Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00514 006952 15343695 na godz. na dobę w sumie
Il regno doloroso - ebook/pdf
Il regno doloroso - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 179
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-136-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Wydana w 1924 r. powieść „Il regno doloroso” jest jednym z ostatnich utworów Stanisława Przybyszewskiego. Sugestywny język i osobliwa stylistyka Przybyszewskiego tworzą duszną atmosferę tekstu o mrocznej epoce, kiedy to zabobon i lęk przed nieznanym prowadziły do krwawych spektakli.
Czytelnika, znającego dekadenckie manifesty autora „Requiem aeternam”, może zadziwić wstęp, w którym Przybyszewski deklaruje, jak szerokie studia źródłowe poprzedziły napisanie powieści. Rzeczywiście, bohaterowie noszą imiona postaci znanych z XVI- i XVII-wiecznych procesów o czary, w dialogach pada też wiele tytułów z literatury demonologicznej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Stanisław Przybyszewski IL REGNO DOLOROSO universitas IL REGNO DOLOROSO K L A S Y K A M N I E J Z N A N A Stanisław Przybyszewski IL REGNO DOLOROSO Kraków © Copyright for Klasyka Mniej Znana by Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych 3 UNIVERSITAS, Kraków 200 978 ISBN TAiWPN UNIVERSITAS 83-242-1136-4 Projekt okładki serii Ewa Gray WIATYK: Czary i czarownice! Widzę kpiący uśmiech: przecież tego nie ma ani nigdy nie było. Wiek dziewiętnasty uprzątnął doszczętnie wszelkie za- bobony i gusła, olbrzymie światło oświecenia rozprószyło grubą, gęstą mgłę, jaką mózg ludzi nie tyle średniowiecza, ale więcej może ludzi, których reformacja Lutra doszczętnie ogłu- piła, był przez tyle wieków spowity. Co za potworny przesąd, żeby jakaś kobieta mogła czaro- wać! Te osiem milionów (prawdopodobnie daleko więcej) czarownic, które na stosach spłonęły, to tylko nieszczęsne ofiary niepojętych wierzeń, które – oczywiście Kościół wyhodował – nie wiadomo tylko, w jakim celu. Przeciwnie: Kościół przez dziesięć wieków usilnie się starał wierzenia te wytępić; wierzenia, które przejął w spuściźnie po zamarłym świecie pogańskim – Canon Episcopi, który praw- dopodobnie przypada na wiek XI, wyraźnie zakazuje wierzyć pod utratą zbawienia w powietrzne jazdy czarownic z Dianą na czele, zwraca się przeciwko wierzeniom w czary i gusła, zwraca się do duchownych, by w tym sensie lud pouczali, ale ten racjonalistyczny Canon, który by również dobrze mógł i w naszym stuleciu być napisany – taki jest mądry, sprawie- dliwy i ludzki – na nic się nie zdał, nawet na odwrót utrwalił ówczesną ludzkość w ich niczym niewzruszalnej wierze, że człowiek (a zwłaszcza kobieta) rozporządza ukrytymi, dla zwy- kłego śmiertelnika nieznanymi siłami, które pozwalają mu czynić cuda – niesłychane dobrodziejstwa, o ile są wywołane świętą i kochającą wolą – szatańskie zbrodnie, jeżeli są kiero- wane, złą, zazdrosną, zemsty chciwą „imaginacją”. 5 Były – były i są dotychczas czarownice. Dziś pozostała tylko ich śmieszna karykatura: groteskowe „sujet”, ślepo uległe swemu hipnotyzerowi, bezwolne narzę- dzie w rękach jakiegoś partacza, który po jarmarkach albo śmiesznych i ogłupiających „séance’ach” swoje mizerne sztuczki z tym często oszukańczym swoim „sujet” pokazuje. Bez swego menagera dzisiejsze nasze medium nic zdziałać nie potrafi, bez tak zwanego „łańcucha” nawet na najżarliwsze żądania żaden stołek się nie podniesie. Całkiem inaczej „medium” średniowieczne! Uniezależniło się od obcej hipnozy, od „łańcuchów”, przynajmniej widzial- nych; to „medium” mogło bez niczyjej pomocy wyłonić swo- je „astrosoma” ze swego ciała, nie potrzebowało nawet ku temu ani żadnych maści, ani żadnych przyborów – może to tylko dla początkujących „czarownic” było potrzebne – dla niej starczyła chwila snu, by mogła opanować doszczętnie swoje „astrosoma”, kierować nim według swej woli, wysyłać je na setki mil wokoło, aby po powrocie „astrosomy” do ciała wiedzieć, co się w tym ogromnym obrębie dzieje; to medium było w stanie dematerlizować przedmioty, a potem je w ciele upatrzonego osobnika jako „injecta” rematerializować, wy- woływać choroby, spustoszenia w organizmie ludzkim i zwie- rzęcym i sprowadzić powolną a niechybną śmierć. Czarownica–„medium” żyła ustawicznie na dwóch platfor- mach, fizycznej i astralnej – granica między nimi była tak płynna i niewidoczna, że czarownica nawet sprawy sobie z tego nie zdawała, na jakiej się w danej chwili znajdowała. I mocą niesłychanego jasnowidztwa, wobec jakiego jasno- widztwo medium z Prévost niemowlęcym przeczuciem się wy- daje, poznała czarownica ukrytą duszę roślin, astrosomę rośli- ny, Leffas, jak ją wielki mag średniowiecza, Paracels, nazywa, wydobywała z jednych najjadowitszą truciznę, z drugich nieza- wodne środki lecznicze – w ustawicznym zetknięciu z „duszą” wszechświata wiedziała, w jakim świetle odbywa się w nich 6 przemiana soków, niedawno jeszcze dobroczynna, a o północy może zabójcza – i ona to stworzyła oną astrologiczną botanikę, którą wszystkie „enchiridia” są przepełnione. Ale nie tylko to: Czarownica była członkiem – to nie ulega już żadnej wąt- pliwości – jakiejś po całym świecie porozrzucanej sekty, prze- chowującej w najgłębszej tajemnicy wszelkie arkana, jakimi rozporządzała swoją drogą każda sekta, wojująca z Kościo- łem powszechnym. Znała przepotężną magię słowa, tę magię, której rudimentami i Kościół sam się w swoich inwokacjach posługiwał, z tą tylko różnicą, że z słowa, bezmyślnie przez sługi Kościoła paplanego, dawno już dusza uleciała, a w sło- wach zaklęć czarownicy żyła z równą siłą i potęgą jak w ka- balistycznych zaklęciach jakiegoś rabi Meïra, lub w XVI wie- ku, rabi Luria, który zaklęciami swoimi umarłych z martwych wskrzeszać zdołał. Wszystkie te zaklęcia czarownic na sabacie to tylko zdepra- wowane i pokaleczone imiona złych geniuszów Kabbali, a wszystkie te nieartykułowane wrzaski i okrzyki, Aïe, hun, va, he, ar – to żywcem wzięte z liturgii Mitry, niedawno od- nalezionej, która nas tak samo zdumiewa, jakby zdumiewa- ła, gdyby świat nasz miał się zapaść, liturgia rzymskiego Ko- ścioła po ubiegu jakichś dziesięciu tysięcy lat – naszych po- tomków. Wrzaskami, ryczeniem, gwizdaniem, chrapaniem nieludz- kim, kichaniem, spaniem, ba! nawet – wstydliwie uszy niech się zatkną – puszczaniem grzmiących wiatrów chwalono i czczono Mitrę: sabat czarownic przechował nam tę zdumie- wającą liturgię w znacznej części. Ale nie tylko to: w sabatach czarownic odnajdujemy prak- tyki sekt gnozy: Barborianów, Eutychianów, a przede wszyst- kim Harpokratów – tak potworne praktyki, że jakiś czas wy- dawały się zaciekłymi wymysłami Ojców Kościoła, a tym- czasem potwierdza je „Pistis Sofia”, niejako „Nowy Testa- 7 ment” gnostyków samych, i ubolewa nad nimi z najwyższym wstrętem i oburzeniem. Z Kabbali żydowskiej przedostało się do szatańskiej liturgii sabatu mnóstwo imion najwięcej złych i zbrodniczych „ge- niuszów”, wzywanych w praktykach czarnej magii, po za tym przekleństwa, jak np. „Havajoth”, wykrzyk upadłych anio- łów, którzy z Samiazą na czele przez Boga na ziemię strąceni zostali, bo pokochali ziemskie dziewice – czytajcie niesłycha- ne wizje w księdze Hennoch, z której Dante tak obficie czer- pał! – „Emen-Hatan” to okrzyki tessalońskich czarownic – a w ustawicznie powtarzającym się Aïe nietrudno dopatrzeć się zepsutego Evohe! Jednym słowem: liturgia sabatu to synkretystyczne zlanie się wszystkich satanistycznych (po pogańskiej Hekacie oddzie- dziczył chrześcijański Szatan piersi niewieście, spadające mu aż na brzuch) i phallistycznych obrzędów pogańskich (phal- lus Szatana odgrywa olbrzymią rolę). W sabacie czarownic żyją, przechowywane z największym pietyzmem – parodystycz- ne msze Katarów i sekty Vaudois – msze tak potwornie bluź- niercze i taką nienawiścią ku Kościołowi dyszące, że wierzyć się nie chce, iżby mózg ludzki tak niesłychane blasfemie zdo- łał wymyśleć. Dla badacza porównawczej historii religii, a zwłaszcza sekt, przedstawia sabat czarownic niezmiernie obfite źródło – trze- ba tylko umieć z niego czerpać. Poza tym nie był obcy czarownicy „Tarot” Cyganów, ta najstarsza księga, jaką ludzkość posiada, wypisana na kartach do gry, zawierająca najgłębsze tajemnice, jakie duch ludzki Bogu wydrzeć zdołał, a zarazem potworne, zbrodnicze narzę- dzie najpodlejszych ludzkich namiętności – czarownica, mocą swego jasnowidztwa, umiała lepiej od Cyganów wyczytać z nich przeszłość i przyszłość ludzką, a bogaty dar, jakim Cy- ganie Europę obdarzyli – „Solanaceae” wzbogaciły niepomier- nie toksykologiczną wiedzę czarownicy. 8 Ale zbytnio się zapędziłem. W tej przedmowie do mej po- wieści nie mogę oczywiście ani nie mam zamiaru dać mono- grafii czarownicy – a dam ją istotnie niezadługo i to już ściśle rzeczową, a jeżeli o to idzie: naukową – na razie pragnę tylko dać parę słów wyjaśnień. Do tej powieści, a raczej historycznego dokumentu, stwo- rzyła fantazja autora li tylko ramy. Opowieść sama to słynny proces czarownic w małej baskij- skiej prowincji Labourt, przeprowadzony w 1610 r. przez słyn- nego De Lancre, którego Michelet uważa za lekkomyślnego clowna nieomal, łatwowiernego, zbrodniczego błazna, okul- tyści zaś za jedynego daemonologa, który w niejedno był wta- jemniczony, z czym się swoją drogą temu, który czytać umie, na niejednej karcie swego „wiekopomnego” dzieła: „De l’in- constance des démons” zdradza. Proces ten, który cały wiernie w mym dziele wykorzysta- łem, posłużył mi równocześnie za kanwę, na której mogłem utkać wściekle wzorzysty kobierzec całej daemonologii, po- cząwszy od jej ojców: Turrecrematy, Alfonsa de Spina, aż het ku tym najuczeńszym i najniebezpieczniejszym dla cza- rownic: do Remigiusza, De Lancre’a, Roberta Fludda, Del Rio, twórcy satanistycznej encyklopedii – wspaniałe dzieło tego niezmiernie uczonego i erudycją zdumiewającego jezu- ity: „Disquisitiones magicae” gorąco polecam, jak również dzieło krwiożerczego Remigiusza, „De daemonolatria”, pi- sane zwięzłą, powiedziałoby się ekspresjonistyczną łaciną, godną Tacyta lub Swetoniusza, a już całkiem „moderne” rabulistyką zachwyca „Sadducismus triumphatus” Glanvil- la – lekkością i barwnością stylu przypomina dzieło Gril- landusa, zwłaszcza tam, gdzie niezmiernie żywo opowiada przygody czarownic, Guy de Maupassanta, a artyzm aneg- dot, przytaczanych przez Sinistrari d’Ameno w jego „De suc- cubis et incubis”, przyniósłby zaszczyt wytwornemu współ- czesnemu pisarzowi. 9 A jak żywo przypomina Prierias zaciekłą zapalczywość Huysmansa w jego przedmowie do dzieła Jules Blois’a: „La sorceuerie et la magie noire”! Ale wśród nich wszystkich dzierży prym De Lancre. Wysoce wykształcony, doskonały znawca starożytnych pi- sarzy, odbywał podróże w Włoszech, przebywał, jak się zda- je, dłuższy czas w Neapolu, poznał tam słynnego A Porta, wtajemniczony był w mnóstwo praktyk włoskich czarownic, a równocześnie zaznajomił go A Porta z tym, co się dzisiaj „hipnotyzmem” i „suggestią” nazywa, karykaturalnym mał- powaniem tego, co naonczas, praktykowane przez potężnych magnetyzerów, a do takich należały bez wątpienia i czarow- nice, jak to z tysiącznych procesów czarownic wynika, było tak niesłychanym i niewiarogodnym środkiem oddziaływa- nia na ludzi, że wierzyć by się nie chciało, gdybyśmy nie po- siadali na początku XIX wieku jak najwiarogodniejszych świa- dectw magnetyzerskiej działalności hipnotyzerów iście olbrzy- miej mocy, może ostatnich, obdarzonych tak wyjątkową siłą, w pierwszym rzędzie działalności Mesmera, Puy Séyura, któ- remu przypisują odkrycie tak zw. „somnambulizmu”, a przede wszystkim całkiem już wyjątkowego magnetyzera: Du Potet. W całej mej powieści posługiwałem się, o ile możliwe, ję- zykiem diabologów, a nie ma tu jednego zdania, którego bym nie mógł poprzeć ich nieraz aż do znudzenia rozwlekłymi wywodami. Właściwie jest ta quasi-powieść jak najsumien- niejszą źródłową pracą – jedyna „licentia poetica”, na jaką sobie pozwoliłem, ta jedynie ta, że w proces w Labourt wplo- tłem mnóstwo szczegółów z Bodinusa: „De daemonomania”, z wyżej wspomnianego Remigiusza, dalej szczegóły z pierw- szych procesów, przeciw czarownicom jeszcze za czasów prze- śladowań Katarów, kiedy to po raz pierwszy pojawiło się około 1300 r. słowo „sabat”. A uczyniłem to jedynie dlatego, raz, by dać jak najwierniej- szy całokształt sabatu i wszystkiego, co z nim związane, a na- 10 stępnie, by rzucić choć odrobinę światła na jego powstanie i rozwój. Oczywiście korzystałem dużo z pism nowoczesnych okkul- tystów, jak Eliphas Lévy, Stanisław de Guaita, Papus, Jules Blois – samo przez się rozumie, że bez głębszej znajomości okultyzmu „czary i czarownice” pozostaną i nadal potwor- nym przesądem ciemnego średniowiecza – a przede wszyst- kim pilnie wczytywałem się w pisma Paracelsa, który widocz- nie był całkiem wtajemniczony w praktyki czarownic, jak tego dowodzi jego „Paramirum”, a przede wszystkim „Philo- sophia sagax”, wczytywałem się w IV księgę Corneliusza Agry- py: „De philosophia occulta” – księga ta jest ponoć apokry- fem, w co mi się nie bardzo chce wierzyć, natomiast rozu- miem, dlaczego Agrypa tak gwałtownie się jej wypierał: zbyt dużo w niej zdradził, by się nie lękać zemsty „wiedzących”. I nie pogardziłem nowoczesnemi „naukowymi” badaniami w tym kierunku. Snop światła na czary i czarownice rzucają zdumiewające eksperymenty Rochas’a („L’exteriorisation de la sensibilité”) Durville’a („Le phantome vivant”) Dr. Louys („Les faits”) Baraduca i tylu innych – wśród niemieckich uczo- nych szczególnie pisma barona Łazarza Hellenbacha, Dr. Carl du Prela i Kiesewettera. Tak więc ta powieść moja jest właściwie tylko – raz jeszcze powtarzam – sumienną, źródłową pracą, a niestety nie mogę się pochełpić tą bajeczną, aczkolwiek wynaturzoną fantazją takiej De la Ralde, szesnastoletniej czarownicy, której wizja Szatana prześciga nawet wizję Danta, gdy kreślił obraz swe- go: „Principe del Regno Doloroso”. Gdańsk, lipiec 1923. 11 I. Gaston de la Croix wrócił pod wieczór z uciążliwej wędrówki do domu. Rozejrzał się wokół i roześmiał szyderczo: te cztery odrapane ściany dość obszernego pokoju, zawalone najrozmaitszymi rupie- ciami, które pani powyżej położonego zamku, ponoć bardzo pięk- na wdowa po zmarłym markizie d’Espinasse, przysłać raczyła – jemu, który przecież był siostrzeńcem przedstawiciela najwyższe- go prokuratora w Bordeaux, Wielmożnego Pana De Lancre – własny jego na wpół rozpakowany, obszerny kufer podróżny – jakżeż w tym całym nieładzie zamieszkać, jak się tu zaaklimatyzo- wać i czuć jako tako dobrze, jemu, przyzwyczajonemu do najwy- kwitniejszych salonów w Bordeaux, a przede wszystkim do zacisznego, a tak wytwornie urządzonego mieszkania, jakie mu wuj jego w lewym skrzydle swego pięknego pałacyku wyznaczył. Chwilę stał bezradny – rozglądał się dokoła, przyjrzał się bli- żej meblom, które podczas jego nieobecności nadeszły, i po- cieszył się. Coś się z tego da jednak urządzić: stół z nadłamanymi noga- mi da się łatwo naprawić, odrapane ściany pokryje makatami i dywanami perskimi, jakie z sobą przywiózł, ten tam fotel z obiciem, które zdradzało jeszcze dawną świetność, bardzo wygodny, ta na wpół rozbita szafa da się przecież jako tako skleić: świetne w każdym razie pomieszczenie dla jego pod- ręcznej biblioteki, jaką zawsze ze sobą woził – łóżko obszerne i wcale wygodne... Odetchnął swobodniej. Zresztą, czym to wszystko wobec tej niepokojem i lękiem biją- cej nadziei, że tu będzie mógł odsłonić rąbek tajemnicy, która mu przez tyle lat spokoju nie dawała, sen mu odbierała, a mózg 13 jego tysiącem nierozwikłanych, przerażających zagadek przemę- czała. Trzeba się rozgościć. Ale gdzież się podział służący Jean? Gdzie by go szukać? Przypomniał sobie, że posiada przecież dzwonek, którym pod- czas obrad w municypium bordoskim przywoływał niesfornych radców do porządku – poprzewracał wszystkie rzeczy w kufer- ku, powyrzucał zeń i kosztowne makaty, i ogromny dywan, któ- ry – uśmiechnął się zadowolony – tę najgorszą ścianę zakryje, troskliwie powyciągał ogromne folianty i kilkanaście przepysz- nie oprawionych ksiąg, i wreszcie dobrał się do dzwonka o spo- rych rozmiarach, otworzył maleńkie okienka, widocznie świeżo naklejone olejem nasiąkniętym papierem, i zaczął gwałtownie dzwonić. Za chwilę powychylały się z otworów nędznych chałup, przyle- głych do domu, w którym dano mu mieszkanie, a który pysznił się nazwą ratusza, ciekawe, a zarazem wystraszone głowy mło- dych i starych kobiet, spoza węgłów domostw wynurzyła się zgraja na wpół nagich dzieciaków – poszturchiwało się to i wysuwało naprzód, a potem nagle znikało, jakby je wiatr zwiał, by na nowo wybiec na plac przed ratuszem w małpich, nieprawdopodobnie zwinnych skokach, i znowu nagle zniknąć. Po chwili wbiegło na mały placyk kilku zbrojonych ludzi, zwa- bionych niezwykłym alarmem dzwonka, ludzi, których St. Croix przywiózł z sobą dla swego bezpieczeństwa, a na ich czele zdy- szany, wierny sługa Jean. – Gdzieś był? – Szukałem pana; tyle godzin na próżno, czekałem... A to sza- tańskie plemię knuje coś niedobrego – wszystkie drogi zawalone uciekającymi ludźmi – wszystko to gna przed siebie w najdzik- szym popłochu i przerażeniu, bo już się dowiedzieli, że komisja śledcza z najwyższym prokuratorem na czele znajduje się zaled- wie o dwie doby stąd. – A więc uciekają? – Jak rozhukana trzoda, przez samego diabła pędzona. – Widać mają nieczyste sumienie – mruknął St. Croix. 14 Nie było to dla niego nowiną. Już po drodze zauważył gro- madki ludzi, w trwożliwym popłochu kryjących się w wąwozach i rozpadlinach gór, skoro tylko ujrzeli zbliżającą się jego karocę. Uśmiechnął się wtedy dobrotliwie: ...Nie szkodzi. I tak będzie miał wuj jeszcze dość obfite żniwo. – Szatańskie plemię! – wywodził Jean – jak żyję, nic podobne- go nie widziałem... Ni to ludzie, ni małpy; nie chodzą, ale fru- wają, tu się pokaże, tu zniknie, tam znowu jakby spod ziemi wyrósł, a za chwilę, jakby się w piekło zapadł. Nikogo tu przyła- pać nie można, a wejść do jakiejś chałupy, to baby śpią, a śmierdzą tak, że aż źle się robi. St. Croix uśmiechnął się. Jean nie wiedział, że wszystkie kobiety w tej zapadłej okolicy palą roślinę petun czy też nikotianę, wdychają w siebie ten smro- dliwy dym, odurzają się nim i zapadają w ciężki sen. I zauważył St. Croix podczas swej długiej przechadzki, że nie było ani jednej choćby najnędzniejszej lepianki, która by nie miała małego ogródka, w nim zaś nie rosło, troskliwie pielęgnowane, to trujące zielsko. Mówił mu o tym kiedyś jego wuj, który tu zeszłego roku oczysz- czał już tę nieszczęsną prowincję, zapowietrzoną czarownicami. W tym dymie nikotiany, którym się nieraz i cztery razy na dzień odurzają, szukają zapomnienia o całej tej strasznej nędzy, w ja- kiej żyją, i dym ten najlepszą jest obroną przeciwko żrącemu uczuciu głodu, i dym ten wprawia je prawdopodobnie w eksta- zę, w jakiej z diabłem się łączą. A musi to być silny i trujący narkotyk, jeżeli oddech tych, co go używają, tak śmierdzi i całe ciało ich tak przenika, że z trudem można w ich pobliżu wytrzymać. ...Nie dziw – zakonkludował St. Croix – że nietrudno tym ba- bom całować bardziej jeszcze smrodliwą rzecz, jaką jest tyłek Szatana. A może nawet ten tyłek mniej cuchnie od nikotiany? – No! Do roboty! Trzeba tu trochę uporządkować – wygląda tu jak w świńskim chlewie! – To już musimy sami zrobić – zadecydował Jean – tu z nikim pogadać nie można, bo szwargocą wszyscy jakimś diabelskim językiem, którego żaden chrześcijański człowiek nie rozumie. 15 A za łeb żadnej dziewuchy nie uchwycisz, bo żebyś, Bóg wie, jak silnie ją w garści trzymał, to wyślizgnie się, jak wąż. – Już ją sprawiedliwe ramię przytrzyma – St. Croix uśmiechnął się szyderczo i wkładał troskliwie książki, folianty, manuskrypty i rozmaite astronomiczne przyrządy do szafy. Z wolna jął do niedawna brudny i obszarpany pokój przybie- rać całkiem inny wygląd. Makaty i dywany pokryły świetnym bo- gactwem brud i nędzę; na marnej podłodze, w której dyle tak brud się już wżarł, że przybrała ona barwę skamieniałego drze- wa, rozesłał się bogaty kobierzec; duży stół, który chybotał się na wszystkie strony, umocnił Jean listwami, pozbijał go, uszczelnił, a pokryty ogromnym i wzorzystym obrusem flandryjskim, wcale pokaźnie się przedstawiał, i w całej tej nowej świetności odżył i stary, obszerny i wygodny fotel; wypłowiałe barwy jego nabrały nowego blasku i nadspodziewanie wyłoniły się złote esy i floresy na oparciach i siedzeniu. Po dwugodzinnej pracy wyciągnął się St. Croix wygodnie w fotelu i z zadowoleniem skonstatował, że ostatecznie nie będzie mu tak trudno zapomnieć o zbytkownej pracowni w Bordeaux. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Jean podskoczył ku drzwiom i otworzył. Na progu ukazał się wysoki, barczysty mężczyzna w czarnej sutannie. I głęboko się pokłonił: – Nazwisko moje Ducrot. Jestem kapelanem i spowiednikiem markizy d’Espinasse, pani tych gór i tej morskiej zatoki, i tych nędznych kilkunastu wsi, którym pan miał szczęście podczas dzisiejszej przechadzki bliżej się przypatrzyć. St. Croix podsunął kapelanowi fotel, ale ten szybko pochwycił obok stojący zydel, siadł na nim i zmusił St. Croix, by sam zajął fotel. – Pan musi być bardzo zmęczony po tej długogodzinnej prze- chadzce, ja zaś potrzebuję zaledwie godziny, by zejść w to pie- kielne gniazdo czarownic. – Ale skąd pan wie, żem ja dziś odbywał tak długą przechadz- kę? – Nic łatwiejszego nad to – z wieży zamku można ogarnąć widnokrąg na jakieś pięć godzin wokoło, więc ze zdumieniem 16 podziwialiśmy – markiza i ja – jak niestrudzenie pan wspinał się po urwiskach, wglądał w szczeliny skał, przystawał przed piecza- rami, których ogromne mnóstwo w ciągu tysiąca wieków w tych stromych skałach morze wyżłobiło, widzieliśmy nawet, jak pan w jednej z tych pieczar znikł, ale niezadługo dał jednak spokój tej niebezpiecznej wyprawie. Bo trzeba panu wiedzieć, że pod- czas przypływu morze gwałtownie się wlewa do tych pieczar, a biada temu, kto się spóźni z ich opuszczeniem. – Do czego on prowadzi? – pomyślał St. Croix podejrzliwie, przypominając sobie, jak gorąco wuj zalecał mu największą ostrożność w obcowaniu z tubylcami, choćby się najlepszą fran- cuszczyzną posługiwali, a równocześnie przeleciało mu przez głowę, że Lancre, wuj jego, kazał spalić trzech księży, którzy czar- ne msze odprawiali. Ducrot zdawał się jego myśli czytać: – Pan pewnie zdumiony jest moimi odwiedzinami – uśmiechnął się grzecznie – ale przychodzę z polecenia pani markizy, która jest zmuszoną reprezentować tutejszą municypalność... – Jak to? – Burmistrz, wraz z swoimi ławnikami, ulotnił się przed paru dniami na wieść, że wuj pana wespół z całym aparatem sądowym znajduje się już na granicy naszej prowincji. – A więc złe sumienie? – Któż go tu nie ma? – Ducrot wzruszył ramionami. – Tylko nie każdy ma możność ucieczki; inaczej nie znalazłaby tu prze- świetna komisja ani jednej rodziny... – Czyżby? – Mogę panu zaręczyć, że wśród tych trzydziestu tysięcy ro- dzin, jaki ten mały kraik Labourt zamieszkują, nie znalazłby pan trzech, które by nie uwielbiały Szatana, jako jedynego i prawo- witego Boga... Zeszłego roku byłem obecny przy procesach, ja- kie wuj pański tu przeprowadzał – to znaczy byłem tłumaczem, albowiem jedyny w tej okolicy znam język baskijski, równie do- brze jak mój rodowity – francuski... – A-a! Wiem już – opowiedział mi wuj, że ma bardzo dużo panu do zawdzięczenia, sławił pańską znajomość tutejszego ludu i jego obyczajów. 17 – Dwadzieścia lat przebywam już na zamku, miałem więc dość sposobności ten cały lud dokładnie poznać. St. Croix jął się wstydzić swej poprzedniej podejrzliwości i obrzucił bystrym wzrokiem swego gościa. Mądra, dobroduszna twarz, z którą jednak w dziwnym przeci- wieństwie pozostawały wąsko skrojone usta, wokół których raz po raz przebiegał zimny, szyderczy, kpiący uśmiech... Zadziwiły go tylko wielkie czarne oczy, od których ani na chwilę nie mógł się oderwać, a które, jak mu się zdawało, zostały wielkim wysił- kiem woli jakąś mgłą przysłonięte, by ukryć płonący pod nią żar. I znowu uczuł w sobie lekki niepokój. – Tu prawie każda kobieta, wszystko jedno, czy jakaś stara wiedźma, czy młoda i piękna dziewczyna, a bywają tu, i to bar- dzo często, dziewczęta niezwykłej urody, każda w ogóle po- wiedzieć można, jest czarownicą w każdym razie o tyle, że każda wyznaje Diabła i jest jego służebnicą. Te też nie są niebezpiecz- ne. Ale strasznie trzeba się mieć na baczności przed starymi wiedźmami. Kto nie rozporządza dostateczną siłą wzroku – Ducrot uśmiechnął się – tak! dostateczną siłą wzroku – (teraz był St. Croix pewien, że Ducrot czyta w jego myślach, jak w książce) – to znaczy nie jest w stanie sparaliżować wzroku czarownicy, ten przepadł. Siła ta nazywa się w języku magów: repercussio... Ducrot spojrzał badawczo na St. Croix i na chwilę buchnął z jego osadzonych głęboko oczu ów złowrogi żar, który St. Croix przeczuwał. – Zresztą pan to musi doskonale znać... – Ja? – Przecież pan zna i De occulta philosophia Corneliusza Agry- py i Philosophia sagax Paracelsa... – Ja? Ducrot uśmiechnął się życzliwie. – Ja wiem, że pan mnie podejrzewa o szpiegostwo – prawda? Nie dziwię się panu, tu nie ma jednego człowieka, który by nie był denuncjantem – ale mnie się pan nie lękaj – grajmy w otwar- te karty. Pan posiada czwartą książkę Agrypy; te niesłychane re- welacje, za które sromotną śmiercią odpokutować musiał. 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Il regno doloroso
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: