Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00440 007853 11235436 na godz. na dobę w sumie
Jestem ziarnkiem piasku - ebook/pdf
Jestem ziarnkiem piasku - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Zima Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-913108-7-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nie brzydzisz się szczurów? Lubisz piwnice pełnych punków i innych dziwnie wyglądających ludzi? Nie drażni Cię przesterowana gitara? A jakich piosenek słuchasz? Nie znosisz tych o miłości, nadziei i ptaszkach? W porządku, ta książka Cię zainteresuje. W tej książce rządzi rock`n`roll!

„Jestem ziarnkiem piasku” to autobiografia tekściarza, muzyka i kompozytora Dariusza Duszy. Był założycielem legendarnej punkowej Śmierci Klinicznej. Przez długie lata szalał z gitarą na scenie w zespole Shakin` Dudi. Nagrał kilkanaście płyt, napisał kilkaset tekstów. Wiele z nich weszło do kanonu polskiego rocka, tak jak 'Au sza la la la' i 'Och, Ziuta' Shakin` Dudiego czy 'Malowany ptak' i 'Zapal świeczkę' Dżemu. Autor pozostał wierny rock`n`rollowi, nadal tworzy i gra w zespole Redakcja, pisze też teksty piosenek dla wielu znanych wykonawców. Ta książka to więcej niż zbiór anegdot z trasy koncertowej. Pokazuje Polskę lat osiemdziesiątych widzianą oczami zbuntowanego punkowca. Autor opisuje kultowe polskie festiwale. Prowadzi nas za kulisy, oprowadza po studiach nagraniowych. Czasem zabierze na imprezę, czasem zostawi na którymś ze swoich życiowych zakrętów. Wraz z nim trafiamy do czasów współczesnych, by poznać blaski i cienie bycia rock`n`rollowcem.. Jednak przede wszystkim jest to opowieść o pasji, niezależności i muzyce. Napisana z dystansem i humorem. To więcej niż książka o rock`n`rollu. To czysty rock`n`roll!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Elvis nie odbiera telefonu… Strummer już nigdy nie zagra… Kto mógłby napisać rekomendację? Tak, rekomendację, bo ohydny wyraz „blurb” nie zostanie tutaj użyty. No, kto mógłby napisać? Ty! Tylko Ty! Napisz własną rekomendację! Wpisz ją do większego prostokąta, w mniejszym podpisz się czytelnie. Tylko pamiętaj, by używać zwrotów: „wybitne dzieło”, „fascynująca opowieść”, „najlepiej napisana biografia”. Nie bój się spojrzeć prawdzie w oczy! Wykrzycz to! Wyrzuć to z siebie! To naprawdę świetna książka! www.zima.slask.pl cena: 40,00 zł Wydawnictwo ZIMA 1 Autor: Darek Dusza „Jestem ziarnkiem piasku” Tytuł: Wydawca ZIMA Firma Fonograficzno-Handlowa Marek Niewiarowski ul. Traugutta 71B/7 Pyskowice Copyright: © ZIMA (2016) ISBN 978-83-913108-7-8 Wydanie pierwsze Materiały zdjęciowe pochodzą z archiwum autora. Autorzy zdjęć, o ile zna- ni, podpisani są przy zdjęciach. Niepodpisane pochodzą ze zbiorów pry- watnych różnych osób. Staraliśmy się ustalić, kto jest autorem, niestety okazało się to niemożliwe – niemniej naruszenie czyichkolwiek praw autor- skich nie było nasza intencją – prosimy o informacje, jeśli autorzy rozpozna- ją swoje zdjęcia, ew. jeśli znacie autorów. Prawa autorskie zastrzeżone, lecz cytowanie fragmentów w celach nieko- mercyjnych – ze wskazaniem źródła – mile widziane. Projekt, typografia, zdjęcia na okładce, również część w środku: © copyright (2016) mirosław ryszard makowski Realizacja i druk: Ośrodek Wydawniczo Poligraficzny SIM www.zima.slask.pl facebook.com/ZIMARECORDS 2 Wydawnictwo ZIMA 3 Sopot, molo (1986); „30. lat jazzu w Polsce” foto mr makowski 4 4 Nabicie! Raz, dwa, trzy, cztery! Zaczynamy. Nie lubię książkowych wstępów. Ty też? Tych podziękowań dla psa, papużki, żony, wydawcy, dawnych przyjaciół i przyszłych wrogów. Tego tłu- maczenia się, krygowania, mizdrzenia do ginącego gatunku, jakim jest Czy- telnik. Opowiadania o inspiracjach, fascynacjach i innych acjach, które to- warzyszyły autorowi w trakcie procesu twórczego. Wstępy są gorsze, niż opisy przyrody. Niemniej każda dobra książka powinna mieć wstęp. Tak jak każdy utwór muzyczny. Byle nie był to wstęp rozwlekły i nudny. Niech bę- dzie krótko i żołnierskim, prostym językiem. Dlaczego napisałem? A dlaczego nie? Wszyscy polscy muzycy wydają wspomnienia. Za- pewne z nadmiaru wolnego czasu i faktu, że łatwiej sprzedać dziś książkę niż płytę. Czemu miałbym nie spróbować? Fakty coraz bardziej zacierają się w pamięci, powoli odchodzą potencjalni czytelnicy. Ba, rock’n’roll zo- stał ginącym gatunkiem i powinien trafić do Czerwonej Księgi. Rock’n’roll i my, rock’n’rollowcy. Chociaż tak naprawdę nie jestem sentymentalny. Czasy się zmienia- ją, muzyka się zmienia. I dobrze. Stare pierdziele zawsze narzekają, a mło- dzi mają to marudzenie w dupie. Miałem wielkie szczęście, że udało mi się grać w najlepszym dla polskiej muzyki czasie. Grałem w świetnych zespo- łach ze wspaniałymi muzykami. Grałem rock’n’rolla, punka, reggae i rocka. Nagrałem wiele płyt, na jeszcze więcej krążków trafiły moje teksty. Dzię- ki muzyce przeżyłem wiele przygód, poznałem wielu sympatycznych ludzi. Muzyka pozwalała i pozwala przetrwać. Bez niej świat byłby milczeniem. Starczy tego wstępu? Mogę Wam podać sto kolejnych powodów, dla których usiadłem przy klawiaturze. Przerośnięte ego? Chęć zysku? Tani sen- tymentalizm? Kogo to obchodzi? Ważne, żeby się dobrze czytało. Pewnie poplączę jakieś fakty, pewnie przekręcę kilka nazwisk. Pew- nie zapomnę o kilku niemiłych sytuacjach. Wykreślę z pamięci kilku wred- nych typów. Ktoś się obrazi, ktoś zostanie pominięty. Parę rzeczy przemil- czę. Przywilej autora. To nie jest praca naukowa. Z drugiej strony na pewno nie hagiografia. Ważne, żeby się dobrze czytało. Tyle wstępu, zaraz zacznie się pierwsza zwrotka. 5 Mama i ja, archiwum rodzinne 66 Rozdział 1 Urodziłem się… Nie przerywaj, skoro piszę tę książkę, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że wcześniej się urodziłem. Urodzi- łem się w Gliwicach, na Górnym Śląsku. Bardziej dociekliwi mogą sobie wyguglać, co to za dziura. W porywach zasiedlało ją dwieście tysięcy gli- wiczan, zatrudnionych w lokalnych hutach, kopalniach i innych zakładach przemysłu ciężkiego. Część ludności pracowała w różnego rodzaju biurach projektowych, Gliwice uchodziły za miasto inteligentów. Mądrość spływała z archipelagu Politechniki Śląskiej. Tuż przy tym archipelagu mieszkałem. Moje miasto było również znane z produkcji czołgów i innych środ- ków do zabijania w zakładach w Łabędach. Oczywiście za komuny nikt się tym nie chwalił, nikt nie chełpił. Przecież wraz z bratnim narodem radziec- kim miłowaliśmy i krzewiliśmy pokój. Ileś lat później chodziłem na ryby na teren poligonu czołgowego, mijając naszego eksportowego „Twardego”. Ustroje się zmieniają, natura ludzka nie. Zabijać! Mordować i dobrze na tym zarabiać. Na pewno słyszeliście też o Kanale Gliwickim, dawniej Adolf- -Hitler-Kanal? Nie? To już raczej nie usłyszycie, nic nim nie pływa. Kiedyś wożono nim ze Śląska węgiel. Gliwice są najbardziej wysuniętym na zachód miastem Górnego Śląska. Stąd krążące wtedy mity o najbardziej zielonym i czystym mieście regionu. Tak jakby te koksownie, huty (w tym jedna w sa- mym centrum) waliły ozonem. Może faktycznie Gliwice były nieco ładniejsze, niż typowo robotni- cze śląskie miasta. Rynek, zameczek piastowski, dwa duże parki. A na za- chód od miasta zaczynały się lasy, pola i dzikie stepy. Jednak było to (nadal jest) miasto bardzo okaleczone wojną, pełne pustych placów po zniszczo- nych kamienicach. Odbudowywane chaotycznie i byle jak. Do kamienic z końca dziewiętnastego wieku doklejano socrealistyczne plomby. Pomiędzy zwartą, secesyjną zabudowę wstawiano socrealistyczne pudełka. Takie jak dom przy ulicy Moniuszki, w którym spędziłem dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Pięciopiętrowy, trzy klatki schodowe. Narażony na opad rdzawego pyłu z Huty Pierwszego Maja. Wypranych białych koszul nie należało su- szyć na balkonie. Prostopadle do domu wznosił się pagórek, pod którym znajdował się schron przeciwatomowy. Wejście do środka i spenetrowanie tego schronu było niespełnionym marzeniem mojego dzieciństwa. Próbo- 7 waliśmy z kolegami niejeden raz. Niestety… Przed wejściami do klatek roz- ciągało się porośnięte trawą podwórko. Rosło na nim parę kasztanowców, lipa, topole i niewielka jabłonka. Co roku owocowała, zielone, kwaśne jabł- ka znikały w ciągu kilku chwil. Dalej ciągnęły się garaże, przylegające do fabryki wyrobów z tworzyw sztucznych. Centrum miasta, nieźle? Kawałek dalej zaczynało się tzw. „Górnicze”, czyli podwórko przed domem należą- cym do jakiegoś biura górniczego czy też kopalni. Tuż za nim biegła ulica Dworcowa vel 1 Maja vel Jana Pawła II. Jak widać nazwy ulic są funkcją zmieniającej się władzy. Cóż tam jeszcze ważnego było w okolicy mojego domu? Rzeka Kłod- nica, czyli wtedy radioaktywny kanał odprowadzający ścieki i wody kopal- niane z połowy Śląska. Teraz ponoć pływają w niej ryby, co jest kolejnym dowodem na deindustrializację. Fuj, co za paskudne słowo, na dodatek nie występujące w języku polskim. Ale inteligentny czytelnik skumał, o co cho. Przy Kłodnicy stał kościół św. Barbary, w późniejszym czasie miejsce zbiór- ki ekipy chodzącej na giełdy płytowe. W pobliżu było parę sklepów: wa- rzywniak, spożywczy i mięsny. I przede wszystkim był sklep pani Skowronowej. Najlepszy sklep pod słońcem. Prywatny. Jasne okienko kapitalizmu w mrocznym, socreali- stycznym baraku. Tam chodziło się po oranżadę, tam wymieniało się syfony z wodą sodową. Skowronowa miała świeże warzywa, ciastka, czekolady. I żurek. Żurek na Śląsku to sprawa istotna, a dobry żurek to wręcz sprawa strategiczna. Nie ma się z czego śmiać, w innych regionach Polski nieudol- nie próbuje się podrobić tę śląską potrawę. Próbuje bezskutecznie, bo żur smakuje tylko na Śląsku. Sklep Skowronowej był jak z baśni, tylko Pewex był w stanie go przebić. Nie chcę silić się na ironię, ale osoby z krótką pa- mięcią oraz urodzone po 89 roku uprzejmie informuję: Biedronki ani Żab- ki w pobliżu mojego domu nie było. Nie było na całym Górnym Śląsku. Nie było w całej Polsce! No pewnie, że dinozaury wymarły wcześniej. Dobra, od tego miejsca pojawią się przypisy. Dzięki temu tekst bę- dzie zrozumiały dla wszystkich grup wiekowych. Może jednak lepiej nie? Przypisy bardzo łamią rytm, zakłócają czytanie. Przecież drogi Czytelniku musisz być inteligentny. Nikt nie pisze dla ameb. Ameby książek nie potrze- bują. Zadowolą ich jutuberzy i współczesne polskie kabarety. Gdybym my- ślał o samobójstwie, wybrałbym godzinę z jednym z kabaretów lansowa- nych na Polsacie. Albo godzinę oglądania rozśmieszaczy z netu. 8 Szczanie, pierdy, szczanie. Hu- mor made in USA. O, jeszcze beka- nie. Bekanie jest niezwykle ważne dla współczesnej popkultury. Przepraszam, zapomnia- łem dodać, że urodziłem się w grud- niu 1961 roku. Nie pamiętam nic z pierwszych lat mojego dzieciństwa. Byłem ślicznym pączusiem z blond lokami, przynajmniej tak wyglądam na nielicznych czarno-białych fotach z tamtego okresu. Pierwsze mgliste wspomnienia to ja, w łóżeczku z lal- ką murzynkiem i mama podająca ły- żeczką lekarstwo. Potem kolejne ob- razy: porwane, niespójne. Siedzę na rowerku, leżę gdzieś na plaży, leżę na łące. Leżę na moście w Ustroniu i drę ryja na całego: Gdzieś nad Bałtykiem, archiwum rodzinne – Kup! Kup! Kup! Obok zażenowani rodzice patrzą na mnie, jak na obce dziecko. – Darek, wstań – spokojnym głosem tłumaczy mama. Upatrzyłem sobie w kiosku jakiś badziew i koniecznie chciałem, żeby go kupili. Pojawił się impas. To co zrobił trzyletni Daruś? Wzorem Ma- hatmy Gandhiego i innych bojowników o wolność pacnąłem na asfalt i za- stosowałem bierny opór. Lecz rodzice byli sprytniejsi. Po prostu zaczęli się oddalać. Nieśpiesznie, ale bez oglądania się na mnie. Oj, jak szybko zerwa- łem się z mostu! Pierdolić kioskowy badziew! Właśnie, rodzice. Mama, tleniona blondynka, z fryzurą à la Brenda Lee. Ojciec z ciemnymi włosami bardziej pod Elvisa. Ach, te stylówy z lat sześćdziesiątych. Mama twierdziła, że była wzrostu średniego. No dobra, niech jej będzie. Ojciec wysoki i wtedy szczupły, z tendencją do poszerza- nia obwodu pasa. Kiedyś uprawiał boks w swojej ukochanej Wiśle Kraków, ale z wiekiem mięśnie zastąpił tłuszczykiem. Mama była aniołem. Naprawdę. Wiem, że większość ludzi tak na- pisze o swoich matkach, lecz ja będę się upierał. Mama była licencjono- 9 wanym aniołem. Nigdy nie klęła. Nigdy nie kłamała. W życiu nie słysza- łem, żeby powiedziała coś złego o innym człowieku. Była w stu procentach uczciwa, nie znała zawiści, czy zazdrości. Może dlatego tyle lat wytrzyma- ła z tatą. No, ten to na tytuł anioła nie zasługiwał. Miał dużą słabość do al- koholu, słabość, która mocno to jego życie komplikowała, a nam przyspa- rzała wielu zmartwień. Jednak i on w końcu został aniołem. Nagle w wieku lat sześćdziesięciu zupełnie odstawił alkohol, a potem świetnie opiekował się mamą, którą dopadła kurewska choroba Alzheimera. Na finiszu swoje- go związku moi rodzice znów byli zakochaną w sobie parą. Mama pochodziła z Pomorza, miała dwie młodsze siostry. Jej ojciec rozstał się z babcią, która przeprowadziła się do Bydgoszczy i tam zamiesz- kała. Ojciec miał jedną siostrę, Hanię. Jego ojciec, a mój dziadek, był na- uczycielem. Babcia, w czasach, które wyraźnie pamiętam, była sparaliżo- wana. W pokoju, w którym leżała na szafce stały dziesiątki lekarstw, część sprowadzana z zagranicy. Niestety, nic nie pomagało. Rodzice poznali się na studiach w Krakowie, oboje kończyli peda- gogikę. Z całym tym stalinowskim bagażem syfu. Uczyli historii. Właści- wie uczyli oficjalnej wersji historii, bo ta prawdziwa wersja za komuny była skrzętnie ukrywana i przekłamywana. Chociaż, czy istnieje w ogóle praw- dziwa wersja historii? Na odtrutkę w domu stały ocalone ze skupu makula- tury dzieła zebrane Piłsudskiego. Przeczytałem je całe w wieku lat osiem- nastu. Tak, całe, pisma, mowy, rozkazy. Trochę męcząca lektura, ale byłem ambitny. Po studiach rodzice dostali nakaz pracy i wylądowali w Gliwicach. Najpierw mieszkali w wynajmowanym pokoju, potem już ze mną wprowa- dzili się do dwupokojowego mieszkania na Moniuszki. Kolejny przykurzony obrazek z mojej pamięci, to przedszkole. Do- kładniej kanapka z rybą. Ryb nie cierpiałem, a pani przedszkolanka usiło- wała mnie do nich przekonać wciskając mi kanapkę siłą do buzi. Owszem, wpakowała, ale do przełknięcia tego świństwa już nie potrafiła mnie prze- konać. Z wielką satysfakcją udało mi się wypluć wszystko na jej sukienkę. Konsekwencją tego kolejnego przejawu buntu było wypisanie mnie z przed- szkola. Zaczął się złoty wiek nianiek. Porzuciłem bunt i w wieku trzech lat zacząłem wieść błogi, mieszczański żywot. Pierwsza niania była Ślązaczką. A może Niemką? Nie wiem, w każ- dym razie wyjechała na stałe do Niemiec. Doskonale gotowała, nauczyła mamę jak zrobić klasyczne śląskie rolady (wiadomo, że z kluskami i mo- 10 drą kapustą). Robiła też „zupę nic”. Nie znacie? Wlejcie szklankę mleka do garnka, podgrzejcie i dodajcie do niego żółtko utarte z czterema łyżeczkami cukru. Tylko nie zagotujcie. Z białka i cukru ubijcie pianę i łyżeczką ułóżcie na zupie. I to wszystko. Mniam do kwadratu! Przedpołudnia spędzałem z nianią, popołudnia z rodzicami. Nieste- ty, czas rolad gdzieś po roku dobiegł końca. Jeszcze przez dwa lata niania przysyłała „pakety” z Niemiec. Ciuchy, czekolady i inne pyszności. To był czas gomułkowskiej, siermiężnej biedy. A prezenty od niani były takie pięk- ne, kolorowe, ślicznie opakowane. Druga niania pochodziła ze Wschodu. Mówiła ze śpiewnym akcen- tem, gotowała barszcz, pierogi ruskie i kopytka ziemniaczane. Była też bar- dziej rozrywkowa niż poprzednia. Często zabierała mnie do parku, gdzie jej kolesie grali w karty i walili browce. Niania siedziała z nimi, jarała szlugi i pewnie też lekko popijała. Sądzę, że mama nie byłaby zachwycona, gdyby wiedziała, jak wyglądają moje spacery. Tak, w nianiach miałem swoiste multikulti. Z jeden strony Wschód, z drugiej Zachód. Z jednej strony rolada z modrą kapustą, z drugiej pierogi ruskie i barszcz. A na półce nad stołem Piłsudski i jego teoria dwóch wro- gów. Słowem, groch z kapustą. Przyszedł czas na szkołę. Poszedłem do podstawówki nr 17, w któ- rej pracowała moja mama. Chyba była trochę nadopiekuńcza, a swoją dro- gą łatwiej było jej pogodzić pracę z opieką nade mną. Szkoły specjalnie się nie bałem. Już wcześniej mama zabierała mnie na lekcje, wcześniej też nauczyłem się czytać. Ale to ranne wstawanie, koszmar. Kali- grafia okazała się jeszcze większą masakrą. Może powinienem się wtedy bardziej przyłożyć do smarowania w zeszycie w linijki tych wszystkich kółeczek, laseczek i literek? Ileś lat później parę razy nie potrafiłem rozszyfrować odręcznie napisanych tekstów piosenek. Dyskaligrafia, po prostu usprawiedliwia mnie dyskaligrafia. – …ski, do tablicy! Idzie blady, bo tradycyjnie się nie przygotował. On to wie, my to wie- my, nauczyciel też. Ale przedstawienie trwa. Pytania, odpowiedzi. W koń- cu finał. – Dawaj rękę! – nauczyciel trzyma w prawej ręce wielgaśną linijkę i wali biednego ucznia po łapach. Kika razy też oberwałem, nie pamiętam za co, ale dostałem. Na pewno nie za czytanie. Zawsze lubiłem czytać, zo- e n n i z d o r i m u w h c r a . r 0 8 9 1 11 stało mi to do dziś. Przez pięć lat przeczytałem praktycznie całą szkolną bibliotekę. Wszystko jak leciało: od „Chłopców z Placu Broni”, przez serię „Tygrysów” po Sienkiewicza i przygody Winnetou. Uwielbiałem przynosić z biblioteki po kilka tomów, ubranych w beżowy, gruby papier. Potem zaszyć się w pokoju i zupełnie odlecieć, zanurzyć się w lekturze, przenieść do in- nego świata. Z rozpędu łyknąłem też całą domową bibliotekę. Najbardziej spodobały mi się „Słówka” Boya-Żeleńskiego. Pasjonowało mnie przeglą- danie encyklopedii i wertowanie map. Najbardziej jednak lubiłem podwórko. Podwórko i podwórkowych przyjaciół. Przed naszym domem kręciło się pełno tubylczej dzieciarni. Przychodziły też dzieciaki z okolicznych kamienic, tam w betonowych stud- niach nie mogłyby poszaleć i pograć w gałę. Była to jedna z naszych ulu- bionych rozrywek, granie w piłkę przy garażach. Na pewno nie byłem w tym dobry, ale czego się nie robi dla zdobycia uznania kolegów. Kolegów miałem różnych. Nasz dom nazywano „nauczycielskim”. Faktycznie, w większości zamieszkiwali go nauczyciele z rodzinami. Hmm, trochę dziwna była ta inteligencja. Jedna familia notorycznie wyrzucała wszystkie śmieci przez okno. Inny kolo namiętnie polował na dworcu na młode wiejskie dziewczyny i przyprowadzał je do mieszkania na piątym piętrze, z czarnymi, nigdy nie umytymi oknami. Gdy dwóch kolesi włamało się do fabryki plastików i wyniosło jakieś talerzyki, wiaderka, to cała inte- ligencja stała w kolejce i kupowała od nich te fanty. Tak, dzisiaj pewnie by zeznali, że walczyli z systemem. W soboty duża część męskiej inteligencji udawała się do pobliskich spelun i tam dawała w palnik. Niestety mój tato również. Za to w niedzie- lę ci sami dżentelmeni, z czerwonymi szyjami, zdezynfekowanymi Przemy- sławką, karnie stali w kościele przy swoich wkurzonych żonach. Bywa, nie wszyscy są aniołami. Blok zasiedlono w 1962 r., stąd wiele rodzin miało dzieciaki w po- dobnym wieku. Wiadomo, własny kącik, własne wyrko, własna meblo- ścianka na wysoki połysk i rodziły się dzieciaki. Kolegów z podwórka pa- miętam lepiej niż kolesi z podstawówki. Może dlatego, że potem przewijali się przez całe moje życie? Dołączyli do punkowej załogi Śmierci Klinicz- nej, kilku później zatrudniłem w dziale handlowym, którym zarządzałem (nie, nie, dyrektorem nie byłem, ratunku!). Z kilkoma spotykam się do dzi- siaj. Tak, pamiętam twarze, imiona i nazwiska: Darek Wiśniowski, Piotrek 12 Nowicki, Piotrek Węglarski, Tomek Płonka, Rysiek Madaj, Jacek i Wojtek Kwiatkowscy, Grzesiek Kaziewicz, Jurek Zieliński. Tomek i Grzesiek Ba- ran. Byli też o kilka lat starsi: Marian Węglarski, Marek Połowczuk, Krzy- siek Wania, Darek Szurlej, Witek Budzioch. Do tego na podwórku można było spotkać wielu innych chłopaków, często z gitowsko-chuligańskich kli- matów. Z nimi też się dało pogadać, pograć w piłkę, czy na przykład wy- sadzić w powietrze śmietnik. Pirotechnika była naszym wspólnym hob- by, parę razy po udanych detonacjach na podwórko zajeżdżała milicyjna nyska. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział, zawsze się nam upiekło. Chociaż w kamienicy obok mieszkał jakiś oszalały ormowiec, który co jakiś czas próbował nas utemperować. Podobnie jak dozorca z sąsiedniego po- dwórka, niejaki Fufu. On również nie był fanem petard, ani saletry płoną- cej na jego parapecie. Dziwne, ale nawet zapalające strzały, które robiliśmy pod wrażeniem filmów z Winnetou nie zachwycały ani jego, ani sąsiadów. Oprócz kolegów mieliśmy oczywiście koleżanki, ale wtedy to one nadawały się wyłącznie do zabawy w chowanego. Szpaczki, Agata, Jola, Ola, Joanna, Lila, Marzena ganiały z nami po podwórku, dopóki nie podro- sły na tyle, by u ich boku pojawili się jacyś smętni fagasi. Myśmy byli po- nadto. I szkoda, bo większość dziewczyn na podwórku była naprawdę ład- na. Cóż, chłopcy dojrzewają później, albo wcale. Zazwyczaj wcale. Graliśmy w chowanego, goniliśmy się z plastikowymi pistoletami. Je- sienią robiliśmy ogniska z liści i gałęzi, przeganiani przez nawiedzoną są- siadkę. Strzelaliśmy namiętnie z różnego rodzaju proc. Drogie hobby, mam na koncie dużą szybę w pobliskim maglu. Jeden z kolegów skonstruował nawet samopał. Jednym strzałem pokiereszował metalowy kontener na śmieci. Łaziliśmy po dachach, szczytem odwagi było przeskoczenie po- między dwoma ciągami garaży. Mieliśmy na podwórku zdezelowaną pia- skownicę, która pełniła funkcję wielkiej kociej kuwety. Raz na jakiś czas remontowano nam huśtawki i karuzelę, co zawsze owocowało dużą ilo- ścią wstrząśnień mózgu. Sam takowe zaliczyłem, gdy huśtawka skasowała mnie od tyłu. W potylicę! Zimą nasz nigdy nie zdobyty schron przeciwato- mowy zamieniał się w ekskluzywny stok narciarski, saneczkowy, łyżwiar- ski i tyłkowy. Polewaliśmy go wodą, żeby można się było ślizgać. Ale była zabawa! Przez krótką chwilę, pod wpływem wycieczki do gliwickiego mu- zeum zaczęliśmy się interesować archeologią. Prowadziliśmy bardzo za- 13 awansowane prace archeologiczne na terenie całego podwórka. Liczyliśmy, że uda nam się wykopać coś fajnego: granat, ludzką czaszkę, przynajmniej pistolet. Nic nie znaleźliśmy, oprócz kości mamuta. No tak, coś tam wyko- paliśmy i mój kumpel Darek zawyrokował: – Mamut. – Jaki mamut? – Mamut, na sto procent mamut! – Zalewasz… – Mamut, byłem wczoraj na wycieczce w muzeum, to wiem. Po godzinie domniemana kość mamuta zaczęła nas nudzić i spokoj- nie wróciliśmy do zabawy w wojnę. Kość porzuciliśmy. Najgorzej, gdy nie było pogody. Nie mogłeś być wtedy, jak Thierry Śmiałek, który kręcił procą i wypuszczał kamulce we wroga. Nie mogłeś, jak Ivanhoe przegalopować przez podwórko z bojowym okrzykiem. Nawet nie było jak podpalić gazety (wtedy robiono je z papieru, który się palił) od spodu, żeby zainicjować Bonanzę. Za to mogłeś odpalić telewizor. Biało- -czarny oczywiście. Mogli wpaść sąsiedzi, bo wieczorem, w sobotę leciały westerny. Leciały też filmy wojenne. I Czterej Pancerni. I Hans Kloss. Gdy z mojego życia zniknęły nianie, zastąpił je telewizor. W czwar- tek można było obejrzeć mrożące krew w żyłach spektakle Teatru Sensacji „Kobra”. Oczywiście, jeśli rodzice pozwolili. Z zapartym tchem oglądałem popularno-naukową „Eurekę”, którą w latach siedemdziesiątych zastąpiła „Sonda”. Siedem lat później z Shakin’ Dudi graliśmy wspólnie trasę koncer- tową z tym programem. Tak, tak Kurek, Kamiński i my, szaleni rock’n’rol- lowcy. Obaj panowie mieli świetny kontakt z publicznością i prostym, ko- munikatywnym językiem potrafili przekazywać wiedzę. Szkoda… Właściwie łykałem wszystkie programy, począwszy od niedzielnych, porannych rolniczych. W wieku lat dziesięciu, jak każdy rodak znałem się na wszystkim. Na architekturze, dzięki oglądaniu „Piórkiem i węglem”, na zwierzętach dzięki Gucwińskim, a życie sławnych aktorów, muzyków i przodowników pracy socjalistycznej poznawałem w „Tele echu”. IQ windo- wał mi w górę pierwszy polski teleturniej „Wielka gra”. W pierwszej fazie telemaniactwa oglądałem bajki dla dzieci. Jak ja nie cierpiałem „Gąski Bal- binki” i tego skurwiałego Ptysia, z nieodłącznym, przemielonym przez nos tekstem „Cześć Balbina”. Duet Jacka i Agatki też doprowadzał mnie do roz- stroju nerwowego. Na szczęście mogłem przytulić się do misia. Teraz nie- 14 stety nie mam misia i kontakt z telewizją wyrządza mi o wiele większe spu- stoszenie w organizmie, szczególnie, gdy są to programy publicystyczne lub informacyjne. Chyba kupię misia. Lub znów na rok wyrzucę telewizor. Bolka i Lolka lubiłem, bardzo. Amerykańskie kreskówki też kocha- łem. Ale tego enerdowskiego dziada nie znosiłem. Piaskowy Dziadek. Stasi dziadyga, z okropną piosenką. Do dzisiaj ją pamiętam. Chcecie, to Wam za- nucę? Nie? To nie. Dobra, starczy o tej telewizji, chociaż nie, jeszcze o jed- nym ważnym programie. Adam Słodowy, pierwszy punk na świecie, pierw- szy propagator hasła D.I.Y. (Wykonaj to własnoręcznie). Twórca kultowego programu „Zrób to sam”. Gdyby Les Paul lub Leo Fender zobaczyli, jak mistrz Adam budował gitarę elektryczną z gwoździ, drutu i kawałka deski, natychmiast przekazaliby mu swoje fabryki. Za darmo. Program polskiego MacGyvera wpędzał mnie tylko w kompleksy. Jemu wszystko wychodziło, wszystko działało. Natomiast, gdy próbowałem go naśladować… Porażka. Kiedy rozdawali talent do majsterkowania, poszedłem chyba wtedy na pa- pierosa. Albo na piwo? Podwórko, koledzy, książki, telewizja. Mały, stabilny świat. Gdzieś w czwartej klasie podstawówki zapisałem się na judo. Przez trzy lata zasu- wałem na macie, ubrany w białe judogi. Potem sekcję rozwiązali i przenie- śli nas do AZS-u. Kariera sportowa nie była moim marzeniem, dlatego zre- zygnowałem. W piątej klasie zacząłem chodzić na angielski, do szkółki prowadzo- nej przez KMPiK. W szkole uczono nas rosyjskiego. Z tych kilku lat spę- dzonych w Szkole Podstawowej nr 17 niewiele zostało mi w głowie. O wie- le więcej pamięta mój przyjaciel Marek Nowowiejski, z którym siedziałem przez jakiś czas w jednej ławce. On ma w ogóle fenomenalną pamięć do twarzy i nazwisk. Gdy po iluś latach poszliśmy na spotkanie klasowe, roz- poznał i kojarzył wszystkich. A ja tylko pamiętałem, że w czwartej kla- sie ktoś mi mazaki zajuchcił. Takie piękne, przysłane przez nianię z RFN- -u. Spotkanie trochę odkurzyło moją głowę, przypomniały mi się prywatki u Marka, który częstował kabanosami i coca colą (to już lata siedemdzie- siąte i wujek Edward). Pamiętam też czarny fortepian, który stał w mieszkaniu mojej przy- jaciółki Beaty Lottko. Przypomniały mi się odwiedziny u koleżanek miesz- kających w domach na Ptasiej Dzielnicy. Jedna z nich miała mikroskop! Za- bawkowy, ale mikroskop! Rany, jak ja chciałem mieć mikroskop. Zapomnij 15 Darku. Biedą obdzielano wtedy równo. Teraz obdzielają nierówno. Nie byli- śmy wtedy społeczeństwem konsumpcyjnym. Miałem jedną parę butów na zimę, jedną na lato. Dwie pary zimowych spodni, dwie pary letnich, parę swetrów, trochę koszulek i pocerowanych skarpetek. Szału nie było. Ale większość dzieciaków na dzielni żyła podobnie. Tylko ci, którzy mieli ro- dzinę zagranicą mieli trochę lepiej. A, przepraszam, miałem jeszcze rower, składaka i zegarek. Oczywiście, że komunijne! Dziurawa ta głowa, pusta. Tyle z niej wyciekło. Pamiętam jeszcze jak czołgi na Czechosłowację jechały w 1968 roku. Przejeżdżały ulicą Dworco- wą, następnego dnia jeszcze było widać ślady po gąsienicach. Ten 68 to nie był dobry rok. Ojciec co jakiś czas przynosił wedlow- skie czekoladki, które kupował spod lady u znajomego w sklepie cukierni- czym. W 68 roku skończyło się. Znajomy wyjechał. Żyd? Czemu Żyd mu- siał wyjechać? Nie rozumiałem. Nie wyssałem antysemityzmu z mlekiem matki. Tak samo jak większość moich rówieśników. Dopiero gdzieś w wieku lat dwudziestu spotkałem się z odchyłami antysemickimi i rasistowskimi. No, Cyganów trochę nie lubiliśmy, bo się ich baliśmy. W pobliskiej alejce kręciło się kilkunastu, kobiety wróżyły z kart, a kolesie zajmowali się jaraniem szlugów. Słowo pedał znałem, ale tak do końca nie wiedziałem, co ono znaczy. Tak to jest, gdy się ma wielu starszych kolegów. Co tam Cyganie, Żydzi czy Murzyni. Najbardziej przechlapane mie- li Ślązacy. Widać to było w szkole. Niektórzy nauczyciele pastwili się nad nimi: za akcent, za przekręcanie wyrazów, za byle co. Miałeś na imię Erwin i od razu byłeś gorszy. Byłeś Szwabem, wrogiem. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, jak wstrętne to było, jak ko- muna manipulowała i antagonizowała społeczeństwo. Biedne dzieciaki, na- prawdę miały pod górkę przez swoją śląskość. Idąc do szóstej klasy zmieniłem szkołę. Moja mama przestała pra- cować w podstawówce, przeniosła się do technikum, nie było więc powo- du, bym zasuwał z kapcia dwa kaemy do budy. Poszedłem tam, gdzie cho- dziła moja dzielnica, do szkoły nr 28. Szkoła była wypasiona, zbudowana w ramach akcji „Tysiąc szkół na Tysiąclecie” i miała nawet basen. Niestety. Tak, niestety, bo ja zupełnie, ale to zupełnie nie umiałem pływać. Byłem pływacką ofermą, wodną fajtłapą. Z innymi sportami radziłem so- bie dobrze, z lekkoatletyką wręcz bardzo dobrze. Szybko biegałem, daleko i wysoko skakałem. A i w dziób dać potrafiłem, o czym przekonało się kil- 16 ku dżentelmenów. To już w ramach zajęć pozalekcyjnych. Ale wsadzony do wody tonąłem i basta. Z wszystkich przedmiotów miałem piątki, a z pły- wania lufy. Nie, nie nauczyłem się pływać. Odpracowałem, pisząc referaty o sporcie. Dopiero po latach znalazłem przyjemność w pływaniu. Pływam słabo, stylem raczej rozpaczliwym. Dobrze, gdy w pobliżu jest Grażyna. Ta dam! Po raz pierwszy na łamach książki pojawiło się imię mojej Królowej! Gdy na brzegu basenu lub jeziora jest moja Pani, wtedy co jakiś czas krótkim warknięciem: „Oddychaj” ratuje mi życie. Tak się zapamiętuję w pływaniu, że na inne czynności życiowe nie starczy mi uwagi. W ławce siedziałem z Ryśkiem Madajem, kolegą z podwórka. Rysiek był synem trenera kolarskiego. Jego ojciec przez pewien czas trenował pol- ską reprezentację, potem austriacką. Sam Rysiek też czynnie uprawiał ko- larstwo. No i miał rzutnik, na którym wyświetlał pornole. To tak à propos edukacji seksualnej. Kilka projekcji i wszystko było jasne. Prawie wszyst- ko… Inni koledzy mieli z kolei zachodnie świerszczyki. Chociaż ciekawsze były komiksy. Oprócz Supermanów i Batmanów królował Tytus, Romek i A’Tomek, Kajko i Kokosz oraz Kapitan Żbik. Kołobrzeg, 2007 r. fot. Grażyna Kozera-Dusza 17 Nowa podstawówka, nowi koledzy, nowe koleżanki. Pierwsze randki w parku. Pierwsze westchnienia. Prywatki, niektóre bez alko, inne z jakimś małym winkiem. Ukochane pościelówy, przy których można było w tańcu przytulić się do koleżanki. Największe branie miały dziewczyny, którym naj- szybciej urosły cycki. W tańcu osiągnąłem ten sam poziom, co w pływaniu. Nie polecam, drogie Panie. Unikam. No, chyba, że pogo. Prywatki i szkolne wycieczki urozmaicały monotonię szkoły. Uczy- łem się dobrze, nie zabierało mi to zbyt wiele czasu. Podwórko zabierało go znacznie więcej. Słuchanie muzyki jeszcze więcej. Miałem różne pomy- sły, które moja mama określała jako „słomiany zapał”. Przez chwilę chcia- łem być harcerzem, potem chodziłem na jakieś kółka zainteresowań, lecz szybko mi się to znudziło. Tak jak wielu kolegów zbierałem też pudełka po papierosach. Inni kolekcjonowali puszki po piwie. Niezły fajans, prawda? Wieszać śmieci na makatkach, albo ustawiać śmieci na meblościankach. Na szczęście szybko zamieniłem zbieranie pudełek po fajkach na zbieranie znaczków. Przynajmniej na oglądanie znaczków mogłem od cza- su do czasu zaprosić jakąś koleżankę. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Pomimo teoretycznej wiedzy z praktyką sobie nie za bardzo radziłem. Dopiero póź- niej, na wakacjach, w upalną noc lipcową, w ośrodku wczasowym, gdy ro- 18 Gdzieś nad Bałtykiem, archiwum rodzinne dzice poszli na dansing. Straszne, nawet nie pamiętam jej twarzy. Ona mo- jej pewnie też. Takim prawdziwym hobby, które zacząłem uprawiać było wędkar- stwo. Wyrobiłem kartę wędkarską pod koniec podstawówki i ta atawistycz- na pasja towarzyszy mi do dziś. Nie będę jednak Was zanudzał wędkar- skimi opowieściami, one znalazły miejsce na łamach czterech wędkarskich książek, które kiedyś popełniłem. Tak naprawdę, to z tej szkoły najlepsze były wakacje. Ojciec miał wielu znajomych i co roku załatwiał wczasy nad morzem, rzadziej w gó- rach. Jeździliśmy na minimum miesiąc. Najpierw pociągami, potem samo- chodem. No, prawie samochodem, bo był to ruski Zaporożec, który chodził jak kombajn i tak samo często się psuł. Gdy wyjeżdżaliśmy, nigdy nie byli- śmy pewni, gdzie się rozkraczymy. Mimo wszystko lepsza była ta zemsta Breżniewa od zatłoczonych pociągów. Zatłoczonych i śmierdzących. Człowiek ery socjalizmu rzadko spotykał na swej drodze mydło. W lecie bywało ciężko: w kolejkach na po- czcie, autobusach czy w kinie. Lepiej już było jechać warczącym Zaporoż- cem. Przez lata zwiedziłem prawie całe wybrzeże, wszystkie mniejsze i większe dziury. Wszędzie było fajnie, bo przecież to były wakacje, słod- ki czas leniuchowania. Tylko powrót do szkoły był bolesny. Rutyna, nuda, sześć dni w tygodniu. Czasem jakaś wycieczka w niedzielę, albo wyjazd na ryby. Na przykład rowerem na Cegielnię. Osobom wrażliwym i lękliwym nie polecam. Przychodzili tam gitowcy z okolicznych dzielnic, uprawiali sporty typu topienie milicjanta, lub wrzucenie do wody samochodu marki Syrena (na szczęście bez właściciela). Trochę bliżej miasta znajdowało się lodowisko, całą zimę zasuwali- śmy tam na łyżwach. Były jeszcze kina. Najmilej było w kameralnym Mi- krusie, chociaż z kilku siedzeń nie było za bardzo widać ekranu. Pamiętam doskonale „Żółtą łódź podwodną” z Beatlesami, którą tam dwa razy obej- rzałem. Zdecydowanie wolałem taki psychodeliczny lot, niż radzieckie filmy wojenne, na które chodziliśmy całą klasą. Lub akademie ku czci… Ja pier- dolę, jedyną zaletą tego typu imprez było, że odbywały się w czasie lekcji. Jak miałeś pecha, to wydelegowali Cię do wyrecytowania jakiegoś wierszy- dła-straszydła ku czci Lenina. Na lekcjach prano dziecięce mózgi w prosz- ku marki socjalizm z dodatkiem polsko-radzieckiej przyjaźni. 19 Na szczęście w domach dostawaliśmy odtrutkę. Szczególnie moc- ną dawkę dostawałem u dziadka w Tuchowie. Dziadek cały czas czekał, aż zmartwychwstanie Piłsudski i na białym koniu wjedzie do stolicy. Albo do Tuchowa. Dziadek miał lekko osłabiony słuch, dlatego puszczał radio na cały regulator. W radiu na zmianę: Głos Ameryki albo Wolna Europa. Szczerze nie cierpiał Ruskich i komuchów. Swoimi opowieściami starał się to uczucie przekazać wnuczkowi. Miał o czym opowiadać, przez kilka lat mieszkał na Polesiu, był tam kierownikiem szkoły. Gdy uciekali pociągiem przed Ukraińcami czy też Rosjanami czy też komuchami, babci od pocisku zapaliły się włosy. Wiem, wiem, to może być „urban legend”, nieważne. Dzięki dziadkowi już w czasach podstawówki znałem trochę inną wersję historii od tej serwowanej w szkole. W szkole radośnie kwitła propa- ganda sukcesu. Ostrzyżony na jeża pierwszy sekretarz mobilizował naród słynnym: „Pomożecie?”. Pomożemy! Pojawiła się coca cola, zachodnie papierosy, hiszpańskie wina, po- marańcze i banany, nawet kiedyś widziałem w sklepie limonki. Teraz wiem, że w innych regionach Polski nie było tak bogato, ale przez moment na Ślą- sku półki „Delikatesów’ uginały się od wszelakiego dobra. Kupionego na kredyt oczywiście. Nasi rządzący zawsze byli świetni w zaciąganiu kredy- tów, przecież to nie oni, tylko my je potem latami spłacamy. Jednak niemocy socjalizmu nie udawało się ukryć. Niby na półkach bogato, ale przed świętami stało się po chleb dwie godziny. Na stoisku mię- snym też dupy nie urywało. Mimo to telewizja piała z zachwytu, prasa sika- ła po nogach, tłumy skandowały na akademiach: „Edward, Edward!”. By- liśmy dziewiątą potęgą gospodarczą świata! Tylko papieru do dupy zawsze brakowało. Czasem w kiblach zamiast niego wisiały pocięte gazety, często ze zdjęciami pierwszego sekretarza. Cóż za piękna metafora! A po kilku la- tach kasa się skończyła i wszystko zaczęło się sypać. Po takich doświadczeniach z młodości, trudno było wierzyć propa- gandystom „zielonej wyspy”. Widzę dużo podobieństw pomiędzy epoką Gierka a współczesnymi czasami. Buta i bezkarność władzy są identyczne. Głupota i chamstwo tak samo. Prostactwo ponadczasowe. 20 od góry: liceum, Andrzej Burdziak i DD liceum, DD liceum, wycieczka fot. Wojciech Jaczyczko (1?, 2, 3) 21 1978 r. foto Wojciech Jaryczko 2222 Umarł Maciek, umarł I leży na desce Gdyby mu zagrali Zatańczyłby jeszcze… To pierwsza piosenka, którą pamiętam. Śpiewała ją moja babcia Pe- lagia. Znała więcej przyśpiewek, ale ta najmocniej utkwiła w mojej łepe- tynie. Pewnie przez przesłanie. Przesłanie jest w piosenkach ważne. Bab- cia była jedyną muzykalną osobą w mojej rodzinie. Reszta na szczęście nie śpiewała. Ojciec miał za to dobre poczucie rytmu, za młodu próbował na bębnach. I to tyle. Nikt w rodzinie nie grał na niczym. Same beztalencia. Jakie dźwięki towarzyszyły mi w dzieciństwie? Oprócz piosenek babci na pewno były to kolędy, puszczane z winyli z okazji świąt. Także ko- lędy śpiewane w kościele. Nie wiem, ale w czasach, gdy jeszcze chodziłem do kościoła, to naród strasznie fałszował. Chociaż i tak nic i nikt nie przebi- je organisty na pogrzebie mojego taty. Płakałem podwójnie. Wracając do winyli, to mieliśmy jeszcze kilka płyt i pocztówek dźwiękowych z drugoligowymi wykonawcami. Rodzice płyt nie kupowa- li. Wystarczyło im radio. Radio marki Wola, lampowe, z zielonym okiem. Zazwyczaj był nastawiony program pierwszy, grały Czerwone Gitary i inni specjaliści od pobeatlesowskich kujawiaków. W telewizji za to można było zerknąć na Kołobrzeg, Opole czy też Sopot. Zerkałem namiętnie, oglądając rodzime i importowane z innych baraków radzieckiego łagru gwiazdy. Do dzisiaj pamiętam Karela Gotta czy Muslima Magomajewa. Łykałem wszyst- ko, co grało i śpiewało. Dopiero z czasem włączył mi się zmysł krytyczny, dotarłem do innej muzyki i nagle większość tych dźwięków spotworniała, zaczęła budzić niesmak. Całe to łojdiridi, te marsze, te pierwowzory disco polo, imitacje rocka. Owszem, nadal lubiłem Demarczyk, Grechutę, Nieme- na, ale pozostałych już nie za bardzo. Tak naprawdę moja edukacja przyśpieszyła gwałtownie w piątej kla- sie podstawówki. Rodzice kupili mi magnetofon. Nie jakiegoś badziewne- go, polskiego szpulowca czy kaseciaka. Nie! Zostałem szczęśliwym posia- daczem kasetowego Panasonica. Do tego kochani rodziciele dołożyli kilka markowych, zachodnich kaset. Wybaczcie im, albowiem nie wiedzieli, co czynią. Zaczęło się pożyczanie kaset, przegrywanie od kolegów, nagrywa- nie z radia. Tak, z radia, bo chwilę później kupili piękny tranzystor marki Jowita. Na dzielnicy miałem wielu kumpli, którzy interesowali się muzyką. 23 Kilku z nich zresztą dostawało paczki z Zachodu, a w nich płyty i kasety. Różne, od popularnego wtedy glamu po hard rocka. T. Rex, Kiss, Slade, Purple, Zeppelini i oczywiście Black Sabbath. Ale też trochę innej, ambit- niejszej muzy: Zappa, McLaughlin. Mocno mnie ta muza wzięła, oj moc- no. Zostałem regularnym słuchaczem Trójki. Nie Listy Przebojów, wtedy jej jeszcze nie było, a gdy się pojawiła w 82 roku to niezbyt mnie interesowa- ła. Nie te piosenki, nie ci wykonawcy. No, nie licząc krótkiego okresu, gdy na listę trafiła Śmierć Kliniczna z „Nienormalnym światem”. Próżność, próż- ność nad próżnościami. Słuchałem wszystkich audycji muzycznych. Nieważne, jazz, rock czy klasyka. Na początku wciągnął mnie hard rock. Budgie, Purple, Led Zeppelin, Uriah Heep i Nazareth. Oczywiście, że Black Sabbath też. Zresz- tą z tych wszystkich wymienionych, to Ozzy i spółka obecnie są mi najbliż- si. Kasety pozapełniałem schodami do nieba wiodącymi przez dym na wo- dzie i świniami wojny w lipcowy poranek. Niestety, nigdy nie byłem mocny w archiwizacji, stąd nigdy nie byłem ekspertem w tytułach wydawnictw czy tytułach piosenek. W porywie pasji zapanowania przynajmniej nad częścią muzycznej wiedzy napisałem mini esej o zespole Deep Purple. Na szczęście zaginął, co pozwala oszczędzić i sobie i Wam jego fragmentów. Chociaż, gdy patrzę na poziom współczesnych blogów… Patrzę, nie czytam. Mój kolega z sąsiedniej klatki miał totalny odlot na AC/DC. Dzię- ki niemu mogłem poznać całą dyskografię tego świetnego australijskiego bandu. Nawet nie musiałem do niego chodzić, by posłuchać. Gdy puścił, to cała dzielnica słuchała AC piorun DC. Potem posłuchałem trochę ame- rykańskich kapel: Grand Funk Railroad, Iron Butterfly, Hendrixa. Z każdym dniem odkrywałem coś nowego. Jak nie Thin Lizzy, to Kissów albo Iggy Popa. Jak tu się nie podzielić z bliźnimi? Na kolejną prywatkę przytargałem dwie kasety z moją muzyką ta- neczną. Na jednej była składanka Black Sabbath, na drugiej coś lżejszego, czyli Led Zeppelin. Nie uwierzycie, nie chwyciło, nikt nie chciał tego tań- czyć. Poczułem się okropnie, poczułem się obcy. Na dobicie koledzy puści- li „Yellow River” zespołu Christie. Z winyla wydanego w Polsce. Potem po- leciała Abba. Cierpiałem, umierałem. W 1976 roku cierpiałem jeszcze bardziej, bo Abba wystąpiła w pol- skiej telewizji, w programie „Studio 2”. Cała Polska zamarła, ulice opusto- 24 szały, krowy przestały dawać mleko, a bociany przynosić dzieci. Była to większa sensacja, niż 9 lat wcześniej Stonesi w Kongresowej. Normalnie, do Polski żaden popularny, zachodni wykonawca nie przyjeżdżał. Prędzej na Węgry lub do enerdówka. Nie mogli zamiast Abby ściągnąć Black Sab- bath? Nie mogli. Abba pasowała do propagandy sukcesu. Idealnie. Po hard rocku powiało grozą i na moment zacząłem łykać rock pro- gresywny. Brr, sama nazwa tyłek mrozi, prawda? Te nadęte kompozycje Yesów, suity Genesisów, pitolenie Floydów. Chociaż jeśli chodzi o tych ostatnich, to kilka numerów bardzo lubię, a pana Davida uważam za jednego z najlepszych gitarzystów na świecie. Tak, bo gra konkret, a nie jakieś chuju muju miliony zbędnych dźwięków. Niektóre wałki King Crimson (na czele ze „Schizofrenikiem XXI wieku”) rów- nież cenię do dziś. Przez moment podobała mi się ekwilibrystyka Emerson, Lake and Palmer, dopóki nie usłyszałem „Obrazków z wystawy” zagranych na fortepianie przez któregoś z czołowych, klasycznych pianistów. ELP nie mieli startu. Czyżby muzyka klasyczna nadawała się do słuchania? Przez całą podstawówkę lekcje muzyki starały się klasykę zohydzić. Były nudne i odstraszające. Albo próbowano nas nauczyć śpiewać jakieś smętne utwory, albo pałowano korzeniami disco polo, czyli naszym rodzi- mym folkiem. Ewentualnie z charczącego magnetofonu szpulowego pusz- czano klasykę. To nie ma się co dziwić, że po takich doświadczeniach więk- szość narodu uciekała na dźwięk orkiestry symfonicznej. Nie mam zamiaru udawać jakiegoś konesera muzyki klasycznej. Nie, nie, ale przynajmniej mi nie przeszkadza. To też zasługa radia. Fascynacja rockiem progresywnym minęła szybko i nigdy nie wróci- ła. W liceum ze zdziwieniem przyglądałem się kolegom pałującym się Floy- dami i Genesisem. Ba, co gorsze oni też słuchali Queen. Wiem, wiem, szacun itd. ale słuchać tego zespołu nie potrafię. Co, po prog rocku, mogło się wydarzyć w moim nastoletnim życiu meloma- na? Co Darkowi mogło zamieszać pod kopułą? Jazz i tylko jazz. Poznawa- ny chaotycznie, po łebkach, pobieżnie. Nie przeszkadzało mi to w pewnym momencie uwierzyć w siebie. „Uwierz w siebie Dariuszu!” brzmi jak refren z marnej popowej piosenki z playlisty RMF-u. Uwierzyłem i dałem ogłoszenie w miesięczniku „Jazz” (w latach osiemdziesiątych to czasopismo zmieniło tytuł na „Magazyn Muzyczny”). Ogłoszenie było mniej więcej w ten deseń. 25 „Wielki pasjonat muzyki jazzowej poszukuje unikalnych nagrań, zdjęć i materiałów dotyczących muzyki jazzowej. Itp, itd.”. Pasjonat miał czternaście lat i zero wiedzy. Jednak czasem tupet wystarczy. Pisali i pisa- li. Korespondowałem, wymieniałem się jakimiś zdjęciami. Płytami nie, bo rzeczonych nie posiadałem. Nawet któregoś razu umówiłem się z jednym z korespondentów na gliwickim lodowisku. Koleś tak na oko wyglądał na stu- denta i chyba był bardzo rozczarowany, gdy do niego podszedłem. Czter- nastoletnie dziecię. To co by tu łyknąć po jazzie? Może bluesa? Proszę bardzo. Świetne audycje Marii Jurkowskiej, potem Kosińskiego i Chojnackiego czekały na ta- kie ofiary spragnione muzyki. Co po bluesie? Rock’n’roll. Zresztą rock’n’roll pojawiał się już wcześniej. Bardzo lubiłem standardy, za energię i prostotę, za czad i żywiołowość. Rock’n’rolla kocham do dziś, a on mi tę miłość od- wzajemnia. Co mogło spodobać się pryszczatemu, piętnastoletniemu ma- łolatowi zasłuchanemu w „Johnny Be Good”? Punk rock? Nie, jeszcze nie teraz, zresztą on dopiero powstawał. Owszem, w którejś z gazet typu „Bra- vo” czy „Pop” widziałem materiał o Sex Pistols, ale nic mi ta nazwa nie mó- wiła. Tylko wygląd zespołu mi się spodobał. Na Pistolsów przyjdzie czas, na razie odrabiałem lekcje z Kinksów, Animalsów czy The Who. Aż w końcu, gdzieś pomiędzy liceum a studiami przyszedł czas na punk rock. Pierwszym bandem, który słyszałem w radiu było Stiff Little Fin- gers. Chyba. Potem u kogoś Pistolsi i Ramonesi. Protopunka znałem już wcześniej: MC5, Iggy Popa czy New York Dolls. Powoli, powoli agresyw- na, rock’n’rollowa muzyka zaczęła mnie wciągać. Czasem Mann coś puścił, czasem Wiernik. Czasem u Wojtka Jaczyczki czegoś posłuchaliśmy, odkry- liśmy. Na przykład Rutsów. Albo Devo. Albo Slaughter. Gdy zaczęliśmy grać w Śmierci Klinicznej strumień muzyki punkowej docierającej do nas bardzo się poszerzył i urósł do rozmiarów rwącej, wiosennej rzeki. Kasety krążyły, czasem nieopisane, nieważne. Punk infekował jak zaraza. Potem pojawiły się płyty. Chodziło się do Paula, który mieszkał przy Rynku. Zazwyczaj miał coś świeżego. Kawka, petko, siadałeś na kanapie, Paulo brał kolejny winyl, kładł na adapterze. I zaczynało się dżydży. Lubi- łem te słuchowiska, chociaż Paula bardziej kręcił punk współczesny, z po- czątku lat osiemdziesiątych: GBH, Angelic Upstarts, Exploited, Discharge. Wolałem bardziej zespoły z lat siedemdziesiątych, punk wtedy był bardziej 26 różnorodny i bardziej oparty na rock’n’rollu. A ja przecież mam serce z roc- k’n’rolla. Te wszystkie mariaże i podchody w kierunku metalu nie za bardzo mnie kręciły. Na pewno dzisiaj mam bardziej tolerancyjne ucho, ale wtedy bardzo mnie drażniła sztampa i zasada im szybciej, tym lepiej, która przy- świecała wielu punkowym wykonawcom. Umpapapa umpapapa umpapapa. Umpapapa umpapapa umpapapa. Umpapapa umpapapa umpapapa. Umpapapa umpapapa umpapapa. Jednak nawet wśród tych szybciej grających kapel zdarzały się per- ły: Kennedysów kochałem okrutnie. No tak, ale to przecież jest sto procent rock’n’rolla. Tak to przynajmniej słyszę. O The Clash proszę nie pytać. Punk czy nie punk, nieważne. Ge- nialny zespół, genialne piosenki. O każdej porze dnia i nocy, no może poza Cut The Crap. Jak Clash to blisko do reggae, prawda? Mając w zespo- le Jacka Szafira trudno było reggae nie znać i nie kochać. I jeszcze ska. I jeszcze niektóre kawałki The Police. Ach i B-52’s. I jeszcze… Pewnie mógłbym wymieniać godzinami, bo godzinami chłonąłem, zasysałem i po- łykałem punkową i nowofalową muzykę. Zamieszkała we mnie na stałe. Owszem, zdarzały się jakieś chwilowe fascynacje innymi stylami, ale jako ten syn marnotrawny do rock’n’rolla zawsze wracać będę. Jednak prawdziwa muzyka, to muzyka na żywo. Na żywo, to nie to samo co z playbacku. Na żywo, to nie to samo, co z samplami zawierają- cymi 90 procent treści danego utworu. Na żywo oznacza, że wychodzi mu- zyk i gra. Lub wychodzi kilku i gra. Bez pomocy komputera. Tak napraw- dę, realnie, namacalnie. Pierwszy zapamiętany kontakt z żywym graniem miał miejsce w Łe- bie. Szliśmy ulicą wzdłuż której były rozlokowane ośrodki wczasowe. W jednym z nich miał próbę zespół dansingowy. Dwie gitary, bas, perkusja i organy. Skład typowy dla lat sześćdziesiątych. Szok! Grom z jasnego, łebskiego nieba! Kopnięcie łosia! Muzyka na żywo była porażająca! Była tak wspaniała, że nawet lepsza, lepsza od… od oranżady! No, może nie aż tak. Była prawie tak dobra jak oranżada! Potem jeszcze kilkakrotnie słuchałem na wakacjach kapel dansingowych. Wielo- krotnie słuchałem też orkiestr dętych, które do dziś podziwiam za bardzo luzacki stosunek do rytmu i harmonii. Do tego dochodziły jakieś smętne 27 Liceum, wycieczka: DD, Tomasz Jelonek, Wiesław Grzesik, fot. Wojciech Jaczyczko 28
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jestem ziarnkiem piasku
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: