Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00668 020235 17742213 na godz. na dobę w sumie
Huragan - ebook/pdf
Huragan - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 316
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
'Huragan' (1902) opowiada o przewrocie dziejowym, który przyniósł Polakom nadzieje na odzyskanie własnego państwa w 1807 roku. Zwycięstwo cesarza Napoleona I nad Prusami umożliwiło powstanie Księstwa Warszawskiego. Wśród wydarzeń tamtego czasu rozwija się historia żołnierza-patrioty Floriana Gotartowskiego i jego ukochanej Zofii Dziewanowskiej. Oboje przeżyją wiele przygód zanim staną na ślubnym kobiercu... W. Gąsiorowski wykazał się darem proroczym, opisując wojny napoleońskie i ich rolę w polskiej historii, niedługo przed wielką wojną, która przyniosła Polsce niepodległość w 1918 roku.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. Wacław G(cid:261)siorowski HURAGAN 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, żda(cid:276)sk 2000 3 Wieczór zapadał. Na drodze ci(cid:261)gn(cid:261)cej si(cid:266) od Brzezin ku Rawie wlókł si(cid:266) mały, w(cid:266)gierski wózek, zaprz(cid:266)(cid:298)ony w par(cid:266) gniadych mierzynków. Źroga była ci(cid:266)(cid:298)ka, miejscami w(cid:261)ska, wy- pukła, zawalona kamieniami, to znów rozlewaj(cid:261)ca si(cid:266) w szeroki, piaszczysty go(cid:286)ciniec. Wó- zek co chwila to zapadał w gł(cid:266)boko (cid:298)łobione koleje, brzuchem swym muskaj(cid:261)c ziemi(cid:266), to wspinał si(cid:266) z grudy, na grud(cid:266), z kamienia na kamie(cid:276). Konie ustawały. Stary, skulony furman zach(cid:266)cał je głosem, szarpał z lekka lejcami lub smagał batem. Lecz i to przestało skutkować. żniadosze rozwarły szeroko chrapy, naje(cid:298)yły krótko strzy(cid:298)one grzywy i zatrzymały si(cid:266) nagle dysz(cid:261)c ci(cid:266)(cid:298)ko. Żurman zeskoczył z wózka, a za nim siedz(cid:261)ca obok niego baba. Z tylnego siedzenia zerwał si(cid:266) młody człowiek, zbudzony widocznie. i chwycił machinalnie za ukryt(cid:261) w zanadrzu króci- c(cid:266). – Maciej! – zakrzykn(cid:261)ł. – A tam co?! – Ustały, panie poruczniku! – Bo ty(cid:286) zdarzony akurat do powo(cid:298)enia! – odezwała si(cid:266) baba. – żnałe(cid:286)... gnałe(cid:286)... to i – Jasia, nie gadaj – upomniał bab(cid:266) furman. – Nie gadaj i nie gadaj! – przedrze(cid:296)niała dalej baba. – A teraz konie wyłó(cid:298) i ci(cid:261)gnij... – Nie poradzi! – odparł flegmatycznie furman, rozwi(cid:261)zuj(cid:261)c postronki uprz(cid:266)(cid:298)y. – A te(cid:298) to skaranie boskie z tym chłopem. Młody człowiek nie zwa(cid:298)ał na dogadywania ba- by. r(cid:266)k(cid:266) do kaszkietu przyło(cid:298)ył i rozgl(cid:261)dał si(cid:266) po okolicy. Wreszcie rzekł półgłosem jakby do siebieŚ – Nie widać! Mo(cid:298)e lepiej wózek porzucić. Na przełaj mila mniej... Baba. rozpostarła r(cid:266)ce szeroko i podchwyciła (cid:298)ywoŚ – Na przełaj? A to(cid:298) byłoby dopiero! Ani my(cid:286)li! Szkapiny si(cid:266) wydychaj(cid:261) krzynk(cid:266)!... O... jak to parska! Zdrów! I dowleczem si(cid:266). żdzie(cid:298)bym, ja to panicza mego pu(cid:286)ciła na piecht(cid:266). Ju(cid:286)ci niejeden kraj si(cid:266) przemaszerowało, ale gdzie tu... samotrzeć!... Włóczy si(cid:266) ró(cid:298)nego zbójectwa. A nie uszli(cid:286)my to ju(cid:298) z dziesi(cid:266)ć razy rozmaitym?... Ja tam siadam na wózek i cze- kam! No, stary, czego(cid:286) g(cid:266)b(cid:266) rozdziawił, daj(cid:298)e obroku! Taki to, panie poruczniku, ciemi(cid:266)ga, a do strzelców konnych i(cid:286)ć si(cid:266) napierał!... Porucznik, zasypany potokiem wyrazów, u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) smutnie. – Źobrze mówicie, (cid:297)ubrowa. Tylko czy poczciwe koniska wytrzymaj(cid:261), czy nie omdlej(cid:261)? Nie jestem tu obcy, papierów nie ma co okazywać... Sze(cid:286)ć mil jednym tchem prawie przebie- gły, a... ile jeszcze? – Źo Rawy, wedle rozkazu, b(cid:266)dzie jedna, a potem, w bok, z półtorej. – Wedle rozkazu! Wedle rozkazu! – powtórzyła z przek(cid:261)sem baba. – Niby to pan porucz- I 4 masz... nik kazał, (cid:298)eby tyla jeszcze było! – Jasia, nie gadaj – mrukn(cid:261)ł po swojemu furman. – I to... zrobili podoficerem jeszcze! – gderała dalej baba. – Ano trudno – przerwał porucznik. – Wysyp im reszt(cid:266) obroku. Niechaj wypoczn(cid:261). Noc zapada. Podjedziemy do miasta. (cid:297)ubrowa skoczy potem cichaczem na rogatki. A nie macie tam czego w torbach?... – źt, nie ma strachu! Markietanka głow(cid:266) na karku mo(cid:298)e ma lepsz(cid:261) ni(cid:298) niejeden podoficer pierwszej legii, pierwszego batalionu, drugiej kompanii!... Na potwierdzenie tych słów baba skoczyła do wózka i j(cid:266)ła wydobywać ze(cid:276) prowianty i g(cid:261)- siorek z wódk(cid:261). Porucznik przysiadł nad rowem i zabrał si(cid:266) ochoczo do jadła, przepijaj(cid:261)c ze smakiem. – żda(cid:276)ska! – zauwa(cid:298)ył z ukontentowaniem. – Pijcie i wy. Baba chwyciła za flaszk(cid:266) i po- ci(cid:261)gn(cid:266)ła mocno raz i drugi. – Co nasze, to nasze! A(cid:298) gor(cid:261)co(cid:286)ć w człeka wst(cid:266)puje a (cid:298)ywo(cid:286)ć. Lepsze ni(cid:298) te italskie na- poje, co choć g(cid:266)b(cid:266) ze słodyczy sklejaj(cid:261), a jeno ckliwo(cid:286)ć po nich ostaje i zgaga. Stary, masz i ty, a folguj, bo mi si(cid:266) spijesz!... Ju(cid:298) to głow(cid:266) masz na nic. Widzisz, stary, nawet kule ci(cid:266) mi- jały, słusznie m(cid:261)drzejszych łepetyn szukaj(cid:261)c... Pod tym Holindem... – Hohenlinden! – poprawił porucznik. – Kto by tam spami(cid:266)tał – pod Holindem ju(cid:298)-ju(cid:298) leciała na niego jedna, ale jak ci nie zoba- czy z bliska tej kapu(cid:286)cianej głowy, tak dalej w bok, ledwie mu pogardliwie koło ucha gwizd- n(cid:266)ła i przebiła porucznikowi Źziurbasowi kaszkiet!... Albo choćby w bitwie nad Adyg(cid:261). Stoj(cid:266) sobie przy ambulansie, a tu nieprzyjaciel plun(cid:261)ł na przywitanie rotowym ogniemś patrz(cid:266), w drugiej kompanii, na lewo, kiwn(cid:266)ła si(cid:266) czapka – my(cid:286)l(cid:266), nareszcie mój dryblas si(cid:266) doczekał! „Jeste(cid:286) wdow(cid:261), madame1 (cid:297)ubrowa”. Chwytam za manierk(cid:266), aby mu si(cid:266) dać napić na drog(cid:266) (cid:298)ywota wiecznego i wciskam si(cid:266) mi(cid:266)dzy szeregi... A(cid:298) tu mój stary gryzie sobie najspokojniej ładunek! A kapral Michał Zadera le(cid:298)y jak długi i ani zipnie! Poczciwe było człeczysko. Nie- raz, bywało, je(cid:286)ć nie ma co, a(cid:298) zatyka. A tu Zadera naraz si(cid:266) zjawia. „Pani (cid:297)ubrowa – powia- da – bydlaka sobie zjemy! Co?!” Ja mu na to złaŚ „Ju(cid:286)ci bydlaka si(cid:266) zachciewa – a pomido- rów z oliw(cid:261) nie łaska?” A ten aby białkami łypnie i patrz(cid:266), a ju(cid:298) z kieszeni ci(cid:261)gnie przepiórk(cid:266), niby psa za ogon! Źobre było chłopisko... Baba urwała, r(cid:266)kawem oczy przetarła i nagle zamy(cid:286)liła si(cid:266). Porucznik odwrócił głow(cid:266) i zapatrzył si(cid:266) w zapadaj(cid:261)ce mroki nocy. (cid:297)ubr j(cid:261)ł opatrywać konie, które ostygły i potrz(cid:261)sały ju(cid:298) ochoczo uzdami. Nagle stary podoficer drgn(cid:261)ł i zacz(cid:261)ł nadsłuchiwać. Na drodze, od strony Brzezin, rozległ si(cid:266) miarowy t(cid:266)tent. (cid:297)ubr podskoczył ku porucznikowi. – Melduj(cid:266) pokornie, i(cid:298) kto(cid:286) za nami nadje(cid:298)d(cid:298)a! Porucznik zerwał si(cid:266) z miejsca i skoczył do wózka. – Siadać (cid:298)ywo i ruszajmy. (cid:297)ubrowi nie trzeba było rozkazu powtarzać. Nakarmione mierzynki pomkn(cid:266)ły (cid:298)wawo. Podró(cid:298)ni jechali przez chwil(cid:266) w milczeniu. Turkot wózka (cid:286)ród nocnej głuszy rozlegał si(cid:266) dokoła. A(cid:298) oto czujne ucho furmana pochwyciło nowy odgłos, bo zaci(cid:261)ł silnie mierzynki i szepn(cid:261)ł, nachylaj(cid:261)c si(cid:266) wpół ku porucznikowiŚ – Melduj(cid:266) pokornie, (cid:298)e nas goni(cid:261)! Jakby na potwierdzenie tych słów, gdy wózek wjechał w piaszczyst(cid:261) kolej, a turkot jego ucichł, równocze(cid:286)nie na drodze, w oddali, rozległ si(cid:266) ju(cid:298) przy(cid:286)pieszony t(cid:266)tent kopyt ko(cid:276)skich. – Ilu mo(cid:298)e być? – Czterech... pi(cid:266)ciu! – M(cid:261)drala – mrukn(cid:266)ła baba. – Zwolnić – zakomenderował porucznik. – (cid:297)ubrowa na moje miejsce! Nie ujdziemy! Bro(cid:276) opatrzyć! Uwa(cid:298)ać! Jakby wi(cid:266)cej... to pójdziemy w pole! 1 M a d a m e (franc.) – pani. 5 Rozkaz wykonano natychmiast. Mierzynki przeszły na spokojnego truchta. Baba rozsiadła si(cid:266) wygodnie w tyle. Porucznik nasun(cid:261)ł kaszkiet na oczy i zaj(cid:261)ł miejsce obok furmana. Tymczasem pogo(cid:276) zbli(cid:298)ała si(cid:266) coraz szybciej, wreszcie, gdy przysun(cid:266)ła si(cid:266) na odległo(cid:286)ć strzału, dał si(cid:266) słyszeć dono(cid:286)ny głosŚ – Hej, tam! Stać w miejscu! Wózek zatrzymał si(cid:266). – Prusacy! – szepn(cid:261)ł porucznik pochwyciwszy w lot znany mu dobrze akcent. Baba nie straciła rezonu, wykr(cid:266)ciła si(cid:266) na siedzeniu ku nadje(cid:298)d(cid:298)aj(cid:261)cym i zakrzykn(cid:266)ła to- nem sprawiedliwego zniecierpliwieniaŚ – No wi(cid:266)c stoj(cid:266)! I có(cid:298)?... Czego to waćpanom potrzeba? Jezdni otoczyli wózek. Jeden z nich wysun(cid:261)ł si(cid:266) naprzód i łaman(cid:261) polszczyzn(cid:261) zacz(cid:261)łŚ – Źok(cid:261)d? I sk(cid:261)d?! – A to pan nie widzi, (cid:298)e na drodze do Rawy! Olaboga, có(cid:298) to? Źo domu wracać nie wol- – Ci ludzie z wami? – Ci ludzie? Znać, (cid:298)e waćpan nietutejszy, adyć to ten pijak, mój furman, niedoł(cid:266)ga, a ten no?!... drugi... pociotek... Je(cid:296)dziec, snad(cid:296) nie mog(cid:261)c rozeznać podró(cid:298)nych w ciemno(cid:286)ci, zakomenderował suchoŚ – Wózek w (cid:286)rodek i marsz! – Niby jak to? – odezwała si(cid:266) (cid:297)ubrowa. – Papiery macie? – A czy to bez papierów kto je(cid:296)dzi?! – Tym lepiej dla was. Zobaczy si(cid:266) Rawie. – Niech b(cid:266)dzie w Rawie! Albo to pana starosty nie znam!! Oho! – Starosty! – za(cid:286)miał si(cid:266) ironicznie jezdny. – Zobaczysz ty starost(cid:266), (cid:298)e a(cid:298) landrata2 popa- mi(cid:266)tasz! Hans, naprzód! Wóz, otoczony jezdnymi, ruszył powoli z miejsca. Milczenie zaległo wózek. (cid:297)ołnierze konwoju przyciszon(cid:261) j(cid:266)li prowadzić rozmow(cid:266). Baba nie mogła wytrzymać długo i szturchn(cid:266)ła w plecy furmana – szepcz(cid:261)c przez z(cid:266)byŚ – Słyszysz, stary, jak szwargocz(cid:261)? Tyle drogi i u brzegu przyjdzie ugrz(cid:261)(cid:296)ć. – Nie gadaj! – wycedził dobitnie (cid:297)ubr. Porucznik tymczasem rozgl(cid:261)dał si(cid:266) dokoła, pró(cid:298)no usiłuj(cid:261)c przenikn(cid:261)ć ciemno(cid:286)ci. (cid:297)ubr ze swej strony, jakby odgaduj(cid:261)c my(cid:286)li porucznika, wzrok wyt(cid:266)(cid:298)ał, a wykr(cid:266)cał si(cid:266) nieznacznie. W ko(cid:276)cu nachylił si(cid:266) i rzekł uroczy(cid:286)cieŚ – Pokornie melduj(cid:266), (cid:298)e sze(cid:286)ciu. Pot(cid:266)(cid:298)ny kułak w plecy był mu odpowiedzi(cid:261). – Widzisz – ozwała si(cid:266) (cid:297)ubrowa, korzystaj(cid:261)c z tego, (cid:298)e wózek wjechał na wyboisty kawa- łek drogi i j(cid:261)ł dzwonić ła(cid:276)cuchami i trzaskać – widzisz, niedoł(cid:266)go, a mówiłe(cid:286), (cid:298)e czterech! Kapu(cid:286)ciana głowa! Skaranie z tym chłopem!... (cid:297)ubr ani drgn(cid:261)ł, oczy wytrzeszczył i głow(cid:266) ku jad(cid:261)cemu obok wózka nachylił. Badanie było długie. – Melduj(cid:266) pokornie – (cid:298)ółte huzary. W tej(cid:298)e chwili spoza chmur wysun(cid:261)ł si(cid:266) r(cid:261)bek ksi(cid:266)(cid:298)yca. (cid:285)wiatło jego padło na twarz jad(cid:261)- cego tu(cid:298) obok wózka. Stary (cid:297)ubr zadr(cid:298)ał i chwycił machinalnie porucznika za rami(cid:266) tłumi(cid:261)c dobywaj(cid:261)cy si(cid:266) z piersi okrzyk. – Schmidt! – rzucił przez gardło. Huzar poruszył si(cid:266) na siodle i zawołał gro(cid:296)nieŚ – Hej! Co tam za szepty! Cicho być!... Mieć ich na oku!... 2 L a n d r a t (niem. Landrat) – starosta. 6 Porucznika zimny dreszcz przeszedł. Tak, to był głos Schmidta! I w jednej chwili cała przeszło(cid:286)ć stan(cid:266)ła mu przed oczyma. Było to dwana(cid:286)cie lat temu, gdy słu(cid:298)ył w kawalerii pod Madali(cid:276)skim, brygadierem. Nakazano zmniejszyć regimenty, kasować pułkiś Madali(cid:276)ski, a z nim jemu oddana dru(cid:298)yna nie chciała si(cid:266) rozstać z mundurem. Brygadier poprowadził. Roz- pocz(cid:266)to walk(cid:266) na swoj(cid:261) r(cid:266)k(cid:266). I tu, w Rawie, napadni(cid:266)to dwudziestu piechoty i pi(cid:266)tnastu huza- rów. Jednemu z nich, wła(cid:286)nie porucznikowi Schmidtowi, on sam głow(cid:266) rozpłatał pałaszem. Kto(cid:286) usłu(cid:298)ny z rawian wskazał jego nazwisko. Zrobił si(cid:266) gwałt za napa(cid:286)ć. Na usługach pru- skich b(cid:266)d(cid:261)ce s(cid:261)dy ods(cid:261)dziły go od czci i wiary. Po Maciejowicach, gdy chciał wracać do stron rodzinnych – tu, pod Raw(cid:266)... nie mógł. I powlókł si(cid:266) oto na tułaczk(cid:266) w (cid:286)wiat. Źzi(cid:286) mniemał, (cid:298)e nie poznany przez obecnych, prze(cid:286)li(cid:296)nie si(cid:266) do domu i dalej, do Warszawy, spo- kojnie dotrze... gdy oto spotyka znów tego samego Schmidta! A mo(cid:298)e go nie pozna? Ryzyko zbyt wielkie. Boć nie o jego (cid:298)ycie tu szło tylko, lecz o papieryś o ekspedycj(cid:266) do ksi(cid:266)cia! Źo- tychczas porucznik szcz(cid:266)(cid:286)liwie unikał bli(cid:298)szych indagacjiś paszporty, legalizowane w Berli- nie, otwierały mu wsz(cid:266)dzie szlabany od Poznania a(cid:298) do Konina i Kutna, tu jednak sprawa mogła być ci(cid:266)(cid:298)sza. Najmniejsze podejrzenie wtr(cid:261)ciłoby go do wi(cid:266)zienia, a có(cid:298) dopiero oskar- (cid:298)enie Schmidta! Porucznik si(cid:266)gn(cid:261)ł w zanadrze i tr(cid:261)cił z lekka (cid:297)ubra. Stary podoficer zrozumiał znak, bo, przerzuciwszy lejce do lewej r(cid:266)ki, praw(cid:261) opatrywał pistolet. – (cid:297)ubrowa! – szepn(cid:261)ł porucznik zwracaj(cid:261)c si(cid:266) ku babie. – W łeb. – Tego z tyłu? Ju(cid:298) go (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:266)! Nast(cid:261)piła krótka pauza, a po niej ostry głos porucznikaŚ – Pal! Trzy strzały padły równocze(cid:286)nie i trzech jad(cid:261)cych najbli(cid:298)ej wózka huzarów stoczyło si(cid:266) z koni na ziemi(cid:266). Pozostali osłupieli na razie, lecz nie trac(cid:261)c przytomno(cid:286)ci, podskoczyli do wózka z podniesionymi w gór(cid:266) pałaszami. Baba i furman zd(cid:261)(cid:298)yli umkn(cid:261)ć na ziemi(cid:266), nad głow(cid:261) porucznika zawisło ostrze pałasza. Lecz szybkim ruchem zdołał uchylić si(cid:266) na bok i unikn(cid:261)ł ci(cid:266)cia. Rozw(cid:286)cieczony huzar zamierzył si(cid:266) po raz wtóry, lecz równocze(cid:286)nie znalazł si(cid:266) w (cid:298)elaznym u(cid:286)cisku starego (cid:297)ubra. Źrugi huzar nawrócił konia i usuwaj(cid:261)cego si(cid:266) porucz- nika zawadził po ramieniu ko(cid:276)cem szabli, lecz w tej(cid:298)e chwili padł mowy strzał i kula prze- szyła plecy huzara. Pi(cid:261)ty chciał natrzeć z drugiej strony na porucznika, lecz widz(cid:261)c czterech towarzyszów rozci(cid:261)gni(cid:266)tych na ziemi, spi(cid:261)ł konia ostrogami i pomkn(cid:261)ł ku Rawie. (cid:297)ubr tym- czasem cisn(cid:261)ł coraz gwałtowniej swego przeciwnika. Pró(cid:298)no huzar wił si(cid:266) i starał chwycić podoficera za gardło. Siły go opuszczały, mdlał prawie w stalowym u(cid:286)cisku, wypu(cid:286)ciwszy z r(cid:261)k cugle, i słaniał si(cid:266) bezwładnie. Naraz (cid:297)ubr j(cid:266)kn(cid:261)ł przeci(cid:261)gle. Baba, która wła(cid:286)nie w tej chwili poło(cid:298)yła trupem huzara, podbiegła do walcz(cid:261)cych. – Jeszcze si(cid:266) z tym robakiem mordujesz?! – zakrzykn(cid:266)ła. – żryzie! – j(cid:266)kn(cid:261)ł z bólu (cid:297)ubr. – Poczekaj! Nakarmi(cid:266) ja go zaraz. To mówi(cid:261)c, si(cid:266)gn(cid:266)ła do olster huzara, wyci(cid:261)gn(cid:266)ła krócic(cid:266) i strzeliła huzarowi prosto w (cid:297)ubr odetchn(cid:261)ł swobodniej. Otarł zimnym potem zroszone czoło, si(cid:266)gn(cid:261)ł ramienia i sykn(cid:261)ł – Co ci to, Macieju?! Skaleczył?... – pytał niespokojnie porucznik, gramol(cid:261)c si(cid:266) z drugiej usta. przeci(cid:261)gle. strony wózka. – żłupstwo! – wtr(cid:261)ciła (cid:297)ubrowa. – (cid:297)e Prusacy na (cid:286)winin(cid:266) łasi, o tym nie powiadam, ale (cid:298)eby ich brała ch(cid:266)ć takie obrzydliwe mi(cid:266)sisko kosztować – nadziwić si(cid:266) nie mog(cid:266)!... No chod(cid:296), stary, nie bocz si(cid:266)! Na(cid:286)ci tu banda(cid:298)a i szarpi. Zawi(cid:261)(cid:298), a pó(cid:296)niej zobaczymy! A pan porucznik? – Źra(cid:286)ni(cid:266)ty! No, czasu nie tracić, bo nam tu szwadron cały tych kanarków spa(cid:286)ć mo(cid:298)e na głow(cid:266). Zabrać im pistolety i w konie!... 7 Porucznik podbiegł do wózka, wydobył ze(cid:276) mał(cid:261) szkatułk(cid:266) i ukrył na piersiach. (cid:297)ubr siadł na huzarskiego konia, który był si(cid:266) w opadłych cuglach sp(cid:266)tał, i pokłusował w pole szukać rozbiegłych koni. W kilka chwil wrócił z dwoma. Porucznik wskoczył na siodło, baba wgra- moliła si(cid:266) tak(cid:298)e razem z wielk(cid:261), skórzan(cid:261) torb(cid:261) i ruszono z kopyta w bok przez pola, pozo- stawiaj(cid:261)c na łasce losu wózek, par(cid:266) mierzynków i pi(cid:266)ciu dogorywaj(cid:261)cych huzarów. 8 II W obszernej jadalni gotartowickiego dworu panowała gł(cid:266)boka cisza. Pani Jadwiga żotar- towska w milczeniu krz(cid:261)tała si(cid:266) koło zastawy do wieczerzy, wyr(cid:266)czaj(cid:261)c si(cid:266) od czasu do czasu dorastaj(cid:261)c(cid:261) córk(cid:261), jasnowłos(cid:261) pann(cid:261) Urszul(cid:261), i spogl(cid:261)daj(cid:261)c z niepokojem w stron(cid:266) kominka, przy którym zgarbiony starzec gwarzył półgłosem z osiemnastoletnim wyrostkiem. Rozmowa snad(cid:296) zaciekawiała mocno młodzie(cid:276)ca, bo oczy mu si(cid:266) iskrzyły, (cid:298)ywe rumie(cid:276)ce paliły twarz delikatn(cid:261), biał(cid:261). Starzec niemniej był przej(cid:266)ty, r(cid:266)ce mu dr(cid:298)ały, głos niekiedy łamał si(cid:266) i gin(cid:261)ł w zapadłej piersi. Pani(cid:261) Jadwig(cid:266) zniecierpliwiła w ko(cid:276)cu ta konferencja, bo ozwała si(cid:266) znienackaŚ – Źziaduniu! Wieczerza na stole! Marcelek wie o tym, słyszał nieraz. A młodemu to si(cid:266) tylko w głowie mroczy i Bóg wie czego si(cid:266) zachciewa. – A, moja pani synowo! – odparł staruszek ura(cid:298)onym nieco tonem. – Chłopak ro(cid:286)nie, trze- ba, (cid:298)eby o tym i o owym si(cid:266) dowiedział, poznał sprawy publiczne... a suponować (cid:286)miem, (cid:298)e niejednego jeszcze od dziada nauczyć si(cid:266) mo(cid:298)e! – Nie neguj(cid:266) – rzekła pani Jadwiga. – Jeno uwa(cid:298)am, i(cid:298) Marcelka zbyt wielka ochota do wojaczki ogarnia. I na co? żdzie znajdzie upust dla swoich zapałów? Ma(cid:298) jak Żlorian przepa- dać po (cid:286)wiecie i tułać si(cid:266)? Nie do(cid:286)ć(cid:298)e łez wylałam? Józef zmarniał na Wołoszczy(cid:296)nie z kon- federatami. Od lat trzynastu z gór(cid:261) ani słychu o nim. Czterech dochowałam si(cid:266) synów i có(cid:298)? Mam(cid:298)e pomoc z nich, wyr(cid:266)k(cid:266)? Żlorek zaawanturował si(cid:266) z Madali(cid:276)skim, Staszek a(cid:298) dr(cid:298)y, aby jeno swoje amory zako(cid:276)czyć i przy rodzicach Marysie(cid:276)ki osi(cid:261)(cid:286)ć. Któ(cid:298) zostanie? Marcel- kowi do palestry3 pora, a Żabian w konwikcie4. Staruszek obruszył si(cid:266) i spojrzał ostro na swego słuchacza. – Tak! Źobrze pani matka mówi. Palestra, mo(cid:286)ci panie, i basta. Jać te(cid:298) nie powiadam, bro(cid:276) Bo(cid:298)e, aby ci jaka my(cid:286)l niedorzeczna w głowie miała postać. Widzisz, to były czasy inne. Za- konotować5 sobie niejedno nie wadzi, ale reszta... Ponoć praca na roli, w urz(cid:266)dzie, dla pu- blicznego dobra owocniejsz(cid:261) bywa od hajdamaczyzny. I gdzie tu jeszcze z motyk(cid:261) na sło(cid:276)- ce... Phi! Prawi(cid:261) tam ludziska o tym waszym Napolionie. Koszałki opałki, mo(cid:286)ci panie. Nie wierz(cid:266) ja w wasze Hannibale. Nie pora dzi(cid:286) na Cezary i Aleksandry Macedo(cid:276)skie. – A ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266) Józef – podchwycił szybko młodzieniec, rad wielce, (cid:298)e rozmowa znów na ulu- bione weszła tory. – Hm! Jak to ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266). Wychuchany, wymuskany, wypieszczony. Zabawy w głowie!... (cid:297)eby to miał choć inny przykład! Ba! Wła(cid:286)nie pods(cid:266)dek Psarski, jak tu wst(cid:266)pował, wracaj(cid:261)c z Warszawy, powiadał mi o nim. Uciechy jeno, z Prusakami co mo(cid:298)niejszymi za pan brat! Mi- zerne pani(cid:261)tko, zepsute, i tyle! Marcelek si(cid:266) zamy(cid:286)lił. Pani Jadwiga wmieszała si(cid:266) znowuŚ 3 P a l e s t r a – tuŚ s(cid:261)downictwo. 4 K o n w i k t – szkoła z internatem. 5 Z a k o n o t o w a ć – zapami(cid:266)tać, zapisać. 9 – Źosyć! Źosyć. Niech dziadu(cid:286) jegomo(cid:286)ć usi(cid:261)dzie. Urszulo, id(cid:296) przywołać Staszka. Źo obór pewno poszedł na obchód. Mo(cid:298)e i Lewandowskiego w drodze gdzie napotkasz. Urszula wysun(cid:266)ła si(cid:266) cicho z jadalni. Źziadu(cid:286) powoli zaj(cid:261)ł miejsce przy synowej. Nadszedł wkrótce i Staszek z Urszul(cid:261), a pó(cid:296)- niej zjawił si(cid:266) niepostrze(cid:298)enie stary ekonom Lewandowski. Wieczerza si(cid:266) zacz(cid:266)ła, lecz szła niesporo. Misy schodziły prawie nietkni(cid:266)te. Pani Jadwiga zach(cid:266)cała do jadła, lecz ka(cid:298)dy si(cid:266) wymawiał. A i j(cid:261) sam(cid:261) odeszła te(cid:298) ochota. Smutne my(cid:286)li j(cid:261) napastowały. Los synów trwo(cid:298)ył. Jeden ju(cid:298) poszedł, drugi, Staszek, lada dzie(cid:276) wyrwie si(cid:266) za narzeczon(cid:261)... a i ten jeszcze!... – westchn(cid:266)ła gł(cid:266)boko a ci(cid:266)(cid:298)ko. Stary dziadu(cid:286) tak(cid:298)e si(cid:266) zas(cid:266)pił. Słowa synowej obudziły w nim przykre refleksje. Mo(cid:298)e i racja? Marcelek co(cid:286) nadto si(cid:266) dopytuje. żor(cid:261)ca krew, gotów polecieć... Bóg wie gdzie! Chło- pak mo(cid:298)e zmarnieć jak ojciec, biedak... A i kto wówczas ucieszy starego dziada? W tej(cid:298)e chwili Marcelek, widz(cid:261)c zamy(cid:286)lenie starego, ozwał si(cid:266) chytrzeŚ – Źziadu(cid:286) jegomo(cid:286)ć sko(cid:276)czyli na obl(cid:266)(cid:298)eniu króla Leszczy(cid:276)skiego w żda(cid:276)sku... – Wła(cid:286)nie – zacz(cid:261)ł (cid:298)ywo staruszek, lecz w tej(cid:298)e chwili spostrzegł si(cid:266), nasun(cid:261)ł siwych krza- czastych brwi i (cid:298)achn(cid:261)ł si(cid:266) ostroŚ – Źo(cid:286)ć, mospanie! Pó(cid:296)niej si(cid:266) dowiesz! Alwar6 wzi(cid:261)ć do r(cid:266)ki, wokabuły7 przepowiadać, by(cid:286) wstydu pijarom nie przyniósł. żłupstwa asanowi w głowie, i tyle. Marcelek si(cid:266) zasmucił i nad(cid:261)sał. Staruszkowi (cid:298)al si(cid:266) zrobiło chłopca, wi(cid:266)c dodał łagodniejŚ – Pi(cid:266)kna to rzecz rycerstwo, ale przede wszystkim statek i pomiarkowanie. Z ka(cid:298)dej opo- wie(cid:286)ci zdrowe trzeba wyci(cid:261)gn(cid:261)ć sensum. I nie o junakerii, awanturach a dziwacznych przy- godach my(cid:286)leć! Pani Jadwiga na t(cid:266) nauk(cid:266) skin(cid:266)ła twierdz(cid:261)co głow(cid:261) i rzekła po chwiliŚ – Mo(cid:286)ci Lewandowski! Ponoć wydano znów nakazy o (cid:286)ci(cid:261)ganiu rekruta? – Tak jest, prosz(cid:266) waszej miło(cid:286)ci! Z rana zaje(cid:298)d(cid:298)ał urz(cid:266)dnik z Kriegskamery8 i zapisywał dymy. Jeno patrzeć, a co lepszych parobków nam wybior(cid:261). – Smutne czasy! – zauwa(cid:298)yła pani Jadwiga. – W Krakowskiem, pod Austriakiem nielepiej. – Czy prawda, (cid:298)e Marcelek do palestry ma pój(cid:286)ć? – zapytał Staszek. – Trzeba, (cid:298)eby szedł – odpowiedziała pani Jadwiga. – Niech troch(cid:266) ludzi pozna, zaprawi si(cid:266). Na rol(cid:266) czas mu jeszcze. —Zapewne, pani matko! Tylko gdzie on t(cid:266) palestr(cid:266) znajdzie? S(cid:261)dy zniesione, inne prawa i j(cid:266)zyk obcy. Nasze Volumina legum9 zamieniono na Landrecht10, a trybunały na Justizkomi- sje11 i Kreisgerychty...12 – Szelmy, rz(cid:261)dz(cid:261) si(cid:266) jak u siebie – szepn(cid:261)ł dziadu(cid:286). – Co robić! – rzekła pani Jadwiga. – Marcelek wzrasta. W domu trzymać? Niech j(cid:266)zyk ła- – Lewandowski mówił – ozwał si(cid:266) Staszek – (cid:298)e podobno przyszły słuchy o wielkich bi- mie, gdy inaczej nie mo(cid:298)na. twach z Żrancuzami. autora). 6 A l w a r – u(cid:298)ywany dawniej podr(cid:266)cznik gramatyki łaci(cid:276)skiej (nazwany tak od nazwiska 7 W o k a b u ł y – wyrazy w j(cid:266)zyku obcym do nauczenia si(cid:266) na pami(cid:266)ć. 8 K r i e g s k a m e r a (niem. Kriegskammer) – dawna nazwa niemieckiego urz(cid:266)du woj- skowego przeprowadzaj(cid:261)cego pobór do wojska. 9 V o l u m i n a l e g u m (łac.) – ksi(cid:266)gi praw (mowa o zbiorze praw obowi(cid:261)zuj(cid:261)cych w Polsce przedrozbiorowej). 10 L a n d r e c h t (niem.) – prawo krajowe. 11 J u s t i z k o m i s j a (niem. Justizkommission) – komisja sprawiedliwo(cid:286)ci. 12 K r e i s g e r y c h t (niem. Kreisgericht) – s(cid:261)d powiatowy. 10 – Ba-ba! Czego ludziska nie mówili! (cid:298)e Napolion wojn(cid:266) Austriakowi wydał i (cid:298)e si(cid:266) koro- nować królem naszym zamy(cid:286)la... Pani synowo, my tam nic podobnego ju(cid:298) nie doczekamy! – Oj, pewno! – przyznała smutnie pani Jadwiga. – Niechby ju(cid:298) raz pokój jaki nastał alboli ład przynajmniej... Nie wiadomo, co pocz(cid:261)ć, jak si(cid:266) rz(cid:261)dzić?! W któr(cid:261) stron(cid:266) si(cid:266) zwrócić? – Tu (cid:296)le, mospanie, i tam niedobrze. Niemców zewsz(cid:261)d niby mrowie naszło. żrunwald im pachnie. Rad(cid:296) tu teraz ze smykiem takim! Ot, za mojej pami(cid:266)ci chłopiec szedł na pa(cid:276)ski dwór... a nawet i do palestry!... Ale palestra była szkoł(cid:261), mospanie, najwi(cid:266)kszych statystów13. Tam człek młody zaprawiał si(cid:266) do pracy publicznej, tam poznawał prawo, tam... Starowina uci(cid:261)ł nagle i pogr(cid:261)(cid:298)ył si(cid:266) w zadumie. Szkliste jego oczy mgł(cid:261) zaszły. Zebrani nie (cid:286)mieli przerywać milczenia. Tylko (cid:286)wiece łojowe skwierczały hała(cid:286)liwie w lichtarzach. Nagle, poza oknami, dał si(cid:266) słyszeć stłumiony zgiełk, a potem gwar w sieniach dworu. Za- nim ekonom Lewandowski zdołał wybiec, aby zapytać si(cid:266) o przyczyn(cid:266) hałasu, do jadalni wpadł jak kula stajenny pachołek. – Panicz przyjechali! – zakrzykn(cid:261)ł. Pani Jadwiga zerwała si(cid:266) z miejsca, za ni(cid:261) ruszyli od stołu wszyscy. Tymczasem w progu ukazał si(cid:266) młody m(cid:266)(cid:298)czyzna silnej budowy, ogorzały, w podró(cid:298)nej, zniszczonej odzie(cid:298)y. Stał tak przez chwil(cid:266) w niemym wzruszeniu, wreszcie rzucił si(cid:266) naprzód i padł do kolan pani Ja- dwigi. – Żlorek! – zawołała ta ostatnia, chyl(cid:261)c si(cid:266) do głowy syna. – Ty(cid:298)e(cid:286) to, mój synu drogi! W jednej chwili rodze(cid:276)stwo otoczyło zwartym kołem powracaj(cid:261)cego brata, chwytaj(cid:261)c go kolejno w ramiona. Źziadu(cid:286) a(cid:298) trz(cid:261)sł si(cid:266) z rado(cid:286)ci, (cid:286)miał si(cid:266), dygotał jak w febrze, a łzy jak groch spływały mu z oczu. żdy pierwsze powitania przeszły, zasadzono Żloriana do posiłku i zarzucono pytaniami, nie bacz(cid:261)c, i(cid:298) we drzwiach do sieni gromadka ciekawych przypatrywała si(cid:266) tej scenie. Źzia- du(cid:286) ich dostrzegł. – Źalej! – zawołał. – Powitać, mospanie, panicza! Czelad(cid:296) rzuciła si(cid:266) za nogi go (cid:286)ciskać, a po r(cid:266)kach całować. W ci(cid:298)bie a tłoku powstałym nikt na razie nie zauwa(cid:298)ył wyprostowanego na uboczu chłopa i przysadzistej obok niego ba- by. Źopiero gdy pani Jadwiga dała znak czeladzi, aby odeszła, dostrzegła dwie marsowe figu- ry i zapytała niespokojnieŚ – A to kto taki? – Maciej (cid:297)ubr, podoficer pierwszej legii, pierwszego batalionu, drugiej kompanii! – odparł chłop wyci(cid:261)gaj(cid:261)c si(cid:266) jak struna. – Joanna (cid:297)ubrowa, markietanka pierwszej legii, pierwszego batalionu – zawtórowała baba. – Ha, ha! Zapomniałem mamie dobrodziejce sprezentować moich towarzyszów. Maciej, dzielny chłop... przystał był jeszcze do naszego regimentu pod Madali(cid:276)skim i tak tułali(cid:286)my si(cid:266) razem... a Madejowa przyw(cid:266)drowała za m(cid:266)(cid:298)em spod Zamo(cid:286)cia do Lombardii... Zabrali- (cid:286)my j(cid:261) tak(cid:298)e do legionów. Teraz, gdym do kraju jechać musiał, a generał Ź(cid:261)browski towarzy- szy szukać mi radził, zabrałem ich. Przyjmijcie ich, pani matko, całym sercem. Warci tego oboje. źt, gdyby nie (cid:297)ubr... nie (cid:297)ubrowa, nie raz, ale dziesi(cid:266)ć razy ju(cid:298) bym was tu nie ogl(cid:261)- dał!... – Siadajcie z nami – zakonkludowała pani Jadwiga, choć marsowa twarz baby dziwn(cid:261) jej si(cid:266) wydawała. – I do jadła! Urszulko, ka(cid:298) miodu utoczyć. Podoficer z markietank(cid:261) zaj(cid:266)li miejsca i rozmowa poszła gwarna, bezładna, gor(cid:261)czkowa. I opowiadał Żlorian, jak po rozbiciu Madali(cid:276)skiego i osadzeniu go w wi(cid:266)zieniu berli(cid:276)skim po- szedł w (cid:286)wiat niemal o (cid:298)ebraczym chlebie, jak w Heidelbergu natrafił na rodaków, którzy go wspomogli i do Pary(cid:298)a wyprawili, jak w stolicy Żrancji, Barssa, dawnego Rzeczypospolitej 13 S t a t y s t a – tuŚ m(cid:261)(cid:298) stanu, polityk. 11 agenta, poznał i przez niego znalazł zasiłek u pana Józefa Wybickiego i pana de la Roche, jak był (cid:286)wiadkiem rz(cid:261)dów porewolucyjnego Źyrektoriatu, jak potem wyjechał za generałem Ź(cid:261)- browskim do Mediolanu. I snuł dalej jeden niesko(cid:276)czony obraz bitew, potyczek, rekonesan- sów, nocnych wycieczek, n(cid:266)dzy, głodu i nieszcz(cid:266)(cid:286)cia. Z ust Żloriana wyrywały si(cid:266) niekiedy westchnienia, czasem w oku jego zatliły si(cid:266) iskry, a pi(cid:266)(cid:286)ć kurczyła si(cid:266), zaciskała. Słuchano go z zapartym oddechem. Chwilami głos porucznika dr(cid:298)ał i łamał si(cid:266) ze wzruszenia, zwłaszcza wspominaj(cid:261)c m(cid:266)stwo Kniaziewiczaś a gdy wymówił po raz pierwszy imi(cid:266) „Bonaparte”, słowa uwi(cid:266)zły mu w gardle i umilkł. Źziadkowi na pergaminowej twarzy wyst(cid:261)piły ceglaste wypieki. Starego konfederata paliła ciekawo(cid:286)ć. Chwycił wnuka za rami(cid:266) i cisn(cid:261)c je z wysiłkiem, szeptał z przej(cid:266)ciemŚ – Żlorku! Powiadaj mi o nim!... – Napoleon! – zacz(cid:261)ł wolno Żlorian. (cid:297)ubr i (cid:297)ubrowa powstali z miejsc. – Było to pod Marengo – mówił cicho porucznik – druga kompania pierwszego batalionu została odkomenderowana dla uzupełnienia gwardii grenadierów konsularnych. Zajmowali- (cid:286)my stanowisko pomi(cid:266)dzy rzek(cid:261) Bormid(cid:261) i wsi(cid:261) Marengo. O (cid:286)wicie Austriacy zacz(cid:266)li kano- nad(cid:266)ś było ich czterdzie(cid:286)ci tysi(cid:266)cy, nas zaledwie dwadzie(cid:286)cia. Pierwszy natarł generał Victor, lecz go rozbito, Lannes musiał si(cid:266) cofn(cid:261)ć. Nas ustawiono na prawym skrzydle. Austriacki generał Zach rusza w pi(cid:266)ć tysi(cid:266)cy starych grenadierów. Z daleka ju(cid:298) widzimy białe mundu- ry... jeszcze chwila, a spadnie na nas grad kul i las naje(cid:298)onych bagnetów. Wtem, jak grom, przed czołem naszej kolumny staje on... Bonaparte! Ko(cid:276) pian(cid:261) okryty. W zielonym surducie, w otoczeniu sztabu i Mameluków14. Spojrzał wzrokiem sokolim, r(cid:266)k(cid:266) ku nam wyci(cid:261)gn(cid:261)ł przyja(cid:296)nie i zawołałŚ „(cid:297)ołnierze! Nie zapominajcie, (cid:298)e mamy zwyczaj noc na polu bitwy przep(cid:266)dzać!” Odpowiedzieli(cid:286)my okrzykiem pełnym zapału. Skin(cid:261)ł. żwardia poszła... Źwie godziny stawiali(cid:286)my opór czterykroć liczniejszemu nieprzyjacielowi. Sze(cid:286)ć natarć wytrwali(cid:286)my z bro- ni(cid:261) w r(cid:266)ku, sze(cid:286)ć razy Austriacy musieli si(cid:266) cofać. żwardzi(cid:286)ci walczyli jak lwy, umieraj(cid:261)c z imieniem Bonapartego na ustach. Nast(cid:261)pił atak siódmy, straszny, za(cid:298)arty. Kolumna si(cid:266) za- chwiała. żenerał Źesaix pada ra(cid:298)ony kul(cid:261). Źobywamy resztek sił, gdy naraz młody Keller- man uderza kawaleri(cid:261) z boku na lewe skrzydło, łamie je, rozprasza i wrzyna si(cid:266) w (cid:286)rodek ko- lumny Zacha. Austriacy si(cid:266) mieszaj(cid:261) i rzucaj(cid:261) do ucieczki, nasi za nimi!... Pi(cid:266)ć tysi(cid:266)cy pole- głych i dziesi(cid:266)ć rannych, i tyle(cid:298) niewolnika. Zmierzchało si(cid:266). Bonaparte obje(cid:298)d(cid:298)ał plac boju. Ja byłem ranny lekko, opatrywał mnie medyk. Wtem... nadjechał na to miejsce wła(cid:286)nie z ad- iutantem. Spojrzał na pobojowisko, gdzie ziemia niebieszczyła si(cid:266) od mundurów gwardyj- skich, i rzekł smutnieŚ „Tu le(cid:298)(cid:261) bohaterowie!” Wpadłem mu w oko, zoczył moje amarantowe wyłogi i rzekłŚ „Polak?” „Tak jest, generale” – odpowiedziałem. „Jeste(cid:286) podporucznikiem legii?! B(cid:266)dziesz porucznikiem gwardii konsularnej”. „żenerale – ozwałem si(cid:266) – pozwól mi zostać w legii mi(cid:266)dzy swoimi”. Adiutant si(cid:266) zmarszczył. Napoleon atoli u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) dobrotliwie. „Zuch! – mówi. – Oni wszyscy tacy! Przypomnij mi o nim”. 14 M a m e l u c y – (cid:298)ołnierze gwardii przybocznej władców egipskich, rekrutuj(cid:261)cy si(cid:266) z byłych je(cid:276)ców tureckich. W XIII w. Mamelucy zawładn(cid:266)li źgiptem, gdzie panowali do XVI w. Po przej(cid:286)ciu źgiptu pod władz(cid:266) tureck(cid:261) tworzyli wszechwładn(cid:261) arystokracj(cid:266) wojskowo- feudaln(cid:261). Napoleon pokonał Mameluków w bitwie pod Piramidami w 1798 r. i z pewnej ich liczby utworzył specjalne oddziały w wojsku francuskim. 12 Odjechał. – A ty, biedaku? – zagadn(cid:266)ła (cid:298)ywo pani Jadwiga. – źt! Nic. Lekka kontuzja. W tydzie(cid:276) wyszedłem z ambulansu. Potem było Hohenlinden, Salzburg, przej(cid:286)cie Salzy. Pó(cid:296)niej nas rozdzielono. żenerał Jabłonowski wyjechał z cz(cid:266)(cid:286)ci(cid:261) na San Źomingo... ja za generałem Ź(cid:261)browskim wst(cid:261)piłem na słu(cid:298)b(cid:266) neapolita(cid:276)sk(cid:261). Tam przetrwałem lat kilka, obawiaj(cid:261)c si(cid:266) wracać do kraju. Bonapartego obwołano cesarzem. Wy- nikł zatarg z Prusakami. żenerał przywołał mnie i powiadaŚ „Jedziesz, żotartowski, ze mn(cid:261)?” „Jad(cid:266)!” – odpowiadam. W przebraniu, udaj(cid:261)c Włochów, ruszyli(cid:286)my do Żrancji. (cid:297)ubr z (cid:298)on(cid:261) napierali si(cid:266). Zabra- łem ich tak(cid:298)e. Armia francuska stała nad Renem. Cesarz wypowiedział wojn(cid:266) Prusom. Źwa- na(cid:286)cie dni temu była bitwa pod Jen(cid:261). Prusacy rozbici. Napoleon w Berlinie. Mnie generał wysłał do Warszawy. Żlorian urwał w tym miejscu, znu(cid:298)ony. Słuchacze siedzieli w niemym osłupieniuś ten Na- poleon, druzgocz(cid:261)cy królestwa, wywracaj(cid:261)cy trony, znosz(cid:261)cy armie, jeszcze niedawno oficer, a dzi(cid:286) cesarz wszechwładny, na skinienie którego dr(cid:298)ał źgipt, korzył si(cid:266) Rzym – wydawał si(cid:266) mitem jakim(cid:286), legendowym bohaterem. Pierwszy otrz(cid:261)sn(cid:261)ł si(cid:266) z wra(cid:298)enia dziadu(cid:286). – Prusakom wytatarował skór(cid:266) – powiadasz? A, mo(cid:286)ci panie, to mi si(cid:266) podoba! Bo, (cid:298)e tam ró(cid:298)ne Lombardy, Wenecjany zawojował, (cid:298)e wszelkiej włoszczyzny Austriaka pozbawił, a Anglikowi za pazury zalazł, no toć jego francuska w tym sprawa, lecz kiedy mi mówisz, (cid:298)e a(cid:298) w Berlinie siedzi... w to mi graj, mospanie! Przyszła kryska na Matyska! Źobrze im tak! U(cid:286)ciskałbym go! Źalipan, po trzykroć u(cid:286)ciskał! Niech maj(cid:261)! Korzystaj(cid:261)c z przerwy w opowiadaniu, (cid:297)ubr zbli(cid:298)ył si(cid:266) do Żloriana i szepn(cid:261)ł mu co(cid:286) na ucho. Ten ostatni powstał i rzekł powa(cid:298)nieŚ – Pani matko! Kilka słów prosz(cid:266) na osobno(cid:286)ci. Pani Jadwiga drgn(cid:266)ła, złym przeczuciem wiedziona, i wyszła prowadz(cid:261)c syna do alkierza. Tymczasem rozochocony dziadu(cid:286) skin(cid:261)ł na (cid:297)ubrow(cid:261) i (cid:297)ubra, posadził ich przy sobie, nalał im po szklanicy miodu i – „mówcie” – zach(cid:266)cał. – Wedle rozkazu! – odrzekł uroczy(cid:286)cie (cid:297)ubr i umilkł. (cid:297)ubrowa po(cid:286)pieszyła mu z pomoc(cid:261). – Ju(cid:298) to, WMPanie, mój stary do gadania wcale nie jest zdarzony, bo co głow(cid:266), to miał zawsze słab(cid:261), a od tego zadawania si(cid:266) z rozmaitymi narodami, to mu j(cid:266)zyk do cna skołkowaciał. – Hic mulier15! – zauwa(cid:298)ył (cid:286)miej(cid:261)c si(cid:266) staruszek. – Być Napolionem nie sztuka, jak ci ta- kie ma Amazonki. Źu(cid:298)o takiego regimentu niewie(cid:286)ciego było?... – Jeden pułkownik w batalionie i jedna markietanka. Trzy bataliony w legii, wi(cid:266)c i trzy markietanki – odparła (cid:297)ubrowa. – I có(cid:298)e(cid:286) to waćpani robiła? – zagadn(cid:261)ł staruszek chc(cid:261)c bab(cid:266) poci(cid:261)gn(cid:261)ć za j(cid:266)zyk. – żdy(cid:298), chocia(cid:298) si(cid:266)gam pami(cid:266)ci(cid:261) w czasy odległe, takiego babskiego urz(cid:266)du uprzytomnić sobie non possum16?... – I pewnie. U nas dawniej bo, WMPanie, bywała prawie sama kawaleria, a dopiero gdy nasze wojsko zacz(cid:266)ło na piechot(cid:266) po ró(cid:298)nych krajach w(cid:266)drować, bez markietanek ani rusz!... Słu(cid:298)ba ci(cid:266)(cid:298)ka. Markietanka niby ma wiktuałami handlować przy wojsku... ale gdzie tam! Na wymarszu to i owo zakupić mo(cid:298)na, a potem głodem si(cid:266) handluje a n(cid:266)dz(cid:261). A gdy i d(cid:296)wiga si(cid:266) co w wózku, toć kupić nie maj(cid:261) za co, a dać trzeba. Bitwa – trudno si(cid:266) markietance pod ko- rzec schować, temu i owemu ran(cid:266) opatrzyć trza, boć i medyk nie nastarczy! Niekiedy umie- raj(cid:261)cego dobrym słowem po(cid:298)egnać przyjdzie albo i samej za karabin chwycić. 15 H i c m u l i e r (łac.) – dosłownieŚ oto kobietaś przeno(cid:286)nie herod-baba. 16 N o n p o s s u m (łac.) – nie mog(cid:266). 13 – Żlorian sprawiał si(cid:266) dobrze. Co? H(cid:266)(cid:266)?! – Wielmo(cid:298)ny panie, co wielki oficer, to wielki, (cid:298)e nie ł(cid:298)(cid:266), to niech mnie kula nie minie. Bywało, major Pokrzywnicki przyjedzie przed front do naszego kapitana Komorowskiego i powiadaŚ „Żlorka mi – niby naszego panicza – strze(cid:298), bo to oficer pierwszej wody, takiego porucznika mi(cid:266)dzy generałami by(cid:286) nie znalazł!...” Przedni miodek, tylko ty, stary, nie pij, bo masz głow(cid:266) na nic. Oddaj mi, niech sobie zwil(cid:298)(cid:266)! Ho! ho! Nasz porucznik srogi we froncie! A sam pierwszy wsz(cid:266)dzie. Kompani(cid:261) głodna, toć i on głodny. Piechurowi buty z nóg spadaj(cid:261), i jego nielepsze. Ma swoje, co mu wydziel(cid:261), to temu zaraz fura(cid:298)erk(cid:266), innemu mundur albo i płaszcz kupi i daje. Wielmo(cid:298)ni pa(cid:276)stwo spogl(cid:261)daj(cid:261) na te nasze podarte łachmany i dworuj(cid:261) sobie... Trudno, mundury trzeba było zrzucić. Mi(cid:266)dzy Prusakami niesporo. – A(cid:286)ćka te(cid:298) w mundurze chodzisz? – To dobre! A jak(cid:298)e! Mundur jak si(cid:266) patrzy, z wyłogami, kokarda francuska u czapki, tyl- ko ró(cid:298)nica, (cid:298)e bez hajdawerów. – Nie gadaj, Jasia, wedle rozkazu – wtr(cid:261)cił nie(cid:286)miało (cid:297)ubr, nabieraj(cid:261)c po miodzie rezonu. Baba a(cid:298) skurczyła si(cid:266) na ławie. – Macieju! (cid:285)miesz mi jeszcze dogadywać. Poczekaj! Popami(cid:266)tasz!... Ale jest jeszcze sprawiedliwo(cid:286)ć. Ugryzł ci(cid:266) Prusak, poczekaj, ugryzie inny lepiej!... Źziadu(cid:286), a za nim Staszek, Urszula, Marcel i ekonom a(cid:298) pokładali si(cid:266) ze (cid:286)miechu, słucha- j(cid:261)c wynurze(cid:276) (cid:297)ubrowej. Naraz drzwi alkierzyka si(cid:266) otworzyły i wyszła pani Jadwiga blada, zn(cid:266)kana, z oczyma zaczer- wienionymi, za ni(cid:261) szedł Żlorian. Zasiedli przy stole. Obecni spojrzeli po sobie, wesoło(cid:286)ć znikła. Pani Jadwiga wodziła smutnie oczami po twarzach synów. Jeden w drugiego m(cid:266)(cid:298)czy(cid:296)ni pi(cid:266)kni, o włosach jasnych, oczach du(cid:298)ych, niebieskich, rysach twarzy kształtnych. Widziała ich teraz razem, obok siebie siedz(cid:261)cych, a jutro?... Żlorian wstał nagle i j(cid:261)ł si(cid:266) rozgl(cid:261)dać niepewnie. – Komu w drog(cid:266), temu czas! – rzekł sil(cid:261)c si(cid:266) na spokój. Źziadu(cid:286) spojrzał na(cid:276) zdziwiony. – Co pleciesz, mospanie? Żlorian schylił si(cid:266) do r(cid:266)ki starca. – Słu(cid:298)ba! Musz(cid:266) ruszać dalej natychmiast. Chwili jednej stracić mi nie wolno. Za tydzie(cid:276), dwa, mo(cid:298)e da Bóg, zajad(cid:266) na dłu(cid:298)ej... wyszedłe(cid:286) i po dziesi(cid:266)ciu latach... – Żlorku! – ozwał si(cid:266) poruszony staruszek. – Źziesi(cid:266)ć lat nie byłe(cid:286)... pachol(cid:266)ciem z domu R(cid:266)ce pani Jadwigi dr(cid:298)eć febrycznie zacz(cid:266)ły. Żlorian pasował si(cid:266) sam ze sob(cid:261). – Wiem ci ja o tym! Wiem! Ci(cid:266)(cid:298)ko mi, ale trzeba... – Nie pora(cid:298) by odpocz(cid:261)ć po tylu latach?! – upominał staruszek. – Oj, nie pora! – wyrzekł smutnie Żlorian. – Kto raz si(cid:266) słu(cid:298)bie publicznej po(cid:286)wi(cid:266)ci, temu nie wolno ustawać!... Co tam! – dodał weselej. – Obaczymy si(cid:266) wkrótce. A tymczasem zo- stawi(cid:266) wam tu załog(cid:266)! (cid:297)ubr i wy, (cid:297)ubrowa, zostaniecie tutaj. – Wedle rozkazu! – Pana porucznika samego mamy pu(cid:286)cić? – Tak trzeba. Źawno marzyli(cid:286)cie o tym, (cid:298)eby gdzie k(cid:261)t znale(cid:296)ć spokojny. Wi(cid:266)c go macie. W drodze was nie potrzebuj(cid:266). Pojedzie ze mn(cid:261) chłopak stajenny, zreszt(cid:261), po ostatnim wypad- ku, mogliby(cid:286)my łacniej wpa(cid:286)ć w r(cid:266)ce Prusaków. Źo Warszawy ju(cid:298) niedaleko. Pani Jadwiga przywołała ekonoma i wydała mu jakie(cid:286) ciche rozkazy. Żlorek (cid:298)egnał si(cid:266) kolejno ze wszystkimi. Źziadu(cid:286) rozpłakał si(cid:266) jak dziecko i znakiem krzy- (cid:298)a błogosławił wnuka. Pani Jadwiga słów znale(cid:296)ć nie mogła. Tuliła głow(cid:266) syna do piersi i łkała cicho. źkonom dał znać, (cid:298)e konie gotowe. Porucznik wskoczył na najbli(cid:298)ej stoj(cid:261)cego. Pachołek siadł na drugiego, trzy nadto luzem prowadz(cid:261)c na długiej lejcy. – Bywajcie! – zawołał Żlorian i spi(cid:261)ł konia. żłuchy j(cid:266)k był mu odpowiedzi(cid:261). 14 III Żlorian wje(cid:298)d(cid:298)ał do Warszawy w pobo(cid:298)nym skupieniu. Tyle lat na tułaczce sp(cid:266)dził, tyle razy tracił nadziej(cid:266) jej ogl(cid:261)dania. Tu nareszcie przyjm(cid:261) go z otwartymi r(cid:266)koma, sercem. A brakło mu, jak wszystkim zreszt(cid:261) legionistom, bratniego u(cid:286)cisku. W Warszawie nie b(cid:266)d(cid:261) go ju(cid:298) pytali, jak tam, u brzegów Adriatyku – dlaczego dobrowolnie skazał si(cid:266) na trudy wojenne, dlaczego w dali od swego kraju przelewał krew dla spraw cudzych, interesów obcych, honoru i sławy nie swojej. Było południe. Mieszka(cid:276)cy Warszawy, korzystaj(cid:261)c z pogodnego dnia, tłumnie wylegli na ulice. Żlorian z trudem przeciskał si(cid:266) przez ci(cid:261)gn(cid:261)ce we wszystkie strony sznury wozów, bryk i kałamaszek szlacheckich. Niekiedy z bocznej ulicy wypadła szeroka karoca poszóstna, w oknie której mign(cid:266)ła twarz pos(cid:266)pna, surowa, pa(cid:276)ska. Bokami szedł pstry, ró(cid:298)nobarwny tłum, przedstawiaj(cid:261)cy dziwn(cid:261) mieszanin(cid:266) strojów i epok. Kontusze i (cid:298)upany ocierały si(cid:266) o francu- skie fraki i bufiaste (cid:298)aboty, wielkie cylindry filcowe i obwisłe surduty Źyrektoriatu z olbrzy- mimi klapami i halsztukiem bratały si(cid:266) z kaszkietami pruskich (cid:298)ołdaków. Podgolone czupry- ny, harcapy17, białe faliste peruki, czaple pióra, trójgraniaste kapelusze, rogatywki, kubraki, długie czarne opo(cid:276)cze, karabele i szpady, krótkie mieczyki a puginały, (cid:298)ółte i czerwone buty, atłasowe pantofle, palone czarne cholewy i hała(cid:286)liwe chodaki – wszystko to razem składało si(cid:266) na strój mieszka(cid:276)ców Warszawy. Żlorian skierował konia na Podwale, postanowiwszy zajechać do dalekiej krewnej matki, do pani Źziewanowskiej, wdowy po Michale Źziewanowskim, pułkowniku gwardii królew- skiej. Pani Źziewanowska zajmowała małe mieszkanko na trzecim pi(cid:266)terku, utrzymuj(cid:261)c si(cid:266) wraz z córk(cid:261) ze skromnego kapitaliku, jaki jej z dawnej fortuny pozostał. Przyjazdem Żloria- na ucieszyła si(cid:266) serdecznie. Porucznik, rozejrzawszy si(cid:266) w ubo(cid:298)uchnych a szczupłych poko- ikach, chciał do zajazdu i(cid:286)ć pod Zamek i noclegu szukać, atoli pani Źziewanowska słyszeć o tym nie chciała. – Ani mi si(cid:266) wa(cid:298) despektu takiego czynić – mówiła rezolutnie. – Nie salony u mnie, nie pa(cid:276)skie pokoje, ale k(cid:261)t wolny si(cid:266) znajdzie. żdzie(cid:298)bym pozwolić mogła! Jedni(cid:286)cie wy dla mnie na (cid:286)wiecie prawie, bo prócz was i bratanka po m(cid:266)(cid:298)u – wszystko wymarło. Żlorian j(cid:261)ł si(cid:266) wymawiać. Pani Źziewanowska nie dała mu przyj(cid:286)ć do słowa. – Bez wykr(cid:266)tów. Wiem, (cid:298)e(cid:286) zamorskich grzeczno(cid:286)ci a dworskich ceregieli (cid:286)wiadom. Ale ze mn(cid:261) to na nic. Prosta jestem szlachcianka, szczera a otwarta. Zreszt(cid:261), mój kochany, ze mn(cid:261) mniejsza, lecz co z moj(cid:261) Zosi(cid:261), to nie poradz(cid:266). Ona by mi tego nigdy nie darowała. Wyszła wła(cid:286)nie na targ przy pi(cid:261)tku to i owo zakupić, boć to Wszystkich (cid:285)wi(cid:266)tych mamy w ponie- działek. No, rozgo(cid:286)ć si(cid:266), prosz(cid:266). Patrz, tu jest na lewo jej komnatka. Chłopiec z ko(cid:276)mi niech przejdzie na Piekiełko, zaraz kilka kroków st(cid:261)d, około Piekarskiej, s(cid:261) stajnie, tam pomiesz- czenie i obrok za kilka dytków znajdzie. Porucznik chciał dzi(cid:266)kować. 17 H a r c a p – warkocz przy peruce noszony przez m(cid:266)(cid:298)czyzn w XVIII w. 15 – Wiem, wiem, co mi chcesz powiedzieć. Przede wszystkim zdro(cid:298)ony(cid:286). Masz tu wod(cid:266) na misce. Ogarnij si(cid:266), a ja si(cid:266) zakrz(cid:261)tn(cid:266) około obiadu. A potem pogadamy. I nie czekaj(cid:261)c na odpowied(cid:296) Żloriana, wyszła z pokoiku, zostawiaj(cid:261)c go samego. Porucznik rozejrzał si(cid:266) po izdebce ciekawie. Przedstawiała ona dziwn(cid:261) mieszanin(cid:266) zamo(cid:298)- no(cid:286)ci i ubóstwa, skromno(cid:286)ci i zbytku. Sosnowy, ledwie ogładzony stół był okryty kosztown(cid:261) tkanin(cid:261)ś na czerwono malowanej szafie stał zegar gda(cid:276)skiej roboty, cyzelowany a błyszcz(cid:261)cy grub(cid:261) pozłot(cid:261), stołki zwyczajne i ławy dwie nikły pod kilimkami tureckimi. Na (cid:286)cianach wi- siały portrety, a tu(cid:298) ponad biało zasłanym łó(cid:298)kiem ołtarzyk srebrny, roztwierany, z Matk(cid:261) Bosk(cid:261). Pod ołtarzykiem palma, a z ni(cid:261) skrzy(cid:298)owana, w jaszczur oprawna karabela i dwie kró- cice. Żlorian rozwin(cid:261)ł zabrane z domu zawini(cid:261)tko. Źoprowadził odzie(cid:298) do porz(cid:261)dku i orze(cid:296)wił si(cid:266) wod(cid:261). Wła(cid:286)nie ko(cid:276)czył si(cid:266) wycierać, gdy drzwi z hałasem si(cid:266) otwarły i stan(cid:266)ła w nich wiotka postać młodej dziewczyny. Porucznik rzucił si(cid:266) w tył, okrywaj(cid:261)c si(cid:266) po(cid:286)piesznie r(cid:266)cz- nikiem, dziewczyna zarumieniła si(cid:266) z lekka, nie wiedz(cid:261)c, co pocz(cid:261)ć. Stali tak chwil(cid:266) naprze- ciw siebie, zaambarasowani, onie(cid:286)mieleni. Źziewczyna pierwsza, zapanowała nad sob(cid:261) i, cofn(cid:261)wszy si(cid:266) raptownie, znikła za drzwia- mi, spoza których doszła uszu Żloriana przeci(cid:261)gła kaskada serdecznego (cid:286)miechu. Porucznik zarzucił na siebie po(cid:286)piesznie zwierzchnie ubranie, a spakowawszy zawini(cid:261)tko i pogładziw- szy w(cid:261)sa, wyszedł do drugiego pokoju. Źziewczyna stała obrócona plecami, a oparłszy głow(cid:266) o szyb(cid:266) okna, dusiła si(cid:266) ze (cid:286)miechu. – Źaruje waćpanna, to niefortunne... – zacz(cid:261)ł powa(cid:298)nie Żlorian, lecz nowy wybuch (cid:286)mie- chu dziewczyny przerwał mu w(cid:261)tek my(cid:286)li. Porucznik zagryzł wargi, (cid:286)miech ten go dra(cid:298)nił. – Przepraszam – rzekł chmurnie – i(cid:298) stałem si(cid:266) mimowolnym dystrakcji18... powodem!... Odchodz(cid:266) tymczasem, nie chc(cid:261)c przeszkadzać jej wesoło(cid:286)ci... Powróc(cid:266) pó(cid:296)niej, aby czołobit- no(cid:286)ć moj(cid:261) pani Źziewanowskiej zło(cid:298)yć za go(cid:286)cin(cid:266). To mówi(cid:261)c, chwycił za kaszkiet i szedł ku wyj(cid:286)ciu. Źziewczyna nagle skoczyła i zast(cid:261)piła mu drog(cid:266), mierz(cid:261)c go ostrym, przenikliwym spojrzeniem. – Hola! Waszmo(cid:286)ć! – rzuciła gwałtownie. – Nie mam honoru znać waćpana, ale skoro przez matk(cid:266) moj(cid:261) w dom przyj(cid:266)ty zostałe(cid:286), suponuj(cid:266) (cid:286)miele, (cid:298)e mam zacnego przed sob(cid:261) ka- walera, co niewinnego (cid:286)miechu za obraz(cid:266) mi nie poczyta. Na te słowa Żlorian stan(cid:261)ł jak wryty. Nie wiedział, czy zgrabno(cid:286)ć wysłowienia bardziej podziwiać, czy urod(cid:266) dziewczyny. machinalnie kaszkiet w r(cid:266)ku. Pró(cid:298)no szukał słów na odpowied(cid:296), dawna pewno(cid:286)ć siebie go odbiegła, stał jak (cid:298)ak, mn(cid:261)c Źziewczynie na widok bezradnej miny Żloriana znowu na (cid:286)miech si(cid:266) zbierało. W tej(cid:298)e chwili weszła pani Źziewanowska, spojrzała po twarzach młodych ludzi i zagaiła wesołoŚ – A có(cid:298) to na siebie tak spozieracie?... Zo(cid:286)ka, toć przecie(cid:298) krewniak nasz, Żlorek żotar- towski! Źalej, przywitaj(cid:298)e si(cid:266) po bo(cid:298)emu, bo(cid:286)cie nie obcy. Siadaj (cid:298)e za stół, a ty, Zo(cid:286)ka, bierz si(cid:266) do zastawy. Widzisz, (cid:298)e zm(cid:266)czony. Siła drogi przebiegł... a blade to, znu(cid:298)one, ledwo pew- no si(cid:266) trzyma. Zo(cid:286)ka w milczeniu j(cid:266)ła stół okrywać serwet(cid:261) a naczynia z jadłem znosić. Pani Źziewa- nowska, pomagaj(cid:261)c córce, zarzucała Żloriana pytaniami o rodzinie, wojnach, a w ko(cid:276)cu o przyczynie tak gwałtownej podró(cid:298)y. Porucznik dawał krótkie odpowiedzi, taj(cid:261)c jeno wła(cid:286)ciwy powód swego przyjazdu. – Powiadasz wiele – ozwała si(cid:266) nagle pani Źziewanowska – lecz ani rusz nie mog(cid:266) zmiar- kować, po co(cid:286) ty do Warszawy zjechał. Mo(cid:298)e urz(cid:266)du szukasz, stopnia – wybij sobie to z gło- wy. Mało to mój bratanek nadreptał, a nakłaniał si(cid:266) Prusakom? Nie wezm(cid:261) dzi(cid:286), choćby(cid:286) im 18 Ź y s t r a k c j a – roztargnienieś tuŚ rozrywka. 16 dusz(cid:266) zaprzedał, oni samych Niemców tysi(cid:261)cami (cid:286)ci(cid:261)gaj(cid:261) i starostwa, a po ichniemu „amty”19 rozdaj(cid:261)... źhe! Przyznaj no si(cid:266), mo(cid:298)e ty o hipotece przemy(cid:286)lasz? (cid:285)wie(cid:298)y grosz ci pachnie? – żdzie tam! – potrz(cid:261)sn(cid:261)ł przecz(cid:261)co głow(cid:261) porucznik. – Źo ksi(cid:266)cia Józefa chciałem, po- kłonić si(cid:266) wypada... słu(cid:298)yłem pod nim. – Toć wiem! Ale co wy tam w nim widzicie takiego, dalipan, nie rozumiem. – Matuchno! Wszak rycerz to a wódz, krew królewska – wtr(cid:261)ciła Zo(cid:286)ka. – źt! Bajesz! Twoja taka sama królewska. Szlachcic, i do(cid:286)ć. – Wielkiego serca, (cid:298)ołnierz cał(cid:261) dusz(cid:261)! – ozwał si(cid:266) Żlorian. – Na dwoje babka wró(cid:298)yła. Czy to ja nie wiem? Nie Mokronowskam z domu? Nie był to (cid:286)wi(cid:266)tej pami(cid:266)ci Michał pułkownikiem?... Wszystko mu daruj(cid:266), jeno nie onej dworszczyzny a rzucania si(cid:266). (cid:297)ołnierka to zawód honorowy, jednej zawdy pani swojej słu(cid:298)yć nale(cid:298)y. A tenci pułkownikował najpierw Austriakom i a(cid:298) krew w wojnie z Turkiem przelewał za nich, pó(cid:296)- niej ucierał si(cid:266) pod Źubienk(cid:261), to znów wyleciał w obce kraje i licho wie komu przewodził, a potem krewniakowi memu, Mokronowskiemu, był przydany. No i teraz lata, jak op(cid:266)tany, z Jabłonnej Pod Blach(cid:266) i z powrotem, a z Prusakami si(cid:266) zadaje. Pewnie i im jaki regiment wy- musztruje. Mo(cid:298)e nieprawda? Żlorian pokiwał niedowierzaj(cid:261)co głow(cid:261) i rzekłŚ – Pani dobrodziejko! Ci(cid:266)(cid:298)kim zarzutem obrzucacie ksi(cid:266)cia. Ma on niech(cid:266)tnych sobie wie- lu, i któ(cid:298) ich nie ma? Lecz jam patrzył na niego, jam go widział, gdy na czele oddziału kawa- lerii szar(cid:298)ował na góry szwedzkie, obsadzone pod Marymontem przez Prusaków... – Za co go potem zdrajc(cid:261) ogłoszono... – przerwała z impetem pani Źziewanowska. – I gdyby nie dzielno(cid:286)ć Ź(cid:261)browskiego, Warszawa ju(cid:298) wtedy byłaby zdobyta. – Być mo(cid:298)e! Niemniej kl(cid:266)ska nie ksi(cid:266)cia była win(cid:261) – upierał si(cid:266) porucznik. – Ot, ludzkie j(cid:266)zyki i nic wi(cid:266)cej! – zauwa(cid:298)yła rezolutnie Zo(cid:286)ka. – A ty znów swoje! Powiadam waćpanu, czasem wytrzymać ci(cid:266)(cid:298)ko z t(cid:261) dziewczyn(cid:261). Nie mówi(cid:266) waćpan, małej jeste(cid:286) jeszcze rangi oficerem, ale co o wojskowych rzeczach poj(cid:266)cie mieć musisz... lecz ona!... Ubrdało si(cid:266) jej widzieć w ksi(cid:266)ciu bohatera i ani wybić tego z gło- wy!... Żlorian zacz(cid:261)ł si(cid:266) zbierać do wyj(cid:286)cia, tłumacz(cid:261)c ch(cid:266)ci(cid:261) udania si(cid:266) na pokoje do ksi(cid:266)cia. Pani Źziewanowska wstrzymywała goŚ – Jak(cid:298)e to waćpan my(cid:286)lisz? Tak, w tej odzie(cid:298)y?... Bo(cid:298) ci(cid:266) przyjmie?... A wiesz(cid:298)e, gdzie go – Źroga na ko(cid:276)cu j(cid:266)zyka u (cid:298)ołnierza, a strój, bacz(cid:261)c na podró(cid:298), jak(cid:261) odbyłem, ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266) da- znale(cid:296)ć? ruje. – Ja bym mogła wskazać drog(cid:266) panu porucznikowi – odezwała si(cid:266) niespodzianie Zo(cid:286)ka. – Ty! – podchwyciła pani Źziewanowska. – Co wygadujesz! A znasz(cid:298)e waćpan miasto? – Ot... ledwie sobie przypominam cokolwiek – odrzekł Żlorian spogl(cid:261)daj(cid:261)c na zarumienio- n(cid:261) twarzyczk(cid:266) pułkownikówny. – Hm! To niedobrze. Widzisz waćpan, u nas niebezpiecznie wygadać si(cid:266), (cid:298)e z legionów wracasz... Łatwo by ci(cid:266) mogła spotkać jaka przygoda. Z Prusakami (cid:298)artów nie ma. Ju(cid:298) b(cid:266)d(cid:266) pewniejsza, jak ci(cid:266) ona przeprowadzi... Zo(cid:286)ka wdziała spiesznie kontusik granatowy i kołpaczek i wyszli. Porucznik podał z ga- lanteri(cid:261) rami(cid:266) pułkownikównie i zawrócił ra(cid:296)no w stron(cid:266) Zamku. żdy doszli do pałacyku pod Zamkiem, Zo(cid:286)ka chciała wracać do domu, porucznik j(cid:261) za- trzymał, wnioskuj(cid:261)c z zapuszczonych firanek a zasłoni(cid:266)tych okiennic, (cid:298)e ksi(cid:266)cia w domu nie ma. Jako(cid:298) przypuszczenia go nie zawiodły. Pałacyk Pod Blach(cid:261) był zamkni(cid:266)ty. Kr(cid:261)(cid:298)(cid:261)c dokoła zabudowa(cid:276), po długich rozpytywaniach dowiedział si(cid:266) od ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266)cego pacholika, (cid:298)e przed trzema dniami dwór wyjechał do Jabłonnej na wielkie polowanie i (cid:298)e przed (cid:286)wi(cid:266)tami pewno nie powróci. 19 „A m t y” (niem. Amt) – urz(cid:261)d (starostwo – Kreisamt). 17 Wiadomo(cid:286)ć ta wielce zaniepokoiła Żloriana. Rozkaz był wyra(cid:296)ny. Jechać co ko(cid:276) wysko- czy, byle jak najpr(cid:266)dzej ksi(cid:266)cia dopa(cid:286)ć. Tymczasem porucznik, ufaj(cid:261)c, (cid:298)e u celu podró(cid:298)y sta- n(cid:261)ł, i tak ju(cid:298) sporo czasu był zbałamucił. Jasne czoło Żloriana zaszło chmur(cid:261). Zo(cid:286)ka j(cid:266)ła wnet nalegać o powód nagłego zas(cid:266)pienia. Porucznik wymawiał si(cid:266), jak mógł, a wykr(cid:266)cał. Źziewczyna atoli tak zr(cid:266)cznie na niego napadła, (cid:298)e Żlorian ani si(cid:266) obejrzał, jak wy- gadał si(cid:266) z cał(cid:261) prawd(cid:261). Źopiero gdy pod wpływem jego słów twarzyczka pułkownikówny spowa(cid:298)niała – opami(cid:266)tał si(cid:266) i chwycił j(cid:261) gor(cid:261)czkowo za r(cid:266)k(cid:266). – Waćpanno – rzekł z moc(cid:261). – Posiadła(cid:286) mimo mej woli tajemnic(cid:266)! Zachowaj(cid:298)e j(cid:261), przez miły Bóg, bo nie o mnie tu chodzi, lecz o spraw(cid:266) całego narodu. – Mo(cid:286)ci poruczniku – odparła Zo(cid:286)ka, a głos jej lekko dr(cid:298)ał. – Choćby mnie krajano, słowa nie pisn(cid:266)! Ale – dodała po cichu z u(cid:286)miechem – wa(cid:286)ć do trzymania tajemnic niespory – do- brze, (cid:298)e(cid:286) na Prusaczk(cid:266) jak(cid:261) nie trafił. – Słuszn(cid:261) waćpanna czynisz mi uwag(cid:266). Nie (cid:298)ołnierska to rzecz wygadać si(cid:266) tak, jako smyk pierwszy lepszy. Bogiem si(cid:266) (cid:286)wiadcz(cid:266), (cid:298)e nigdy mi si(cid:266) to nie zdarzyło, choć przez... rozmaite osoby nieraz o to i owo byłem nagabywany!... Niech si(cid:266) dzieje co chce! Zdało mi si(cid:266), (cid:298)e przed tob(cid:261) zełgać nie godzi mi si(cid:266)’... Wracajmy – rzekł porucznik. – Mnie czas w dro- g(cid:266). Źzi(cid:286) na noc do Jabłonnej musz(cid:266). Trzeba. – Trzeba – szepn(cid:266)ła pułkownikówka i zamy(cid:286)liła si(cid:266) smutnie. Nagle twarz jej zadrgała (cid:298)yciem. – Nie! Waćpan zostanie. – Jak to? – zapytał Żlorian z (cid:298)artobliwym zdziwieniem. – Posłuchaj waćpan! Źrogi nie znasz... szcz(cid:266)(cid:286)liwie(cid:286) si(cid:266) prze(cid:286)lizn(cid:261)ł przez stra(cid:298)e pruskie... teraz znowu chcesz ryzykować? żdy ryzyko jest tu niepotrzebne zgoła a niebezpiecznie... – Lecz, mo(cid:286)cia panno... toć s(cid:261) słowa pró(cid:298)ne. Ka(cid:298)dej chwili, minuty straconej bezczynnie w Warszawie, mo(cid:298)e sk(cid:261)din(cid:261)d drogiej, (cid:298)ałować, jako słu(cid:298)bista, musz(cid:266)! Mam czekać dni kilka na ksi(cid:266)cia, gdy jest tu(cid:298), o par(cid:266) mil zaledwie? Papiery dor(cid:266)czone musz(cid:261) być dzisiaj... – Waćpan jechać nie mo(cid:298)esz! – upierała si(cid:266) Zo(cid:286)ka. – Noc(cid:261) stra(cid:298)e na rogatce zdwojone. Waćpanu sprawy publicznej lekcewa(cid:298)yć nie wolno. I co z tego, (cid:298)e (cid:298)ycie swoje narazisz? – Ot! Nie bój si(cid:266) waćpanna. Wyjad(cid:266) zdrów i zdrów wróc(cid:266). Nie taki czart straszny. Zreszt(cid:261) – dorzucił – dwoje nas tylko posiada tajemnic(cid:266)... wi(cid:266)c albo ja, albo waćpanna! Ha! Ha! Pułkownikówna potrz(cid:261)sn(cid:266)ła energicznie główk(cid:261). – Jakby(cid:286) wiedział waćpan, (cid:298)e pojad(cid:266)!... W Jabłonnej mieszka moja chrzestna, pani żro- dzicka, m(cid:261)(cid:298) jej był dawniej murgrabi(cid:261) u ksi(cid:266)cia, dzi(cid:286), chorob(cid:261) powalony, jest na łaskawym chlebie. – Oj, oj! Pali si(cid:266) w główce waćpanny!... – Mówi(cid:266), (cid:298)e pojad(cid:266), to pojad(cid:266)! – powtarzała z uporem Zo(cid:286)ka. – I b(cid:261)d(cid:296) waszmo(cid:286)ć pewien, (cid:298)e (cid:298)aden Prusak nawet palca na mnie nie zakrzywi... – Ba! Ba! Pewnie. żdzie(cid:298)by (cid:286)miał! – potakiwał porucznik w (cid:298)art rozmow(cid:266) obracaj(cid:261)c. Pułkownikówna nie dała si(cid:266) zbić z tropu i napierała na Żloriana coraz gwałtowniej. Po długich ceregielach sprawa stan(cid:266)ła na tym, (cid:298)e porucznik dot(cid:261)d nie ruszy z Warszawy, dopóki nie zasi(cid:266)gnie wiadomo(cid:286)ci od Jana Źziewanowskiego, stryjecznego Zo(cid:286)ki, znaj(cid:261)cego Warszaw(cid:266) na wylot, oraz (cid:298)e przed noc(cid:261) nie wyjedzie, bo choć stra(cid:298)e bywaj(cid:261) zdwojone, lecz zawsze łacniej si(cid:266) przemkn(cid:261)ć a bodaj przemoc(cid:261) wyrwać. Pani Źziewanowska przyj(cid:266)ła młod(cid:261) par(cid:266) potokiem wymówek, które na wie(cid:286)ć o niefortun- nym zako(cid:276)czeniu wyprawy spot(cid:266)gowały si(cid:266) jeszcze. – No, no! To(cid:298)e(cid:286)cie si(cid:266) zasiedzieli! Ja my(cid:286)lałam, (cid:298)e(cid:286)cie chyba ju(cid:298) ze dwa podwieczorki u waszego ksi(cid:266)cia zjedli. Żlorian ucałował r(cid:266)k(cid:266) Źziewanowskiej i poszedł opatrywać ostro(cid:298)nie w(cid:266)zełek, a potem zbiegł na dół do chłopca stajennego, nakazuj(cid:261)c mu, aby konie miał opatrzone i gotowe do drogi. Ruchy te nie uszły bacznego oka Zo(cid:286)ki. Lecz słowa nie rzekła. J(cid:266)ła si(cid:266) tylko naprzy- 18 krzać matce, aby po Janka Źziewanowskiego słać i na wieczór go poprosić. Pani Źziewanow- ska wzruszyła ramionami na to natarczywe a niespodziewane napieranie si(cid:266) córki, lecz, przy- pisuj(cid:261)c to jej kapry(cid:286)nemu charakterowi, uległa pro(cid:286)bie. Nim atoli zd(cid:261)(cid:298)yła wyprawić dziewk(cid:266) słu(cid:298)ebn(cid:261) – najniespodziewaniej wszedł Jan Źziewanowski. – O wilku mowa, a wilk tu! – zakrzykn(cid:266)ła pułkownikowa. – Miałam po ciebie słać. Zo(cid:286)ka mi si(cid:266) napierała ciebie zobaczyć. Bacz, (cid:298)e go(cid:286)cia mamy! Żlorek żotartowski... spadł dzi(cid:286) niespodziewanie! Wraca z legionów! – dodała ciszej. – Z legionów! żdzie(cid:298) on? – przerwał porywczo Jan. – Niech go zobacz(cid:266)!... To(cid:298) go(cid:286)ć do- Wszedł Żlorian. Młodzi ludzie podali sobie r(cid:266)ce. Spojrzeli sobie wzajem w oczy i ponowili u(cid:286)cisk dłoni. Za Żlorianem wsun(cid:266)ła si(cid:266) po cichu Zo(cid:286)ka. Źostrzegł j(cid:261) wnet Jan. – Tu(cid:286) mi, siostrzyczko! Jakiej(cid:298) to łaskawo(cid:286)ci szczególnej mam przypisać, (c
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Huragan
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: