Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00644 011019 17240807 na godz. na dobę w sumie
Jan z Tęczyna - ebook/pdf
Jan z Tęczyna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 272
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1132-6 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jan z Tęczyna. Powieść historyczna (powstała w latach 1821-1823, czytana fragmentami w salonie wdowy po S.K. Potockim, wyd. w Warszawie 1824-1825). Niemcewicz nakreślił tu panoramiczny obraz czasów Zygmunta Augusta, w centrum stawiając postać Jana Chrzciciela Tęczyńskiego, znanego wczęśniej głównie z poematu Jana Kochanowskiego, zmarłego w 1563 roku w duńskim więzieniu. Autor czerpał z wielu wzorów: sięgnął do powieści scottowskiej - stąd splecenie fikcji literackiej z historią i drobiazgowe opisy. Wątki miłosne opisane są w konwencji romansu sentymentalnego, natomiast towarzyszący głównemu bohaterowi grand hiszpański jest wzorowany na postaciach Cervantesa, Z kolei opowiadając historię obłąkanego Eryka XIV, Niemcewicz buduje przejrzystą paralelę z rządami wielkiego księcia Konstantego w Królestwie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K L A S Y K A … Julian Ursyn Niemcewicz JAN Z TĘCZYNA universitas JAN Z TĘCZYNA POWIEŚĆ HISTORYCZNA Są w klasyce literackiej dzieła doniosłe, które ukazały się kiedyś, były wydarzeniem zmieniającym oblicze literatury, a współ- cześnie znane są tylko z tytułów zamieszczanych w kompendiach i pracach naukowych. Niedostępne – drzemią w bibliotecznych magazynach, czekając na swoich czytelników. Dzieła niepospolite, nieprzeciętne, niejednoznaczne, wielowy- miarowe. Książki, przy których trzeba się zatrzymać, do których powracamy, które zmuszają do chwili refleksji. Lektury dla ducha i umysłu. Postanowiliśmy je wydawać, aby dzięki serii „Klasyka...” odzyskały należne im miejsce i swoich Czytelników. Jan z Tęczyna. Powieść historyczna (powstała w latach 1821-1823, czytana fragmentami w salonie wdowy po S. K. Potockim, wyd. w Warszawie 1824-1825). Niemcewicz nakreślił tu panoramiczny obraz czasów Zygmunta Augusta, w centrum stawiając postać Jana Chrzciciela Tęczyńskiego, znanego wcześniej głównie z poematu Jana Kochanowskiego, zmarłego w 1563 roku w duńskim więzieniu. Autor czerpał z wielu wzorów: sięgnął do powieści scottowskiej – stąd splecenie fikcji literackiej z historią i drobiazgowe opisy. Wątki miłosne opisane są w konwencji romansu sentymentalnego, natomiast towarzyszący głównemu bohaterowi grand hiszpański jest wzorowany na postaciach Cervantesa. Z kolei opowiadając historii obłąkanego Eryka XIV, Niemcewicz buduje przejrzystą paralelę z rządami wielkiego księcia Konstantego w Królestwie. K L A S Y K A … Julian Ursyn Niemcewicz JAN Z TĘCZYNA POWIEŚĆ HISTORYCZNA Kraków © Copyright for Klasyka... by Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2003 Wydanie według edycji: Julian Ursyn Niemcewicz, Jan z Tęczyna. Powieść historyczna, oprac. Jan Dihm, Biblioteka Narodowa, seria I, nr 150, Wrocław 1954. Tekst zmodernizowano według obowiązujących zasad ortograficznych i interpunkcyjnych. ISBN 97883–242–1132–6 TAiWPN UNIVERSITAS Projekt okładki serii Ewa Gray P R Z E M O W A D O C Z Y T E L N I K A Silnym jest nawyknienie do pracy, trwa ono, kiedy już umysłowe i fizyczne władze człowieka dobrze zaczną ustawać: doświadczam i ja tego w sędziwej starości mojej. Zamożny w materiały do dziejów ojczy- stych, lecz nie czując się na potrzebnych siłach do pracy tak mozolnej, co więcej, baczny na okoliczności, nie odważam się posuwać do tak ważnego zawodu. Nie mogąc atoli zostać bez zatrudnienia, dogodniej- sze starganym siłom moim wybrałem, a to jest romans historyczny. Zważywszy, jak od lat kilkunastu we wszystkich krajach dzieła rodzaju tego chciwie są czytane, podobnymże ziomkom moim przysłużyć się umyśliłem. Jakoż wielu zgodzi się ze mną, że rodzaj ten z pożytkiem przyjemność i zabawę połącza. Jest on, iż tak rzekę, uzupełnieniem objaśniającym surowe i poważne dzieje. Historia wystawia nam ważniejsze królestw wypadki, zapisuje roz- kazy monarchów, czyny przedniejszych podwładców i wodzów, poru- szenia na dworach monarchów; zawsze na szczycie wysokości, nie zniża się ona do prywatnych towarzystw, nie wchodzi nigdy do poziomych ludu lepianek. Romans historyczny bierze za cel obraz towarzystwa narodu jakiego w wybranej przez autora epoce. Pisarz, wchodząc w nim w szczegóły, zbyt drobne dla dziejopisa, wystawia nam ludzi wszelkiego rzędu i sta- nu. Wszystkie dramma tego osoby nie tylko czynami, mową nawet po- winny nam dać poznać, jakimi były towarzystwo, polityczne kraju poło- żenie, jego oświata, opinie, namiętności, przesądy nawet; powinny nas przenieść w owe czasy pomiędzy siebie, słowem – dać nam żyć i obco- wać z sobą. Obrałem czasy Zygmunta Augusta w połowie szesnastego wieku, jako jedną z najświetniejszych epok naszych. Mądre panowanie ojca zapewniło pokój synowi, powiększały się granice państwa dobrowol- 5 nym połączeniem się Litwy i Inflant z Koroną Polską. Naród był szczęśli- wym i poważanym, kwitnęły nauki i handel, obywatel w domowym zaci- szu pędził dni swobodne. Jak malarz na jednym płótnie obszerną malując krainę, kreśli w niej grody, rzeki, skały, błonia i lasy, tak i ja w jednych, iż tak rzekę, ramach obok najznaczniejszych panowania tego zdarzeń chcia- łem umieścić najznakomitszych w nim mężów w pokoju i wojnie, zacho- wać ściśle obraz stanu towarzystwa wieku owego, słowem przenieść Po- laka w połowę szesnastego wieku i sprawić, by żył z naddziadami swemi. Wszystkie bez wyłączenia przywiedzione w tej powieści polityczne wy- padki wyjęte są z dziejów polskich i szwedzkich, o wierności ich każdy, udając się do tych dziejów, przekonać się może; umieszczającemu wszyst- kie ważniejsze przygody w jednym obrębie trudno było zachować lat po- rządek: nieraz prędzej, nieraz później, jak się przytrafiły, umieszczone są w tym dziele historyczne wypadki. Działającym w tym dramma osobom starałem się zachować obyczaje wieku, charaktery, przymioty, z jakimi nam ich dziejopisowie skreślili. O miłości Jana Tęczyńskiego z królewną szwedzką Cecylią świadczą kronikarze nasi i szwedzcy, świadczą rymy współczesnego Jana Kochanowskiego, świadczy na koniec medal z wize- runkiem obojga kochanków, wybity i umieszczony w tym dziele; równie jak ściągające się do tych wypadków listy króla Zygmunta Augusta tu- dzież rymy Kochanowskiego na śmierć Jana hr. Tęczyńskiego. Jak wiele innych pięknych przymiotami zbogaconych osób, nie uni- kła królewna Cecylia oczernienia i potwarzy. Szwedzi przez niechęć, że przeszła na katolicką wiarę, zwłaszcza w pisanych pamiętnikach swoich ostro szarpali dobrą jej sławę. Znalazła jednak i za życia obrońców, współ- czesny sławny szwedzki poeta Mollerus te dla niej rymy napisał: I Fertur in Idaeo soboles Priameia colle Uni Divarum postposuisse duas. Ast ego te praestans Gustavi filia Regis, Cecilia, summo praefero jure tribus. Namque tibi cedunt splendoribus, indole, forma Juno potens, solers Pallas, eburnea Venus; Si tu me placido defendas unica nutu Ambitiosa trium me nihil ira movet. [Mówią, że syn Priama na Górze Idajskiej Dla jednej wzgardził dwiema boginiami. 6 Ja zaś ciebie, Cecylio, wspaniała córko króla Gustawa, Najsłuszniej ponad trzy przedkładam. Bo tobie ustępują blaskiem, talentami i pięknością Potężna Juno, zręczna Pallas i Wenus biała jak z kości słoniowej. Jeśli ty mnie sama jedna będziesz broniła przychylnym skinieniem, Nie wzruszy mnie wcale gniew ambitnej trójcy.] II Ceciliae speciem Suecis ex Regibus ortae Haec spectabilibus monstrat imago notis. Ut nix frons candet, rutilant ut Phoebus ocelli, Vincunt ridentes blanda labella rosas; Caesaries aurum superat, Charitumque venustas Et decus ex nitidis emicat omne genis; Haec bona natura pulcherrima pulchrior ornat Virtutum praetans est quibus ipsa chorus. [Postać Cecylii, z królów szwedzkich zrodzonej, Przedstawia ten obraz o rysach godnych pożądania. Jak śnieg czoło jaśnieje, oczy błyszczą jak słońce, Powabne usta w zawody idą o uśmiech z różami; Włos góruje nad złotem i wdzięk, Jaki tylko jest na ziemi, promienieje z gładkich lic. Jeszcze piękniejsza dusza zdobi te najpiękniejsze zalety, Nad którymi górując, sama jest zbiorem cnót.] Joh. Messanii „Theatrum Nobilitatis Suecanae”, Holmiae 1616 7 R O Z D Z I A Ł I „Już tylko o mil trzy jesteśmy od domu – rzekł Jan Tęczyński, syn sędziwego wojewody sandomirskiego – jak słodko mi będzie po tylu latach wnijść w progi ojczyste, ujrzyć sędziwych rodziców”. – Westchnie- nie dalszą mowę przerwało. – „Cieszę się z tego niezmiernie” – odezwał się po hiszpańsku towarzysz podróży Tęczyńskiego, don Alonzo Ferdy- nandes Juan Joseppe di Medina Czeli. – „Ach, jakże to daleko z Madry- tu do Polski, ileż przejechaliśmy krajów, ileż rozmaitych widzieliśmy lu- dów, obyczajów, płodów natury. Karmi to ciekawość, zbogaca naukę i doświadczeniem umysł, leczy z przesądów, przecież po niejakim czasie trudy ustawicznego kołatania się i w młodych kościach czuć się dają. Nic to, jesteśmy u kresu, miło będzie za powrotem opowiadać ziomkom moim o ciekawościach, o nieznanych im dziwach, na które w podróżach moich patrzyłem”. – „Spodziewam się, przyjacielu, przerwał mu Tęczyń- ski, że jeźli piszesz dziennik twych podróży, nie będziesz naśladował tylu innych postronnych, co albo niewdzięczni za odebraną gościnność, lub nieuważni i lekcy, z jednego domu sądząc o kraju całym, z jednej osoby o całym narodzie, piszą niepojęte duby o Polszcze”. – „Kastylań- czyk, odpowiedział mu don Fernandes Juan Joseppe di Medina Czeli, nie będzie ani niewdzięcznym, ani lekkim, nie napisze jak prawdę”. Tymczasem toczył się po równej drodze pojazd podróżnych, woź- nica góral śpiewał starodawną pieśń o Kazimierzu Mnichu A witajże nam, gospodynie miły. Rozrzewniły te brzmienia nuty ojczystej serce Tę- czyńskiego. Poglądał w zadumaniu na otaczający go widokres; bieliły się w oddaleniu baszty rabsztyńskiego zamku, niknęły w szarych obło- kach wieże bogatego Olkusza i Skała Piaskowa, kraj przelegający się w doliny i wzgórza zacieniony był lasem dębów i buków, gęsto odbijały U w a g a: Gwiazdką oznaczone są przypisy Autora z wydania warszaw- skiego (1825) i lipskiego (1833). 8 się od nich białe domy wieśniaków i kończate wieże sielskich kościo- łów. – „Ludniejszą jest kraina ta, uważał don Ferdynand, lepiej nawet uprawna niż wiele z prowincji naszych hiszpańskich”. – „Widzisz więc, odpowiedział Tęczyński, że nie złoto Potozu, ale rolnictwo i swoboda zaludniają kraje i prawdziwe dają dostatki”. Gdy rozmawiali w ten sposób, światło słoneczne jęło się zachmu- rzać, ważące się nad jeziorami rybitwy żałośnym krzykiem napełniały powietrze, wspaniały orzeł, gromady ptastw różnych podwojonym lo- tem do siedlisk swoich dążyły co prędzej. Nie darmo; przeraźliwy łoskot grzmotu po dwakroć dał się słyszeć okropnie, siarczysty piorun ukośny- mi strzały czarne przedzierał obłoki, lunął deszcz potokiem. „Co za ule- wa, rzekł Tęczyński, gdzieżby się przed nią schronić?” To mówiąc, po- strzegł niedaleko drogi dom drewniany biały, pod rozłożystym wiązem stojący. „Jeśli się nie mylę, rzekł, jesteśmy już w granicach tęczyńskiego hrabstwa”. To mówiąc, kazał do domu tego zajechać. Lecz wszystko było zamknięte, przed straszną ulewą nie tylko gospodarstwo, lecz cze- ladź, pies, nawet i kot schronili się pod dach. Zaczęto pukać, nieprędko usłyszano odzywającą się kobietę: „Idźże no, Kaśko, otwórz, bliźniemu w przygodzie dać należy przytułek”. Otwo- rzyła Kaśka, wskoczyli podróżni do sieni, która natychmiast strumienia- mi wody z ich szat zlaną została. Otworzyły się drzwi do izby. Stanęła w nich kobieta mająca lat przeszło czterdzieści, czerstwa jeszczei świe- ża, miała suknie bagazjowe w kwiaty, na głowie czółko aksamitne czar- ne, wkoło pozatykane kwiatami polnymi. „Witajcie, panowie, zawołała wesoło, skromne to schronienie, ale i to dobre, kiedy na dworze ulewa, a do zamku jeszcze dwie mile”. – „Pozwolicie, matko, rzekł Tęczyński, że się tu osuszym i przeczekamy, póki deszcz ten nie minie”. – „Niebo obłożyło się strasznie, rzekła Teodorowa, będzie tego na cały dzień a może i całą noc, pójdź no, Kaśko, niech te konie i kolebkę wezmą do szopy, bo się nie zmieszczą w naszej stajence. Nieborak mąż mój, po- dług zwyczaju, poszedł z fuzją i psem do lasu patrzeć, czy nie ma szko- dy jakiej, a czasem i zabić co, jeźli się zdarzy”. – To gdy mówiła, wszedł pokojowiec hrabiego z suchymi sukniami dla panów. Długo Teodoro- wa raz weń, znów w hrabię mając oczy wlepione: „Wszakże to młody pan mój” – zawołała, z radości odchodząc prawie od siebie, i raz ściska- jąc go za nogi, drugi zarzucając mu ręce na szyję. Tęczyński także wpa- trując się w niewiastę, poznał ją. „Ach, wszak to Teodorowa, moja mam- ka kochana – rzekł z radością, rzewne jej oddając uściskanie – praw- dziwie, nie poznałem cię zrazu”. – „Tak to, odezwała się Teodorowa, zawsze matki, a nawet i mamki lepszą mają pamięć od dzieci”. – „Nie 9 czyń mi tego zarzutu, ja bym zaś miał cię zapomnieć, ale lat tyle niewi- dzenia, znużenie podróży, te oczy mokre jeszcze od deszczu...” – „Mniej- sza o to, mniejsza o to, ach, jakżem szczęśliwa, że was oglądam, co tylko w domu najlepszego, wszystko dla mego kochanego Jasia”. To mówiąc, wyszła do sieni, zagiąwszy na głowę wierzchnią spódni- cę; mimo gęstego deszczu na podwórze wybiegła, rozkazawszy wprzód Kaśce, by dobry rozłożyła ogień i w garkach nastawiła wody. Jeszcze się podróżni nie skończyli przebierać, gdy weszła Teodorowa, trzyma- jąc w ręku dwie pary kurcząt i pęk pietruszki, porów i selerów. „Trze- ba, żeby się mój Jaś posilił, będzie miał wyborny rosół i grzybek z świe- żych jaj, jeźli m ó j* wróci z lasa, przyniesie może zwierzyny, a choć ona dla dworu, synowi pańskiemu można jej udzielić, ale za miliony pańskiej zwierzyny nie dałabym komu innemu”. – „Ale po cóż tyle za- chodu, jeszcze na obiad zjedziemy do domu”. – „Lepiej ja się znam na pogodzie, jak powietrznik na dachu; od zachodu chmury kłębami walą się jedna za drugą, daj Boże, byście jutro wyjechali; już też i noc nie- długo, a nadto jakżebym ja Jasia mego puściła, nie nakarmiwszy go wprzódy, wszak przez rok i niedziel sześć nie znałeś innej potrawy jak te piersi moje”. Tu łzy stanęły jej w oczach; rozrzewniony Tęczyński uściskał ją raz jeszcze. „Powiedzże mi, matko, zapytał się hrabia, jak się miewają moi ro- dzice?...” – „Stary pan posunął się znacznie, osobliwie upadł na nogi, ale też nie dziw, już też to i wiek, i różne wojny za młodu, ale, chwała Bogu, dość czerstwy. Wiedzieć zapewne musicie, że siostry wasze, pan- na Zofia obiecana panu Zborowskiemu, staroście szydłowskiemu, dru- ga poszła za pana Lanckorońskiego, kasztelana małagoskiego, piękne i pobożne panie, obydwie je pono znajdziecie w Tęczynie. Przyjechały na imieniny pani matki swej”. – „Z jakąż radością ujrzę je wszystkie” – rzekł Tęczyński. Kiedy się gospodyni krząta około wieczerzy, podróżni, siadłszy na ławie, przypatrywali się ochędóstwu izby. Była ona dość obszerna, z dużym w progu ode drzwi kominem, cała wybielona; wisiał na ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, przy nim duża gromnica malo- wana i wyzłacana wokoło, małymi wstążeczkami niebieskimi i czerwo- nymi przewiązywana, z drugiej strony mały loretański dzwoneczek i kil- ka wianków święconego ziela. Na belce poprzecznej wyrżnięte było imię Jezus i rok 1525. Stół nakryty kilimkiem, ławy wokoło izby; niska ławka wokoło pieca, cała izba potrząśniona była tatarskim zielem; siedziała * Tak wiejskie kobiety nazywają mężów swoich. 10 przy piecu siedmioletnia Jagusia, córka pani Teodorowej, bawiąca się z małym kocięciem, kotka stara spała pod ławą. Już Teodorowa włożyła kurczęta w garnek, a trzymając pory i selery w ręku: „Za mego dzieciństwa, rzekła, nie znaliśmy tej włoszczyzny. Królowa Bona przywiozła nam je z swoich tam, jak się zowią, zamor- skich krajów. Z ogrodów królewskich rozeszły się po całych okolicach Krakowa i dalej jeszcze, bo stara królowa JMć lubi ogrody, wszędzie je sadzi i szczepi, mówią, że w Czersku i innych imionach* swoich pozasa- dzała winną macicę”. Jeszcze nie skończyła słów tych, gdy okropny grzmot i niedaleko padły piorun przeraził wszystkich. „A Słowo stało się Ciałem!” – zawo- łała Teodorowa, żegnając się i padając na kolana; padli także Tęczyński i Hiszpan, korząc się przed władcą piorunów. Przyszedłszy nieco do siebie: „Jagusiu! – rzekła Teodorowa do małej córeczki swojej – weź no dzwonek loretański, wynijdź na dwór i dzwoniąc, obież dom nasz wo- koło”. – „Kochana matko, odezwał się Tęczyński, jakże możesz wśród takich gromów, wśród takiego deszczu narażać to biedne dziewczę”. – „Niewinne to jeszcze, odpowiedziała Teodorowa, nic jej się nie sta- nie”. Jakoż obiegła Jagusia dom cały, dzwoniąc z całej siły, i prócz zmoknięcia do nitki nic się jej złego nie stało. Przez ten czas Teodoro- wa kadziła po izbie święconymi ziołami. Gdy grzmoty uśmierzyły się nieco, usłyszano zapukanie do drzwi. „To mój zapewne – zawołała z radością Teodorowa i otwierając – wiesz- że, mój kochany, zawołała, jakiego gościa mamy w domu, wszak to pan nasz młody z tych tam zamorskich krajów, z Niemiec przyjechał, ale ty, nieboraku, musiałeś zmoc do nitki”. – „Nic to, rzekł i wchodząc do izby, stawiając co prędzej strzelbę w kąt, chciał upaść do nóg Tęczyń- skiemu, lecz ten, podnosząc go: „Witaj, kochany mój Teodorze, cieszę się, że ta burza zaprowadziła mię do domu twego, żeś zdrów, nie wie- działem, że w domu tym mieszkasz, zostawiłem cię pajukiem”. – „Tak jest, panie, odpowiedział Teodor, ale łaskawy rodzic Waszmości, sko- ro tylko zawakowało to leśnictwo, przez pamięć zapewne, że ta nie- wiasta karmiła Waszmości, dał mi ten dom z tak obfitą ordynarią i jurgieltem, iż wszystkiego mamy dostatek; niech mu Bóg błogosławi”. – To mówiąc, zrzucił ciężką torbę myśliwską i cztery zające na ziemię. Żona porwała natychmiast torbę i biorąc parę kuropatw: „Te będą dla mego Jasia i dla tego jegomości, co to nic nie gada, zapewne Niemiec”. – „Juźcić takiemu gościowi nie można odmówić, rzekł Teodor, lubo * Dobrach. 11 jutro spodziewają się w Tęczynie mnóstwa gości, a pan Spiżarski, sza- farz, kazał mi się starać o jak najwięcej zwierzyny. Wczoraj jeszcze przy- jechał ksiądz Gamrat, biskup. Pana hetmana Tarnowskiego, pana Pio- tra Kmity, Mieleckiego, Firleja, Zamojskiego starosty i wielu innych spo- dziewają się co chwila. Właśnie jegomość dobrze trafił, bo i imieniny pani matki, i gości huk”. – „Wolałbym, odpowiedział Tęczyński, zastać rodziców i siostry samych niż w tłumie takim. Uczucia, które nas po tak długim niewidzeniu nawzajem zajmować będą, nasze rozmowy, nasza radość, nie potrzebują świadków”. Oddalił się Teodor do pobliższej komory dla przewleczenia odzie- ży; już też się dogotowywał i rosół; gospodyni, wziąwszy pęk kluczów, do sarniej nogi umocowanych, wybrała wielki jeden i otworzywszy nim ogromną, wysoką, okowaną skrzynię, wyjęła z niej obrus podgórski, serwety i łyżki cynowe. Nie kładziono naówczas sztućców, bo każdy miał swój. Potem z półki, gdzie rzędem stały misy i talerze cynowe tak czyste jak srebro, wzięła, co potrzeba było, i porządnie stół nakrywszy, zastawiła misę rosołu, grzybek i dwie kuropatwy pieczone; chleb żytni, lecz biały i smaczny. „Niechże mój Jaś z tym jegomością zasiada” – rzekła rzucając pełne satysfakcji spojrzenie na bankiet tak smaczny. – „Matko, rzekł Tęczyński, wyborne zgotowałaś nam przysmaki, ale nie będą nam smakować, jeźli nie zasiędziesz z nami”. „I czemuż nie, od- parła, siadłabym, ale dziś poniedziałek, a ja w dzień ten suchotami do szczęśliwej śmierci. Mam piwo z kminkiem i z oliwą i dobrą grzankę chleba, to jest cały mój przez dzisiaj obiad”. Zasiedli kawalerowie do smacznego obiadu, podobał się on Hiszpa- nowi naszemu, podobała się otwartość i gościnność gospodyni, Tęczyń- ski tłumaczył mu wszystkie jej rozmowy. Już zjedli rosół, czyli jak mówi- ła pani Teodorowa polewkę, gdy sam gospodarz wyszedł z komory, w jednym ręku mając dzban piwa, w drugim gąsiorek z miodem. „Co ma dom najlepszego, rzecze, przynoszę wam; piwo zapewne nie warec- kie, ale dobre, lecz miód tak stary, jak moja Jagusia, nie używam go, jak w wielkie święta, a możeż być większe, jak kiedy was w progach moich oglądam?” – „Dziękuję ci, dobry Teodorze, rzekł Tęczyński, napijesz się na nasze zdrowie, a my za twoje i dobrej żony twojej”. – To mówiąc, ponalewał szklanki i pił za gospodarstwa zdrowie. Don Alonzo Ferdy- nand Juan Joseppe di Medina Czeli dziwił się, że tak dobrą malagę znalazł pod dachem słomianym. „Jest to prawdziwa kraju naszego ma- laga, rzekł Tęczyński, tym ciekawsza, że nie z winnych jagód się syci”. – „I z czegóż?” – zapytał Hiszpan. Tęczyński długo musiał mu tłuma- czyć, jak pszczoły robią miód, jak się on syci, zaprawia. Wszystko to 12 było wielką dla Hiszpana nowością. Wypiła i gospodyni kubeczek, a założywszy ręce na kłęby i patrząc na Tęczyńskiego: „Mój Boże, rze- kła, jak to pięknie wyrosło, ale prawda, było to zawsze piękne i dobre jak aniołek”. – „I żwawe jak licho jakie, odezwał się sam Teodor, nie miało to jak lat trzy, a bywało koniecznie prosi się do konia, a pani broni, ale czasem do stajni jak przyjdzie, to my to posadziemy na stępa- ku wojewody, to już chłopczyna kontenta. A pamięta pan, kiedy godny rodzic pobił Tatarów i kilkaset ich przygnał związanych? Ach, cóż to były za straszydła, oczki maleńkie, długie a płaskie i czarne mordy; to się panny, choć starsze, pochowały ze strachu, a Jaś, nic się nie lękając, wyszedł naprzeciw nich z swoją drewnianą szabelką. Bardzo to ucieszy- ło pana ojca, wziął go na ręce i całując: Dobrze, mój Jasiu, rzecze, nie znaj nigdy, co to jest strach, ufam w Bogu, będziesz i ty bijał Tatarów”. Byłoby dłużej rozprawiało gospodarstwo o dawnych czasach, gdyby Hiszpan, którego niezrozumiana ta mowa nie bardzo bawiła, strasznie ziewać nie zaczął. Nadto już było późno, noc ciemna i deszcz, choć mniejszy, lecz gęsty, nie dozwalały myśleć o wyjeździe. Zabrano się więc do spoczynku. Gospodarstwo z Jagusią udali się do komory, izbę wielką zostawiwszy podróżnym. Nazajutrz ledwie kur zapiał, już się w komorze krzątać zaczęto. Dla nieobudzenia podróżnych zaczęła Teodorowa z mężem, Jagusią i Kaśką z cicha śpiewać godzinki, rzekła potem do Kaśki cokolwiek głośniej: „Skoro usłyszysz, że się obudzili, nałóż zaraz ogień i wstaw spory gar- nek piwa ze śmietaną i serem, żeby przed wyjazdem mieli się czym po- silić”. Dalej wyjrzawszy przez okienko: „Po tak srogiej burzy, rzekła, jak śliczny dzień zakazuje się dla mego Jasia, niechże będzie Pan Bóg pochwalon, że go tak pięknie i tak czerstwo zachował. Co to tam będzie w zamku radości, jak się pokaże!” Niedługi bywa sen tych, co są w oczekiwaniu bliskiego szczęścia i radości: troskami tylko obarczony człowiek rad by we śnie chwile za- pomnienia przedłużyć. Obudził się Tęczyński przed świtem; jeszcze Ja- gusia nie skończyła piwa gotować, już był ubranym. Miłym mu było to nie używane od lat tylu ojczyste śniadanie, przypomniało mu dziecinne lata jego. Don Alonzo Ferdynandes di Medina Czeli skrzywił się za pierwszą łyżką i prosił, by mu dano szklaneczkę wczorajszej malagi i chleba kawałek. Równie jak pan niecierpliwi słudzy w mgnieniu oka sprzątnęli wszystko i gotowym był pojazd. Czułe było z gospodarstwem pożegnanie, przyrzekł Tęczyński, że dobrą swą mamkę często odwie- dzać będzie, i odjeżdżając, wsunął w jej dłoń pięć dużych sztuk hisz- pańskiego złota. „Ach! mój Jasiu, zawołała Teodorowa, zepsujesz tym 13 szczęście moje. Kiedy serce przyjmuje gościa, serce tylko nagradzać po- winno”. – „Nie bierz więc dla siebie, matko, rzekł Tęczyński, ale chowaj to na posag dla twojej Jagusi”. Ledwie więc tym sposobem potrafił Tę- czyński przemóc na dobrej kobiecie, że dar ten przyjęła. Jeszcze się tylko blada różawość rozlewała po niebie, jeszcze słońce nie zeszło, gdy już Tęczyński z towarzyszem swoim byli na drodze ku Tęczynowi. Odświeżone ostatnim deszczem krzewy i kwiaty zionęły woń najprzyjemniejszą, z wrzącym szumem spadały z pagórków zapienione potoki. Chóry rozmaitych ptasząt zdawały się witać pieniem swoim Twórcę wszech rzeczy. Przyjemne, zachwycające jakieś uczucie, jakie- go tylko w młodości doznawać można, ogarnęło całą istność Tęczyń- skiego, czuł w sobie pełność szczęścia i życia, wlepione miał oczy w stronę ojczystej dziedziny, a gdy złociste strzały wież tęczyńskiego zamku zabłysnęły w powietrzach, najwyższe przejęcia ogarnęły serce jego. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej każda krzewina, każdy dom, każdy kamień nawet słodkie dzieciństwa odnawiały w nim pamiątki. 14 R O Z D Z I A Ł I I Właśnie słońce wschodziło, gdy Tęczyński zbliżył się do włości ro- dzinnej. Powolnym krokiem wychodziły trzody wiejskie na smugi po- bliższe. Flet pasterski mięszał się z pieniem ptasząt, wierny pies zaga- niał odstrychające się jagnięta, powietrze było ciche, wonne i świeże, gdzieniegdzie u czujnych wieśniaków dym w prostych słupach podnosił się z ognisk poziomych. Nie chcąc budzić mieszkańców zamku, Tęczyński opodal od bramy powozowi zatrzymać się kazał. Wszystko tam jeszcze w śnie głębokim zdawało się być pogrążonym. Oparty o wiąz rozłożysty patrzał na za- mek nie widziany już od lat tylu. Był to gmach czworograniasty z okrą- głymi wieżami po rogach, otaczał go głęboki przekop i wał po większej części z polowych wzniesiony kamieni, wieki, rozkrzewione po nich zioła polne zbiły go w nieprzebitą massę. Cztery bram prowadziło w dziedzi- niec obszerny. Zbudowane one były z ogromnych ciosowych głazów, na wierzchu tarcza z herbem Tęczyńskich Topór i rok 1332. Wszędy strzel- nice; dziesięć dział stało na wałach. „Dawny to zaiste zamek” – były słowa Hiszpana, przerywające zadumanie Tęczyńskiego. – „Jest to dom rodu mego od wielu już wieków” – odpowiedział Tęczyński i znów za- milkł; wkrótce atoli głos nucący godzinki uderzył uszy jego. Spojrzaw- szy w bok, ujrzał poważnego starca w szarej czamarce, z kijem i pacior- kami w ręku. Oczy starca i młodzieńca raz się spotkawszy, już się w inną nie zwróciły stronę. Zbliżywszy się starzec o kilka już tylko kro- ków, zastanowił się i patrzał długo: „Myląż mię oczy moje, zawołał, wszakże to młody pan mój!” – „Jak się masz, panie Kołysko, zawołał Tęczyński, cieszę się, że pierwsza osoba, którą w tym zamku widzę, jest dawny mój przyjaciel”. – „Tak jest – rzekł starzec, na siwą brodę roniąc łzę radośną – ten, co cię na ręku swych nosił”. – Tęczyński przedstawił Hiszpanowi w łacińskim języku przyjaciela i marszałka dworu ojca swe- go. Pan Kołysko wyborną łaciną przywitał don Juana di Medina Czeli. 15 „Śpią jeszcze wszyscy w tym zamku” – rzekł pan Kołysko do Tęczyń- skiego. – „Nie chcę nikogo budzić, odpowie młodzieniec, wnijdźmy tymczasem do ogrodu, po długim niewidzeniu pomówmy z sobą”. To mówiąc, udali się ku dziedzińcowi. U bramy stał żołnierz pie- szy z flamandzka ubrany. Przeszedłszy niższą galerią, ujrzeli się w ogro- dzie. Rozłożony on był w rozmaite ulice z wiekuistych dębów, lip i świerków, kwatery z bukszpanu wysypane były w floresy rozmaitych kolorów piaskiem i kamykami. Hiacynty, lilie, róże i inne kwiaty stały w wazonach; sprowadzone z pobliższych gór wody czyste w wielu za- gięciach tworzyły kanały. Dwa boki ogrodu zajmowały sady rozma- itych drzew owocowych, w ostatniej głębi onego odkrywał się pyszny widok na ciemnozielone góry, czarne przepaści, na kościół i klasztor w Czerni. Odgłos dzwonów zakonnych dochodził aż do ogrodu. Kar- mił się Tęczyński tym pysznym widokiem, ustawiczne panu Kołysce o rodzicach, o krewnych, o kraju czyniąc pytania. Gdy się na powrót zbliżali do zamku: „Acz pałac obszerny, rzecze pan Kołysko, tyle zje- chało się gości na imieniny pani, iż wszystkie prawie napełnione kom- naty; w tych oknach, gdzie Waszmość widzisz karmazynowe firanki, stoi ks. biskup Gamrat. Po sutej wczorajszej wieczerzy nieprędko się obudzi, ustały w nim inne pożądliwości, lecz do intryg i biesiad równy gracz jak dawniej. Naprzeciw stoi stary hetman Tarnowski; nie cierpi on żadnych zasłon, przyzwyczajony do obozów, żyje zawsze jak gdyby w namiocie. Miałem wielką biedę, nimem się wystarał małego źrebię- cia na dzisiejszy obiad jego, masz bowiem Waszmość wiedzieć, iż na wielkich ucztach zawsze przed hetmanami polskiemi zastawiają pie- czenie z źrebięcia”. – „Co on mówi?” – zapytał Hiszpan. Wytłumaczył młody Tęczyński, o czym mówiono, a podziwienie don Alonzo Ferdy- nanda było bez miary. „Jest to zapewne zwyczaj dawnych Scytów” – zawołał. Tęczyński dowiódł mu, że nie od Scytów, lecz od Sarmatów pochodzili Polacy. – „W skrzydle po prawej ręce, mówił dalej pan Kołysko, mieszka pan Piotr Kmita, wojewoda krakowski, człek nie- spokojny, chciwy, przerzucający się na wszystkie strony. Nad nim młody pan Jan Zamojski, po lewej stronie pan Spytek z Tagliczyna, podskar- bi w. k.”. – Nie byłyby się kończyły tak interesujące dla Tęczyńskiego rozmowy, gdyby powinności marszałka, w dzień osobliwie tak wiel- kiego zjazdu, nie odwołały pana Kołyski. Postrzegłszy więc zbliżają- cych się dwóch karłów: „Bawcież młodego pana waszego” – rzekł im, sam do zamku pospieszył. „Che cosa sono ’sti vecchi bambini, cóż są te stare dzieci?” – zapytał z zadziwieniem Hiszpan. Znów Tęczyński musiał mu tłumaczyć, że 16 w kraju naszym znajdują się te małe twory. „Do osobliwszego ja kraju przyjechałem, rzecze don Ferdynandes di Medina Czeli, co chwila coś zadziwiającego podpada mi pod oczy”. Stary wojewoda Tęczyński, jak ludzie wieku jego, rannym był nader wstawaczem: okienice jego pierwsze otworzyły się w zamku. Postrzegł- szy to jeden z karłów, a chcąc się doniesieniem radośnej nowiny przy- podobać staremu wojewodzie, pobiegł co prędzej oznajmić mu, że syn jego przybył. Łatwo wnosić można o szczęściu i radości starca; nie wy- szło pięciu minut, już przyszedł signor Allegro, mistrz kapeli wojewody, prosząc syna na górę. Rad był Tęczyński, że mógł towarzysza Hiszpana z Włochem zostawić, i sam co prędzej do ojca pospieszył. Za otwarciem podwojów zastał go siedzącego na dużym krześle, w nocnej atłasowej ferezji, gęsta, siwa, długa broda zstępowała mu na otwarte piersi ko- smate, twarz poważna i słodka, podstrzyżone włosy na głowie, gęsty tylko, siwy kędzior sterczał na wierzchu. Młodzieniec upadł ojcu do nóg, a starzec, kładąc zemdlone nań ręce swoje: „Niechże będą Naj- wyższemu dzięki, rozrzewnionym zawołał głosem, że mi cię, mój Janie kochany, przed zgonem raz jeszcze oglądać pozwolił; patrząc, żeś zdro- wy, żeś czerstwy, czuję, że i moje krzepią się siły. I ja byłem niegdyś, jakim ty dziś jesteś”. – Tu przy rzewnych łzach słodkie nastąpiły uści- skania. „Ileż się to rzeczy odmieniło, przydał, od tych lat pięciu, com cię nie widział. Bogu dzięki, matkę i siostry zastałeś zdrowe i wkrótce je ujrzysz. Ale nasz stary król i pan już mieszka w niebie, a młody coś nie bardzo roztropnie zaczyna, słyszałeś, że pojął Radziwiłłównę, młodą Gastolda wdowę. Nie on, ale stryjowie żony jego rządzić nami będą i ścierpiż to Tęczyński!...” Syn, widząc, że ojciec unosił się gniewem, chcąc myśl jego od nie- przyjemnego odwrócić przedmiotu, wyjął z zanadrza list od cesarza Karola V i oddał mu go*; na widok ten wypogodziło się czoło wojewo- dy, sługiwał bowiem w wojskach tego monarchy i wiele łask odbierał od niego; gdy go więc czytał, młody Tęczyński prowadził oczyma po kom- nacie ojcowskiej. W rogu komnaty tej ujrzał niskie, wąskie i twarde łoże, przy nim rozpostartą była potężna skóra białego niedźwiedzia, zamiast kołdry burka szara. Na ścianach portret Zygmunta I, Zygmunta Augu- sta w dziecinnym wieku z papugą w ręku i wokoło pełno tarcz, kolczug, łuków, sajdaków, kołczanów; były tam także rusznice hiszpańskie nabi- jane srebrem, złotem, z wysadzanymi floresami i figurami z perłowej macicy, w kącie na wysokim berle siedział krogulec. * Historyczne. 17 „Cieszy mię mocno, rzekł starzec, skończywszy list czytać, że cesarz JMć zaszczytne wam daje świadectwo, że i o moich dawnych nie zapo- mniał usługach. Jakże się miewa pan ten, czy żyją książe Medina Sido- nia, margrabia di Luna d’Albukerk, don Juan di Vasconczellos?” Tu, gdy młody Tęczyński odpowiedział na wszystko, otworzyły się drzwi małe i żona wojewody, trzymając w ręku czarę z winną polewką, poka- zała się z dwoma córkami swymi. Na widok syna ledwie miała czas po- stawić czarę na stole, już ręce jej były na szyi jego, już łzy radośne skra- piały lice młodzieńca. „Widzisz, moja panno, rzekł starzec, Jan sam sie- bie przywiózł na wiązanie imienin twoich”. – Po uściskaniach matki nastąpiły uściskania sióstr. Ileż serc w tej chwili zalewało się radością! „Wieleś świata objechał, rzekła matka, musisz być dużo strudzony, mizerny trochę...” – „Gdzież znów, przerwał ojciec, czerstwy i silny jak Herkules, ale matki zawsze znajdują, że dzieci ich mizerne”. – „Jakkol- wiek bądź, odezwała się stara pani Tęczyńska, będziemy o nim mieć staranie; każę mu dać owe komnaty, co idą na ogród, nie ma tam żad- nego hałasu, będzie się mógł dobrze wysypiać”. – „Niedługo będzie się wysypiał, przerwał wojewoda, za dni kilka pojedzie na sejmiki do Pro- szowic, niech się da poznać obywatelstwu, nadto ważne tam sprawy traktować się będą”. – „Pójdźże, Janie, niech cię w komnatach twoich umieszczę” – to mówiąc, wzięła wojewodzina syna za rękę i wyszła, wo- jewoda zaczął się ubierać. Długie były matki i sióstr wypytywania, czułe ich pieszczoty. „Uni- kaj, ile możesz, rzekła Tęczyńska, najmniejszego wspomnienia o Radzi- wiłłach. Ojciec twój znieść nie może tego wyłącznego prawie wzięcia i wpływu, w którym oni, osobliwie ks. Mikołaj, podczaszy litewski, zo- staje dzisiaj u dworu”. – „Będę ostrożnym, odpowiedział młodzieniec, usiłowań moich dołożę, by nie rozjątrzać, lecz zmniejszać te niechęci, nic bowiem szkodliwszym powszechnej rzeczy być nie może, jak te pry- watne między możnemi zapasy”. Wyszedłszy od matki, niespokojny o Hiszpana swego, pytał Tęczyń- ski przechodzących, gdzieby był. „Widzieliśmy, odpowiedziano, że po- szedł na wały” – pospieszył więc tam i ujrzał go stojącego z panem Alle- gro nad kupą jeńców tatarskich, pracujących około naprawy osuniętej baszty jednej*, mówiącego z wielką żywością. Skoro postrzegł Tęczyń- skiego: „Nie wiedziałem, rzekł, że i Polska ma posesje swoje w Amery- * W dawnych wiekach powszechnym było w Polszcze zwyczajem używać jeńców tatarskich i tureckich do murowania gmachów i twierdz. Tak i Wila- nów był zbudowany. 18 ce, widzę tu Indianów podobnych zupełnie do tych, których nasz Pizar- ro przysłał z Meksyku. Taż sama zbójecka twarz, maciupcie oczki, ten- że kolor skóry”. – Wiele podjął pracy Tęczyński, póki go przekonał, że Polacy nie mieli posesji w Ameryce i że ludzie, których on brał za India- nów, byli Tatarzy mahometanie z półwyspy Krymu. Wpośród tych rozmów usłyszano dzwonek zamkowy na mszę zwo- łujący mieszkańców. Tęczyński i don Ferdynandes Juan di Medina Czeli udali się do kościoła, czyli raczej kaplicy łączącej się z zamkiem. Już ją napełnioną zastali. Ujrzeli w loży, czyli trybunie, karmazynowym aksa- mitem z złotymi galonami wybitej, rodziców i siostry swoje; kiwała na brata panna Zofia, aby i on przyszedł, lecz nie chcąc porzucać towarzy- sza, postrzegłszy nadto Jana Zamojskiego, z którym się był zaprzyjaźnił w Padwie, pozostał w ławce. Biskup krakowski Gamrat siedział na boku pod baldachimem, inni znaczniejsi goście lub w loży z państwem, lub też na dole w ławkach. Ksiądz Kobylański, kanonik krakowski, pro- boszcz miejscowy, miał mszę św., signor Allegro popisywał się symfonią kompozycji swojej. Po mszy udali się do wielkiej sali, gdzie już wszyscy zgromadzali się na zastawione śniadanie. Tęczyński przedstawił rodzicom i gościom cudzoziemca, towarzy- sza swego. Stary wojewoda, podając mu rękę, rzekł: „Salve grate hospes, opto ut domus mea sit tibi quam jucundissima!” [Witaj, miły gościu, życzę, aby dom mój był ci jak najprzyjemniejszy]. Stały na stole duże srebrne półmiski z zrazami, bigosami, kiełbasami i rozmaitą wędliną. Stały w srebrnych roztruchanach miody, wina i piwa. „Chi è questo monsigno- re, zapytał Hiszpan, che mangia come un lupe? Któż jest ten monsignor, co pożera wszystko jak wilk?” – „E monsignor Gamrato, vescovo di Cra- covia” [to jest monsignor Gamrat, biskup krakowski] – odpowiedział Tęczyński – „Che Dio lo benedica come si è conservato grasso, fresco, ma come mangia! Niechże go Bóg błogosławi, jakże się zachował tłusty i świeży, ale jakże zajada!” – Sprawiedliwym było cudzoziemca zadzi- wienie: Gamrat połykał całe kiełbasy, zmiatał pełne talerze bigosów, wychylał roztruchany miodu i wareckiego piwa. Nie było niekorzystnym jedzenie: lice przewielebnego jak księżyc w pełni wystawiały okręg ogromny, czerwony, lśkniący się jak najpięk- niejszy pokost. Przerywał niekiedy prałat smaczne swe kąski krotofilny- mi dykteryjkami, często po włosku odzywał się do Hiszpana. Słowem, rozweselał i zażywiał posiedzenie całe. Już się śniadanie kończyło, gdy ujrzano wchodzącego nie mniej może otyłego mężczyznę, w dziwacz- nym stroju, w żupanie w rozmaite cętki, w ferezji, gdzie sobole, króliki i niedźwiedzie mieszały się razem w kołpaku, na którym pawie pióra 19 wznosiły się na łokieć, wesołość i otwartość malowały się na twarzy jego. Potrząsnąwszy kołpakiem i siadając naprzeciw biskupa Gamrata: „Jak się masz, popie?” – odezwał się do niego i z uszanowaniem schyliwszy głowę przed starym wojewodą i hetmanem Tarnowskim, smaczno zaja- dać począł. „Któż jest ten człowiek?” – zapytał się Hiszpan towarzysza swego. – „Jest to błazen nieboszczyka króla, odpowiedział młody Tę- czyński, nazywa się Stańczyk, człowiek pełen dowcipu”. – „Przypomina naszych graziosów”* – rzekł don Ferdynando. Wtem Gamrat, chcąc się odciąć napastującemu: „Cóż, rzecze, bę- dzie dziś robił nasz, niegdyś tyle znaczący, krotofilnik? Niestety! nie ma już starego króla naszego”. – „To, co i zawsze, odpowiedział Stańczyk, prędzej światu zbędzie na królach niźli na błaznach. Nie dziw, że mnie stary pan nasz lubił, słyszał, jak nieraz te prawdy, których on wam powie- dzieć nie śmiał, jam wam powiadał, znał, żem ja go rozrywał, a wyście go nieraz martwili; nieprawdaż, księże biskupie, panie Kmito, panie Ta- szycki?” – „Stańczykowi wolno wszystko” – odezwał się Kmita. – „I słusz- nie, przerwał śmieszek, bo Stańczyk nie czyni jak wy, nigdy on wolności nie używa na złe; alboż ja to nie wiem (przydał) po coście się wy tu wszy- scy zjechali? Oto by robić wczesne układy, jak bałamucić ciemną szlach- tę na sejmikach proszowickich, jak ją podżegać przeciw królowi–synowi tak, jakoście ją przeciw ojcu burzyli; będziecie wrzeszczeć, że wolność ginie dlatego, że cień jeszcze władzy zostaje przy królu”. – „Potrzebną jest, odezwał się Taszycki, równowaga w Rzeczypospolitej naszej intra majestatem et libertatem [między majestatem a wolnością]. Panowie nasi trzymają ją, są oni jak balast w okręcie”. – „Tak jest, przerwał Stańczyk, tylko że ten balast jest u sztaby, nie u rudla, a z tego czegoż się spodzie- wać? oto że za najmniejszą burzą cały okręt przewróci się do góry noga- mi i winnych i niewinnych pogrąży w bezdennych otchłaniach swoich, a wtenczas za swywolą zapłacimy niewolą” – „Nie dziw, odezwał się Gamrat, że Stańczyk, przyzwyczajony do życia dworskiego, obsypany darami królów, nieprzyjacielem jest wolności”. – „Przeciwnie, odparł Stańczyk, choć nie ubrany w mitry, nie obsypany łaskami, żarliwszym jestem jej obrońcą niżeli wy wszyscy; lecz nie lubię pychy przewodzeń i rozwiozłej swywoli, bo te prędzej czy później rozszarpanie i jarzmo włożą na karki nasze; nie chcę, by dlatego, że my dziś zbyt brykamy, wnukowie nasi pokutowali”. Byłyby spory trwały dłużej, gdyby Hiszpan, nalawszy mały kieliszek małmazji, nie proponował zdrowia dam. „Lubo u nas nie jest zwycza- * W Hiszpanii w owym wieku miewali królowie i przedniejsi panowie śmieszków swoich, zwanych grazioso. 20 jem, rzekł mu Zamojski, pić zdrowia przy śniadaniu, przecież to zdro- wie każdy spełni z ochotą”. – „Rozumiałem, że to obiad” – rzekł Hisz- pan z uśmiechem. Prócz trochy ryżu z mlekiem nie tknął się on niczego; siedział między Zofią Tęczyńską i bratem jej i cały czas rozmawiał z sąsiadką, ta, długo przebywając na dworze królowej Bony, doskonale mówiła po włosku. Don Guzman di Medina Czeli wielkie czuł upodobanie w rozmo- wie i dowcipie jej, bardziej jeszcze w słodkim uśmiechu i ciemnobłękit- nych oczach rzucających blask niepojęty na białe jej lice. „Per Dio San- to! [na Boga świętego] – rzekł z uniesieniem do młodego Tęczyńskiego – obydwie Kastylie nie posiadają podobnej piękności jak siostra wa- sza”. – „Na nic się to Wam nie przyda, rzekł mu przyjaciel jego, è pro- messa, narzeczona”. – „O Dio!” – rzekł z westchnieniem don Fernandes Guzman di Medina Czeli. Rum wstających od stołu gości przerwał uniesienia Hiszpana, otwo- rzyły się inne podwoje, weszli wszyscy do ogromnej sali wspaniale ozdob- nej, gdzie już solenizantka dzisiejsza, pani wojewodzina Tęczyńska, oto- czona licznym gronem panien szlacheckich, znajdowała się. Zaczęto zatem koleją przystępować do składania jej powinszowań. Najprzód ksiądz biskup Gamrat w rubasznej mowie złożył jej wota swoje. W kil- ku słowach sędziwy hetman Jan Tarnowski. – „Życzenia walecznego, rzekła mu pani Tęczyńska, zawsze mi najmilszymi były”. – Przystępo- wali inni senatorowie, dalej Zbigniew Ossoliński, podkomorzy sando- mirski, imieniem województwa całego, na koniec przeorowie i gwardia- nie zakonu św. Franciszka, Antoniego i dominikański definitor. Ci, mieszając wiele łaciny w oracje swoje, nie bardzo byli od wojewodziny zrozumianemi. Przedstawiony don Alonzo Guzman di Medina Czeli powiedział jej kilka słów grzecznych i pocałował w rękę. Po skończonym powinszowań obrządku rozeszli się wszyscy do kom- nat swych: damy zatrudniać się strojami na obiad i tańce, młódź męska oglądać swoje rumaki, rzędy, łuki i zbroje. Sędziwi na prywatne narady. Don Alonzo udał się do ogrodu i chodząc pod ciemnym sklepieniem odwiecznych lip, dumał głęboko. Tymczasem w sali, wizerunkami przodków Tęczyńskich ozdobionej wokoło, zebrali się dostojni ojcowie i co było z przedniejszych przyja- ciół domu. Gdy wszyscy miejsca swoje zasiedli, stary wojewoda w te odezwał się słowa: „Jaśnie Wielmożni moi wielce Miłościwi Panowie i Bracia! Non esset bono publico idoneum, żeby tyle światłych mężów, ad colendam hanc festam diem [nie byłoby godne dobra kraju, żeby tylu światłych mężów 21 dla uczczenia tego uroczystego dnia] zebranych, samym tylko poda- jąc się uciechom, Rem publicam i sprawę libertatis nostrae praeterire voluissent [sprawę publiczną i sprawę wolności naszej chcieli pomi- nąć]. Wiadomo Waszmościom, że za tydzień przypadają sejmiki, na tych to wcześnie naradzić się, uzbroić opportet [należy] przeciw tym wszystkim zamachom, które z złych rad młodego pana otaczających Rzeczypospolitej imminent [grożą]. Nie tajno Waszmościom, że już podstępnie skojarzone, zdradliwie ukrywane płoche związki z Bar- barą Radziwiłłówną J. Królewska Mość za prawe małżeństwo ogłosił, co więcej, kobietę tę, jak królową polską, koroną pięknej Jadwigi ko- ronować postanowił. O pudor, o dolor! [o wstydzie, o boleści]. Ścier- picież to Waszmość? Ach, nie ścierpię, ja, nie ścierpią haec sacrae sta- rożytnego domu imagines [te święte... wizerunki], widzicie je wokoło surowo spoglądających na nas. Oni to, oni piersiami swymi zasłaniali granice nasze, rozszerzali je orężem, otwartą i śmiałą radą bronili wol- nościów naszych. Patrzcie – rzekł, pokazując na ścianę – na Ścibora, jednego z Dwunastu Wojewodów, na tych zbrojnych rycerzy, co kró- lowi Ludwikowi dwanaście chorągwi ciężkich kopijników przywiedli, na tego Żegotę, co radą, wpływem i stałością swoją pierwszego Jagieł- łę utrzymał na tronie. Wołają oni na nas, non patiamini opprobrium tantum [nie ścierpmy takiej hańby]. Jakżeż, ujrzemy równą nam in hac sede regali [na tym tronie królewskim], na której córki cezarów i kró- lów siadały. Nie dosyć na tej zniewadze, widzicie już związków tych skutki. Panowie Radziwiłłowie, bracia, stryje, powinowaci Barbary, wszystkim rządzą, wszystkiemi trzęsą. Oto widzieliście, jak wojewoda trocki, brat Barbary, księdza Podlodowskiego, kapelana tej nowej kró- lowej już by był na pierwsze w kraju biskupstwo krakowskie wyforyto- wał, gdyby nie silne przekładania księdza Dzierżgowskiego, arcybi- skupa naszego*. To jedno, co się im nie udało; zresztą wszystko czy- nią podług swej woli, kto chce urzędu, dostojeństwa, dzierżaw, łask, do kogoż się udaje, oto idzie ad fontem omnium bonorum [do źródła wszelkiego dobra] i Radziwiłłom bije czołem. Nie zniży nigdy stary Tęczyński siwego czoła swego przed niemi. Ubi nam est aequalitas no- stra? [bo gdzież jest nasza równość]. Proszę więc Waszmościów, moi wielce Miłościwi Panowie, abyście, kto gdzie ma wpływ na sejmikach jakich, wniosek mój wspierać i utrzymywać raczyli: ten jest, by mnie- mane JKMości z Barbarą Radziwiłłówną małżeństwo za nieprawne uznanym było, by król JMć inną, z krwie królewskiej, małżonkę pojąć * Historyczne. Patrz Górnickiego, pag. 320 edyc. Man. 22 raczył, gdyż ja – zakończył z zapałem – wolałbym widzieć sułtana So- limana w Krakowie niż na tronie polskim Barbarę”*. Skończył, a żywa czerwoność wystąpiła na twarz sędziwego starca. Przez chwil kilka panowało milczenie, widać było, że zasmucił się tą mową młody Tęczyński, że rówiennik jego Zamojski z ciężkością tłumił w sobie chęć odpowiedzenia, młodzież bowiem w owych czasach wiel- kie miała dla siwych włosów poszanowanie. Na koniec stary Tarnowski, kasztelan krakowski i hetman w. koronny, tak się odezwał: „Nie pierwszy to raz dzisiaj słyszemy z ust poważnych pana wojewo- dy sandomirskiego fervidum pro libertate nostra zelum [płomienna gorli- wość w sprawie naszej wolności]. Nie trzeba było Jegomości udawać się ad imagines antecessorów swoich, sam pan wojewoda, tam in toga quam in sago, omnium virtutum insigne nobis praebuit exemplum [tak w służbie cywilnej jak wojskowej, wszystkich cnót pokazywał nam znakomity przy- kład]. (Tu stary Tęczyński skłonił śnieżną swą głowę). Sprawiedliwą jest zapewne, mówił dalej Tarnowski, żarliwość Jegomości o blask i chwa- łę tej świetnej korony polskiej. O, utinam voluissent Fata, aby był JKMość Pan N. Miłościwy pojął in sotiam vitae dignam praeclarae originis suae małżonkę [oby chciały losy, aby był JKMość... pojął na towarzyszkę życia godną swego przesławnego pochodzenia małżonkę]. Inaczej podobało się Najwyższemu, On to w księdze przeznaczeń świętym palcem swoim zapisuje małżeństwa; nie zdobiła przodków dzisiejszej Pani naszej rega- lis corona [królewska korona], lecz zdobiły ich równie może świetne obywatelstwa i waleczności wieńce, nec tam vilis est Polonae nobilitatis sanguis [i nie tak licha jest krew szlachty polskiej]: a gdy tak jest, gdy JKMość, P. N. Miłościwy, legitimo ductus amore [wiedziony prawowitą miłością] serce swe ku tej przezacnej pani już skłonił, nie wdawajmy się w wyroki Boskie, nie mąćmy pierwszych szczęśliwego małżeństwa nek- tarów, bibant purpureo ore dulcedines ejus [niech piją purpurowymi usta- mi jego słodycze] młode królestwo nasze. Tyle innych ważniejszych spraw, tyle rzetelnych na Rzeczpospolitę zamachów uwagę naszą ścią- gnąć powinno. Nie znane dotąd w Europie mocarstwo od Septentrio- nu [od Północy] zagraża, zachwiani w wierze hołdownicy Królestwa, Bisurman szczęśliwy swój w tylu stronach bułat lada dzień i na nas ob- rócić może, dziki Tatarzyn bezkarnie Podole nasze najeżdża. Mamyż tyle niebezpieczeństw discordia civili [niezgodę domową] powiększać! Upraszam więc godnego wojewodę sandomirskiego, aby na nadcho- dzących sejmikach wniosku swego podawać nie raczył”. * Historyczne. 23 Zaledwie skończył kasztelan krakowski, gdy kasztelan Żarnowski, domowy przyjaciel i osobiście Tęczyńskiemu zobowiązany, zabrał głos, silnie popierając zdanie pryncypała swego. „Tyle ja, mówił on, miałem dowodów mądrości luminarza senatu na- szego, mego Miłościwego Pana wojewody sandomirskiego, tylem mu jest beneficio devinctus [zobowiązany dobrodziejstwami], iż to, co on czy to na prywatnej, czy na publicznej radzie wynurzy, już dla mnie prawem się staje. Po cóż nam wspominać o Tatarach i Turkach, o trwogach i Sep- tentrionie, adhuc procul sunt a nobis haec mala [do tej pory dalekie od nas są te klęski]; dedecus [pohańbienie] korony przez niegodne JKMości małżeństwo już nas trapi i krzywdzi; kredyt i wziętość u dworu panów Radziwiłłów – horret animus [wzdraga się dusza], jak wolnościom zagra- ża. Nie ścierpię ja nigdy, nie ścierpi wielu innych równie jak ja panu wojewodzie sandomirskiemu wiernych, by kto inny więcej w Koronie Polskiej znaczył jak nasz pan wojewoda Tęczyński. Fortiter [z całą siłą, mocno] zatem popieram zdanie tego szanownego pana i wnoszę, by porzuciwszy Turków, Tatarów i inne Rzeczypospolitej sprawy, ante omnia [przede wszystkim] w instrukcjach posłom naszym umieszczonym było, by nie przystępując do żadnej innej na sejmie materii, o uchylenie mnie- manego małżeństwa JKMości cum omni vehementia ac clamore [z całą gwałtownością i głośnym wołaniem] naglić nie przestawali”. Gdy skończył pan kasztelan Żarnowski, stary wojewoda z uśmie- chem ukłonił mu się od gęby, a syn jego rzekł po cichu do Zamojskiego: „Nie bardzo mi się ten pan kasztelan podoba”. – „Raczyż kto jeszcze z Waszmościów moich wielce Miłościwych panów i Braci – rzekł woje- woda – zdanie swoje otworzyć?” Mówiło więc wielu sędziwych mężów, między niemi biskup Gamrat i wojewoda Kmita, lecz ci na dwóch zawsze siedzący stołkach, w spo- sób, z którego i wojewoda sandomirski, i Zygmunt August zarówno mogli być kontenci. „Cóż nam powie młody nasz uczony kawaler?” – rzekł wojewoda, obracając się do Zamojskiego. „Z uszanowaniem, odezwał się Zamojski, słuchałem mówiących przede mną, wiekiem, doświadczeniem i nauką szanownych: nie śmiał- bym się może po nich odzywać, lecz zapytany od czcigodnego senatora, otworzę zdanie moje z tą otwartością, która wolnemu człowiekowi i dobremu obywatelowi przystoi. Pobłądzić mogę jak młody, lecz jak Polak nie zgrzeszę nigdy. Dwa ważne przedmioty zajmowały uwagę waszą, dostojni ojcowie. Nieprzyzwoite małżeństwo JKMości P. N. Mi- łościwego i niebezpieczeństwa, którymi Rzeczpospolita nasza od sąsia- dów zagrożoną się widzi. Co do pierwszego, gdyby JKMość nie wszedł- 24 szy jeszcze w święte związki małżeństwa zapytywał zdania Panów Rad- nych względem postanowienia swego, któryż z Polaków nie radziłby mu wybrać małżonkę z królewskiego stanu? Lecz gdy JKMość P. N. Miłościwy poszedł raczej za sercem swoim, jak za zwyczajami i powagą wysokiego stanu swego, gdy śluby te podług praw Boskich i ludzkich skojarzonymi zostały, gdy Najjaśniejszy Pan z nieprzełamaną trwa w nich stałością, poddać się tej konieczności należy, nie żądać, by w wolnym narodzie król tylko jeden nie miał wolności podług serca wybrać sobie małżonki; zamiast trapienia go dłużej, prosić Deum Opti- mum Maximum ut Regem Serenissimum pulchra prole faciet parentem [Boga Najlepszego i Najwyższego, aby Najjaśniejszego Króla i Pana uczynił rodzicem pięknego potomstwa]. Porzuciwszy zatem to, co odmienionym być nie może, zwróćmy oczy na niebezpieczeństwa, które i można, i potrzeba koniecznie odwrócić. Nie poniesie szwanku sława imienia polskiego, że król JMć pojął obywa- telkę polską; panowie świata, cezary rzymskie, nad korony królów prze- kładali krew obywatelską, nie poniesie, powtarzam, szwanku Rzeczpo- spolita nasza z małżeństwa tego, ale sprowadzi na siebie wstyd i zakałę, jeźli dozwoli, by bezbronnych, nie opatrzonych najechał nas zuchwały Wołoszyn, by barbarzyńskie ludy tratowały kopytami swymi tę ziemię wolności i w nurtach Wisły trzody swoje poiły. Przeciw takim to istotnym niebezpieczeństwom uzbrajać się nam wcześnie potrzeba. Życzyłbym więc, aby w instrukcjach sejmikowych ante omnia [przede wszystkim] zalecanym było, aby na obronę Rzeczypospolitej uchwalić pobory, opa- trzyć dostatecznymi siły granice; słowem, zapobiec, ne quid Respublica detrimenti capiat” [aby Rzeczpospolita nie poniosła jakiej szkody]. Skrzywił się nieco wojewoda sandomirski, a młody Tęczyński, za- chęcony mową powyższą: „Zbawienne zdanie, rzecze, przyjaciela mego, pana starosty krasnostawskiego”. – „Panie Janie, przerwał mu sędziwy ojciec, jeszczeście za młodzi, długo Was między nami nie było, rozpa- trzcie się wprzódy, nim radzić zaczniecie”. Przykładny syn, pełen poszanowania dla ojca, usiadł i zamilkł. Wo- jewoda tak mówił dalej: „Chciałem tylko w teraźniejszym zebraniu na- szym exquirere [wybadać, dowiedzieć się] zdania Waszmościów; nil conclusum [nic się nie decyduje] z tego, co my tutaj mówiemy, wszyst- ko zależeć będzie od braci szlachty; zgromadzi się ona w dni kilka na sejmiki. Do nas starszych należeć będzie zdanie im nasze otworzyć, do nich, przyjąć je lub odrzucić”. – To mówiąc, spojrzał na stojących z tyłu pokojowych, którzy natychmiast odsunęli krzesło jego od stołu. Po- wstali i inni i rada zakończyła się. 25 R O Z D Z I A Ł I I I Każdy w swą rozszedł się stronę. Piotr Kmita, wojewoda krakowski, wziąwszy pod rękę biskupa Gamrata, udał się do ogrodu; tam gdy pod cienistymi przechodzili się lipami, taka między niemi nastąpiła rozmowa: „Dosyć Waszmości gratulari [winszować, gratulować] nie mogę, rzekł Gamrat, z jaką zręcznością, cum quali acumine et ingenio [z jaką bystro- ścią umysłu i talentem], obwijałeś zdanie swoje na radzie dzisiejszej; pewien jestem, że stary wojewoda wielce z niego kontent, a pan Tar- nowski doniesie królowi, żeś Waszmość mówił za nim”. – Nie mniej plena magnae dexteritatis [pełna wielkiej zręczności] była i mowa Waszej Przewielebności, odpowiedział Kmita, ale my nie pochlebiajmy sobie, by stary pan Tarnowski dał o nas dobre królowi świadectwo. Powiada on, że zna nas obu i podobno się nie myli. Prawdziwie, że postępujemy intra Scyllam et Charybdim [między Scyllą a Charybdą], z jednej strony niedobrze obrazić pana mającego facultatem distributivam [moc rozdaw- nictwa (tu: starostw i urzędów)], z drugiej walne familijne przyczyny każą mi skarbić sobie benevolentiam [życzliwość] pana Tęczyńskiego”. – „Zgaduję, przerwał ksiądz Gamrat, założę się, że się już marzy Wasz- mości poślubienie siostrzenicy swojej z młodym panem Tęczyńskim i że ta młoda para już w głowie jego tańcuje”. „Nic – widzę – nie ujdzie bystrej przenikłości Waszej, odpowiedział Kmita, i przyznasz zapewne, że dobry projekt: zamawiam sobie łaskawą w tym pomoc jego”. – „I ja też, odparł ks. Gamrat, zamawiam sobie łaskę Waszmości in arduo negotio [w trudnym zadaniu], wiadomo Wam, że zawakowało prymasowstwo. Królowa Jejmość Bona otrzymała jesz- cze u nieboszczyka króla, że nikomu tylko mnie danym być miało to pierwsze dostojeństwo w królestwie. Młody król chce dotrzymać słowa, danego przez ojca, ale żąda, bym złożył intratniejsze nierównie biskup- stwo krakowskie: ja zaś chciałbym obydwa razem zatrzymać. Hic labor, hic opus [tu praca, tu dzieło]. Dawne obowiązki dla królowej matki każą 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jan z Tęczyna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: