Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00226 009239 10485088 na godz. na dobę w sumie
Jarosław, Donald i inne chłopaki. Felietony z Tygodnika Powszechnego - ebook/pdf
Jarosław, Donald i inne chłopaki. Felietony z Tygodnika Powszechnego - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 374
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-24-1577-5 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zebrane w tej książce felietony były ogłaszane w „Tygodniku Powszechnym” od czerwca 2007 do października 2011 roku. Zacząłem je pisać głęboko dotknięty atmosferą podejrzliwości, wprowadzoną do życia publicznego przez twórców i zwolenników IV RP. Po przejściu Prawa i Sprawiedliwości do opozycji przyglądałem się kolejnym epizodom polsko-polskich wojen i potyczek, sprawiających często wrażenie marnego widowiska. Doświadczenie niepowagi i nierealności polityki, obserwowanej z daleka, z pozycji czytelnika dzienników i tygodników, to zasadniczy temat mojej książki.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

l a c e o p s a t i s r e v n u i l . p m o c s a t i . i s r e v n u w w w . Od czasu gdy mój stary przyjaciel Marian S. zaczął pisać w „Tygo- dniku Powszechnym” felietony polityczne, niesłychanie wzrosła jego polityczna wiedza, orientacja i intuicja. Nic w tym nie ma dziwnego, polityką Marian interesował się zawsze, zawsze ją śle- dził, zawsze miał w tej dziedzinie wyraziste własne zdanie. Od czasu jednak, gdy jął ogłaszać swoje „Wyznania człowieka apolitycznego” – może nie od razu, ale po paru tygodniach z pewnością – widnym się stało, że zna labirynty, rewersy i odwrotne strony politycznych gobelinów, że posiadł polityczną wiedzę zakulisową, kuluarową, sekretną i coraz bardziej się w niej zagłębia. Intuicją wszystkiego wyjaśnić się nie da. Z wyprzedze- niem zna fakty, wie jakie zbliżają się personalne roszady, orientuje się w przebiegu rozmaitych nieoficjalnych spotkań i narad. Prawie nigdy o tych rzeczach nie pisze, czasem da jakąś zrozumiałą tylko dla wtajemniczonych aluzję – nie dziwota, jest jednym z wtajem- niczonych. Najwyraźniej ma swoje źródła i swoich informatorów. W służbach? Why not? Może nawet w byłych. Czasem jak jest w nastroju łaskawym i jak wie, że rzecz i tak lada chwila przecieknie do mediów, puści mi – ma się rozumieć pod przy- sięgą absolutnie śmiertelnej dyskrecji – jakąś błahą informacyjkę. Dziś zadzwonił z wiadomością, że w telewizji publicznej szykują się poważne zmiany, między innymi znika z anteny program Bro- nisław Wildstein zaprasza oraz Misja specjalna. – Przecież Misję specjalną już zdjęli? – zapytałem lekko speszony. – Zdjęli, ale potem przywrócili i teraz znów zdejmują – warknął zirytowany moimi elementarnymi brakami. – Doskonale wiesz Marianie – odparłem – że dopóki TVP nie przywróci Wielkiej Gry ze Stanisławą Ryster, dopóty nie odzyska pełnej wiarygodności. Jerzy Pilch, z „Dziennika” 13 października 2010 ISBN 97883-242-1729-8 www.universitas.com.pl 9 788324 217298 T A V z ł z 0 0 , 8 5 I K A P O Ł H C E N N I I D L A N O D W, A Ł S O R A J a l a t S n a i r a M Marian Stala JAROSŁAW, DONALD I INNE CHŁOPAKI FELIETONY Z „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” Zebrane w tej książce felietony były ogłoszone w „Tygodniku Powszechnym” od czerwca 2007 do października 2011 roku. Zacząłem je pisać głęboko dotknięty atmosferą podejrzliwości, wprowadzoną do życia publicznego przez twórców i zwolenników IV RP. Po przejściu Prawa i Sprawiedliwości do opozycji przyglądałem się kolejnym epizodom polsko-polskich wojen i potyczek, sprawiających często wrażenie marnego widowiska. Doświadczenie niepowagi i nierealności polityki, obserwowanej z daleka, z pozycji czytelnika dzienników i tygodników, to zasadniczy temat mojej książki. universitas Donos na samego siebie Urodziłem się we wrześniu 1952, pół roku przed śmiercią Sta- lina. W PRL przeżyłem trzydzieści siedem lat, w nieodwracalny sposób nasiąkając jego zbrodniczą atmosferą. Pojmuję ogrom swej winy. Uprzejmie proszę Najwyższe Władze o najwyższy wymiar kary. TP 2007, nr 26 –    – I UPadłe aUtoRytety W  politycznym manifeście Jarosława Gowina Kto dziś tęskni za III RP („dziennik” z 12 czerwca) najbardziej zastanowiła mnie rozbuchana poetyzacja języka. Jej obecność słychać już w ironicz- nym (ale podszytym nutą sentymentu) tytule; potem jest opowieść o „wyśnionej i nieskalanej” Polsce początku lat dziewięćdziesią- tych i o tym, że złudzenia pierwszej miłości minęły, gdy wyszedł na jaw „grzech pierworodny III RP” i ukazały się „puste oczodo- ły zdrady”... Ciąg dalszy jest równie poetyczny: oto nadeszła pełna „moralistycznego ferworu” IV RP, ale i ona zraziła do siebie wielu; to oni właśnie tęsknią za minionym czasem, a z nimi „upadłe auto- rytety” poprzedniej dekady. trudno powstrzymać wzruszenie, gdy się czyta ten liryczno- polityczny poemat (proszę przy tym pamiętać, że wymieniłem tyl- ko kilka kluczowych metafor!)... toteż: po pierwszej lekturze łzy czyste i rzęsiste lały mi się z oczu przez siedemdziesiąt siedem mi- nut. Wytarłszy je, pomyślałem jednak, że zużyte metafory niewiele mówią o rzeczywistości. Pomyślałem także, iż nie jest sztuką po- wtarzanie mantry o upadku autorytetów; sztuką jest ich podtrzy- mywanie, zapewnianie im trwania. Być może to właśnie okazało się zbyt trudnym zadaniem dla nas wszystkich. 2007 (niedrukowane) – 9 – LUStRaCJa Jako NaJWyżSzy SPoSóB IStNIeNIa W  felietonie Na jedynie słusznej drodze („dziennik” z  23/24 czerwca), skrzącym się błyskotliwą inteligencją i  humorem naj- wyższej próby, po raz kolejny (tym razem, jak się zdaje, ostateczny) demaskuje Maciej Rybiński podłe knowania przeciwników lustra- cji. „Już wiem, jak się to wszystko skończy – oznajmia felietonista „dziennika”. odnowiony i zreformowany Instytut Pamięci Naro- dowej, na którego czele stanie profesor Romanowski, danuta Wa- niek albo ktoś inny tego nieskazitelnego pokroju, będzie miał do wypełnienia historyczną misję”. Po tak wiele obiecującym wstę- pie następuje apokaliptyczny opis prześladowań, jakie w przyszło- ści spotkają zwolenników lustracji ze strony partii antylustratorów. Gdy zaś wystrzelone już zostaną wszystkie fajerwerki dowcipu, następuje finał godny mistrza: „dzięki takim działaniom Polacy zwrócą się ku przyszłości i nastanie błogosławiona i oczekiwana z wytęsknieniem epoka jedności moralno-politycznej narodu sku- pionego wokół jedynie słusznej idei antylustracji. tylko taka jest droga naprawy i poprawy, i będziemy nią nieustraszenie kroczyć aż do końca”. Bardzo jest ten wywód zabawny i pobudzający do myślenia; już widzę jak rażona siłą zawartych w nim argumentów armia anty- lustratorów rozpierzcha się na wszystkie strony i pogrąża w nie- istnieniu. Jedno mnie tylko ciekawi: dlaczego Rybiński sądzi, iż jedynym marzeniem antylustratorów jest lustracja dzisiejszych lu- stratorów? Czyżby felietonista „dziennika” uważał, że lustracja jest najwyższą formą istnienia? Czyżby nie wyobrażał sobie życia pozalustracyjnego? TP 2007, nr 27 – 10 – StaRa GRa WykSztałCoNyCh LUdzI Jarosław kaczyński włączył w tekst politycznego przemówie- nia jeden, ale za to niezwykle sugestywny, wers z Chorału korne- la Ujejskiego („Inni szatani byli tam czynni”). Większość odbior- ców nie rozpoznała cytatu, traktując go jako przejaw agresywnej i trudnej do wytłumaczenia postawy ideowej. Wybuchła trzydnio- wa awantura, koncentrująca się wokół tego kim są owi szatani i czy kaczyński miał prawo posłużyć się tym właśnie słowem. Cóż powiedzieć? Cytowanie wierszy w publicznych wypowie- dziach to stara gra wykształconych ludzi; wytwarza ona nić poro- zumienia pomiędzy tym, który cytuje i tymi, którzy potrafią cytat zidentyfikować. tym razem do porozumienia nie doszło; świado- mość literacka premiera kaczyńskiego okazała się wyższa od świa- domości jego zakłopotanych zwolenników i rozsierdzonych prze- ciwników. dodajmy, tu nie chodzi tylko o znajomość jednego, konkretne- go wiersza; tu chodzi raczej o umiejętność posługiwania się zako- twiczonymi w kulturze metaforami. Czy już nie wolno odwoływać się do klasycznych wierszy i powieści? Czy już nadeszła epoka pro- stych, całkowicie jednoznacznych zdań? Jeśli tak właśnie miałoby być, to mnie jest żal starych gier wykształconych ludzi. TP 2007, nr 28 – 11 – SzLI kRzyCząC: „PoLSka! PoLSka!” Premier Jarosław kaczyński powiedział na Jasnej Górze do zwolenników tadeusza Rydzyka: „dziś Polska jest tutaj” („Gaze- ta Wyborcza” z 9 lipca). Nie słucham Radia Maryja, nie oglądam telewizji trwam, nie byłem tamtego dnia w Częstochowie, ojciec dyrektor jest dla mnie raczej politykiem, któremu nie ufam, niż charyzmatycznym duchownym. Czy to znaczy, że nie ma dla mnie miejsca w tej Polsce, o której mówił premier? Czy to znaczy, że nie ma w tej Polsce miejsca dla tych wszystkich, którzy myślą inaczej niż zwolennicy ojca Rydzyka? Gest wskazywania, gdzie jest prawdziwa Polska (i wykluczania tych, którzy nie są prawdziwymi Polakami), zrodził się w czasach niewoli i wtedy wiele znaczył. dzisiaj jest to gest znaczący niewie- le. Ilekroć widzę ten gest, ilekroć słyszę towarzyszące mu słowa, tylekroć przypominam sobie napisane dawno temu wersy Juliusza Słowackiego: Szli krzycząc: „Polska! Polska!” – wtem jednego razu Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu; Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna, Szli dalej krzycząc: „Boże! ojczyzna! ojczyzna”. Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka, Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?” a potem przypominają mi się jeszcze słowa konrada z Wyzwo- lenia Wyspiańskiego: „a co jest mi wstrętne i nieznośne, to jest to robienie Polski na każdym kroku i codziennie. to manifestowanie polskości. Bo to wygląda, jakby Polski nie było, Polaków nie było... Jakby ziemi nawet nie było polskiej...” Być może, należałoby sobie te słowa przypomnieć, zanim za- cznie się kolejny raz wskazywać, gdzie jest Polska. TP 2007, nr 29 – 12 – NIe MaM żadNyCh złUdzeń W rozmowie z Piotrem Gursztynem i Mikołajem Wójcikiem Ja- rosław kaczyński sięga raz jeszcze po PiS-owski dogmat, wedle którego dzisiejsza inteligencja dzieli się na tych, którzy popierają projekt IV RP (a więc nawiązują do najlepszych polskich tradycji) oraz na tych, którzy są przeciwnikami obozu rządzącego (a więc nie zasługują na to, by się nimi zajmować). Premier mówi: „Są- dzę, że jeśli ktoś jest inteligentem w tym sensie, który mnie inte- resuje, czyli etosowym, to powinien wyciągnąć wnioski z tego, co się stało w tych ostatnich dniach. za to nie mam żadnych złudzeń, że ta grupa, której inteligenckość polega na czytaniu ze zrozumie- niem i aprobatą „Gazety Wyborczej”, „tygodnika Powszechnego” i „Polityki”, nas kiedykolwiek poprze. I niespecjalnie o to zabie- gam” („dziennik” z 14/15 lipca). Cóż, powinienem powiedzieć, że dzielenie inteligentów na do- brych i  złych nie należy do konstytucyjnych uprawnień prezesa Rady Ministrów – tym razem jednak nie będę się czepiał drobiaz- gów. Nie będę się ich czepiał, gdyż wypowiedź premiera jest (za- pewne wbrew jego woli) niezwykle mocną pochwałą trzech wspo- mnianych czasopism i jako taka powinna wzbudzić radość w ich redakcjach. Ściślej, wypowiedź ta przypisuje „Gazecie”, „tygodni- kowi” i „Polityce” niezwykle mocne, formacyjne oddziaływanie na kształt myślenia znacznej części współczesnej inteligencji. to nie jest mało. Skądinąd jednak sadzę, że Jarosław kaczyński nieco przesadza. Przesadza, powołując do istnienia zwartą grupę tych, którzy nie tylko czytają jakieś czasopisma, ale też ufają im bez reszty. Prze- sadza, gdy utożsamia ze sobą czytelników „Gazety”, „tygodnika” i „Polityki” i gdy nie dowierza, by pośród tych czytelników dało się znaleźć zwolenników PiS (nie twierdzę, że jest ich dużo). Wreszcie zaś przesadza, wiążąc zbyt ściśle sympatie polityczne z czytaniem konkretnych czasopism. – 13 – Nie chcę uogólniać, poprzestanę na własnym doświadcze- niu. owszem, czytuję wskazane przez premiera czasopisma (cza- sem uważnie, czasem nieuważnie, czasem z uznaniem, czasem ze znudzeniem albo irytacją); owszem, nie wierzę w sensowność ta- kiego podziału polskiej inteligencji, o  jakim mówi Jarosław ka- czyński; owszem, nie jestem wyborcą PiS. ale też uczucia antyrzą- dowe wzbudzają we mnie częściej artykuły z „Rzeczpospolitej” niż z „Gazety Wyborczej”. TP 2007, nr 30 – 14 – MaRSzałek LeGUtko W rozmowie Joanny Lichockiej z profesorem Ryszardem Legut- ką („Rzeczpospolita” z 21/22 lipca) nic mnie nie zaskakuje. Nie za- skakuje mnie akceptacja politycznej chytrości („Sprawa odwołania Leppera z rządu jest może działaniem chytrym, ale nie jest z pew- nością działaniem niemoralnym”) ani pochwała obłudy („obłuda nie jest tak całkiem do wyrzucenia. Świat bez obłudy jest światem strasznym”). Nie zaskakuje mnie opinia dotycząca swobody dysku- sji w PiS-ie („dyskusja jest oczywiście. ale nie będę twierdził, że to jest partia demokratyczna w sensie podejmowania decyzji, bo nie jest. I nie ma partii, która byłaby demokratyczna pod tym wzglę- dem. Partia to scentralizowana struktura, w której najważniejszych ustaleń dokonuje się w sposób nieformalny”) ani ocena środowiska akademickiego („W jego dużej części jest straszliwa nienawiść do PiS. Jeśli można kopnąć PiS, to się nikt nie zawaha”). Nie zaskaku- je mnie traktowanie polityki jako przygody („to jest właśnie fascy- nujące w polityce, że nie da się jej do końca opowiedzieć i zdefinio- wać, skontrolować ani przewidzieć. to jest przygoda”). W rozmowie Lichockiej z Legutką jedno mnie zastanawia: sto- pień akceptacji reguł obowiązujących w  bieżącej polityce („tak, dobrze się czuję w polityce. Nie jestem szczególnie sfrustrowany tym, że «miało być inaczej»”). dokładniej: zastanawia mnie to, że Ryszard Legutko mówi językiem działacza rządzącej partii. Więc po to się czyta latami Platona i arystotelesa, po to się buduje prestiż profesora uniwersytetu, by w końcu, najzwyczajniej, podporządko- wać się partyjnej prawdzie momentu czy etapu? Nie mam prawa (ani ochoty) osądzania intelektualnego wybo- ru, którego dokonał profesor Legutko. Nie dyskutuję ani z jego po- glądami filozoficznymi, ani z ich urzeczywistnieniem w przestrze- ni polityki. zastanawiam się tylko. TP 2007, nr 31 – 15 – kSIężyCoWy kRaJoBRaz W ostatnich latach sporo myślałem o symbolice lunarnej. Przy- glądałem się setkom utworów poetyckich z księżycem w tle lub na pierwszym planie – od japońskich wierszy śmierci po zapisane tuż po wojnie słowa tadeusza Różewicza: księżyc świeci pusta ulica księżyc świeci człowiek ucieka księżyc świeci człowiek upadł człowiek zgasł księżyc świeci księżyc świeci pusta ulica twarz umarłego kałuża wody. ostatnimi czasy zaczynam dostrzegać księżycową atmosferę nie tylko w dawnej i nowej poezji, lecz także w teraźniejszym, to- czącym się wokół nas życiu politycznym. także to życie bywa do- tknięte nierzeczywistością; także to życie rozpływa się w księży- cowej mgle iluzji. Nie jest to z pewnością odczucie odosobnione ani oryginalne. Nie tak dawno temu znakomity historyk idei i przenikliwy obser- wator współczesności Bronisław łagowski mówił o  widmowym charakterze polityki aktualnych władców Polski. W ostatnich tygo- dniach owa widmowość (albo, jak kto woli, księżycowość) znacz- nie się nasiliła. a końca tego procesu nie widać. TP 2007, nr 32 – 16 – MaRkS U BRaM? „Widmo Marksa znowu krąży po świecie” – przestrzega to- masz Stawiszyński; „Marks przeciw postkomunie” – odpowiada mu Sławomir Sierakowski; „Prawica też mówi Marksem” – doda- je krzysztof Iszkowski... W „dzienniku” rozpoczęła się dyskusja o  powrotnej fali fascynacji marksizmem, będąca przedłużeniem polemik, jakie towarzyszyły ukazaniu się książki Slavoja żiżka Rewolucja u bram. to nie jest spór dla starych ludzi; przeciwnie, to jest rozmowa dla młodych; to oni mają rozstrzygnąć „czy mar- ksizm może pomóc nam zrozumieć świat, czy też jest bezwarto- ściowym reliktem przeszłości”. Marksizm, wyznam od razu ze skruchą, nigdy mnie nie emocjo- nował. Nie emocjonował mnie stary Marks, ani Marks młody. Nie emocjonowali mnie marksiści, neomarksiści ani postmarksiści. Nie emocjonował mnie marksizm ortodoksyjny ani heretycki, wulgar- ny ani ezoteryczny. emocjonowała mnie inna filozofia i inny spo- sób mówienia o świecie. Mimo tego braku emocji jako mieszkaniec PRL zetknąłem się z myślą Marksa i jego kontynuatorów. Czytywa- łem także książki rozliczające się z marksizmem i jego polityczny- mi konsekwencjami. do dzisiaj mam w pamięci zdanie zamykające Główne nurty marksizmu Leszka kołakowskiego: „Samoubóstwie- nie człowieka, któremu marksizm dał filozoficzny wyraz, kończy się tak samo, jak wszystkie, indywidualne i zbiorowe, próby samo- ubóstwienia: ukazuje się jako farsowa strona ludzkiej niedoli”. Początkowi dyskusji w „dzienniku” przysłuchuję się bez emo- cji, ale z  zaciekawieniem. Czy mógłbym coś powiedzieć pierw- szym jej uczestnikom? tomaszowi Stawiszyńskiemu rzekłbym, iż traktując marksizm jako mit i podkreślając prostotę, czy wręcz: na- iwność jego zasadniczych przesłań, nie tyle osłabia swoich ewentu- alnych oponentów, ile daje im do ręki bardzo silny argument pozy- tywny. Sławomirowi Sierakowskiemu zwróciłbym uwagę, iż trak- towanie marksizmu jako młota na postkomunistów należy do sfery – 17 – pustych gestów (podobnie jak pokazywanie siebie samego jako kontynuatora antykomunistycznej opozycji)... Nie wierzę, by dyskusja w „dzienniku” doprowadziła do jed- noznacznych rozstrzygnięć. Być może jednak jej ciągiem dalszym będzie inna rozmowa, dotycząca wszystkich idei, kształtujących dzisiaj myślenie i postępowanie młodych ludzi. Gdyby tak było, nie byłoby całkiem źle. TP 2007, nr 33 – 18 – NIe Było Lata Nie było lata. Nie było letnich rozrywek ani ciekawostek. W za- toce Gdańskiej zjawił się wprawdzie karłowaty wieloryb, ale po- traktowano ten fakt ze zdumiewającą o tej porze roku powściągli- wością. Gdzież tam wielorybowi do rzeczy naprawdę ważnych! Nie było lata. tygodniami ślimaczył się spektakl zrywania rzą- dzącej koalicji. W akcie trzynastym przybrał on postać dramatycz- nego (a może groteskowego?) oskarżania wszystkich przez wszyst- kich. krąg podejrzanych rozrastał się bez końca, krąg wiernych świętej idei kurczył się w coraz szybszym tempie. Nie było lata. Premier mówił (słowami Ujejskiego) o „innych szatanach”, zdymisjonowany wicepremier (słowami Wyspiańskie- go) o „chocholim tańcu” i (to jego własne wzbogacenie autora Wese- la) „padaczce PiS-u”. drugi zdymisjonowany wicepremier wresz- cie przeczytał Trans-Atlantyk i bardzo się zgorszył. Sprzyjających rządowi publicystów zaczęła gnębić bezsenność i melancholia. Wi- doczna była nieobecność likwidatora WSI. „Nie było lata. Jesień szła od wiosny / Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi”. Myślę o tej nadchodzącej jesieni raczej z obawą niż z nadzieją. TP 2007, nr 34 – 19 – dWa PożeGNaNIa IV RP W „Plusie-Minusie” z 18/19 sierpnia znalazłem (i natychmiast, z  zaciekawieniem, przeczytałem) dwa artykuły żegnające ide- owo-polityczny projekt braci kaczyńskich: Co nam zostało z  IV RP Bronisława Wildsteina i Huk, a potem skomlenie dariusza Ro- siaka. oba potwierdzają (każdy na swój sposób) żywotność tona- cji elegijnej w najnowszej publicystyce; oba wyraźnie odsyłają do   literatury. elegia Wildsteina jest prostym wyznaniem żołnierza idei, który powtarza to, co wielokrotnie już mówił o projekcie IV RP i o jego przeciwnikach; widać, iż jego poglądy i zasady nie zmieniły się ani na jotę (co w chwilach takich, jak obecna, godne jest szacunku). Różnica wobec poprzednich tekstów autora na ten sam temat pole- ga na tym, iż cały wywód zmierza do jednego, wyraźnie nasyco- nego emocjami, zdania: „Można niestety przyjąć, że realizację ma- rzeń o IV RP czasowo należy zawiesić”. Liryczno-sentymentalną tonację narzuca także tytuł artykułu. Nawiązuje on do pamiętnego refrenu piosenki tuwima (starsi pamiętają, cytuję dla młodszych): „Co nam zostało z tych lat / Miłości pierwszej?/ zeschnięte liście i kwiat / W tomiku wierszy. / Wspomnienia czułe i szept, / I jasne łzy, co nie schną. / I anioł smutku, co wszedł / I cicho westchnął”. Spyta ktoś z niedowierzaniem: Bronisław Wildstein i anioł smut- ku, i jasne łzy? a czemuż nie; także pryncypialni publicyści mie- wają momenty słabości. elegia Rosiaka jest znacznie bardziej dramatyczna; przyczy- ny klęski IV RP wypunktowane są ostro i precyzyjnie. Co więcej, inne (i bardzo zastanawiające) jest także literackie tło rozważań. Wywód zaczyna się od jawnego porównania ostatnich dwóch lat w Polsce do wspominanej przez szekspirowskiego Makbeta „opo- wieści idioty, pełnej wrzasku i wściekłości, a nie znaczącej nic”. Sam zaś tytuł artykułu odsyła, nie wskazując źródła, do pamiętne- go zakończenia Wydrążonych ludzi t.S. eliota (w przekładzie Mi- – 20 – łosza): „I tak się właśnie kończy świat / Nie hukiem ale skomle- niem”... Cóż dodać? Piosenka tuwima jest, owszem, ładna, ale słowa Shakespeare’a i eliota, zderzone z dzisiejszą atmosferą – dotkliw- sze, bliższe prawdy... TP 2007, nr 35 – 21 – oPINIotWóRCza MySzka Wybory, wedle niektórych, za pasem, w gazetach coraz więcej Jana Rokity. Widać, że poseł Platformy, który przez dwa ostatnie lata wiódł spokojny żywot przegranego polityka (dużo spał i czytał św. tomasza z akwinu...), jest teraz w świetnej formie. Mówi pew- nym głosem, wsłuchując się z najwyższym uznaniem we własne słowa. Jest umiarkowanie ironiczny. Wie najlepiej, co będzie z Pol- ską w bliższej i dalszej przyszłości. odświeżony styl Rokity jest całkiem nieźle widoczny w rozmo- wie z Piotrem zarembą, opatrzonej, zgodnie z tegoroczną modą, demoniczno-politycznym tytułem, który jest też diagnozą: De- strukcję rządu zaczął diabelski  trójkąt („dziennik”, 25/26 sierp- nia). W tej rozmowie zwróciły moją uwagę dwie wypowiedzi posła Po. Pierwsza z nich to ociekająca patosem uwaga dotycząca wła- dzy: „Władza służy nie do tego, żeby ją sprawować, ale żeby bu- dować ład moralny i dobrze rządzić”. Wypowiedź druga to krótka wymiana zdań na temat dzisiejszej pozycji posła w jego partii. Py- tanie zaremby: „Jest pan nadal tylko szarą myszką Platformy?”. odpowiedź Rokity: „Na pewno tak – chociaż myszką opiniotwór- czą. Byłoby smutne, gdyby nikt nie chciał słuchać mojego miaucze- nia”. trzeźwa replika zaremby: „Myszki nie miauczą, a piszczą. Miauczą koty”. konkluzja Rokity: „Naprawdę? Nigdy w życiu nie obserwowałem myszek, a w każdym razie ich nie słuchałem”. Mój komentarz? Po pierwsze, zimno mi się robi, kiedy po dwóch latach rządów PiS-u polityk opozycji deklaruje chęć budowy ładu moralnego. Moralność to zbyt poważna sprawa, by zajmowali się nią ludzie władzy. Wolałbym, żeby ludzie władzy mówili: „dla wspólnego dobra chcemy rządzić sprawnie i zgodnie z prawem”. Po drugie zaś, jakiż to ład chce budować poseł Po, skoro nawet nie odróżnia kota od myszy? I z taką wiedzą o rzeczywistości chce Jan Rokita pokonać Jarosława kaczyńskiego? TP 2007, nr 36 – 22 – SyMBoLe IV RP, CzyLI LISta PRzeBoJóW tygodnik „Wprost” zamówił w ośrodku badawczym Pentor son- daż mający wskazać te spośród wydarzeń symbolizujących IV RP, które zdaniem Polaków zasługują na pozytywną ocenę. Wedle opu- blikowanych (w nrze 36/2007) rezultatów największą ilość ocen po- zytywnych (aż 73,6 ) uzyskało uruchomienie sądów 24-godzin- nych, następne w kolejności były: spektakularne defilady w świę- ta narodowe (64,8 ), powstanie CBa (60,1 ), usunięcie andrzeja Leppera z  rządu pod zarzutem związków korupcyjnych (57,1 ), wprowadzenie mundurków do szkół (54,8 ), dążenie do otwarcia archiwów IPN (54,5 ). Poniżej połowy pozytywnych ocen zdoby- ły m.in. takie wydarzenia, jak: ostry spór z trybunałem konstytu- cyjnym (29,3 ), likwidacja WSI (26,3 ), spektakularne zatrzyma- nie dra Mirosława G. (21,5 ), nagrywanie rozmów między poli- tykami (20,6 ), powołanie koalicji PiS-LPR-Samoobrona (17,4 ). Najmniej entuzjazmu (10,2 ) wzbudziła próba zmiany kanonu lek- tur szkolnych. Nie jestem socjologiem, nie wiem, jaki jest stopień wiarygodno- ści (albo niewiarygodności) sondażu zamówionego przez „Wprost”. tak samo, jak w przypadku wielu innych badań nastrojów społecz- nych, mam sporo wątpliwości i zastrzeżeń. Po pierwsze, pytanie zadane przez „Wprost” kryje w sobie tezę (czy nie lepiej byłoby spytać równolegle o pozytywną i negatywną ocenę wydarzeń?). Po drugie, tendencyjna jest prezentacja rezultatów, zwłaszcza w tych przypadkach gdy liczba pozytywnych ocen była mniejsza niż 50 (jeśli 30 ocenia jakiś fakt pozytywnie, to 70 ocenia go nega- tywnie albo nie ma wyrobionego zdania...). Po trzecie, nie ulega wątpliwości, że zamawiający sondaż działa w  imieniu aktualnej władzy, że stara się dowieść, że IV RP ma silne poparcie społecz- ne. zresztą, nie warto otwierać drzwi, które już dawno są otwarte. Jak wiadomo, sondażowe pytania rzadko są całkowicie bezstronne, odpowiedzi zawsze można poddawać różnym interpretacjom, a ty- – 23 – godnik „Wprost” nie kryje swej bezinteresownej miłości do rządzą- cych. (W tym samym numerze co omawiany sondaż można znaleźć pochwałę podglądania i podsłuchiwania jako lekarstwa na wszelkie bolączki życia politycznego; zaiste, rozczulająca recepta). Niepokoi mnie co innego. W odpowiedziach na sondażowe py- tanie, w  kolejności pozytywnie ocenianych wydarzeń, łatwo do- strzec uznanie dla prostych haseł i efektownych gestów, dla polity- ki jako medialnego spektaklu (stąd także charakterystyczny tytuł komentującego sondaż artykułu katarzyny Nowickiej: Lista prze- bojów IV RP). albo inaczej, w wynikach sondażu widać obecną w umysłach wielu ludzi przewagę propagandowej fikcji nad rzeczy- wistą sytuacją. Widać także (wielokrotnie opisywane) autorytarne i egalitarne tęsknoty wielu Polaków... Budowniczowie IV RP potra- fili te tęsknoty zagospodarować, oparli na nich swoją propagandę i praktykę rządzenia. tymczasem opozycja, jak wskazują ostatnie wypowiedzi jej liderów (proszę przeczytać choćby obszerną roz- mowę z donaldem tuskiem w „Gazecie Wyborczej” z 1/2 wrze- śnia) nie ma mocnego pomysłu na przeciwdziałanie, na podniesie- nie świadomości prawnej Polaków, na zwrócenie uwagi na praw- dziwe mechanizmy rządzące demokratycznym społeczeństwem. dopóki ten pomysł się nie znajdzie, będziemy oglądali kolejne odsłony przedstawienia przygotowanego przez rządzących i  bę- dziemy usilnie przekonywani, że żadnej alternatywy tego przed- stawienia nie ma. (Najsłuszniejsze zdanie tuska ze wspomnianej rozmowy brzmi: „Politycy PiS są wykwalifikowanymi propagan- dystami”). to mnie niepokoi. TP 2007, nr 37 – 24 – SNy PISaRzy I SPRaWa PoLSka 1. o  czym śnią warszawscy literaci, polskiego słowa mistrze? W sam środek tego ekscytującego problemu wprowadzają rozmo- wy Joanny Lichockiej z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem (Ja- rosław Kaczyński ugryzł żubra, „Plus-Minus” z  25/26 sierpnia) i Markiem Nowakowskim (Trzeba mówić, bo zakrzyczą, „Plus-Mi- nus” z  8/9 września). Pierwsza z  tych rozmów doczekała się już licznych komentarzy (osobne felietony poświęcili jej Jerzy Pilch w „dzienniku” i Janusz anderman w „Gazecie Wyborczej”), dru- ga zasługuje na równie uważną lekturę. 2. Rymkiewiczowi śni się dzisiejsza Polska, zasobniejsza, spokoj- niejsza, bezpieczniejsza i szczęśliwsza od kraju, w którym żyli Po- lacy w zeszłym wieku. I śni mu się lud polski, szczęśliwy i wesoły jak nigdy. Śni mu się także mąż wielki, na miarę Marszałka, rzą- dzący naszym państwem; mówi o nim poeta z powagą i uwielbie- niem: „Wszystko, co robi Jarosław kaczyński jest dobre dla Polski. Podkreślam – wszystko. to zdanie obejmuje także jego błędy, jego pomyłki, jego niepowodzenia, jego nieudane przedsięwzięcia”. Przede wszystkim jednak widzi Rymkiewicz w swym śnie ale- goryczny obraz Polski – białowieskiego żubra, budzonego ze snu przez opatrznościowego męża. Mówi autor Wieszania: „otóż ten wielki białowieski żubr spał sobie słodko (lub spał dręczony okrop- nymi snami) gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat – gdyby Jarosław kaczyń- ski nagle nie ugryzł go w dupę. żubr, ugryziony przez pana premie- ra, podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. dokąd, tego nikt nie wie. ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim – 25 – przeznaczeniom”. Wielki to obraz, godny Nobla (a jeśli nie Nobla, to przynajmniej nagrody Mackiewicza). 3. Sny Nowakowskiego nie są aż tak głębinne – ale i jemu śni się walka o Polskę. Bo oto (jak ostrzega pisarz, twórczo nawiązując do programu rządzącej partii) na naszych oczach „zarysowały się wy- raźnie dwie Polski i od tego, która z nich wygra, zależy, w jakim kraju będziemy żyli”. Jak łatwo zgadnąć, Nowakowski brzydzi się Polską małą i brud- ną; jest po stronie sił jasności, po stronie tych, którzy budują IV RP. ta nowa, wielka Polska przypomina mu czasy pierwszej Solidarno- ści. I widzi pisarz, jak z ciemności „wynurzają się wartościowi lu- dzie, pokazują się ładne twarze”. (domyślam się, że są to twarze antoniego Macierewicza i zbigniewa ziobry.) 4. dyskutowanie z  czyimiś snami nie ma zbyt wiele sensu. dla porządku pozwolę sobie zauważyć, że istnieje dość zasadnicza sprzeczność między sielankowym obrazem Polski szczęśliwej i groteskowym obrazem Polski jako pogryzionego żubra, pędzą- cego w nieznane. tyle o snach pierwszego literata. dodam także, iż w moim odczuciu pierwsza Solidarność była rewolucją nadziei, a IV RP – rewolucją frustracji i nienawiści. tyle o snach literata drugiego. 5. Rymkiewicz i Nowakowski bardzo dobrze mówią o aktualnej władzy i bardzo źle – o aktualnej opozycji. W ten sposób odnawia- ją dobrze znaną poetykę politycznego panegiryku. Rzecz jasna, oni sami powiedzą, że chwalą nie władzę, lecz czyste dobro i że ataku- ją nie opozycję, lecz brudne zło. autorzy panegiryków zawsze tak mówili. – 26 – Nic nie mam przeciw współczesnym panegirystom. Co najwy- żej, zwracam uwagę na to, że chwalenie władzy dzisiaj usprawie- dliwia jej chwalenie wczorajsze czy przedwczorajsze, pokazując skłonność do schlebiania możnym tego świata jako stały rys środo- wiska literatów. Nie wiem, czy Jarosławowi Markowi Rymkiewi- czowi i Markowi Nowakowskiemu właśnie o to chodziło. TP 2007, nr 38 – 27 – INteLektUaLIŚCI I PoLItyka 1. Powiada alain Finkielkraut: „Nie sposób rządzić w otoczeniu elity intelektualistów. W  większości bowiem nie rozumieją oni, czym jest polityka. Wydaje im się, że polega ona na wprowadzaniu w życie pięknych idei, a tymczasem działanie polityczne składa się przede wszystkim z negocjacji i kompromisów. Mężowi stanu po- trzebna jest nie umiejętność głębokiego myślenia, ale praktyczne- go działania. Ponieważ intelektualiści zwykle tego nie rozumieją, sprawni politycy wystawieni są na ich brutalną krytykę. Cała pla- tońska idea filozofów-królów jest więc nie do zaakceptowania – na całe szczęście nie mamy dziś żadnego Platona, który wmawiał- by nam podobne rzeczy. a nawet gdybyśmy mieli, nie należałoby go słuchać”. („europa” z 15 września; cały ten numer poświęcony jest wojnie polskich elit z władzą PiS; zwierzęta polityczne znajdą w nim bardzo wiele pożywienia). 2. Jeśli nawet myśli Finkielkrauta nie są oryginalne, to tu i teraz, w konkretnym momencie życia polityczno-intelektualnego, brzmią one smacznie i ożywczo. Ucieszą one tych, którzy nie znoszą my- ślowych głębi (imię ich legion); zirytują miłośników Platona, a tak- że tych, którzy wiedzą, że dobrze jest w każdej sytuacji zacytować trzy zdania z Polityki arystotelesa; premiera kaczyńskiego utwier- dzą w przekonaniu, że to on właśnie jest przedmiotem histerycz- nych ataków. 3. zaczynając rzecz z innej strony: wypowiedź francuskiego fi- lozofa można zderzyć z fenomenem skupiania się wokół braci ka- – 28 – czyńskich grupy wspierających ich intelektualistów. Są w tej gru- pie żołnierze, gotowi zginąć za cesarza (w jego dwóch osobach); są fundamentaliści, co każde cesarskie słowo rozumieją lepiej niż ten, kto je wygłosił; są też (mam nadzieję) niepokorni indywiduali- ści. Jedni są dalej od centrum władzy, inni – bliżej. Inna jest pozy- cja trzech wieszczów IV RP (profesorów krasnodębskiego, Legut- ki i zybertowicza), inna – Jadwigi Staniszkis albo Jarosława Marka Rymkiewicza czy Jacka trznadla, jeszcze inna – współtwórców idei polityki historycznej (która w praktyce zamieniła się w propa- gandę). zapewne: ktoś tę grupę kiedyś dokładnie opisze, ktoś ją ze- stawi z podobnymi zjawiskami z poprzednich dziesięcioleci. Mnie zastanawia sam fakt jej istnienia. 4. to, co mówi Finkielkraut odsyła także do przypadku znacznie ciekawszego od wspomnianych: intelektualisty, który wszedł nie tak dawno w świat polityki, a teraz postanowił wrócić do siebie i do  swoich książek. Myślę o Pawle Śpiewaku (i jego rozmowie z Mał- gorzatą Subotić, „Plus-Minus” z 15/16 września). Śpiewak trafił do polityki z doświadczeniami socjologa, histo- ryka idei, publicysty rozzłoszczonego stanem państwa i sposobem rządzenia. Czy miał jakieś plany, czy liczył, że jego wiedza uła- twi mu poruszanie się w parlamentarnej rzeczywistości? zapewne. teraz mówi: „Wierzyłem, podobnie jak wielu socjologów, że gdy- by politycy podejmowali decyzje pod wpływem socjologów, poli- tologów, racjonalnie myślących doradców, to coś by się stało dobre- go. dzisiaj wiem, że decyzja polityczna jest efektem bardzo wielu czynników, różnych małych gier personalnych. [...] Raczej jest wy- nikiem bezsilności, niż jakiegoś działania”. 5. Śpiewak mówi nie tyle głosem przegranego polityka, ile za- wiedzionego i  bezradnego intelektualisty. Nie atakuje polityków. ale jego dzisiejsze świadectwo jest mocne; chyba mocniejsze niż gniewne teksty, jakie pisywał nie tak dawno temu. „Wracam do – 29 – siebie – bo człowiek, który przeżył już ileś lat, ma swoje miejsce, swoją muszelkę, do której się chowa [...]”. I jeszcze: „Skończył się mój czas w polityce [...]. Muszę pomyśleć. W roli osoby, która sie- dzi i rozmawia z młodymi ludźmi, pisze, czuję się najlepiej. W jed- ną rolę nie potrafię się wcielić – członka partii”. dobrze rozumiem te zdania. Pozostaje pytanie: co jest pomię- dzy wyborem (powiedzmy) andrzeja zybertowicza, zostającego doradcą premiera i wyborem (powiedzmy) Pawła Śpiewaka, wra- cającego na uniwersytet. Co jest poza tymi wyborami. TP 2007, nr 39 – 30 – PRzeURoCze zWIeRzęta 1. Co robią Polacy jesienią 2007 roku? Jeśli wierzyć codziennym gazetom, mieszkańcy kraju nad Wisłą zajmują się przede wszyst- kim poszukiwaniem najtrafniejszej odpowiedzi na pytanie „kim jest Jarosław kaczyński?” (albo: „kim są bracia kaczyńscy?”). to fundamentalne pytanie ma, rzecz jasna, szereg wariantów po- chodnych, w  rodzaju: „za co kochamy braci kaczyńskich?”, „co nas denerwuje w braciach kaczyńskich?”, „czy to prawda, że Ja- rosław kaczyński jest najlepszym premierem po 1989 roku?”, „czy to prawda, że Jarosław kaczyński jest najgorszym premierem po 1989 roku?”, „co miał na myśli premier, gdy wygłaszał rzeszowskie przemówienie?”, etc. 2. Przesadzam? tylko trochę. Biorę do ręki „europę”, dodatek do „dziennika” z 22 września i widzę w nim artykuły: Ujarzmianie sytuacji, Rzadki typ inteligenta, Polityk z powołania i Zemsta ra- dykała. Ich autorzy (Rafał Matyja, Paweł Śpiewak, zdzisław kra- snodębski i Sławomir Sierakowski) zgłębiają, jak łatwo zgadnąć, tajemnicę osobowości i  stylu myślenia Jarosława kaczyńskiego. Gdyby zaś ktokolwiek miał trudności ze zrozumieniem ich poglą- dów, to może sięgnąć po felieton Roberta krasowskiego Kaczyński – papierowy tygrys (a jeśli ten ktoś uważa, że i felieton jest za dłu- gi, to może poprzestać na przeczytaniu jego tytułu)... Biorę do ręki „Gazetę Wyborczą” z 24 września. z artykułu Mi- chała danielewskiego Bez ludowców ani rusz dowiaduję się, że Ja- rosław kaczyński to „Mike tyson politycznego boksu”. tomasz Lis nazywa bohatera swojego felietonu Większość, czyli Kaczyński –  – 31 – „słoneczkiem Podkarpacia” (przypominam, iż „słońcem karpat” nazywano kiedyś innego polityka). Monika olejnik, z kolei, zauwa- ża ironicznie w cotygodniowym komentarzu, iż kaczyński to wo- jownik, duchowny, wychowawca i sędzia jednocześnie... Biorę do ręki „Rzeczpospolitą” z 22/23 września. W rozmowie Joanny Lichockiej z Wojciechem kilarem czytam słowa znanego kompozytora: „to, co robią kaczyńscy, jeśli [...] mamy nawiązy- wać do zwierząt, [...] przypomina mi [...] pracę bobrów. Piękne to, przeurocze zwierzęta, ale wywołują swymi działaniami wiele za- mieszania w przyrodzie. W tym wypadku jednak wykonują dobrą pracę, bo podgryzają drzewo, które jest spróchniałe, zgniłe, przero- śnięte jakimiś pasożytami. I robią to po to, by – przepraszam za pa- tos – odsłonić zdrowe głębokie korzenie”. (W dalszym ciągu roz- mowy funkcję tych zdrowych korzeni przypisuje kilar, jeśli dobrze rozumiem jego słowa, tadeuszowi Rydzykowi). Piękne to, przeuro- cze słowa... zaiste godne tego, by w kategorii prywatnych hołdów dla dzisiejszych władców, umieścić je tuż obok głośnej wypowie- dzi Jarosława Marka Rymkiewicza. 3. Rzecz jasna, trudno mówić o  kryzysie władzy w  Polsce, nie uwzględniając roli premiera i prezydenta. trudno winić dziennika- rzy i publicystów, że piszą o tym, co wydaje im się najważniejsze. ale też nie sposób nie zauważyć, że nadmiar pochlebstw dla rzą- dzących dawno już przekroczył granice rozsądku. Nie sposób też nie spostrzec, że znaczna część wypowiedzi antyrządowych jest dziwnie jałowa i bezradna. W takich sytuacjach zaczyna się, chcąc nie chcąc, myśleć o władzy, która działa sprawnie, ale nie rzuca się w oczy; o władzy, która nie oczekuje panegiryków i nie wywołuje ostrych, uzasadnionych sprzeciwów. ach, marzenia. TP 2007, nr 40 – 32 – RyCeRz PRaWdy W  rozmowie Piotra zaremby z  Jackiem kurskim, opatrzonej bezpretensjonalnym tytułem Chwiejący się Kwaśniewski jest praw- dziwszy niż trzeźwy Tusk („dziennik” z 28 września) – ileż myśli świeżych i niespodziewanych! Wybierzmy choć kilka z nich. Poprzedniego prezydenta nie waha się kurski porównać z pre- zesem własnej partii: „odrzucam postkomunę, ale w  jej obozie kwaśniewski odgrywa tak opatrznościową rolę jak kaczyński na prawicy. dla mnie kaczyński jest dobry, kwaśniewski zły, ale to oni są protagonistami polskiej sceny”. Poprzedniemu premierowi z PiS-u oddaje sprawiedliwość, nie kryjąc, iż sam zawsze popierał premiera obecnego: „Marcinkiewicz był doskonałym PR-owcem, ale słabszym premierem. Jak oglądam dziś migawki z jego udzia- łem, wydaje mi się postacią mało poważną. Premierostwo kaczyń- skiego to sprawowanie realnej władzy przez realnego lidera. [...] Ja do końca upierałem się, jak większość w PiS, że premierem powi- nien być Jarosław kaczyński”. Jaromira Netzla i jego nominację wspomina z pobłażaniem, bo – powiedzmy sobie szczerze – spra- wa jest błaha: „Netzel nie poniósł porażki jako prezes PzU – mogę to zaświadczyć jako wiceprzewodniczący sejmowej komisji skar- bu. okazał się tylko poczciwym frajerem wmanewrowanym w ali- bi dla kaczmarka przez kornatowskiego”. o telewizyjnej karierze Małgorzaty Raczyńskiej, jak przystało na dżentelmena, nie chce plotkować: „znam zarówno panią Jadwigę kaczyńską, jak i panią Małgorzatę Raczyńską. Nie mam zwyczaju uchylać się od odpo- wiedzi, ale tym razem daruje pan”. każdy z przywołanych sądów Jacka kurskiego można obszer- nie skomentować. daruję (sobie i czytelnikom) te komentarze i do- dam, że w całej rozmowie najbardziej uderzyła mnie reakcja posła PiS na podszyte ironią słowa Piotra zaremby: „zgodnie z logiką waszego stylu uprawiania polityki powinniście w ostatnim tygo- – 33 – dniu przed wyborami kogoś aresztować”. kurski odpowiedział: „Niczego takiego nie zamierzamy robić. Naszą socjotechniką jest prawda”. Być może poseł PiS wypowiadając przywołane zdanie chciał rzec, iż siłą jego partii jest mówienie prawdy i że to mówienie zastę- puje (albo eliminuje) socjotechnikę. Być może taki był jego zamiar, słowa jednak są wieloznaczne, a ich znaczenia wymykają się często spod władzy użytkowników. Jeśli ktoś mówi: „Naszą socjotechni- ką jest prawda”, to znaczy to także (albo nawet: to znaczy to przede wszystkim), iż prawdę, mówienie prawdy, prawdomówność, traktu- je ów ktoś jako część socjotechniki. I znaczy to, że prawdę podpo- rządkowuje socjotechnice i wykorzystuje do jej celów. „Naszą socjotechniką jest prawda”. Mocno i cynicznie powie- dziane; powiedziane zgodnie z regułami zręcznej i skutecznej pro- pagandy. Poprzez to zdanie należy czytać wszystkie inne zdania Jacka kurskiego, wypowiadane w rozmowie z Piotrem zarembą. TP 2007, nr 41 – 34 – SłoWNIk deMokRaCJI 1. dwadzieścia sześć lat temu, w pamiętnym roku 1981, Marcin król ogłosił w „tygodniku Powszechnym” cykl zwięzłych, przy- pominających encyklopedyczne hasła, szkiców – charakteryzu- jących podstawowe pojęcia, związane z  demokratycznym ustro- jem polityczno-prawnym i z funkcjonowaniem demokratycznego społeczeństwa. Szkic pierwszy, o  tytule Demokracja, otwierały (i otwierają) definicje najprostsze i najbardziej oczywiste z możli- wych: „dosłownie: władza ludu. Słowo demokracja w pierwszym znaczeniu określa typ ustroju, takiego ustroju, w którym całe spo- łeczeństwo sprawuje władzę”. Szkic ostatni, Wolność, zamykały (i zamykają) zdania mocne i zobowiązujące: „Człowiek jest wol- ny, człowiek ma być wolny. Człowiek zmierza do prawdy, człowiek ma zmierzać do prawdy. a zarówno realizacja wolności, jak i zmie- rzanie do prawdy najlepiej mogą się dokonywać w możliwie najlep- szym systemie społecznym, chociaż bynajmniej nie idealnym, ja- kim jest system demokratyczny”. 2. Cykl szkiców króla czytałem po raz pierwszy wtedy, gdy uka- zywał się w „tygodniku”. Po raz drugi sięgnąłem po Słownik de- mokracji, gdy pojawił się w sprzedaży jako niewielka książeczka. (Moment jej wydania był nieprzypadkowy; właśnie miały się roz- począć obrady okrągłego Stołu. W  metryczce Słownika znaleźć można było informacje: „oddano do składu 8 VIII 88. Podpisano do druku 9 XII 88. druk ukończono w styczniu 1989”. Wciąż po- dawano numer cenzora: „M-11”). Przed kilkoma dniami wyjąłem Słownik z półki domowej biblioteki i zacząłem czytać poszczegól- ne szkice po raz trzeci. – 35 – 3. Słownik króla pisany był (proszę wybaczyć oczywistość) w pań- stwie niedemokratycznym; jego adresatami byli przede wszystkim młodzi ludzie, którzy instytucje demokratyczne znali z  książek lub z pobytów na zachodzie. z drugiej strony, Słownik powstawał w miesiącach nadziei, tych samych, z których zrodziła się Etyka so- lidarności ks. Józefa tischnera. Wpływ tych miesięcy był i jest wy- czuwalny w klarownej, publicystycznej prozie króla. ten wpływ dodawał wówczas, w 1981 roku, do opisowych formuł Słownika –  siłę marzenia. ten wpływ kierował w stronę przyszłości, kształto- wał wyobraźnię polityczną. tak to zapamiętałem. 4. W roku 1989 Słownik ujawnił swój wymiar praktyczny. Po obra- dach okrągłego Stołu i po czerwcowych wyborach można go było czytać jako scenariusz konkretnych działań, przygotowujących do uczestnictwa w życiu demokratycznego społeczeństwa. 5. Nie wiem jak wielu dawnych czytelników Słownika demokracji  jeszcze go pamięta. Nie wiem, co Marcin król myśli o swojej książecz- ce sprzed lat. Co do mnie, dostrzegam teraz, że pisząc pochwałę demo- kracji, król nie ukrywał jej stron ryzykownych, niepewnych. Jak to powiedzieć? Słownik demokracji nie jest dzisiaj zapisem marzenia ani praktycznym poradnikiem. Jest natomiast prozą po- lityczną wysokiej próby. ta proza może coś powiedzieć także tym, którzy już nie pamiętają innego porządku poza demokratycznym i którzy sporo wiedzą o wadach demokratycznego społeczeństwa. Może im ona powiedzieć, że najgroźniejszą pokusą obecnej chwi- li jest pokusa częściowego ograniczenia, wyrzeczenia się demokra- cji. I choćby dlatego, zamiast słuchać kolejnych przemówień, wolę raz jeszcze zajrzeć do książeczki Marcina króla. TP 2007, nr 42 – 36 –
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jarosław, Donald i inne chłopaki. Felietony z Tygodnika Powszechnego
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: