Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00098 006119 13109183 na godz. na dobę w sumie
Ile zapłacisz za szczęście - ebook/pdf
Ile zapłacisz za szczęście - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 92
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63783-53-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Opowiadanie kryminalne. Bohater, Benjamin, przeżywa katastrofę samochodową, w której ginie jego ukochana żona w zaawansowanej ciąży z córką. Benjamin nie może się z tym pogodzić. Zaczynają go nękać zwidy, niewyartykułowane przez niego samego myśli. Jest prześladowany przez jakichś ludzi. Dziwny jest ten jego świat realny. Kto go ściga? Ci, których dobrze znał, okazują się kimś innym. Na końcu ktoś zadaje mu pytanie: „Czymże by było życie bez tajemnicy, co, Benjaminie?”. Obracamy się w swoim świecie, który może być realnym tylko dla nas.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

W college’u kręcił z wieloma dziewczynami, ale naprawdę w głowie zawróciła mu Annie Hordson — niewysoka brunetka o kręconych włosach i pięknych, błękitnych oczach. „Pani zima” — tak nazywał ją Benjamin. Idealnie wyglądała w kolorach zimy. Ciemnoniebieskie, szare, białe, melanżowe. Te wszystkie kolory leżały na niej wprost cudownie. Często zastanawiał się, czy przypadkiem nie ma jakichś nordyckich korzeni, ze względu na bladość skóry i uwielbienie do ostrego mrozu. Mike prowadził agencję marketingową, a Annie pracowała w lokalnej aptece. Wiedli szczęśliwe, pozbawione większych problemów życie. Mieszkali w niedużej, piętrowej rezydencji w stylu wiktoriańskim na Williams Avenue. Zewnętrzne ściany były mieszanką chłodnej bieli i ciepłego, miłego dla oka brązu. Żaden inny dom w okolicy nie wyglądał tak wspaniale jak ich. Tutaj też kochali się, spożywali posiłki i śmiali się, będąc w sobie zakochani coraz bardziej, z każdym upływającym rokiem. Płomień miłości Fosterów tańczył wysoko w niebie, smagany zalotnymi spojrzeniami Mike’a, pikantnie doprawiony lubieżnością Annie. Była to wybuchowa mieszanka, znacznie bardziej gorąca niż wybuch wulkanu, ale zdecydowanie mniej niszczycielska niż tornado. Prawdopodobnie, gdyby nie wizyta Cindy i Benjamina Frozerów, kochaliby się teraz namiętnie w dużym, królewskim łóżku na piętrze, przekrzykując siebie w spazmach orgazmu. Benji porzucił te myśli. Spojrzał na niebo. Jego radość przytłumiło jakieś nieznane mu wcześniej, smutne uczucie. Chmury układały się w coś, co na pierwszy rzut oka przypominało twarz. Frozer zmrużył oczy. Przyglądał się niecodziennemu zjawisku. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się wysoko w niebo zdał sobie sprawę, że jego papieros leży na ziemi, przygaszony przez lodowate zimno śniegu pokrywającego większość tarasu widokowego. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Twarz układała się w sposób coraz bardziej widoczny. Ciemniejsze, kłębiaste chmury tworzyły kontury, a jaśniejsze stanowiły elementy wewnętrzne. Benji szeroko otworzył oczy. Gigantyczna twarz, górująca nad miastem, z wykrzywionym i smutnym grymasem, jakby chciała mu powiedzieć: Raduj się ostatnimi momentami swojego szczęśliwego życia. Nadchodzi jego kres. Niezaprzeczalny kres. Frozer próbował wyciągnąć z kieszeni kolejnego papierosa, gdy zdał sobie sprawę, że miał tylko jednego i niechcący przydeptał go, próbując podejść bliżej końca tarasu. Męska twarz, jakby starszego człowieka, wyglądała okropnie. Patrzyła na niego z wyrzutem. Benjamin opuścił głowę, zerkając na niewielki zwał śniegu, leżący w prawym górnym rogu tarasu. Opuszkami palców przetarł oczy, zamknął je kilkakrotnie i otworzył, a następnie odsapnął, wydając z siebie lodowato białą parę, i spojrzał ponownie na niebo. Twarz rozpłynęła się w ciągu kilku sekund. — Chyba jestem trochę przepracowany — powiedział po cichu Frozer, zerkając na zmiażdżonego, białego papierosa, wystającego nieznacznie spod śnieżnego, zbitego puchu. Odkaszlnął i spojrzał w kierunku drzwi wyjściowych z tarasu. Nikogo tam nie było. Może to tylko przywidzenie? Fakt faktem, pracował ciężko. Od pięciu lat był właścicielem „Electro Uniside” — firmy zajmującej się produkcją układów scalonych. Dorobił się ogromnych pieniędzy, wchodząc na rynek tak ostro, jak jeszcze nikt nie ośmielił się wejść. Działał na maksymalnych obrotach od tylu lat i chociaż był jeszcze młodym człowiekiem, momentami miał dosyć. Czasami ciężko chorował, zdążył trochę wyłysieć ze stresu. Jego szarozielone oczy były wciąż podkrążone z powodu niemożności odpoczynku i wysypiania się. Mimo wszystko nie chciał skończyć tak jak jego ojciec — pracować na budowie i zginąć któregoś pięknego dnia, spadając z wieżowca prosto na głowę i łamiąc sobie kręgosłup. Nie mógłby zostawić Cindy i ich córeczki, dla której wspólnie wybrali imię Anastacia. Maleńka miała się urodzić już niedługo. Ta myśl napędzała Benjamina jeszcze bardziej. Coś jednak nie pozwoliło Benjiemu po prostu wrócić do środka. Chociaż stał plecami do tarasu widokowego, nie mógł otworzyć drzwi i zniknąć w ciepłym świecie. Przesiadywał na mrozie zbyt długo i zaczął się trząść, ale własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Kątem oka zauważył, że coś przemknęło po balustradzie. Natychmiast odwrócił się w tę stronę. Skulony, ciemny kształt. Benji widział go wyraźnie. Mignął mu przed oczyma i rozpłynął się w zimnym, kalifornijskim powietrzu. Serce Frozera — zwykle spokojne i opanowane — teraz biło szybko jak bęben, w który z całych sił tłukł afrykański muzyk, chcący wywołać jakiegoś potężnego boga albo chociaż kilka kropel deszczu. Przełknął ślinę. Był niemalże pewien, że coś stanęło na balustradzie, machnęło do niego i jakby poślizgnęło się na marmurze, po czym spadło w dół. Na zewnątrz jednak nikogo nie było. Odsunął rękaw skórzanej kurtki i spojrzał na zegarek z kwadratową tarczą i czarnym paskiem. Była siódma wieczorem. „Czas wracać do siebie” — pomyślał. Obrócił się z powrotem w stronę drzwi i wszedł do domu, poklepując się po kurtce i trąc ręką o rękę. Były lodowato zimne. — Już szedłem, żeby zobaczyć, co się stało, stary. Myśleliśmy, że porwali cię kosmici, Benji — zaśmiał się Mike. — Gdyby chcieli zdobyć układy scalone, mogliby odwiedzić Electro Uniside — odpowiedział mu ze śmiechem Benjamin i oparł rękę o jego bark, a potem przeszedł przez ciemny, piaskowożółty korytarz i wszedł do obszernego salonu, stając przy palącym się kominku. Ściany tego pomieszczenia miały przecudowną, jasnozieloną barwę. Benjamin przez chwilę poczuł się jak w wiosennym lesie, pośród budzącej się do życia roślinności, wydającej aromatyczne zapachy. Ciepło bijące od granitowego kominka, napełnionego trzema grubymi polanami drewna, przywróciło mu zdrowy rozsądek i spokój. Zapomniał o twarzy na niebie i dziwacznej, człowieczej sylwetce, spadającej z marmurowej, białej balustrady. Mike mógł nie zauważyć zaniepokojenia malującego się na twarzy Benjamina, ale Cindy i Annie na pewno je spostrzegły. — Coś się stało, Ben? — zapytała żona Mike’a, spoglądając na niego z wykrzywionymi brwiami. Jej alabastrowa twarz na krótkie chwile była odskocznią od dziwnego wydarzenia na tarasie widokowym. — Nie, nic. Chyba jestem przepracowany — powiedział Benjamin, wykonując nieokreślony ruch prawą ręką. — W dzisiejszych czasach słowo „przepracowany” trzeba usunąć ze wszystkich słowników i zastąpić je nowym określeniem: „mam zły dzień” — powiedział Mike. — Jeśli pojawia się „przepracowanie” — kontynuował, wykonując wymowny gest dwoma palcami obu rąk, przypominający cudzysłów — to znak, że trzeba się zwijać z tego świata i wykupić sobie kilka noclegów w hotelu po innej, nieludzkiej stronie życia. Ben spojrzał na Mike’a. Nigdy nie rozumiał jego dziwacznych metafor i maksym, które zwykł opowiadać gościom, przyjaciołom i pracownikom. Zwłaszcza ci ostatni byli najbardziej narażeni na niezrozumiałe przemówienia, w których Foster się lubował. — No cóż, poczekaj. Zadzwonię do tego hotelu i zamówię kilka noclegów. Jak się nazywa ten hotel? Wieczność? Coś takiego? Charonowi trzeba płacić obolami czy wystarczą monety pięćdziesięciocentowe? — zapytał go Benji, a Mike uśmiechnął się, rozumiejąc tę subtelną aluzję. Cindy i Benjamin wyszli na dwór, kierując się do czarnego lexusa. Stać ich było na wystawne życie. Frozer odpalił samochód i poczekał, aż w środku zrobi się ciepło. Oboje zasiedli na swoich kremowych, podgrzewanych, skórzanych fotelach. Cindy zdążyła jeszcze pomachać Annie i Mike’owi, stojącym na tarasie. Wyglądali na takich szczęśliwych. — Co się stało na tym tarasie, kochanie? Wyglądałeś, jakbyś zobaczył ducha. — Popatrzyła na niego ze smutkiem. — To dziwne. Widziałem na niebie jakąś twarz, a potem coś przemknęło po balustradzie tarasu widokowego i runęło w dół — odpowiedział Ben, trzęsąc się na wspomnienie tamtych niezrozumiałych chwil. Cindy przełknęła ślinę. Nie potrafiła sobie wyobrazić tego, o czym opowiadał mąż. Benjamin zerknął na jej śliczne, brązowe włosy, rozwiane przez zimny, lazurowe oczy, kalifornijski wiatr. Patrzyła na niego wyraźnie, rozszerzając wzbogacające ten nijaki, ciemnoszary krajobraz wypełniony śniegiem. Zapadła niekomfortowa cisza. Ben odchrząknął i wrzucił bieg wsteczny, a potem, gdy już wyjechał na drogę, przerzucił na jedynkę i odjechał z piskiem opon. Przejeżdżali drogą stanową 222. Po prawej stronie znajdowało się kilka słabych, wykrzywionych drzewek — symboli miejsca rekreacji Wiley’s Well. Ben zwolnił, gdyż trasa była zaśnieżona i nie chciał doprowadzić do tragedii. Przez krótki moment miał wrażenie, że w pokrytych śniegiem krzewach, słabych i powyginanych, coś się poruszyło. TRACH! ROZWAL SIĘ! Ta sama cienista postać, która jakby poślizgnęła się na balustradzie i spadła w dół. BAM! BAM! BAM! Benjamin przymknął na chwilę oczy, po czym otworzył je, a „coś” zniknęło. Krzewy poruszały się (na pewno!) z powodu wiatru. ROZ-WAL SIĘ! Pokryty śniegiem daszek — miejsce rodzinnych spotkań przy grillu w trakcie letnich upałów — znajdujący się tuż po prawej stronie, za krzewami. Na to zwracał teraz uwagę. BAM! TRACH! ROZWAŁKA! Benjamin zwolnił jeszcze bardziej. Jechał niemalże tak, jakby był tylko pchany wiatrem. Cicho westchnął i pokręcił głową. Cindy zauważyła, że dzieje się z nim coś złego. — Ben — powiedziała, zerkając na niego. — Yhm? Tak? — zapytał, odwracając uwagę od krzewów i daszka, a potem spoglądając w jej śliczne, lazurowe oczy. — Co się dzieje? Wleczesz się jak żółw — powiedziała, pokazując na licznik prędkości. Ludzie mijali ich, wymachując złośliwie rękoma w stronę Bena. — Zobacz, jak oni jeżdżą — odpowiedział, co jakiś czas zerkając w prawą stronę, na krzewy. W pewnym momencie wyjechał zza nich czerwony cadillac. Jechał szybko i wyprzedził ich. SZUUUURRRR!! Ben spojrzał na czarne okna cadillaca, zza których absolutnie nic nie było widać. Samochód podejrzanie przyspieszał. Ktokolwiek siedział za kierownicą, musiał być niezniszczalnym człowiekiem, nieznającym czegoś takiego jak strach. Może to duch? Może Superman został wylany z „Daily Planet” i teraz rozwozi pizzę w przerwach między ratowaniem świata? Nonsens. Kimkolwiek był kierowca czerwonego cadillaca pośród śnieżnej drogi prowadzącej do Palms Spring, dokąd oboje zmierzali, musiał być psychicznie niestabilny. Dociskał pedał gazu do oporu z taką siłą, jakby chciał zmiażdżyć tapicerkę. Cadillac wierzgał do przodu niczym piekielnie czarny ogier puszczany w bezkresne pola, aby dał upust największym emocjom. — No patrz, co za dupek — warknął ze złością Ben, wskazując otwartą dłonią auto, które ich wyprzedzało. — Ben, nie wyrażaj się — stwierdziła z grobową miną Cindy, obserwując poczynania kierowcy cadillaca. ROZWAŁKA! BAM! BAM! BAM! TRACH! Gdy Frozer delikatnie przyspieszył, czerwony cadillac wjechał w szczelinę między pasami i zajął wolną przestrzeń, zaledwie kilka metrów przed Benem. Benjamin gwałtownie wcisnął hamulec i odbił kierownicą w lewo, cudem unikając zderzenia z niedużym fordem explorerem o kolorze nieba. TRACH! BAM! Stracił panowanie nad autem. Czarny, luksusowy wóz zakołysał się, zatrząsł tyłem jak zgrabna modelka, uwodząca mężczyzn przechodzących po ulicy, a potem prawym, przednim bokiem zjechał z trasy i wjechał w odśnieżoną, wąską ścieżkę, prowadzącą w głąb Wiley’s Well. ROZWAŁKA! CIACH! Masa auta była na tyle wielka, iż obracali się dookoła własnej osi, jak tancerze na lodzie wykonujący wspaniałe piruety. Benjamin miał wrażenie, że czas nagle spowolnił. Sekunda stała się minutą, a minuta godziną. TIK…………TAK………TIK. Wszystko wirowało. Biały krajobraz kłuł go w oczy. Dopiero później uświadomił sobie, że nie ma zapiętych pasów. „Chryste, miej nas w swojej opiece. O Pani nasza, Orędowniczko nasza…” — układał już słowa modlitwy w głowie. Jakaś dziwna, niezrozumiała dla niego siła popchnęła go na drzwi, wskutek czego uderzył w klamkę i drzwi się otworzyły. Samochód nie zwalniał, ale wjechał na kamień, kołami od strony kierowcy, wobec czego auto podskoczyło, a Benjamin wypadł z niego, cudem nie łamiąc sobie kręgosłupa. Runął wprost w puchate zwałowisko śniegu. Cindy — bezbronna i, do jasnej cholery, przypięta pasami — siedziała bezradnie w samochodzie, który wciąż jechał do przodu. 3… Zamknęła oczy. 2… Lexus jechał dokładnie na większe drzewo. 1… Benjamin — wstrząśnięty i zszokowany — podniósł głowę ze śniegu, nie czując lodowato zimnych ramion, które go objęły w momencie upadku. ŁUP! Otwarte drzwi samochodu wygięły się i strzeliły, wywołując mocne trzęsienie samochodu. Cindy została szarpnięta przez czarne pasy, które o mało jej nie udusiły. Zarzuciła głową w lewo, a potem z jeszcze większą siłą w prawo, rozbijając nią szybę od strony pasażera. — Kurwa, nie! Nie, nie! — wrzasnął Benjamin, który nieludzkim wysiłkiem zdołał podnieść się z ziemi, nie czując absolutnie żadnego bólu, a następnie ślamazarnie, co jakiś czas tracąc równowagę, biegł w stronę auta. Gdy już się tam znalazł, zobaczył Cindy. Jej twarz — zakrwawiona i pokiereszowana przez kawałki szyby — symbolizowała kruchość ludzkiego życia. Piękne, lazurowe oczy były puste. Panował w nich emocjonalny chłód. — Boże, nie — wypowiedział z największym trudem, czując, że uczucie tęsknoty i szok zaraz poderżną mu gardło i nie będzie w stanie wydać z siebie nawet najmniejszego westchnienia. Odszedł kilka kawałków od rozbitego auta, zgiął się w pół i zwymiotował. Targany okropnymi spazmami, podkręcanymi przez lodowaty wiatr Kalifornii, którego wcześniej nie odczuwał, ledwo mógł ustać na nogach. Nie wyczuwał mięśni nóg. Pękły mu ścięgna? Niemożliwe, chociaż… dlaczego nie? Runął na ziemię, wprost w twardy, ubity śnieg. Mrugał oczyma. Były jak kurtyna, która opadała, a potem ktoś nie mógł się zdecydować i wciąż ją podnosił. Gdzieś zza mgły, otaczającej jego pole widzenia, dojrzał ostre, niebieskie światło. Nadjeżdżała karetka pogotowia. Benjamin zamknął oczy. Stracił przytomność.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ile zapłacisz za szczęście
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: