Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00345 007390 15047226 na godz. na dobę w sumie
Jeźdźcy krainy purpurowej bylicy - ebook/pdf
Jeźdźcy krainy purpurowej bylicy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 365
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-07-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jeden z najlepszych westernów Zane Greya, amerykańskiego powieściopisarza. Wkrótce ukaże się sequel tej powieści 'Na szlaku tęczy'.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BIBLIOTEKA ANDRZEJA SZLAKIEM PRZYGODY Zane Grey JEŹDŹCY KRAINY PURPUROWEJ BYLICY Pearl Zane Grey urodził się 31 stycznia 1872 roku w Zanesville w stanie Ohio – w mieście, którego współzałożycielami byli jego przodkowie ze strony matki, a zmarł w Altadena, w Kalifornii, 23 października 1939 roku. Był jednym z najpopularniejszych i najwyżej ocenianych autorów po- wieści o Dzikim Zachodzie, współtwórcą gatunku literackiego zwanego dziś westernem. Jego dorobek twórczy ocenia się na około 90 książek (głównie powieści), z których ponad dwie trzecie to westerny. Pozosta- wił po sobie wiele książek dla młodzieży, w tym biografię młodego Jerzego Waszyngtona, publikacje poświęcone swoim wielkim pasjom: bejsbolowi – w który grywał w czasie studiów, a później przez pewien czas półzawodo- wo – oraz wędkarstwu, a także liczne zbiory opowiadań. Miłośnik dzieł J.F. Coopera i D. Defoe, a także zeszytowych powieści przygodowych, studiował stomatologię, ale głównie po to, by uzyskać sty- pendium sportowe. Praktykę dentystyczną porzucił potem na rzecz pisar- stwa, podobnie imię Pearl. Debiutował wydaną w 1903 roku powieścią historyczno-przygodową Betty Zane, otwierającą trylogię o jego przodkach z początków Stanów Zjednoczonych. Wydał ją własnymi siłami po odrzu- ceniu przez wydawnictwo Harper Brothers. Przełom w jego twórczości nastąpił dopiero w 1912 roku, gdy to samo wydawnictwo opublikowało, nie bez oporów redaktora naczelnego, Jeźdźców purpurowego stepu. Powieść okazała się bestsellerem i po dziś dzień należy do najpopularniejszych dzieł Greya. Harper wydał też wcześniejsze jego książki, w tym Ostatni człowiek z prerii, a kariera Greya nabrała niepohamowanego rozpędu. Dziś uchodzi za jednego z pierwszych amerykańskich pisarzy milionerów. Doceniono nie tylko umiejętność snucia fascynujących opowieści, ale i dbałość o realia, wiążącą się z jego częstymi podróżami w poszukiwaniu inspiracji. Jego westerny doczekały się 46 pełnometrażowych ekranizacji i 31 krótszych. Nie był to jedyny związek Zane’a Greya z filmem. W roku 1919 powołał własną wytwórnię filmową. Sprzedana jakiś czas potem, stała się częścią podwalin wielkiego Paramountu. W Polsce w latach międzywojennych i tuż po wojnie ukazało się w sumie kilkanaście przekładów powieści Zane’a Greya, głównie nakładem wydawnictwa M. Arct. W 1951 roku jego książki zostały objęte zapisem cenzury, nakazującym także niezwłoczne wycofanie ich z bibliotek. Powracać tam i do księgarń zaczęły dopiero w 1989 roku, w postaci publi- kacji opartych na wydaniach przedwojennych. Dotyczyło to jednak tylko kilku tytułów, i to niekoniecznie tych najciekawszych lub najlepszych. Zane Grey JEŹDŹCY KRAINY PURPUROWEJ BYLICY Przełożył i przypisami opatrzył Janusz Pultyn Sześćdziesiąta szósta publikacja elektroniczna Wydawnictwa JAMAKASZ Dwudziesty szósty tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuł oryginału angielskiego: Riders of the Purple Sage © Copyright for the Polish translation by Janusz Pultyn, 2019 19 kolorowych ilustracji: Dariusz Kocurek © Copyright for the cover and inside illustrations by Dariusz Kocurek, 2019 Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja i korekta: Andrzej Zydorczak Projekt okładki: Barbara Linda Konwersja do formatów cyfrowych: Andrzej Zydorczak © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 201 9 Wydanie I ISSN 2449-9137 ISBN 978-83-66268-07-4 Rozdział I Lassiter S uchy stukot podkutych żelazem kopyt cichł i ginął, a kłęby żółte- go kurzu ulatywały spod drzew bawełnianych1 i ponad bylicami2. Jane Withersteen zamyślonymi i zatroskanymi oczyma wpatry- wała się w dół szerokiego, purpurowego zbocza. Jeździec3 dopiero co ją opuścił, a to właśnie przekazana przez niego wiadomość sprawiała, że zamyślona i niemal smutna oczekiwała na kapłanów mających przybyć, aby z oburzeniem podważać jej prawa do przyjaźnienia się z gojem4. Zastanawiała się, czy ją także dotkną niepokoje i spory, jakie ostat- nio nawiedzały miasteczko Cottonwoods5. Po chwili westchnęła przy- 1 Drzewa bawełniane (ang. cottonwoods) – w Ameryce Północnej nazwa kilku podob- nych do siebie gatunków drzew z rodzaju topól (Populus), w stanie Utah występują topole wąskolistne (Populus angustifolia), o cienkich pniach, często tworzące zwarte kępy i Populus fremontii, rozłożyste, lubiące miejsca wilgotne, główne drzewa ro- snące na wyżynach zachodniej części Stanów Zjednoczonych i Kanady. 2 Bylice (Artemisia) – rodzaj roślin z rodziny astrowatych, obejmuje krzewy i byliny, po angielsku sagebrush, główny gatunek w Utah to bylica trójzębna, Artemisia tridentata, ang. big sagebrush, krzewy dochodzące do 3 m wysokości, wydzielają- ce olejki aromatyczne, o bladozielonych liściach, kwitnące na żółto, główne rośliny na suchych (niepustynnych) terenach zachodniej części Stanów Zjednoczonych, od nich nazwa tych krain (obecnie ang. sagebrush steppe, step bylicowy), występująca w oryginalnym tytule powieści (Riders of the Purple Sage), dosłownie Jeźdźcy (krainy) purpurowej bylicy, według amerykańskich znawców twórczości Zane Gray’a chodzi właśnie o big sagebrush, ich ulatujące olejki aromatyczne z oddali mają purpurową barwę. 3 Jeździec – w oryginale rider, w XIX-wiecznym Utah określenie konnych pasterzy (kowbojów), pracujących na wielkich ranczach przy wypasie bydła. 4 Goj – niewierny, u Żydów określenie wyznawców wszystkich innych religii, prze- jęte przez mormonów w tym samym znaczeniu. 5 Cottonwoods – nie ma takiej osady w południowym Utah, jedynie w północnym, na obszarze akcji powieści terenie znajduje się Cottonwood Canyon Wilderness i Cottonwood Forest Wilderness, w hrabstwie Washington, w górach Pine Valley, na północ od górnego biegu rzeki Virgin, tereny prawie niezamieszkane; według niektó- ~ 8 ~ pomniawszy sobie, że to jej ojciec założył ową najdalszą i najbliż- szą granicy osadę w południowym Utah1, a potem zostawił ją jej. Była właścicielką całej tej ziemi i wielu gospodarstw. Jej był Wi- thersteen House2 i wielkie ranczo3, wraz z tysiącami głów bydła i naj- szybszymi końmi krainy bylic. Do niej należało Amber Spring4, a to wodzie z tego źródła miasteczko zawdzięczało swą zieleń i piękno, umożliwiało ono życie na tych dzikich, położonych na wyżynie pur- purowych pustkowiach. Nie mogła uciec od Cottonwoods, obojętnie, jaki by los nie czekał miasteczko. Ów rok, 1871, zaznaczył zmianę zachodzącą stopniowo w życiu miłujących pokój mormonów5 z pogranicza. Glaze, Stone Bridge, Ster- ling6, osady leżące dalej na północ, wystąpiły zbrojnie przeciwko na- pływowi osadników-gojów i napadom rozbójników. Pierwsi spoty- kali się z niechęcią, a z drugimi walczono. Teraz także Cottonwoods zaczęło się burzyć, kipieć i pieklić. Jane modliła się, aby nie doszło do zakłócenia na zawsze jej spo- kojnego i przyjemnego życia. Zamierzała dla swoich ludzi robić dużo więcej, aniżeli czyniła dotychczas. Pragnęła wiecznego trwania ich rych badaczy opisane miejsca leżą w północnej części stanu Arizona, tuż na południe od Utah, w okolicach miasta Fredonia, zasiedlonych wówczas przez mormonów, któ- re Zane Grey odwiedzał podczas wypraw łowieckich w roku 1907 i 1908. 1 Utah – stan w środkowo-zachodniej części USA, do roku 1848 należał do Meksy- ku, bez stałego osadnictwa, w 1847 przybyli tam poszukujący swego państwa mormoni, w roku 1850 powstało Terytorium Utah zarządzane przez mormonów, do roku 1858, w 1861 jego zachodnią część wyodrębniono jako Terytorium Nevady, w roku 1896 ustanowiono stan Utah ze stolicą w Salt Lake City. 2 Withersteen House (ang. Dwór, dosł. dom Withersteenów. 3 Ranczo (ang. rancho z języka hiszpańskiego) – w Ameryce gospodarstwo rolne, zwłaszcza wielkie i zajmujące się głównie hodowlą bydła czy koni. 4 Amber Spring (ang.) – Bursztynowe Źródło. 5 Mormoni – wspólnota religijna założona w roku 1830 w USA przez Josepha Smi- tha; mają doktrynę złożoną z wątków chrześcijańskich, judaistycznych i objawień zawartych w rzekomo starożytnej Księdze Mormona; obecnie są zrzeszeni w Ko- ściele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich; najliczniejsi w USA (Utah), z główną świątynią w Salt Lake City, jest ich około 16 milionów. 6 Glaze, Stone Bridge, Sterling – z tych miejscowości istnieje tylko Sterling, w środ- kowej części stanu Utah, ale daleko (około 250 km) na północ od opisywanych terenów, ma obecnie 235 mieszkańców. ~ 9 ~ sennych, niezakłócanych i pasterskich dni. Martwiły ją zwady pomię- dzy należącymi do tej społeczności mormonami i gojami. Z urodze- nia była mormonką, ale przyjaźniła się z biednymi i nieszczęsnymi gojami. Chciała jedynie nadal czynić dobro i być szczęśliwą. Zasta- nawiała się też, co znaczy dla niej owe wielkie ranczo. Kochała je całe – zagajnik drzew bawełnianych, stary dom z kamienia, mieniącą się bursztynową barwą wodę oraz tabuny kudłatych, pokrytych pyłem koni i mustangów1, smukłych, gładkonogich rumaków pełnej krwi2 i stad pasącego się bydła, jak też szczupłych, ogorzałych jeźdźców krainy bylic. Czekając tak tam, zapomniała o grożącej niekorzystnej zmianie. Ryk leniwego burro3 zakłócił popołudniowy spokój, kojąco skupił uwagę na obrazie sennego podwórca, otwartych corrali4 i pól poro- śniętych zieloną trawą alfalfa5. Bystry wzrok Jane widział wyraźnie rozciągające się przed nią purpurowe zbocze z bylicami. Niskie pa- górki przypominającego prerię gruntu wznosiły się na zachodzie. Ciemne, samotne cedry6, nieliczne i bardzo porozrzucane, wyróżniały się wyraźnie, a w znacznej odległości widniały zwaliska czerwonych skał. Jeszcze za nimi, w górze stopniowo wznoszącego się stoku, stał zburzony mur, ogromny zabytek, majaczący ciemną purpurą i cią- gnący się samotną, tajemniczą drogą, krętą linią zanikającą na pół- 1 Mustangi – w Ameryce Północnej zdziczałe konie, pochodzące od przywiezionych przez Hiszpanów. 2 Rumaki pełnej krwi – określenie stosowane do koni rasy angielskiej, bardzo cenio- nych jako wyścigowe. 3 Burro (hiszp. osioł) – stosowane w Stanach Zjednoczonych określenie ras osłów pochodzenia meksykańskiego, niewysokich i jucznych, także zdziczałych osłów. 4 Corrale (hiszp. zagrody) – w Stanach Zjednoczonych określenie ogrodzonych wybiegów dla koni i bydła. 5 Alfalfa – amerykańska nazwa lucerny siewnej (Medicago sativa), rośliny z rodziny bobowatych, pochodzącej z Europy, Afryki Północnej i Azji Zachodniej, sadzonej w Ameryce, bylina wysokości 30-90 cm, o fioletowych do purpurowych kwiatach, uprawiana jako wydajna i mało wymagająca roślina pastewna. 6 Cedry – prawdziwe cedry nie rosną w Ameryce Północnej, nazywane tak są inne gatunki drzew iglastych, zwłaszcza jałowce (Juniper), w Utah rosną gatunki Juni- perus utahensis i Juniperus osteosperma, małe, do 6 m wysokości oraz Juniperus scopulorum, duże, do 20 m wysokości, dożywające do 2000 lat. ~ 10 ~ nocy. W kierunku zachodnim było światło, barwa i piękno. W pół- nocnym zbocze opadało ku niewyraźnej linii kanionów, spośród których wzbijało się wyniesienie terenu, nie będące górami, lecz roz- ległym, ciężkim masywem purpurowego płaskowyżu, mającego żebro- wane i wachlarzowate ściany, zwieńczone jakby zamkami urwiska i szare skarpy. Nad to wszystko zakradały się wydłużające się, bled- nące w popołudniu cienie. Szybki tętent kopyt przywołał Jane Withersteen do spraw bieżą- cych. Grupa jeźdźców przygalopowała w górę dróżki, zsiadła z koni i puściła ich cugle. Przyjechało ich siedmiu, zaś dowodzący nimi Tull, wysoki i ciemnowłosy mężczyzna, był elderem1 w kościele Jane. – Czy otrzymałaś wiadomość ode mnie? – zapytał od razu. – Tak – odparła Jane. – Powiadomiłem też, że kowbojowi Ventersowi daję pół godzi- ny na przyjazd do miasteczka. Nie przyjechał. – Nic o tym nie wiedział – powiedziała Jane. – Nie mówiłam mu. Czekałam tu na was. – Gdzie jest Venters? – Zostawiłam go na podwórcu. – Hej, Jerry – zawołał Tull do jednego ze swoich ludzi – weź oddział i przyprowadźcie tu Ventersa, choćbyście mieli go związać. Zakurzone, mające długie ostrogi buty jeźdźców zatupały głośno w gaju drzew bawełnianych i zniknęły w ich cieniu. – Elderze Tull, co to ma wszystko znaczyć? – zapytała Jane. – Jeśli już musicie aresztować Ventersa, to postąpilibyście uprzejmie czekając, aż opuści mój dom. A jeżeli aresztujecie go tu, to do skrzyw- dzenia mnie dodacie zniewagę. Jest bzdurą oskarżanie Ventersa o udział w strzelaninie i bójce, do jakiej doszło wczoraj wieczorem w mia- steczku. Był wtedy ze mną. Ponadto pozwolił mi wziąć swoją broń. Dla was to jedynie wymówka. Co zamierzacie zrobić Ventersowi? – Już ci mówię – odparł Tull – ale najpierw powiedz mi, dlaczego bronisz tego nic niewartego kowboja? 1 Elder – w kościele mormonów najniższy z pięciu stopni kapłanów z grupy Melchi- zedek (wyższych). ~ 11 ~ – Nic niewartego! – zawołała oburzona Jane. – Wcale nie. To naj- lepszy kowboj, jakiego kiedykolwiek miałam. Nie mam żadnego powodu, aby go nie bronić i wszelkie, żeby to czynić. Bardzo mi wstyd, elderze Tull, że moja życzliwość ku niemu wzbudziła wro- gość moich ludzi i że został on uznany wyrzutkiem. Ponadto winna mu jestem dozgonną wdzięczność za uratowanie życia małej Fay. – Słyszałem, że pokochałaś Fay Larkin i zamierzasz ją adopto- wać. Ale to dziecko, Jane Withersteen, jest gojką! – Jest. Nie kocham jednak dzieci mormońskich ani trochę mniej, elderze, bo pokochałam to dziecko gojów. Adoptuję Fay, jeśli jej mat- ka mi ją odda. – Nie mam wiele przeciwko temu. Możesz dać temu dziecku mor- mońskie wychowanie – powiedział Tull. – Mam jednak dość patrze- nia, jak ów Venters kręci się przy tobie. Tak wiele miłości okazu- jesz tym żebrakom gojom, że zastanawiam się, czy aby nie kochasz Ventersa. Przemawiał z butą mormona, którego władzy nie można podwa- żać i z namiętnością mężczyzny pożeranego przez ogień rozgorza- łej zazdrości. – Może i go kocham – powiedziała Jane. Czuła wzbierające w jej sercu lęk i gniew. – Nigdy o tym nie myślałam. Biedaczysko! Na pewno potrzebuje, aby ktoś go kochał. – Źle to zapowiada dla Ventersa, jeśli nie zaprzeczysz – srogo odrzekł Tell. Pod drzewami bawełnianymi pojawili się ludzie Tulla, prowadzący dróżką młodego mężczyznę, którego porwane ubranie wskazywało na wyrzutka. Mimo to trzymał się hardo i prosto, z wygiętymi do tyłu szerokimi ramionami, napiętymi mięśniami związanych rąk, zaś przed Tullem pochylił się z błękitnym płomieniem pogardy w spoj- rzeniu. Jane Withersteen po raz pierwszy wyczuła prawdziwy duch Ven- tersa. Zastanawiała się, czy pokocha tego wspaniałego młodzieńca. Potem jej uczucia ochłodły wraz z trzeźwiącym odczuciem wyso- kości stawki gry. ~ 12 ~ – Venters, czy opuścisz Cottonwoods teraz i na zawsze? – zapy- tał z naciskiem Tull. – Dlaczego? – odparł pytaniem kowboj. – Bo tak każę. Venters roześmiał się z zimną wzgardą. Rumieniec wyskoczył na ciemny policzek Tulla. – Jeśli nie wyjedziesz, będzie po tobie – zapowiedział ostro. – Po mnie! – zawołał z pasją Venters. – Czy już przez was nie jest po mnie? Co przez to rozumiecie? Rok temu byłem jeźdźcem. Mia- łem swoje konie i bydło. Dobre imię w Cottonwoods. A teraz, kiedy przybyłem do miasteczka, aby zobaczyć się z tą kobietą, nasłaliście na mnie swoich ludzi. Związaliście mnie. Prześladujecie mnie jak rozbójnika. Nie mam nic więcej do stracenia, co najwyżej życie. – Czy opuścisz Utah? – Och! Wiem – szyderczo ciągnął Venters – złości was myśl, że piękna Jane Withersteen traktuje przyjaźnie biednego goja. Chcecie ją całą dla siebie. Jesteście mormonem polującym na posag. Zależy wam na niej, a także na Withersteen House, źródle Amber i siedmiu tysiącach sztuk bydła! Tull wysunął twardą szczękę, a burząca się krew napięła żyły na jego karku. – Jeszcze raz pytam. Czy odjedziesz? – NIE! – Wobec tego każę wychłostać cię tak, że ledwo zostaniesz przy życiu – odrzekł chrapliwie Tull. – Każę wyrzucić cię pośród bylice. A jeśli kiedyś wrócisz, spotka cię jeszcze gorszy los. Ożywioną twarz Ventersa zmroził chłód, a brązowa cera posza- rzała. Jane porywczo wystąpiła naprzód. – Ach! Elderze Tull! – zawołała. – Nie zrobicie tego! Tull pogroził jej podniesionym palcem. – Zrobię to przez ciebie. Zrozum, nie będzie ci wolno obdarzać te- go chłopca przyjaźnią, która uraża twojego biskupa1. Jane Wither- 1 Biskup – w kościele mormonów najwyższy stopień u kapłanów Aarona (grupa niższych), przewodniczy miejscowym oddziałom (ang. ward) tego kościoła (odpo- wiednikom parafii). ~ 13 ~ steen, ojciec zostawił ci bogactwo i władzę. Zawróciło ci to w głowie. Nie pojęłaś jeszcze, jakie jest miejsce mormońskich kobiet. Przema- wialiśmy ci do rozumu, znosiliśmy cię cierpliwie. Czekaliśmy. Po- zwoliliśmy ci na miłostkę, czyli na więcej, niż widziałem, że pozwo- lono kiedykolwiek mormonce. Mimo to nie odzyskałaś zdrowych zmysłów. Teraz raz na zawsze nie możesz dalej przyjaźnić się z Ven- tersem. Zostanie wychłostany i będzie musiał opuścić Utah! – Ach! Nie chłostajcie go! Byłoby to nikczemne! – błagała Jane, powoli uświadamiając sobie, że opuszcza ją odwaga. Tull zawsze osłabiał w niej ducha, postrzegała też coraz lepiej, że udawała śmiałość, której nie miała. Elder objawiał się teraz Jane w innej postaci, nie był zazdrosnym zalotnikiem, ale wcieleniem ta- jemniczego despotyzmu, jaki znała od dziecka – władzy dawanej mu przez jej wiarę. – Venters, wolisz chłostę odebrać tutaj czy też mamy cię zabrać pomiędzy bylice? – zapytał Tull. Uśmiechał się z mrozem bardziej niż nieludzkim, ale jakby z tego mrocznego opanowania wydobywał się błysk prawości. – Odbiorę ją tutaj, skoro muszę – powiedział Venters – ale na Bo- ga, Tull, lepiej z miejsca mnie zabij. Chłosta ta będzie drogo kosz- towała ciebie i twoich pobożnych mormonów. Uczynisz ze mnie drugiego Lassitera! Osobliwy blask, surowe światło padające z twarzy Tulla mogły wyrażać świętą radość, jaką dawało duchowe poczucie spełniania najwyższego obowiązku. Było w elderze jednak coś jeszcze, ledwo skrywanego, coś osobistego i złowieszczego, stanowiącego w nim głębinę, pochłaniającą otchłań. Jak jego religijność była fanatyczna i nieugięta, tak bezlitosna była jego fizyczna nienawiść. – Elderze, ża… żałuję mych słów – ledwo wydusiła z siebie Jane. Głosem wyrażała swą religię, dawno nabyty nawyk posłuszeństwa, pokory, jak również przysparzający cierpienie strach. – Ocalcie tego chłopca! – szepnęła. – Teraz nie możesz go już uratować – odparł ostro Tull. Pochyliła głowę korząc się wobec nieuniknionego. Pojmowała prawdę, kiedy ta nagle się jej objawiła, jako wewnętrzny ucisk, tward- ~ 14 ~ nienie w jej piersiach łagodnych mocy. Wszystko, co było w niej miękkie i słabe, sztywniało niby stalowy pręt. Czuła, jak rodzi się w niej coś nowego i niezrozumiałego. Jej napięty wzrok raz jeszcze prze- szukiwał bylicowe stoki. Jane Withersteen kochała te dzikie i pur- purowe pustkowia. W czasach smutku dawały jej moc, w chwilach szczęścia sprawiały nieustanną rozkosz. W skrajnej potrzebie rozpo- znała, że mruczy do siebie: „Skądże nadejdzie mi pomoc!1”. Była to modlitwa, jakby z tych samotnych, purpurowych dali, czerwonych ścian i niebieskich rozpadlin mógł wyjechać nieulękły jeździec, które- go wiara ani nie wiązała, ani nie wprawiała w szaleństwo i który w obliczu tych bezlitosnych ludzi wyciągnie swą powstrzymującą rękę. Gorączkowe ruchy ludzi Tulla nagle ustały. Nastąpiły po nich ciche szepty, szmery, ostry okrzyk. – Patrzcie! – powiedział jeden z nich, wskazując na zachód. – Jeździec! Jane Withersteen obróciła się i ujrzała kogoś na koniu, sylwetkę na tle zachodniego nieba, wyłaniającą się z krainy bylic. Zjeżdżał z lewej strony, w złocistej poświacie słońca, niezauważalny, dopóki się nie zbliżył. Odpowiedź na jej modlitwę! – Czy go znacie? Czy któryś z was go zna? – zapytał pośpiesz- nie Tull. Jego ludzie wpatrywali się i po kolei kręcili głowami. – Przybywa z daleka – powiedział jeden z nich. – Co za ładny kuń – stwierdził inny. – Dziwny jeździec. – Ho! Nosi czarne skóry – dodał czwarty. Nakazawszy milczenie machnięciem ręki, Tull wysunął się na- przód w taki sposób, że zasłaniał Ventersa. Jeździec ściągnął wodze swojego wierzchowca i pochyliwszy się zgrabnie naprzód, jednym długim susem stanął na ziemi. Choć ruch ten był osobliwie szybki, wykonujący go jeździec ani na jotę nie przestał być ustawiony na wprost znajdującej się przed nim grupy. 1 Skądże nadejdzie mi pomoc! – cytat z Biblii, Księga Psalmów, Psalm 121, werset 2 (Biblia Tysiąclecia). – Venters, wolisz chłostę odebrać tutaj czy też mamy cię zabrać pomiędzy bylice? – zapytał Tull. ~ 15 ~ – Patrzcie! – szepnął ochryple jeden z towarzyszy Tulla. – Nosi dwa rewolwery o czarnych kolbach, wiszą nisko, trudno je dostrzec, podobnie czarne jak czarne ochraniacze1. – Rewolwerowiec! – również szeptem dodał inny. – Uważajcie teraz, chłopy, jak machacie rękami. Powoli zbliżający się obcy zdawał się jedynie leniwie kroczyć albo drobić niezdarnie jak jeździec nieprzywykły do chodzenia, lecz równie dobrze mogło to być ostrożne posuwanie się człowieka, który w obecności innych zachowuje przezorność. – Witaj, obcy! – zawołał Tull. W tym pozdrowieniu nie było ni- czego życzliwego, a jedynie opryskliwa ciekawość. Jeździec odpowiedział lekkim skinięciem głowy. Szerokie rondo czarnego sombrero2 rzucało mroczny cień na jego twarz. Przez chwilę przyglądał się bacznie Tullowi i jego towarzyszom, a potem wstrzy- mał powolne kroczenie, jakby się odprężając. – Wieczór, szanowna pani – powiedział do Jane i ze szczegól- nym wdziękiem zdjął sombrero. Witając go Jane spojrzała na twarz, której instynktownie zaufała i która przyciągała jej uwagę. Posiadała wszelkie oznaki jeźdźca z pogranicza – szczupłość, ogorzałą od słońca cerę i utrwaloną nie- zmienność rysów, powstałą po latach milczenia i samotności. To jed- nak nie one przykuwały ją do niej, ale raczej intensywność spojrzenia, wielkie znużenie, przenikliwość szarych oczu, zadumanych i czujnych, jakby ów człowiek szukał czegoś zawsze i nigdy tego nie znajdował. Wnikliwa kobieca intuicja Jane przez tą krótką chwilę wyczuła smu- tek, głód czegoś, tajemnicę. – Czy pani Jane Withersteen? – zapytał. – Tak – odparła. 1 Ochraniacze – w oryginale chaps, angielski skrót z hiszpańskiego chaparajos, długie skórzane ochraniacze nakładane na spodnie, noszone przez kowbojów pod- czas jazdy przez kolczaste zarośla. 2 Sombrero (hiszp. kapelusz, dosłownie rzucający cień) – kapelusz pochodzenia meksykańskiego, o bardzo szerokim rondzie, noszony dla osłony przed słońcem twarzy, szyi i karku, noszony powszechnie w XIX wieku w południowej i zachod- niej części Stanów Zjednoczonych. ~ 16 ~ – Czy woda tutaj jest pani? – Tak. – Czy mogę napoić konia? – Oczywiście. Tam jest koryto. – Ale możebnie gdyby wiedziała pani kim jestem… – zawahał się, zerknął na słuchających mężczyzn. – Możebnie nie pozwoliła by mi pani go napoić… choć dla siebie nie proszę o nic. – Nie ma znaczenia, kim jesteście, przybyszu. Napójcie swojego konia. A jeśli sami jesteście spragniony i głodny, zapraszam do mo- jego domu. – Dziękuję pani. Nie mogę nic przyjąć dla siebie, tylko dla me- go zmęczonego konia… Jeźdźcowi przerwał stukot kopyt. Niecierpliwe ruchy ludzi Tul- la rozerwały ciasny krąg, odsłaniając więźnia Ventersa. – Możebnie przeszkodził żem w czymś, chocia na parę chwil? – zapytał jeździec. – Tak – odparła Jane Withersteen drżącym głosem. Wyczuwała przyciągającą moc jego oczu, a potem zobaczyła, jak patrzy on na związanego Ventersa, na trzymających go ludzi i ich przywódcę. – W tym tuta kraju wszystkie koniokrady i złodzieje, mordercy i rozrabiaki, i wszystkie niedobre ludzie to akurat goje. Proszę pani, do którego rodzaju onych nic dobrego nicponi należy ten młody człek? – Do żadnego z nich. To uczciwy chłopiec. – WIE to szanowna pani? – Tak, o tak. – Co zatem zrobił, iże tak go związano? To jasne i dobitne pytanie, zadane w równiej mierze Tullowi, co Jane Withersteen, zmroziło niespokojne ruchy i przyniosło z miejsca ciszę. – Zapytajcie jego samego – odparła Jane, podnosząc głos. Jeździec odsunął się od niej tym samym powolnym, miarowym krokiem, jakim podszedł, zaś to, że wskutek tego ruchu Jane znalazła się na oddzielnej stronie, a on nie zbliżył się do Tulla i jego ludzi, mia- ło głębokie znaczenie. ~ 17 ~ – Młody, przemów – powiedział Ventersowi. – Przybyszu, to nie wasza sprawa – zaczął Tull. – Nie próbujcie się w nią wtrącać. Pozwolono wam pić i jeść. To więcej, co może- cie dostać w każdym innym miejscu na pograniczu Utah. Napójcie swego konia i dalej w drogę. – Dobra, dobra, jeszcze się nie wtrącam – odparł jeździec. Ton jego głosu się zmienił. Mówił teraz inny człowiek. Ten zwracający się do Jane był uprzejmy i łagodny, zaś po raz pierwszy teraz odpowiada- jący Tullowi miał głos twardy, chłodny, zaczepny. – Ino wygląda mi to na dziwną sprawę. Siedmiu mormonów, wszystkich zbrojnych, goj związany postronkiem i kobieta zaklinająca się o jego uczciwo- ści! Dziwaczne, no nie? – Dziwne czy nie, nic to was nie obchodzi – odciął się Tull. – Tam, gdzie żem dorastał, słowo kobiety było prawem. Jeszcze żem z tego całkiem nie wyrósł. Wzburzony Tull był po równi pełen zdumienia i złości. – Wy wścibski, mamy tutaj prawo inne, aniżeli kobiece zachcianki: prawo mormońskie…! Pilnujcie się, żeby go nie złamać. – Do diabła z waszym mormońskim prawem! Te przemyślane słowa podkreśliły kolejną zmianę postawy jeźdź- ca, od uprzejmego zaciekawienia do budzącej się groźby. Przeobra- ziło to również Tulla i jego towarzyszy. Ich przywódca otworzył w zdumieniu usta i cofnął się niezdarnie w obliczu tego bluźnierczego ataku na instytucję, którą uważał za najbardziej świętą. Trzymający konie Jerry wypuścił cugle i zamarł w miejscu. Pozostali stali jak słu- py, wpatrywali się bacznie ze sztywno zwisającymi rękoma, wszy- scy czekali. – Mów tera, młodzieńcze. Co żeś zrobił, że tak cię związano? – To cholerne nadużycie! – wybuchnął Venters. – Nie zrobiłem nic złego. Okazując swą przyjaźń tej kobiecie uraziłem obecnego tu mormońskiego eldera. – Proszę pani, czy jest prawdą, co mówi? – jeździec zapytał Ja- ne, lecz swych drgających czujnych oczu ani na chwilę nie odrywał od grupki stojących spokojnie mężczyzn. ~ 18 ~ – Czy to prawda? Tak, całkowicie prawda – odpowiedziała. – Nu, młodzieńcze, wydaje mi się, że przed byciem przyjacie- lem takiej kobiety ani nie chciał się żeś, ani nie mógł się bronić… Co cię ma za to spotkać? – Zamierzają mnie wychłostać. Wiecie, co to znaczy w Utah! – Pewnikiem – powoli odparł jeździec. Wraz z chłodnym wzrokiem jego szarych oczu utkwionym w mor- monach, z nerwowym gryzieniem wędzideł przez konie, z Jane nie będącą w stanie powściągnąć narastającego w niej wzburzenia, ze stoją- cym spokojnie bladym Ventersem, napięcie ciągle rosło. Tull śmiechem przerwał ten czar, śmiechem bez wesołości, śmiechem wyrażającym wyłącznie strach. – No dalej, ludzie! – zawołał. Jane Withersteen zwróciła się ponownie do jeźdźca: – Przybyszu, czy możecie coś zrobić, aby uratować Ventersa? – Prosi mnie pani o uratowanie go – przed takimi jako pani? – Czy proszę was? Ja błagam! – Przecie nie ma pani pojęcia, kogo prosi. – Och, zaklinam pana, niech go pan uratuje! – To mormoni, a ja… – Za… za wszelką cenę… uratuj go pan. Bo… bo zależy mi na nim! Tull warknął: – Chora miłość do głupka! Zdradzasz swą tajemnicę. Znajdzie się sposób, aby dać ci nauczkę, jakiej nigdy nie miałaś… Ludzie, idzie- my stąd! – Mormonie, młodziak zostaje – powiedział jeździec. Jego głos niby strzał zatrzymał Tulla. – Co! – Pozostanie tutaj. – Kto go przejmie? Jest moim więźniem! – wołał gorączkowo Tull. – Przybyszu, mówię ci raz jeszcze – nie mieszaj się w to. Dość już wścibiałeś nosa. Odejdź stąd zaraz, bo… – Posłuchaj…! On zostaje. Całkowita pewność, bez najmniejszego cienia wątpliwości, prze- pełniała niski głos jeźdźca. ~ 19 ~ – Kim jesteś? Jest tu nas siedmiu. Jeździec zrzucił sombrero i wykonał szybki ruch, zadziwiający tym, że trochę się pochylił, z wygiętymi sztywno rękoma i wielki- mi, czarnymi kaburami przesuniętymi w przód. – LASSITER! To zdumiony, podniecony głos Ventersa dokonał proroczego po- łączenia pomiędzy dziwną postawą jeźdźca, a budzącym przeraże- nie nazwiskiem. Tull wyciągnął sięgającą po coś rękę. Blask życia w jego oczach przygasł do mroku, w jakim przestraszeni ludzie widzą nadciągającą śmierć. Śmierć wszakże, choć zawisła nad nim, to nie opadła, gdyż jeździec czekał na ruch świerzbiących palców, na opuszczenie się ręki, jakie nie nastąpiło. Tull wziął się w garść i ruszył ku koniom, pilnowanym przez jego pobladłych towarzyszy. Rozdział II Cottonwoods V enters był zbyt mocno poruszony, aby głosem wyrazić wdzięcz- ność widoczną na jego twarzy. To Jane zwróciła się do wybawi- ciela i chwyciła go za ręce. Jej uśmiechy i łzy zdawały się oszałamiać jeźdźca. Kiedy trochę się uspokoiła, podeszła do zmęczonego konia Lassitera. – Sama go napoję – powiedziała i zaprowadziła konia do koryta stojącego pod wielkim i starym drzewem bawełnianym. Zręcznymi palcami rozluźniła uzdę i wyjęła wędzidło. Koń prychnął i pochylił łeb. Koryto było mocne, kamienne i wydrążone, omszone i zzielenia- łe, mokre i chłodne, a zasilająca je przejrzysta brązowa woda wypły- wała z pluskiem z drewnianej rury. – Z daleka przyniósł pana dzisiaj? – Tak, proszę pani, pokonał ponad sześćdziesiąt mil, możebnie siedemdziesiąt. – Długa jazda… taka, że… Och, on jest ślepy! – Tak, proszę pani – potwierdził Lassiter. – Co go oślepiło? – Pewni ludzie kiedyś go schwytali i związali, a potem przysunęli do jego ślepi rozżarzone do białości żelazo. – Och! Ludzie? Raczej diabły… Czy byli pańskimi wrogami… mormonami? – Tak, proszę pani. – Żeby mścić się na koniu! Lassiterze, ludzie mojej wiary są nie- naturalnie okrutni. Przyznaję to ku memu nieustannemu żalowi. Byli wyganiani1, nienawidzeni, prześladowani1, aż ich serca stwardniały. 1 Wyganiani – na tereny przyszłego stanu Utah mormoni przybyli po uprzednim wygnaniu ich ze stanu Missouri (w roku 1833) i stanu Illinois (w roku 1844). ~ 21 ~ My, kobiety, żywimy taką nadzieję i modlimy się o nadejście cza- sów, w których nasi mężczyźni złagodnieją. – Proszę panią o wybaczenie, no taki czas nie nadejdzie nigdy. – Och, nadejdzie… Lassiter, czy uważa pan mormońskie kobie- ty za bezecne? Czy na nie również podnosi pan rękę? – Nie. Wierzę, że mormonki to najlepsze i najszlachetniejsze, ale też najdłużej cierpiące i najbardziej zaślepione i nieszczęśliwe ko- biety na Ziemi. – Och! – Spojrzała na niego z powagą i namysłem. – Czyli prze- łamie się pan ze mną chlebem? Lassiter nie odpowiedział z miejsca, w zakłopotaniu przestępo- wał z nogi na nogę, a rękoma obracał sombrero. Wreszcie zaczął: – Proszę pani, pewnikiem w dobroci swego serca nie wszystko pani dostrzega. Może nie jest żem tuta dobrze znany, no dalej na północ pewni mormoni będą przewracali się w grobach na myśl, że zasiądę z panią do stołu. – Przyznaję. Ale czy mimo to pan zasiądzie? – zapytała. – Możebnie ma pani brata czy krewnego, który zajdzie i poczu- je się urażony, a nie chciałbym, żeby… – Nic nie wiem, żebym miała krewnego w Utah. Nikt nie ma pra- wa podważać mojego postępowania – odparła i z uśmiechem zwró- ciła się do Ventersa: – Wejdziesz, Bernie, a Lassiter także. Będziemy jedli i weselili się, dopóki można. – Zastanawiam się ino, czy Tull i jego ludzie nie podburzą mia- steczka – powiedział Lassiter, zajmując ostatni i słabnący szaniec obrony. – Tak, podburzy, kiedy się pomodli – odparła Jane. – Chodźcie. Poprowadziła ich z przewieszoną przez ramię uzdą konia Lassi- tera. Wkroczyli do zagajnika i poszli szeroką dróżką ocienioną nisko wyrastającymi gałęziami wielkich drzew bawełnianych. Ostatnie pro- 1 Prześladowani – niemal od początku zamknięci w sobie i ekspansywni mormoni spotykali się w oporem sąsiadów, co doprowadziło do śmierci w napaści założycie- la religii, Josepha Smitha w roku 1844 oraz do tzw. wojen mormońskich (w stanie Missouri w roku 1838, Illinois w roku 1844 i 1845, Utah w roku 1857 i 1858). ~ 22 ~ mienie zachodzącego słońca rzucały przez liście złociste pręgi. Tra- wa była wysoka i gęsta, miły widok dla oczu znużonych bylicami. Ćwierkająca przepiórka1 przecięła dróżkę, gdzieś w wierzchołku drzewa drozd2 zaczął swą wieczorną pieśń, zaś spokojne powietrze było przesycone świeżością i szmerem płynącej wody. Domostwo Jane Withersteen, które okalał krąg drzew bawełnia- nych, było niskim i długim budynkiem z czerwonego kamienia, sto- jącym na brukowanym podwórcu, przez który przepływał piękny strumień wody bursztynowej barwy. Potężne złomy kamienia, ciężkie belki, mocne drzwi i okiennice wskazywały, że jego twórca chciał, aby opierał się rabunkom i czasowi, natomiast kwiaty i mchy rosnące przy kamiennym łożysku potoku oraz jasne kolory dywaników i chod- ników na posadzce podwórca, jak też przytulny kącik z hamakiem, książkami i zasłanym czystym obrusem stołem zdradzały upiększanie tego domu przez córkę dążącą do szczęścia i życia bieżącym dniem. Jane puściła luzem na gęstej trawie konia Lassitera. – Będzie go pan potrzebował na podorędziu – powiedziała – bo inaczej kazałabym zabrać go na błonia alfalfy. Przywołała kobiety, które od razu zaczęły się krzątać, biegać tu i tam, zastawiać stół. Następnie Jane przeprosiła i weszła do domu. Minęła wielką izbę o niskiej jak w forcie powale, mniejszą, w któ- rej na otwartym palenisku z drwami płonął jasno ogień, i dotarła do swojego pokoju. Było w nim równie wygodnie, co na przypomina- jącym domostwo podwórcu zewnętrznym, a dzięki łagodnym odcie- niom barw ciepło i bogato. Rzadko kiedy po wejściu do swojego pokoju Jane Withersteen nie przeglądała się w lustrze. Była świadoma, że lubiła widzieć tam odbi- cie swej urody, o której nigdy nie pozwalano jej zapominać, odkąd 1 Przepiórka – w Utah występują trzy gatunki przepiórek, a właściwie przepiórów, nazywanych tak w odróżnieniu od przepiórek Starego Świata, które przypominają: przepiór łuskowaty (ang. scaled quail), łac. Callipepla squamata, przepiór kalifor- nijski (Callipepla californica) i przepiór Gambella (Callipepla gambelii). 2 Drozd wędrowny (Turdus migratorius) – ptak z rodziny drozdowatych, pospolity w całej Ameryce Północnej, o ciemnoszarym grzbiecie i głowie, rdzawym brzuchu (stąd amerykańska nazwa robin, czyli europejski rudzik), pięknie śpiewa. ~ 23 ~ była małym dzieckiem. Krewni i znajomi, a później czereda mor- mońskich i gojskich zalotników, podsycali w niej płomień wrodzonej próżności. W wieku dwudziestu ośmiu lat niemal wcale nie myślała o swym cudownym i dobrym wpływie na maleńką społeczność, pozo- stawioną jej przez ojca, dla której była dobroczynną dziedziczką. Dbała głównie o marzenia, o pewność siebie i wdzięk, jakie dawała jej uroda. Tym wszakże razem spojrzała w zwierciadło z powodu więk- szego niż zazwyczaj szczęścia, bez zwykłego u niej ledwo świado- mego uśmiechu. Pragnęła bowiem czegoś więcej, aniżeli uznania się za ładną w oczach własnych i przyjaciela; zastanawiała się, czy ładną okaże się w oczach owego Lassitera, owego człowieka, którego nazwisko dotarło przez rozległe, dzikie złomy głazów oraz bylicowe równiny, owego mężczyzny o łagodnej mowie i smutnych oczach, który nienawidził i zabijał mormonów. Teraz to nie swą na wpół świa- domą próżnością powodowana przebrała się z sukni do jazdy konnej w białą, a potem długo wpatrywała się w postawne kształty o pełnej wdzięku sylwetce, w jasną twarz o mocnym podbródku i pełnych, jędrnych ustach, w ciemnoniebieskie, dumne i wypełnione uczu- ciem oczy. „Jeżeli jakimś cudem zdołam zatrzymać go tutaj na kilka dni, na tydzień… to nigdy więcej nie zabije żadnego mormona – dumała. – Lassiter…! Drżę na samą myśl o tym nazwisku, o nim. Kiedy jednak patrzę na tego człowieka, zapominam kim jest… niemal go lubię. Pa- miętam tylko o tym, ze uratował Berna. Cierpi. Ciekawe z jakiego powodu… czy pokochał kiedyś mormonkę? Jakże wspaniale bronił nasze biedne, źle rozumiane dusze! Musiał je jakoś poznać… dobrze poznać”. Jane Withersteen wróciła do gości i zaprosiła ich do stołu. Ode- sławszy kobiety obsługiwała ich własnoręcznie. Kolacja była obfita, a towarzystwo dziwaczne. Po jej prawej ręce siedział obdarty i mocno wygłodzony Venters; i chociaż nawet ślepe oczy mogłyby dostrzec, jak duży był jego udział w sumie szczęścia gospodyni, to wyglądał na posępnego wyrzutka, jakim się stał wskutek swego przywiązania, zaległ nad nim cień tego, że już po nim, co zapowiedział Tull. Po ~ 24 ~ lewej ręce siedział odziany w czarną skórę Lassiter, patrzący jak ktoś rozmarzony. Nie było w nim głodu, opanowania, mowy, a kiedy kręcił się w częstych chwilach niepokoju, ciężkie rewolwery, których nie odłożył, obijały się o nogi stołu. Jeśli w ogóle można byłoby za- pomnieć o obecności Lassitera, to owe wymowne drobne szarpnię- cia wykluczały takie przypuszczenie. To Jane Withersteen mówiła, uśmiechała się i śmiała z wszelką oszałamiającą grą warg i oczu, jaką piękna, odważna kobieta umie posługiwać się w swoich celach. Po skończonym posiłku, kiedy mężczyźni odsunęli krzesła, po- chyliła się bardziej ku Lassiterowi i spojrzała mu prosto w oczy. – Czemu przybył pan do Cottonwoods? Jej pytanie zdało się rozproszyć czar. Jeździec wstał, jakby wła- śnie oprzytomniał i przypomniał sobie, że zwleka dłużej, niż chciał. – Proszę pani, w całem południowym Utah i w Nevadzie poszuku- ję… czegoś. I to dzięki pani nazwisku dowiedział żem się, gdzie to znaleźć… właśnie tuta, w Cottonwoods. – Mojemu nazwisku! A tak, pamiętam. Znał je pan, kiedy ode- zwał się po raz pierwszy. Proszę mi powiedzieć, gdzie je pan usły- szał i od kogo? – W pewnem miasteczku – chyba nazywa się Glaze – jakie pięć- dziesiąt, albo i więcej mil stąd na zachód. A usłyszał żem je od goja, kowboja, który powiedział, iże pani wie, gdzie mogę znaleźć… – Co znaleźć? – zapytała władczo, kiedy Lassiter zamilkł. – Grób Milly Erne – odpowiedział cicho, a każde słowo jakby wy- szarpywał. Venters okręcił się w krześle, aby ze zdumieniem spojrzeć na Lassitera, zaś Jane w bieli powoli wstała także, ogarnięta spokojną ciekawością. – Grób Milly Erne? – powtórzyła szeptem. – Co pan wie o Milly Erne, mojej ukochanej przyjaciółce, która umarła w moich ramio- nach? Kim był pan dla niej? – Czy mówię, że był żem kimkolwiek? – zapytał. – Znam ludzi… krewnych… od dawna pragnących dowiedzieć się, gdzie została ona pochowana, nic więcej. ~ 25 ~ – Krewnych? Nigdy o nich nie mówiła, jedynie o bracie, zastrzelo- nym w Teksasie. Panie Lassiter, grób Milly Erne jest na tajemnym cmentarzu w mojej posiadłości. – Czy zaprowadzi mnie pani tam…? Urazi tym pani mormonów mocniej, aniżeli dzieląc się ze mną chlebem. – Rzeczywiście, ale to zrobię. Nikt jednak nie może nas zoba- czyć. Może jutro. – Dziękuję, Jane Withersteen – odparł jeździec, ukłonił się jej i wy- cofał się tyłem z podwórca. – Nie zostanie pan, nie spędzi nocy pod moim dachem? – zapytała. – Nie, proszę pani, jeszcze raz podziękuję. Nigdy nie śpię pode dachem. A gdybym nawet żem sypiał, to w miasteczku w dole zbiera się burza. Nie. Pójdę w bylice. Mam nadzieję, iże swej uprzejmości dla mnie nie przypłaci pani przykrościami. – Lassiter – powiedział Venters ze zgorzkniałym śmiechem – i moje łoże jest w bylicach. Może się tam spotkamy. – Możebnie. No, kraina bylic jest wielka, a nie będę w pobliżu. Dobranoc. Na cichy gwizd Lassitera kary koń zarżał i ostrożnie, na ślepo, wydostał się z zagajnika. Jeździec nie założył mu uzdy, lecz szedł obok, prowadząc wierzchowca dotknięciami dłoni. Razem powoli zagłębiali się w cień rzucany przez drzewa bawełniane. – Jane, muszę zaraz odejść – powiedział Venters. – Oddaj mi broń. Gdybym ją miał… – Albo mój przyjaciel, albo elder mojego kościoła padłby już tru- pem – przerwała mu. – Tull na pewno. – Och, gorącokrwisty, zawzięty młodziku! Czyż nie mogę nau- czyć cię pobłażania, miłosierdzia? Bern, wybaczanie wrogom jest postępowaniem bogobojnym. „Niech nad waszym gniewem nie za- chodzi słońce”1. – Cii! Nie mów mi więcej o miłosierdziu czy religii… na pewno nie po dzisiejszym dniu. Dziwne przybycie dzisiaj Lassitera sprawiło, 1 Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce – cytat z Listu do Efezjan, 4:26 (Biblia Tysiąclecia). ~ 26 ~ że nadal jestem mężczyzną i teraz umrę jak mężczyzna…! Oddaj mi broń. Milcząco weszła do domu, wróciła z ciężkim od nabojów pasem, kaburą z rewolwerem i długą strzelbą; wręczyła oręż Ventersowi, a kiedy ten zapinał pas, stała przed nim w postawie bez słów. – Jane – powiedział kowboj łagodnie – nie patrz tak na mnie. Nie zamierzam zamordować twojego kapłana. Spróbuję omijać go z daleka, jak i jego ludzi. Czy jednak nie widzisz, że jesteś już u kresu? Jane, cudowna z ciebie kobieta. Nigdy nie było równie co ty wy- zbytej samolubstwa i dobrej. Chociaż pod jednym względem jesteś ślepa… Posłuchaj! Spoza zagajnika dobiegł tętent pędzących szybkim kłusem koni. – Część twoich kowbojów – mówił dalej. – Blisko już pory nocnej zmiany. Wyjdźmy do ławki w gaju i porozmawiajmy tam. Pod gołym niebem było nadal jasno, ale cienie rozłożystych ga- łęzi drzew bawełnianych zaciemniały dróżki. Venters z jednej z nich odciągnął Jane w biegnącą między krzewami ścieżkę, o szerokości ledwo pozwalającej dwóm osobom iść obok siebie, i okrężną drogą wyprowadził daleko od domu na pagórek na skraju gaju. W osłonię- tym zakątku stała tam ławka, z której przez lukę w wierzchołkach drzew widać było bylicowy stok, kamienną ścianę i niewyraźne za- rysy kanionów. Jane nie odezwała się wcale, odkąd Venters wstrzą- snął nią pierwszymi ostrymi słowami, ale przez całą drogę trzymała go pod ramię, a teraz, kiedy stanął i na ławce położył strzelbę, nadal je ściskała. – Jane, niestety muszę cię opuścić. – Bernie! – zawołała. – Tak, na to wygląda. Moje położenie nie jest najlepsze… nie po- trafię czuć się jak należy… utraciłem wszystko… – Dam ci, co tylko… – Wysłuchaj mnie, proszę. Mówiąc o utracie nie mam na myśli tego, co ty. Chodzi mi o utratę życzliwości, dobrego imienia – bez czego nie mogę dłużej bez rozgoryczenia pozostawać w tym mia- steczku. Cóż, już za późno… Myślę teraz, że na przyszłość najlepiej uczynisz rezygnując ze mnie. Tull jest nieprzejednany. Po jego dzisiej- – Jane, niestety muszę cię opuścić. ~ 27 ~ szych zamiarach powinnaś dostrzec, że… Nie możesz jednak. Twoje zaślepienie… twoja przeklęta religia…! Jane, wybacz mi – mam w sobie ranę i coś mnie dręczy. Tak, obawiam się, że niewidzialna ręka będzie skrycie działać ku twojej zgubie. – Niewidzialna ręka? Bernie! – Mówię o twoim biskupie. – Venters powiedział to dobitnie i nie wypuścił jej, kiedy zaczęła się cofać. – Jest tu prawem. Wydano za- rządzenie o mojej zgubie. Popatrz no na mnie! Zostanie teraz wy- dane inne, mające przymusić cię do posłuszeństwa woli Kościoła. – Błędnie oceniasz biskupa Dyera. Tull jest twardy, wiem. Od lat jednak się we mnie kocha. – Och, ta twoja wiara i twoje tłumaczenia innych! Nie możesz widzieć tego, co wiem – a jeśli nawet widzisz, to w trosce o swoje życie nie dopuszczasz tej wiedzy do siebie. Broni tego tkwiąca w tobie mormonka. Elderzy i biskupi posuną się do dosłownie każdego czynu, który zwiększy potęgę i bogactwo ich kościoła, ich władzy. Pomyśl, co robią z tutejszymi gojami, ze mną – pomyśl o losie Milly Erne! – Co wiesz o jej życiu? – Wiem dostatecznie dużo – może nawet wszystko, oprócz na- zwiska mormona, który ją tu sprowadził. Muszę jednak przestać o tym mówić. W odpowiedzi ścisnęła mu rękę. Pomógł jej usiąść przy nim na ławce. Szanował też jej milczenie, pełne, jak się domyślał, niepoję- tych dlań głębokich uczuć kobiety. W tej właśnie chwili ostatnie rudawe promienie zachodzącego słoń- ca zalśniły na krótko, zanim ustąpiły miejsca zmierzchowi. Ciągnący się przed Ventersem widok był pod pewnymi względami zbieżny z je- go odczuciami dotyczącymi przyszłości. Czujnym wzrokiem przetrzą- sał owe piękne, purpurowe i jałowe pustkowie pełne bylic. Czaiło się tam nieznane i groźne. Cała scena uderzała młodego człowieka jako dzikie, surowe i potężne objawienie się natury. I jakby coś przypo- mniało mu w niej o widokach na przyszłe życie, tak niespodziewa- nie nasunęło mu się podobieństwo tej przyrody do siedzącej obok kobiety, z tym tylko, że była ona piękniejsze i groźniejsza, stanowi- ~ 28 ~ ła tajemnicę trudniejszą do przeniknięcia, a także coś niemożliwe- go do nazwania, co ściskało mu serce i zaćmiewało oczy. – Patrz! Jeździec! – zawołała Jane, przerywając milczenie. – Czy może to być Lassiter? Venters skierował swe spojrzenie bardziej na zachód. Na hory- zoncie pojawił się ciemny konny, po chwili zlał się z barwą bylic. – Może i on. Raczej jednak nie – ten nadjeżdża. Najpewniej to jeden z twoich kowbojów. Tak, teraz widzę go wyraźniej. I jest jeszcze jeden. – Także ich widzę. – Jane, twoi kowboje wydają się być równie liczni, co krzewy by- licy. Wczoraj spotkałem pięciu blisko szlaku wiodącego do Decep- tion Pass1. Byli ze stadem białego bydła. – Nadal jeździsz do tego kanionu? Wolałabym, Bern, żebyś tego nie robił. Oldring i jego rozbójnicy kryją się gdzieś w nim. – I co z tego? – Tull wspomniał już o twoich częstych wypadach do Decep- tion Pass. – Wiem. – Venters zaśmiał się krótko. – Następnym razem zrobi ze mnie rozbójnika. Jane, przecież na odcinku pięćdziesięciu mil stąd nie ma żadnej wody, a najbliższa jest w owym kanionie. Muszę pić i poić konia. O tam! Widzę dalszych jeźdźców. Wyjeżdżają. – Stado czerwonego bydła jest na tamtym stoku, w stronę Pass. Zmierzch szybko zapadał. Grupa konnych minęła ciemną linię niskiego terenu i pokazała się wyraźniej, kiedy wjeżdżała w górę sto- ku. Ciszę przerwał wyraźny okrzyk nadciągającego jeźdźca i niemal jakby odgłos myśliwskiego rogu napłynęła odpowiedź. Oddalający się szybko jeźdźcy objawili się ostro po osiągnięciu grzbietu wzniesie- nia, jako dzikie i czarne sylwetki powyżej horyzontu, a potem zjechali w dół, niknąc w purpurze bylic. – Mam nadzieję, że nie napotkają Lassitera – powiedziała Jane. 1 Deception Pass (ang.) – dosłownie Zwodnicza Przełęcz, Zwodnicze Przejście, ale jak wynika z dalszych opisów, chodzi o wielki kanion, jakie występują w tej części Ameryki Północnej. ~ 29 ~ – Ja też – przytaknął Venters. – Kowboje z nocnej zmiany wie- dzą już, co działo się w ciągu dnia. Lassiter najpewniej jednak bę- dzie ich unikał. – Bern, kim jest Lassiter? Dla mnie to tylko nazwisko – straszne nazwisko. – Kim jest? Nie wiem, Jane. Nie zna go nikt z tych, których spo- tkałem. Mówi trochę jak Teksańczyk, jak Milly Erne. Zauważyłaś to? – Tak. To bardzo dziwne, że ją znał! Przecież mieszkała tutaj przez dziesięć lat, a nie żyje od dwóch. Bern, co wiesz o Lassiterze? Po- wiedz mi, co robi, dlaczego powiedziałeś o nim Tullowi, dlaczego gro- ziłeś, że sam zostaniesz drugim Lassiterem? – Jane, znam go tylko ze słyszenia, z pogłosek, opowieści, w więk- szość których nie wierzyłem. W Glaze jego nazwisko jest znane, ale żaden ze znanych mi tutaj kowbojów czy ranczerów nigdy go nie spotkał. W Stone Bridge nigdy nie słyszałem, aby o nim mówiono. Za to w Sterling i miasteczkach na północ stąd wspominany jest czę- sto. Nigdy nie byłem w miasteczku, które by odwiedził. O nim i jego czynach krąży wiele sprzecznych opowieści. Niektórzy mówią, że zastrzelił kogoś w tym czy owym mormońskim miasteczku, a inni temu zaprzeczają. Skłonny jestem wierzyć, że zastrzelił, wiesz sama, jak mormoni skrywają prawdę. W jednej jednak rzeczy zgodni są wszyscy mówiący o Lassiterze, że jest on rewolwerowcem, jak w tym kraju określają to jeźdźcy. Coltem1 posługuje się z cudowną pręd- kością i celnością. Teraz, kiedym go widział, wiem więcej. Lassiter od urodzenia nie wie, czym jest strach. Przyglądałem mu się oczyma, które postrzegły w nim przyjaciela. Nigdy nie zapomnę chwili, w któ- rej rozpoznałem go po tym, że przykucnął przed wyciągnięciem broni, bo tak się o nim mówi. Wtedy to wykrzyknąłem jego nazwisko. My- ślę, że tym okrzykiem ocaliłem życie Tulla. W każdym razie wiem, że Tulla od śmierci dzieliła tylko grubość najcieńszego włoska. Gdyby on czy któryś z jego ludzi przesunął palcem w stronę… 1 Colt – rewolwer produkowany przez amerykańskie przedsiębiorstwo Colt’s Patent Fire-Arms Manufacturing Company, założone w 1855 w Nowym Jorku przez inży- niera Samuela Colta (1814-1862), dzięki nowoczesnym metodom produkcji i marke- tingu zdobył wielką popularność. ~ 30 ~ Venters nie dopowiedział, co by się stało, ale na sam domysł Ja- ne zadrżała. Blada poświata na zachodzie ciemniała, zmrok przechodził w noc. Kraina bylic rozciągała się teraz czarna i posępna. Jedna niewyraź- na gwiazda migotała w południowo-zachodniej części nieba. Odgłosy kłusujących koni umilkły, zapadła cisza zakłócana jedynie słabym, suchym szelestem liści drzew bawełnianych, poruszanych lekkim noc- nym wietrzykiem. Ów spokój i ciszę przerwało nagle piskliwe wycie kojota1, któ- remu z oddali odpowiedział w ciemnościach głos kręcącego się gdzieś samca. – Oho! Szczekają psy bylicowe – powiedział Venters. – Niechętnie je słyszę – odparła Jane. – Czasami w nocy, kiedy przebudzi mnie długie ponure czy przerywane szczekanie albo dzi- kie wycie, myślę o tobie śpiącym gdzieś wśród bylic, a wtedy boli mnie serce. – Jane, nie mogłabyś słuchać przyjemniejszej muzyki ani ja mieć lepsze łoże. – Pomyśl tylko! Tacy ludzie jak ty i Lassiter nie mają domu, wy- gód, wytchnienia, nie mają gdzie złożyć znużone głowy. Cóż…! Bądź- my cierpliwi. Gniew Tulla może opaść, a czas przyjść nam z pomocą. A jeśli przysłużyć się czymś miasteczku, kto wie? A gdybyś odnalazł nieznaną od dawna kryjówkę Oldringa i jego bandy, ja zaś przekazała- bym tę wieść moim kowbojom? Rozbroiłoby to paskudne podejrzenia Tulla i przysłużyłoby się tobie. Moi pasterze bydła od lat tropią ślady kradzionego bydła. Równie dobrze co ja wiesz, jak drogo płacimy za nasze pastwiska w tym dzikim kraju. Oldring zapędza nasze bydło w plątaninę mylących trop kanionów i gdzieś daleko na północy albo wschodzie wyprowadza je na rynki w Utah. Jeśli już trafisz do Deception Pass, spróbuj natrafić na jakieś ślady. – Jane, myślałem już o tym. Spróbuję. 1 Kojot preriowy (Canis latrans) – drapieżnik z rodziny psowatych występuje w prawie całej Ameryce Północnej, mniejszy od wilka, w powieści nazywany też psem byli- cowym. ~ 31 ~ – Muszę teraz iść. Jest to bolesne, bo nie wiem, czy na pewno kiedyś cię jeszcze zobaczę. Do jutra jednak, Bernie? – Na pewno do jutra. Będę wypatrywał Lassitera i przyjadę z nim. – Dobranoc. Następnie zostawiła go i odeszła, jej biały, przemykający się kształt przepadł wkrótce w cieniach. Venters odczekał, aż słabiutki trzask drzwi zapewnił go, że do- tarła do domu, a wówczas wziął strzelbę i bezszelestnie ruszył po- między krzewami, w dół pagórka, potem zaś pod ciemnymi drzewami na skraju zagajnika. Niebo z szarego przechodziło wówczas w grana- towe; gwiazdy zaczęły świecić na wcześniej czarnym tle; z rozle- głej, płaskiej przestrzeni przed nim doleciał ku niemu zimny wiatr, pachnący wyziewami bylic. Trzymając się blisko ostatnich drzew ba- wełnianych szybko i cicho szedł na zachód. Zagajnik był długi, nie do- tarł jeszcze do jego końca, kiedy jakiś odgłos kazał mu się zatrzymać. Położył się w mroku czekając i nasłuchując. Znacznie wcześniej niż się spodziewał, sądząc po dźwiękach, ku swemu zdumieniu ujrzał bę- dących w pobliżu jeźdźców. Jechali skrajem bylic, i Venters od razu rozpoznał, że kopyta ich koni były owinięte. Następnie w bladym świetle gwiazd niewyraźnie dostrzegł jeźdźców. Oczy miał bystre i przywykłe do ciemności, przyglądając się więc bacznie rozpoznał potężną budowę i czarną brodę na głowie Oldringa oraz smukłą, gibką postać zastępcy herszta rozbójników, zamaskowanego jeźdźca. Przeje- chali obok, pochłonęły ich mroki. Następnie, dalej w krainie bylic, przemknęły ciemne, zwarte ciała jeźdźców, niemal bezgłośnych, nie- mal jak widma, a potem i one przepadły w nocy. Rozdział III Źródło Amber D la Oldringa i jego ludzi odwiedzanie Cottonwoods w pełnym świetle dnia nie było czymś nadzwyczajnym, ale zakradanie się w ciemnościach z owiniętymi kopytami koni oznaczało, że knuje on jakąś niegodziwość. Za szczególnie złowieszczą uznał przy tym Ven- ters obecność z Oldringiem zamaskowanego jeźdźca. Człowieka tego otaczała tajemnica, rzadko przejeżdżał przez miasteczko, a jeśli już, to szybko; konni równie rzadko spotykali go w dzień wśród bylic, ale po każdym jego pojawieniu się następowały czyny równie mroczne i tajemnicze, co noszona przezeń maska. Banda Oldringa nie ogra- niczała się do uprowadzania bydła. Venters leżał płasko w cieniu drzew bawełnianych, zastanawia- jąc się nad tym przypadkowym spotkaniem i dopiero po wielu chwi- lach uznał, że może się bezpiecznie ruszyć. Wówczas powodowany nagłym impulsem wybrał inną drogę i cofnął się do zagajnika. Po osiągnięciu ścieżki wiodącej do domu Jane postanowił zejść do mia- steczka. Ruszył tam szybko, pośpiesznymi, cichymi krokami. Opuściw- szy zagajnik wszedł na jedyną ulicę, szeroką i obsadzoną wysokimi topolami, a pod każdym szpalerem drzew, środkiem chodnika, biegły rowy, którymi płynęła woda pochodząca ze źródła Jane Withersteen. Pomiędzy drzewami migotały płomyki świec, a daleko w dole lśniły jasno okna sklepów miasteczka. Zbliżywszy się do nich Ven- ters dojrzał grupki stojących i pogrążonych w ożywionej rozmowie mężczyzn. Nie było zwykłego tam próżnowania na rogach domów, na ławkach i schodkach. Kryjący się w cieniu Venters podchodził coraz bliżej, aż był w stanie słyszeć głosy. Nie mógł jednak wy- chwytywać słów. Rozpoznał wielu mormonów, wypatrywał mocno Tulla i jego ludzi, lecz bez powodzenia. Venters uznał, że rozbójnicy nie przejechali ulicą miasteczka. Owi rozgorączkowani mężczyźni ~ 33 ~ niewątpliwie rozmawiali o przybyciu Lassitera. Venters żywił jednak pewność, że zamiary, jakie tego dnia miał wobec niego Tull nie zosta- ły i nie zostaną wyjawione. Dlatego też uznawszy, że niewiele się dowie, Venters zaczął się wycofywać. Kościół był ciemny, także stojący obok dom biskupa Dyera, podobnie chata Tulla. Niemal każdego wieczora o tej porze paliłyby się tam światła i Venters zauważył to dziwne zaciemnienie. Miał właśnie opuścić ulicę i okrążyć zagajnik, kiedy odgłos kłu- sujących koni kazał mu znowu się położyć. Zaraz dostrzegł parę jadą- cych ku niemu konnych. Krył się w cieniu drzewa. Światło gwiazd, mocniejsze teraz, wspomogło go znowu i rozpoznał rosłą postać Tulla, a za nim niski, przypominający żabę kształt kowboja Jerry’ego. Milczeli i zniknęli po przejechaniu. Venters podążał swą drogą z zajętym, ponurym umysłem, roz- ważał wydarzenia dnia, próbował rozpoznać wykluwające się tej nocy. Prześladowały go ponure myśli. W górnej części tego ciemnego zagajnika mieszkała kobieta, która została jego przyjaciółką. On zaś przekradał się obok jej domu, niby Indianin skrycie trzymając broń; był człowiekiem bez swojego miejsca, ludzi czy celu. Ponad nią roz- ciągał się cień posępnej, skrytej i tajemnej mocy. Żadna królowa nie mogłaby bardziej w swej hojności szczodrzej rozdawać, aniżeli Jane Withersteen swoim ludziom, jak również tym nieszczęśnikom, któ- rych ci ludzie nienawidzili. Sama prosiła jedynie o boskie prawo na- leżne wszystkim kobietom – o wolność; chciała kochać i żyć wedle woli swojego serca. Te prośby wszakże i nadzieje były daremne. – Od lat widziałem zbierające się nad nią i nad miasteczkiem Cottonwoods burzowe chmury – mruczał idący Venters. – Wkrótce rozpęta się nawałnica. Nie podoba mi się to, co przyniesie. Mieszkańcy osady szepczący tego wieczora na ulicy – jadący nocą z obwiniętymi kopytami rozbójnicy – knujący coś potajemnie Tull – oraz kryjący się gdzieś tam wśród bylic mężczyzna, który ozna- czał coś strasznego – Lassiter! Venters przeszedł między czarnymi drzewami bawełnianymi i wkroczywszy na tereny bylicowe wspinał się po pochylającym się ~ 34 ~ stopniowo zboczu. Trzymał się kierunku wyznaczanego przez za- chodnią gwiazdę. Od czasu do czasu przystawał, aby nasłuchiwać, lecz dobiegały go jedynie zwykłe, znajome szczeknięcia kojota, szmer wiatru i szelest bylic. Wreszcie w mroku trochę na prawo od niego wyłoniły się niskie, bezładnie rozrzucone skały i cicho gwizdnął. Spośród skał wysunął się pies, skamląc skakał wokół niego. Jeździec wspiął się na nierówną, popękaną skałę, starannie wybierając drogę, a potem zszedł. Znalazł się w miejscu ciemniejszym i odsłoniętym od wiatru. Prowadził go biały kształt. Był nim drugi pies, tym razem śpiący, zwinięty pomiędzy siodłem a jukiem. Zwierzę przebudziło się i w powitaniu waliło ogonem. Venters podłożył sobie siodło jak poduszkę i zawinął się w koce, wystawiając twarz ku górze, w stronę gwiazd. Biały pies przytulił się do niego mocno. Drugi, skomląc, podreptał kilka jardów do małego wzniesienia gruntu i warował na tym posterunku. W owej dzikiej kryjówce Venters zamknął oczy pod wielkimi, białymi gwiazdami oraz ogromną, granatową kopułą, z goryczą porównując ich samotność ze swoją, i zasnął. Kiedy się obudził, świtał dzień, a wszędzie wokół niego istniała jasna, stalowa szarość. Powietrze miało chłodny posmak. Jeździec wstał, przywitał się z łaszącymi się psami i rozciągnął zdrętwiałe ciało, a potem zebrał wiązki zeschłych łodyg bylic i rozpalił ognisko. Paski suszonej wołowiny na chwilę przysunięte do żaru posłużyły za pokarm jemu i psom. Napił się z manierki. Nie miał z sobą ni- czego więcej; przywykł do skąpego pożywienia. Następnie usiadł przy ognisku, wyciągnął do niego dłonie i czekał. Od miesięcy czekanie było jego głównym zajęciem, niezbyt też wiedział, na co czeka, co najwyżej na upływanie godzin. Teraz jednak czuł, że w jego teraź- niejszości coś się dzieje; dzień ten obiecywał kolejne spotkanie z Lassi- terem i Jane, może wiadomości o koniokradach; jutro zaś zamierzał wyruszyć szlakiem do Deception Pass. W czasie oczekiwania przemawiał do psów. Nazwał je Ring i Whi- tie; były psami pasterskimi, mieszankami collie1 i charta szkockie- 1 Collie – inaczej owczarki szkockie, rasa bardzo dawna, duże (do 60 cm wysokości), łagodne, energiczne psy, doskonałe jako stróżujące i pasterskie. ~ 35 ~ go1, wspaniale zbudowanymi i doskonale wytresowanymi. Wydawało się, że owe psy pojmowały, jaką wartość mają dla Ventersa w coraz większej jego niedoli i zgodnie z tym darzyły go uczuciem i wier- nością. Whitie przyglądał się mu z miłością w mrocznych ślepiach, a Ring, warujący na małym wzniesieniu gruntu, trwał nieznużenie na straży. Kiedy wzeszło słońce, biały pies zajął miejsce wartującego, a Ring zasnął u stóp swego pana. Powolutku Venters zwinął swoje koce, z

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Jeźdźcy krainy purpurowej bylicy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: