Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00417 004857 14473159 na godz. na dobę w sumie
Jaskinia cieni - ebook/pdf
Jaskinia cieni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 185
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4000-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Jaskinia cieni to zbiór sześciu opowiadań napisanych pod koniec lat 80-tych, XX wieku. Jednak przez to, że powstały w czasach słusznie zamierzchłych nie tracą wiele na aktualności. Póki co. Niezależnie od zastosowanych rekwizytów oraz stylu narracji, ich podstawowym tematem jest człowiek w kontekście zaburzonej rzeczywistości.

Jedno z nich, 'ODNALEŹĆ PANA', zostało  opublikowane w 2002 roku, w czasopiśmie 'Science Fiction' (Nr 13). Zapowiedź redakcyjna brzmiała dosyć zachęcająco:

'Daleka przyszłość, ludzkość zadomowiła się wśród gwiazd, ale wciąż szuka korzeni religijnych. Wyprawa na Ziemię kanonika i ex komandosa. Dobra Space-Operowata opowieść'

Ujdzie. Być może streściłbym tekst inaczej (nie powiem – lepiej), ale nikt mnie o to nie pytał. Spróbuję zatem uprzedzić wypadki co do pozostałych nowelek, które zamieszczam w niniejszym zbiorze i zaanonsować je po swojemu:

Tytułowa JASKINIA CIENI: zdezorientowany rockman, po wykopie z wirtualnej rzeczywistości, szuka swojego miejsca w radykalnie odmienionym świecie. Wesołkowata, łotrzykowska satyra.

CHRONOPATIA: dwie wersje opowieści o ludziach oraz procesach społecznych skonfrontowanych ze zjawiskiem nieciągłości czasu. Całość potraktowana - tak jak na to zasługuje –  z dystansem i przymrużeniem oka.

Z KSIĘGI WĘŻA: Co zrobi Ewa, gdy stanie przed wyborem jednego z dwóch zupełnie różnych Adamów? Alternatywna wersja księgi rodzaju w 'Space-Operowatym' anturażu, bardzo daleka od powagi pierwowzoru.

INCYDENT: Koszmarny świat prewencji – równie totalnej, co absurdalnej – objawia drugie dno. Dużo skrajnych emocji i sensacyjna akcja.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jaskinia cieni A n d r z e j S e g e t (fragmenty – oprócz „Odnaleźć Pana”, które udostępniam w całości) © Copyright by Andrzej Seget ISBN 978-83-272-4000-2 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. OD AUTORA: Jaskinia cieni to zbiór sześciu opowiadań napisanych pod koniec lat 80- tych, XX wieku. Jednak przez to, że powstały w czasach słusznie zamierzchłych nie tracą wiele na aktualności. Póki co. Niezależnie od zastosowanych rekwizytów oraz stylu narracji, ich podstawowym tematem jest człowiek w kontekście zaburzonej rzeczywistości. Jedno z nich, ODNALEŹĆ PANA zostało opublikowane w 2002 roku, w czasopiśmie Science Fiction (Nr 13). Zapowiedź redakcyjna brzmiała dosyć zachęcająco: Daleka przyszłość, ludzkość zadomowiła się wśród gwiazd, ale wciąż szuka korzeni religijnych. Wyprawa na Ziemię kanonika i ex komandosa. Dobra Space-Operowata opowieść . Ujdzie. Być może streściłbym tekst inaczej (nie powiem – lepiej), ale nikt mnie o to nie pytał. Spróbuję zatem uprzedzić wypadki co do pozostałych nowelek, które zamieszczam w niniejszym zbiorze i zaanonsować je po swojemu: zdezorientowany rockman, po wykopie z wirtualnej Tytułowa JASKINIA CIENI: rzeczywistości, szuka swojego miejsca w radykalnie odmienionym świecie. Wesołkowata, łotrzykowska satyra. CHRONOPATIA: dwie wersje opowieści o ludziach oraz procesach społecznych skonfrontowanych ze zjawiskiem nieciągłości czasu. Całość potraktowana - tak jak na to zasługuje – z dystansem i przymrużeniem oka. Z KSIĘGI WĘŻA: Co zrobi Ewa, gdy stanie przed wyborem jednego z dwóch zupełnie różnych Adamów? Alternatywna wersja księgi rodzaju w Space-Operowatym anturażu, bardzo daleka od powagi pierwowzoru. INCYDENT: Koszmarny świat prewencji – równie totalnej, co absurdalnej – objawia drugie dno. Dużo skrajnych emocji i sensacyjna akcja. Spis treści 6 O D N A L E Ź Ć P A N A ...................................................................................... J A S K I N I A C I E N I ....................................................................................... 48 81 C H R O N O P A T I A ......................................................................................... WERSJA I — C Z K A W K A ............................................................................. 81 WERSJA II — O D B Ó J ................................................................................ 106 116 Z K S I Ę G I W Ę Ż A ....................................................................................... I N C Y D E N T .................................................................................................. 138 O D N A L E Ź Ć P A N A Modlitwa zdała mu się niedostatecznie żarliwa. Coś odwracało jego uwagę, myśli jakieś nieuczesane a trywialne. Przymknął oczy i podkręcił modulator nastroju w kierunku skupienia, lecz niewiele to pomogło. Skądże przyszło zwątpienie? Czy to Zły drąży fundamenty jego wiary? Jeszcze niedawno zaliczał się do nielicznego grona sług nie stosujących protez mentalnych. Decyzję o zainstalowaniu wspomagania przyjął z najszczerszą pokorą. Przez pewien czas żywił związaną z tym nadzieję na rychły powrót z poplątanych ścieżek zwątpienia. To choroba, jak każda inna, trzeba ją leczyć, zwalczać, a w najgorszym razie — przeczekać. — Ojcze Marlinie... Otworzył oczy. Frontem do niego, pomagając sobie płynnymi ruchami habitu, unosił się kardynał Mendoza — sekretarz papieski. Serce Marlina zamarło na kilka taktów. — Niech będzie pochwalone Jego Imię — szepnął. Kardynał podał mu pierścień do pocałowania. — Na wieki wieków — rzekł. Serce ojca Marlina podjęło pracę ze zdwojonym wysiłkiem. — Czym moja grzeszna osoba wzbudziła zainteresowanie Waszej Eminencji? — Nie moje, ojcze Marlinie. — Okrągła twarz Mendozy nie wyrażała niczego. — Jego Świątobliwość cię wzywa. — Niech będzie pozdrowiony — szepnął Marlin. — Jestem gotów stanąć przed jego obliczem. — Pójdźmy zatem. Zgodnie rozwinęli poły habitów i za pomocą wprawnych wymachów ramion pofrunęli do wyjścia. Unoszące się tu i ówdzie rozmodlone postacie mnichów usuwały się pokornie z drogi kardynała, szepcząc przy tym Boże pozdrowienia i chwaląc Imię Pana. Czy to już?, myślał gorączkowo ojciec Marlin, frunąc krużgankami w ślad za Mendozą. Czy nadchodzi najgorsze? Sam papież chce go widzieć. Jego Świątobliwość! To może oznaczać wywyższenie, o jakim nawet nie Strona | 6 marzył, albo cios, po którym nigdy się już nie podźwignie — zważywszy przyczynę jego tutaj pobytu. Jego Świątobliwość wzywa na audiencję jedynie w sprawach godnych swego majestatu. Ciasna winda uniosła ich na obrzeża Stolicy Piotrowej. Czuli narastające ciążenie. Habity opadały z wolna wokół ich ramion niczym skrzydła nietoperzy. Wyszli na dziedziniec nakryty kopułą rozgwieżdżonego nieba. Droga wiodła do zabudowań katedry. Szwajcarzy przy wejściu zasalutowali halabardami. Skrzydła coraz okazalszych wrót przepuszczały ich do coraz okazalszych komnat. Mijali po drodze rzesze kardynałów i dostojników, krzątający się drobiazg zakonny, Rycerzy Maryjnych — ze wszystkimi wymieniali Boże pozdrowienia. Ojciec Marlin podążał w milczeniu za papieskim posłańcem, a im bardziej zbliżali się do sali audiencyjnej, tym większy go lęk ogarniał i tym żarliwiej modlił się o pokorę i rozwagę. Wreszcie dotarli do ostatniej komnaty i minąwszy straż przyboczną Ojca Świętego stanęli niczym dwie mrówki w progu siedziby Jego Świątobliwości. Dźwięczna cisza uderzyła ojca Marlina po uszach. Padł na kolana i złożył ręce jak do pacierza. — Przebacz, Panie... — wyszeptał. Kardynał Mendoza położył mu dłoń na ramieniu. — Odwagi, synu. Wejdź za stolnicę. Znajdziesz tam małe, dębowe drzwi. Tam cię oczekuje Jego Świątobliwość. Marlin żarliwie ucałował dłoń posłańca. — Pobłogosław mnie, ojcze! — Niech cię Bóg ma w swojej opiece... Idź już! Wędrówka przez ogromną, pustą salę audiencyjną zdała mu się drogą krzyżową. Udręczony i przybity stanął wreszcie przed drzwiami za stolnicą. Przeżegnawszy się, zastukał kilka razy kołatką. — Wejdź, jeśliś sprawiedliwy! — rozległ się z głośnika przytłumiony głos automatu. Jego Świątobliwość był taki sam jak cela za stolnicą — surowy, ascetyczny, i blady niby bielony wapnem. Spod marsowych brwi spoglądały łagodne, zielone oczy. Siedział na drewnianym zydlu przy rozpalonym kominku i grzał dłonie. — Niech będzie pochwalone Imię Jego — wykrztusił ojciec Marlin, całą siłą nadwyrężonej woli utrzymując się na nogach. Strona | 7 — Na wieki wieków... Papież Onufry CXIII patrzył na niego smutnym, zmęczonym wzrokiem. Brzemię odpowiedzialności niemal fizycznie przygarbiło mu plecy. Wskazał sąsiedni zydel. — Siadaj, Bob. Ojciec Marlin wybałuszył oczy. Papież zwrócił się doń świeckim imieniem, o którym on sam prawie już zapomniał! — Wasza Świątobliwość... — Siadaj... Skwapliwie spełnił życzenie. Papież spoglądał długą chwilę w palenisko. — Człowiek własnoręcznie stworzył wiele cudów, nic jednak nie może się równać z odwiecznym fenomenem płomienia, dostojnie pełgającego w domowym kominku — rzekł cicho. — Ogień stanowi jedną z podstawowych sił natury — odważył się wyszeptać ojciec Marlin. — Był z nami zawsze. — Jak Pan Bóg... Nieprzypadkowo zawołałem cię twym chrzestnym mianem, Bob. Chcę, byś na jakiś czas zgodził się wrócić do swej poprzedniej postaci. Zawiesił głos na moment. Ojciec Marlin wyostrzył zmysły do granic możliwości. — Bardzo długo rozważałem wybór odpowiedniego kandydata — podjął papież — lecz od samego początku myślałem o tobie. Wiedz jednak, że nie tylko. Marlin skinął głową w skupieniu. — Robercie. Chciałbym powierzyć ci misję, jakiej nie podjął się jeszcze nikt w dotychczasowej historii chrześcijaństwa. Misję, jakiej jeszcze nikt nikomu nie odważył się zlecić. Zadanie balansujące pomiędzy przepaściami herezji i śmiertelnego grzechu pychy. Ty, Bob, jesteś jedyny, który, być może, potrafi zachować równowagę. — Jestem gotów, Wasza Świątobliwość! — szepnął żarliwie. Papież złapał go za ramię. — Powstrzymaj zapał! — zawołał w uniesieniu. — Jeszcze nie znasz celu, jaki ci wytyczyłem. Potem podejmiesz decyzję. Bo masz — bo musisz mieć prawo wyboru. Tu chodzi o twoją nieśmiertelną duszę! Marlin-Robert pokornie opuścił głowę. Strona | 8 — Wybacz, ojcze. Papież długo modlił się z przymkniętymi powiekami. — Bob... ojcze Marlinie — odezwał się wreszcie. — Ty wiesz najlepiej, kim byłeś w życiu świeckim. Marlin milczał. — Byłeś człowiekiem potężnym. Byłeś sławnym żołnierzem. Komandorem Śmierci, jak zwali cię z szacunkiem twoi wrogowie. Floty twoich niszczycieli obracały w perzynę planety nieprzyjaciół Konfederacji. Wychodziłeś cało z każdej opresji, na dźwięk twego imienia drżały zastępy wrogich armii... Marlin padł na kolana i skulił ramiona. — Ojcze!!!... Papież zamilkł. Łagodnie ujął go za głowę i posadził z powrotem na zydlu. — Nie kajaj się bez potrzeby, Bob. Zło, które wyrządzałeś, było złem koniecznym. Mówi mądrze Pismo o powinnościach Boskich i świeckich. ON jeden wie, żeś nie dla rozkoszy walczył i zabijał. Ta wina cię już nie plami. Zostałeś rozgrzeszony. — Tylko dożywotnia pokuta, skrucha szczera i pokora mogą zmazać grzechy moje — szepnął Marlin. — To twoje sumienie, Bob — rzekł ze smutkiem papież Onufry — i twoja walka. Z NIM jesteś rozliczony. Jednakże nie o twojej przeszłości chciałem rozmawiać. Ojciec Marlin podniósł wzrok. — Chcę — podjął papież — abyś wyruszył w przestrzeń na poszukiwanie... Boga. Mnich pochylił głowę z pokorą. — Szukam Go bez ustanku, Ojcze Święty! — Tak jak i my wszyscy, synu. Szukamy Go w sobie, w cudach, które nas otaczają. Ty masz Go odnaleźć naprawdę! Przynieś mi Dowód — rzeczowy Dowód Jego Istnienia! Marlinowi zakręciło się w głowie. O mało nie zemdlał. Jeszcze raz padł na kolana. — Chryste!!! Wasza Świątobliwość! Dowód?! Toż to przecież największe... Strona | 9 Papież szybkim gestem zakrył mu usta dłonią. Zaczął mówić gorączkowo: — Cała historia religii to balansowanie na krawędzi herezji w poszukiwaniu Dowodu — mimo że wszyscy odżegnują się od tego! Lecz jeszcze nigdy w dziejach tak rozpaczliwie nie potrzebowaliśmy go, jak teraz. Świat idzie ku zatraceniu — nie ma już Boga, wiary — człowiek zapomina o prawdach zasadniczych. Kuglarskie sztuczki empiryków od tysięcy lat wypłukują z serc potrzebę transcendencji. Gdy zabraknie duszy, pozostaną jeno mięso i kości. Boża trzoda skończy na rzeźnickim haku!... Jest taka potrzeba — i pomimo jej jawnobluźnierstwa ośmielam się ją wypowiedzieć na głos. Musimy tego dokonać, by wstrząsnąć sumieniem Galaktyki! — Ojcze Święty — mamrotał przez łzy Marlin—Robert — nie wydawaj na potępienie! Odsuń ten kielich... Papież wstał nagle. — Decyzja należy do ciebie, Bob. To twoje sumienie i twoja dusza. Ja proszę ciebie, byś mi pomógł ratować Rzymski Kościół Święty. Chodzi o ofiarę najwyższą, dlatego też nie mam prawa jej żądać. Jeśli się zgodzisz, poniesiemy ją razem. Ryzykujemy potępienie wieczne w najgłębszych kręgach piekieł. Stawką jest jednak przetrwanie chrześcijaństwa. Myślę, że warto... Musisz odnaleźć w sobie dawnego Roberta Encome a. Niechaj on się wypowie. Mnich podniósł się po dłuższej chwili i stanął przed obliczem najwyższego kapłana. Nie śmiał jednak spojrzeć mu w oczy. — W moim zborze przyjąłem miano Marlina, ogromnej, acz łagodnej ryby — powiedział cicho. – Powroty nie są łatwe Wasza Świątobliwość, nie odnajdę Boga, jeżeli On sam tego nie zechce. — Bóg też nie objawi się, jeśli Go o to wyraźnie nie poprosimy. Ty i twoja ofiara będą wołaniem o pomoc Jego trzody. Musimy wyciągnąć rękę... Przecież Pismo stanowi relację z fizycznej obecności Boga na ziemi. Teraz też Go potrzebujemy, nie mniej niż onegdaj, kiedy tworzył naszą religię. Świat potrzebuje Nowego Objawienia. Nowego proroka... — Papież podszedł do surowego biurka i zasiadł za nim na drewnianym krześle z wysokim oparciem. — Nie ma doskonałych rozwiązań — powiedział. — Każde działanie nosi pierwiastek ryzyka, zalążek klęski. — Wasza Świątobliwość. Przeceniasz moje możliwości... To mnie przerasta. Strona | 10 — A kogo nie przerasta? Czy dostrzegasz na tym świecie kogoś bardziej odpowiedniego od ciebie? Kogoś, kto, jak ty, na archanielski sposób potrafiłby zjednoczyć ideał Krzyża i Miecza? Być może zatracisz siebie i mnie, cóż znaczymy? Na przeciwnym biegunie za to leży zbawienie ludzkości. Chrystus się nie cofnął, choć też przeżywał rozterki. — Chrystus był Bogiem. — Był też człowiekiem. Marlin objął swoje barki ramionami, jakby poczuł nagły przypływ chłodu. — Ja nie noszę Boskiego wiana, ojcze. Moja misja nie pochodzi od Niego, jak zadanie wyznaczone Chrystusowi. Nie jestem godzien takich porównań. Ale odczuwam tę potrzebę i podejmę wyzwanie. Może ofiara tego kalibru ukoi ból, co mnie dręczy od lat, chociażby i kosztem narażenia duszy na wieczne potępienie. — Nie przedkładaj nigdy sumienia ponad zbawienie duszy. Milczeli długą chwilę, patrząc sobie w oczy. W końcu papież wstał, podszedł do ojca Marlina i ujął go za oba ramiona. Marlin uklęknął i ucałował jego dłoń. — Niech się zatem stanie. Jestem gotów. Ojciec Święty uklęknął również. Jego dłonie splotły się z dłońmi mnicha. — Módlmy się — szepnął. * * * Pójdź i szukaj. Jeśli nie dałem się zwieść grzechowi pychy, Bóg da ci Znak. Wtedy odnajdziesz Dowód. Te słowa papieża Onufrego głęboko utkwiły w pamięci ojca Marlina. Przez ostatnie tygodnie pościł i modlił się godzinami, resztę czasu spędzając na ćwiczeniach. Bardzo powoli, lecz coraz intensywniej dawało o sobie znać jego poprzednie imię i osobowość. Ulokowano go w dziale administracyjnym, który tchnął duchem bardziej świeckim. Coraz częściej też występował w cywilnym odzieniu. Ze względu na niezmiennie ponury wyraz oblicza mówiono o nim za plecami ojciec Smutas . Nie uśmiechał się nigdy. Dopiero gdy pewnego dnia drzwi jego nowej celi stanęły otworem i pojawił się w nich porucznik O Toole, ojciec Marlin odruchowo wyszczerzył zęby. Uśmiech zniknął po chwili jak zdmuchnięty. — Czołem, stary capie! — zawołał w progu O Toole. — Coś tak zbladł? Strona | 11 Marlin nawet nie drgnął. — Witaj w mym skromnym przybytku, Clarke — rzekł ponuro. — Gość w dom, Bóg w dom. Porucznik O Toole przekrzywił głowę i podszedł bliżej. — Że jak? Hej, Bob, co ci jest? Masz kaca? Nie cieszysz się na widok mojej nieogolonej gęby? — Twoja obecność raduje me serce, choć nie znam powodów twojej wizyty. — Marlin nie zmieniał wyrazu twarzy. Porucznik spoważniał trochę. Dotknął jego czoła i policzków. — Z tobą rzeczywiście nie najlepiej — powiedział z niepokojem w głosie. Marlin cofnął się o krok. — Dzięki Bogu nie narzekam na zdrowie — rzekł. — Bóg zapłać za troskę, Clarke. Powiedz, z czym przybywasz do mojej samotni? O Toole wyglądał na zdziwionego. — Bob, nie strugaj palanta! Przecież musisz wiedzieć, że przyleciałem po ciebie na to zadupie, bo kroi się jakaś rozróba. Ale pewnie nie masz pojęcia, NA CZYM przyleciałem. Na DP-1 — najnowszym, najszybszym i najlepiej uzbrojonym diabłem w całym Kosmosie! Cacko! Ostatni krzyk konstruktorów od Sawyera! Marlin-Robert przeżegnał się szybko. Najlepiej uzbrojony diabeł! , też coś! — Pierwsze słyszę. Nic mi nie wiadomo o twojej wizycie. O Toole gwizdnął. — To aż tak tajne? Nawet tobie nie powiedzieli? Przecież to ty masz być, Numero Uno w tych klockach! — Jestem zaledwie skromnym sługą Bożym. Porucznik usiadł na pryczy i podrapał się w ostrzyżoną na jeża głowę. — Co oni tu z ciebie zrobili, Bob? Na bladą próżnię! Nie poznaję cię ani trochę. Ojciec Marlin spoczął na zydlu. — Jak mam to rozumieć, Clarke, że przyleciałeś tu po mnie? O Toole wzruszył ramionami. Strona | 12 — Zwyczajnie — powiedział. — Otrzymałem rozkaz z Głównego Sztabu Floty. Wydawało mi się, że to twoja inicjatywa. — Nic o tym nie wiem. — Mamy udać się razem z jakąś misją. Jaką, nie wiem. Myślałem, że ocipieję z radości, ujrzawszy twój kryptonim na rozkazie. A ty mi smażysz takie powitanie, jakbym cię ostatnio pożegnał kopniakiem. Marlin-Bob przeżegnał się ponownie. — Myślę, że zdołamy to wyjaśnić. Poza tym racz proszę powściągnąć swój język, Clarke. Jestem osobą duchowną. Porucznik wzruszył ramionami. — Przykro mi, Bob — mruknął. — Taki już jestem. Ty też taki jesteś, tylko, nie wiedzieć czemu, odwalasz przede mną wyjątkowo ponurą scenkę z teatrzyku kabuki. Ale postaram się, skoro ci na tym zależy... Pójdziemy zobaczyć statek? Oczy mnicha rozbłysły na moment. — Pójdźmy — rzekł obojętnie. Kosmodrom watykański znajdował się tuż za działem administracyjnym: ogromna hala z dobrze widoczną krzywizną łuku zewnętrznej konstrukcji megastacji. Na większości zapadni spoczywały wszelkiego rodzaju pojazdy przestrzenne — od potężnych transportowców po osobowy drobiazg. Porucznik O Toole powiódł go do jednego z peryferyjnych stanowisk, gdzie stała jego maszyna. Panował tam wzmożony ruch. Brygady kwatermistrzowskie ładowały do wnętrza paki z zaopatrzeniem, huczały węże podłączone do króćców paliwowych, automatyczne polerki śmigały wokół błyszczącego pancerza. Kilku robotników wynosiło amunicję i demontowało elementy uzbrojenia. O Toole zaklął szpetnie i podbiegł do stanowiska: — Co wy, kurwa, wyprawiacie?! Szajba wam odbiła? Nie dotykać mi tu niczego, bo łby wam pourywam u samej dupy!!! Ojciec Marlin przeżegnał się i zatkał uszy. Robotnicy zamarli, popatrując ze zdziwieniem na miotającego się żołnierza. Zafurkotały habity czmychających duchownych z nadzoru. Mnichom nie wypadało brukać uszu przekleństwami jawnogrzesznika. Porucznik O Toole, klnąc i pomstując, wnosił amunicję z powrotem do środka, montując przy okazji uzbrojenie, a co udało mu się odzyskać, Strona | 13 robotnicy natychmiast demontowali i wynosili. Po kilku minutach, ochrypły i wściekły, podbiegł do stojącego na uboczu Marlina. — Bob, co tu jest grane? Zrób z tym coś, bo zaraz zacznę do nich strzelać! Wytłumacz im, że to jest jednostka bojowa. Gówno im do mojego statku! — Uspokój się, Clarke! Ojciec Marlin podszedł do robotników. Jego dostojna postać oraz powszechnie znany status papieskiego pomazańca spowodowały, że obsługa przerwała pracę. — Z czyjego polecenia rozbrajacie statek? — zapytał. — Taka jest wola Ojca Świętego — rzekł jeden z duchownych, który powrócił na posterunek. O Toole chciał coś wtrącić, lecz Marlin pohamował go gestem. — Czy Jego Świątobliwość wydał szczegółowe rozporządzenia co do rodzajów demontowanego oręża? Zakonnik zastanawiał się chwilę. — Nakazał rozbroić... — Więc niech się stanie jego wola. — Ależ, Bob! — nie wytrzymał O Toole. — Milcz, Clarke... — rozkazał Marlin, do obsługi zaś rzekł: — Zostawcie tylko osłonę antykolizyjną. Robotnicy spojrzeli po sobie. — Co to jest? — To te cztery miotacze dziobowe! — krzyknął porucznik, wyrwawszy się Marlinowi. — Wara wam od nich! Robotnicy łypali niepewnie na duchowny nadzór. — Proszę spełnić polecenie ojca Marlina — westchnął wreszcie zakonnik-brygadzista. Zaskrzypiały klucze, stuknęły młoty. Marlin-Bob odciągnął O Toole a na stronę. — Clarke. Z okoliczności wnioskuję, że będziesz moim towarzyszem w misji, którą wyznaczył mi papież. Jeśli mnie o tym nie powiadomiono, to widać nie było takiej potrzeby. Natomiast zakres twojej ignorancji obejmuje cel zadania i tak powinno pozostać, ponieważ chodzi tu Strona | 14 o zbawienie twojej duszy. Mogę cię tylko zapewnić, że nie jest to misja wojskowa. — Jedno drugiemu nie przeszkadza — burknął O Toole. — Ileż to razy wybierałem się w pokojową misję uzbrojony po zęby? — Tym razem będzie inaczej. Taka jest wola Jego Świątobliwości. — Ojcze Marlinie, poruczniku O Toole — to był głos kardynała Mendozy — papież was wzywa. Zamilkli. Porucznik patrzył na posłańca jak na istotę nie z tego świata. — Niech będzie pozdrowion — szepnął ojciec Marlin. * * * — Ale macie tutaj tempo! — sapał porucznik, załączając podsystemy statku. — Wydawało mi się, że trochę odpocznę. Ojciec Marlin siedział w fotelu nawigatora i przeglądał mapę gwiezdną. — To coś nowego? Porucznik spojrzał mu przez ramię. — Masz na myśli mapę? Weszła do użytku parę lat temu. Jest tam, bracie, taki cwany rozumek, co ma zakodowane współrzędne przestrzenne wszystkich gwiazd i ważniejszych obiektów naszej Galaktyki. Wraz z kompletnymi parametrami ruchu i z uwzględnieniem wzajemnego oddziaływania! Czujesz? Mapa sama obliczy ci trajektorię i graficznie zasymuluje jej przebieg. Oczywiście ekstrapolacje Mapy są na bieżąco porównywane z naturą i korygowane. — Podoba mi się — powiedział Marlin—Robert i uruchomił szybkie przewijanie. Ekran rozbłysnął tysiącem gwiezdnych smug, po czym symulacja znieruchomiała głęboko w ramionach gwiazdozbioru Pająka — kilkaset parseków od watykańskiej megastacji. — Łau! — wymknęło mu się. Porucznik zakończył realizację procedur wstępnych startowych i rozparł się wygodnie w fotelu. — Bob, powiedz mi, dlaczego papież milczał przez całą audiencję? Ojciec Marlin ustawił Mapę w położeniu początkowym. — Wszystko już zostało powiedziane — rzekł. — Poszliśmy doń tylko po błogosławieństwo. Porucznik skrzywił się. Strona | 15 — Najwyraźniej brakuje tu wam rozrywek — mruknął. — Kiedy ruszamy? I dokąd? Wiesz chociaż? Spojrzeli po sobie. Ojciec Marlin myślał intensywnie. Skąd miał wiedzieć, gdzie szukać Pana we wszechświecie tak niewyobrażalnie wielkim? W którą stronę się udać? — Los rozstrzygnie — szepnął po chwili — a Bóg poprowadzi. Jesteś gotów? — Cały czas! Ręka Marlina—Roberta sięgnęła do wyzwalacza zapadni. O Toole przełknął ślinę. — Nie wyznaczyłeś azymutu! — wykrztusił, ale statek w tym samym momencie runął w przestrzeń wyrzucony siłą odśrodkową wirującej megastacji. Gwiazdy na ekranach zaszalały — system nawigacyjny automatycznie przejął sterowanie i zorientował oś statku równolegle do narzuconego wektora ruchu. — Jest stabilizacja? — zapytał Marlin. — Co ma nie być? Wlepili oczy w ekrany. — Co masz na nawigacyjnej? Porucznik syknął ostrzegawczo. — Potężny skalny odłam! — Nie wymijaj! — zawołał Marlin—Robert. — Wal z miotaczy! Zanim przebrzmiały echa ostrzeżenia i komendy, ekran rozbłysnął fajerwerkiem niemej eksplozji. O Toole bryknął w powstrzymujących go pasach. — Czyś ty zwariował?! Skąd mogłeś wiedzieć, że rozwalimy bryłę jedną salwą? — Trzymaj kurs! — warknął Marlin-Robert i po chwili dodał ciszej: — Tego kamienia nie powinno tu być. To sytuacja zerowego prawdopodobieństwa pragmatycznego. — No to pewnie się nam, kurwa, zwidziało! Ojciec Marlin zaczął programować Mapę. — Prosiłem cię o coś, Clarke... Watykan jest otoczony setkami parseków sześciennych wyjątkowo czystej próżni. Żadnych gwiazd, asteroidów, Strona | 16 żadnego śmiecia. Taki odłam czujniki wykryłyby już wczoraj i zniszczyły... Dziób na wektorze? — Co do włosa! Skąd się więc wzięła ta bryła? Marlin-Bob w milczeniu synchronizował urządzenia. Potem spojrzał na centrum ekranu, gdzie krzyżowały się wszystkie osie i skąd powinna świecić gwiazda nawigacyjna. — W tym kierunku nic nie ma — powiedział O Toole. — Musimy wniknąć głębiej. — Głębiej? Już teraz nawigacja sięga na 400 parseków! Ale Marlin-Bob właśnie włączył powolny najazd. Ognisko mapy zanurzyło się w odległe rejony Galaktyki. Na liczniku migały parseki i lata świetlne. Miejsce gwiazdy nawigacyjnej było nadal puste. Firmament przerzedzał się zwolna, Mapa sięgała coraz dalej poprzez ramiona Galaktyki w stronę jej przeciwległych obrzeży. — Jest! — zawołał podniecony O Toole. Jednocześnie osie zamigotały na zielono. W centrum, coraz jaśniej, błyszczała niewielka gwiazda. Ognisko mapy znieruchomiało. — To peryferie po drugiej stronie — rzekł Marlin-Bob. Obok nawigacyjnej ukazały się dane: nazwa, rejon i typ gwiazdy. — Popatrz! Ten drobiazg nawet się jakoś nazywa! — Prima Sol — szepnął ojciec Marlin. Łzy napłynęły mu do oczu. — Dzięki Ci, Panie, za Znak i Błogosławieństwo. Zaczął się modlić. O Toole patrzył na niego zdumiony. — Prima Sol? Czyżby ci to coś mówiło? Marlin zareagował dopiero po chwili. — A tobie nie, Clarke? — A powinno? — Jeszcze jak, przyjacielu! Jesteśmy na właściwej drodze. Ruszaj i niech nas Bóg prowadzi! Porucznik zaczął programować skok nadprzestrzenny. — Zdajesz sobie sprawę, Bob, że ta gwiazda leży poza granicami Konfederacji? Marlin spoglądał w milczeniu na ekran. Strona | 17 — To powód do wstydu — rzekł. — Niewielu współczesnych wie, że nasze korzenie tkwią w odległych i zapomnianych rejonach Galaktyki... Znasz biblię, Pismo Święte? — Znam ciebie, wiem co ci odbiło, więc i biblia nie jest mi obca. — Ale czy znasz? — Piąte przez dziesiąte, a może nawet słabiej. — Biblia powstała w czasach, kiedy ludzie żyli wszyscy razem na jednej, jedynej planecie. Nikt jeszcze wtedy nie potrafił latać, nawet w atmosferze, oprócz ptaków. Tam, wielokrotnie, objawiał im się Bóg. Tę planetę zwano Ziemią. — Tyle to i ja wiem. — A Ziemia krąży właśnie wokół tej gwiazdy. Ojciec Marlin wskazał palcem centrum ekranu. Porucznik zaniemówił, a potem gwizdnął. — Chcesz mi powiedzieć, że zupełnie przypadkowo otworzyłeś zapadnię, by z dokładnością bilionowych części stopnia wejść na wektor prowadzący wprost na gwiazdę, wokół której krąży legendarna Ziemia? — Coś w tym rodzaju. — I, również zupełnie przypadkowo, wzdłuż tego samego wektora pomykał sobie wielgachny kamień, na którym o mały włos nie wyparowaliśmy? Ojciec Marlin milczał. — Ten kamień czyjaś wraża wola skierowała przeciwko nam, byśmy zboczyli z właściwej drogi... Ten kamień zasłaniał Ziemię, wystarczyło go ominąć... Chyba wiem, komu na tym zależało. — Bob, tylko mi nie wciskaj kitu, że potrafisz te niemożliwe bzdety racjonalnie wyjaśnić. Choćby w grubym przybliżeniu! Ojciec Marlin uśmiechnął się nagle. — No cóż, Clarke. Wszechświat jest już tak stary, że kiedyś, w końcu, musiało się coś takiego wydarzyć, co nie? W tym samym momencie statek dał nurka w nadprzestrzeń. * * * Po tygodniu lotu wynurzyli się na wysuniętej rubieży Konfederacji w pobliżu jednej z automatycznych stacji celnych. Stacja obejmowała swym tachionowym okiem setki parseków okolicznej przestrzeni, strzegąc Strona | 18 nienaruszalności granic. Każdy obiekt, usiłujący przekroczyć rubież bez identyfikacji w tę czy w tamtą stronę, ulegał zniszczeniu bez ostrzeżenia. Chcąc nie chcąc musieli się poddać kontroli. Statek wylądował na niewielkiej planetoidzie najeżonej czujnikami i lufami dział nadprzestrzennych. Do śluzy podpełznął rękaw korytarza powietrznego. Syknęły zawory. — Proszę się udać do komory celnej! — zabrzęczał z głośnika bezpłciowy głos automatu. — Masz jakieś dokumenty, Bob? — zapytał skonsternowany O Toole. Maszerowali gumowym korytarzem. — Mam pełnomocnictwa od papieża. — Myślisz, że to wystarczy? — Taką mam nadzieję. Komora, na pierwszy rzut oka, była pusta. Kilka stolików, niewielki bufet, przyćmione światło. Na środku stała gruba kolumna z terminalem. — Miło tu — powiedział porucznik i ruszył w stronę bufetu. Marlin-Bob tymczasem podszedł do kolumny, która oświadczyła na powitanie: — Statek wojskowy Delta Progres—1. Kontrola: wynik pozytywny. Załoga, podać cel i przyczynę podróży. Ten sam bezpłciowy głos. Bob wsunął w rowek maszyny kartę identyfikacyjną z zakodowanymi pełnomocnictwami. — Prima Sol. Ziemia — powiedział. — Misja dyplomatyczna. — Konfederacja nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z układem Prima Sol — zauważyła maszyna. — Proszę uściślić. — Napij się coli, Bob — powiedział O Toole, podając mu dymiącą puszkę. — To ci rozjaśni umysł. — Dzięki, Clarke — Bob pociągnął łyk i zwrócił się do terminalu. — Misja dyplomatyczna o charakterze religijnym bez cech prowokacji politycznej. Maszyna zaterkotała. — Pielgrzymka? Przyjęte. Ziemia leży w zasięgu jurysdykcji Imperium Wolnych Światów. Ostrzeżenie: Konfederacja nie zapewnia bezpieczeństwa na tym terytorium. Przyjmujecie pełny zakres obszarów odpowiedzialności. Proszę potwierdzić przyjęcie ostrzeżenia. — Ostrzeżenie zrozumiałe. Przyjmuję pełną odpowiedzialność. Strona | 19 — Koniec. Życzę szczęśliwego powrotu. Marlin-Bob opróżnił puszkę. — Pocieszające — powiedział. — Dawno już nie miałem w ustach coli, przyjacielu. — To grzech. Śmiertelny. — Nie masz bladego pojęcia o grzechach śmiertelnych, Clarke. Jeden z wysokich foteli obrócił się nagle w ich stronę, ukazując siedzącą w nim kobietę. Obcisły, czerwony kombinezon podkreślał jej urodę i pyszne kształty. — Bardzo panów przepraszam — odezwała się ciepłym, zmysłowym altem — lecz, zupełnie przypadkowo, usłyszałam waszą rozmowę. Czy to prawda, że wybieracie się na Starą Ziemię? Zaskoczenie odebrało im mowę. — W samej rzeczy — wykrztusił porucznik O Toole i dodał po chwili bardziej klarownie: — W czym możemy pomóc panience? Ojciec Marlin przypatrywał się jej w milczeniu. Dziewczyna tymczasem podeszła do nich. — Nazywam się Kate Weiss. Chciałabym prosić was o pomoc. — Co możemy dla pani zrobić, panno Weiss? — zapytał O Toole. Jego oczy wyrażały bezgraniczne oczarowanie. Panna Weiss uśmiechnęła się promiennie. — Tak się składa, panowie, że leciałam dokładnie w to samo miejsce co wy, ale coś się stało niedobrego z głowicą hyper—D na moim Kolibrze i nie można jej naprawić. Gdyby nie ten sympatyczny automat ze stacji to pewnie już by mnie nie było. Zamiast zniszczyć statek przejął sterowanie i ściągnął tutaj. — Niebywałe szczęście — mruknął ojciec Marlin. — Zechciałaby pani zaspokoić moją ciekawość co do celu pani podróży? — Oczywiście, ojcze — powiedziała, zerkając na wystającą mu spod munduru koloratkę. — Wybieram się z pielgrzymką do Ziemi Świętej jako delegatka gminy chrześcijańskiej z Petrurlii. — Nie słyszałem o takiej planecie. — I nic dziwnego. Należę do pierwszego rzutu osadników — odrzekła nie bez dumy. Ojciec Marlin patrzył na nią podejrzliwie. Strona | 20 — Bob — wtrącił oczarowany porucznik — nie męcz dziewczyny... Chciałabyś się z nami zabrać, panienko? Marlin-Bob skrzywił się. — Prawdę mówiąc, bardzo na to liczę — przytaknęła. — Jeśli nie sprawię kłopotu. — Żadnego! — zawołał O Toole, uprzedzając decyzję dowódcy. — Odstąpię ci moją kabinę. Jakoś się pomieścimy z tym ponurakiem w jednej. Co ty na to, Bob? Ojciec Marlin skinął głową, nie zmieniając wyrazu twarzy. — To cudownie! — pisnęła panna Weiss i niespodziewanie ucałowała załogę Delta Progres-1: Marlina w rękę, a porucznika w policzek. — Pójdę się spakować — rzuciła na odchodnym. — Szybki jesteś — powiedział Marlin-Bob. — A ty jesteś skończony bucefał! — wybuchnął porucznik. — Za grosz ogłady. Stetryczałeś na tym zadupiu do reszty. Nie poznaję cię, Bob! — Uspokój się — rzekł zimno ojciec Marlin. — Przejdziemy nad tym do porządku. Ale na przyszłość staraj się nie zapominać, kto podejmuje decyzje. — Dałeś mi to wyraźnie do zrozumienia. Nie padło ani słowo więcej. Napięcie unosiło się w powietrzu, dopóki nie wróciła panna Weiss z plecakiem i dopóki nie zapakowali jej na statek. Stację opuścili w milczeniu. Do celu pozostały dwa dni lotu. * * * Warunki podróży w nadprzestrzeni są na tyle komfortowe, że bez obaw można oddać stery automatom. Tak obce środowisko stawia człowieka w roli biernego obserwatora — żadna z jego decyzji nie będzie lepsza od decyzji maszyn. Tym razem jednak ojciec Marlin, zamiast spać, czuwał w sterowni. Deklaracja O Toole a dotycząca odstąpienia kabiny pasażerce okazała się niewiele warta. Clarke najwyraźniej nie zamierzał się gnieździć z Marlinem w kajucie dowódcy. Gdy minęła północ i porucznik nadal nie wracał z wizyty, jaką złożył dziewczynie, ojciec Marlin wyszedł zaniepokojony do sterowni. Clarke zawsze był babiarzem i niejednokrotnie wykręcał rozmaite numery, ale jego zachowanie wobec panny Weiss zdało mu się Strona | 21 nienaturalne. O Toole nigdy nie był układny wobec kobiet. Raczej podroczyłby się z nią trochę, zamiast od razu zapraszać na pokład. Zachowanie O Toole a stanowiło drugi znak ostrzegawczy. Pierwszym było dziwne wrażenie sympatii, jaką bez przyczyny Marlin poczuł do tej zupełnie obcej kobiety. Trzeci znak objawił się w ciągu ostatnich kilku godzin. Ojciec Marlin nie miał już złudzeń, co do przyczyny przedłużającego się pobytu porucznika w kabinie panny Weiss. Zgodnie z niepisanym prawem kodeksu honorowego Floty, uprawianie seksu na pokładzie statku bojowego, lub na służbie, było nie do pomyślenia. Bardzo uważano na swoje zachowanie, żeby nie wzbudzać najmniejszych nawet podejrzeń, nie mówiąc już o zamykaniu się w kajucie sam na sam z kobietą. Żołnierze na służbie, niezależnie od płci, byli sobie równi, byli kolegami. Wiarusy z oddziału nie idą ze sobą do łóżka, bo to niesmaczne i obniża gotowość bojową. Zakaz rozciągał się, jak to zwykle bywa, również na osoby cywilne, które na statku otaczane były szczególną ochroną. Obyczaje na pewno nie zmieniły się tak bardzo od czasu jego przejścia do służby Bogu... Panna Weiss stała w drzwiach. Była zupełnie naga, rozpuszczone włosy sięgały bioder. Chyba się odrobinę zdrzemnął, bo nie spostrzegł, kiedy weszła na mostek. Było grubo po północy. Marlin-Bob zaczął odczuwać narastające podniecenie. Całą siłą woli odwrócił wzrok. — Proszę się ubrać, panno Weiss... Kobieta podeszła do niego, kołysząc zmysłowo delikatnie zarysowanymi biodrami. Uśmiechała się, odsłaniając końcówki nieskazitelnie białych zębów. — Chodź do mnie, ojczulku — szepnęła. Wściekła fala pożądania szarpnęła jego trzewiami. Z ochrypłym jękiem zwalił się tuż przed nią na kolana i uniósł ręce. Panna Weiss zmrużyła oczy. — Coś z tobą nie tak, ojczulku? Masz z tym jakiś problem? Potrzebujesz wsparcia z niebios? Mmm... a może masz ochotę trochę pobaraszkować języczkiem, jeśli wolno mi w ten sposób zinterpretować pozycję jaką przyjąłeś? Marlin-Bob zaczął drżeć. Przez gorącą modlitwę, którą usiłował koić smagane zmysły, dotarła doń świadomość, z kim ma do czynienia. Gdy to zrozumiał, pożądanie opadło na tyle, że mógł je w ograniczonym stopniu kontrolować. — Chryste!!! — bolesny skowyt wyzwolił się z jego gardła. Otworzył oczy. Strona | 22 Kobieta wrzasnęła dziko. Jej nagle pożółkłe, kocie źrenice zapałały nienawiścią. Jednakże reszta postaci nie straciła kuszącego uroku. Wiele lat ćwiczenia woli przyniosło skutek. Umysł mnicha, zmętniały od natrętnych myśli, klarował się z chwili na chwilę. Pożądanie spływało z niego wąskimi strużkami, pozostawiając ciało chłodnym i lekko napiętym, jak po zimnym prysznicu kończącym gorącą kąpiel. Spieczone usta ojca Marlina wyszeptały kilka słów podzięki Panu. Wstał z wysiłkiem i szarpnąwszy oburącz poły munduru, odsłonił wiszący mu na piersi krucyfiks. — Apage! — zawołał. Kocie źrenice panny Weiss rozszerzyły się, pochłaniając tęczówki. Zawyła przeraźliwie. Jakaś niesamowita siła cisnęła nią o ścianę. Ojciec Marlin zaczął modlić się na głos. Słowa Rytuału starły się z bezładną kakofonią świńskich charkotów i koziego beczenia. Naga postać kobiety miotała się pod ścianą, rzucając bluźnierczymi obelgami, kałem i krwawą śliną. Połowa jej ciała, ta od pasa w dół, kontrapunktowo przyjmowała kuszące pozycje. Ojciec Marlin, całkowicie już wyzwolony z pożądania, zbliżył się do niej powoli, modląc się na głos i czyniąc w powietrzu znaki krzyża. Potem uklęknął i nie zaprzestając modlitwy ujął oburącz jej głowę. Nie pamiętał jak długo to trwało. Najpierw skuliła się w kłębek, a potem wraży jazgot bluzgający z jej ust przeszedł w ciche, dziewczęce łkanie. Przyłożył krucyfiks do gorącego czoła kobiety. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, a z ust wytoczyła się krwawa flegma. Odwrócił ją na plecy. W leżącej postaci nie ostało się nic zmysłowego — żałosny strzęp nagiej, zbolałej istoty. Tuż powyżej wzgórka łonowego czerwieniło się znamię w kształcie trzech szatańskich szóstek. Naznaczył je krzyżem świętym i po chwili znikły. Dziewczyna płakała cicho — ciągle nieprzytomna. Przyniósł ze swojej kabiny habit i osłonił jej bezbronną nagość. Przez chwilę żarliwie się modlił, dziękując Panu za siłę i wsparcie udzielone w chwili próby. Na koniec zajrzał do kajuty O Toole a. Porucznik, śmiertelnie blady, leżał rozpostarty na koi i dyszał ciężko. Ciało miał zmaltretowane do granic możliwości — jakby uprawiał miłość ze stadem tygrysów. Ojciec Marlin zbadał mu puls, po czym nakrył kocem jego zmęczoną goliznę. Potem wędrował długo po pomieszczeniach statku, modlił się i zraszał wszystko święconą wodą. Strona | 23 * * * Porucznik O’Toole ocknął się dopiero na orbicie Prima Sol. Dziewczyna była jeszcze nieprzytomna i ojciec Marlin trzymał ją w medycznym inkubatorze. Z podejściem do Ziemi wolał się na razie wstrzymać. O Toole nie pamiętał niczego od chwili, gdy zobaczył po raz pierwszy pannę Weiss. Nawet nie znał jej imienia. Na widok dziewczyny w szklanym pudle i wieść, że spędził z nią szaloną noc, mruknął tylko, że szkoda. Nie uściślił jednak przy tym, czego żałuje. Ojciec Marlin przemilczał niektóre fakty, nie chcąc wplątywać porucznika w sprawy go przerastające. Wyraził jedynie ostrożne przypuszczenie, iż dziewczyna została uwarunkowana przez szpiegów Imperium, a jemu — Marlinowi — udało się to uwarunkowanie zneutralizować. W klasztorze przeszedł porządne przygotowanie w różnych dziedzinach. Potem na zmianę czuwali przy inkubatorze. Delta Progress-1 zmierzał powoli w stronę Ziemi. Jej radiowy szum był ledwo słyszalny — co najwyżej kilkaset nadajników. Żadnej łączności śródukładowej, nie mówiąc już o sygnałach tachionowych. Czujniki nie wykazywały obecności statków Imperium, co wcale nie oznaczało, że ich nie ma na Ziemi albo na którejś z planet systemu. Sam statek był dla nich prawdopodobnie niewykrywalny, chyba że Imperium opanowało już technikę emisji tachionowej. Konfederacja jak dotąd nie uzyskała informacji na ten temat. Na wszelki wypadek po przekroczeniu granicy zerwali łączność z Centrum Dowodzenia Floty i z Watykanem. Dziewczyna obudziła się, gdy akurat obaj przebywali przy niej w kabinie reanimacyjnej. Widok facetów w mundurach najwyraźniej przeraził ją do tego stopnia, że omal nie zemdlała. — Jak się pani czuje? — zapytał porucznik O Toole. Strach jej nie opuszczał. — Gdzie ja jestem? — zawołała drżącym głosem. Szyba inkubatora zniekształcała nieco jej rysy. O Toole spojrzał na zakonnika. — Nie poznaje nas pani? — zapytał ojciec Marlin. — Pierwszy raz was widzę! — sapnęła. — Wypuśćcie mnie z tej skrzyni! Porucznik odchylił wieko i pomógł jej wyjść. Drżała. Z ulgą opadła na miękki fotel. — Co się ze mną dzieje? Co to za miejsce? Strona | 24 O Toole westchnął. Ojciec Marlin zasiadł naprzeciwko. — Kilka dni temu zabraliśmy panią ze stacji granicznej. Twierdziła pani, że udaje się z pielgrzymką do Ziemi Świętej, i że pani statek uległ awarii. Patrzyła na niego dziko. — Co za bzdury? Jaka Ziemia Święta?! Co pan wygaduje? Ja?! — Niezła seria — mruknął O Toole. Spojrzeli na siebie w milczeniu. Ojciec Marlin zaczął z innej beczki. — Panna Weiss, nieprawdaż? Skinęła głową. — Zatem, panno Weiss — ciągnął — jaką, według pani, mamy dzisiaj datę? Zmarszczyła brwi. — Nie jestem pewna... Chyba 20 listopada? — Ho, ho! — wtrącił O Toole. Marlin—Bob uciszył go gestem dłoni. Dziewczynie wskazał zegar z datownikiem na wyświetlaczu komputera. — Co pani na to? — 11 grudnia?... Co to ma znaczyć? — Proszę mi powiedzieć, co pani pamięta z ostatnich dni? Tym razem zastanawiała się dłużej. — Nie wiem — szepnęła. — Chyba wybierałam się do rodziny, która mieszka na Leganie... Tak. Leciałam moim Kolibrem i... — I co? Zamilkła. — I... i jestem tutaj — dokończyła z wysiłkiem. — To wszystko? — Złapała się za głowę i zaczęła szlochać. — Nic więcej nie wiem. Co wyście ze mną zrobili? Kim wy jesteście?! Porucznik O Toole przedstawił się, ale nie zwróciła na niego uwagi. Ojciec Marlin zaproponował jej odpoczynek. Dotknął jej skroni i uśpił techniką wyuczoną przez lata w klasztorze. O Toole zaniósł ją do swojej kabiny. Godzinę później DP-1 wszedł na orbitę Ziemi. Strona | 25 * * * — Nędza — skomentował porucznik O Toole. Obserwowali przez teleskop powierzchnię planety. W większości cywilizacyjna pustynia, nie licząc kilkunastu skupisk ludzkich z niezbyt gęstą zabudową. Otaczały je mozaiki obszarów upraw rolnych. Po ulicach kamiennych miast sunęły kopcące pojazdy. Od czasu do czasu przemknęło nawet coś w przestworzach. Długie betonowe pasy Marlin rozpoznał jako lotniska dla archaicznych aeroplanów. — Ten świat powrócił do punktu wyjścia — podsumował smutnym głosem zakonnik. — A nawet cofnął się nieco, biorąc pod uwagę populację. — Na ile oceniasz? — Jakieś 2 miliony. Nie więcej. Pod warunkiem, że ludzie mieszkają też po lasach. O Toole rozparł się w fotelu. — Mimo wszystko podoba mi się. Czysto, zielono. — Ziemianie marzyli kiedyś o tym. Dlatego stąd uciekli. To znaczy nasi dalecy przodkowie. — Ktoś jednak został. — Zawsze ktoś zostaje. Ale ci, co tu mieszkają, to osadnicy. Drugiego albo trzeciego rzutu. — Widzę, że podszkoliłeś się trochę w tej klasztorni. Ojciec Marlin nie odpowiedział. Delta Progress-1 wchodził w trzecie okrążenie. Wrócili na orbitę równikową. Baza Imperium znajdowała się na terenie kontynentu zwanego kiedyś Ameryką Północną. Spostrzegli też kilka statków w innych miejscach. Tam z pewnością rezydowali gubernatorzy. Ojciec Marlin wyjął z kieszeni niewielki kryształek i wsadził go do czytnika. Na ekranie pojawiła się strona tytułowa: PISMO ŚWIĘTE STAREGO I NOWEGO TESTAMENTU — No, no — powiedział O Toole. Marlin-Bob przebiegł palcami po klawiaturze. Ukazała się mapa północnej Afryki i części Półwyspu Arabskiego. Zakonnik zmiksował obraz z zapisem rejestratora teleskopu i zsynchronizował oba odczyty w tej samej Strona | 26 skali. Na tle siatki mapy z Pisma Świętego wyłonił się aktualny widok tego samego obszaru. Północno-wschodni niegdyś kraniec Afryki wraz z kawałkiem Półwyspu pogrążony był teraz w wodach Basenu Śródziemnomorskiego. Morze Czerwone wgryzło się głęboko w terytorium Czarnego Lądu, tworząc obszerne połączenie z Oceanem Indyjskim. Ojciec Marlin wskazał punkt na mapie. — To tutaj — rzekł. — Kiedyś, prawdopodobnie, wznosiła się tam góra zwana Synajem. Na tej górze Mojżesz rozmawiał z Bogiem i otrzymał odeń w darze kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. — Trochę tam mokro — mruknął niezadowolony O Toole. — Jakieś 40 kilometrów od linii brzegowej. Marlin—Robert spojrzał na niego bystro. — Musimy się tam udać. Porucznik skrzywił się. — To się niby da zrobić — bąknął bez przekonania. — DP-1 jest przystosowany do manewrów w każdym środowisku... — Wiem, masz jakieś wątpliwości? — Hmm, trochę tam mokro... W tym momencie zauważyli pannę Weiss, która od jakiegoś czasu stała w progu sterowni. — Mogę wejść? — zapytała nieśmiało. Porucznik wskazał jej wolny fotel. — Jak się pani czuje? — Chyba dobrze — odpowiedziała, siadając. — Ale nadal nic z tego wszystkiego nie rozumiem. Ojciec Marlin przyglądał się jej uważnie. — My też — mruknął. — Jest pani na razie skazana na nasze towarzystwo, jak również na wszystkie niedogodności związane z naszą misją. Z wielu powodów nie możemy jej przerwać. Jeśli to panią interesuje, znajdujemy się w tej chwili poza granicami Konfederacji. Ta planeta w dole, to Ziemia. Czy to coś pani mówi? — Nie... — szepnęła, nie ukrywając lęku. — Czy jest pani chrześcijanką? Strona | 27 — Chrześcijanką?... Aha. Nie. Nie wyznaję żadnej religii. Czy to ma jakieś znaczenie? Ojciec Marlin zaprzeczył krótko. — To zależy — dodał — od punktu widzenia. Panna Weiss milczała chwilę. — Co panowie zamierzacie zrobić? Może się na coś przydam? Porucznik O Toole wyszczerzył zęby. — Nie brak pani odwagi — powiedział i uściślił: — Ten smutny facet decyduje o wszystkim. Wskazał na zakonnika. — Wystarczy — rzekł ten — że nie będzie pani przeszkadzać. To powiedziawszy, wyjął z kieszeni srebrny łańcuszek z krzyżykiem. — Proszę to założyć. Panna Weiss patrzyła ze zdziwieniem na podarunek. — Co to jest? Ojciec Marlin zastanawiał się chwilę. — To jest coś takiego — powiedział — co, być może, uchroni panią przed następną dziurą w życiorysie. Dziewczyna w milczeniu przyozdobiła swój dekolt łańcuszkiem, po czym zbliżyła do oczu wiszący na końcu krzyżyk. — Tam jest jakiś człowieczek... Ojciec Marlin zawahał się. — To Jezus Chrystus. Tak się nazywał. Został przybity do drewnianego krzyża. I umarł w mękach. — Obrzydliwe — szepnęła panna Weiss i dodała: — Raczej dziwny motyw na biżuterię. Zapadało kłopotliwe milczenie. — Tego się nie nosi dla ozdoby — powiedział zimno ojciec Marlin. — To coś w rodzaju... amuletu. Jezus Chrystus Zbawiciel i Syn Boga Wszechmogącego jest czczony przez nas — chrześcijan. Otacza opieką i miłosierdziem również niewiernych. Dlatego podarowałem ci ten krzyżyk, córko, by cię chronił przed siłami Zła. — Aha... — wyszeptała niepewnie. — Dziękuję. Strona | 28 Porucznik O Toole wolał odwrócić twarz w stronę ekranów, żeby się Marlin nie przyczepił do jego miny. Zakonnik długo przyglądał się fizjonomii dziewczyny, po czym zasiadł w swoim fotelu. — Zbieramy się — powiedział do porucznika. — Współrzędne znasz. Szczęknęły pasy. Statek zaczął wchodzić w górne warstwy atmosfery. — Mokro tam jak jasny gwint... — burknął O Toole. * * * Delta Progress-1 runął w fale Morza Śródziemnego pod ostrym kątem i z prędkością meteorytu, za jaki miał uchodzić. Obaj mieli nadzieję, że ich lądowanie, gdyby ktoś coś zauważył, będzie przyjęte jako upadek z nieba wielkiego kamienia. Statek przeszedł na napęd turbulencyjny. Sunęli bezszelestnie tuż nad piaszczystym dnem, omijając większe wzniesienia. Kilkakrotnie zamajaczyły na ekranie ślady zatopionych miast. Po parunastu minutach O Toole wyłączył napęd. Osiedli na dnie. — Jesteśmy na miejscu — powiedział. Dookoła, prócz niewielkiego pagórka, roztaczała się równina. Sennie pływały ryby. — Wychodzę — rzekł ojciec Marlin. — Ty zostaniesz — powstrzymał porucznika, który już odpinał pasy. Wskazał na pannę Weiss. — Pani pójdzie ze mną. — Ja?! — Była przerażona. — Dlaczego? Ojciec Marlin spoglądał na nią zamyślony. — Nie wiem. Proszę się zbierać. To niczym nie grozi. Drżały jej dłonie, gdy zakładała kombinezon. W milczeniu podeszli do śluzy. Porucznik O Toole przełączył pulpit łączności na odbiór i nadawanie w zakresie fal ultradźwiękowych. Znajdowali się 70 metrów pod powierzchnią. Zakonnik pomógł pannie Weiss zwiększyć stopniowo ciśnienie wewnątrz kombinezonu. Dziewczyna łapała prędko powietrze i co chwilę przełykała ślinę. Śluza powoli wypełniała się wodą. — Nurkowała pani kiedyś? Zaprzeczyła gwałtownie. Strona | 29 — To nic strasznego — uspokoił ją. Woda sięgała stropu. Zaświeciły lampki ostrzegawcze, rozległ się chrapliwy sygnał i zewnętrzny luk stanął otworem. Ojciec Marlin odepchnął się od progu i pociągnął rękę panny Weiss. Pisnęła. Zamachali płetwami. Ojciec Marlin kierował się w stronę pobliskiego pagórka. — Jak się pani czuje? Sapała ciężko. — Dlaczego pan mnie zabrał ze sobą? Zignorował pytanie, zwracając się do O Toole a. — Jesteś tam, Clarke? — Cały czas! Czy mógłbyś zaspokoić moją ciekawość i wyjaśnisz mi, po co tam leziesz? — To się okaże. Sam jeszcze nie wiem. — Twoja sprawa... Pagórek, nawet w ogólnych zarysach, nie mógł sprawiać wrażenia choćby pozostałości po Synaju: łagodny, niski, pokryty zmurszałymi głazami. Jednak tysiące lat temu dokładnie w tym miejscu wznosiła się owa góra. Być może dawno rozsypała się w proch, być może górotwór rozpłaszczył ją, pogrążając w wodzie, a to, na czym stali, powstało później. Ale to było TO miejsce. Ojciec Marlin modlił się z zamkniętymi oczami. Panna Weiss była wyraźnie podenerwowana, ale usiłowała za wszelką cenę opanować strach. — Nie podoba mi się tutaj, panie Encome. Długo zamierza pan tu pozostać? Na co czekamy? Ojciec Marlin nie odpowiadał długo. — Czego się boisz, córko? Sapnęła ze złością. — Człowieku! Na głowie stoi mi słup wody wysoki na 70 metrów! Zewsząd napiera ciśnienie o wartości, jakiej nie potrafię sobie nawet wyobrazić. Jeszcze nigdy nie byłam pod wodą! Nigdy nawet nie widziałam jej w takich ilościach. Na mojej planecie mamy tylko piasek i skały — i trochę badyli. Woda szemrze sobie w kilku strumykach, które ludzie przyjeżdżają oglądać jak jakieś dziwo!... Zlitujże się!!! Panna Weiss bała się nie na żarty. Strona | 30 I wtedy, jakby na potwierdzenie jej obaw, jeden z pobliskich głazów oderwał się od podłoża i potoczył majestatycznie po zboczu. Jednocześnie zadrżało dno. Spód kamienia oraz miejsce, gdzie od wieków spoczywał, buchały czerwonym żarem. Woda zabulgotała gwałtownie i zrobiło się gorąco. Dopiero w tym momencie rozległ się paniczny wrzask panny Weiss. Rzuciła się do chaotycznej ucieczki. Dno drżało nieustannie. O Toole coś krzyczał, a ojciec Marlin patrzył jak urzeczony na skały przewalające się obok niego pośród potężnego syczenia i kłębiących się bąbli pary. — Wracaj, idioto! — wrzeszczał porucznik ze statku. — To jest zafajdany wulkan, który zaraz tak pierdolnie, że się nie pozbieramy!!! Marlin-Robert wyjął z kabury mały pistolet rakietowy i runął z niesamowitą prędkością w stronę DP-1, zabierając po drodze rozhisteryzowaną dziewczynę. O Toole wystartował, kiedy byli jeszcze w śluzie. Klnąc pod nosem, patrzył na oddalającą się powierzchnię morza, która nagle, w punkcie spienionym wynurzeniem się statku, eksplodowała gejzerem pary, kamieni i strzępów stygnącej lawy. W śluzie pojawił się Robert Encome, ociekający wodą, z żarzącym się jeszcze pistoletem, a za nim miotała się rozwrzeszczana dziewczyna. O Toole w milczeniu powrócił do obserwacji ekranów. — Wracamy na orbitę, Clarke — powiedział pułkownik Encome. — Jak sobie życzysz. * * * Delta Progress-1 pozostał w przestrzeni. Jego trzyosobowa załoga, uzbrojona jedynie w próżniowe skafandry, torby z wyposażeniem oraz antygrawitacyjne pasy, wytracała powoli orbitalny impet. Wejście w atmosferę lekko rozgrzało im buty. Panna Weiss została nieco z tyłu, ale i tak radziła sobie nieźle. Podobno kiedyś bawiła się w takie latanie, traktując je jako sport. Marlin-Robert przystawał co chwilę, kontrolując z daleka jej poczynania. Z niezrozumiałych powodów nie chciał się zgodzić na pozostawienie pasażerki samej na pokładzie statku, a O Toole wolał się nie wtrącać. Panna Weiss nie miała wyboru. Na wysokości kilkuset metrów łagodnym łukiem przeszli do poziomego lotu nad falami Morza Śródziemnego. Linia brzegowa pojawiła się po paru minutach. Chwilę potem otoczyła ich eskadra lekkich myśliwców. Strona | 31 — Zachować spokój! — polecił Marlin—Robert. — Może się odczepią. Nie odczepili się. — Lądować! Natychmiast! — rozległo się na standardowej fali. O Toole zaklął. — No i co teraz? Marlin-Bob szybko rozważył możliwe opcje. — Schodzimy — rzekł. — Ostrożnie, żeby ich nie rozdrażnić. — Milczeć! — warknął myśliwiec. — Macie 15 sekund. Potem użyjemy broni. Wystarczyło im siedem. Beczkowaty myśliwiec wylądował nieopodal, pozostałe krążyły na niebie jak stado sępów. — Zrzucić skafandry i wyposażenie na jedną kupę. Żadnych podejrzanych ruchów. Spusty moich działek nie mają luzów, a ja jestem nerwowy. Wykonać! Sprzęt spoczął na bezładnej stercie. Pozostali odziani jedynie w luźne trykoty. Zgodnie z następnym poleceniem odeszli z rękami na karkach dwadzieścia kroków i uklękli na wprost owalnego włazu maszyny. — Masz jakiś plan, Bob? — zapytał szeptem O Toole. — Zmieniamy personalia. Wariant C . Jeśli się dowiedzą, kim jesteśmy, umrzemy w mękach. O Toole przełknął ślinę. Z pojazdu wyskoczyło kilku uzbrojonych żołnierzy. W mig rozlokowali się na pozycjach, celując w stronę więźniów tępymi ryjami miotaczy. W ziejącym czernią otworze włazu pojawił się oficer w śnieżnobiałej wyjściówce. Jego twarz nie wyrażała niczego. Oczy skrywał za ciemnymi szkłami dużych okularów. Podszedł do nich swobodnym krokiem. — Może pani wstać, panno Weiss — powiedział, wyszczerzywszy nagle zęby w nieszczerym uśmiechu. — Dziękuję pani w imieniu Jaśnie Nam Panującego Imperatora Hammurabiego. — To suka! — nie wytrzymał porucznik O Toole. Robert Encome zacisnął zęby. Panna Weiss wstała, a oficer z szacunkiem ucałował jej dłoń. — Proszę się udać do maszyny. Czeka tam na panią świeża garderoba. Strona | 32 Uśmiechnęła się promiennie. — Dzięki, generale. Zawsze do usług. Mężczyźni odprowadzili ją wzrokiem. Robert Encome próbował wrócić myślami do nieodległej przeszłości, aby stwierdzić, gdzie popełnili błąd. Kobieta opętana przez diabła, którego rzekomo wypędził, okazała się szpiegiem Imperium. I skąd się wzięła na ich drodze? Magiczne to czy pospolite? A może jedno i drugie? — Pułkowniku Encome, poruczniku O Toole — rzekł śnieżnobiały generał — panowie oficerowie. Jestem zaszczycony, mogąc was osobiście powitać na Terytorium Imperialnym Wolnych Światów. Czemuż to zawdzięczamy waszą wizytę? Robert Encome, przeanalizowawszy sytuację, stwierdził, że kłamstwa tylko pogorszą ich położenie. O ile to jeszcze możliwe. — Przybyliśmy tutaj prywatnie — powiedział — z pielgrzymką do Ziemi Świętej, generale... — Muhammad. — ...generale Muhammad. Nasz statek nie jest uzbrojony. Generał zarechotał. Całe jego oblicze promieniało szczęściem. — Nie czarujmy się, panowie. Jesteście zbrodniarzami wojennymi. Imperator Hammurabi wyznaczył za wasze głowy najwyższą w dziejach wszechświata nagrodę. I wypłaci ją z radością. — Jesteśmy żołnierzami i żołnierska to rzecz walczyć i ginąć — rzekł O Toole, a głos jego pobrzmiewał mozolnym patosem. — To Imperium od tysięcy lat nękało granice Konfederacji. Nie zmieniając wyrazu twarzy, generał wymierzył mu policzek. — Clarke! — krzyknął Encome, osadzając porucznika w miejscu. Żołnierze z obstawy podbiegli kilka kroków. — Generale Muhammad — zwrócił się do oficera. — Domagam się traktowania zgodnego z wszelkimi konwencjami! Zwinięta pięść generała trzasnęła go na odlew. — Konwencje dotyczą jeńców wojennych. Ze szpiegów robimy pasztet. — Odwrócił się w kierunku obstawy. — Zaprowadzić ich na pokład! * * * Osadzono ich w pilnie strzeżonej twierdzy garnizonowej, zlokalizowanej w pobliżu niewielkiej osady. Nie znali jej nazwy. Każdy miał do dyspozycji Strona | 33 celę wyposażoną w pryczę i kibel. Przy drzwiach czuwało bez przerwy kilku wartowników, judasze mrugały co chwila. Z braku innego zajęcia Robert Encome vel ojciec Marlin wyciągnął się na pryczy. Nie miał sił się modlić, ale za to postanowił trochę pogadać. ...Panie. Odnoszę nieskromne wrażenie, że, jak dotąd, Ty kierowałeś moimi krokami. Nic się nie działo bez Twojej woli. Czyżby zatem i nasze pojmanie było częścią Twoich niepojętych planów? Pan milczał. ...Jeślim wespół z papieżem i dostojnikami splamił się grzechem pychy, natrętnie domagając się objawienia, czym obraziłem Cię, Panie, daj proszę jakiś znak. Żadnego znaku. Encome przymknął oczy. ...Mimo to pokładam zaufanie w Tobie, Panie i oddaję swój los w Twoje ręce. Mniemam, że męki, jakie mnie czekają ze strony wrogich Ci oprawców, zdołają zmazać śmiertelny grzech pychy, jaki przyjąłem na siebie. Błagam, oszczędź tylko mojego towarzysza, bo był jedynie bezwolnym narzędziem w mych rękach. I ojciec Marlin ukląkł do modlitwy. Minęło wiele godzin, nim ciszę jego skupienia przerwał klekot przekręcanych zamków. Już spokojny, wzmocniony modlitwą, uniósł głowę. W drzwiach stała panna Weiss. Miała na sobie białą szatę, która spływając wzdłuż bioder do samych kostek subtelnie podkreślała doskonałość jej figury. Za nią pchało się dwóch wartowników, ale odprawiła ich gestem. — Nie będziecie mi potrzebni. Zostali sami. Ojciec Marlin usiadł na pryczy. Szacowali się wzrokiem niczym wojownicy przed pojedynkiem. — Kim jesteś? — spytał wreszcie zakonnik. Panna Weiss usiadła obok niego. — Znasz mnie. — Nie jestem pewien, czy cię znam — powiedział ostrożnie. — Wolałbym cię nie znać. Wybuchnęła śmiechem. — Zdecyduj się. A może cię strach obleciał? — Tylko Boga się boję. Strona | 34 — Jestem jego aniołem. Mam cię poprowadzić drogą Nowego Odkupienia. Nie rozumiesz jeszcze? Jesteś Barankiem. — Jeden tylko jest Baranek. — Pismo mówi, że wróci i otworzy Siedem Pieczęci i ciśnie na świat Siedem Plag. A potem nastąpi tysiąc lat szczęśliwości i Królestwo Niebieskie zapanuje pośród Trzody Pana. — Szatańska twa przewrotność! — zawołał i zerwał się z pryczy. — Szatańska sofistyka! Odejdź! Precz!! Apage!!! Odpowiedziała mu śmiechem — nieco teatralnym. — Zabawny jesteś, ojczulku. Wydaje ci się, żeś taki cwany. Rzucisz zaklęcie, przeżegnasz się, chlapniesz wodą tu i tam, i bum! czart zniknie z wrzaskiem w oparach siarki! Trzymała się za brzuch, chichocząc teraz — tak po prostu — psotnie, po dziewczyńsku. — Takiś mocny? — rzuciła, poważniejąc w jednej chwili. — Tacyście wszyscy mocni? Tu was owijam! — Pokazała mały palec. — Jak gałązki wiotkie, jak źdźbła trawy. Kreatury żałosne! Wiesz, po co istniejecie? Dla jaj! Dla zabicia
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jaskinia cieni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: