Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00599 006512 15695517 na godz. na dobę w sumie
Isabelle - ebook/pdf
Isabelle - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 195
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3453-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Autorski zbiór opowiadań, utrzymanych przeważnie w konwencji fantastycznej, publikowanych w wielu portalach internetowych i nagradzanych w różnych konkursach literackich.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

           © Copyright by Robert Rusik Projekt okładki: Robert Rusik Zdjęcia: archiwum własne autora, okładka i notka biograficzna – zamek Krzyżtopór, okładka tylna: Garbarka. ISBN 978-83-272-3453-7 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Spis treści Isabelle................................................................................................................str. 4 Spragniony.......................................................................................................str. 20 Dni ostatnie.......................................................................................................str. 34 Mróz..................................................................................................................str. 50 Dzień Ojca........................................................................................................str. 58 Tajemnica wawelskiego wzgórza...................................................................str. 64 Zapłata..............................................................................................................str. 82 Dżin...................................................................................................................str. 88 Dzieci galaktyki..............................................................................................str. 102 Śmierć Małego Księcia..................................................................................str. 121 Operacja „Armageddon” .............................................................................str. 123 Ciurrry! .........................................................................................................str. 136 Lux Perpetua..................................................................................................str. 139 Kartonowe życie.............................................................................................str. 143 Gra..................................................................................................................str. 152 Złota rybka.....................................................................................................str. 154 Zaklęta w żabę...............................................................................................str. 166 Duchy Marsa..................................................................................................str. 168 Wybraniec......................................................................................................str. 184 Zaproszenia....................................................................................................str. 186  Isabelle Dla mojej kochanej żony – Isabelle 13 stycznia Mogę jechać!! Wszelkie testy i badania przeszedłem pomyślnie, wystarczy jeszcze tylko jeden podpis i spełni się moje marzenie. Wyjazd do Iraku! Biedny, zapuszczony kraj. Pięknie jest bronić demokracji. Szkoda tylko, że Irakijczycy tego nie rozumieją. Czyż naprawdę lata niewyobrażalnego terroru niczego ich nie nauczyły? Wyciągamy do nich pomocną dłoń, a oni ją odrzucają. Nie potrafią chyba docenić możliwości spokojnego wyjścia do kina czy kawiarni bez obawy, że ktoś ich zastrzeli. Musimy nauczyć ich, jak żyją wolni ludzie. Ludzie, nie zastraszone szczurki. Muszę jeszcze porozmawiać dziś z Izą. Dlaczego kobiety nie potrafią zrozumieć, że mężczyźni też mają marzenia? Akceptuje moją decyzję o zostaniu zawodowym żołnierzem, bo wie, że mnie to kręci, ale kiedy opowiadałem jej o swoim pomyśle wyjazdu do Iraku, zaczęło się kręcenie nosem. Po co tak daleko, przecież to całe pół roku, zabiją cię, do Arabów sobie chcesz postrzelać... I one potem mówią, że to faceci myślą prosto i nieskomplikowanie. Kocham ją, ale czasami ręce opadają, jak słyszę takie argumenty. Szkoda tylko, że będziemy musieli przesunąć ślub. Zaręczyny planujemy za cztery miesiące, ślub miał być w październiku, ale jeśli wyjadę na początku czerwca, to się nie uda. Nie można mieć w życiu wszystkiego, niestety. Mam nadzieję, że Iza to zrozumie.  ϰ Beacie też się z początku podobało, że jestem żołnierzem i zamierzam się z wojskiem związać na długo. Imponowało jej, że mogła się pokazać z wysokim, wysportowanym blondynem w mundurze. Z góry spoglądała na koleżanki, ucieszona ich zazdrosnymi spojrzeniami. A potem się okazało, że nie potrafi sobie poradzić z faktem, że jej chłopak co chwilę ma jakieś ćwiczenia czy wyjazdy na poligon. Zaczęły się niesnaski, aluzje, z początku jeszcze delikatne, potem coraz bardziej bezpośrednie. Dotarło do mnie, że jestem dla niej tylko mundurową marionetką. Na szczęście nie musiałem długo się męczyć, odeszła sama do jakiegoś ochroniarza. Kupa mięśni, bycza szyja, inteligencja hydrantu, a w dodatku diler narkotyków na wiejskich dyskotekach. Powodzenia, malutka... Z Izą jest zupełnie inaczej. Nie muszę robić przy niej za modela z reklamy pasty do zębów, jest nam po prostu razem dobrze. Rozumiemy się bez słów. Wiem, miała nadzieję, że nie pojadę na tą misję. Twierdzi, że zawodowym żołnierzem można być równie dobrze w kraju. A przecież to powołanie. Nie chcę tylko siedzieć i nic nie robić, pragnę czuć się potrzebny, dać komuś wolność, nadzieję. Pewnie, że można to robić na różne sposoby, można zostać księdzem, nauczycielem, policjantem. Co złego w tym, że ja chcę być żołnierzem? 13 stycznia, wieczór Mogłem się tego spodziewać. Wiedziałem, że to zdanie padnie. One chyba je mają jakoś genetycznie zaprogramowane w zwojach mózgowych. To kto jest dla Ciebie ważniejszy, ja czy jacyś Irakijczycy? Weź tu człowieku odpowiedz na takie pytanie. Było trochę płaczu, długa dyskusja (na szczęście rzeczowa), kolejne zdanie z odwiecznego repertuaru kobiecego ( kupa gadania, a potem – a zresztą rób jak  ϱ uważasz takim tonem, że wybór może być tylko jeden), w końcu jednak stanęło na tym, że zgodę dostałem. Oczywiście nie bezwarunkowo, ale co tam. Ślub przełożymy na czas po moim powrocie. 15 stycznia Obiad rodzinny. Przyszła teściowa trochę dziwnie na mnie patrzyła, też jej się chyba mój pomysł nie spodobał. Natomiast teść jest zachwycony, choć nie okazuje tego przy szanownej małżonce. Za to pod wieczór wziął mnie do siebie i pokazał swoje skarby. Orzełek wojskowy, mundur, legitymacja żołnierza AK, dużo fotografii (na wielu z nich namalowane były odręcznie czarne krzyżyki). Łuska z karabinu, z którego snajper o mało go nie zastrzelił – kula przeszła przez obojczyk. Kiedy oglądałem razem z nim mapy sztabowe, czytałem stare listy, poczułem się jak w muzeum. Romantyzm wojennego okrucieństwa. 17 stycznia Niebo spowite jest ciemnymi chmurami. Nadchodzi zmierzch. Nad ziemią snują się pasemka mgły. Idę ulicami małego miasteczka. Wydaje mi się, że byłem tu już nieraz. Małe, foremne domki otaczają niewielki ryneczek. Na jego środku, przy cembrowanej studni stoi drewniany żuraw. Drogi wybrukowane są kostką. Jestem sam w miasteczku, na ulicach nie ma ludzi, wszystkie światła w domach są pogaszone. Przez delikatny szum wiatru przebijają się niewyraźne szepty. Nagle czuję zimne dreszcze na plecach. Odwracam się. Ona stoi bez słowa, kilka kroków przede mną. Jest niska, wysoko podnosi głowę, kiedy na mnie spogląda. Podmuchy wiatru rozwiewają długie, ciemne  ϲ włosy okalające drobną twarzyczkę. Srebrzysty skarabeusz lśni na jej szyi, doskonale komponując się z głęboką czernią długiej sukni. Wpatruje się we mnie bez słowa. W jej oczach widzę... Smutek? Cierpienie? Próbuję do niej podejść, jednak, nie spuszczając ze mnie wzroku, cofa się. Nagle na jej twarzyczce pojawiają się łzy. Obraca się, po czym znika w bocznej uliczce. Biegnę za nią, skręcam za róg. Nie ma nikogo. Przede mną znajduje się pokryta słomianą strzechą chatka. Lekko przegniłe, drewniane drzwi wydają się być uchylone. Widać otwory po śrubach, ale kołatka chyba gdzieś odpadła. Nie wiem, skąd jestem pewien, że wykonana była z mosiądzu i miała kształt byczej głowy. Rozpadające się okiennice otwarte są na oścież. Pociągam klamkę, drzwi otwierają się szeroko, opluwając mnie gęstym pyłem. Ciszę przeszywa donośny zgrzyt. Kiedy wchodzę do środka, wizja rozmazuje się. Jedyne, co jestem w stanie zobaczyć, to obraz na ścianie. Jej portret. Śnię ten sen już od kilku dni. Zastanawiam się, kim jest ta dziewczyna. Nie przypomina nikogo, kogo bym znał, a jednak jej twarz wydaje się dziwnie znajoma. Podobnie zresztą jak ten dom. Dziś udało mi się zauważyć, że na złotej tabliczce przypiętej do ramy portretu znajduje się napis: Isabelle d Anjour . Dziwne. 20 stycznia To był wspaniały weekend. Rano zwiedzaliśmy ZOO, potem poszliśmy na pizzę i Colę. Iza pogodziła się już chyba z moją decyzją. Wiem, że nie przyszło jej to łatwo. Serce mi rosło, kiedy znowu słyszałem szczery, radosny chichot. Nie  ϳ poruszaliśmy w ogóle tematu wyjazdu. Trzymając się za lepkie od waty cukrowej dłonie, ruszyliśmy do Wesołego Miasteczka. Popłakaliśmy się ze śmiechu w gabinecie luster, krzyczeliśmy jak wariaci w Tunelu Strachu, lataliśmy niczym skowronki na karuzelach. Zapomnieliśmy o wszystkim. Pod koniec dnia zdarzył się mały zgrzyt. Ni stąd, ni zowąd pojawił się przed nami mały cyganek. Podleciał i wsadził Izie rękę do kieszeni, po czym natychmiast uciekł. Podbiegł do stojącej opodal grupki Romek i pokazywał triumfalnie dwa złote, które wyciągnął mojej ukochanej z kieszeni. Iza spojrzała na mnie, chcąc coś powiedzieć. Ale przemilczała to. Wiem, kochanie, wiem. 25 stycznia, noc Księżyc, odbijając się w monitorze komputera, zagląda mi przez ramię i sprawdza, czy coś znalazłem. Siedzę w internecie i szukam jej. Tajemniczej Isabelle. Jest absolutna cisza, przerywana tylko czasem pohukiwaniem sowy. Iskiereczki świetlików bezustannie ścigają się za oknem. Czyż to nie wspaniały wynalazek? Jeden mały programik, monotonnie przeżuwający miliardy literek w poszukiwaniu rozwiązania. Czekam, czekam, czekam... Ktoś powiedział, że jeżeli czegoś nie można znaleźć w internecie, to takie coś nie istnieje. O Isabelle d Anjour nie ma ani słowa.  ϴ 26 stycznia Kawałki ciał walają się po jezdni. W tle płoną samochody, słychać sygnał karetki. Tłum Arabów wznosi niezrozumiałe okrzyki, jeden z nich strzela w powietrze, inny z dumą prezentuje przed kamerą odciętą głowę. Dwie kobiety klęczą przy zwłokach, przez krzyk tłumu przebija się ich szloch. Ekran telewizora zaczyna ociekać krwią. Tylko jedna rzecz jest gorsza od wojny wygranej – to wojna przegrana. – Wellington. 30 stycznia Jestem zmęczony. Nie mogę spać po nocach, a kiedy już zasnę, przychodzi Ona. Śnię ten sam sen, po czym budzę się. Odczuwam smutek, żal. Przed oczami mam jej nieruchome, utkwione we mnie spojrzenie. Co mi chcesz powiedzieć, Isabelle? 02 luty Byliśmy z Izunią w kinie na kolejnej superprodukcji. Jak zawsze, miliony dolarów wyrzucone w błoto. Papka dla amerykańskich półgłówków, jedynie efekty specjalne robią wrażenie. Iza mówi, że lepiej niech robią takie filmy niż bombardują Bogu ducha winnych ludzi. Nie potrafi chyba zrozumieć, że wolność wymaga ofiar. W końcu Churchill pozwolił zbombardować Coventry, bo ostrzeżenie mieszkańców ujawniłoby Niemcom fakt rozszyfrowania Enigmy, a w konsekwencji prawdopodobnie klęskę koalicji antyhitlerowskiej. Podczas wojny obowiązują inne prawa.  ϵ Po seansie poszliśmy do mnie do domu. Przygotowałem romantyczną kolację, biały obrusik i świecę. Korzystając z okazji, że miałem dzień wolny, poszalałem po kuchni. Nieskromnie przyznaję, że lubię i potrafię dobrze gotować. Do tego oczywiście szampan i romantyczna muzyka. Spoglądając sobie głęboko w oczy wypiliśmy szampana, po czym tańczyliśmy. Długo, nastrojowo, wtuleni jedno w drugie. Pocałowałem ją, ona objęła mnie czule i położyła głowę na ramieniu. Wstaliśmy rano. 07 luty Brzęk stłuczonej szklanki, szarpiące mnie ręce, krzyk Izy... I ja wpatrzony w osłupieniu w ekran telewizora. Miasteczko z mojego snu!!! 08 luty Chateaux-Petite, małe miasteczko tuż obok przylądka Calais na północy Francji, ok. 1500 mieszkańców, prawa miejskie nadał w szesnastym wieku Król-Słońce Ludwik XIV... Opowiedziałem Izie o moich snach. Stwierdziła, że zapewne widziałem to miasteczko i portret Isabelle w jakiejś książce albo filmie. Całkiem możliwe, tylko dlaczego nagle teraz mi się to śni? Dlaczego sen się powtarza? Chciałbym tam jechać. 09 luty Obudziłem się z płaczem. Długo nie mogłem dojść do siebie. Wydawało mi się,  ϭϬ że Isabelle, zanim zniknęła za rogiem, lekko się uśmiechnęła. Po południu długa rozmowa z Izą. Odnoszę wrażenie, że sama jest ciekawa, ale podchodzi do tego strasznie sceptycznie. Ale podjęliśmy jedną ważną decyzję. Jedziemy do Francji! 15 luty Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteśmy. Stoimy na nadbrzeżu Calais, spoglądając na wściekle szumiące morze. Jest zimno, więc wtuliliśmy się w siebie. Milczymy. Grupka Brytyjczyków z rozbawieniem obserwuje posąg, stojący obok nas. Robert Surcouf, człowiek legenda, zaciekły wróg Anglii. Jedna z tych postaci, którymi każdy mały chłopiec chciałby zostać. Gdzieś w małych zakątkach umysłu pozostają dziecięce marzenia. O tym, jak to na pokładzie angielskiego Trytona zauważono piracki statek. O tym, jak ustawiono krzesła dla dam, by mogły obserwować jak dzielni Anglicy rozprawią się z brudnymi piratami. Że synowie Albionu mieli niewyobrażalną przewagę – stu kilkudziesięciu ludzi przeciwko niespełna dwudziestce piratów. I że tych kilkunastu zdeterminowanych wojowników, dowodzonych przez Surcoufa, tracąc tylko jednego człowieka, zdobyło Trytona i nieśmiertelną chwałę, upokarzając dumną królową mórz – Anglię. Stoi teraz na nabrzeżu, milczący, nieruchomy, ze wskazującym palcem skierowanym w stronę Wysp Brytyjskich. W szumie wiatru słyszę padające rozkazy – stanowcze, bez zbędnych ozdobników. Fale morskie kołyszą statkiem, trzeszczą wręgi. Kto zwycięży? Wszystko przygotowane do abordażu. Zdobędę swojego Trytona ?  ϭϭ 15 luty, popołudnie Do mojego miasteczka jest stąd kilkanaście kilometrów. Jedziemy autobusem, droga dłuży się w nieskończoność. Iza skupiła się na oglądaniu filmów puszczanych na wideo, ja natomiast rozglądam się uważnie, mając nadzieję, że rozpoznam jeszcze jakiś szczegół. Nadaremnie. Boję się, co zastaniemy. Tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia, od czego zacząć poszukiwania. 15 luty, wieczór Jesteśmy na miejscu. Wynajęliśmy pokój w małym hoteliku, tuż obok przystanku autobusowego. Na szczęście były wolne miejsca. Rozpakowaliśmy się, po czym szybko ruszyliśmy skonfrontować mój sen z rzeczywistością. To niesamowite, znam to miasto! Nie mam problemów z poruszaniem się, topografią, wszystko wygląda tak, jak w moim śnie. Ten sam rynek, otoczony przez małe domki, taki sam stary, drewniany żuraw... Jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu. Tylko, w przeciwieństwie do sennych wizji, miasteczko tętni życiem. Po ulicach, mimo wieczornej pory, wędrują ludzie, kilka par przytula się na ławeczkach, starsza pani spaceruje z małym pudelkiem na smyczy. Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy w kierunku tajemniczego domu. Dziwnie się czułem, przemierzając drogę znaną jedynie ze snu. Zdawało mi się, że wędrowałem tędy dziesiątki razy. Odczuwałem niezrozumiałą radość, ekscytację, czułem się, jakbym spotkał kogoś bardzo dawno niewidzianego. Kiedy skręciliśmy z Isabelle w znajomy zaułek, miałem nadzieję, że w starym domu znajdę rozwiązanie zagadki. Nie spodziewałem się, że znajdziemy tylko zarośnięte trawą fundamenty.  ϭϮ 16 luty Podążam wybrukowaną kocimi łbami ścieżką ku bramie. Po prawej stronie las, po lewej stary, drewniany kościółek. Drobny, siwowłosy ksiądz przygląda mi się badawczo, po czym odwracając wzrok wraca do przycinania gałęzi żywopłotu. Kościelny dzwon mosiężnym śpiewem właśnie wybija południe. Powoli, krok za krokiem, zbliżam się do wrót. Nie spieszę się. Nie czas ani miejsce. Świat zamarł, słychać jedynie stuk moich butów. Na niebie widzę czarną plamę. Powoli, krążąc, zniża się i siada na łukowato wygiętym szczycie bramy. Kruk. W milczeniu spogląda na mnie, przekrzywiając łebek. Jest wyjątkowo duży. Czarne jak smoła pióra pobłyskują, poruszane podmuchami wiatru. Delikatnie rozprostowuje skrzydła, otrząsa się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Krucze łapki zaciśnięte są na literce C – pierwszej literce napisu Cmentarz . Zbliżam się do bramy. Wyciągam rękę, dotykam metalowej klamki. Wzdrygam się, kiedy zastygłą ciszę przeszywa głośne krakanie. Spoglądam na kruka. On patrzy na mnie, tkwimy obaj w bezruchu. Rozchyla skrzydła, ponownie słychać donośne kra-kra-kra . Przenika mnie dreszcz, kiedy spoglądam w jego oczy. Widzę w nich... przeznaczenie? Odlatuje. Oddala się szybko, znika za wierzchołkami drzew. Pociągam za klamkę, słychać przenikliwy, ostry zgrzyt przerdzewiałej bramy. Ściskając bukiet róż, przekraczam progi ostatecznego sanktuarium. Podążam dobrze znaną sobie ścieżką. Dookoła groby, ale nie ma odwiedzających. Słychać tylko westchnienia wiatru. Drogę przebiega mała myszka. Staje na dwóch łapkach kilka metrów ode mnie, przygląda mi się badawczo. Widzę jak porusza wąsikami, obraca główkę i powoli rusza dalej. Podnosi maleńki  ϭϯ okruszek, obgryza go przez chwilę, po czym znika między grobami. Dochodzę do złamanego drewnianego krzyża, skręcam. Kątem oka widzę delikatnie płynące mgiełki. Jest ich pełno. Cienie snują się przy grobach, pozornie bez ładu i składu. Jednak kiedy odwracam wzrok w tamtym kierunku, zauważam tylko pustkę. Mimo to czuję, że tu są. Nie boję się – tylko żyjący naprawdę przerażają. Na grobach widzę pełno światełek. Mrugają muskane coraz silniejszymi podmuchami wiatru. Ogniki dusz odbijają się w marmurowych płytach. Kamienne anioły pustym wzrokiem spoglądają w nicość. Płacze krwawymi łzami drewniana figura Zbawiciela. Niebo zasnuwają chmury, zrywa się wicher. Przygina wierzchołki drzew ku ziemi. Moje ciało przenika drżenie. Spadają pierwsze krople deszczu. Duchy, dotychczas spokojnie krążące wokół swoich grobów, okazują zaniepokojenie. Poruszają się coraz szybciej i szybciej, zaczynają mnie otaczać. Niebo jest już prawie czarne. Deszcz pada coraz intensywniej. Kamienna twarz Maryi, która jeszcze niedawno spoglądała na mnie pełnym miłości wzrokiem, oświetlona zniczem wygląda niczym upiór. Błyskawica gwałtownie przerywa mrok. Wtedy ją zauważam. Klęczy przy grobie na samym końcu alejki. Mokre włosy lepią się do twarzy. Czarna suknia faluje, szarpana podmuchami wiatru. Tkwi nieruchomo, niczym kolejny kamienny posąg. Przed nią znajduje się zaniedbany, zarośnięty trawą grób. Stoją na nim cztery białe, wysmukłe świece, ustawione w kształcie krzyża. Pomimo deszczu i wiatru palą się jasnym, równym płomieniem. Klękam obok Isabelle. Niedaleko uderza kolejny piorun. Wiatr skowycze, biczowany ciężkimi kroplami deszczu. Siedzący na osikowym krzyżu kruk przygląda się w milczeniu, kiedy składam między świece bukiet czarnych róż. Spoglądam na Isabelle, kolejna błyskawica rozświetla na moment  ϭϰ ciemności. Pochyla się ku mnie, rozkładam ręce, chcąc ją przytulić i obejmuję... pustkę... 16 luty, południe Opowiadając Izie kolejny sen, byłem cały roztrzęsiony. Nie zastanawialiśmy się długo, z samego rana pojechaliśmy na cmentarz. Ogarnęło mnie silne uczucie deja vu. Pamiętałem wszystko – bramę, ścieżkę, zakręt przy złamanym krzyżu. Jakże inaczej wyglądał ten cmentarzyk w świetle słońca... Gałęzie drzew skrzyły się blaskiem odbijanym przez kryształki lodu. Powietrze, choć mroźne, przyjemnie orzeźwiało. Kamienne figury, krzyże, groby – wszystko było czyste, zadbane. Widać, że tutejsi ludzie pamiętają o swoich przodkach na co dzień, a nie tylko od święta. Kiedy podążałem do grobu, który wskazała mi Isabelle, poczułem jak oblewa mnie fala gorąca. Ktoś tam był! Podeszliśmy. Na piaszczystym, wypielęgnowanym grobie paliła się tylko jedna świeczka. Obok stała drewniana ławeczka, na której siedziała staruszka w długim, szarym płaszczu. Siwe kosmyki włosów wypadały spod czerwonej chusty na głowie. Lekko kiwała się w przód i w tył, trzymając w dłoniach drewnianą laskę. Najdziwniejsze zaś było to, że miała piękne, błękitne oczy. Oczy Isabelle. 16 luty, wieczór Iza nadal rozmawia ze staruszką z cmentarza. Na szczęście obie znają angielski. Dobrze wie, że po spotkaniu i rozmowie z panią Bouville – bo tak się nazywa – chcę być sam, choć nie domyśla się nawet, o czym z nią rozmawiałem. Jestem jej  ϭϱ za to wdzięczny. Nie mogę ogarnąć tego wszystkiego. Tak wiele się zdarzyło w ciągu tych kilku godzin. Czuję się, jakbym oglądał stary, zapomniany film z dzieciństwa. Chodzę po pokoju, płaczę, to znowu zrywam się, chcąc biec nad morze. Gdzieś w zakamarkach wspomnień znajduje się klucz, który otworzy skarbiec. Strzępy fotografii układają się w całość, brakuje tylko kilku fragmentów. Muszę odnaleźć kilka potarganych, szarych zdjęć, wkleić je we właściwe miejsce w albumie mojej duszy... Jak mnie znalazłaś? Przecież wiesz, że nie tego chciałem... I dlaczego, Isabelle, dlaczego mi nie powiedziałaś! Przecież wszystko byłoby inaczej... Och, Isabelle, Isabelle... Gdybym mógł cofnąć czas... 17 luty Czasami bluźnimy, przeklinamy Boga za nieszczęścia, które nas spotkały. Pytamy, gdzie wtedy był? Dlaczego nam nie pomógł? Zapominamy, że przecież nie może On stanąć przed nami i powiedzieć: słuchaj, nie rób tego. Nie wyjeżdżaj na drogę, bo będziesz miał wypadek. Nie wchodź na drabinę, bo spadniesz. Czy jednak na pewno? Jestem przekonany, że Bóg daje nam subtelne sygnały. Jeśli je dostrzeżemy, dokonamy właściwego wyboru. Musimy tylko czujnie obserwować. Każdy niewinny gest: słowo powiedziane przez obcą osobę, krakanie wron, klakson samochodu – może być tym znakiem. Znakiem, że stajemy na rozdrożu, że decyzja, którą za chwilę podejmiemy, choćby błaha i niewinna, być może będzie miała olbrzymi wpływ na życie nasze i naszych bliskich. I to my, nikt inny, tylko my, jesteśmy odpowiedzialni za wybór. I za jego konsekwencje.  ϭϲ 17 luty, popołudnie Morze wygląda dziś dziwnie, ma taką nieprzyjemną, szarą barwę. Niebo jest całkowicie zachmurzone, owiewa mnie delikatny, mroźny wiatr. Spaceruję po zaśnieżonej plaży, w głowie kłębią się tysiące chaotycznych wspomnień. Czy to tylko moja wyobraźnia, czy wszystko działo się naprawdę? Iza pakuje nasze rzeczy, możemy wracać. Poprosiłem ją o wolną godzinę, bym mógł pożegnać się z przeszłością. Dużo mi dała ta wycieczka. Dzięki Isabelle zrozumiałem wiele rzeczy. I podjąłem kilka decyzji, które ją na pewno ucieszą. Brakowało mi tylko jednego dowodu, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Ale już za chwilę zdobędę ostateczne potwierdzenie. Ostatni kawałek puzzle trafi na swoje miejsce. A może to wszystko tylko fantasmagorie mojego umysłu? Mała jaskinia, ukryta w gąszczu roślinności. Niewiele osób ją zwiedzało, tylko ja znam jej sekret... Stoję przed magicznym sezamem. Muszę podjąć jeszcze jedną, najtrudniejszą decyzję. Wejść tam. Abrakadabra, przeszłości otwórz swoje zakurzone stronice... 22 luty Spoglądam na śpiącą Izę. Księżyc oświetla jej uśmiechniętą twarz. Oddycha miarowo, trzymając mnie za rękę. Na palcu nadal ma pierścionek zaręczynowy, który otrzymała ode mnie dziś wieczorem razem z bukietem róż. Stara, rzetelna robota, czysty rubin w pięknej, złotej, kunsztownie wykonanej oprawie. Dziś już takich próżno szukać u jubilera. Pytała mnie, gdzie go kupiłem, ale jeszcze jej nie powiedziałem. Może wkrótce, może nigdy...  ϭϳ Musiałbym opowiedzieć o pewnym młodym Francuzie, zakochanym w swojej pięknej narzeczonej, Isabelle. O tym, jak wymykali się ukradkiem, by smakować swoją naiwną, pierwszą miłość. O rozkosznych szeptach, skradzionych pocałunkach, marzeniach, obietnicach. Romantycznych spacerach brzegiem morza, kiedy spoglądali czule na siebie, trzymając się za ręce, podziwiali wschody i zachody słońca... Nadszedł dzień, kiedy ojczyzna go potrzebowała. Kupiony angielskim złotem wróg szykował się do ostatecznej kampanii przeciw Napoleonowi, liczyła się każda sprawna dłoń. Długo tłumaczył Isabelle, że jego obowiązkiem jest bronić ojczyzny. Że kiedy zwyciężą, wróci do niej i wezmą ślub, a potem będą żyli długo i szczęśliwie. Kiedy rozstawali się ostatni raz, płakali. Widząc, jak bardzo zależy mu na służbie dla kraju, nie powiedziała mu skrywanej od kilku tygodni tajemnicy. Może gdyby wtedy dowiedział się, że będzie ojcem, zostałby i wszystko potoczyłoby się inaczej? Zginął pod Waterloo, w ostatniej niemalże chwili, kiedy już Prusacy Blüchera pojawili się na horyzoncie, a szeregi wojsk Napoleona rzuciły się w panice do ucieczki. Dosięgła go jedna z ostatnich salw artylerii, oddanych w tej bitwie. Kiedy umierał, miał przed oczami małą jaskinię nad morzem, w której ukrył swój skarb – złoty pierścionek z rubinem, kupiony za cały majątek, jaki posiadał. Pierścionek dla Isabelle... Pani Bouville była jednym z ostatnich potomków syna Isabelle. Długo rozmawialiśmy, wtedy dowiedziałem się wszystkiego. W jej rodzie zachowała się legenda z czasów napoleońskich, opowieść o pięknej Isabelle d Anjour, zapisana przez jej wnuka. Nie wiedziałem, że zginęła zaledwie kilka lat po mnie. Od czasu mojego wyjazdu już nigdy się nie uśmiechnęła... Nie wiem jak to się stało, ale po tej rozmowie wszystko mi się przypomniało –  ϭϴ najpierw powoli, oderwane strzępy, które po jakimś czasie skleiły się w jedną całość. Jeśli to prawda, jeśli ja byłem owym młodzieńcem, to w nadmorskiej jaskini, dobrze ukryty pod stertą kamieni powinien znajdować się przepiękny, złoty pierścień. Kiedy w ostatnim dniu pobytu w Chateaux–Petite odnalazłem go, płakałem jak bóbr. Wpatruję się w twarz Izy. Dopiero teraz zauważam, jak bardzo podobna jest do Isabelle – ten sam niewinny uśmiech, te same rysy... Nie wiem, czy reinkarnacja istnieje, nie potrafię jednak znaleźć innego wyjaśnienia. Jeśli żyliśmy dwieście lat temu, z jakichś powodów dostaliśmy drugą szansę. Nie wiem, czym sobie zasłużyliśmy, ale jestem za to nieskończenie wdzięczny. Dokonałem wyboru, nie jadę do Iraku. Kiedy pomyślę o wyjeździe, słyszę świst kuli, czuję potworny ból rozrywanego ciała, parzą mnie łzy Isabelle. Boję się ostatniej salwy... Może kiedyś, Izuś, opowiem ci o wszystkim. Tak wiele rzeczy mi się przypomina, tak wiele chciałbym jeszcze sobie przypomnieć. Ale składam ci obietnicę. Już nigdy cię nie opuszczę, Isabelle...  ϭϵ Spragniony Obudził mnie stukot. Najpierw delikatny, monotonny, potem znacznie głośniejszy. Po chwili ciszy, kiedy próbowałem usnąć ponownie, rozległ się złowieszczy zgrzyt a następnie potężny huk. Umarłego by obudził. Gwoli ścisłości, właśnie to zrobił. Wieko trumny otwarło się. Światło księżyca w pełni oświetliło ciemną sylwetkę, stojącą nad moim grobem. Ech, dzieciaki… Gwałtownie podniosłem się i otrzepałem z kurzu. Cholera, przez te kilkaset lat sporo się tego nagromadziło. Trójka gówniarzy uciekała z krzykiem, jednak nie zwracałem na nich większej uwagi. Co tu dużo mówić, trochę stetryczałem w grobowcu. Cmentarz, na którym spoczywałem, był całkiem ładny. Rozjarzony tysiącami lampek i osrebrzony światłem luny sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego miejsca. Początkowe dobre wrażenie jednak prysło kiedy pospacerowałem pomiędzy grobami. No ja rozumiem te światełka, fajne klimaciki i w ogóle, ale kwiatki? Co do cholery, w tej epoce zmarli po śmierci wychodzą je wąchać nocami, czy jak? W Chinach przynajmniej na grobowcach kładą miski z ryżem, gdyby tam mnie pochowano, nie chodziłbym teraz głodny, szukając jedzenia. Tyle, że kiedy pomyślałem o ryżu, poczułem obrzydzenie. Nie, na ryż wybitnie nie miałem ochoty. Nie tylko zresztą na ryż. Marzyła mi się ciepła, świeża krew. No tak… Przecież jestem wampirem… Ciągle nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Z drugiej strony, nie miałem nawet pewności, że zaklęcie zadziała. Mgliście przypominałem sobie, jak poszliśmy z Vladem na uroczysko o pełni księżyca, wymazani jak nieboskie stworzenia krwią czarnego koguta zabitego o północy – Vladek miał hopla na tym punkcie – i jak ugryzł mnie w szyję, choć miałem nadzieję, że jego zamiary są  ϮϬ zgoła inne. I wtedy wpadła ta banda w sukienkach, krzycząc coś o psach pańskich. Prawie się roześmiałem, patrząc jak śmiesznie kicają, trzymając te swoje skrzyżowane drewienka i krzycząc coś o heretykach, bezbożnikach i miłosierdziu. Tak się w tej miłości zacietrzewili, że Vladka spalili na stosie, a mi dwóch z nich wbiło osinowy kołek w serce. Reszta w tym czasie otoczyła nas, zawodząc posępnie, tak że odetchnąłem z ulgą, kiedy w końcu zamknęli mnie w trumnie, bo te nawiedzone jęki nawet diabła wpędziłyby w depresję. Gdzie w środku nocy można znaleźć człowieka? Głodny byłem, a przekąski, które mnie wykopały, uciekły gdzieś w popłochu. Dziwne, nie wyglądałem przecież aż tak strasznie. W swojej epoce miałem całkiem niezłe powodzenie u płci przeciwnej. Zresztą nie tylko przeciwnej, takie to były czasy. Kołek w piersi, jak zauważyłem, rozpadł się w proch, a rana zasklepiła. Plamę na bluzce ukryłem pod płaszczem, żeby jedzonka nie wystraszyć. Wydawało mi się, że będę musiał poczekać do rana, żeby zaspokoić głód, kiedy nagle usłyszałem: – Spójrz no, Wacuś, mamy tu romantyka! Obejrzałem się płochliwie. Podążało ku mnie niespiesznie dwóch strażników w czarnych mundurach. Jak dowiedziałem się z napisu na piersiach, była to policja. Grubszy z nich, przypominający dobrze nakarmioną świnkę, zapytał delikatnym, niemalże dziewczęcym głosem: – Co tu robicie o tej porze? Dokumenty jakieś macie? Rozejrzałem się, ale byłem sam. Może miał halucynacje? – Dokumentów żadnych nie posiadam. Głodny jestem… – Byłem zdziwiony, że nie tylko rozumiałem, co do mnie mówią, ale sam wyrażałem się płynnie w tym języku. – Nie mamy dokumentów? Wacuś! – Na świńskim ryjku policjanta pojawił się uśmiech. Również chciałem odwdzięczyć się uśmiechem, ale nie zdążyłem.  Ϯϭ Ból był potworny. Plecy zapłonęły żywym ogniem, przez prawą rękę przebiegły iskry. Poczułem nagle, że tracę równowagę. Po chwili, chyba dla zachowania symetrii – również lewa ręka zapłonęła z bólu. – Dość, aspirancie! – usłyszałem. Nade mną stał wysoki młodzieniec o końskiej, jednocześnie irytująco bezmyślnej fizjonomii i wesoło machał czarną, gumową pałą. Świniak w mundurze zwrócił się do kolegi. – Bijcie troszkę niżej, aspirancie, bo inaczej ślady pozostaną. A teraz zakujcie podejrzanego i na czterdzieści osiem na dołek. – Za co? – krzyknąłem, ale oni tylko zarechotali. W końcu grubas łaskawie odpowiedział: – Awanturnictwo i napaść na policjantów na służbie. Pakujemy delikwenta, Wacuś. Metalowe obrączki błyskawicznie zacisnęły się na moich nadgarstkach. Przez chwilę bałem się, że są z czystego srebra, na szczęście obaj nie mieli doświadczenia w postępowaniu z rasowymi wampirami. Nie pojechaliśmy daleko, po paru minutach wylądowałem w areszcie. Przez całą drogę pilnował mnie ten mułowaty prężąc się, jak gdyby dokonał jakiegoś wyjątkowego wyczynu. Na pożegnanie dostałem jeszcze gumową pałą przez plecy żebym – jak to ujął tłuścioch – zapamiętał, że nie wolno się bezkarnie szwendać po cmentarzu bez dokumentów, a potem drugi raz na „przyswojenie i utrwalenie nowo poznanych wiadomości”. Byłem pod wrażeniem inteligencji tutejszych policjantów – znali takie trudne słowa. Przez zakratowane okienko zauważyłem, że zaczęło się powoli rozjaśniać. Pokoik, w którym się znajdowałem, był malutki. Ot, łóżko, twardsze od mojej trumny, stolik, krzesełko i sraczyk. Przynajmniej twarz mogłem przepłukać. Byłem coraz bardziej głodny, marzyło mi się zassanie nawet z tego pączuszka w mundurze. Albo z Wacusia.  ϮϮ Kiedy po lekkiej, porannej toalecie spojrzałem w lustro, oniemiałem. Zamiast zmęczonej twarzy i cierpiętniczego spojrzenia zobaczyłem… przeciwległą ścianę. No tak, wampiry nie odbijają się przecież… Zaraz, zaraz… No właśnie, przecież jestem wampirem! Jak mi to Vladek pokazywał? Machnąć płaszczem, nakryć się, wypowiedzieć krótkie zaklęcie i już! Ha! Jestem nietoperzem! Vlad, mordo ty moja, dałem radę! Z wrażenia dopiero za trzecim razem udało mi się wylecieć między szczebelkami. Uwzględniając fakt, że był to mój pierwszy lot, osiągnąłem chyba niezły wynik. Zastanawiałem się, czy guz nabity na głowie małego ssaczka powiększa się proporcjonalnie po powrocie do ludzkiej postaci. Postanowiłem się przekonać, zwłaszcza że na horyzoncie pojawiło się śniadanko. Zanim stanąłem przed facetem pomacałem się po głowie. Uff… tylko malutka śliwka. Otrzepałem się z błota – manewr lądowania również nadawał się do poprawki. Tymczasem mężczyzna, w zasadzie młodzieniec, przyglądał mi się ciekawie. Głowę miał wygoloną na łyso, luźne spodnie, ani chybi pastuszek, który idzie do roboty. No tak, pastuch… Na ręce miał nawet wydziergany symbol swego pana. Tylko ten bat, który niósł, taki dziwny się zdawał, bardziej do pałki podobny. Może bydło ogłuszał? – No to jak, kolego, dołożysz piątaka do wina? – zapytał uprzejmie. – Piątaka? – zdziwiłem się. Toż w winnicy dukata za beczułkę żądali. – Ty nasz dam prezent, odejdziesz. Nie dasz, to my ci damy – zarechotał. Za sobą usłyszałem parsknięcia. Było ich jeszcze trzech. – Przykro mi, ale nie mam pieniędzy. Więc co od was dostanę? – Wpierdol. Ale za to solidny. Upada kultura nawet wśród pastuchów – pomyślałem. Otworzyłem usta, szczerząc kły. Nie przestraszyli się… Kiedy wstawałem, nie wiedziałem czy jestem bardziej głodny, czy obolały. Do  Ϯϯ cholery, czy w tym świecie wszyscy wszystkich biją, katują, poniewierają? Żeby nawet wampir spokojnie nie mógł czegoś przekąsić? Kiedyś wzbudzaliśmy szacunek, ludzie się nas bali, obwieszali mieszkania czosnkiem… A teraz? Podłość ludzka nie zna granic. Byłem głodny. Głodny!!! Smętnie powlokłem się dalej. Nagle przystanąłem zdumiony – przede mną stał budynek. Niby niepozorny, drewniany, sprawiający wrażenie zabiedzonego, ale mnie zaintrygował symbol na jego wieży. Krzyż… Czyżby ten sam krzyż, który nosili ci sadyści, co spalili Vladka? Chciałem sprawdzić, z drugiej strony bałem się, że znowu wyleci jakaś hołota w sukienkach i weźmie mnie na męki. Na szczęście sprawa rozwiązała się sama. Chudy, zabiedzony mężczyzna w czarnej sukni udał się w stronę okazałej willi, stojącej tuż obok świątyni. Kiedy wszedł do środka, już wiedziałem – musiał usługiwać jakiemuś bogaczowi, mieszkającemu w tym budynku. Po chwili z garażu wyjechał czarny pojazd z szybami, przez które nic nie było widać. No tak, nabab jedzie na wycieczkę, a sługa zostaje sprzątać. Przez chwilę pomyślałem, że dom był własnością faceta w sutannie, ale wykluczyłem tę myśl. Kapłani tej wiary, jak pamiętam, ślubowali żyć w ubóstwie. Poza tym oczywiste wydawało mi się, że gdyby nawet jakimś cudem był bogaty, postarałby się, by jego świątynia lśniła i opromieniała wszystkich swym bogactwem na cześć i chwałę bożą, a on sam zamieszkałby w skromnej chatce, o chlebie i wodzie mieszkając i czas spędzając na modłach i pokucie. Tymczasem drzwi od świątyni uchyliły się i pojawiły się dwie babcie. Ubrane w śmieszne bereciki z antenką podążały ku mnie, trajkotając jak najęte. Zatarłem ręce z radości. Tym razem musi się udać! Powoli podchodziłem do celów. Rozglądałem się czujnie, czy nie czeka mnie znowu jakaś przykra niespodzianka. W żołądku skręcało mnie już straszliwie, a dwie staruszki nie wydawały się być agresywne. Podszedłem bliżej, obnażając swe atrybuty…  Ϯϰ … Ból był niemiłosierny. Cała twarz paliła niczym ogień, skóra na rękach prawie się dymiła. Rozpaczliwie próbowałem zetrzeć to coś z policzków, nosa, ust, ale im dłużej tarłem, tym bardziej bolało. Tarzałem się skulony na ziemi, tymczasem staruszki przeszły dalej jak gdyby nigdy nic. Słyszałem tylko fragmenty ich dialogu: – To nowość jest, kumo, woda święcona w sprayu. Żydostwo się w Polsce szerzy strasznie ostatnimi czasy… – Patrzcież, kumo, jakie to wynalazki ksiądz proboszcz teraz sprzedaje. A wieleż to kosztuje? – Co łaska, ale w banknotach. I to trzech przynajmniej, bo to przecież trójca święta była… – Ale skuteczne, zobaczcie no. Tamten, co to go ogień piekielny wkrótce pochłonie, też żyd ani chybi, chudy, w czarnym płaszczu, a blady jakby krwi niemowląt od tygodnia nie pił. Bo one, te żydy, kumo, uważajcież… Kroki oddalały się. Rozmowa ucichła, ból też powoli mijał, a mnie się chciało najnormalniej w świecie płakać. Żeby nawet staruszki… Pomyślałem, że gorzej chyba być nie mogło. Oczywiście, pomyliłem się. – Spójrz no, Wacuś, czy to nie nasz znajomy z cmentarza? – usłyszałem za plecami. Nawet się nie obejrzałem, zacząłem biec byle dalej. Usłyszałem za sobą tupot, najpierw dwóch, a po stu metrach jednej pary nóg. Spaślak spuchł – pomyślałem z satysfakcją. Wnet jednak radość zamieniła się w przerażenie. Obolałe ciało powoli odmawiało posłuszeństwa, aspirant Wacuś i jego pała były coraz bliżej. Proszę, proszę, inteligentny, wysportowany… Nie to, co niegdysiejsi strażnicy. – Stój… bo… strzelam… – usłyszałem i nogi same mnie poniosły szybciej. I niemalże puknąłem się w czoło. Po co ja się tak męczę? Skręciłem w jakiś zaułek. Szast-prast i już po chwili z wysokości lotu nietoperza obserwowałem  Ϯϱ nieszczególną minę Wacusia. Stał tak na tyle długo, że na swych pulchnych nóżkach dotoczył się jego partner. – No i gdzie on jest? – zapytał, dysząc ciężko. – No właśnie… – Wacuś rozglądał się z niedowierzaniem. – Skręcił tu i zniknął. – Zniknął, mówisz? – zacharczał gruby. – Uliczka ślepa, wejść nie miał gdzie, schować się też nie za bardzo. Nawet mysz bym stąd zauważył. A ty mi mówisz, że tu gdzieś schował się człowiek? Mysz by zauważył, baran jeden… A latającą mysz? Zniżyłem się lotem nurkowym nad dwójkę strażników. Co prawda w żołądku nadal ssało, ale to nie znaczy, że nie mogłem zrobić pewnej rzeczy. Prościutko zresztą na twarz rozglądającego się ze zdziwieniem Wacusia. Szkoda, że miał zamknięte usta, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Słaby byłem. Lot dodatkowo mnie wyczerpywał. Dlaczego właściwie zamieniamy się w nietoperze, a nie na przykład w jerzyki? Parę ruchów skrzydłami i byłbym daleko stąd, a tak namachałem się jak niderlandzki wiatrak i sił starczyło mi na odlot o trzy ulice dalej. Ale dobre i to. Przysiadłem, aby chwilę odpocząć. Teraz dopiero zauważyłem, jak ponure stały się te ziemie. Olbrzymie budowle, szare, brudne i odrapane. Kupa śmieci, walająca się po wybrukowanych ulicach i placach. Zwierzęta, niepotrafiące obdarzyć człowieka obojętnym spojrzeniem – one także nauczyły się już wrogości. Nawet żółta kula na niebie miała jakiś inny kolor – kiedy żyłem jako człowiek, świeciła jaskrawo, radośnie, wschód Słońca za każdym razem zdawał się być nieskończenie radosnym przeżyciem, mistyczną modlitwą składaną co ranek bogom. A teraz? Światło było jakieś brudne, zamglone, postarzałe jakby docierało do mnie po setkach tysięcy lat podróży. To ma być ta przyszłość, ten „cudowny, pozbawiony barbarzyństwa świat” którego tak oczekiwał Vladek? – Kijowe to życie, nie? – Obok mnie coś nagle zaśmierdziało. Spojrzałem z  Ϯϲ przestrachem, ale postać, która przysiadła tuż obok, nie wykazywała oznak agresji. Zdawała się być nawet przyjacielska, próbując mnie objąć, więc odsunąłem się na wszelki wypadek. – Czego tu szukasz, kolego? – zapytał. Nie za bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. – Milczysz? Ha, pewnie i tobie życie dokopało, że w takie dzielnice sam się zapuszczasz. Masz, łyknij, może poczujesz się lepiej. Wzruszyła mnie troska starego człowieka, więc łyknąłem. Jasny gwint!!! Gardło zapłonęło żywym ogniem, który powoli staczał się wewnątrz mnie w dół ciała, prosto do żołądka. Zachłysnąłem się powietrzem, próbując złapać oddech. Poczułem jak oczy wychodzą mi na wierzch. I kiedy myślałem, że piekielny ogień przepali mnie na wylot, zaśmierdziało jeszcze bardziej, jakaś dłoń chwyciła mnie za głowę, a druga ręka wlewała coś w gardło. Z ulgą poczułem, że to woda. O rozkoszy niebiańska! Piłem, piłem, piłem… – Czyś ty Heniek zdurniał? Takiemu chudziakowi spirytu dałeś? – Jaki tam spirytus, toż rozrobiłem przecież… – mniej śmierdzący oburzył się. – Rozrobiłeś, taka twoja mać. A czym, ciekawość? – Wódką. Sprawiedliwie, pół na pół. Łyka? – Jak koktajl Putina, to chętnie. – Mój ratownik przechylił butelkę i pociągnął solidny haust. – E, Stachu, to że częstuję to nie znaczy, że masz całego basa obalić. – Heniek wyrwał koledze butelkę z rąk i spojrzał na nią krytycznie. – O żesz w mordę, i być tu kulturalnym człowiekiem! – Spokojnie, Heniu, jutro kwacha obalim na mój koszt, kwita będziem. – Jutro, jutro – Stachu dopił resztkę w butelce. – A co na dziś mi zostało? – Zaraz coś wykombinujemy, paru kierowników pod sklepem poprosimy, dołożą się. No już, nie czepiaj się, piątka na zgodę.  Ϯϳ Zaczęli się obściskiwać i ślinić, a ja przezornie oddaliłem się. Głód niemalże zwalał mnie z nóg, wzdrygałem się jednak na samą myśl, że mógłbym zassać z Henia albo Stacha. Są pewne pokarmy, których nie tknę. Jeden z nich to krew zmieszana z alkoholem. A za życia na przykład mogłem umierać z głodu, a nie tknąłbym gotowanej cebulki. Zgagę miałem po tym straszliwą. Korzystając z faktu, że koledzy wyznawali sobie miłość wzajemną, oddaliłem się po transylwańsku. Uliczka, w którą skręciłem, była wąska i bardzo ciemna. Nie robiłem sobie nadziei na jakieś zassanie, jednak ku swojemu zaskoczeniu usłyszałem głosy. – Dawaj! – Teraz ja, teraz ja! No co ty, durniu, igłę świeżą załóż. Ejdsa chcesz złapać? – Idioto, żebyś ejdsem się zaraził, musiałbym go mieć. Trzeba było na biologii uważać! – Dobra dobra, wstrzykuj i dawaj sprzęt. – O jaaaa… Podszedłem bliżej. Trójka obiektów nie zwracała na mnie uwagi. Jeden z nich miał obnażone przedramię, na którym zawinął sobie jakiś pasek. Pozostali wpatrywali się w niego zaaferowani. Ich spojrzenia były mętne, oczy szkliste. Mieli nie więcej niż piętnaście lat. Zauważyłem, że są nieco otępiali, powolni. Śniadanko, właściwie już obiad, bo słońce stało wysoko, zapowiadało się wyjątkowo atrakcyjne. Podszedłem, szczerząc swe atrybuty. Jeden z młodzieńców spojrzał na mnie ze strachem. Przeraził się! – Aaale ma kopa… Grzesiek, skąd wziąłeś towar? – Zajebiste – powiedział drugi z chłopaków. – Stary, od jutra kupuję tylko u ciebie! Przysięgam, że ten klient wygląda jak wampir! – Jestem wampirem – stwierdziłem przytomnie. – Czad! Kurwa, jak w filmie. – Młodzieniec poklepał mnie po ramieniu. –  Ϯϴ Patrzcie, jest autentyczny. Prawdziwy, kurwa, wampir stoi tu z nami, kumacie? Zaczęli się śmiać. Najpierw parskali jak konie wypuszczone na łąkę, po chwili rechotali jak samice żab na wieczór, aby w końcu śmiać się pełną gębą, ściskać i trzymać za brzuchy. – Wa… Wa… Wampir! – Po twarzy dzieciaków płynęły łzy. – Te, Drakula, a mój dziadek kiedyś zabił wampira, jeszcze za Niemców. – Ty kretynie, a skąd wiesz, że to był wampir? – Bo jak mu wbił kołek osinowy w piersi, to umarł. – Cała grupa znowu zaniosła się śmiechem. Pamiętam jak wujek Mieszko wraz z synami bieluni się przez przypadek najedli, struli się tak, że po tygodniu sraczki wujaszek dokładnie oglądał każdą jagódkę którą do gęby brał. Przez godzinę jednak zachowywali się podobnie, jak te dzieciaki. Stałem jak ogłupiały, niezdolny do żadnego ruchu. Ten świat ewidentnie mi nie odpowiadał. Młodzi odeszli, zataczając się ze śmiechu. Zamiauczał kot, kopnięty przez jednego z nich. Zeszła z drogi staruszka, żegnając się i oglądając ze strachem. Takaż to przyszłość tego narodu? Powlokłem się smętnie w drugą stronę. Nawet głód zelżał… Kroki odbijały się posępnym echem w ciemnej, pustej uliczce. Szedłem powoli, bez celu, aż w końcu doszedłem do oświetlonego słońcem końca. Przede mną rozciągał się widok, jakiego jeszcze nie widziałem. Było ich setki, chyba nawet tysiące. Trudno tak policzyć na pierwszy rzut oka. Krzyczały niczym stado kruków na jesieni. Ubrane różniście, kolorowo. Co druga trzymała w ręku tablicę z jakimś bijącym w oczy hasłem. Ludzkie samice. Najbliższa mnie niosła dumnie olbrzymią dechę z napisem „mam cipkę”. Zastanowiłem się nad głębią intelektualną tegoż hasła – w końcu trudno spodziewać się, żeby kobieta miała coś innego. Z drugiej strony w tym świecie  Ϯϵ wszystko mogło się zdarzyć, zwłaszcza że niosąca tablicę osobniczka wydawała się być kobietą tylko z nazwy. Podobnie zresztą jak duża część krzyczących. Zrozumiałem sens napisu. Tak ostentacyjna manifestacja faktu, że owa osoba ma cipkę była bardzo pomocna tutejszym samcom. Dzięki napisowi wiadomo było od razu, że niosąca go jest przedstawicielką płci czasami pięknej, co pozwalało mężczyznom uniknąć niezręcznych pomyłek. Co prawda za moich czasów takim osobniczkom zazwyczaj pozostawał klasztor, ale w tutejszym świecie, jak się przekonałem, obowiązywały inne normy. Na jednej z krawędzi zgromadzonego tłumu zauważyłem kordon strażników. Jakże mizernie wyglądali! Rozglądali się niepewnie, czy aby nic im nie grozi, wspierali się wzajemnie spojrzeniami, ostrzegali przed niebezpieczeństwem. Widać było, że starczy ledwie iskra, by doszło tu do czegoś strasznego. I zaiskrzyło. Zaczęło się niewinnie. Ot, jedna z protestujących, popchnięta przez koleżankę, oparła się o policjanta. Ten odepchnął ją delikatnie, a delikwentka zareagowała błyskawicznie: – Ożesztychamieniemytykobietętaktraktowaćszowinistowredny? Po czym z gracją syreny strażackiej ryknęła: – Biiiiiijąąąąąą!!! Po raz pierwszy takie zjawisko widziałem jeszcze w swoim ludzkim życiu gdzieś na północy. Setki wojów na koniach przeprowadzały gigantyczną szarżę. Pamiętam, jak imponował mi wtedy ich okrzyk bojowy, jak wprawił w osłupienie sposób, w jaki, nie zatrzymując się nawet na chwilę, zmiażdżyli próbujące stawiać bezsensowny opór siły przeciwnika. Tu wyglądało to prawie tak samo, tyle że było znacznie głośniej, kobiety sprawiały zaś wrażenie jeszcze bardziej zorganizowanych. W nieopisanym harmiderze jeden z głosów wydał mi się znajomy.  ϯϬ – Wacuś, spier… Zakrztusił się, zarzęził. Już miałem zaśmiać się złowieszczo, kiedy zauważyłem niebezpieczeństwo. Było ich cztery. Potężne, z nienawiścią w oczach. Jedna z nich trzymała w ręku tablicę z napisem „solidarne w kryzysie, solidarne w walce”. Nie rokowało to najlepiej. Stały sześć kroków przede mną a w oczach miały coś, co dość łatwo było mi określić. Powiedzmy, że gdyby tak patrzył na mnie mężczyzna, mógłbym żegnać się z dziewictwem. Hasło na tablicy wymalowane było dużymi, czerwonymi literami. Mogłem je sobie obejrzeć z bardzo bliska, bowiem decha z tekstem błyskawicznie wylądowała na mej głowie. Sprowadzony w jednej chwili do poziomu obowiązującego w tym świecie, nie zdążyłem wypowiedzieć zaklęcia. Bity, pluty, szarpany, kopany i poniżany zobojętniałem. Niech sobie ulżą, niech mnie zabiją, i tak zmartwychwstanę by w końcu zdechnąć – z głodu. Nagle bicie ustało. Usłyszałem tupot i okrzyki przerażenia. Kobiety uciekły, jakby nagle ducha zobaczyły. Podniosłem się i natychmiast oparłem o ścianę. W głowie wirowała opętańczo karuzela, nogi same się uginały. – Niech kolega siądzie i trochę odpocznie, zaraz przejdzie. Widzę, że pan nowy? – ciepłym głosem powiedział stojący obok mężczyzna. Miał na sobie podobny płaszcz jak ja, gładko zaczesane w tył kruczoczarne włosy, a kiedy się do mnie uśmiechnął, szczerząc śnieżnobiałe kły, wiedziałem, że w końcu los zaczął mi sprzyjać. Już po chwili siedziałem w miłym, przytulnym pokoju, sącząc przez słomkę krew z kostkami lodu. Gospodarz stanął obok, uśmiechając się przyjaźnie. – I jak się koledze podoba nasz dzisiejszy świat? – Cóż… Spodziewałem się czegoś zupełnie innego. A tu wciąż biją i biją. – I bić będą. Taka już mentalność tego gatunku, choć to ponoć homo sapiens. A  ϯϭ nas mało jest, choć ciągle nowych towarzyszy odnajdujemy, przestraszonych, zagubionych w tym świecie… – Jest nas więcej? – zdziwiłem się. – Oczywiście, właśnie zaraz wybieram się na spotkanie naszej grupy. Pójdzie kolega ze mną, czy potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby ochłonąć? – Idę. – Nie wiem, czy to szklanka świeżej krwi tak na mnie podziałała, czy też świadomość, że jednak nie jestem sam na tym świecie. W każdym razie zerwałem się, gotów do natychmiastowego wyruszenia. Już po chwili, korzystając z pojazdu mojego nowego kolegi, byliśmy na miejscu. Weszliśmy do środka i… zamarłem. Nie mogłem uwierzyć – sami swoi! Wampiry, wampirzyce… Czemu nie trafiłem tu od razu? Stałem tak, spoglądając na przechodzących obok towarzyszy. Tuż obok mnie stary wampir tłumaczył coś młodemu, widocznie też świeżo obudzonemu jak ja: – …Czasy, kiedy żeby zassać, trzeba było zabić ofiarę, to już definitywna przeszłość. Także i my musimy iść z duchem czasu. Cóż nam bowiem z martwej ofiary? Czyż nie lepiej wyssać ją tak, żeby można było ją wykorzystać ponownie? Ba, czyż nie lepiej, kiedy można zassać tak, że ofiara nie tylko nie czuje, że została wyssana, ale jeszcze jest z tego faktu na tyle zadowolona, że domaga się, rozumie kolega, DOMAGA się, aby zassać z niej jeszcze raz? To są właśnie nasze dzisiejsze sztuczki, wykorzystanie środków masowego przekazu, socjotechniki i manipulacji. Oczywiście jesteśmy podzieleni na pewne frakcje, tak na pokaz, żeby jak najwięcej ofiar dało się przekonać. Tu jednak, między sobą, stanowimy jedność, bo mamy jeden, nadrzędny cel – zassać! Przysłuchiwałem się wykładowi oszołomiony. Wnet jednak rozległ się dzwonek i wszyscy udali się na, jak mi to wytłumaczył mój przyjaciel, zebranie. Ponieważ głupio było tak samemu zostawać, podążyłem za wszystkimi. Sala była olbrzymia. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zobaczę tyle  ϯϮ wampirów zgromadzonych w jednym miejscu. Jedni popijali krwiste drinki, inni czytali gazety. Kilku krążyło po sali, odniosłem wrażenie, że wszyscy tu doskonale się znali i lubili. Nagle nastała cisza, rytuał miał się zacząć. Na podwyższeniu pojawił się dystyngowany wampir, rozejrzał się po sali i wygłosił hasło, otwierające zebranie. – Panie marszałku, wysoka izbo!  ϯϯ
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Isabelle
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: