Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00280 004811 14834908 na godz. na dobę w sumie
Indygo - ebook/epub
Indygo - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 172
Wydawca: Literate Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-221-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook (-17%), audiobook).

W Baskin Zachodnim dzieci znikają bez śladu niemal od zawsze. Uciekają z domu czy są uprowadzane? Żyją czy umarły? Nikt nie wie, jaki spotykał je los.

Nikt prócz Kusaka. Sadystycznego seryjnego mordercy, który je porywa i w bestialski sposób morduje. Równie wiele przyjemności jak torturowanie ofiar sprawia mu gra jaką prowadzi z lokalną społecznością i policją. Psychopata na co dzień przybiera różne maski: wzorowego obywatela, sympatycznego sąsiada, wolontariusza zaangażowanego w pomoc rodzinom ofiar. Karmi swoje ego ich cierpieniem, bezradnością i łatwowiernością. Czuje się bezkarny.

Los stawia jednak na jego drodze nietypowych przeciwników. Dwoje nastolatków połączonych tragedią i wspólnymi tajemnicami odkrywa, jaki los spotyka zaginione dzieci.

Nieprzygotowani wkraczają w świat dorosłych. Odnajdują prawdę, przyjaźni i miłość. Płacą za to wysoką cenę. Być może zbyt wysoką?

Michał Chmielewski zabiera nas ponownie do Baskin Zachodniego. „Indygo” to zupełnie inna opowieść niż „Złe”, ale równie prawdziwa, mocna i warta przeczytania!

-----------

Surowy styl Chmielewskiego brawurowo wciąga w mroczną historię. Nie ma tu zbędnych słów, zbędnych scen. Jest zło. Prawdziwe, upiorne, zatrważająco bliskie. Kiedy sięgniesz po „Indygo”, nic już nie będzie takie jak przedtem.

Agnieszka Sudomir, autorka serii Miasto Obiecane

-----------

Sięgając po Indygo nie sądziłam, że zawładnie ono moją głową. Inny niż wszystkie, mroczny i tajemniczy. Jedynie dla ludzi o mocnych nerwach, bo wnętrze naprawdę zaskakuje. Sięgnij, by się o tym przekonać!

Małgorzata Falkowska, autorka Ilias, Nagranie

-----------

„Indygo” przeraża i niebezpiecznie wciąga! To nietuzinkowy thriller, który nie daje jasnych odpowiedzi i prowokuje do zastanowienia się nad istotą zła.

Sylwia Trojanowska, autorka Sekrety i kłamstwa, Prawdy i tajemnice

-----------

Michał Jan Chmielewski po raz kolejny udowodnił, że doskonale czuje się w tworzeniu historii, których akcja toczy się w niewielkich społecznościach. Po przeczytaniu tej książki, już nigdy więcej nie pozwolisz swojemu dziecku samemu wracać do domu. Polecam!

Michał Wasek - www.oczytany.eu

-----------

„Indygo” to thriller napisany według najlepszych reguł gatunku. Powieść Michała Jana Chmielewskiego nie tylko trzyma w napięciu do ostatniej strony, ale też wzrusza swoją prawdziwie nostalgiczną warstwą — opowieścią o rodzącym się uczuciu dwojga młodych bohaterów — Rudej i Emila — których losy krzyżują się z iście przerażającym antagonistą — seryjnym mordercą nazywającym się Kusakiem. Swą trzecią powieścią Michał Jan Chmielewski udowadnia, że jest wyjątkowo mocnym pretendentem do miana „polskiego króla powieści grozy”, stąd też fani Jacka Ketchuma czy Stephena Kinga sięgający po „Indygo” z pewnością się nie zawiodą!

Rafał Jasiński - Readers Initiative

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... MICHAŁ JAN CHMIELEWSKI INDYGO Dla Aleksandry, Fabiana, Jasia i Małgosi – bohaterów mojego życia PROLOG Baskin Zachodnie, kwiecień 2009 Kusak czekał. Czekał w zbożu, przy niewielkiej polnej dróżce, na- słuchując. Wskazówki zegarka mówiły, że to już, zaraz. Nie było żadnych przeszkód. Idealne ramy czaso- we, dobra okolica i, co najważniejsze, ofiara idealna. Przez kilka następnych godzin nikt za nią nie zatę- skni, nikt się nie zmartwi. Będzie jego. Czekał. Dookoła rozciągały się łany zboża. Była końcówka lata – gorąco, duszno. Śpiewały ptaki. Niedługo żni- wa, zboże zniknie. Ofiara się zbliżała. Jeszcze jej nie słyszał, nie wi- dział, ale doskonale wiedział. Wiedział o niej wszystko, a przynajmniej wszystko to, co było mu potrzebne do bezpiecznych łowów. Czekał. 4 Nigdy nie słyszał głosów w głowie, nic niepokojące- go nie mąciło jego snów. Zabijał, bo chciał, bo potra- fił. I był w tym dobry. Do tej pory nikt go nie schwy- tał, nikt nawet nie podejrzewał, że jest Kusakiem. Kusak był anonimowy. Dla ludzi nie istniał. Znali tylko efekty jego działań. Drżeli przed nim. A jednak na ulicy mijali go obojętnie. „Gdyby tylko wiedzieli” – pomyślał. Poczuł przyjemny dreszcz. Usłyszał ofiarę. Szła sama, z jej telefonu leciała hip- -hopowa muzyka. „Wyjątkowo niskich lotów” – oce- nił Kusak. Jak można słuchać czegoś takiego? Ktoś, kto tego słucha, nie zasługuje, by żyć. Wyciągnął z kieszeni buteleczkę z przeźroczystym roztworem i nasączył nim czarną wełnianą rękawicz- kę na prawej dłoni. Ofiara była coraz bliżej, w zasięgu jego wzroku. Głośnik telefonu charczał głośno, w bólach. Kusak poczekał jeszcze chwilę, napinając wszystkie mięśnie. I zaatakował. Wybiegł z szeleszczącego zboża, i zanim zdążyła za- reagować, mocno chwycił ofiarę specjalnym chwytem, tak zwaną dźwignią. Mocny uścisk, ale nie za mocny, by nie uszkodzić karku, a ofiara zwiotczała sekundy potem. Teraz należała do niego. Tkwiła w uścisku, jej kończyny i głowa zwisały bezwładnie. Zaciągnął ją w zboże. Tam, oddalony od drogi, zdjął z niej szkolny plecak i wyłączył idiotyczną muzykę. Bateria telefonu była w połowie rozładowana, ale nic nie szkodzi. Przygoto- 5 wał się i na taką okoliczność. Z kieszeni wyciągnął małą, kieszonkową ładowarkę i podłączył do niej telefon. Po- licja skupi uwagę przede wszystkim na próbie namie- rzenia go, dlatego ważne, by jak najdłużej był włączony. Chłopiec był w wieku gimnazjalnym. Spokojnie, nie spiesząc się, Kusak związał jego ręce i nogi oraz zakneblował usta. Dzieciak powinien obu- dzić się dopiero za jakieś dwie godziny – roztwór był naprawdę mocny. Dzięki takiej właśnie ostrożności Kusak nigdy nie został złapany. Z podłączonego telefonu napisał SMS-a. To ważny moment. Od wiadomości, jaka przyjdzie z powrotem, zależało, czy ofiara przeżyje. Po niecałej minucie telefon zawibrował. Odpisała matka chłopca, wydając na niego wyrok śmierci. Kusak uśmiechnął się leciutko, plecak założył na ple- cy, a ofiarę zarzucił sobie na bark. Prawie pięćdziesiąt kilo wagi, trochę ciężko, ale da sobie radę. Kusak jest silny. Przeszedł tak dwa kilometry. Nie robił przerw. Od- pocznie potem, w domu. Towarzyszył mu tylko jego własny oddech, z czasem coraz cięższy, i szelest zboża. Zanim wyszedł na wąską ścieżkę po drugiej stro- nie pola, położył ofiarę i nasłuchiwał przez dłuższą chwilę. Gdy upewnił się, że w pobliżu samochodu, który tu zostawił, nie ma nikogo, wrzucił chłopca do bagażnika. * 6 Wjechał na stację benzynową. Ofiara nadal spała w bagażniku. Upewnił się, że jej telefon jest nałado- wany, wyciszył go i owinął kawałkiem folii, ścierając wcześniej odciski palców. Na parkingu stało kilka TIR-ów. Kierowca jed- nego z nich siedział za kierownicą przy otwartych drzwiach, palił papierosa i rozmawiał przez telefon. Kusak zaparkował po drugiej stronie placu. Upew- niwszy się, że kierowca nie zwraca na niego uwagi, wysiadł i do niego podszedł. – Przepraszam – wtrącił nieśmiało. – Bierze pan może na stopa? – Poczekaj – rzucił kierowca do słuchawki, robiąc zdziwioną minę. – Co? – Chciałem się tylko spytać, czy wziąłby pan na sto- pa. Za dwa dni muszę być w Austrii, a mój samochód trochę zaniemógł. – Nie, panie. Nie biorę na stopa ani do Austrii, ani do, kurwa, Hong Kongu. Ja na Rosję jadę. To tyle. Kierowca z powrotem przyłożył słuchawkę do ucha i przymknął drzwi. Koniec rozmowy. Kusak przeprosił na odchodnym, ale facet już stra- cił nim zainteresowanie. Dobrze. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wsunął telefon pod plandekę przyczepy. Do swojego garażu wjechał niecałe pół godziny później, akurat w momencie, gdy z bagażnika zaczęły dochodzić odgłosy szamotaniny. Ofiara dochodziła do siebie. 7 * Z prasy: ZAGINĄŁ ŁUKASZ FOWARCZYK. RODZINA PROSI O POMOC Trwają poszukiwania 12-latka, który zaginął czwartego kwietnia. Chłopca po raz ostatni widziano w szkole. Rodzice zgłosili zaginięcie wieczorem tego samego dnia. Policja zorganizowała grupę poszukiwawczą składa- jącą się z funkcjonariuszy, strażaków i wolontariuszy. Do- tychczas sprawdzono wszystkie możliwe miejsca, w któ- rych 12-latek mógł przebywać z własnej woli, jednak... 12-LATEK WCIĄŻ NIEODNALEZIONY Wciąż trwają poszukiwania zaginionego kilka dni temu Łukasza Fowarczyka. – Im więcej czasu mija, tym mniejsze prawdopodo- bieństwo szczęśliwego zakończenia – powiedział mł. asp. Tomasz Witkowski. – Dlatego nasz zespół pracuje bez wytchnienia. Sprawdzamy każdy możliwy trop. Mimo upływu dni los 12-letniego Łukasza wciąż pozo- staje nieznany. Scenariusz zakładający porwanie dla okupu według mł. asp. Witkowskiego jest mało prawdopodobny. – Na razie za wcześnie mówić o jakiejkolwiek możliwo- ści, ale nie spodziewałbym się porwania. Bardziej praw- dopodobne jest, że wszedł gdzieś, wpadł w dziurę, nie może wyjść. Dlatego sprawdzamy wszędzie, przeczesuje- my okoliczne łąki, badamy opuszczone domy w okolicy, poniemieckie bunkry... 8 OSTATNIE ZDJĘCIE ŁUKASZA Na zdjęciu zrobionym z monitoringu przy głównym skrzyżowaniu Baskin widać 12-letniego Łukasza Fo- warczyka. Tutaj ślad się urywa. Chłopiec zaginął sześć dni temu. POMÓŻ ODNALEŹĆ ŁUKASZA! Rodzina apeluje o pomoc w odszukaniu zaginione- go Łukasza. – Wierzę, że mój syn tam gdzieś jest. Żyje i czeka na mnie – mówi Iwona Fowarczyk, matka zaginionego chłopca. – Znajdę go. Poruszę niebo i ziemię, a znajdę go. Na Facebooku utworzono wydarzenie związane z po- szukiwaniami chłopca. Grupa wolontariuszy przeczesy- wać będzie tereny, które już wcześniej były sprawdzane przez policję. – Policja mogła coś przeoczyć – powiedział jeden z or- ganizatorów. Zbiórka wolontariuszy odbędzie się o godzinie 8.00 przy ratuszu, udział może wziąć każdy… NOWY TROP W SPRAWIE ZAGINIONEGO NASTOLATKA Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jest nowy trop w sprawie tajemniczego zaginięcia Łukasza Fowarczyka. Chłopiec wyszedł ze szkoły ponad tydzień temu i do dziś nie dał znaku życia. – Na razie ze względu na dobro śledztwa nie możemy zdradzać szczegółów, ale… 9 KIERUNEK UKRAINA, CZYLI NOWY TROP W SPRAWIE ZAGINIONEGO CHŁOPCA Nowy trop urywa się na Ukrainie! Właśnie tam miał trafić telefon 12-letniego Łukasza Fowarczyka. Policji udało się go namierzyć dzień po zaginięciu, jed- nak ze względu na dobro śledztwa nie ujawniono szcze- gółów. Dziś wiadomo, że telefon należący do zaginionego chłopca w bardzo krótkim czasie znalazł się na granicy polsko-ukraińskiej. Niestety, tam ślad się urywa, co oznacza, że telefon zo- stał wyłączony lub zniszczony. – Być może rozładowała się bateria – powiedział mł. asp. Tomasz Witkowski. Obecnie oficjalnym powodem zaginięcia jest porwanie. – Łukasz napisał mi SMS-a, że idzie do kolegi – powiedziała nam Iwona Fowarczyk, matka zaginionego. – Odpisałam, żeby tylko przyszedł na obiad. Gdy nie wrócił na czas, pomyślałam, że się zasiedział... * Kusak czytał wszystkie informacje dotyczące zagi- nięcia Łukasza Fowarczyka. Jeśli wierzyć prasie, nic, absolutnie nic nie było w tej sprawie wiadomo. „Ukraiński trop” urywał się zaraz po rozpoczęciu, nie było podejrzanych, nagrań z monitoringu, żadnych fizycznych śladów, niczego. Telefon może kiedyś znajdą, może nie. To jednak nie miało już żadnego znaczenia. 10 Lokalna prasa rozpisywała się o sprawie codzien- nie, ale ogólnopolskie dzienniki poświęciły jej kilka kolumn i to było na tyle. Codziennie ktoś gdzieś ginie, nie ma sensu rozpisywać się o tym jednym przypadku. Kusak był bardzo ostrożny w dobieraniu ofiar. Miał swoje sposoby. Wiedział, że rodzina Fowarczyków nie ma żadnych wpływów, rodzice nie są nikim ważnym, nie mają kontaktów ani pieniędzy. Tymczasem od zaginięcia minął miesiąc. Ludzie znudzili się tematem, prasa napisała wszystko, co mo- gła napisać, kilkakrotnie powtarzając te same fakty. Nic nowego w tej sprawie się nie pojawiało. Chłopak zaginął – i tak już pozostało. Rodzice wciąż walczyli, próbowali, szukali na własną rękę, rozmawiali z ludźmi. Nawet z Kusakiem. Oczywiście nawet nie podejrzewa- li, że ten miły człowiek, który zaangażował się w po- szukiwania, mógłby mieć z tym coś wspólnego. Kusak pojawił się na spotkaniu zorganizowanym w ratuszu. Udzielał się jak każdy inny, nie za dużo i nie za mało, tak w sam raz, by nie wychylać się w żadną stronę. To był ostatni dzień życia chłopca. * Kusak wszedł do niewielkiego, ciemnego pomiesz- czenia bez okien, zamknął za sobą drzwi i zapalił światło. Podłoga wyłożona była linoleum, a ściany pianką wygłuszającą. Po zamknięciu drzwi na ze- wnątrz nie wydobywały się żadne dźwięki. 11 Ofiara siedziała na krześle przymocowanym do pod- łogi, przywiązana sznurami, z ustami zaklejonymi taśmą, skierowana w stronę ściany. Nie miała szans na ucieczkę. Stanął przed nią, uśmiechając się delikatnie. Lubił ten moment. Ofiara wiedziała, że coś się dzie- je, słyszała dźwięki, być może trochę światła dociera- ło przez zasłonięte oczy. Oddychała głęboko i szybko. Kusak położył dłoń na małej, wątłej klatce piersio- wej, czując bicie serca. Dudniło jak szalone – bum- -bum!, bum-bum! – jakby miało połamać żebra. Zdjął z oczu opaskę. Chwilę trwało, zanim chłopiec odzyskał wzrok. Gdy dostrzegł, kto przed nim stoi, zaczął oddychać jeszcze szybciej, nozdrza rozszerzały się i kurczyły. W oczach miał przerażenie i jednocześnie nadzieję. Wiedział, kim jest Kusak. Znał go. Znało go wie- le osób. Kusak uwielbiał ten moment. Ofiara rozumie, co się dzieje, wie, kim jest mężczyzna, który ją porwał. To zrozumienie jest ostatnią rzeczą, jaka jej została na tym świecie. Kusak zabrał się do pracy. Najpierw w ruch poszły kombinerki. W ich uścisku palce trzaskały jak precelki. Potem nóż do filetowania ryb. Potem jeszcze inne narzędzia. A potem ofiara była martwa. Nie pierwsza i nie ostatnia. 12 CZĘŚĆ PIERWSZA ZIMA 1 Baskin Zachodnie, styczeń 2015 Gdy pod nogami Rudej zaczął pękać lód, myślała o wielu rzeczach. Przede wszystkim o tym, że to był głupi pomysł. Brzeg przesłonięty gęstą mgłą oddalał się z każ- dym jej krokiem. Wystarczyło spojrzeć za siebie, by zrozumieć, że za późno na odwrót. Nie widziała go. Na wprost widniała rozmazana, nierówna krecha będąca zarysem przeciwległego brzegu. Musiała iść do końca. Pomyślała o babci i dziadku. Jeżeli uda się jej dojść, już nigdy, przenigdy nie zrobi niczego, co znajdo- wało się na liście rzeczy zabronionych. O chodzeniu po lodzie dziadkowie co prawda nie wspominali, ale po prostu nie sądzili, że ich wnuczka ma na tyle nie- równo pod sufitem, by mogła wpaść na taki pomysł. Z pewnością uplasowałoby się w czołówce, gdyby się dowiedzieli. 14 „Boże, dlaczego się w to wpakowałam?” Odpowiedź była prosta jak konstrukcja gwoździa. Bo dwóch pacanów, z którymi spędzała to wczesne styczniowe popołudnie, powiedziało trzy słowa. – Nie zrobisz tego. Tylko tyle. Tyle właśnie wystarczy, by dwunastolatka wprosiła się na własny pogrzeb. W głowie słyszała własny krzyk: – „Jazda, do cho- lery, idź! Idź i miej to za sobą!” Spojrzała pod nogi. Lód wydawał się twardy, jeszcze nie solidny jak kamień, ale niewiele brakowało. Mimo to, mniej więcej w połowie drogi, mogła usłyszeć małe, pojedyncze pęknięcia. Dostrzegła też nierówne krechy na lodzie kreślące się we wszystkie strony jak pajęczyna. Kraaa-kraaa-k! W takiej sytuacji najlepiej się położyć. Podobno. Roz- łożyć ciężar ciała, nie napierać na lód wyłącznie nogami. Wszystko fajnie, ale praktyka ma to do siebie, że pod- ciera sobie tyłek teorią. Gdy stoisz na pękającym lodzie, chcesz pozostać na powierzchni jak najdłużej, trzymać głowę z dala od wody. Instynkt tak każe. Z głową przy lodzie sły- szałaby chlupiącą pod nim wodę. Pomyślała o tym wszystkim w niecałe pięć sekund od pierwszego pęknięcia. Potem z jej ust wypłynął cichy, dziewczęcy szept: – O kurwa. Podjęła decyzję. 15 Zastygła, biorąc głęboki oddech. Po następnym kroku spod jej stopy rozeszła się ko- lejna pajęczyna pęknięć. Kanciasta siatka i przerażające kraaa-kraaa-k!, jakby los ostrzegał ją przed własną głu- potą. „Zawróć. Zawróć, mała, póki jeszcze możesz.” Obejrzała się ostatni raz. Nic z tego. Za późno. Do brzegu zostało na oko dwadzieścia metrów. Gdy- by zawróciła, musiałaby przejść dwa razy tyle. Ruszyła ponownie, wstrzymując oddech. Kolejny krok, kolejne nitki pęknięć. Krak! Stawy w kolanach zastąpiła wata. Idąc przed siebie, próbowała odpędzić przerażającą wi- zję. „Ślizga się, upada, lód pęka na amen. Koniec pieśni.” „Boże, po co mi to było?” Na brzegu przed nią pojawiły się zarysy dwóch po- staci. Towarzyszył im chłopięcy, nerwowy śmiech. Nienawidziła ich. Stali tam bezpieczni, rozemo- cjonowani, podczas gdy każdy jej krok mógł być tym ostatnim. – Idziesz? – zawołał jeden z nich. – Chłopaki – powiedziała spokojnie, walcząc z ner- wami. – Lód zaraz pęknie. – Nie pęknie – odpowiedzieli po chwili. – Pęknie – powtórzyła. „Po prostu idź” – mówiła w myślach. – „Idź powoli, delikatnie, powolutku.” Tak też zrobiła. Kraaa-kraaa-krak! 16 Zostało już naprawdę niewiele. Chłopcy wyłaniali się zza mgły. Widziała ich głupkowato uśmiechnięte miny. – Chodź, chodź. – No dawaj, idziesz czy nie? Zanotowała w myślach, by zdzielić czymś ciężkim w łeb jednego i drugiego, jak tylko będzie miała ku temu okazję. Kwadrans wcześniej było jej zimno. Temperatura sięgała minus dziesięciu stopni. Wystarczyło splu- nąć na chodnik, a po minucie ślina zamieniała się w kropeczkę lodu. Sprawdzali. Teraz było jej duszno. Pod czapką kryjącą ogniście rude włosy skóra zaczęła swędzieć. Nie czuła zmarz- niętych palców i uszu. Kilka metrów przed brzegiem lód pękł tak dono- śnie, że uwierzyła w swój koniec. Nawet uśmiechy dwójki chłopaków zastąpiło pełne napięcia oczeki- wanie na najgorsze. Postawiła kolejny krok – kolejne pęknięcie. Zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech, długi oddech. Spokojnie. Tylko spokojnie, zaraz tam będę. „I wtedy właśnie wleciała do wody. A tam było piekło, całe zło świata, które paraliżo- wało jej ciało. Chłód, jakiego nie da się opisać, palił skórę. Oślepła. Ubrania, które chroniły przed mro- zem, nabrały ciężaru i ciągnęły w dół. Miotała nogami i rękoma, z ust wylatywały tysiące bąbli wypełnionych jej oddechem i krzykiem. Woda wdzierała się do gardła i nosa, mrożąc drogi oddechowe. 17 Mimo wysiłku wciąż sunęła w dół, w ciemność, w stronę dna, w kierunku swojego końca.” Otworzyła oczy, karcąc się w duchu za te idiotycz- ne wyobrażenia. – Dawaj, Ruda, chodź! – zawołał jeden z brzegu. – Rusz się, bo zaraz naprawdę wpadniesz. Wzięła ostatni oddech i zaczęła biec. Wtedy lód naprawdę nie wytrzymał. Była już przy brzegu, gdy trzasnął przeraźliwie, a jej nogi znalazły się w wodzie, cholernie zimnej wodzie, zimniejszej niż wszystko inne. Na szczęście, gdy woda sięgała jej do pasa, uderzyły o miękkie, mulaste dno. – Pomóżcie! – wrzasnęła, chwytając zmrożoną kępę trawy. Chichotała nerwowo, nie wierząc we wła- sne szczęście. Krocze zdążyło ścisnąć się jak twardy orzech, za- nim chłopcy złapali ją za ręce i wytargali na brzeg. Gdy stanęła na bezpiecznym gruncie, powiedzia- ła to, co mówi każda osoba wchodząca do lodowa- tej wody: – Kurwa, jaka zimna! Teraz cała trójka mogła się śmiać. * Ze względu na ogniście rude włosy miała jedyną słuszną ksywkę – Ruda. Adrianna Majewska niena- widziła jej prawie tak samo jak miliarda piegów na ca- łym ciele, zwłaszcza tych na twarzy. Nienawidziła ich 18 wszystkich i każdego z osobna. W szkole dokuczali jej z tego powodu, choć dorośli twierdzili uparcie, że pie- gi skazą nie są. Dodają urody i charakteru, mówili. Mhm, tak, jasne. Tylko że żadne z nich nie miało po- jęcia, jak to jest być jedyną rudą dziewczyną w szkole. Niewiele osób spoza klasy znało jej nazwisko, ale wszyscy kojarzyli tę rudą czuprynę. „No wiesz, ta ruda”. „Ta z rdzą na włosach”. „Ta, co opala się przez sitko”. Miała trzynaście lat i skazę, przez którą będzie pięt- nowana do końca swoich dni – co do tego nie miała absolutnie żadnych wątpliwości – oraz kilku kolegów. Ani jednej koleżanki. Spora w tym zasługa tej tak zwa- nej „urody”, ale było coś jeszcze. Dziewczyny to niesa- mowicie nudne towarzystwo. Nigdy nie miała ciągot do zabaw lalkami, gry w klasy czy w gumę. Z zaba- wek akceptowała tylko misie, do dzisiaj miała ich spo- rą kolekcję, a lalki służyły wyłącznie do eksperymen- tów typu „ciekawe, czy uda mi się wyrwać jej nogę”. Zdecydowanie wolała wdrapywać się na drzewa. W zimie jako jedyna dziewczyna w okolicy łaziła z chłopakami na garaże przy blokowisku, by poskakać z dachów w śnieżne zaspy. Problem tkwił w tym, że była dziewczyną, a te, jak wiadomo, w tym wieku przez chłopaków traktowane są jak trędowate. Wiele rzeczy musiała udowadniać – jak to na jezio- rze – pokazywać, że „ma jaja”. Jej miejsce było na zewnątrz, na dworze, tam, gdzie przygody czają się wszędzie, na każdym drzewie, 19 w opuszczonych budynkach, na boisku. Nie w pokoju na dywanie z Barbie w dłoni. * Gdy tak ciągnęła za sobą sanki, które zostawiały na śniegu dwie proste linie, zastanawiała się, czy dużo dzieciaków będzie na górce. Wciąż utrzymywała się bardzo niska temperatura. Babcia powiedziała, że ostatnią taką zimę pamięta z czasów swojego dzieciństwa. Z kominów domów, które mijała, leniwie wyla- tywały słupy dymu. Mlecznobiała barwa nieba nie dawała nadziei na ocieplenie przez najbliższy czas. Po mgle, która opadła kilka dni temu – wtedy, gdy Ruda przeszła przez zamarznięte jezioro – nie było śladu. Podeszła do znaku drogowego i splunęła na słup. – Raz, dwa, trzy... – odliczyła do dziesięciu i do- tknęła. Ślina zamieniła się w zamarzniętą łzę. * Zjazd na sankach nie miał sensu. Góra była zbyt wyboista, płozy wbijały się w nierówności i hamowały gwałtownie na wybojach. Kilkoro dzieciaków prze- konało się o tym na własnej skórze. Jakiś chłopak wpadł na genialny pomysł i przyniósł wielki foliowy worek po karmie dla psów. Usiadł na nim, 20 przesunął się lekko w przód, trochę w tył, znów w przód i w tył, i znowu, tym razem ostatecznie, w przód. Zje- chał z niewyobrażalną prędkością, szelest worka za- głuszał jego krzyki i przekleństwa. Po zatrzymaniu się u stóp zbocza potrzebował chwili, by wstać na nogi. – Dupa boli, ale jest zajebiście! – zakomunikował przyglądającym się z góry kolegom. Wszyscy poszli w jego ślady. Wkrótce na górce do- minowały worki. Krzyki i śmiechy zjeżdżających roz- nosiły się po okolicy. * Dziesięcioletni Emil Czaja był jednym z niewielu, którzy pozostali wierni tradycji i próbował zjeżdżać na sankach. Za każdym razem kończył, lądując twa- rzą w śniegu. Po którymś z kolei upadku usiadł, ze skupieniem obserwując miejsce katastrofy i mlaskając niepewnie. – Chyba w coś wpadłem – powiedział z wahaniem do dziewczyny taszczącej pod górkę swój worek. Szła powoli, gibając się na wszystkie strony, za wszelką cenę próbując nie upaść i tym samym uniknąć upo- karzającego zjazdu na tyłku. – Co? – spytała. – Nie wiem. – Mlask-mlask-mlask. – Chyba pies się tu zeszczał. Parsknęła śmiechem. – Serio? 21 – Nie wiem. Może. Chyba. Chyba tak. – O boże, ohyda. Znała go z widzenia. Spotykali się na szkolnych ko- rytarzach. Wiedziała, jaka opinia się za nim ciągnęła. Niezbyt lubiany, zawsze siedzący w kącie na kory- tarzu lub przed szkołą. Miewał „zawiechy”, patrzył wprost przed siebie, jakby obserwował powietrze, na- rażając się na oberwanie w głowę papierową kulką. Inni mówili, że potrafił na lekcjach szeptać do samego siebie, zakrywać uszy i robić inne dziwne rzeczy, któ- rych normalni ludzie zazwyczaj nie robią. Chyba że są nienormalni. A, no i nie można zapomnieć o rozpoczęciu roku szkolnego, gdy po raz pierwszy miał przekroczyć próg szkoły. Podobno usiadł tuż przed wejściem i rozpła- kał się, wrzeszcząc przy tym, że chce do mamy i nie wejdzie do środka. Nikt nie ma ochoty iść do szkoły, ale istnieje coś takiego jak godność. Starsi bardzo często przypominali mu o tym, nabi- jając się z niego na szkolnych korytarzach, wycierając teatralnie oczy i łkając, że chcą do cyca mamusi. Przestali dopiero po słynnym incydencie z cyrklem, który ostatecznie i na stałe przypieczętował jego opi- nię dziwaka. – Weź jakiś worek – powiedziała do niego. – Pełno ich leży na górze. Zobaczysz, polecisz jak samolot. Emil popatrzył na nią w ten swój dziwny, trochę nieobecny sposób, jakby nie potrafił pojąć tego proste- 22 go komunikatu, wypluł resztkę śniegu i podjął kolejny marsz pod górkę. – Poczekaj. – Dziewczyna chwyciła go za rękaw kurtki. – Pomożesz mi? Sama chyba nie wejdę. Z lekkim wahaniem chwycił ją za rękę. – Dzięki. Tak w ogóle to Ada jestem. * Ruda siedziała na worku, obserwując dziwaka. Po raz kolejny próbował zjechać na sankach, przejechał z dzie- sięć metrów i poleciał na twarz. Powoli robiło się ciemno. Metaliczna, szara barwa nieba ciemniała z każdym kwadransem. Za godzi- nę ciemność całkowicie przykryje miasto. Powinna zbierać się do domu, jeśli nie chce mieć kłopotów. Na samą myśl o wejściu do rozgrzanego przedpokoju, zdjęciu butów i zrzuceniu kurtki, zrobiło jej się ciepło. Uwielbiała tę porę roku, ten zapadający popołudniem zmierzch, gorące grzejniki, powroty do domu na cie- pły kisiel. Zjechała ostatni raz, czując, jak tyłek i plecy obijają się o zamarznięte kępy trawy i kamienie. Gdy zatrzy- mała się u stóp wzgórza, wszystkie tylne części jej ciała pulsowały boleśnie. Miała problem ze wstaniem. Emil Czaja minął ją, obdarzając przy okazji deli- katnym, acz wyraźnie triumfalnym uśmiechem. – I co, lepiej? – spytał. 23 2 W Baskin Zachodnim od zawsze ginęły dzieci. Tak się mówiło, choć to nie do końca prawda. Zdanie to, powtarzane przez kolejne osoby – rodzi- ców, dzieci, dziadków i babcie – w ciągu lat utkwiło w świadomości mieszkańców miasta i okolic, choć prawda była nieco mniej szokująca. Co nie znaczy, że problem nie istniał. Problem był, i to poważny. * 11 lutego 1343 roku mała osada Bazking, położona na zachodniopomorskich terenach należących wów- czas do Niemiec, otrzymała prawo do korzystania z okolicznych lasów i jezior, uzyskując tym samym prawa miejskie. Jak wiele innych osad i wsi, Bazking utrzymywało się z drobnego przemysłu – głównie spożywczego i drzew- 24 nego. Ze względu na położenie – pomiędzy Köslinem i Stolpem – z czasem rozwinął się również transport. Osada rozrosła się w wieś, wieś w miasteczko. Po- wstawały nowe budynki mieszkalne, a ludzie, którzy szukali swojego miejsca w świecie, najpierw zatrzy- mywali się na kilka dni, a w końcu zostawali na stałe. Otwierano sklepy, zakładano nowe gospodarstwa, rozwijał się przemysł. Pod koniec osiemnastego wieku Bazking było jednym z najpoważniejszych dostawców wełny owczej magazynowanej kilka kilometrów dalej, w sąsiednim mieście Schlawe. Wojna siedmioletnia i przemarsz wojsk napoleoń- skich przyniosły wiele zniszczeń i finansowych trud- ności, ale jeszcze w 1780 roku władze miasta zakupiły jezioro. Jego nazwa z tamtego okresu nie zachowała się w dokumentach, jednak w XXI wieku wszyscy na- zywali je Topielec. Zbudowano tartak, młyn miejski, olejarnię oraz kaszarnię. Miasto rozkwitło pod koniec XIX wieku. Otwarto nawet fabrykę zapałek. Jednak podczas I wojny światowej wyraźnie pod- upadło. Wielu mężczyzn powołano do wojska. Bra- kowało środków transportu, surowców, a z czasem i żywności. Powojenny kryzys również dał się we zna- ki mieszkańcom Bazking. Pracę wstrzymać musiały: tartak, młyn, kilkanaście zakładów rzemieślniczych i betoniarnia. Sytuacji nie poprawiła zbliżająca się wielkimi kro- kami kolejna wojna. 25
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Indygo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: