Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00463 007148 11241326 na godz. na dobę w sumie
Janssen i historia Reformacji - ebook/pdf
Janssen i historia Reformacji - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8064-166-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> historia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Fragment: „Gęste ciemności zaległy niemiecką ziemię; wiedza, literatura, sztuka drzemały, przytłoczone ciężarem scholastyki, lub wyrodziły się w śmieszne subtelności. Poczucie religijne skarłowaciało, jeśli nie znikło zupełnie. Duchowieństwo świeckie i zakonne, począwszy od papieża, aż do ostatniego kleryka, głęboko było pogrążone w występkach, oddane całą duszą zabiegom o rzeczy doczesne a przede wszystkim o pieniądze. Tak – nawet odpustem i świętościami posługiwał się kler, aby zaspokoić swą chciwość. Socjalne stosunki w Niemczech straszne były i upokarzające zarazem. Czarna noc niewoli ducha, naukowej stagnacji, upadku religii i wszelkiego rodzaju nędzy, panoszyła się wkoło na schyłku średnich wieków. Jęk bólu i tęsknoty za wyzwoleniem brzmiał od Morza Północnego aż po brzegi Adriatyku!... Któż będzie tym upragnionym wybawcą? Oto on powstał w osobie Marcina Lutra, który nauką swą świat wyswobodził, narodom dał pokój i szczęście, Niemcy uwolnił spod jarzma chciwego Rzymu i podniósł do dzisiejszej wielkości ̋. Tak mniej więcej wygląda krajobraz Niemiec w świetle zachodzącego słońca średnich wieków, skreślony malowniczym piórem protestanckich dziejopisarzów. A biada, stokroć biada temu, kto by o wiarogodności tego obrazu śmiał powątpiewać; bo wyłącznie nieomylna historiozofia niemiecka rzuci na jego głowę nieodwołalną klątwę potępienia! I rzecz dziwna, nieledwie rzekłbym cudowna: groźny ten anatemat przez wieki trzymał wszystkich jakby na uwięzi pod wpływem czarodziejskiego zaklęcia. Reformacja uchodziła za dzieło Boga, którego wybranym, opatrznościowym narzędziem był Luter. Kościół Chrystusowy spaczył się i zeszpetniał: konieczną więc było rzeczą, szerząc już i w katolickich kołach niechęć i wstręt ku własnemu Kościołowi. Nadeszła wreszcie chwila, gdzie bojaźń klątwy straciła swą władzę, aby Luter odświeżył go i sprostował. Dogmat to był historyczny, który nie tylko protestanccy pisarze i kaznodzieje głosili, ale i wielu katolików czerpało z tych baśni, jakby ze źródeł najwiarogodniejszych”. Zachęcamy do lektury!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

w w w w w w w w w Ks. A. Kraetzig SI Ks. A. Kraetzig SI J a n s s e n J a n s s e n i historia Reformacji i historia Reformacji Armoryka Armoryka Ks. A. Kraetzig SI Janssen i historia Reformacji Armoryka Sandomierz 2016 Seria: BIBLIOTEKA TRADYCJI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ Nr 9 Redaktor serii: Andrzej Sarwa Projekt okładki: Julisz Susak Na okładce: Lucas Cranach Starszy (1472–1553), Marcin Luter jako mnich (1520), licencja public domain, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Luther_Cranach_the_El­ der_BM_1837­0616.363.jpg Edycja wg tekstu publikowanego w latach 1886-1877 Copyright © 2016 by Wydawnictwo „Armoryka” Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27-600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978-83-8064-166-2 CZĘŚĆ PIERWSZA ˝Gęste ciemności zaległy niemiecką ziemię; wiedza, literatura, sztuka drzemały, przytłoczone ciężarem scholastyki, lub wyrodziły się w śmieszne subtelności. Poczucie religijne skarłowaciało, jeśli nie zni- kło zupełnie. Duchowieństwo świeckie i zakonne, począwszy od pa- pieża, aż do ostatniego kleryka, głęboko było pogrążone w występ- kach, oddane całą duszą zabiegom o rzeczy doczesne a przede wszyst- kim o pieniądze. Tak – nawet odpustem i świętościami posługiwał się kler, aby zaspokoić swą chciwość. Socjalne stosunki w Niemczech straszne były i upokarzające zarazem. Czarna noc niewoli ducha, na- ukowej stagnacji, upadku religii i wszelkiego rodzaju nędzy, panoszy- ła się wkoło na schyłku średnich wieków. Jęk bólu i tęsknoty za wy- zwoleniem brzmiał od Morza Północnego aż po brzegi Adriatyku!... Któż będzie tym upragnionym wybawcą? Oto on powstał w osobie Marcina Lutra, który nauką swą świat wyswobodził, narodom dał po- kój i szczęście, Niemcy uwolnił spod jarzma chciwego Rzymu i pod- niósł do dzisiejszej wielkości˝. Tak mniej więcej wygląda krajobraz Niemiec w świetle zachodzą- cego słońca średnich wieków, skreślony malowniczym piórem prote- stanckich dziejopisarzów. A biada, stokroć biada temu, kto by o wiaro- godności tego obrazu śmiał powątpiewać; bo wyłącznie nieomylna hi- storiozofia niemiecka rzuci na jego głowę nieodwołalną klątwę potę- pienia! I rzecz dziwna, nieledwie rzekłbym cudowna: groźny ten ana- temat przez trzy wieki trzymał wszystkich jakby na uwięzi pod wpły- wem czarodziejskiego zaklęcia. Reformacja uchodziła za dzieło Boga, którego wybranym, opatrznościowym narzędziem był Luter. Kościół Chrystusowy spaczył się i zeszpetniał: konieczną więc było rzeczą, aby Luter odświeżył go i sprostował. Dogmat to był historyczny, który nie tylko protestanccy pisarze i kaznodzieje głosili, ale i wielu katoli- ków czerpało z tych baśni, jakby ze źródeł najwiarogodniejszych, sze- 3 rząc już i w katolickich kołach niechęć i wstręt ku własnemu Kościo- łowi. Nadeszła wreszcie chwila, gdzie bojaźń klątwy straciła swą wła- dzę. Dzieła Möhlera i Döllingera wydały o reformacji sąd wprost przeciwny dziełom protestanckim. W końcu uderzył w nie grom naj- potężniejszy, zjawiło się historyczne dzieło, źródłowo a sumiennie opracowane, które spokojną krytyką i przedmiotowym zestawieniem faktów, wywracało po kolei wszystkie kłamstwa nieomylnych doktry- nerów. Były to ˝Dzieje narodu niemieckiego (Die Geschichte des deutschen Volkes) od końca wieków średnich˝, napisane przez Dr. Janssena. Jak nowy a rozległy widok roztacza się tu przed okiem czy- tającego! ˝Gore! gore!˝ zawołali na to protestanccy historycy; ˝po przeczytaniu tego dzieła runie cała nasza budowa, ogień przepali ją i zniszczy aż do fundamentów. Pomocy! Tak – rządowej nawet wzywamy pomocy: boć przecież sami nie możemy zamknąć ust Jans- senowi˝. Koryfeusze dziejopisarstwa epoki reformacyjnej dobyli najostrzej- szych piór, by zwalczyć strasznego przeciwnika. Kaverau, Ebrard, Köstlin ważyli każde słowo Janssena na szali najsurowszej krytyki. Ale niestety! wszystkie jego źródła, przeważnie protestanckie nawet, były nieposzlakowanej czystości – i dlatego pp. pastorom nie pozosta- ło nic innego, jak krytykować, a raczej lżyć jezuickie tendencje, jezu- icką logikę, jezuicką obłudę itp. Ale wkrótce ukazał się tom II, i oto aureola, okalająca dotychczas czoło nieśmiertelnego reformatora, roz- sypała się w proch, a Luter, ów pogromca papizmu, stanął teraz w ca- łej brzydocie swych sprzeczności i błędów z własnych jego pism wy- kazanych. Krytyka jeszcze zacieklej zaczęła szarpać autora, lecz dzie- ło jego szło wciąż naprzód a naprzód, i dziś stanęło już przy 4 (włącz- nie) tomie ˝Dziejów˝. W dalszym toku nieco bliżej w tym dziele roz- patrywać się będziem, nie tak ze stanowiska krytycznego, jak raczej badając jego osnowę i prawdziwość i architektoniczny ustrój cało- kształtu. Bo wszystkie cztery tomy razem wzięte, stanowią jakoby je- den obraz mozaikowy religijnych, socjalnych i naukowych stosunków w Niemczech. I ta właśnie przyczyna usprawiedliwia dotychczasowe milczenie pisma naszego o tym dziele. Aby choć w części wykazać konieczność reformacji, a raczej, aby ją naukowo usprawiedliwić, potrzeba było wieki średnie a przede 4 wszystkim ostatni ich okres przedstawić w jak najgorszym świetle. Tak zwani reformatorowie wystąpić mieli na kartach dziejowych, jako narzędzia Boże, których posłannictwem była naprawa Kościoła. Po- trzeba więc było nimbem chwały otoczyć ich skronie, a stan Kościoła najczarniejszymi skreślić kolorami. Wspomnieliśmy już, że w istocie tak też się stało, a pierwszy lepszy podręcznik protestanckiej historii kościelnej naocznie przekona nas o tym. Czy też to wszystko jest prawdą? Takie pytanie nieraz zadawali sobie katolicy, a nawet i su- mienniejsi protestanci. Czy to wszystko jest prawdą? takie też pytanie postawił sobie Dr. Janssen. Odpowiedź na nie stała się dlań zadaniem życia całego. Przez lat 20 badał on wszystkie źródła i to nie tylko ar- chiwa państwowe we Frankfurcie, ale i wszystkie urzędowe, prote- stanckie pisma. Dopiero po tyloletniej pracy przyszło na świat dzieło, które, jak to przyznają sami protestanci, usunęło piedestał spod nóg reformatorskiej legendy i doszło do tego rezultatu, że reformacja w naukowym i religijnym kierunku, przynajmniej tak, jak ją przedstawia protestancka legenda o opatrznościowym posłannictwie Lutra, najzu- pełniej była zbyteczną: bo już przedtem zaprowadził ją był, sam Ko- ściół katolicki. To udowadnia czcigodny autor jasno i treściwie. Idźmy w ślad jego dowodów. Okres zdrowego rozwoju i nowego życia w Niemczech, rozpoczy- nający się od połowy XV w., stoi w ścisłym związku z działalnością niemieckiego kardynała Mikołaja Cues, zwanego także Cusanus, jak również z wynalezieniem sztuki drukarskiej. Kardynał stoi na schyłku średniowiecza jak olbrzym duchowy jak prawdziwy reformator Ko- ścioła i szkoły na ojczystej niwie. Już w r. 1451 rozpoczął on z rozka- zu papieża swą czynność reformacyjną, tylko nie od zachwiania pa- pieskiej powagi, ale przeciwnie od jej umocnienia. Opat Tritemius po- równuje go do ˝Anioła pokoju i światłości, który w cieniach nocy i za- mętu przywrócił jedność Kościoła, powagę najwyższej jego głowy umocnił i zasiał ziarno nowego życia˝. Nie naruszał on w niczym ko- ścielnego organizmu a tym mniej wiary, bo trzymał się tej zasady, że ˝nie człowiek oczyszczać ma i odnawiać świętość, ale przeciwnie świętość człowieka odnawiać powinna˝. Dlatego więc zaczął reformo- wać najprzód samego siebie. ˝Niezmordowany w pracy, pełen prostoty i skromności, miłosierny ojciec ubogich, przebiegał on Niemcy, po- 5 uczając i każąc, podnosząc i pocieszając. Wówczas to dźwignął on karność kościelną, podniósł kształcenie duchowieństwa i katechetycz- ne nauki ludowe, rozwinął czujność nad kaznodziejskim urzędem i wystąpił z nieprzebłaganą surowością przeciw nadużyciom˝. Tak skreślił Janssen na podstawie współczesnych świadectw postać rze- czywistego reformatora kościelnego w Niemczech. Nadto kardynał, jak świadczy Tritemius, posiadał całą wiedzę swego wieku, i dlatego to zwrócił on się najprzód do teologii, którą na nowo odbudowywać zaczął na podstawie mistrzów prawdziwej scholastyki; mistykę oczy- ścił z panteistycznych pojęć, którymi, niestety, przesiąkła była na wskroś, i zażądał wreszcie umiejętniejszego traktowania dogmatyki. W naukach przyrodniczych on pierwszy na 100 lat przed Koperni- kiem, tyle miał odwagi, że sklepieniu niebieskiemu pozorny tylko przypisywał obrót. Jego to wpływ natchnął Jerzego Feurbacha i Jana Müllera do głębszych badań przyrody, szczególnie w dziedzinie astro- nomii. On wreszcie pierwszym był w Niemczech odnowicielem grun- townych studiów klasycznej starożytności, studiów łączących w sobie dowcip z prostotą i swobodę z umiarkowaniem. W tym celu popierał wszystkimi siłami szkoły i stowarzyszenia naukowe a w szczególności związek ˝Braci wspólnego życia˝, których zadaniem było udoskonalać i rozpowszechniać znajomość oczyszczonych klasyków. Wiekopom- nemu dziełu katolickiego reformatora był szczególniejszą pomocą wy- nalazek sztuki drukarskiej. Wielu protestantów utrzymuje, że Kościół katolicki był, i jeszcze teraz jest nieprzyjacielem tego wynalazku. Jed- no to tylko z całego katalogu kłamstw historycznych, którym Janssen tak jasną i dobitną daje odprawę. Kościół w tej pięknej zdobyczy ludzkiego ducha bynajmniej nie upatrywał zyskownego interesu, ale tylko nowy środek do rozwinięcia działalności misyjnej w duchu chrześcijańskim. Tak ją pojmował zna- komity pedagog Jakub Wimpheling (1450-1528), profesor literatury i dziekan katedralny w Heidelbergu. ˝Jak niegdyś wysłańcy Zbawicie- la w świat wyruszali, tak i dziś z niemieckiej ziemi uczniowie sztuki świętej rozchodzą się po wszech krajach, a ich księgi drukowane, będą jakoby nowymi heroldami Ewangelii, kaznodziejami prawdy i umie- jętności˝. Kościół był właśnie jednym z pierwszych opiekunów i pro- tektorów tej sztuki. Za rozpowszechnianie książek nadane były odpu- 6 sty, a duchowieństwo świeckie i zakonne najczynniej popierało ich wydawnictwa. Tak np. trudno było w Niemczech w znaczniejszym ja- kimś mieście znaleźć drukarnię, w której by duchowni nie mieli żad- nego udziału. W Rzymie, bezpośrednio po wynalezieniu sztuki dru- karskiej, zakładano drukarnię jedną po drugiej. W r. 1445 znajdujemy ich tam dwadzieścia; a największa ich część zawdzięcza swój byt fun- dacjom kleru. Pośrednictwo i wpływ duchowieństwa był też najgłów- niejszym środkiem ułatwiającym, a raczej umożebniającym wszech- stronne i równoczesne prowadzenie handlu książkowego. To miało miejsce przede wszystkim w Niemczech. Na pierwszym planie stała tu Biblia. Po r. 1500 wydano Wulgatę blisko 100 razy; a przed zawi- chrzeniem Lutrowym Kościoła wyszło spod prasy przynajmniej 15 zupełnych wydań Biblii w narzeczu hochdeutsch i 5 w narzeczu nie- derdeutsch; prócz tego 25 osobnych wydań Ewangelii i Listów po- wszechnych. Śmiesznym więc jest twierdzenie, że ˝dopiero Luter Bi- blię spod ławy wyciągnął˝. Obok Pisma św. wyszło staraniem kleru dokładne wydanie Ojców Kościoła, dawnych scholastyków i współ- czesnych teologów, a wydawnictwo to liczy się po dziś dzień do naj- wspanialszych i najcenniejszych zabytków. Ilość dzieł wydanych po r. 1500 a dotychczas jeszcze istniejących, można bez żadnej przesady podnieść do poważnej liczby 30.000! Bazylea miała 16, Augsburg 20, Kolonia 21 drukarń. U norymberskiego drukarza Koburgerta pracowa- ło 100 czeladników, wprawiając w ruch 24 prasy drukarskie, a to jesz- cze tak dalece było niedostateczne, że nieraz musiał dawać dzieła do druku poza swą pracownię. Że zaś w istocie czytywano wówczas książki, tego dowodzi piękna książeczka pt. ˝Przewodnik dusz˝ (Der Seelenführer) w której czytamy te słowa: ˝W dzisiejszych czasach każdy chciałby i czytać i pisać˝. Możnaż wobec takich faktów powta- rzać zużyte już formułki o ciemnocie i zacofaniu wieków średnich?! Szlachetny zapał do wszelkiej wiedzy rozbudził się wszędzie, nie wyjmując żadnej klasy społeczeństwa. Spostrzegamy to i w niższych nawet szkołach i w religijnym pouczaniu ludu. Po miastach i po wsiach ulepszają się dawne szkoły, a powstają nowe. Kościół nie po- został tutaj bezczynnym. Rodziców upominał i nakłaniał, by wysyłali swe dziatki do wiejskich szkółek; ustanowił nagrody za pilność w na- uce i uczęszczaniu; postarał się o wystarczającą płacę dla nauczycieli, 7 a z drugiej strony przypominał tym ostatnim całą doniosłość zadania, całą szczytność ich posłannictwa. I zaprawdę zrozumiał lud te ojcow- skie upomnienia Kościoła. Szanowny autor na poparcie tego przytacza jeden z wielu podobnych przykładów. W miejscowości Weeze pod miastem Goch, dostawał nauczyciel od gminy: 4 złr., 3 ćwiertnie żyta, 2 pszenicy, 2 owsa i 60 wiązek sło- my. Nadto miał wolne pomieszkanie, sad i ogród warzywny a przy tym rozległe łąki. Każde też dziecię winno było płacić mu w zimie 5 a w lecie 3 sztybery (28 takich sztyberów = 1 złr.) szkolnego. Wreszcie za służbę w kościele otrzymywał on 2-3 złr. Tymczasem obaj burmi- strze w Goch mieli tylko 5, katedralny zaś budowniczy we Frankfur- cie 10 złr. rocznej pensji. Więc stosunkowo wiejski nauczyciel miał się lepiej od miejskich burmistrzów itd. Podobne stosunki istniały pra- wie w całych Niemczech. Co zaś do religijnego wychowania, to z woli i z rozporządzenia Kościoła w domu rodzicielskim zaczynać się miało, w szkołach roz- wijać, a uzupełniać przez kazania, nauki katechetyczne i czytanie reli- gijnych książek. Zasady te nie pozostały tylko teorią w Kościele kato- lickim, lecz przeszły w wykonanie praktyczne. Dość przypomnieć ja- kim był wykład religii w szkołach katedralnych, w Trivium i Quadri- vium. Nie gorzej też, lubo w skromniejszych rozmiarach, wywiązywa- ły się ze swego zadania szkółki elementarne po parafiach. Jak wielką zaś była cześć słowa Bożego – tego dowodzą statuty w tym czasie od- bytego diecezjalnego synodu, liczne zakłady fundacyjne dla kazno- dziejów, i nadzwyczajny pokup zbiorów kazań drukowanych. Tak np. do r. 1500 kazania dominikanina Herolta rozszerzyły się w 40.000 eg- zemplarzy. Świadczą też o tej czci słowa Bożego liczni pisarze ówcze- śni, świadczą i książki do nabożeństwa z owych czasów, pełne gorącej zachęty do słuchania słów Bożych, np. Das Weihegärtlein itp. W Lu- bece domagano się nawet, aby niesłuchający w niedzielę kazania, ka- rany był klątwą kościelną. Pisma katechetyczne odznaczają się znako- mitymi naukami, szczególnie w tych punktach i kwestiach, które spo- wodowały podjęcie reformy w katolickim Kościele. Lecz nie ma tu ani cienia nawet przesadnej czci świętych lub błędnej nauki o odpu- ście. Wszystkie książki przez Kościół używane, zawierają czysty, nie- 8 skażony depozyt apostolskiej wiary. spomiędzy wielu przykładów przynajmniej jeden tutaj przytoczymy. W Bazylei wyszedł drukowany ˝Wstęp do św. Kanonu˝, w którym taki znajduje się ustęp: ˝Wnijdź do skrytości serca twego, znajdź w nim Jezusa i zamknij się w świętych Jego ranach. Dalekim niech bę- dzie od ciebie zaufanie w twych własnych zasługach, bo całe zbawie- nie twoje zawisło na krzyżu z Jezusem, w którym wszystką nadzieję pokładać winieneś˝. Gdzież więc ów tryumf Lutra, przywłaszczającego sobie monopol ufności w Zbawicielu świata? Nie mniej błędnym jest zdanie, że do- piero Luter otworzył ludziom karty Pisma św. i czytać w nich nauczył. Janssen przytacza wiele ekshortacyj w języku staroniemieckim napi- sanych, a zachęcających do czytania Pisma św. Czytanie to podówczas nie miało niebezpieczeństwa, bo przed Lutrem jeszcze nie było tylu błędnych przekładów i podmiotowych objaśnień, w których podsuwa- no osobiste swoje pojęcia i zasady. I z tej właśnie przyczyny musiał Kościół zakazać czytanie Pisma św. w ogólności. Pozwalał jednak i dziś pozwala ludziom świeckim czytać Biblię w języku ojczystym, ale tylko taką, która i odpowiednimi notami jest zaopatrzona i uzyska- ła aprobatę kościelną. Więc pod tym względem Luter nic nie wniósł nowego, lecz owszem popsuł zwyczaj już istniejący, w którego obro- nie sam później przeciwko własnym przyjaciołom wystąpił, kiedy ci opierając się na zasadach jego subiektywizmu, poczęli tłumaczyć Pi- smo św. samowolnie i niezgodnie z jego duchem. Przejdźmy teraz do ówczesnych szkół średnich. Gerhard Groot za- łożył w Deventer wzmiankowane już Bractwo życia wspólnego (Fra- tres de communi vita). Stowarzyszenie to wywierało potężny wpływ na szkoły średnie. Pod koniec XV wieku szkoły te sięgały od Renu aż w głąb Szwabii, od Skaldy aż do Wisły. Oczywiście rdzenną częścią zadania tych szkół było chrześcijańskie wychowanie, tj. religijne kształcenie serca i rozumu, i gdyby system ten był przetrwał aż do na- szych czasów, nie zaznalibyśmy w szkołach tej strasznej nędzy moral- nej, na jaką nieraz patrzymy. Lecz nie tu kończyła się czynność szkół średnich. Nauki nie były bynajmniej zaniedbane, lecz owszem bujnie się rozwijały pod wpływem czujności i prawdziwie wzorowej metody. Zobaczmy tylko, jakich uczniów wydała ta szkoła. Kardynał Cusanus, 9 Rudolf Agricola, Ludwik Dringenberg itp. są to imiona czcicielom klasyków, a nawet i zwolennikom humanizmu z pewnością nieobce. Oni byli ojcami prawdziwego humanizmu – nie owego humanizmu młodo-niemieckiego, który po r. 1510 otwarcie przeciw Kościołowi wystąpił. Starsi, czyli pierwotni humaniści poświęcali się wprawdzie studiom języka łacińskiego, ale przy tym nie zapominali mowy ro- dzinnej i ojczystej literatury, która u ich młodszych następców istotnie poszła w pogardę. Pierwsi także walczyli przeciw chorobliwym obja- wom scholastyki, ale nigdy przeciw scholastycznej teologii, a tym mniej przeciw wierze i organizacji Kościoła. Przy tym byli to mężo- wie nieposzlakowanego charakteru i nieskażonych obyczajów, różni zupełnie i pod tym względem od młodszych humanistów takich jak U. Hutten et consortes. Świetnie kwitły nauki szczególnie nad Renem i w Westfalii. Autor ukazuje nam ten ruch i to życie, jakim wrzały ów- czesne zakłady naukowe. Podobnie i wychowania dziewcząt nie zostawiono odłogiem. Mia- sto Ksanten miało wyższe szkoły żeńskie, a Wormskie klasztory prze- pełnione były uczonymi mistrzyniami. Rozumie się samo przez się, że szkoły te w owych czasach niepodobne były w niczym do szkół dzi- siejszych, bo... jeszcze nieznaną była emancypacja kobiet, ani jej sza- lone wybryki. Starzy pedagogowie trzymali się tej zdrowej zasady, że władze i zdolności dziecka nie tylko rozwijać należy, ale też uszla- chetniać i udoskonalać. Oni wszczepiali w młodociane serca ochotę i zamiłowanie do nauk i nie przeciążali mnóstwem niepotrzebnych, a często wprost szkodliwych przedmiotów, które w życiu praktycznym i na stanowiskach socjalnych żadnego zastosowania nie mają. Taktyka tych mistrzów zasadzała się na zaprawianiu młodzieży do właściwych czynności i nauk przydatnych w całym późniejszym życiu. Studium starożytnych klasyków służyło za ˝gimnastykę samodzielnego sądu˝. Taki system doprowadzał w końcu do tego, że uczniowie opuszczali szkoły z jakimś pojęciem i zrozumieniem całości i szli z zapałem na studia specjalne do uniwersytetów. Jedna tylko Brandenburgia pozostała w tyle. W ogóle zaś o całym szkolnictwie niemieckim wyraził się sam Erazm Rotterdamczyk: tot fere sunt academiae, quot oppida. Czyż więc potrzeba więcej jeszcze 10 dowodów na odparcie zarzutu, że przed reformacją głęboka noc ciem- noty średniowiecznej pokrywała Niemcy? Jeśli już w szkołach średnich nauki tak bujnym tryskały życiem, cóż powiedzieć o uniwersytetach! W okresie od roku 1460 – 1510 wzniesiono 9 nowych uniwersytetów (W Greifswalden 1456, w Bazy- lei 1461. W tymże roku i we Fryburgu. W Ingolstadzie i Trewirze r. 1462. W Tybindze i Moguncji r. 1477. W Wittenberdze 1502 r. We Frankfurcie nad Odrą 1506 r. Nadto dawniej już założone: w Pradze, Kolonii, Wiedniu, Heidelbergu, Erfurcie, Lipsku), a że do nich licznie uczęszczano, o tym przekonują nas liczne przykłady. Tak np. Kraków miał 15 000, Wiedeń 7 000 słuchaczów itd. Dyplomy fundacyjne wszystkich uniwersytetów, oprócz Wittenberskiego, nadawał papież, i wtedy dopiero przysługiwały im wielkie prawa i przywileje. ˝Papieże byli pierwszymi i największymi patronami uniwersytetów˝. Takie świadectwo dają sami przeciwnicy i nieprzyjaciele nasi. Papieże nada- wali wszechnicom, tym ˝wiernym córom Kościoła˝ bogate posiadło- ści, zachęcając do podobnej hojności duchowieństwo, szlachtę i ksią- żąt. Zawdzięczały one także szczodrobliwości papieskiej wolną jurys- dykcję sądową, ˝swobody i przywileje, w które żadnemu królowi ani kanclerzowi nie wolno było wkraczać˝ (r. 1445. Mowa wstępna Rek- tora Magn. Lipsk). Miały one pewien międzynarodowy charakter, od Ojca wszech-chrześcijaństwa im nadany, i jako taki powszechnym cie- szący się uznaniem. Jako niezależne ˝zamki wolności˝ wyszły one z rąk Kościoła i nikt im tej niezawisłości nie zaprzeczał. Dopiero rzą- dowa organizacja kościoła na zasadach protestantyzmu oparta i he- glowska omnipotencja państwa (Staatsomnipotenz) zepchnęła je do rzędu instytucyj państwowych tak, że dziś nawet pedela samodzielnie przyjąć im nie wolno; a cóż mówić o wyborze profesorów! Ab initio non fuit sic. Jaki to ruch, jakie życie niegdyś tam wrzało! Najwybit- niejsze stanowisko zajmowała Kolonia. W teologii system schola- styczny panował, ale i klasycyzm nie był na ostatnim planie. Z uni- wersyteckich matrykuł przekonać się można, że wszyscy znakomitsi humaniści kształcili się w Kolonii. Od r. 1484 Wilhelm Raymund Mi- thridates wykładał tu języki: grecki, hebrajski, arabski i chaldejski. Katedrę języka łacińskiego zajmował Andrzej Cantor (1487). Erazm Rotterdamczyk utrzymywał wielkie stronnictwo literackie (1496), 11 a franciszkanin Diderich Coelde, znakomity kaznodzieja ludowy i au- tor niemieckiego katechizmu, powszechnej zażywał wziętości. Do znakomitości należał też Bartłomiej z Kolonii i dziełem: Litterae ob- scurorum virorum osławiony Ortuin Gratius. Sam nawet Melanchton wyznał otwarcie, że studia w Kolonii pod kierownictwem znakomi- tych mężów, w pełnym były rozkwicie. Jedna jeszcze postać zasługuje na osobne wyszczególnienie: Werner Rovelnik, przeor Kartuzów, któ- ry piastując katedrę teologii, egzegezy i prawa politycznego, wielu na- wet profesorów do grona swych słuchaczów zaliczał. Siedliskiem ruchu na polu naukowym niemniej ożywionego, był także Heidelberg. Przede wszystkim kwitły tu studia historyczne, któ- re Rudolf Agricola swą Historią Powszechną użyźnił i uświetnił. Głównym motorem ruchu naukowego jak świadczą zgodne zdania współczesnych pisarzy, był biskup Wormski Jan de Dalberg, który peł- niąc urząd kuratora akademii, podniósł ją do szczytu świetności. Dru- gą gwiazdą był Jan Reuchlin, mąż europejskiej sławy, którego wiedzą karmią się po dziś dzień nasi filologowie. Gorący współudział znala- zła ta wszechnica w ˝nadreńskim towarzystwie literackim˝ a szczegól- nie u opata Tritemiusa, łączącego w sobie głęboką wiedzę z niemniej głęboką pobożnością. Na Uniwersytecie Fryburskim należał do pierwszorzędnych gwiazd naukowych Ulryk Zasius, zwany reformatorem jurysprudencji. Wimpheling jako pedagog, Reuchlin jako hebreolog a Zasius jako ju- rysta – to trzy reformatorskie meteory wieków średnich, w zakresie tych umiejętności specjalnych. Wszyscy trzej lubo humaniści pozosta- li wiernymi synami Kościoła. Zbyt daleko odwiodłoby nas od zamie- rzonego celu, gdybyśmy chcieli podawać szczegółowe sprawozdania o naukowej działalności wszystkich uniwersytetów. Wskazujemy więc tylko odnośne miejsce u Janssena: tom I, str. 30-129, gdzie znajduje się dokładny, ciepły i przedmiotowy rysopis najcelniejszych sił każdej wszechnicy z osobna. Do jakich więc wniosków upoważniają nas te wszystkie dowody?... Czyż możemy jeszcze wierzyć protestantom, że w końcu średniowiecza literacko-naukowe zaćmienie ogarnęło nie- mieckie krainy i dopiero zjawić się musiał Luter, aby je rozproszyć? Czyż jeszcze można naiwnie dawać temu wiarę, kiedy już Cusanus przeprowadził naprawę Kościoła, a od lat 50 dawniejsi humaniści re- 12 formowali wszystkie niedostatki w naukach? Fałsz więc to oczywisty. W Berlinie tylko i w Marchii Brandenburskiej panowały ciemności, a wyjaśnienie tego faktu podaje nam uczony Elektor Brandenburski Joachim: ˝Nie ma zakątka na niemieckiej ziemi, w którym by można znaleźć tyle niezgód, okrucieństw i morderstw, co w naszej Marchii˝. Dopiero w r. 1539 powstała w Berlinie pierwsza drukarnia a w 1659 pierwszy pojawił się księgarz. Jak w naukowym zakresie tak i w dziedzinie sztuki jarzyło się od dziennego światła. Tu występuje wspaniała postać Cesarza Maksymi- liana jako głównego na tym polu kierownika i organizatora. Nie tylko był on zapalonym miłośnikiem, ale też i hojnym protektorem nauk i sztuki, nie szczędząc niczego, gdy chodziło o ich podniesienie. Teo- logów, historyków, poetów gorąco popierał i opiekował się nimi, ale artyści i humaniści szczególniejszej doznawali od niego łaski i pomo- cy. Najlepszy dowód jego artystycznego smaku i znawstwa sztuki daje nam wspaniały grobowiec w Innsbrucku, którego plan był własnym jego dziełem. Żaden kraj nie posiada podobnego mauzoleum ani co do pomysłu, ani co do wykonania. Za przykładem cesarza szedł cały na- ród, i właśnie wówczas w dzieła sztuki wszczepiał rdzeń ducha i treść życia swego. Dzieła takie – to najlepszy termometr moralnej wielkości narodu, to najwznioślejsze świadectwo jego wiary i patriotyzmu. One dowodzą też jasno, że Kościół jak na polu naukowym, tak i tutaj był jeszcze panem serc i umysłów; i nie powstrzymując bynajmniej ich polotu, podawał im właśnie w tajemnicach wiary, przedmiot, siły i środki do wykonania najwspanialszych i najidealniejszych utworów malarstwa i architektury. Stąd pochodzi, że właśnie w tej wzgardzonej epoce tak żywo się uwydatnia najszlachetniejsze poświęcenie się dla wyższych, nadprzyrodzonych celów, które dawnym kapłanom sztuki świeciły przewodnią gwiazdą ideału. Kościół oddawał sztukę na służ- bę Bożą, upatrując w niej uzupełnienie ustnego i pisemnego wykształ- cenia narodu – a prawdziwie wielcy mistrzowie zrozumieli to święte posłannictwo sztuki, i ujmując myśl swą w kształty cielesne, chwałę Bożą i pożytek ludzi mieli zawsze na myśli. Świętością i majestatem przedmiotu chcieli obudzić i rozkrzewić poczucie i miłość dóbr wyż- szych, idealnych... i dlatego unikali powszedniego poziomu. Takich obrazów skandalicznych, jakie odsłonił przed nami niedawny proces 13 Graevego w Berlinie lub najświeższy w Wiedniu, okazując straszny upadek uroczej niebios mieszkanki – takich potwornych płodów wy- obraźni, ciemnota wieków średnich oczywiście nigdy nie wydała! A jednak i dziś jeszcze ze zdumieniem przypatrujemy się średnio- wiecznym arcydziełom w Dreźnie lub Monachium. Twórcy tych arcy- dzieł poświęcali się sztuce nie by zadowolić własne żądze lub schle- biać namiętnościom drugich, lecz by wolę Bożą jak najdoskonalej spełnić. Wszystkie gałęzie sztuki wiązały się razem w jedną, harmo- nijną całość. Architektura, rzeźba, muzyka, malarstwo, z jednego wy- rastały korzenia i z jednej zasadniczej snuły się myśli. Budowniczy, rzeźbiarz, muzyk i malarz nie pracowali odrębnie, niezawiśle od sie- bie, ale przeciwnie, wspólnymi siłami w jednym dążyli kierunku, owiani tym samym tchnieniem religijno-narodowego uczucia. Ta jed- ność sztuki tworzyła arcydzieła, a wnikając we wszystkie warstwy na- rodu, budziła wszędzie żywe zajęcie, jakiego próżno by szukać w cza- sach późniejszych. Niemiecka sztuka zawdzięcza całą swą siłę temu właśnie religijno-narodowemu charakterowi; a w miarę jak ten cha- rakter się zacierał i ona też ze swych wyżyn spadała. Jak potężnie tętni życie religijne na obydwóch wielkich zjazdach niemieckich kamienia- rzy w Regensburgu (1459) i Spirze (1464), gdzie na mocy wspólnych statutów, poddali się oni pod zarząd i kierownictwo czterech miast głównych: Strasburga, Kolonii, Wiednia i Berna. Jak piękne postawili tam zasady życia: ˝Bóg, sztuka, sprawiedliwość, cnota niech będą na- szym godłem – a z daleka chrońmy się pijaństwa i próżnych przysiąg, przekleństw i złych obyczajów˝. I dlatego nie dziw, że Włosi naonczas Strasburskich sprowadzali mistrzów do pomocy przy budowie Medio- lańskiego tumu (1490). Florencja, Orvieto, Asyż były pod kierownic- twem mistrzów niemieckich, a Włoch Paweł Jovius domagał się, aby ziomkowie jego do Niemiec na naukę budownictwa jeździli. Według jednozgodnych świadectw, niemieckimi wzorami posługiwały się do budowy katedralnych kościołów: Salisbury, Ely, Lincoln, Winchester, Gloucester, Exeter i inne – w Anglii, a Barcelona, Leon, Oviedo, Se- willa – w Hiszpanii i Portugalii. W Burgos wzniósł mistrz koloński najwyższą fasadę tamtejszej katedry. Aż do Polski i Węgier sięgał duch sztuki niemieckiej, czego najlepszym dowodem sama stolica Ja- giellonów. 14 W tymże okresie (1450-1515) i w północnych Niemczech wznosi- ły się wspaniałe kościoły i tumy. W Berlinie, Brandenburgu, Wrocła- wiu i Gdańsku, słynne świątynie: Najświętszej Maryi Panny, św. Jana itp. Elbląg, Havelberg, Saksonia i Turyngia, Budziszyn, Brunszwik, Chemnitz, Koburg, Duderstadt, Eisleben, Fryburg, Hildesheim, Lipsk, Magdeburg itd., posiadają w kościelnych budowach najwspanialsze pomniki architektury. Niepodobna tu wymieniać wszystkich znacz- niejszych budowli, które podówczas w Niemczech powstały. Samych tylko większych a świeżo wystawionych kościołów liczono więcej niż 200, a między tymi znajdowały się też budowy pierwszorzędne jak np. w Ulmie, Pradze, Kolonii itd. Na budowę takich dzieł sztuki składał się cały naród: rycerz dawał na ofiarę swój pancerz, dziewica swe klejnoty, mieszczanin lub kupiec znosili pieniądze. Jakiś parobek zło- żył 6 drobnych denarów, jakaś staruszka 14 itp. Częstokroć ofiary ta- kie nadchodziły w postaci kur, cieląt, nierogacizny, co wszystko kar- mili piekarze aż do zupełnego ich utuczenia. Znoszono też narzędzia, domowe sprzęty, ubrania – słowem wszystko, co tylko spieniężyć się dało. Z takich składek powstał tum frankfurcki. W podobny też spo- sób wzniesiono i Ulmską katedrę, której budowa pochłonęła 9 beczek złota; a olbrzymią tę sumę złożyli sami tylko obywatele, ˝bez obcej pomocy˝. Tym to sercom pełnym żywej wiary, temu zgodnemu współdziała- niu całego ogółu, tej powszechnej ofiarności ze strony najbogatszych i najuboższych, mieszczan i wieśniaków, duchowieństwa i szlachty, stowarzyszeń, cechów i bractw, zawdzięczały domy Boże nie tylko swe istnienie, ale i całą ozdobność wewnętrzną, całe bogactwo najzna- komitszych dzieł sztuki. Czyż więc te wszystkie pomniki artyzmu, te skarby średniowiecz- nych arcydzieł nowym mają być znakiem zacofania i ciemnoty, skre- ślonej w reformatorskich legendach z tak niezachwianą pewnością sie- bie? Czy też może istotna wartość reformacji ma polegać na druzgota- niu lub obracaniu w perzynę owych drogich zabytków wiarą i sztuką wzniesionych, w czym przecież spokojni i rozsądni protestanci nawet, upatrywali barbarzyństwo i zupełną sztuki niemieckiej zagładę. No- rymberski radca, w r. 1552 kazał 900 funtów najpiękniejszych, srebr- nych kosztowności skruszyć i przetopić. Cudzoziemcy, dzieła Al- 15 brechta Dürera wywozili furami. W Ulmie obliczono tylko na wagę, wartość złupionych skarbów kościelnych, na 300.000 zł ówczesnej monety. W St. Gallen 40 wozów naładowanych dziełami sztuki, od razu wrzucono na stos! W Zurychu przez 13 dni trwało pustoszenie najcenniejszych pamiątek!... Tym sposobem zaginęły tysiące dzieł nie- mieckiej sztuki ze szkół: Kolońskiej, Brygskiej, van Eycka, Memlin- ga, Ruisdae a, Holbeina, Dürera. Obok sztuk plastycznych, nie zapominano też o starannej uprawie muzyki i śpiewu. Potrzeba ich wypływała z ducha Kościoła, czyli jak powiedział Reichensperger, były one, koniecznym ˝uzupełnieniem średniowiecznego stylu kościołów˝ a jako styl ten nastrajał duszę do głębszej rozwagi i wznioślejszych uczuć, tak i średniowieczne pienia płynęły majestatycznie wzdłuż naw gotyckich, a wzbijając się pod strzeliste sklepienia, i ducha ludzkiego wraz z sobą w górę unosiły. Przedstawicielami poniekąd wszystkich następnych szkół muzycz- nych byli: Jakub Obrecht i Jan Orkenheim. Łatwo się domyślić, że i w śpiewie i w muzyce przeważała melodia gregoriańska. Do pierw- szych, w tym względzie, znakomitości należał Henryk Fink (1492) królewski kapelmistrz w Krakowie, i Mahn, cieszący się sławą prze- słańca Palestriny. Poważnie rozlegał się śpiew śród kolumn wyniosłych tumów, ale za to tym weselej, tym lotniej brzmiał poza ich ścianami: na zamkach rycerzy, na kiermaszach i na wszystkich uroczystościach ludowych. Skoczno, komicznie lub szorstko dźwięczała muzyka i płynęły pieśni w przedstawieniach dramatycznych – a szczególnie w grze zapustnej. Z wyrazem ironii i satyry w ˝Okręcie głupców˝ (Narrenschiff) dobrze znanego Sebastiana Brandta i w ˝Zwierciadle rządów dla dworów książęcych˝ (Spiegel des Regiment für Fürsten-Höfe), gdzie obłuda i pochlebstwo stoją pod pręgierzem pogardy. Podniosłą i pełną szla- chetnej godności, była muzyka w tak zwanych przedstawieniach reli- gijnych. Treścią ich bywały tajemnice wiary, np.: Narodzenie Chrystu- sa Pana, gdzie wszystko około żłóbka się skupia, śmierć Jego itp. Oso- by alegoryczne rozpoczynały grę. Najznaczniejsza sztuka nosiła tytuł: ˝O powstaniu i upadku Antychrysta˝. Przedstawienia takie dawano najprzód w kościołach, później na cmentarzach a w końcu na rynkach. Dla studentów przedstawiano ko- 16 medie poetów łacińskich w tymże języku lub też studenci sami je od- grywali. Wydawnictwem podobnych dzieł zajmowali się zwykle du- chowni. (Wyśmienity artykuł o średniowiecznych teatrach, zob. w ˝Historisch-politische Blätter˝, t. VI, 9-37). Nie mniej pisano też prozą. Ale najbujniej i najdoskonalej rozwinął się w tym czasie rodzaj prozy opowiadającej, historycznej i powie- ściowej. Koloński Seelentrost zamieszczał nowele i bajki, tchnące na- iwną prostotą i szczególnym wdziękiem. Tymiż zaletami odznaczały się bajki i podania (Sagen) Hermana Cornera, dominikanina z Lubeki. A owe kroniki, w każdym naówczas spisywane mieście, z jakąż dzi- siaj czytamy rozkoszą. Np. kronikę Austriacką proboszcza Jakuba Unresta, Norymberską i inne. Za przedmiot do opowiadań ludowych brano zwykle wypadki z życia wielkich bohaterów jak: księcia Erne- sta, Wilhelma austriackiego, Fryderyka Rudobrodego, Tristana i Izol- dę albo Meluzynę, wzór najwierniejszej macierzyńskiej miłości itp. Kiedy więc w żyłach niemieckiego narodu życie naukowe i religijne najsilniejszym uderzało tętnem, wtedy na widnokręgu politycznym smutny przedstawiał się widok. Niezmordowany kardynał Cusanus skierował całą swą uwagę na przebieg i stan życia publicznego. Prze- jęty zapałem dla idei państwa rzymskiego w niemieckim narodzie, pracował bez wytchnienia, przedstawiając na sejmach projekty re- form. Wprawdzie zarządzono tu niektóre ulepszenia i była nadzieja, że nieszczęście, którego groźne zbliżanie się, dla niezgód niemieckich książąt, przepowiadał już Machiavelli, da się jeszcze odwrócić. Cesar- ska egzekutywa straciła swoją moc przez to, że naruszanie krajowego pokoju (Landfriede) i pogwałcanie praw wszelkich uchodziło bezkar- nie. Przede wszystkim zażądał kardynał przywrócenia niemieckiego prawa; lecz tego nigdy uzyskać nie zdołał: bo nowe prawo rzymskie nabyło wzięcia u książąt, i już nawet na zewnątrz objawiać się zaczy- nało w wielu cezaro-papistycznych zachciankach. Na początku XVI w. kolosalne bogactwo kraju znacznie się zmniejszyło pod wpływem rzymskiej idei koncentrowania majątków w jednym ręku. Podniosły się skargi na ubytek pieniędzy, na drożyznę żywności i szkodliwe jej podrabianie – słowem na uciemiężanie klasy roboczej przez właścicieli. Jeden tylko Kościół działał wytrwale a ła- godząco na stosunki socjalne. Stanęło mnóstwo dobroczynnych insty- 17 tucyj, szpitali, domów przytułku, gospód i ochronek. Na pokrycie kosztów starczały dobrowolne datki i fundacje kościelne i szkolne, tak że ani rząd, ani obywatele łożyć na to nie potrzebowali. Kościelne za- kony i stowarzyszenia bez żadnych ostentacyj rozwinęły olbrzymią działalność w niesieniu pomocy ubogim i pielęgnowaniu chorych. Wspierać i osładzać los ubogich było zadaniem wielu klasztorów. To- też wieki średnie nie znały piekących kwestyj socjalnych. Kościół wy- stępował z całą energią i stanowczością przeciw lichwie i wszelkim nadużyciom, jak tego dowodzą liczne sobory prowincjonalne i synody między r. 1451 a 1515 odbyte. A jednak w początkach XVI w. i du- chowieństwo, szczególnie w wyższych swych członkach, prądem cza- su porwane innymi poszło drogami... Chętnie to przyznajemy: bo nie urząd i godność, ale człowiek wikła się w błędach. Zresztą reformator- ski duch niestrudzonego kardynała nie mógł przecież wszystkim zapo- biec nadużyciom. Ale pomimo zwykłych objawów ludzkiej słabości, historyczny obraz dogorywającego średniowiecza był i zawsze pozo- stanie w zupełnej sprzeczności z karykaturą protestanckich baśni. Słusznie też i sprawiedliwie wołają oburzeni krytycy: ˝Jeśli to prawda co mówi Janssen o drugiej połowie XV stulecia, to reformacja nie ma żadnej logicznej podstawy!˝. Że zaś faktów przez Janssena przytoczo- nych nikt jeszcze odeprzeć nie umiał – z przyjemnością więc trzyma- my się wniosku: Ergo Janssen zburzył podstawę reformacji. 18 CZĘŚĆ DRUGA W tomie następnym, autor wprost już udowadnia, że tak zwany prąd reformacyjny nie wytrysnął bynajmniej z głębszych i silniejszych nurtów religijnego życia, ale właśnie z płytkich, powierzchownych, bezreligijnych wyobrażeń i tendencyj, czyli mówiąc jaśniej – z łona młodszego, niemieckiego humanizmu, grawitującego całą swą istotą ku dawnemu pogaństwu. Z najściślejszą sumiennością i darem spo- strzegawczym wprowadza nas autor do wnętrza szkoły młodo-nie- mieckich humanistów. Na ich czele, o całą głowę wyższy od wszyst- kich, stoi Erazm Rotterdamczyk, ˝Wolter XVI stulecia˝, geniusz nie- zwykłego polotu, w znawstwie klasycznej starożytności prawdziwie niedościgły, przez wielu uczonych prawie zabobonnie ubóstwiany, mówca znakomity, cięty satyryk, literat wyższego zakroju i wszech- stronny bibliofil. Lecz wcześnie już wziął on rozbrat z moralnością i wiarą, teologię jakąś mętną sobie przyswoił, filozofia też płytką była u niego i chwiejną a chwiejniejszym jeszcze cały jego charakter. Stu- dia klasyczne, zamiast służyć tylko jako środek do wykształcenia umysłu, stały się dlań celem, piękna szata klasycznej formy – istotą, duch starożytny tj. pogański – ideałem. Koniecznym więc następ- stwem rzeczy, musiał on rzucić rękawicę chrześcijańskiej wiedzy, a raczej chrześcijańskiemu humanizmowi uprawianemu przez Agry- kolę i innych, który to humanizm ze strony Kościoła najtroskliwszej doznawał opieki i poparcia. Rotterdamczyk wstąpił w szranki bojowe bez dzielności wytrawnego rycerza, tylko z jakąś lekką, dowcipną, sa- tyryczną szermierką. Cały jego arsenał był to lekki, powierzchowny dowcip, gra myśli, blichtr wiedzy, słowem cały ten zasób polemicz- nych pocisków wygląda raczej na bazar szarmanterii umysłowej niż na dobór zaczepnej broni. Pozornie, nie wyrzeka się on wiary, owszem próżnością i samolubstwem wiedziony, pochlebia kościelnej zwierzch- ności, lecz za chwilę gotów jest zasadniczą, powszechną naukę tegoż 19 Kościoła, pod pozorem zwalczania scholastycznych błędów, podać w pogardę u ludu. Niemały też zastęp uczonego świata odwiódł on od prawdziwie chrześcijańskiej umiejętności, odsłaniając przed nimi swe pogańskie poglądy na życie, i swą sekularyzowaną moralność. Tym samym rozdzielił już wiedzę na dwa obozy i swe jałowe racjonali- styczne idee ˝nowej oświaty, chrześcijańskiej filozofii, prawdziwej, teologicznej wiedzy˝, postawił jako program przyszłości. Młodzież zwabiona świetnością dykcji, różową barwą obrazów i polotem myśli, tłumnie garnęła się do niego; uczeni schylali czoło przed nieomylną jego powagą. Czcza frazeologia, żądza oklasków, zazdrość, intrygi, apologia występków, erotyczność i rozwiązłość – oto charakterystycz- ne znamiona tych poetyczno-literackich kółek. W sztuce pijaństwa przewyższają oni swych włoskich współbraci, a w innych występkach nie ustępują im wcale. W poezji wysilają się na to, aby potwornym wyuzdaniem prześcignąć starożytnych pogan. Ten nadmiar ohydy i szalonego obłędu zraził Mucjana, który też odtąd nielitościwie począł smagać morderczym sarkazmem swych humanistycznych przyjaciół. Cóż więc dziwnego, że ta moralna kałuża napełniała atmosferę błotni- stym wyziewem? Co dziwnego, że z tego grona wyuzdanych żartow- nisiów coraz szerzej, coraz donośniej wzbijał się okrzyk wojenny przeciw mnichom i mniszkom, przeciw postom i wstrzemięźliwości, przeciw pielgrzymkom i nabożeństwom, przeciw starodawnym świę- tym tradycjom i dogmatom chrześcijaństwa? Te humanistyczne kółka stanowiły ognisko i zalążek tak zwanej re- formacji. Za ich to sprawą uniwersytet Erfurcki, ta świątynia iście ka- tolickich nauk, przeistoczyła się z gruntu w szkołę wojenną najzacięt- szych wrogów Kościoła. Pierwszy pochop do tego dał tak zwany ˝spór Reuchlinowski˝ der Reuchlin sche Streit. Zbrojny zastęp młodych hu- manistów wymierzał wszystkie swe ciosy, po największej części w formie potwarczych paszkwilów, przeciw scholastyce i zakonom. W pierwszych szeregach, jako rzecznik najbardziej wpływowy, wystę- puje Ulrich von Hutten. Rycerz podupadły, szlachecki proletariusz, re- wolucjonista najczystszej wody, a pochlebca i pieczeniarz na dworze mogunckiego arcybiskupa. Gorącą pałał on żądzą, aby wzniecić pożar, który by istniejący porządek kościelny i polityczny pogrzebał w gru- zach zniszczenia. Stracić nic nie mógł, a zyskać spodziewał się wiele. 20 Jego paszkwile i satyry przygotowują w umysłach odpowiednie pali- wo; a potężny zwolennik nowego humanizmu, moguncki arcybiskup wspiera swym złotem to rewolucyjne apostolstwo. Na koniec kazania o odpustach i jubileuszu ogłoszonym z okazji budowy bazyliki św. Piotra w Rzymie, dają ostateczne hasło do upragnionej i od tak dawna przygotowywanej walki przeciw dogmatom Kościoła. Takim było właściwe źródło kościelnego rozdwojenia w Niemczech. Bunt podniesiony nie miał bynajmniej na celu naprawy obyczajów lub znie- sienia nadużyć. Jakim był początek tej walki takim i cały przebieg dobrze wyrażo- ny w jej wzniecicielach i przywódcach. W każdym kierunku czuć się u nich daje najzupełniejszy brak owej świętości i darów nadprzyro- dzonych, których zdrowy rozum ludzki od zakonodawców i kościel- nych reformatorów słusznie domagać się może i powinien, jako legi- tymacji ich Boskiego posłannictwa. Luter i Hutten – oto dwaj koryfe- usze reformacji. Drugi z nich ohydną trawiony chorobą, piętnującą go jako niewolnika szkaradnych występków. A pierwszy? Jakkolwiek Dr. Janssen łagodnie i oględnie o nim się wyraża, jednak posąg Lutra uku- ty z własnych jego słów i czynów, przedstawia smutną tylko a straszną ruinę ludzkiego ducha. Luter już od dzieciństwa spaczony mając umysł nędzą materialną i złym wychowaniem, w pierwszych zaraz po- czątkach naukowego zawodu, zboczył na błędne tory nowo-humani- stycznej szkoły. Ulubiony przedmiot jego studiów stanowią dzieła kla- syków – nie księgi biblijne. Zdanie, że ˝nie masz nic milszego na zie- mi nad miłość kobiety, gdy ona komu przypadnie w udziale˝, głęboko utkwiło mu w duszy. Ustawicznie chwiejny, miotany na przemian po- sępną melancholią lub jakimś dzikim niepohamowanym szałem, rzuca się w życie zakonne pod wpływem chwilowego wrażenia dwóch na- głych wypadków śmierci, bez rozwagi, bez powołania, party tylko strachem i jakby rozpaczą. Wnosi ze sobą do celi Wirgila i Plauta, a nie wyzuwszy się z wrodzonej sobie krnąbrności i upornej pychy, gardzi jedynie zbawczym sterem posłuszeństwa, i tonąc w morzu dusznych wątpliwości i skrupułów, znowu w rozpacz popada. Aby własną ludzką tylko siłą zdobyć niebo, i jakby przemocą je otworzyć, chwyta się najsurowszej, lecz niedorzecznej ascezy, i całe tygodnie spędza bez pokarmu i napoju; ale rzecz dziwna – w duszy jego rodzi 21 się gorycz jeszcze przykrzejsza, ani jeden promyk nie rozjaśnił jego wątpliwości, a czarna chmura zniechęcenia i rozpaczy przygniata go jak dawniej ołowianym ciężarem. Wszystkich lekarzy, wszelką pomoc i radę, szorstką odpycha ręką, męcząc się samowolnie w tych zapa- sach bezowocnej walki, w tym grobie letargicznego zwątpienia. Tutaj to wylęgła się w jego duszy ˝teologia rozpaczy˝, płód godny swej ma- cierzy. Dotychczas Luter zaufany w swą własną siłę, tą siłą chciał się oczyścić z grzechów i niebo szturmem zdobyć – teraz przeciwnie, my- ślał o usprawiedliwieniu i wiecznej szczęśliwości bez najmniejszego sił własnych współdziałania. Zaczynał wierzyć, że człowiek skutkiem grzechu pierworodnego stał się na wskroś złym i przewrotnym, że już w nim z wolnej woli nic nie pozostało, że wszystkie jego uczynki, na- wet dobre, są tylko wypływem złej, zepsutej woli i konsekwentnie grzechem śmiertelnym, karygodnym wobec Boga; że więc człowieka sama tylko wiara usprawiedliwić i zbawić jest w stanie. Tu dochodzi- my do psychologicznych źródeł jego teorii o usprawiedliwieniu, w którym on jakby w głównym artykule wiary, zawiera swą nową ewangelię. Nieznacznie a stopniowo oswaja on publiczność ze swymi zasadami. Między r. 1513 a 1516 broni ich w szkole i na dysputach, następnie w r. 1517 głosi je z kazalnicy przed ludem, wreszcie pozy- skawszy sobie Wittenberską akademię, występuje z nimi publicznie wobec całych Niemiec. Okolicznościową do tego pobudką był, jak wiemy, odpust głoszony przez Tetzla. W tezach przeciw niemu wy- mierzonych Luter nie zrywa jawnie z Kościołem, owszem pozornie poddać się chce orzeczeniu papieża, głosząc krucjatę tylko przeciw rzekomym nadużyciom odpustu. W sercu jednak przeciął on już sta- nowczo wszystkie węzły łączące go z Kościołem i zanim jeszcze grom klątwy spadł nań z Watykanu, już snuła się w jego myśli teoria o niewidzialnym Kościele. W r. 1519 powitali go husyci jako brata i współwyznawcę swego. Luter przyjął podaną rękę i już po kilku miesiącach zasłużył sobie na miano dzielnego husyty. Równocześnie i humaniści nie szczędzą mu pochwał, oklasków, uwielbienia, choć oczywiście nie o religię im chodziło. Luter odurzony tą niezdrową at- mosferą pochlebstwa chwieje się jeszcze przez chwilę, ale kiedy całe rycerstwo pod wodzą Franza von Sickingen i nikczemnego Ulricha von Hutten, nie tylko opiekę, ale i pomoc zbrojną mu przyrzeka, wte- 22 dy pierzchnął ostatni cień wątpliwości czy ludzkich względów, a mnich wittenberski podnosi sztandar buntu z pełną już świadomo- ścią i rozwagą. Przyjacielowi swemu Spalatynowi z góry już religijną wojnę zapowiada: ˝Zaklinam cię, pisał w lutym 1520 r., jeśli dobrze rozumiesz ewan- gelię, nie wierz temu, żeby jej sprawa, przeprowadzić się dała bez wzburzenia, walk, zamieszek. Słowo Boże – to miecz, to wojna, to zniszczenie, to kamień obrazy, to zagłada, to jad trujący, a jak mówi Amos, jak niedźwiedź w lesie, jako lwica, tak uderza ono na syny Efraima˝. Widząc się bezpiecznym i czując już na swych skroniach aureolę bohatera wieku, puszcza on wodze hamowanym dotąd namiętno- ściom. W mowie i piśmie nie zna żadnych granic, nawet najprostszej przyzwoitości, jego słowa – to kał uliczny. Z gniewem i wściekłością miota się na dobre uczynki i sakramenty, na papieża, biskupów i za- sadniczy ustrój Kościoła. Gdy jednak na sejmie Wormackim cała ewangelia znów w wątpliwość była podaną, Luter przerzuca się po- nownie w drugą ostateczność – niepewności i rozpaczy. Wprawdzie uprowadzenie do Wartburga uchroniło go od najgorszych następstw takiego stanu, ale i w tym odludnym schronisku nie zaznał on pokoju. Widmo zbrodni stanęło mu przed oczami, sumienie odzywające się w ciszy, paliło go płomieniem najstraszniejszych wyrzutów. Widmo to odpędzał on, jak sam wyznaje, myślą o wdzięcznych postaciach nie- wieścich, a ogień zgryzoty zalewał potokami szumiącego piwa. Jakie jednak cierpiał katusze, widać to z jego listu pisanego 25 listopada 1521 r. do Augustianów w Wittenberdze: ˝O! jak trudno mi było usprawiedliwić się w sumieniu, żem to ja tylko sam odważył się wy- stąpić przeciw papieżowi, nazwać go Antychrystem, biskupów – jego apostołami, uniwersytet – domem publicznym... Ileż to razy gwałtow- nie zadrżało me serce, ileż razy karciło mię i wyrzucało: czyż tylko ty jeden jesteś mądrym?... Mieliżby wszyscy inni błądzić a błądzić tak długo? A cóż wtedy, jeśliś ty sam na błędnej drodze, jeśli tak wielu uwodzisz, jeśli oni wszyscy będą potępieni?!˝. I nie raz jeden, ale czę- sto, bardzo często, aż do późnej starości wracają te same wyrzuty, ten sam głos kołacze do duszy i pyta: ˝Kto cię powołał do opowiadania Ewangelii w sposób, jakim przez tyle wieków żaden biskup, żaden 23 święty jej nie opowiadał?˝. Z jakąż trwożliwością usiłuje on głos ten zmusić do milczenia! To zastawia się przed nim doktorskim dyplo- mem, to święceniem kapłańskim, to wmawia w siebie bezpośrednie natchnienie Ducha Świętego, to znów odrzuca konieczność osobnego posłannictwa, twierdząc, że każdy jest tu powołanym. ˝Również pa- trząc na tylu znakomitych a uczonych ludzi, owszem na największą i najzacniejszą cząstkę świata, nadto na ów poważny zastęp mężów świętych, jak Ambroży, Hieronim, Augustyn itd.˝ – wtedy mu dopiero ˝jakoś ciężko w duszy i trwożno˝. Niemniej i dlatego lęk w nim i żal się budzi, że on ów ˝Kościół, który pod papieżem tak błogiego zaży- wał spokoju, przez swą naukę zgorszeniem zranił, rozdarł niezgodą˝. Powszechnie znane motto (Wer nicht liebt Wein, Weiber und Gesang, Der bleibt ein Narr sein Lebelang) służyło mu zawsze do rozpędzania chmur tych, przynajmniej na chwilę. Aby zaś wynagrodzić sobie te czarne godziny, wpadał on wtedy w gniew niepohamowany, a raczej we wściekłość, która jak mówią współcześni, miała w sobie rzeczywi- ście coś demonicznego. Poświadczają to: Wilibald Pirkheimer, Bullin- ger, Ulrich Zasius. Z katedry, wobec ludu objawiał Luter niezachwia- ną pewność przekonania, ale w poufnym gronie zupełnie był innym. Jeszcze po 20 latach skarżył się przed jednym ze swych przyjaciół: ˝Dziwno, że nauce tej nie mogę dowierzać i dlatego sam z sobą w nie- przyjaznym żyję stosunku˝. Panegirysta Lutra, Mathesius tak pisał o nim: ˝Antoni Musa, proboszcz z Rochlitz, mówił mi, że pewnego razu skarżył się przed naszym Doktorem (Lutrem), iż nie może w to wierzyć, czego innych naucza. Bogu niech będą dzięki i chwała, od- rzekł Luter, że przecież są ludzie, którzy tych samych doznają trudno- ści, myślałem, że tylko mnie samemu one uczuć się dają˝. Smutkiem, a to bez granic odbrzmiewa echo krwawych walk w głębi jego duszy staczanych: ˝O! jam widział straszliwe widma, okropne poczwary... gdyby innemu przyszło to wycierpieć, co ja wycierpiałem, dawno już byłby umarł: częstom a schodził do piekła, a Bóg mię wyprowadzał stamtąd... Ten duch ponury, który mną władnie – to moje sumienie˝. Jakież rady dawał on sobie samemu, by zwalczać te mary? ˝Trzeba głębiej, wołał, zaglądać do dzbana, śmiać się i bawić, na złość diabłu grzech jakiś popełnić. Szatańskie myśli – szatańskimi odpędzać my- ślami: przedstawić sobie postać nadobnej dziewczyny, unieść się 24 SPIS TREŚCI CZĘŚĆ PIERWSZA 3 CZĘŚĆ DRUGA 19 CZĘŚĆ TRZECIA 34 CZĘŚĆ CZWARTA 52 CZĘŚĆ PIĄTA 63 CZĘŚĆ SZÓSTA 77 CZĘŚĆ SIÓDMA 93 108
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Janssen i historia Reformacji
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: