Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00350 019232 14455737 na godz. na dobę w sumie
Iwa - ebook/pdf
Iwa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9410-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).
Kobieta z trudną przeszłością, emocjonalnie uzależniona od koleżanki pracoholiczka i mężczyzna ze złamaną karierą. Co ich łączy, jak powiązane są ich losy?

„Iwa” to opowieść o tym, że nie ma osób idealnych i niewinnych, a pozornie błahy gest czy zachowanie każdego z nas, jest w stanie wywołać nieprzewidywalną lawinę zdarzeń, która może obrócić cały świat w pył. Tylko… co z tego pyłu się wyłoni?

Krzysztof Swoboda: 30-letni obserwator, który stara się przedstawić chłodną, szarą rzeczywistość w krzywym zwierciadle, dodając jej nieco ironii i jakże potrzebnego ludziom  poczucia humoru, w kraju, gdzie lato trwa zazwyczaj niecałe dwa miesiące. Mąż swojej żony, wielki sympatyk literatury science-fiction, związany emocjonalną więzią z komputerem i klawiaturą, facet, który lubi pisać. O czym tylko się da.

 
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Krzysztof Swoboda IWA © Copyright by Krzysztof Swoboda e-bookowo Korekta: Patrycja Żurek Grafika na okładce: shutterstock Projekt okładki: e-bookowo ISBN 978-83-7859-410-9 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2014 Siedział w towarzystwie dwójki kolegów, obgryzając nerwowo paznokcie. Dość wysoki, odrastający od zie- mi na niecałe 180 centymetrów chudzielec ze standardową, nie wyróżniającą się z tłumu fryzurą, zachodzącą w ciemny blond. Obserwował przeszklony gabinet redaktora naczel- nego. Szef zazwyczaj stawał po stronie pracowników i wręcz emanował otwartością, jaka tutaj symbolicznie przekuwała się na zawsze odsłonięte żaluzje biurowe i lekko uchylone drzwi, zza których często dało się słyszeć konkretne, rocko- we kawałki napisane i wyśpiewane przez gwiazdy lat 80. Dzi- siejszego dnia, za sprawą trójki smutnych panów w drogich, czarnych garniturach, legitymujących się siejącymi popłoch legitymacjami, na widok których nawet największe wygi z policyjnej drogówki spuszczają wzrok i potulnie wracają do niebieskiego pojazdu, drzwi zostały zamknięte, a żaluzje opuszczono. Wtedy też ostatni raz widział skwaszoną minę przełożonego, poczciwego tłuścioszka pod krawatem, mają- cego jakiś bliżej niezidentyfikowany pociąg do szelek, które od kilku dobrych lat, towarzyszyły „rednaczowi” każdego dnia. Ledwie dwa razy drzwi gabinetu otworzyły się, raz, gdy próg przekroczyła sympatyczna sekretarka, niosąca na plasti- kowej tacy cztery, świeżo zaparzone kawy. Po raz drugi, kilka sekund później, gdy zamknęła je za nią wielka, wymuskana dłoń, otulona czarną, sprawiającą wrażenie drogiej, tkaniną. 4 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa Mimo że sprawa mogła wyglądać na zagadkową, to jednak solidni dziennikarze śledczy, a takich w budynku włącznie z Sikorskim znajdowało się w tym momencie kilkoro, wie- dzieli o co chodzi. Po prawdzie wszyscy, od wiecznie niezado- wolonego ze swojej sytuacji działu sportowego, przez bloge- rów po dziennikarzy terenowych i fotoreportera wiedzieli, że smutni panowie pojawili się w związku z Aferą Binieckiego: rozdmuchaną przez Darka sprawą, wedle której w jednym ze strategicznych ministerstw w kancelarii premiera wielokrot- nie miano dopuszczać się nadużyć finansowych i przyjmo- wania łapówek. Niestety, mimo udanej prowokacji dziennikarskiej, pod- czas której wręczono ważnej, ministerialnej figurze pokaźny plik banknotów, ktoś zdołał w odpowiednim momencie po- ciągnąć za sznurki i zaalarmować wyżej postawionych prze- łożonych. Przy wyjściu z eleganckiego budynku zaczepili go, niby przypadkowo, uprzejmie prosząc, aby poddał się krót- kiemu przeszukaniu. Nie usłyszał podstawy prawnej, bowiem wprawny, ledwie co widoczny dla postronnych cios w splot słoneczny sprawił, że zgiął się w pół. Czyjaś ręka przytrzyma- ła wątłego mężczyznę. Z daleka wcale nie wyglądało na to, że dwaj umięśnieni, krótko ścięci faceci w ciemnych okularach trzymają go teraz z całej siły za wątłe ramiona, usiłując zadać jak najwięcej bólu. Zniknął w niedużej, ulokowanej przy głównym wejściu wnęce, prowadzącej wprost do kanciapy szefa ochrony. Tam też po raz ostatni widział dyktafon i niedużą kamerę szpie- gowską, jaką za pieniądze wydawnictwa nabył dla Dariusza Sikorskiego główny przełożony. Spędził w zaciemnionym po- 5 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa mieszczeniu kilka godzin, odpowiadając na dziesiątki pytań. Pytali o wyjazdy zagraniczne, o zmarłego ojca i jego pracę, przeglądali kontakty w telefonie, aby po dłuższym czasie, po nitce do kłębka dokopać się studiów i kariery zawodowej. Wypuścili go, zdezorientowanego, późnym popołudniem. Od razu pojechał do biura, jednak na pasach, oddzielających go od wejścia do budynku, zaparkowany pojazd mrugnął długimi światłami kilka razy stronę. Gdy zza przyciemnianej, opuszczającej się szyby wyłoniła się dobrze znana, wyprana z emocji twarz, przezornie zawrócił i cały czas czując na sobie wzrok udał się do domu, aby późną nocą zasnąć. Teraz, ledwie kilkanaście godzin po tej cholernej wpad- ce z uwagą obserwował, jak po blisko godzinnej rozmowie drzwi gabinetu naczelnego otwierają się. Trójka postawnych mężczyzn szybko opuściła budynek. Zza otwartych drzwi wyłoniła się głowa szefa. Przez moment ich spojrzenia spo- tkały się. Skinięciem zaprosił go do siebie. Spojrzał po kole- gach, którzy uśmiechali się tępo w jego stronę, usiłując prze- konać Darka i siebie samych, że wszystko będzie w porządku. Powoli wstał i ruszył na spotkanie przeznaczenia. – Jestem. – Widzę. Zamknij drzwi i siadaj. Usłuchał. Sfatygowany fotel lekko zaskrzypiał pod cięża- – Co zrobimy z tą sprawą, szefie? Ciągle mogę napisać o tym, co mnie tam spotkało. Mam swoje kontakty i… – Zwalniam cię ze skutkiem natychmiastowym. Z trudem zmusił się do zamknięcia ust, które mimowolnie rem. otworzył. 6 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa – Jak to?! – Nie ma wyjścia. Pozbieraj rzeczy, dostaniesz odprawę i takie tam. To nic osobistego, Darek, ale zamiast na gniazdo pszczółek, trafiłeś na pierdolone szerszenie. – Nie z takimi se damy radę, szefie! Mężczyzna gałkami ocznymi wskazał na jakiś bliżej nie- zidentyfikowany punkt na szczycie szafki, pełnej jakichś akt i papierów. – Nie. Nie z takimi – ostro zaakcentował ostatnie słowo, dodając: – Wynoś się. – Ale… – Darek, wypierdalaj. – Wstał, z kwaśną miną, pokazując palcem drzwi wyjściowe. – Dobrze nam się pracowało, ale to już przeszłość. Zostaw to wszystko i znajdź sobie jakiś plan na życie, bo obawiam się, że nawet moja najlepsza i najszczersza rekomendacja już ci w branży niewiele da. Wyciągnął rękę w stronę ciągle niedowierzającego mężczyzny. Po chwili od- wzajemnił gest i po raz ostatni uścisnął dłoń przełożonego. W godzinę później żegnał się z kolegami, którzy pomagali mu znosić cały dobytek w naprędce zorganizowanych karto- nach – zupełnie jak w amerykańskich średniej klasy filmach, – do samochodu. Udawane uśmiechy, poklepywanie po ra- mionach i kilka poważnych ofert wstawiennictwa w jego sprawie nie były jednak w stanie rozładować toksycznej at- mosfery, która czule objęła redakcję, deklarując szybkie odej- ście – wraz ze zwolnionym z roboty dziennikarzem. Oddał kilka uśmiechów, w milczeniu pożegnał się z większością ko- legów i koleżanek, po czym wespół z kilkorgiem z nich ruszył w ostatnią trasę, wprost ku samochodowi. Po ostatnim trans- 7 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa porcie, na jaki składał się nieduży, pluszowy miś, jakiego do- stał w podziękowaniu od dzieciaków jednego z przedszkoli za ujawnienie bicia podopiecznych przez wychowawczynie, opadł na siedzenie kierowcy i odetchnął głęboko. Kątem oka dostrzegł, że kilkoro towarzyszących mu osób uznało, że symboliczne wyprowadzenie zwolnionego dobiegło właśnie końca. Wolnym krokiem, starając się unikać zerkania w jego stronę ruszyli ku siedzibie redakcji, jak ku ziemi obiecanej, do której on nie będzie miał już nigdy wstępu. Klient poczty w smartfonie alarmował o niemożności połączenia z redakcyjną skrzynką. Zrozumiał, że jego konto oraz historia korespondencji została zablokowana, być może nawet skasowana. Wątpił, aby jacyś skurwiele z ministerstwa chcieli dokopać mu jeszcze bardziej. Zarówno on, jak i jego koledzy wiedzieli, że zabierając mu tę robotę i dając na od- chodne wilczy bilet i gówno wartą garść uśmiechów zabrali mu niemal wszystko to, co kochał. – Skurwysyny – syknął po cichu, zamykając drzwi pojaz- du. Przekręcił kluczyk w stacyjce, uchylił szybę i powoli ru- szył w stronę szlabanu. Stylowe, odpicowane czerwone Audi 80 po raz ostatni opuszczało prywatny, redakcyjny parking. Na odchodne uśmiechnął się do ciecia i jak gdyby nigdy nic się pożegnał. Młody facet z dziewiczym wąsikiem, miłośnik komiksów, które mógł w tej budce czytać cały czas, ledwie kącikami ust odwzajemnił gest. Cholera tam wie, co robił w tej klitce, gdy żaden samochód akurat nie żebrał o podniesienie szlabanu. W slangu jego byłych kolegów, ze względu na ciekawe epi- zody, jakie organizował tam przez dobre dwa lata były stróż, 8 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa klitka nosiła miano „zielonej ruchawki”. Nie, budka nie była koloru zielonego. Była szara, jak szare i monotonne było życie wszystkich tych, którzy w niej zasiadali. Tylko Śruba, masywny, oblepiony tatuażami, o wielkim ego, koziej bródce i dochodzie 1300 złotych na rękę, mężczyzna, uczynił z fuchy ciecia coś, o czym inni mogli jedynie marzyć. Wielkolud zagrał na nosie całemu wydawnictwu i niefor- malnie ośmieszył wszystkich śledczych z Sikorskim włącz- nie. Najpierw, pod pozorem przerwy na papieroska uczynił niewielką kanciapę sympatycznym miejscem, gdzie w ciągu jednej zmiany był w stanie uwolnić od migreny nawet dwie, najbardziej zrzędliwe (a jednocześnie najbardziej ponętne) sekretarki. Nikogo nie dziwiło, że często wracają jakieś ta- kie dziwnie spocone, z odrobinę poszarpaną odzieżą czy nie- poskromioną fryzurą. O ile budka była całkiem wysoka, to jednak miejsca wszerz było stosunkowo niedużo, toteż Śru- ba musiał męczyć się z nimi na jeźdźca, gdzie chociaż przez chwilę dwa rudzielce od papierkowej roboty mogły poczuć się tak, jakby miały tego krzepkiego skurwiela w garści. Nikt nie pytał, mało kto plotkował, bo roboty było wiele, to też korzystny dla obydwu stron proceder kwitł w najlepsze. Życie Śruby było jednak zbyt monotematycznym: ruchał w pracy, ruchał poza pracą, nawet na urlopie spędzanym na koszt rodziców, ruchał. Z czasem, na co dzień sympatyczny paker po trzydziestce, po zawodówce o specjalizacji ogrodni- czej doszedł do wniosku, że potrzebuje czegoś więcej, uroz- maicenia i adrenaliny, której monotematyczne pieprzenie wszystkiego wokół przestało dostarczać. Śruba zapragnął więcej zarabiać. Korzystając z kontaktów, angażując w plan 9 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa spory metraż strychu w domu, który odziedziczył po dziad- kach, zajął się tym, do czego miał predyspozycje zawodowe: podlewał, nawadniał, dbał o minerały, wilgotność i tempe- raturę, a w odpowiednim momencie ścinał, pakował w stru- nowce i w niedużej aktówce nosił do pracy, gdzie szybko za- częli schodzić się dziwni, młodzi ludzie. Przez dwa lata śledczy, którzy mijali się z grubasem nawet i paręnaście razy dziennie ani razu nie zastanowili się, dlacze- go spaślak zamienił wilgotne cipki sekretarek na jakichś ano- nimowych facetów i laski, które stały pod tym pieprzonym szlabanem od godzin porannych aż do późnego popołudnia, gdy cieć kończył pracę. Śruba powoli spełniał marzenia. Nowe tatuaże, kupił mo- bilną konsolę do gier i pełen pakiet sportowy telewizji kablo- wej. Obkupił się firmową odzieżą, na tęgiej klacie pojawiały się co rusz nowe łachy o wartości paruset złotych. Wpadł, bo popełnił grzech zaniechania. O ile wcześniej kochał tylko i wyłącznie kutasem, tak przez jakiś czas, sporadycznie czę- stując skrętem, ciągle posuwał sekretarki. Gdy jednak popadł w zakupoholizm i manię ogrodnictwa na skalę zbliżoną do przemysłowej, rudowłosa piękność, Dominika, która znana była w redakcji z pociągu do tego, co każdy z jej kolegów nosił w gaciach, nie wytrzymała i postawiła mu ultimatum: solidne pieprzenie jak dawniej, albo pożałuje. Większość facetów bez chwili zawahania wybrałaby wariant, nazwijmy to, ugodowy. Zaślepiony żądzą nabijania sakiewki wysokimi nominałami Śruba, po szybkiej kalkulacji, ile w tym czasie zdoła stracić klientów, rzucił w jej kierunku jednoznaczne: wypierdalaj. Nie minęły trzy godziny, gdy zapłakana kobieta zawezwa- 10 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa ła policję, która znalazła przy cieciu ponad 30 gram wysokiej jakościowo marihuany i kilka porcji LSD. Kolejnego dnia nie przyszedł do pracy. Ani następnego. Po tygodniu ciągle otwartych szlabanów na wakat po Śrubie przyszedł właśnie on: zapryszczony fan komiksów. Prezes postawił na wariant bezpieczny: jedną decyzją uciął zarówno pieprzenie się pra- cownic w godzinach pracy, jak i dilerkę o której, mimo że krążyły u konkurencji legendy, to jednak żaden szanujący się redaktor z firmy nie zająknął się ani słowem. Teraz, ten niepewny emocjonalnie młodzian właśnie za- mykał szlaban, aby wrócić do pochłaniającej lektury W od- dali majaczyły stare, czarne tablice wiekowej audicy. *** Stała przed wielkim lustrem. Dobrze oświetlona łazienka, utrzymana w ciepłych, zachodzących w pomarańcz kafelkach i kremowym suficie od godziny była jej królestwem. Na nie- dużym metrażu kobieta zdołała całkiem sprawnie ulokować sporą wannę z funkcją hydromasażu, niedużą – bo trawiącą odzież ledwie jednej osoby pralkę z podajnikiem umieszczo- nym na górze, oraz trzy długie, ciągnące się po całej długości ściany półki z kosmetykami znanych i renomowanych firm. Co jakiś czas z wyraźną irytacją przecierała ręką zaparowa- ne lustro, zza którego tylko bardzo wprawne oko obserwato- ra zdołałoby dostrzec nieduży, ale działający na każdy rodzaj facetów figlarny biust, szczupłą szyję z charakterystycznym, czarnym pieprzykiem ulokowanym zaraz pod linią żuchwy, nieduże, wąskie usta, które w tej chwili uśmiechały się lekko 11 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa do odbicia oraz czarne, powabne oczy, skupiające się właśnie na jak najlepszym ułożeniu ciągle nieposkromionej, niby ru- dawej, ale mieniącej się w odcieniach złota fryzury. Gdyby jednak obserwator stał za nią, bowiem musimy tu dopowiedzieć, że jako samotna lokatorka kobieta nie musiała zamartwiać się takimi detalami, jak otwarte na oścież drzwi, zobaczyłby długie, smukłe nogi zdradzające, że kobieta spę- dza sporo czasu na powietrzu, najpewniej uprawiając jogging; ładnie zarysowaną pupę, sylwetkę w kształcie klepsydry oraz wątłe, chudziutkie rączki, które w tej chwili układały krótką fryzurę, w całości odsłaniającą jakby odrobinę przygarbioną szyję. Słowem: było na co popatrzeć, jednak mieszkanie tajem- niczej kobiety, zasługiwało co najmniej na takie samo zainte- resowanie, jak figura. Za łazienką rozciągał się nieduży, ładnie urządzony przed- pokój, którego dominującym elementem była wielka szafa z dębowego drewna, utrzymana w tonacji ciemnego brązu. Nieopodal znajdował się pokój gościnny, pełniący w miesz- kaniu funkcję nieproporcjonalnie dużej, jednoosobowej sy- pialni. Ogromne, rozłożone łóżko pełne było nieposkłada- nych łaszków, porozrzucanych wzdłuż i wszerz. Nawet nie- opodal stolika, na jakim postawiony był płaski telewizor i od- twarzacz DVD walały się jeansowe spodenki. Jeśli spojrzeć w prawo można dostrzec wielkie okno z panoramą na otu- lone zmierzchem blokowisko. Nudne, szare wieżowce, pełne anonimowych, tlących się światełek zmieniających natężenie, jakby błyskających. To tylko zmęczeni pracą i życiem ludzie, usiłujący zapomnieć o problemach dnia minionego ogląda- 12 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa ją zapewne jakieś odgrzewane programy, jakie raz za razem serwuje telewizja. Obok okna, drzwi balkonowe, a obok nich, na niedużej, wolnej przestrzeni, tuż przy betonowej ścianie, szafka nocna z kilkoma książkami i czytnikiem e-booków. Na lewo kuchnia. Zwykła, niewyróżniająca się ze zlewem, pie- karnikiem, zapchanym koszem na śmieci, tosterem i kuchen- ką mikrofalową. Cofając się do przedpokoju i stawiając kilka kroków natrafimy na prawdziwy rarytas, coś, dla czego warto było męczyć się przez ten opis mieszkania: gabinet, pełen no- woczesnych technologii, jaki na twarzy niejednego informa- tyka wywołałby niekontrolowany ślinotok. Pokój zaciemnio- ny, odgrodzony od świata zewnętrznymi roletami, z facho- wo rozmieszczonym oświetleniem, równolegle padającym na trzy wielkie, ulokowane obok siebie monitory. Obudowa komputera z ledwie co słyszalnym chłodzeniem zdradzała, że wnętrzności peceta skrywają wydajne, cholernie drogie podzespoły, gdzie za samą tylko kartę graficzną można by z łatwością nabyć ze dwa gotowe komputery z hipermarketu. Nad monitorami szafka pełna płyt, na biurku awangardowa, rozwijana klawiatura, koło której drzemał mieniący się w od- cieniach fioletu gryzoń komputerowy, wbrew obecnej modzie uwiązany do konstrukcji na sznurku, kończącym bieg w por- cie USB. Przed biurkiem fotel, a obok okna kolejne biurko z lampką wykorzystywaną do rysunków technicznych. A na biurku profesjonalny szkicownik. Zerknijmy. Ołówkiem naniesione linie, łączące się w kwadraty, cza- sem jakieś odrobinę zaokrąglone kształty. Dużo tabelek, ry- sunki prezentujące animacje otwieranego menu, fachowo na- pisane, zgodne z formatem HTML oznaczenia kolorów. Wi- 13 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa dać było, że dziewczyna woli działać metodycznie niż bawić się w całodniowe siedzenie na krześle i kolorowanki, które zapewne i tak zostałyby odrzucone przez kolejnego klienta. Cóż, los grafika komputerowego projektującego layouty wca- le nie należał do łatwych, mimo że praca była dobrze płatna. Dzięki możliwościom narracji, przywróćmy teraz pomiesz- czeniu czas. Dziewczyna wyszła z łazienki, kątem oka zerka- jąc na ekran telefonu. Uśmiechnęła się lekko, ruszając ku sza- fie z ubraniami. Po chwili na co dzień niepozorna, zamknięta w sobie lokatorka, do której nieraz szczerzyli się mężczyźni, bez względu na to, czy zaobrączkowani, czy jeszcze poszuku- jący drugiej połówki, zaczynała kompletować swoją kreację na dzisiejszy wieczór. Wzięła w dłoń wieszak ze stylową małą czarną, którą założyła. W chwilę później, dołączyła elegancki wisiorek oraz kolczyki. Trzeba tu oddać, że efekt końcowy był powalający i spora ilość czasu spędzona w łazience opłaciła się. Zniecierpliwio- na, nie chcąc pognieść sukienki, usiadła na łóżku, przeglą- dając historię wiadomości od kogoś podpisanego jako „Mój Tomek”. Przesuwając palcem po dotykowym ekranie, uśmie- chała się lekko. W dziesięć minut później usłyszała pukanie do drzwi. Czarne oczy otworzyły się szeroko. Westchnęła usiłując ukryć napierającą górę emocji, kilkoma susami pokonała odległość dzielącą ją od drzwi. Szczęk zamka. Po chwili z trudem ukry- wając emocje, wpuściła do mieszkanka przeciętnego wzrostu, barczystego faceta o bujnej, pełnej czarnych loków czupry- nie, gęstych brwiach i ciekawie wystylizowanej bródce, która łączyła dwa nieco przydługawe względem całości bokobrody. 14 wydawnictwo e-bookowoKrzysztof Swoboda Iwa
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: