią- zek między naszym stosunkiem do Boga jako Początku wszystkiego a naszym ukierunkowaniem na ostateczny cel naszego życia. „Dwa pytania: pytanie o początek i py- 11 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” tanie o cel są nierozdzielne. Obydwa decydują o sensie i o ukierunkowaniu naszego życia i naszego działania” (KKK, 282). Zazwyczaj kryzys celu życia bierze się z za- pomnienia o Bogu. Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby ktoś nieznający Boga prawdziwego, transcendentnego wo- bec wszystkiego co stworzone, mógł się domyślać trans- cendentnego wobec doczesności celu naszego życia. W encyklice Evangelium vitae spostrzeżenie to pojawia się w formie komentarza do znanej formuły soborowej, że „stworzenie bez Stwórcy marnieje”: człowiek nieznający Boga „nie potrafi już postrzegać samego siebie jako kogoś przedziwnie odmiennego od innych ziemskich stworzeń; uznaje, że jest tylko jedną z wielu istot żyjących, organi- zmem, który – w najlepszym razie – osiągnął bardzo wy- soki stopień rozwoju”. I to jest logiczne: jeśli zapomni się o Bogu, transcendentnym Stwórcy świata, zaczyna się wi- dzieć świat jako odwieczną i bezcelową grę materii, i nie ma żadnych przesłanek po temu, ażeby życie ludzkie mo- gło mieć w takim świecie jakiś cel ostateczny. Konsekwencje decyzji, ażeby żyć tak jakby Boga nie było, idą jednak nieubłaganie dalej: nie tylko niknie nam wówczas z horyzontu cel naszego życia, ale trudny do uzasadnienia staje się jakikolwiek jego sens. „Nie można wykreślić rzeczywistości Boga – zauważa Walter Kasper w książce Bóg Jezusa Chrystusa – i oczekiwać, że wszyst- ko inne pozostanie dalej po staremu. Słowo »Bóg« w hi- storii ludzkości rozumiane jest jako ostateczny fundament i ostateczny cel człowieka i jego świata. Jeśli Bóg wypa- da, wówczas świat popada w bezcelowość i pozostaje bez 12 CEL ŻYCIA fundamentu, wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że wszyst- ko stanie się bezsensem. Bowiem coś posiada sens jedynie wówczas, kiedy odnajduje się w większym, sensownym z siebie samego kontekście. Wraz u utratą sensu całości, wraz ze zgubieniem wszystko określającej, podtrzymują- cej, wszystkim zawiadującej rzeczywistości Boga, w osta- teczności także część staje się bezsensowna”. Oczekiwanie, że w świecie bez Boga da się zachować na dłużej wiarę w sens życia oraz elementarną chociaż- by moralność stosunków między ludźmi, Włodzimierz Sołowjow porównuje do wiary dziuromodlców w sku- teczność swojej modlitwy. Podstawowy kult sekty dziu- romodlców polegał na tym, że – spostrzeżenie Sołowjowa streszcza w Metafi zycznej pauzie Czesław Miłosz – „chłopi wiercili dziurę w ścianie chaty i modlili się do niej: »moja święta dziuro, moja święta izbo«. Ale podobni, według So- łowjowa, do tych sektantów byli dziuromodlcy wykształ- ceni, których nauka szerzyła się wśród inteligencji. Ich nawoływania do powszechnej dobroci, sprawiedliwości i braterstwa oznaczały przyjęcie etycznych wskazań chrze- ścijaństwa, z odrzuceniem jego metafi zycznej podstawy, czyli nie były niczym innym niż modleniem się do dziury, do pustki”. Tutaj właśnie leżą podstawowe źródła współczesnej nonszalancji wobec życia ludzkiego. Człowiek – ubolewał św. Jan Paweł II – „nie traktuje już życia jako wspaniałego daru Bożego, który został powierzony jego odpowiedzial- ności, aby on strzegł go z miłością i czcił jako rzeczywi- stość świętą. Życie staje się dla niego po prostu rzeczą, 13 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” którą on uważa za swą wyłączną własność, poddającą się bez reszty jego panowaniu i wszelkim manipulacjom” (Evangelium vitae, 22). Życie przebija się przez śmierć! Życie przebija się przez śmierć! W jakimś sensie nie należy się dziwić temu naszemu zagubie- niu. Zawinione oddalenie od Boga jest częścią naszego ludz- kiego losu na tej ziemi. Przyszliśmy na świat już jako odda- leni do Boga, i to z powodu tego oddalenia jesteśmy poddani śmierci, która – że jeszcze raz przywołam to sformułowanie – „rzuca cień absurdu na całą egzystencję człowieka”. Dopiero ci, którym doskwiera absurdalność naszego za- gubienia w horyzoncie śmierci i ostatecznej bezcelowości życia, mogą docenić i naprawdę uradować się „pojawieniem się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwy- ciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię” (2 Tm 1,10). Właśnie z tej perspektywy, z perspektywy kogoś beznadziejnie uwikłanego we własną grzeszność i śmiertelność, radował się darem zbawienia apo- stoł Paweł: „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z tego ciała, tak naznaczonego śmiercią? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa Pana naszego!” (Rz 7,24). Gdzieś w tym miejscu leży różnica między wiarą w ży- cie wieczne a mitologicznym uznawaniem wierzeń chrze- ścijańskich na temat życia wiecznego. Wiara w życie wieczne jest przechodzeniem już teraz, dzięki Chrystusowi Panu i uczestnictwu w Jego zmartwychwstaniu, ze śmierci 14 CEL ŻYCIA do życia: „Kto słucha mego słowa i wierzy w Tego, który Mnie posłał (…) ze śmierci przeszedł do życia” (J 5,24). Rzecz jasna, „słuchać słowa Chrystusa” to znaczy słuchać całym sobą, wydając owoce w postaci czynów miłości: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłu- jemy braci” (1 J 3,14). Zatem wiara w życie wieczne jest to rzeczywiste ukie- runkowanie ku ostatecznemu celowi życia, natomiast czerpanie z chrześcijaństwa swoich mitologicznych prze- świadczeń w żaden sposób do życia wiecznego jako do celu ostatecznego człowieka nie zwraca. Może to jeszcze warto uściślić, że nawet nieszczęście grzechu śmiertelnego nie niszczy w człowieku wierzącym wiary do końca, nie niszczy również do końca naszego ukierunkowania ku ży- ciu wiecznemu, jednak czyni je bezskutecznym. Tylko dla porządku przypomnę, że wiara w życie wieczne – a więc rzeczywiste ukierunkowanie na osta- teczny cel naszego życia – dla nas, urodzonych w grze- chu pierworodnym, możliwa jest dlatego, że „począwszy od Abrahama, Boże błogosławieństwo przenika historię ludzi, która zmierzała ku śmierci, by skierować ją do ży- cia, do jego źródła” (KKK, 1080). Owo błogosławieństwo Boże nad pogrążoną w grzechu ludzkością osiągnęło swój szczyt w przyjściu do nas Tego, który jest „drogą i praw- dą, i życiem” (J 14,6), a który sam o sobie powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25). Miarą naszego gruntownego pogrążenia w śmierci i bez- sensie okazało się to, że odważyliśmy się wówczas „zabić 15 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Dawcę życia” (por. Dz 3,15). Zatem grzech i śmierć, jakie w sobie nosimy, nie są w nas zwyczajnym brakiem życia ukierunkowanego na życie wieczne; nosimy w sobie realny bunt przeciwko Bogu, są w nas jakieś ciemne energie skie- rowane przeciwko życiu, zwłaszcza przeciwko temu życiu, które jest transcendentne wobec śmierci. To właśnie dlatego nasza droga do życia wiecznego do- maga się unicestwiania w sobie tych sił śmiercionośnych: „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2 Kor 4,10). Ku temu właśnie zadaniu skierowana jest łaska chrztu: „Przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie” (Rz 6,4). A dzieje się to wszystko mocą Tego, który może o sobie powiedzieć: „Byłem umarły, a oto jestem Żyjący na wieki wieków” (Ap 1,18). Niepojęte wywyższenie człowieka Niepojęte wywyższenie człowieka W tym miejscu wolno mi wreszcie mówić bezpośrednio o ostatecznym celu życia człowieka. Posłużę się dwoma sformułowaniami katechizmowymi: „Celem ostatecznym całej ekonomii Bożej jest wejście stworzeń do doskona- łej jedności Trójcy Świętej” (KKK, 260). W tym sformu- łowaniu podkreślono przede wszystkim niepojęte wywyż- szenie stworzeń, wezwanie nas – aż strach o tym mówić – do doskonałej wspólnoty z Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. 16 CEL ŻYCIA Sformułowanie drugie bardziej akcentuje to, że Bóg prawdziwy nie jest istotą pozaświatową, jak sobie może nieraz wyobrażamy, oraz że Jego chwała będzie źródłem naszego szczęścia: „Celem ostatecznym stworzenia jest to, by Bóg, będący Stwórcą wszystkiego, stał się ostatecz- nie wszystkim we wszystkim, zapewniając równocześnie i własną chwałę, i nasze szczęście” (KKK, 294). To właśnie w tym niepojętym wywyższeniu człowieka leży ostateczne źródło naszej godności. „Człowiek jest je- dynym stworzeniem na tej ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego” (KDK, 24). Tutaj również znajduje się ostateczne uzasadnienie świę- tości życia ludzkiego i jego nietykalności. Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku do- maga się stwórczego działania Boga i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bez- pośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej (Kongrega- cja Nauki Wiary, Instrukcja Donum vitae, Wstęp, 5). Jeżeli wolno zabić słabego, to życie nas Jeżeli wolno zabić słabego, to życie nas wszystkich nie ma sensu! wszystkich nie ma sensu! Tradycja oświeceniowa, nieraz wroga Kościołowi i chrze- ścijaństwu, w zasadzie dzieliła z chrześcijaństwem prze- konanie zarówno o godności i podmiotowości każdego człowieka, jak o świętości i nietykalności życia ludzkiego. 17 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Wprawdzie odzywały się wewnątrz tej tradycji pojedyn- cze głosy, domagające się prawa do zabijania w określo- nych przypadkach – czy to poczętych dzieci, czy to ludzi głęboko upośledzonych umysłowo, czy to chorych w sta- nach terminalnych. Jednak dopiero od lat siedemdziesią- tych ubiegłego stulecia tendencje te do tego stopnia zdomi- nowały ową postchrześcijańską tradycję, że w kolejnych państwach zaczęto ogłaszać prawa uderzające bezpośred- nio w zasadę świętości i nietykalności życia ludzkiego. Można się domyślać, że olbrzymia większość zwolen- ników – a może i promotorów – tych praw nie zauważa faktu, że są one skierowane nie tylko przeciwko poczętym dzieciom czy innym grupom ludzi najsłabszych, ale rów- nież przeciw człowieczeństwu nas wszystkich. Samo istnie- nie tych praw relatywizuje bowiem sens człowieczeństwa i ludzkiej godności. Jest zarazem smutnym potwierdzeniem prawdy, że „tracąc wrażliwość na Boga, traci się także wraż- liwość na człowieka” (Evangelium vitae, 21). Na szczęście nie jest tak, by dopiero trzeba było być chrześcijaninem i u samego Chrystusa nauczyć się prawdy o ostatecznym celu życia, ażeby rozpoznać świętość i nie- tykalność życia ludzkiego. Wie o tym każde prawe i niewy- paczone sumienie. Jednak, rzecz jasna, znajomość tej praw- dy o człowieku, jaką przyniósł nam Jezus Chrystus, stawia nas w sytuacji uprzywilejowanej. Wynika stąd między inny- mi to, że wprawdzie każdy człowiek ma obowiązek stawać w obronie każdego niewinnie zagrożonego życia ludzkiego, jednak wydaje się, że my, chrześcijanie, jesteśmy do tego zobowiązani w sposób szczególnie przymuszający. 18 MEDYTACJA O PRZEMIJANIU Medytacja o przemijaniu Przemijanie jako coś pozytywnego Przemijanie jako coś pozytywnego Tego, że niekiedy deformujemy biblijne pojęcie przemija- nia, zacząłem się domyślać dopiero w trakcie szperania po patrystycznych objaśnieniach znanej wypowiedzi apostoła Pawła: „Przemija (…) postać tego świata” (1 Kor 7,31). Zależało mi na rozwiązaniu zagadki, o co chodziło pierw- szym chrześcijanom, kiedy modlili się – cytuję teraz Dida- che, tekst mniej więcej współczesny Apokalipsie, napisany ok. roku 100 – „Niechaj przyjdzie Twa łaska i niech prze- minie ten świat!”. Pierwsze zaskoczenie przeżyłem podczas lektury św. Ire- neusza. Przypomnijmy, że jest on jednym z najstarszych pi- sarzy chrześcijańskich – jego mistrz, biskup Polikarp, był bezpośrednim uczniem apostoła Jana. Otóż dla Ireneusza przemijanie to coś ze wszech miar pozytywnego i upra- gnionego. Przede wszystkim nie dotyczy ono ani świata, 19 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” ani naszego życia, ale tylko obecnej postaci jednego i dru- giego. Ireneusz cieszy się na myśl, że przeminie postać tego świata – podobnie jak rodząca marzy o chwili, kiedy usły- szy głos swojego dziecka i skończą się jej bóle, podob- nie jak żołnierz nie może się doczekać końca męczących manewrów. Przemijająca postać tego świata ustąpi miejsca jego postaci ostatecznej. Ireneusz jest absolutnie pewien tego, że ziemia zostanie przemieniona w niebieskie Jeru- zalem, a wszyscy Boży przyjaciele dostąpią chwalebnego zmartwychwstania. I nie wolno tego brać za alegorię – twierdzi stanowczo nasz autor – gdyż wszystko będzie tu mocne i prawdziwe, i rze- czywiste: sam Bóg tego dokona dla szczęścia ludzi. Podobnie jak prawdziwy jest Bóg, który wskrzesza człowieka, tak samo prawdziwie, a nie alegorycznie zmartwychwstanie człowiek. Prawdziwość tego zmartwychwstania na tym będzie polega- ła, że [człowiek] prawdziwie dostąpi niezniszczalności, roz- winie się i rozkwitnie w czasach Królestwa, aby mógł dostą- pić chwały Ojca (Adversus haereses, 5, 35, 2). Bardzo podobnie mówili na temat przemijania inni ojco- wie. Orygenes, bezdyskusyjnie najwybitniejszy teolog Ko- ścioła męczenników, pisał: Wyobraź sobie, w jaki sposób przemija niebo i ziemia, oraz jak przemija postać tego świata. Usuń sprzed swego wzro- ku blask tego słońca i daj owemu światu, który ma nadejść, siedmiokrotną światłość słońca, albo raczej daj mu samego Pana jako blask. Wyobraź sobie obecnych przy Nim anio- 20 MEDYTACJA O PRZEMIJANIU łów chwały… Wyobraź sobie ponadto, jak mogą być tam obchodzone święta Pana, jakie się tam odbywają uroczysto- ści, jaka panuje tam radość… Przebywając na tym świecie, świętujemy tylko po części, a nie w pełni… Wówczas nasta- nie prawdziwe i nieprzerwane święto, a Księciem tego świę- ta, Oblubieńcem i Panem, będzie sam Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Dopiero po znalezieniu kilku następnych patrystycznych objaśnień tej wypowiedzi, że „przemija postać tego świata”, zerknąłem do jej wersji greckiej. I tu czeka- ła mnie niespodzianka. Przecież paragein znaczy rów- nież „odchodzić” (Mt 9,9 i 27; J 8,59), „przechodzić” (Mk 1,6; 2,14), „mijać” (J 9,1). Odejście, mijanie, nie mog- ło się ludziom mówiącym po grecku kojarzyć z przemi- janiem w naszym rozumieniu. A w każdym razie mog- ło im się tak nie kojarzyć. Tak czy inaczej, modlitwę: „Niech przeminie ten świat” umieściłbym razem z pragnie- niem dziecka: „Kiedyż wreszcie przeminie moje dzieciń- stwo i stanę się człowiekiem dorosłym”, i z marzeniami więźnia: „Obym wreszcie miał już za sobą ten czas mojej niewoli”. Potwierdzeniem tego jest słynny zapis z listu apostoła Piotra, że należy starać się o przyśpieszenie końca świata: Staracie się przyśpieszyć przyjście dnia Bożego, który spra- wi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedli- wość (2 P 3,12 i nast.). 21 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Nowość prawdy, że świat jest stworzony Nowość prawdy, że świat jest stworzony przez Boga przez Boga Warto jeszcze zastanowić się, skąd się brało u starożyt- nych chrześcijan to niebywale stanowcze przeświadczenie, którego świadkami są nie tylko Ireneusz czy Orygenes, ale również wielu innych starożytnych ojców, że światu oraz poszczególnym ludziom przeznaczona jest jakaś ostatecz- na, ponadhistoryczna doskonałość. Odpowiedź, że brało się to z głębokiej wiary, byłaby chyba zbyt prosta. Dzi- siaj przecież ludzi bardzo głębokiej wiary też nie brakuje, ich oczekiwania eschatologiczne również są jasne i jedno- znaczne, a jednak nie ma już w nas tej psychologicznej in- tensywności, jaką nasycona była pewność chrześcijan sta- rożytnych. Rozwiązanie zagadki, skąd się brała ta intensywna pew- ność co do naszej eschatologicznej przyszłości, wydaje się następujące. Chodzi tu o efekt absolutnej nowości, jaką dla chrześcijańskich konwertytów, wychowanych w kultu- rze greckiej, była biblijna nauka o stworzeniu. Starodaw- ne mity mówiły o przedwiecznym, istniejącym niezależnie od bogów, chaosie. Boskie działania przy założeniu świa- ta wyobrażano sobie jako jedynie porządkowanie tego, co współwieczne bogom, albo nawet od nich wcześniejsze. Przyjęcie nauki o stworzeniu oznaczało dla ówczesnych ludzi radykalną rewolucję światopoglądową. Bo skoro świat został stworzony, czyli powołany do istnienia z nicości, to Boga Stwórcy nie da się porównać z jakimkolwiek ludzkim rzemieślnikiem. Piekarz, krawiec czy stolarz – i na ich po- 22 MEDYTACJA O PRZEMIJANIU dobieństwo mitologiczny demiurg – jedynie przetwarzają uprzednio istniejące tworzywo. Stworzyć to znaczy udzie- lić istnienia również tworzywu, które jest przekształcane. Jeżeli świat został stworzony, to także pierwotny chaos – biblijne tochu uawochu, „bezład i pustkowie” (Rdz 1,2) – otrzymał swoje istnienie od Boga. Jeśli zatem wszystko, co istnieje, całkowicie i bez resz- ty zawdzięcza swe istnienie Bogu, to jest On jedynym i wszechogarniającym Panem swoich stworzeń. W ca- łym świecie i w poszczególnych jego częściach nie ma nic, co byłoby od Niego niezależne i całkowicie Mu nie podlegało. Ponieważ zaś świat nie jest wieczny, jak gło- siły dawne mity, ale miał swój początek (w którym zo- stał stworzony), zatem zmierza do jakiejś ostatecznej, wyznaczonej mu przez Stwórcę pełni – i pełnię tę nieza- wodnie osiągnie, jako że spod władzy Boga nic się nie wymknie. Jak widzimy, wiara w stworzenie świata pociągała za sobą linearne rozumienie czasu. W sytuacji, kiedy świado- mość takiej właśnie struktury czasu kształtowała się w wy- niku światopoglądowej rewolucji, optymistyczne spojrze- nie na tajemnicę przemijania łatwo nasycało się nie tylko pewnością wiary, ale również pewnością psychologiczną. Skoro bowiem Bóg jest niepodzielnym i bezspornym, ale zarazem kochającym Panem wszystkiego, to zarówno świat, jak poszczególny człowiek (jednak ten tylko, który jest Bożym przyjacielem) jedynie w tym sensie przemija- ją, w jakim to, co niedoskonałe, przekształca się w to, co doskonałe. 23 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Niebo i ziemia przeminą w tym znaczeniu, że staną się nowym niebem i nową ziemią. Przemija też obecne życie Bożych przyjaciół, bo ostatecznie znajdą się oni poza ja- kąkolwiek zależnością od grzechu i będą uczestniczyć w zmartwychwstaniu Chrystusa. W tysiącach sformułowań przedstawiali chrześcijanie to zmierzanie czasu do wieczności. „Jako rzeźbiarz pracu- je w materii, ażeby materią być przestała – pisał Norwid – tak w czasie Historia też pracuje człowieczymi ramiony, aby czasem być przestał, aby tenże w wieczność wypeł- nił się”. Natomiast Anna Kamieńska, w Ósmym dniu tygo- dnia, napisała po prostu, że „tak mozolnie czas destyluje się w wieczność”. Nad relacją między czasem i wiecznością medytował publicznie również Jan Paweł II Czas jest darem Bożym – mówił w przemówieniu środo- wym z 19 listopada 1997 roku. – Stwarzany ustawicznie przez Boga, znajduje się w Jego rękach. Bóg kieruje jego rozwojem według swoich planów. Każdy dzień jest dla nas darem Bożej miłości. (…) Jedynie Bóg wie, jaka będzie przyszłość. My natomiast wiemy, że będzie to przyszłość ła- ski, że będzie to wypełnienie się Bożego planu miłości wo- bec całej ludzkości i wobec każdego człowieka. Dlatego też, patrząc w przyszłość, bądźmy pełni ufności i nie poddawaj- my się lękowi. Prawdziwe niebezpieczeństwo polega nie na przemija- niu czasu – kontynuował tę myśl w przemówieniu z 10 grud- nia tegoż roku – lecz na jego złym wykorzystywaniu, gdy odrzuca się życie wieczne ofi arowane przez Chrystusa. Pra- gnienie życia i szczęścia wiecznego musi być nieustannie odnawiane w sercu ludzkim. Obchody jubileuszu mają za 24 MEDYTACJA O PRZEMIJANIU zadanie właśnie wzmocnić to pragnienie, pomagając wie- rzącym i ludziom naszego czasu otworzyć serca na życie bez kresu. Czas, w którym przemijamy, naszym Czas, w którym przemijamy, naszym sprzymierzeńcem sprzymierzeńcem Medytacja na temat przemijania nabiera dramatyczności dopiero wówczas, kiedy główną uwagę skupimy na obec- nym kształcie naszego życia. Biblii – zwłaszcza Staremu Testamentowi – również to ujęcie nie jest obce. „Człowiek zrodzony z niewiasty ma krótkie i bolesne życie – płacze Hiob. – Wyrasta i więdnie jak kwiat, prze- mija jak cień chwilowy” (Hi 14,1 i nast.). „Oto wymie- rzyłeś moje dni tylko na kilka piędzi – wtóruje Hiobowi Psalmista – i życie moje jak nicość przed Tobą. Doprawdy życie wszystkich ludzi jest marnością. Człowiek jak cień przemija, na próżno tyle się niepokoi; gromadzi, lecz nie wie, kto to zabierze” (Ps 39,6 i nast.). Podobna myśl znala- zła się nawet – co prawda tylko jeden jedyny raz – w No- wym Testamencie: „Bo czymże jest życie wasze? Parą je- steście, co się ukazuje na krótko, a potem znika” (Jk 4,14). Warto jednak zwrócić uwagę na to, że niemal z reguły biadanie na krótkość i kruchość ludzkiego życia kończy się aktem zawierzenia siebie Bożej dobroci. „A teraz w czym mam pokładać nadzieję? – kontynuuje swoją modlitwę au- tor cytowanego przed chwilą psalmu. – W Tobie jest moja nadzieja!” (Ps 39,8). 25 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Zaglądnijmy jeszcze do innego psalmu: „Dni człowie- ka są jak trawa. Kwitnie jak kwiat na polu: ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje” (Ps 103,15 i nast.). I zaraz potem: „A łaskawość Pańska na wieki wobec Jego czcicieli, a Jego sprawiedli- wość nad synami synów, nad tymi, którzy strzegą Jego przymierza i pamiętają, by pełnić Jego przykazania”. W Księdze Izajasza to sam Bóg uświadamia nam, że niebo i ziemia przeminą, a nasze ludzkie życie jest kruche, i podpowiada nam, że tylko w Nim warto złożyć nadzie- ję ostateczną: „Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak koma- ry. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna” (Iz 51,6). A tak na marginesie: zależność naszej polskiej wy- obraźni od Biblii jest w odniesieniu do tematu przemija- nia zupełnie wyjątkowa. Niemal wszystkie nasze metafo- ry i przysłowia wzięte są z Pisma Świętego: „Wszystko na świecie przemija jak sen” (por. Hi 20,8), „jak dym” (Ps 102,4), „jak cień” (Ps 102,12), „jak para” (Jk 4,14), „jak trawa” (Ps 103,15), „jak kwiat polny” (Hi 14,2). Wśród przysłów polskich na temat przemijania udało mi się znaleźć tylko jedno niewątpliwie niezależne od Biblii: „Wszystko przemija jak brzęk dzwonu”. Wróćmy jednak do naszego głównego tematu. Prze- mijanie staje się prawdziwym nieszczęściem, jeśli nie jest drogą ku temu, co doskonałe i ostateczne. Niestety, ten bez- sensowny styl przemijania również bywa przez ludzi wybie- rany: „Widziałem, jak występny się pysznił i rozpierał się 26 MEDYTACJA O PRZEMIJANIU jak cedr zielony. Przeszedłem obok, a już go nie było; szu- kałem go, lecz nie można było go znaleźć” (Ps 37,35 i nast.). Człowiek, który w takich czy innych dobrach docze- snych znalazł ostateczny sens i cel swojego życia, podob- ny jest – powiada św. Augustyn – do pięknej, ale głupiej dziewczyny, w której zakochał się książę i której zostawił, jako zadatek swojej miłości, zaręczynowy pierścień. Ona, zachwycając się wspaniałym pierścieniem, skupiła na nim całą swoją uwagę i w ogóle zapomniała o narzeczonym. Otóż różne dobra tego świata są poniekąd takim zaręczy- nowym pierścieniem. Są one przecież darem Bożym dla nas i zadatkiem Jego miłości. Toteż zachowujemy się i nie- mądrze, i przewrotnie, jeśli – zamiast przyjmować je jako przypomnienie Jego miłości – kochamy je zamiast Boga. Święty Grzegorz Wielki, formułując tę samą przestrogę, potrafi wspaniale wykorzystać biblijne porównanie nasze- go obecnego życia do trawy i kwiatu polnego: „Niech was nie skusi ułuda zwodniczego szczęścia, bo zaiste, niemądry to wędrowiec, który pociągnięty urokiem ukwieconych łąk, zapomina, dokąd miał zamiar skierować swe kroki”. Podsumujmy: czas, w którym przemijamy, nie jest naszym przeciwnikiem, ale sprzymierzeńcem. Już samo to, że podlegamy przemijaniu i że jesteśmy tego świado- mi, wydaje się wskazywać na naszą transcendencję wo- bec czasu. Z właściwą sobie błyskotliwością zwrócił na to uwagę Clive Staples Lewis: Jesteśmy tak mało pojednani z czasem, że nas zdumiewa jego istnienie. Wykrzykujemy: Jak on urósł!, Jak ten czas 27 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” leci!, tak jak gdyby było dla nas ciągle nowością to, co jest przecież powszechnym doświadczeniem. Jest to tak dziw- ne, jak gdyby ustawicznym zaskoczeniem dla ryby była mokrość wody. A to byłoby rzeczywiście dziwne; chyba że przeznaczeniem ryb byłoby stać się kiedyś zwierzęciem lą- dowym. Tymczasem nasze podleganie czasowi – a w konsekwen- cji, nasza przemijalność – rzeczywiście jest dla nas usta- wicznym zaskoczeniem. O czymś to świadczy, również wówczas, kiedy się przeciwko tej naszej przemijalności buntujemy. 28 CZY JA NAPRAWDĘ WIERZĘ W ŻYCIE WIECZNE? Czy ja naprawdę wierzę w życie wieczne? Spróbujmy podjąć następujące pytanie: Czy ja naprawdę wierzę w życie wieczne? A może jest to tylko taka wiara na niby, zwyczajne oszukiwanie Pana Boga i siebie. Czy są jakieś sposoby, żeby to sprawdzić, czy moja wiara w życie wieczne jest autentyczna? Jakoś do szczęścia wiecznego mi się nie śpieszy! Jakoś do szczęścia wiecznego mi się nie śpieszy! W Opowieściach pielgrzyma, najwspanialszym chyba do- konaniu duchowości rosyjskiej, opisana jest spowiedź, podczas której penitent otrzymał od spowiednika mniej więcej taką reprymendę: „Co ty tu się z drobiazgów spo- wiadasz, gdy tymczasem pomijasz to, co najważniejsze! Przecież ty ani Pana Boga prawdziwie nie kochasz, ani w życie wieczne tak naprawdę nie wierzysz!”. 29 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” I z pomocą spowiednika penitent ów uświadamia sobie grzechy następujące: Nie kocham Boga, bo przecież gdybym Go kochał, to wciąż bym o Nim myślał ku radości mego serca, a każda myśl o Bogu przynosiłaby mi radosną słodycz. Przeciwnie, znacznie częściej i chętniej rozmyślam o sprawach zwyczaj- nych, codziennych, a rozmyślanie o Bogu przynosi mi utru- dzenie i oschłość. Jeślibym Boga kochał, to rozmowa z Nim poprzez modlitwę ożywiałaby mnie, napełniała słodyczą i pociągała ku stałemu z Nim obcowaniu, ale jest przeciw- nie: nie tylko nie rozkoszuję się modlitwą, ale zajmując się nią, odczuwam utrudzenie, zmagam się z niechęcią, osła- biam się poprzez oddawanie się lenistwu i gotów jestem z chęcią zająć się czymkolwiek błahym, byle tylko modlitwę przerwać lub całkiem jej zaprzestać. Podczas pustych zajęć czas mija mi niezauważenie, a gdy zajmuję się Bogiem, sta- jąc w Jego obecności, czuję, że każda godzina jest długa jak rok. Podobną małodusznością może być naznaczona nasza wiara w życie wieczne: Gdybym ja – uświadamia sobie pielgrzym dzięki spowiedni- kowi – wierzył mocno i był przekonany, że po śmierci czeka mnie życie wieczne i odpłata za ziemskie czyny, to wciąż bym o tym myślał i prowadziłbym życie przybysza, gotują- cego się wkroczyć do swej ojczyzny. Przeciwnie, nawet nie pomyślę o wieczności, a kres ziemskiego życia traktuję jako granicę mego istnienia. Skrycie tkwi we mnie myśl: kto wie, co będzie po śmierci? Jeśli nawet mówię, że wierzę w nie- śmiertelność, to mówię to tylko rozumem, bo serce moje 30 CZY JA NAPRAWDĘ WIERZĘ W ŻYCIE WIECZNE? dalekie jest od pewności, o czym wyraźnie świadczą moje czyny i stała troska o dobre urządzenie się w życiu zmy- słowym. Święta Blandyna nie była wyjątkiem Święta Blandyna nie była wyjątkiem Z drugiej strony jednak, wielkim uproszczeniem jest twier- dzić, że „nikomu się jakoś do szczęścia wiecznego nie śpieszy”. Toteż zanim podejmę postawione na samym po- czątku pytanie, spróbuję przedstawić przykłady chrześci- jan, którym właśnie bardzo się do nieba śpieszyło. Najłatwiej postawy takie znaleźć wśród męczenników. Wydaje się jednak, że powód tego jest przede wszystkim zewnętrzny: śmierć męczenników jest umieraniem na wido- ku publicznym i ma znacznie większe szanse na to, że ota- czająca ją światłość zostanie zauważona przez wielu i wej- dzie do społecznej pamięci Kościoła, aniżeli zwyczajna śmierć człowieka świątobliwego, którego tęsknotę za osta- tecznym spotkaniem z Bogiem widzą jedynie bliscy i przy- jaciele. Zacznę może od historii, która zawsze wywiera na mnie wielkie wrażenie, ilekroć o niej czytam. Mam na myśli opis męczeństwa chrześcijan z Lyonu w roku 177, sporządzony przez bezpośredniego świadka tych wyda- rzeń i umieszczony na początku piątej księgi Historii ko- ścielnej Euzebiusza z Cezarei. Jak się wydaje, tamtejsze władze prześladowcze szczerze uwierzyły, że chrześcijań- stwo jest to ruch degeneratów, uprawiających kanibalizm 31 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” i kazirodztwo – tak bowiem (na potwierdzenie prawdy, że krzywe oko krzywo widzi) odczytały docierające do nich informacje na temat tajemnicy Eucharystii oraz wzajem- nego braterstwa. Ponieważ chrześcijanie do zbrodni tych – naturalnie – się nie przyznawali, poddano ich wyszukanym i długotrwałym torturom. Wśród torturowanych wyróżniła się szczególnie młoda Blandyna, którą ogarnął duch właściwy raczej uczcie wesel- nej niż miejscu męczarni, i swoją postawą potrafi ła zarazić współwyznawców, tak że odtąd nikt już więcej nie zaparł się swojej wiary ze strachu przed torturami. Oprawcy szybko zrozumieli, ile osiągną, jeśli uda się im ją złamać, toteż znę- cali się nad nią szczególnie. Oprócz tortur zadawanych jej bezpośrednio, Blandyna musiała znieść aresztowanie i tor- tury swego piętnastoletniego brata Pontikosa, ponadto wraz z bratem przyprowadzano ją codziennie do amfi teatru, aby patrzyła na zabijanie kolejnych chrześcijan. Po zabiciu wśród tortur na jej oczach Pontikosa, „wresz- cie sama Blandyna, ostatnia ze wszystkich – niby czcigod- na matka, która wlała otuchę swoim dzieciom i przecier- piawszy wszystkie walki swych dzieci, wysłała je jako zwycięzców przed sobą do Króla – pobiegła pełna radości i wesela na tę swoją podróż, jak gdyby wołano ją na ucztę weselną, a nie rzucano na pastwę dzikich zwierząt”. Jak stwierdza autor tego opisu – a jest nim prawdopodobnie św. Ireneusz, późniejszy wielki biskup Lyonu, który sam ćwierć wieku później poniósł śmierć męczeńską – Blan- dyna „żyła bowiem nadzieją i pewnością dóbr obiecanych przez Boga, i rozmawiała z Chrystusem”. 32 CZY JA NAPRAWDĘ WIERZĘ W ŻYCIE WIECZNE? Wiara w życie wieczne uzdolniła tę dziewczynę do za- chowania, które przekracza siły człowieka. Jednak Blandy- na nie była wyjątkiem. Narsalus, jeden z męczenników scyli- tańskich, usłyszawszy wyrok śmierci, skwitował go zdaniem: „Jeszcze dziś będziemy w niebie, Bogu niech będą dzięki”. Młoda Potamiena z Aleksandrii (rok 202), kiedy prowa- dzący ją na śmierć żołnierz Bazylides bronił jej przed na- paściami tłumu, „przyjęła przychylnie dowody jego życz- liwości i zwróciła się do niego z wezwaniem, by umocnił swego ducha. Będzie się bowiem po śmierci za niego mo- dliła do swego Pana i wkrótce mu się odwdzięczy za to, co dla niej uczynił”. Zapewne nikt by się o tych słowach mło- dej męczennicy nie dowiedział, gdyby nie zadecydowały one o tym, że wkrótce sam Bazylides został chrześcijani- nem i męczennikiem. Tylko bardzo realną i dosłowną wiarą w życie wiecz- ne można wyjaśnić radość, z jaką chrześcijanie przyjmo- wali wiadomości o męczeństwie swoich przyjaciół i zna- jomych. „Bardzo się ucieszyłem, że jego nieposzlakowana działalność zakończyła się tak zaszczytnie” – pisze św. Cy- prian do kleru rzymskiego na wiadomość o męczeńskiej śmierci papieża Fabiana. Oczekujecie codziennie z radością zbawczego dnia Waszego zgonu – pisze tenże Cyprian do uwięzionej grupy duchow- nych i świeckich chrześcijan – i już, już mając ten świat opu- ścić, śpieszycie się, aby otrzymać obiecane męczennikom dary i mieszkanie Boże. Po ciemnościach tego świata uj- rzycie najczystsze światło i otrzymacie chwałę, która swym blaskiem przewyższa wszystkie cierpienia i walki. 33 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Na ten list czterej uwięzieni biskupi tak odpisują Cypria- nowi: „Jesteś naszym nauczycielem i przyjacielem, toteż gorąco pragniemy, abyś otrzymał koronę za swe wielkie wyznanie”. Dlatego bardzo wiarygodnie brzmi protokolar- ny zapis sądu pogańskiego z procesu św. Cypriana, że kie- dy usłyszał wyrok śmierci, powiedział tylko krótko: „Bogu niech będą dzięki!”. Bo w życie wieczne Cyprian wierzył przecież realnie, ono nie było dla niego żadnym symbo- lem, ale rzeczywistą obietnicą samego Boga. Atmosferę święta i radości podczas śmierci męczeńskiej odnotowują również dzieje męczenników nowożytnych i współczesnych. Kiedy do jezuity Ludwika, ukrzyżowane- go w roku 1597 w Japonii, „pewien chrześcijanin zawołał, iż wkrótce będzie w raju, on radosną postawą całego ciała zwrócił na siebie oczy wszystkich patrzących”. Zaś Herman Lange, niemiecki ksiądz stracony 10 listopada 1943 roku za głoszenie poglądu, iż za zbrodnie hitlerowskie czeka Niem- ców kara Boża, tak pisał z celi śmierci: „Jakaż pociecha, jaka cudowna siła płynie z wiary w Chrystusa, który poszedł przed nami drogą śmierci. Czyż może coś się stać dziec- ku Boga? Czyż miałbym się bać? Przeciwnie, radujcie się, i jeszcze raz wam mówię, radujcie się”. Życia obecnego ani spraw doczesnych nie wolno Życia obecnego ani spraw doczesnych nie wolno nam lekceważyć! nam lekceważyć! Żaden z wymienionych męczenników nie pchał się jednak do śmierci. Przeciwnie, raczej starali się jej uniknąć. Nie 34 CZY JA NAPRAWDĘ WIERZĘ W ŻYCIE WIECZNE? tylko cechowała ich bowiem głęboka wiara w życie wiecz- ne, ale równie żywo wierzyli oni w sens swojej służby na tej ziemi. Święty Cyprian, którego entuzjazm dla śmierci męczeńskiej przed chwilą poznaliśmy, wręcz ukrywał się przed prześladowcami. Podobnie zachowywało się wielu innych późniejszych męczenników. W Kościele starożytnym obowiązywał nawet kanon, zakazujący wiernym prowokowania władz do stawia- nia ich przed sądami. Przykład pełnej gotowości zarów- no na śmierć, jak na dalsze życie, dał już apostoł Paweł: „Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w cie- le – to bardziej dla was konieczne. A ufny w to, wiem, że pozostanę, i to pozostanę nadal dla was wszystkich, dla waszego postępu i radości w wierze” (Flp 1,23–25). Zatem nawet bardzo żarliwa wiara w życie wieczne wcale nie domaga się niecierpliwych tęsknot za jak naj- szybszym odfrunięciem z tej ziemi. Gordon W. Allport – psycholog, żaden kaznodzieja czy teolog – zauważył wręcz prawidłowość następującą: „Prawdopodobnie mog- libyśmy dowieść, że w biegu historii ci chrześcijanie, któ- rzy w najbardziej praktyczny sposób zasłużyli się światu doczesnemu, byli równocześnie tymi, którzy najgorliwiej wierzyli w świat przyszły”. To prawda, że większość z nas, kiedy znajdzie się w po- ważnej chorobie, chciałaby odsunąć zbliżającą się śmierć. Czy jednak postawa taka, wzięta sama w sobie, świadczy o nie- wierze w życie wieczne? Wszak nawet pannie młodej, która bardzo pragnie ślubu, zdarzy się czasem, że bardzo chciałaby 35 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” sam moment ślubu odsunąć bodaj o kilka minut. A przecież wzięcie ślubu nie wiąże się z żadnymi cierpieniami. Spójrzmy jeszcze na ten problem w świetle pewnej po- stawy dość nieprzeciętnej i raczej skrajnej. Mianowicie za- chowały się wiarygodne świadectwa wielkich chrześcijan, którzy w swojej żarliwej miłości do Boga chcieli jak naj- szybciej umrzeć, ażeby w ten sposób zjednoczyć się z Nim już naprawdę bez reszty. Coś takiego przeżywała na przy- kład św. Teresa od Jezusa. Sądzę, że nawet taki chrześcija- nin nie czułby się uprawniony do tego, żeby przyśpieszać swoją śmierć poprzez zaniedbanie leczenia swoich chorób. Podobnie jak prawie nie było męczenników, którzy by nie zrobili wszystkiego, ażeby się nie dostać w ręce prześla- dowców. Zarazem ci sami ludzie potrafi li – jak widzieli- śmy – radować się, kiedy ich męczeństwo już nadchodziło. Trzy kryteria Trzy kryteria A jednak pytanie: „Czy ja naprawdę wierzę w życie wiecz- ne?” – bardzo zasługuje na to, żeby się nad nim zastana- wiać. Ze szczególną wyrazistością przychodzi ono wów- czas, kiedy mnie samemu śmierć zaczyna już zaglądać w oczy, ale również wówczas, kiedy śmierć oddziela mnie kolejno od różnych moich bliskich i znajomych. Ale uwa- ga: wiary w życie wieczne nie mierzy się naszym jej od- czuwaniem. Nie mierzy się jej również naszą zdolnością do wyobrażania sobie, na czym życie wieczne będzie po- legało. 36 CZY JA NAPRAWDĘ WIERZĘ W ŻYCIE WIECZNE? Istnieją co najmniej trzy kryteria, po których można rozpo- znać, że w życie wieczne wierzę naprawdę. Znakiem pierw- szym jest pielęgnowanie w sobie zawierzenia, które można wyrazić w formie modlitwy na przykład następującej: Panie Jezu, Ty tak często mówiłeś nam o życiu wiecznym i tak często nam je obiecywałeś! Po to, żeby obdarzyć nas wiecz- nym zbawieniem, przeszedłeś przez mękę krzyżową! Ja wierzę każdemu Twemu słowu! Wierzę też całym sercem w udzieloną nam przez Ciebie obietnicę życia wiecznego, ale Ty wzmacniaj wiarę moją! Wspomagaj mnie swoim światłem i mocą, abym coraz bardziej zbliżał się do Twojego zbawienia! Pozwól mi też jak najwięcej przyczynić się do tego, aby również moi bliźni życie wieczne osiągnęli! Drugim kryterium, po którym mogę poznać, że ja napraw- dę wierzę w życie wieczne, jest wybieranie drogi Bożej również wówczas, kiedy sprzeciwia się to prawom tego świata. Według praw tego świata jest rzeczą nierozsądną trwać w wierności małżeńskiej, jeśli się zostało niespra- wiedliwie przez współmałżonka opuszczonym. Prawa tego świata dozwalają też czynić zło, jeśli nie ma innego spo- sobu uratowania się przed jakimś poważnym zagrożeniem. Duch tego świata podpowiada nawet zabicie poczętego dziecka albo człowieka umierającego, jeśli przemawiają za tym jakieś poważne powody. Otóż jeśli ten duch jest mi gruntownie obcy i mam niezłomną wolę chodzenia Boży- mi drogami również wówczas, kiedy jest to bardzo trud- ne i „nierozsądne”, wolno mi ufać, że moja wiara w życie wieczne jest rzetelna i autentyczna. Niezależnie od tego, jak ją psychicznie odczuwam. 37 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Kryterium trzeciego dostarcza odpowiedź na pytanie, czy ja staram się korzystać ze źródeł życia wiecznego, do jakich zaprasza nas Chrystus Zbawiciel. Oto najważniejsze Jego słowa na ten temat: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowie- czego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6,53 i nast.). 38 DOTKNIĘCIE PRZEZ KOCHAJĄCEGO BOGA Dotknięcie przez kochającego Boga Takich doświadczeń nie da się zaplanować Takich doświadczeń nie da się zaplanować Poniższy list robi wrażenie: Najpierw się krótko przedstawię: lat około 40, inżynier, mę- żatka, troje dzieci. Przez długi, długi czas niewierząca, lub, jak się to eufemistycznie nazywa, „wierząca niepraktyku- jąca”. Wracałam do Boga powoli, małymi krokami. Ostat- nie osiem–dziewięć lat mojego życia to okres intensywnych poszukiwań, regularnego uczęszczania do kościoła, jednak niewsparte to było modlitwą i przystępowaniem do sakra- mentów (przystępowałam zwyczajowo, dwa razy w roku, na Wielkanoc i Boże Narodzenie, i wtedy było trochę modlitwy „akcyjnej”, przez tydzień po przystąpieniu do Eucharystii). Niedawno wybraliśmy się z mężem na Kretę. Kiedy zwiedzaliśmy jakieś starożytne miasto, oddaliłam się od grupy. W upale szłam powoli wzdłuż płotu, słuchając pta- ków, wdychając zapach roślin i rozgrzanej ziemi. Myślałam sobie, że od czasów Rzymian i biskupa Tytusa ta ziemia nie- 39 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” wiele się zmieniła, a Ziemia Święta, gdy wędrował po niej Jezus, była pewnie podobna: ten sam upał, zapach roślin i śpiew ptaków. I w tej chwili poczułam obecność Boga taką namacal- ną i pewną jak słońce na niebie. ON był we mnie, był mną bardziej niż ja sama, był bliski, bliższy niż jakikolwiek czło- wiek, niż nawet ja sama dla siebie. I był niewyobrażalną mi- łością i miłosierdziem. Wcale nie myślałam o swoich grze- chach, bo one były po prostu nieważne wobec tej miłości. Przeżyłam już uniesienia miłości między dwojgiem lu- dzi, przeżyłam szczęście macierzyństwa, ale to było znacz- nie, znacznie większe i piękniejsze i bardziej jakby oczywi- ste niż tamte uczucia. Nie potrafi ę tej bliskości i obecności Boga porównać z niczym. Pomyślałam sobie wtedy tylko: „Aha, więc to tak wygląda…”, bo wiedziałam, że to jest meta, kres i właściwe miejsce człowieka. No cóż, opis cha- otyczny, nieadekwatny do mego przeżycia, ale słowa tu za- wodne. Powoli zbliżyłam się do grupy. Myślałam: „Boże, jeżeli aż tak bardzo jesteś we mnie, to tak samo mocno jesteś obec- ny w każdym z tych ludzi”. I aż do gardła podeszło mi uczu- cie tkliwości i miłości do tych ludzi. Podeszłam z pytaniami: może zrobię zdjęcie, a pani pożyczę czapkę od słońca, może przetłumaczyć coś na angielski lub pożyczyć kamerę… Po prostu słałabym się im pod nogi, gdyby zechcieli. Jaki jest mój problem? Otóż czuję się niejako wybra- na. Jasne dla mnie jest, że na pewno nie za jakieś swoje za- sługi. Myślę, że nakłada to na mnie jakiś obowiązek, odpo- wiedzialność. Jak jednak rozpoznać wolę Bożą? Co zrobić z tym darem, żeby go nie zmarnować? Życie moje zmieniło się o tyle, że tęsknię za obecno- ścią Pana. Najchętniej poświęcam czas modlitwie, chodzę dwa, trzy razy w tygodniu na mszę, bo chcę Go znowu spo- tkać. Ale czy to jest wszystko, czego On ode mnie oczekuje? 40 DOTKNIĘCIE PRZEZ KOCHAJĄCEGO BOGA Mam wrażenie pewnego chaosu. Poświęcić się tylko modli- twie nie mogę, bo jestem matką trojga sprawiających kło- poty dzieci. Przecież ten wielki dar dostałam po coś. Jeszcze raz py- tam: Jak poznać wolę Pana? I drugie pytanie: Jak wrócić do tej chwili, najpiękniejszej dla człowieka? Tak bardzo za tym tęsknię. Myśl o śmierci, której tak się bałam, jest mi teraz niestraszna, bo tam czekają otwarte ramiona i miłość. Boże, chcę Cię kochać jak najwięcej! Boże, chcę Cię kochać jak najwięcej! Autorka stawia sobie pytanie, w tych okolicznościach w peł- ni zrozumiałe. Nas, z zewnątrz, interesuje jeszcze inne pyta- nie: Jakie są kryteria, po których poznaje się autentyczność opisanych tu doświadczeń duchowych? Nie wszyst- kie przecież duchowe przeżycia są autentycznie ducho- we, nieraz nawet mogą być sprawką tego naszego nie- przyjaciela, który potrafi udawać anioła światłości (por. 2 Kor 11,14). Osobiście nie mam wątpliwości co do tego, że opisane wyżej doświadczenie było rzeczywiście wspa- niałym darem Bożym. Spróbuję pokazać, na jakiej podsta- wie tak sądzę. Według świadectwa autorki listu, jej przeżycie było niedającym się opisać uniesieniem miłości do Boga. Istot- nym znakiem jego autentyczności jest to, że dominowa- ło w tym przeżyciu doświadczenie miłości właśnie, a nie przyjemności, choć przyjemność i radość też odczuwała ta kobieta ogromnie. I co ważniejsze: doświadczenie miłości Boga spontanicznie wzmocniło w niej miłość do bliźnich. 41 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” Bardziej intensywne i niemające cech ucieczki od zwy- czajnych obowiązków życie religijne, jakie podjęła ona wskutek tego przeżycia, to trzeci znak jego autentyczno- ści. Po czwarte, nie miała ona najmniejszej wątpliwości co do tego, że to był niezasłużony dar Boży i że głupotą by- łoby z powodu jego otrzymania wynosić się nad innych ludzi. Po piąte, wiedziała również z całą oczywistością, że tego rodzaju dary stanowią zaproszenie do głębszego włączenia się w Kościół i nie było w niej żadnych pokus stawiania siebie ponad Kościołem. Szóstym wreszcie zna- kiem autentyczności tego rodzaju doświadczeń jest wyni- kający z nich pokój, a mówiąc dokładniej, „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagod- ność, opanowanie” (Ga 5,22). Jeszcze na jedno pragnę zwrócić uwagę, zanim podej- mę pytanie autorki tego świadectwa. Mianowicie, nie trze- ba dążyć do powtórki tamtego doświadczenia intensywnej obecności Tego, który jest samą Miłością. Naszego odda- nia Bogu nie mierzy się intensywnością własnych przeżyć. Jeśli takie przeżycia się pojawiają, dziękujmy za nie Bogu. Ale jeśli ich nie ma, cieszmy się, że możemy Go praw- dziwie kochać, nawet jeśli nie odczuwamy z tego powodu specjalnej satysfakcji. Tego rodzaju doświadczenie jest da- rem Bożym, ale kiedy ono znika, też jest to dar Boży, bo łatwiej nam wtedy wyzwalać się z egocentryzmu w naszej relacji do Boga. Jak rozpoznać – pyta autorka powyższego świadectwa – czego Bóg ode mnie oczekuje? Bez żadnej zasługi wie ona to, z czego nie zdaje sobie sprawy wielu ludzi, skąd- 42 DOTKNIĘCIE PRZEZ KOCHAJĄCEGO BOGA inąd wierzących w Chrystusa i modlących się: że wola Boża w stosunku do nas jest pełna dobroci i miłości, że Bogu bardziej zależy na moim dobru niż mi. Dlatego pra- gnienie pełnienia woli Bożej jest dla niej czymś oczywi- stym. Lęka się ona tylko tego, żeby się z wolą Bożą bez- wiednie nie rozminąć. W poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytanie propo- nuję jako podstawową wytyczną wziąć sobie następujące słowa Pana Jezusa: „To jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne” (J 6,40). „Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie” – powtarza za Panem Jezusem, tyle że swoimi słowami, apo- stoł Paweł (1 Tes 4,3). Wola Boża względem nas jest przeciwieństwem jakie- gokolwiek zaprogramowania. Wola Boża to w istocie mi- łość Boża, która na nas spoczęła i chce nas ogarniać coraz bardziej, która uzdalnia nas do wydawania dobrych owo- ców i prowadzi do życia wiecznego. Owszem, w odnie- sieniu do zła wola Boża jest kategoryczna: zła czynić się nie godzi. Nawet dla ratowania życia nie godzi się czynić zła. Ale nie z innego powodu wola Boża jest tu tak kate- goryczna, tylko dlatego, że Bogu na nas zależy, że On nas kocha. Zresztą wówczas, kiedy wypełnienie Jego woli wy- maga szczególnego trudu, Bóg też człowieka szczególnie wspomaga. Natomiast w odniesieniu do dobra wola Boża podob- na jest do matki wychowującej swoje dzieci. Przychodzi ona do nas na co dzień w różnych wydarzeniach i sygna- łach, pobudza nas do aktywności i do korzystania z naszej 43 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” wolności. W odniesieniu do dobra jest zazwyczaj mało ka- tegoryczna, dopuszcza różne warianty, wśród których my sami wybieramy. Bóg tylko z tkliwością zachęca nas do tego, żebyśmy nie marnowali swego życia, żebyśmy szli przez życie, czyniąc dobro. Tylko czasem człowiek z całą pewnością wie, że Bóg żąda ode mnie tego a tego. Jednak nawet wówczas dzieje się to bez przymusu, ale w miłości, z wielkim szacunkiem dla mojej wolności. Najważniejsze, żebyśmy wolę Bożą starali się ukochać – także wówczas, kiedy przychodzi do nas jasno sprecyzo- wana, pobudzając nas do aktywności ku dobremu. Staraj- my się uwierzyć całym sercem w Jego miłość do nas. Bóg z pewnością „zasługuje” na to, żebyśmy Mu całkowicie uwierzyli. Wielkie wrażenie zrobiła kiedyś na mnie wyczytana gdzieś uwaga, że przygotowanie jednego obiadu przez Matkę Najświętszą milsze było w oczach Bożych niż mę- czeństwo św. Wawrzyńca. Trudno znaleźć męczennika, który by miał bardziej okrutną śmierć niż św. Wawrzyniec, i na pewno była w tym świętym męczenniku wielka mi- łość Boża, skoro przez swoje tak straszne tortury przeszedł zwycięsko. I nie można mieć wątpliwości co do tego, że jego śmierć była bardzo drogocenna w oczach Bożych. Rzecz jednak w tym, że Matka Najświętsza była wypeł- niona miłością nieporównanie wspanialszą. Sensem tej paradoksalnej uwagi jest podkreślenie, że ostatecznie w oczach Bożych liczy się miłość i tylko mi- łość. Oczywiście, błędem byłoby lekceważyć znacze- nie dobrych czynów. „Wiara bez uczynków jest martwa” 44 DOTKNIĘCIE PRZEZ KOCHAJĄCEGO BOGA (Jk 2,20). Jednak nasz dobry czyn wtedy dopiero jest czy- nem wiary, kiedy jest wypełniony miłością. I tym bardziej cenny jest dla Boga, im więcej w nim miłości. Znamienne, że po tak wyrazistym dotknięciu przez Bożą miłość pełnienie woli Bożej polega przede wszyst- kim na wywiązywaniu się z miłością ze swoich obowiąz- ków rodzinnych i zawodowych; ponadto każdego dnia człowiek stara się wówczas naprawdę zauważać bliźnich, jakich Pan Bóg stawia mu na drodze. Rzecz jasna, pełnić wolę Bożą to również Bogu powierzać swoje ewentualne niepowodzenia i rozczarowania, słabości i zniechęcenia. I w miarę możliwości robić to zwyczajnie i z prostotą, bez psychicznego napinania się. Miłości do Boga człowiek nie potrafi sam w sobie spo- wodować ani powiększyć, ona jest darem Bożym. Rodzi się zatem pytanie: Czy wolno mi pragnąć kochać Boga więcej niż inni ludzie? Gdyby ktoś z nas kiedyś stanął przed takim problemem, radzę wtedy modlić się mniej więcej tak: „Panie Boże, Ty wiesz, że Cię kocham i że chcę Cię kochać jak najwięcej! Ale tak bardzo bym chciał, żeby inni ludzie, żeby wszyscy ludzie kochali Cię więcej, niż ja Cię kocham! Mnie wystarczy, że będę Cię kochał jak naj- więcej i coraz więcej, całym sobą!”. Jeszcze jedno świadectwo Jeszcze jedno świadectwo Zaczęło się to wszystko na krótko przed wyjazdem na pielgrzym kę. Nachodziły mnie tchnienia jakiegoś czaru, 45 „STWORZYŁEŚ NAS DLA SIEBIE, BOŻE...” magiczne chwile radosnego błogostanu, kiedy nie wiedzia- łam, co to jest i dla czego tak się dzieje. Najpierw myślałam, że zaczyna się klimakterium, potem łączyłam te przeżycia z modlitwą, następnie z Łaską Matki Bożej, Jej kochającym pocieszeniem, czymś tak ujmującym, że brakuje słów. Po- tem pielgrzymka z wielkimi poruszeniami serca, powrót do normy, znowu magia odgrywana na emocjach. Czułam się dosłownie uwiedziona przez jakąś ta jemniczą siłę. W Wielki Piątek po pracy poszłam do katedry, żeby się wy spowiadać, ale kłębiące się przed konfesjonałami tłu- my ludzi zupełnie mnie załamały. Zrezygnowana usiadłam przed obra zem Matki Bożej. I znowu naszła mnie fala Do- broci, która spo wodowała, że otworzył się we mnie jakiś ka- nał, ale tak, jak ni gdy chyba dotąd. Słowa same przycho- dziły mi na myśl, układały się bez mojego udziału w piękną modlitwę, jakiej w życiu bym nie wykrzesała z siebie. Niestety, po przejściu tego stanu nie potrafi ę powtórzyć ani zapisać wypowiedzianych wcześniej słów. Po prostu nie pamię tam. Jak to możliwe? Zaznaczam, że nigdy nie chodzi- łam na spotkania odnowy w Duchu Świętym. Teraz z per- spektywy wi dzę, że Matka Boża za pomocą swoich czarów, słodyczy i do broci prowadziła mnie do swojego Syna, który wkroczył w Wielkanoc jak wiatr do mojego serca. Teraz już nie ma mowy o słodkim błogostanie, chociaż to też jeszcze się zdarza. To jest Moc ożywcza i uzdrawiają- ca. Nagle patrzę na wszystko innym wzrokiem, więcej wi- dzę, uświada miam sobie różne

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Horyzonty ostateczne
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: