Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00089 004288 14688107 na godz. na dobę w sumie
Jezioro Cieni - ebook/pdf
Jezioro Cieni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 314
Wydawca: Inanna Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-224-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Lirr i Raiden muszą uciekać z Ysborga nie tylko przed gniewem jego władczyni, ale również przed podążającymi ich tropem bezwzględnymi Łowcami Mocy. Wiedząc, że Maeve nie spocznie, dopóki nie zemści się na nich, dwójka zbiegów postanawia poszukać schronienia na brzegach mitycznego Jeziora Cieni.

Odnajdą tam jednak duchy przeszłości, które mogą zmienić wszystko, co dotąd o sobie wiedzieli i wszystko, co kiedykolwiek do siebie czuli.

Nadchodzi czas walki z własnymi demonami!
Nadchodzi czas próby wśród zwodniczych cieni!
Krucze przeznaczenie zaczyna się wypełniać!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Maria Zdybska KRUCZE SERCE: JEZioRo CiEni Mojej Mamie, która nauczyła mnie kochać książki i morze Prolog Woda była ciemna, ciężka, skutecznie tłumiła całe światło i dźwięki docierające z zewnątrz. Przez moment poczuła znajomy stan nieważkości, świat zwolnił, ucichł, uspokoił się. Wokół pulsowały pojedyncze promienie opalizujące wszystkimi kolora- mi. Przypomniała sobie swoje pierwsze wspomnienia, drugie narodziny w życiu, w jej poprzednim życiu. Wyrzucić to diabelstwo z powrotem za burtę… Wyciągnęła przed siebie rękę, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Była blada, szklista, jakby niewyraźna, powolna. To zły omen… Potrząsnęła głową, spróbowała rozejrzeć się do- okoła i poczuła, jak pukle włosów płyną powoli co- raz wyżej i wyżej wokół jej twarzy, zasłaniając oczy i oplątując usta. Zły omen! 4 Za sobą dostrzegła tylko czarną otchłań, unoszącą się nieśpiesznie w rytmie uśpionego oddechu jakiejś mrocznej i niebezpiecznej istoty. Przeklęty północny wiatr… Zły omen… Czarna woda lepiła się do ciała, gęsta jak smoła. Przenikający do kości chłód zaciskał powoli swoje szczęki na karku. Miała wrażenie, że gdzieś, jakby z głębi otchłani, słyszy wołanie kruka, a potem prze- nikliwy świst strzały i głuchą ciszę. Śmierć! Wysoko nad czarnym sklepieniem morskiej toni ryknął grzmot i zaczęła kotłować się gwałtowna bu- rza. Wiatr uderzał w fale z wściekłością oszalałej be- stii, wzniecając głębokie wiry w stężałej ciemnością głębinie. Blada błyskawica rozdarła niebo jak żywe srebro wylane na czarny aksamit. „Chcesz wiedzieć, jak bardzo jestem poważny?”. Viorel szarpał bezwładną Rosmertę za włosy, czekając, aż Lirr go powstrzyma. „Odważysz się?”. Zacisnęła powieki, tłumiąc bezsilną rozpacz. Do- strzegła nagle dłoń zaciśniętą na żarzącym się blado- niebieskim światłem kamieniu jej amuletu. Amuletu, którego od dawna już nie miała. Dłoń zdawała się dryfować miękko, jakby w rytmie jakiejś niesłyszal- nej muzyki, unosić się, a może opadać – pod wodą wszystko było inne, nieoczywiste, zamglone jak we śnie. Góra stawała się dołem, morska otchłań skle- pieniem niebieskim. 5 Skoncentrowała się, zanurkowała głębiej, chwyci- ła tę dłoń, zaś po chwili wahania drugą ręką objęła bezwładnego topielca w pasie i skierowała się ku gó- rze. Podróż na powierzchnię trwała całą wieczność. Lodowata woda ściskała boleśnie płuca i napierała na skronie milionem bolesnych ukłuć, raniąc każdy skrawek skóry. Niebo kłębiło się, wirowało, huczało. Świat zadrżał, zakołysał się, indygo zmieniało się w błyszczący ob- sydian, srebrne pręgi przeistaczały się w fale ciężkie- go ołowiu, oddech wiatru stawał się wściekłym, wil- czym wyciem. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, krzyknąć, wezwać pomocy, ale głos uwiązł jej w gardle, zachłysnęła się coraz szybciej wibrującym płynnym ołowiem, który bez ostrzeżenia wypełnił wszystko wokół. Nie mogłaś jej ocalić! Powieki topielca drgnęły, a Lirr poczuła, jak lo- dowate dłonie oplatają ją w pasie. Jego twarz była niewyraźna, zatopiona w mroku odcinającym się od połyskującego perłowym światłem wschodu morza nad ich głowami. Nie mogła go rozpoznać. Chciała uciekać, ale ta niepewność nie pozwalała jej odejść. Musiała wiedzieć. – Elirrianoi… – wyszeptał, próbując ukryć smu- tek. Ten głos nagle stał się jej ostatnią deską ratunku, jedynym promieniem nadziei wśród szalejącej toni, ale zarazem było w nim coś złowieszczego, ulotna zapowiedź nadchodzącej zagłady, cierpienia i śmier- 6 ci. Gdzieś w dali, rozbrzmiała kakofonia dźwięków: kruk nawoływał, przerażone kapłanki Zarii błagały o litość, krzyczała Rosmerta. Znajomy głos wytrącił Lirr z bezsilnego letargu. Starała się wyszarpać, walczyć, płynąć dalej ku po- wierzchni, ale nie mogła, nie potrafiła. Topielec objął ją mocniej, otoczył silnymi ramionami, zasłaniając światło bijące z góry, odgradzając ją od wszystkiego wokół, zamykając w klatce swego ciała. Poczuła, że opuszczają ją resztki sił i w końcu, prawie wbrew so- bie, przywiera twarzą do jego piersi, zimnej, bladej, kamiennej. Zamyka oczy, szykując się na śmierć. – Elirrianoi… – powtórzył z bólem, z wyrzutem. Nie wiedziała, czy przeprasza ją za przeszłość, czy za to, co miało dopiero nadejść. 7 Rozdział 1 Ogień i woda – Elirrianoi! Zerwała się gwałtownie z ziemi, łapiąc powietrze z taką łapczywością, jakby właśnie wynurzyła się z morskiej głębiny. Przed sobą zobaczyła jednak tylko zieleń. Morze zieleni. Gęsta, wielowarstwowa ściana utkana z liści, pędów, igieł, gałązek i traw zdawała się poruszać łagodnie w rytm jej urywanego oddechu. Zie- leń, tylko zieleń. – Raiden! Już wstałeś? – wyjąkała, starając się bez- skutecznie zapanować nad lekko ochrypłym głosem. Tuż nad nią majaczyła ciemna sylwetka maga, przysła- niając boleśnie jaskrawe promienie porannego słońca. Resztki sennej wizji umknęły gdzieś na krańce świa- domości, pozostawiając po sobie jedynie uczucie odle- głej tęsknoty. – Niechętnie. – W jego pozornie obojętnym głosie usłyszała znajomy cyniczny półuśmiech, który na- tychmiast postawił wszystkie jej zmysły na baczność. 8 – Nie byłem po prostu w stanie dalej spać, potwornie się wiercisz. – Wyprostował się i ziewnął leniwie, zo- stawiając ją tym samym na pastwę rażącego światła. Lirr zamrugała kilkakrotnie, starając się oddalić napływające do oślepionych oczu łzy. Okruchy nie- pozbieranych myśli chaotycznie obijały się jej po gło- wie. Wciągnęła szybko powietrze pachnące torfem i poranną mgłą. Było na to zbyt wcześnie. Była na to zbyt zmęczona. Nie spodobało jej się też to ledwie zauważalne, kpią- ce drgnięcie kącików ust. Jej emocje roznieciły się jak iskra na suchej polanie, ale zaraz zgasły, stłamszone nadal nieprzeżytym żalem. Tępy ból ściskał płuca. „Rosmerta. Rosmerta nie żyje”. Strzępy snu wróciły, bez ostrzeżenia ścinając serce strachem. Mimo wszystko jednak, tknięta nagłym ukłuciem niepokoju rozejrzała się gorączkowo wokół resztek mizernego ogniska. Wczoraj rozpalili je tuż przed skalną jamą, szumnie nazwaną przez Bondo jaski- nią przemytników. Gdy się kładła, dogasający ogień z całą pewnością oddzielał ją od prowizorycznego posłania maga. Rzadka trawa wokół wydawała się całkowicie nienaruszona. – Z drugiej strony obserwowanie twojej nieprzytom- nej szamotaniny podczas koszmarów jest ostatnio jedyną rozrywką, na jaką mogę liczyć – dodał po chwili milcze- nia, unosząc przy tym sugestywnie jedną brew. 9 Podniosła się z ziemi nieco zbyt nerwowo, rozma- sowując zdrętwiałe ramię. – Przynajmniej jedno z nas dobrze się bawi. – Wzruszyła ramionami i zaczęła poprawiać sznurowanie butów. – Przez całą noc wiłaś się jak na torturach i jęczałaś coś o Caelu – poinformował ją pozornie obojętnym tonem. Swobodnym gestem odgarnął swoje nadzwy- czajnie jasne włosy z czoła, błękitny lód jego oczu rozpalony rozpoczętą na nowo grą. Lirr odczuła ulgę. Blefował. – Zostaw mnie, Raiden. – Odnalazła w końcu głos, ale był teraz nienaturalnie stłumiony, rozedrgany pod wpływem wzbierającej energii, która zaczynała krążyć w niej jak gorączka, burząc krew, przyspieszając rytm serca, pulsując w skroniach i rozpalając skórę. Starała się nie patrzeć na maga. – Po prostu zostaw, potrzebuję spokoju. – Zmie- rzyła go lodowatym spojrzeniem. Zanim odpowiedział, zbliżył się do niej o kolejny krok. Najwyraźniej jej wzrok nie był dość lodowaty. – Albo…? – zapytał nad podziw uprzejmie, splata- jąc przy tym dłonie za plecami. – Nie dam się znowu sprowokować – odparła, zmu- szając swój głos do pozorów spokoju. Ostatnia ich po- dobna potyczka skończyła się połamaniem fokmasztu, pozrywanymi wantami i przymusowym wysadzeniem ich na suchy ląd przez doprowadzonego do skraju wy- trzymałości nerwowej Bondo. 10 – To ty mnie prowokujesz. – Zrobił z rozwagą ko- lejny krok, który sprawił, że stał teraz tuż obok. – Ja? – zapytała po napiętej pauzie. Raiden zamknął ostatnią dzielącą ich odległość i przysunął twarz do jej twarzy. Koniuszki palców Lirr były coraz bardziej gorące, a plecach przebiegały narastające fale niezno- śnego mrowienia. – Prowokujesz… – szepnął jej wprost do ucha. Wzdry- gnęła się pod tchnieniem chłodnego oddechu na jej roz- grzanym policzku. – Nie prowokuję. – Krrr… – Usłyszała nad sobą powątpiewające chrząk- nięcie kruka. Mało pomocne. – Prowokujesz za każdym razem, gdy przytulasz przez sen głowę do mojej szyi. – Szept maga w jej głowie wyda- wał się jeszcze bardziej intymny niż fizyczna bliskość. Spojrzała w górę, spotykając się z jego rozbawionym wzrokiem, walcząc jednocześnie z irracjonalną pokusą popatrzenia na szyję mężczyzny. – Kłamca! – rzuciła mu prosto w twarz i o wiele głośniej, niż to było konieczne. – Doprawdy? – zdziwił się, przechylając głowę na drugą stronę. Kruk na gałęzi tuż obok powtórzył jego gest, zupełnie jakby stał się teraz odbiciem maga. „Zdradliwy pierzasty demon!”. Bogowie świadkiem, że miała ogromną ochotę, żeby poddać się wzbierającej złości. W głębi duszy wiedziała jednak, że to tylko kolejna próba, że Ra- iden chce po prostu wydobyć z niej tę nienaturalną 11 siłę, jaką obudziła tamta straszna noc. Plugawą siłę, która wznieciła w niej fałszywe nadzieje potęgi, ale nie pozwoliła ocalić Rosmerty. Opuściła wzrok, tracąc rezon. Raiden nadal stał przed nią, zbyt blisko, żeby mogła odetchnąć. – Zostaw mnie – powtórzyła po raz trzeci i odsunęła się zrezygnowana. On jednak przytrzymał ją mocno za ramiona, nie pozwalając się ruszyć. Jego dotyk palił, ale był zarazem dziwnie kojący. Za wszelką cenę nie chciała poddać się temu kłamliwemu uczuciu. Pomię- dzy palcami zaczęły przeskakiwać ledwie dostrzegalne, błękitne iskierki. Zacisnęła dłonie w pięści. – Proszę… – wyszeptała bezradnie. – Czego się boisz? – Nie odpuszczał. – Możesz panować nad siłami, które napędzają nasz świat, musisz tylko… Zamknęła oczy, nie mogąc dłużej znieść intensyw- ności jego spojrzenia. – Nie boję się. – Nie uciekniesz od tego. – Nie uciekam od niczego. – Cały czas uciekasz. Boisz się zmierzyć z prawdą. – Krrr! – zgodził się z nim stanowczo kruk. Rozłożył imponujące skrzydła i kilka razy uderzył powietrze, podkreślając swoje stanowisko. Lirr posłała mu mordercze spojrzenie. „Wredna, nielojalna bestia. Chędożona, przerośnięta cmentarna wrona!”. – Jaką prawdą? Miałam według ciebie zostać w Ys- borgu? Nie jestem tu z wyboru, nie chciałam tu być, 12 nie chciałam słyszeć twoich myśli, nie chciałam tego wszystkiego! Usiłowała wyszarpnąć się z uścisku, ale on złapał ją za nadgarstki, zmuszając, by na niego popatrzy- ła. Skóra pod jego dotykiem zaczęła ją palić, a pal- ce świerzbiły coraz wyraźniej. Bała się, że ta dziwna energia zaraz z niej wypłynie, że eksploduje, niszcząc przy tym wszystko wokół. – Nie, oczywiście, że nie… ale teraz, po tym wszyst- kim co się wydarzyło masz przed sobą zupełnie nowe możliwości. Zastanów się, możesz… – Zniżył głos i przerwał w pół słowa. – Być taka jak ty? – zapytała z gorzką drwiną. – Nie… Nie… Nie taka jak ja. Nigdy bym ci tego nie życzył. – Coś w jego głosie również się zmieniło. Zadrgała w nim nieznana jej dotąd kruchość. Lirr przygryzła drżącą dolną wargę i spuściła wzrok, nie chciała go ranić. Nie chciała nikogo już nigdy krzywdzić. – Nie prosiłam o to, co się stało, a teraz nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Czuję, że ta moc… że ma- gia jest silniejsza ode mnie, rozumiesz? – wyjaśniła  po- spiesznie, wstydząc się własnej bezbronności. – Boję się, że mnie pochłonie, że się w niej zatracę, przepadnę. Nie mogła teraz na niego patrzeć. Bez swej zwykłej hardości czuła się żałośnie słaba. – Daj sobie czas. – Słowa maga zabrzmiały nie- oczekiwanie miękko. – Z czasem jest tylko coraz gorzej. – Przełknęła wzbierające łzy, zwieszając głowę jeszcze niżej. 13 – Posłuchaj, Lirr. – Aromat drzewa sandałowego i soli wzmocnił się, mag pochylił głowę, zrównując się z nią wzrokiem. – Moc wypełnia cały nasz świat. Jest oddechem życia, który wprawia go w ruch. Nielicz- ni mogą nauczyć się z niej czerpać, poddać ją swojej woli, kształtować. Przestań walczyć z tą siłą, bo jest częścią ciebie, czy tego chcesz, czy nie. Nie możesz tego cofnąć. – A jeśli jej nie zaakceptuję? W niezręcznej ciszy, która między nimi zaległa, Lirr słyszała tylko nierówne bicie swojego serca. Mrowienie na plecach nie ustawało, podnosząc jej jeden po drugim delikatne włoski na karku. – Rosmerta nie żyje. Przeze mnie – zwróciła się do niego w końcu cichym, szczerym tonem – przez to, że wplątałam się w sytuację, która mnie przerosła i która nawet mnie nie dotyczy. – Nic na tym świecie nie dzieje się przypadkiem. – Niespodziewanie, na krótką chwilę zamknął jej dło- nie we własnych i zaraz odsunął się od niej gwałtow- nym ruchem, jakby jakaś niewidzialna siła go ode- pchnęła. Wbrew sobie poczuła ukłucie żalu. Skóra, której jeszcze przed chwilą dotykał, nadal piekła ją nieznośnym żarem, ale nagły brak jego bliskości był zarazem nie do zniesienia. Być może puścił ją, bo też poczuł ten chorobliwy płomień, a być może po prostu zmusił się tylko do tego gestu, żeby dodać jej przez chwilę otuchy. Pomyślała, że chyba traci zmysły. – Nie wierzę w przeznaczenie – odparła bez namysłu. 14 – I dobrze, bo nie ma żadnego przeznaczenia. – Uśmiechnął się słabo, ponownie splatając dłonie za plecami. Jego szczęka drgnęła lekko, jakby sam ze sobą walczył. – Jest tylko silna wola, która wprawia rzeczy w ruch. Im silniejsza jednostka, tym mocniej pcha innych do działania. Dlatego właśnie bogowie bawią się śmiertelnikami, dlatego Zaria, karząc mnie, związała nas ze sobą. Dlatego słabsi ustępują z drogi potężniejszym. Nadal mamy jednak wybór. – Rosmerta nie była niczemu winna. – Oczy Lirr zaszły mgłą na wspomnienie jej bladej twarzy, wte- dy, w porcie, tuż przed śmiercią. – Powiedz mi, jaki według ciebie ona miała wybór? – Viorel zabił ją, żeby zmusić cię do powrotu, żeby odebrać ci wolę działania. Teraz za to ty możesz wy- brać: żałoba albo walka. W głębi serca czuła, że ma rację, ale nie mogła zupełnie pozbyć się poczucia winy. – Nadal nie wiem, kim jestem, kim ty jesteś. Mówisz o walce, ale przecież jesteśmy tylko zbiegami kryjącymi się w parszywej jaskini przemytników przed pościgiem. Raiden popatrzył na nią, mrużąc lekko oczy. Pro- mienie słońca przedzierające się przez wysokie drze- wa jeszcze bardziej rozjaśniały jego i tak niemal bia- łe włosy. – To nie ucieczka. Co najwyżej komplikacja – za- pewnił ją dobitnie. – Odnajdziemy Krąg i dowiemy się, co nas łączy. Ja odzyskam mój fragment duszy, ty – zawahał się lekko, uważnie dobierając słowa – się 15 ną brew. go pozbędziesz i być może w końcu zaakceptujesz to, kim jesteś. Brzmiało to zbyt prosto. Lirr zdążyła się już na- uczyć, że z Raidenem nic nie było proste. – A potem? – zapytała, podejrzliwie unosząc jed- – A potem – uśmiechnął się samymi kącikami ust – możesz śmiało skorzystać z przywileju swojej wol- nej woli. – I nie będziesz próbował mnie zatrzymywać? – Nadal wyczuwała w jego słowach jakiś podstęp. – Dlaczego miałbym to robić? – Wzruszył ramio- nami i swobodnym gestem wyciągnął kilka sosno- wych igieł, które wplątały się we włosy Lirr. Jego do- tyk znów postawił wszystkie jej zmysły na baczność. Płomień w sercu powrócił, podobnie jak tańczące wokół jej palców, ledwie dostrzegalne iskry. Prze- łknęła nerwowo ślinę. – Będę wolna? – upewniła się zdradliwie łamiącym się głosem. – Jesteś wolna – zapewnił ją. – Każde z nas pójdzie własną drogą. Własną drogą… Słowa maga odbijały się nieskoń- czonym echem w jej myślach. – Krrr! – zgodził się kruk, wzbijając się gwałtownie do lotu. Wystrzelił ostrym łukiem w górę i chwili zniknął nad koronami drzew. Taka odpowiedź ją zdezorientowała. Iść własną drogą – w końcu przecież tego chciała, prawda? Prze- cież do tego dążyła od dnia, kiedy opuściła Ysborg. 16 Na to czekała – na wolność, otwarte morze. Dlaczego więc teraz słowa maga wcale jej nie ucieszyły? Dlacze- go poczuła się zawiedziona jego obojętnością? – Chciałabym tylko wiedzieć, dokąd ta droga prowa- dzi… – szepnęła mu w myślach z goryczą, odwróciła się i ruszyła w las, starając się jak najdłużej powstrzy- mywać łzy. 17 Rozdział 2 Śmierć i zmartwychwstanie „Umarłam” – starała się sama siebie przekonać. „Nie żyję” – powtarzała w kółko, z coraz słabszą pewnością siebie. „Rosmerta nie wróci”. Przez ostatnie tygodnie świat przestał być tak oczy- wisty, jak mogłoby się jej dotąd wydawać. Śmierć wcale nie poprowadziła do świetlistych bram krainy wiecznej wiosny, a ciało zamiast gnić, miało się wyjątkowo wręcz dobrze. Ciągłe spięcia z Raidenem i zupełnie niepo- jęte burze emocji, jakie potrafił w niej wywołać, spra- wiały, że wbrew wszystkiemu czuła się bardziej żywa niż kiedykolwiek dotychczas. Cierpiała, płakała, drża- ła, złościła się, tęskniła i płonęła żarem niemożliwych pragnień, jakby jej dusza już nigdy nie miała zaznać pokoju, a przecież jakaś jej część wiedziała, że jej zwykłe, śmiertelne życie zakończyło się wtedy, w podziemiach 18 Ysborga, w bólu, konwulsjach, ciemności i krwi, nie- długo przed tym, jak Viorel zamordował Rosmertę. Wyładowując nagromadzoną frustrację, cisnęła w przestrzeń przed sobą obracaną dotychczas w palcach dorodną sosnową szyszkę. Po dłuższej chwili usłyszała ciche pluśnięcie, gdy szyszka skryła się pod łagodnymi falami zatoki. Wokół niej szum leniwie wygrzewających się w słońcu drzew zlewał się z usypiającym pomru- kiem granatowego morza, a aromat rozgrzanej żywi- cy mieszał się z subtelnym zapachem kwitnących alg. Porośnięty sosnowym lasem brzeg schodził stro- mym stokiem ku wodzie, a tuż obok, za ostro wygiętą łachą złotego piasku, wcinał się głęboko w ląd siecią pogmatwanych kanałów wiodących do mniejszych zatoczek i białych, oblepionych morską solą skalnych grot, gdzie według Bondo lokalni przemytnicy prze- chowywali swoje towary. Idealne miejsce, żeby się ukryć. Idealne miejsce, żeby się zgubić. Najgorsze z możliwych, żeby odnaleźć spokój ducha po własnej całkiem świeżej śmierci i poukładać sumienie po stra- cie bliskiej osoby. – Nie żyję – oznajmiła stanowczo ni to do siebie, ni to do kruka, który zataczał nad nią szerokie krę- gi, badawczo przyglądając się jej z góry. Słowa wciąż smakowały obco, choć powtarzała je sobie już tyle razy. Przez chwilę rozważała, jak na takie oświad- czenie mógłby zareagować Hego, i zaraz odruchowo cisnęła ze złością w morze kolejną wyrośniętą szysz- kę. Wokół koniuszków jej palców nadal tliła się deli- 19 katna, błękitna poświata, którą sprowokował swoimi gierkami mag. Potrząsnęła nerwowo dłońmi, jakby miało to pomóc jej pozbyć się śladów tej coraz czę- ściej i coraz bardziej nieoczekiwanie ujawniającej się energii. Gdyby Hego to zobaczył… Zagryzła do bólu dolną wargę. Lepiej było o tym nie myśleć. Przynajmniej na razie. Tak długo, jak to możliwe. Usprawiedliwiała się myślą, że nadal nie miała żadnych pewnych wieści nawet co do kierunku, w którym popłynął, nie mówiąc już o jego obecnym położeniu. Zapewne miał swoje powody, żeby tak po prostu zniknąć, Hego zawsze miał jakieś swoje ważne powody, a znikanie wcale nie było dla niego nietypowe. – Śmierć! – krzyknął jej wesoło w myślach kruk, najwyraźniej widząc w jej sytuacji coś niezrozumia- le zabawnego. Lirr w odpowiedzi pokazała mu język. Irytował ją, tym bardziej że miał rację. Zadarła głowę, śle- dząc jego lot ponad powykręcanymi sosnami. Tak, śmierć. Musiała jakoś nauczyć się żyć z jej bliskością. Nauczyć się tego nowego życia. Sama. Bez Rosmerty, bez Hego, bez Mildy i bez Caela. – Mag! – podpowiedział usłużnie kruk, przelatu- jąc ponownie nad jej głową z furkotem czarnych jak noc skrzydeł. Tym razem miała ochotę cisnąć szyszką prosto w przemądrzałe ptaszysko. Tak… Raiden. Byłby ab- solutnie doskonałym sprzymierzeńcem, gdyby nie ta jego niemożliwie denerwująca natura i fakt, że tak 20 doskonale dotąd nią manipulował. Musiała skupić całą siłę woli, żeby się temu przeciwstawić. Każda chwila przy nim stanowiła teraz wyzwanie. Nie potrafiła mu zaufać, bała się, że moment, w któ- rym przestanie się przed nim bronić, będzie początkiem jej zguby. Zdążyła go już poznać na tyle, żeby zrozumieć, że był nieprzewidywalny i niebezpieczny jak prawdziwy drapieżnik. Krążył cierpliwie wokół swojej ofiary, nie dając jej szans na wytchnienie. W każdym wymownym spojrzeniu, uśmiechu i dwuznacznym geście kryła się kolejna pułapka, kolejna prowokacja. Jego słowa sączyły słodką truciznę, utrudniając podjęcie decyzji, oczy hip- notyzowały, gdy starała się trzeźwo myśleć, głos i za- pach zniewalały jej zmysły, mąciły w głowie, odbierały siłę sprzeciwu. Raiden był przy tym zdecydowanie zbyt inteligentny, spostrzegawczy, skomplikowany i samo- lubny, żeby zaryzykowała naiwne poddanie się jego planom. W nieustannej grze pozorów trudno było po- znać prawdziwe intencje i co absolutnie najgorsze – był magiem. Skrzywiła się na tę myśl. Pirackie wychowa- nie sprawiło, że miała ochotę splunąć przez lewe ramię. Kruk szybował daleko nad wierzchołkami drzew, goniąc krzykliwe stado smukłych mew. Lirr podnio- sła z ziemi kolejną sosnową szyszkę, śledząc jego lot nieobecnym wzrokiem. Lepki żywiczny sok obkleił jej palce, gdy obracała ją bezwiednie w dłoni, wciąż pogrążona w swoich myślach. Nie mogła przecież ufać magowi. Pomagał jej tyl- ko ze względu na własne cele. Pomagał jej, bo chciał 21 odzyskać własną duszę i własną moc, być może po- magał jej też po prostu dla kaprysu, bo się nudził, bo chciał przeżyć coś nowego, bo go to bawiło. Cisnęła szyszkę w morze, wzniecając przy tym w powietrzu niewielki błękitny pożar o zapachu żywicy. Wszyscy wiedzieli, że dla maga ludzkie życie było warte mniej niż zdeptanego przypadkiem motyla. Nie zależało mu na niej. Nie mogło mu zależeć. Szyszka zatonęła z cichym sykiem w spienionej grzywie jednej z coraz silniej kłębiących się fal. Ra- iden był niebezpieczny, ale obecnie był jej jedyną na- dzieją. Tym bardziej irytował ją więc fakt, że zawdzięczała mu życie, a tego piraci nigdy nie zapominali. 22 Rozdział 3 Tatuaże i insynuacje – Przemytnicy! – krzyknął ostrzegawczo, nieprzy- jemnie chropowaty głos. Przed sobą nie widzieli nic poza ścianą gęstej so- czystej zieleni. Dzikie wino i trujący bluszcz opla- tający szczelnie pnie wiekowych drzew skutecznie uniemożliwiały dostrzeżenie czegokolwiek głębiej niż na odległość zaledwie kilku metrów. Lirr zatrzymała się w pół kroku, szarpiąc delikatnie za rękaw idącego tuż przed nią Raidena. – Stop! Ani kroku dalej! – powtórzył ten sam głos, tym razem głośniej i tonem nieznoszącym sprzeciwu. Chropowatość jakby się nasiliła. Raiden również się w końcu zatrzymał, z dziwnym wyrazem twarzy przypatrując się dłoni Lirr zastygłej na mankiecie jego czarnej tuniki. Widząc to, poczuła się niezręcznie, odsunęła szybko rękę, która niemal bezwol- nie od razu zacisnęła się w pięść. Zrobiła kilka kroków do przodu, budując między nimi bezpieczny dystans. 23 Jeden kącik ust maga drgnął ledwie dostrzegalnie, ale wilcze oczy, przez przelotną chwilę skupione na niej, zaraz skoncentrowały się na gadającej zielonej ścianie, która przecięła im drogę. Gdy jego źrenice zwęziły się nagle groźnie, alarmująco, Lirr poczuła nieprzyjemny dreszcz przebiegający od jej karku, przez cały napięty kręgosłup, aż po sam czubek głowy. – Niebezpieczeństwo!  – szepnął jej w głowie kruk. – Przemytnicy?! – zapytała głośnym szeptem, sta- rając się przy tym stłumić swoje zrozumiałe oburze- nie. Dlaczego ktoś miałby ją wziąć za przemytnika? Żaden z załogi Zielonej Harpii nie pozostawiłby ta- kiej obelgi bez odpowiedzi. Zielona ściana drgnęła i rozstąpiła się, wydalając z siebie z głośnym szelestem dwie męskie postacie. Wyższy, szeroki w barach, ale mocno zgarbiony drab miał niewielką, przystrzyżoną trójkątnie brodę i bystro rozglądające się mdłe niebieskie oczy. Drugi, nieco niż- szy, był z kolei prosty jak struna, śniady i ciemnowłosy, a jego kończyny, patykowate i nazbyt długie w stosun- ku do tułowia, sprawiały, że skojarzył się Lirr z pają- kiem. Obydwaj nosili ciemnoczerwone bezrękawniki, a u pasa identyczne, lekko zakrzywione miecze z po- złacanymi rękojeściami, które dumnie obwieszczały ich przynależność do miejskiej straży. – W zasadzie… nie wyglądają mi na zwykłych prze- mytników – rzucił półgłosem do kolegi Garb. Raiden uśmiechnął się szerzej, wyjątkowo nie po- kazując przy tym swoich ostrych zębów, i z szelmow- 24 sko spojrzał na Lirrian. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Zmierzwione jasne włosy wyglądały niczym odblask słońca na tle głę- bokiej zieleni bujnych zarośli. Był rozbawiony, bez cienia zdenerwowania nieoczekiwanym spotkaniem. Uśmiechnęła się do niego słabo, nie wiedząc, czego się spodziewać. – Nie ruszać się! Nie rozmawiać! – zareagował na- tychmiast Pająk, czujnie śledząc ich wymianę spojrzeń. – Bardziej przypominają piratów – skonstatował po namyśle Garb. Jego nieprzyjemnie chropowaty głos dominował nad piskliwym tonem Pająka. Było jasne, że to on wydaje polecenia. Lirr uśmiechnęła się sama do siebie. Przywykła do miana pirata, ale nazywanie w ten sposób Raidena wydawało jej się wyjątkowo nietrafione. – Cicho! – wrzasnął natychmiast Pająk. – Przemytnicy są zwykle cali umorusani… – zaczął Garb, po czym urwał nagle, przyglądając się Lirrian. Jego wzrok nieco zbyt dogłębnie eksplorował jej de- kolt i okolice oraz talię i to, co poniżej. Poczuła złość, widząc nachalne spojrzenie, ale stłumiła emocje i za- cisnęła mocno zęby, czekając na rozwój wydarzeń. Nierozsądnie byłoby rzucać się na dwóch uzbrojonych strażników. Bardzo nierozsądnie. Kątem oka dostrzegła ze zdziwieniem, że Raiden, który stał się nieco z tyłu, wydawał się nadal cał- kowicie rozluźniony, w lekkim rozkroku, z rękami opuszczonymi swobodnie wzdłuż tułowia, nierucho- 25 mo przypatrywał się rozgrywającej przed nim scenie z takim znudzeniem, jakby w ogóle go nie dotyczyła. – Ci tutaj też nie wyglądają najschludniej… tyle że nie mają tatuaży – podsunął swojemu przełożonemu Pająk, uśmiechając się ze złowieszczym grymasem. – Piraci zawsze mają tatuaże – dokończył ze znaw- stwem i cmoknął soczyście dla lepszego efektu. Garb rzucił mu pogardliwe spojrzenie i splunął na ziemię. W mdłych niebieskich oczach zagrała ponu- ra ekscytacja. Lirr nie mogła powstrzymać się przed szybkim zlu- strowaniem swojego wyglądu. Jej włosy, od dawna nie- czesane, poskręcane morskim wiatrem w grube pukle, nie wyglądały zapewne najlepiej, ale proste, dopasowane spodnie i nieco zbyt obszerny kaftan Bondo zarzucony na krótką sznurowaną kamizelkę wydawały jej się nad wyraz porządnym zestawem, zważywszy na okoliczności ich ucieczki. Odruchowo wygładziła przydługie mankiety ozdobione srebrnymi guzikami w kształcie ludzkich cza- szek i spojrzała z ukosa na maga: jak zawsze cały w czer- ni, od krótkiej skórzanej tuniki doskonale podkreślającej szerokie ramiona po pasujące spodnie, które jakimś cu- dem nie nabawiły się słonych plam, prezentował się… Jej tok myśli przerwało nagłe wymowne spojrze- nie Raidena. Przyłapał ją. Przyłapał ją na przy- glądaniu się mu. „Zgniłe, kiszone śledzie…”. Zmarszczyła czoło, ale odważnie nie oderwała od niego wzroku. Nie mogła odczytać niczego z lekko znudzonej twarzy, ale jego oczy zaiskrzyły się prze- 26 lotnie tym denerwującym samozadowoleniem, które zdążyła już tak dobrze poznać. – Hej, ty tam, jesteś piratem? – Świdrujący głos śniadego strażnika przywrócił ją do rzeczywistości. Uwaga Raidena skupiała się ponownie na intruzach. Przełknęła ślinę i z lekkim ociąganiem odwróciła się w stronę Pająka. – A widziałeś kiedyś kobietę pirata? – odparła, z wy- zwaniem krzyżując ręce na piersiach. Śniady strażnik szerzej otworzył lekko podpuchnięte oczy. Przez dłuższą chwilę milczał, zastanawiając się z widocznym wysiłkiem nad odpowiedzią. – Całuśna Nella była piratem – zaryzykował w koń- cu, przerzucając rozbiegany wzrok to na Garba, to na Lirrian. – Yyy…. piratką, znaczy się… – zaczął się plą- tać, nagle zmieszany pod jej zirytowanym spojrzeniem, – Yyy… piratką? Piratą? Garb podrapał się z namysłem po trójkątnej bro- dzie i wlepił swoje nieprzyjemne mdłe oczy w miejsce, gdzie kaftan Bondo rozchylał się zdradliwie. – Miała też brodę, więc chyba się nie liczy… – od- parł filozoficznie i znów splunął. – W każdym razie na pewno miała tatuaże. Na piersiach. A do tego niezłe… atuty, nie to, co ta tu. – Sapnął głośno, nie przestając się na nią bezczelnie gapić. Pająk zarechotał radośnie. Lirr zamknęła dłonie w pięści i odrzuciła wojowni- czo do tyłu swoje niepokorne włosy. Zanim zdążyła wymyślić odpowiednio dosadną ripostę, poczuła na siebie wzrok Raidena. 27 – Masz szczęście – szepnął jej w myślach, wyraźnie rozbawiony. Zacisnął usta w prostą linię, tłumiąc mi- mowolny uśmiech. – Brak niezłych atutów może okazać się twoim najlepszym alibi. – Zrobił celową pauzę, wni- kliwie obserwując jej reakcję. – No, chyba że masz ja- kieś ukryte tatuaże w kompromitujących miejscach. Wtedy jesteś niestety zgubiona, za to ja chętnie popatrzę. Zacisnęła jeszcze mocniej pięści, wbijając paznokcie we wnętrza dłoni. Nawet to nie powstrzymało jednak parzącego ognia tlącego się na koniuszkach jej palców. Z trudem wyrównała oddech. Raiden nie przerywał kontaktu wzrokowego ciekawy tego, co zrobi. – Eksponowanie biustu i tatuaże na twarzy to raczej domena twojej Asterle – odparła mu w myślach z całym lodowatym spokojem, na jaki potrafiła się zdobyć. Raiden przekrzywił lekko głowę i unosząc jeden kącik wciąż zaciśniętych ust, spojrzał na nią wyraźnie zaintrygowany. Zupełnie zignorował przy tym spie- rających się o coś półgłosem strażników. – Mojej Asterle? – zadrwił. – Czyżbyś była zazdro- sna? – Wydawało jej się, że słyszy jego wewnętrz- ny śmiech. Kilkakrotnie powoli wyprostowała i znów zamknę- ła drżące z nadmiaru nieuwolnionej energii dłonie. Długie mankiety szczęśliwie skrywały niekontrolo- wane błyski rozpalające się w rytmie uderzeń jej serca. – Zazdrosna? – parsknęła w myślach z niedowie- rzaniem i zmrużyła groźnie oczy. – O co? Nie obchodzi mnie, co z nią robisz! 28 Raiden nie odpowiedział, ale nie pozbył się też z twa- rzy kpiarskiego półuśmieszku. Strażnicy, pozostawie- ni samym sobie, nadal debatowali, co z nimi zrobić. – Co myślisz? – zapytał z westchnieniem Garb. – No… Nie wiem… – Pająk wykonał nieokreślony gest patykowatą ręką w kierunku Lirr i maga. Wyglą- dał, jakby żałował, że się na nich natknęli. Garb pogładził w zamyśleniu trójkątną brodę i zna- cząco oparł dłoń na pozłacanej rękojeści miecza. Oby- dwaj utrzymywali wciąż spory dystans, ale w powietrzu drgało wyczuwalne napięcie. – Nawet jeśli nie ma tatuaży, to nie wygląda na po- rządną niewiastę – podsumował, kolejny raz przesuwa- jąc wygłodniałym wzrokiem po sylwetce Lirr. Słowo „niewiasta”, nie wiedzieć czemu, zabrzmiało w jego ustach plugawie. – W końcu może być po prostu me- tresą tego tam. – Wskazał na Raidena nieznacznym ruchem zarośniętego podbródka. Pająk błądził wokół zagubionym wzrokiem, nie mo- gąc zdecydować, na kim powinien się skupić. – Metresą? – dopytał, marszcząc wysokie czoło. Spo- sób, w jaki to powiedział, wyginając usta i niepewnie testując dźwięk na języku, dowodził jasno, że nie znał wcześniej tego określenia. Garb popatrzył na niego z wyższością i obleśnie obli- zał wydatne wargi. Kątem oka Lirr zauważyła, że Raiden drgnął na dźwięk tych słów, ale nie ruszył się z miejsca, wciąż pozornie spokojny, może nawet obojętny na dalszy rozwój wydarzeń. Jeżeli miał na podorędziu swoje śmiertel- 29 nie niebezpieczne obsydianowe ostrza, teraz sprawiał wra- żenie po prostu coraz mocniej znudzonego całą sytuacją. – No… nałożnicą… – wyjaśnił koledze ze znaw- stwem drab. wściekłego wybuchu. śniętą szczękę. Lirr pochyliła się do przodu, balansując na granicy – Nie jestem jego metresą! – wycedziła przez zaci- – Powiedz im! Dlaczego nic nie mówisz? – zwróciła się zaraz potem sfrustrowana w myślach do Raidena. Przecież powinien się odezwać, powinien zaprze- czyć, bronić jej dobrego imienia, bronić jej honoru. Mag spojrzał na nią spod na wpół przymkniętych powiek. Zapomniała, że brak mu przymiotów praw- dziwego rycerza. – Zamyśliłem się – wyjaśnił, odgarniając leniwym ruchem czarne kosmyki z czoła. – Zacząłem się głębiej zastanawiać nad koncepcją ciebie w roli mojej metresy. Lirr zadrżała, widząc jego całkowicie nieuzasad- nione rozbawienie. – Czy dla ciebie wszystko jest żartem? – warknęła, kontynuując ich mentalną rozmowę. – Nie możemy jej aresztować tylko za to, że jest nałożni- cą – zawyrokował po dłuższym namyśle Pająk, wyrywa- jąc Lirr z zamyślenia. Zrobił kilka kroków w jej kierunku, nienaturalnie chwiejąc się przy tym na boki, co jeszcze bardziej upodobniło go do ogromnego owada. – Chyba że nie odprowadza z tego tytułu podatków – skonstato- wał, unosząc triumfalnie jeden patykowaty palec do góry. 30 – Żartem? Ci dwaj tutaj z pewnością. – Mag zaśmiał się krótko, nadal nie otwierając ust. Lirr potrząsnęła lekko głową, starając się skupić na dwóch rozmowach jednocześnie. – Może najpierw sprawdźmy, czy ma tatuaże. – Garb znów sugestywnie oblizał czerwone wargi i również zrobił krok naprzód. – Tak by było prościej. Lirr podciągnęła lekko przydługie rękawy kafta- na, szykując się do bezpośredniej konfrontacji. Raiden powoli splótł ręce na piersiach, ale nadal tkwił tam, gdzie przedtem. Nie miała pojęcia, co mag za- mierza i czy może w ogóle na niego liczyć, nie miała pewności, czy ta rozgrywka to miał być test dla tych dwóch niezbyt lotnych strażników, czy może dla niej, kolejna prowokacja mająca ją zmusić do użycia budzą- cych się w niej mocy. – Może sama pokaż im te tatuaże i będzie po sprawie? – zasugerował. – Jakie tatuaże? – zmrużyła groźnie oczy. – Nie mam żadnych tatuaży! – krzyknęła zniecier- pliwiona do strażników. Raiden uśmiechnął się złośliwie, gdy jej oświadczenie zostało kompletnie zignorowane przez drabów. – A co z nim? – Pająk przezornie zniżył głos, rzu- cając szybkie spojrzenie w stronę coraz bardziej znu- dzonego maga. Garb podążył za jego wzrokiem, przez chwilę oce- niając swymi mdłymi oczami, z kim ma do czynienia. Raiden ziewnął. 31 – Źle mu z oczu patrzy, ja bym go od razu aresz- tował – zawyrokował strażnik. – Prewencyjnie – do- dał głośniej. – Nie wierzę, że wychowując się z bandą piratów, nie zrobiłaś choćby jednego tatuażu. – Nawet jeżeli bym taki miała, to nigdy byś go nie zobaczył! – odcięła się bez namysłu. Garb wyciągnął krótki miecz i odpiął z pasa po- tężne kajdany. Patykowaty towarzysz z wyraźnym ociąganiem poszedł w jego ślady. – Może powinniśmy go odpytać? Wiesz, proto- kół… – zapytał jeszcze niepewnie. Jego śniada twarz wyraźnie zbladła. Raiden ledwie zauważalnie przeniósł ciężar cia- ła na drugą nogę i rozprostował ramiona – powoli, ostrożnie, zupełnie jakby starał się nie wystraszyć na- pastników. – A więc jest w takim miejscu? – Na krótką chwilę po- patrzył jej prosto w oczy w sposób, który wywołał w niej nie do końca nieprzyjemne dreszcze. Przygryzła dolną wargę, żeby stłumić to uczucie. Tymczasem cierpliwość Garba najwyraźniej się wyczer- pała. Ruszył w stronę Lirrian, potrząsając groźnie łańcu- chem kajdan. Nie miała pojęcia, skąd je nagle wytrzasnął. – W zadek sobie wepchnij swój protokół – rzucił przez ramię do kolegi. – Przestępców wyczuję z kilometra, a ta dwójka mi śmierdzi jak gnijące syrenie ścierwo przy od- pływie. – Splunął z obrzydzeniem w kierunku dziew- czyny. – Poza tym jakoś podejrzanie na siebie patrzą. 32 Aresztujmy dla pewności od razu oboje i już, jak coś, to powiemy, że próbowali uciekać. Lirr cofnęła się odruchowo, szybko zrównując się z Ra- idenem. Kątem oka widziała, jak mag wpatruje się bez cienia strachu w nacierających strażników, ale nadal nie widziała u niego żadnej broni. Oceniła szybko ich szanse. Za sobą mieli tylko wąską ścieżkę prowadzącą ku nad- brzeżnym jaskiniom, a wokół coraz gęstszy las, przez który ciężko było się przedzierać, a co dopiero uciekać. Przelot- nym ruchem dotknęła pirackiego naszyjnika z kruczym piórem, jego właściciel akurat gdzieś jednak przepadł. Strażnicy szybko zmniejszali dzielący ich dystans, gdy Raiden uniósł lekko podbródek, przymknął oczy i wyko- nał ledwie zauważalny gest dłonią, nienaturalnie wygi- nając przy tym po kolei swoje długie palce. Lirr poczuła momentalne uderzenie fali dudniącej w uszach ciszy, wydawało jej się, że czas się zatrzymał i coś wchłonęło wszystkie dźwięki wokół, zastępując je niepokojącą pust- ką. Zabrakło jej tchu, przez moment słyszała tylko bo- leśnie mocne uderzenia swojego serca, może dwa, może trzy, po czym nawet i to ustało, zastąpione przez zupełnie nieoczekiwane odprężenie. Panika, która nią zawładnę- ła, stopniała, fala ciszy przekształciła się w falę spokoju. Zdała sobie sprawę, że czuje znajomy kuszący, inten- sywny zapach drzewa sandałowego i burzy i północnego wiatru. Jej pierś uniosła się, gdy starała się nabrać jak naj- więcej powietrza w płuca, i raptem, w mgnieniu oka, fala przeszła, gnając przed sobą ledwie dostrzegalne, połysku- jące srebrem żyłki, po czym wszystko wróciło do normy. 33 Zamrugała szybko, starając się zorientować, co wła- ściwie zaszło. Raiden nie patrzył na nią, tylko na straż- ników, którzy co prawda nie zatrzymali się, ale szli w ich kierunku coraz wolniej, z coraz mniejszym za- pałem wymachując mieczami i kajdanami. Gdy weszli w plamę przedzierającego się przez korony drzew światła, Lirr dostrzegła coś dziwnego na ich ramionach. Coś, co wiło się, pełzało, oplatając skórę od dłoni aż po bar- ki, czarne i granatowe kształty odcinające się wyraźnie też na ich policzkach, czołach, jak dziesiątki maleńkich węży zajmujących każdy widoczny fragment ich skóry. Pierwszy krzyknął Pająk. Zatrzymał się w pół kroku, pocierając nerwowo przedramię. Ciemne kształty pełzały coraz wolniej, ale nie znikały. Garb najpierw chrząknął z niezadowoleniem, nie rozumiejąc, ale gdy popatrzył na własne ręce, ogarnął go prawdziwy szał. Porzucił natychmiast kajdany i zaczął drapać się tak gwałtow- nie, że obok czarnych linii szybko zaczęły pojawiać się czerwone ślady jego paznokci. Podskakujący, pozbywa- jący się kolejnych części uzbrojenia i garderoby w dzi- kim tańcu strażnicy wyglądali, jakby postradali zmysły. Kolejna plama słońca wyraźniej oświetliła ich ciała. Lirr nie mogła powstrzymać zadowolonego uśmie- chu. Każdy centymetr ich skóry pokrywały misterne pirackie tatuaże. 34 Rozdział 4 Serce i strzała – To jest ta twoja magia? – zapytała dopiero po dłuższej chwili cichego marszu, siląc się na obojęt- ny ton. Oczywiście to nie był pierwszy raz. Raiden używał już wcześniej przy niej mocy, w końcu to dzięki niej otworzył przejście na Wyspę Mgieł, ale tym razem… to było coś innego. Dopiero teraz rozumiała, co się dzieje, i mogła dokładnie obserwować sposób, w jaki magia wpływała na rzeczywistość. Nawet jeżeli sama nie chciała się do tego przyznać, to wrażenie było o wiele mocniejsze, niż kiedykolwiek mogła sobie to wyobrażać. Dotychczas nie sądziła, że to nie jakaś bezimienna siła, tylko energia będąca integralną czę- ścią jej właściciela, że ma odczuwalny, namacalny, cielesny wymiar, że jest taka osobista, intymna nawet. W głowie kłębiły się jej setki pytań, ale głos rozsąd- ku w podświadomości kazał jej trzymać się od tego plugastwa z daleka. 35 – Nie podoba ci się? – Raiden szedł o pół kroku przed nią, przedzierając się przez gęsty iglasty las. Niższe ga- łęzie, wyschnięte i pozbawione igieł, drapały ich po ramionach i czepiały się ubrania. Chociaż na początku prowadziła ich ledwie dostrzegalna ścieżka, teraz błą- dzili już na oślep, byle dalej od miejsca, gdzie zaskoczyli ich strażnicy. Lirr zatrzymała się w pół kroku, żeby wyplątać pukiel włosów z kolczastej gęstwiny. – Liczyłam na coś bardziej spektakularnego – skła- mała, wydymając usta. Dziecinny grymas przywołał odległe wspomnienie Mildy, powodując uścisk w okoli- cy serca. Odłamała największą z gałązek, które utkwiły w jej włosach, i wyszarpała ją z frustracją, ciągnąc moc- niej niż trzeba. Zabolało. Raiden przypatrywał się tej szamotaninie spod rzęs. Nie wydawał się dotknięty jej słowami. Szkoda, bo miała nadzieję zranić jego wybujałe ego. – Niezwykle ciężko ci dogodzić – zauważył po prostu z szelmowskim uśmieszkiem. – To nieco niepokojące. Postanowiła zignorować zawoalowaną sugestię. Ko- lejna gałązka zaplątała się tak mocno, że nawet po prze- łamaniu nie mogła się jej pozbyć. Starała się ruszyć, ale tylko syknęła z bólu. – Co jeszcze potrafisz? – zapytała, błądząc palca- mi po powstałym kołtunie. – Puszczać bańki nosem i wróżyć z fusów? Zaśmiał się bezgłośnie. – Między innymi. – Pokiwał głową i splótł ramio- na za plecami. – Ubolewam, ale obecnie mój reper 36 tuar jest nieco skromniejszy niż… kiedyś. Jed- nak prawdziwe pytanie brzmi: co ty potrafisz? Unikając jego spojrzenia, skupiła się na wygrzebywaniu suchych igieł i kropli zastygłej żywicy z czubka głowy. – Co masz na myśli? – zapytała ostrożnie. Gdy podniosła na niego wzrok, była zaskoczona tym, z jaką powagą się jej przypatrywał.– Przestań w końcu udawać, że jesteś zwykłą śmiertelniczką. – Jego głos wznosił się tylko odrobinę ponad szept. – Raiden, ja jestem zwykłą… – Potrząsnęła ner- wowo głową, przez co jeszcze bardziej zaplątała się w suchą gęstwinę. Kilka gałązek wczepiło się w jej fryzurę również z drugiej strony. Mag pochylił się nieco, tak że jego oczy były na wysokości jej oczu. W otaczającej ciemności chmurny wzrok wydawał się ciskać błękitne iskry. – Zabiłem cię, pamiętasz? – zapytał, cedząc każde słowo. – Kiedy w końcu będziesz w stanie szczerze o tym porozmawiać? Nie zastanawiałaś się, dlaczego nie gnijesz zakopana gdzieś pod ziemią? Brutalność jego słów nią wstrząsnęła. Poczuła się nagle osaczona tym lasem i jego niespodziewanym atakiem. Dopiero po chwili była w stanie mówić. – Najwyraźniej przeżyłam – zaoponowała, ale zbyt sła- bo, żeby przekonać nawet samą siebie. – Rana nie była aż tak poważna. Rosmerta jest… była… świetną uzdrowicielką. W oczach Raidena pojawił się ledwie dostrzegal- ny cień smutku. Jego głos był jednak zimny, wyzuty z jakichkolwiek emocji. 37 – Lirr, moja strzała przebiła na wylot twoje serce, które chwilę potem przestało bić – zaczął, utrzymu- jąc jej wzrok. – Umarłaś i byłaś martwa przez ponad dobę. W normalnych warunkach już dawno zbudo- waliby ci jeden z tych żałosnych stosów pogrzebo- wych albo – skrzywił się z odrazą – twoi ukochani piraci wrzuciliby cię z impetem do morza z dorod- nym kamieniem przywiązanym do nóg. Zaprzecza- nie temu, co się stało, w niczym nie zmieni twojego obecnego położenia. Nie jesteśmy już w Ysborgu, a ty jesteś nieumarłą… – Przerwał na chwilę, przekrzy- wił lekko głowę, patrząc na nią z żarłocznością wil- ka spoglądającego na krwawiącą ofiarę. – Chociaż nie… – Zawahał się, cień uśmiechu zagrał na jego wąskich wargach. – Właściwie to nie do końca dobre określenie na twój osobliwy przypadek. W zasadzie… – Zamilkł, rozważając coś w duchu. Lirr poczuła nagłe uderzenie paniki i jednoczesny impuls do walki. – Chcesz powiedzieć, że jest coś bardziej osobliwe- go niż nieumarli? – wyszeptała, z trudem opanowując drżący głos. Raiden uśmiechnął się smutno, coś w tym uśmiechu poruszyło czułą strunę w jej duszy. – Ty… – zaczął z lekkim wahaniem. W jasnych oczach dostrzegła chorą fascynację. – Chroni cię siła, która ma związek z twoim krukiem i… czy tego chcesz, czy nie… ze mną. – Kącik jego ust ledwie dostrzegalnie uniósł się na te słowa. 38 Przełknęła z trudem, starając się pozbyć nagłej su- chości w gardle. – A więc jestem magiem? Magiczką…? Czarodziej- ką? – zapytała, tracąc oddech. – Jak to się właściwie nazywa? Łajno wieloryba, nie mów mi tylko, że je- stem wiedźmą! – Nie… – przerwał jej stanowczo. – Mag rozwija swoje umiejętności przez dziesiątki, a czasami nawet setki lat. Bazując na wrodzonych talentach, przez żmudne studia, kolejne próby, medytację i bezustanne ćwiczenia wznosi się na kolejne poziomy mocy. – Przez chwilę milczał z nieokreślonym wyrazem twarzy. – Ty… Ty skupiasz moc w sposób, bardziej…. naturalny, zupełnie jakby sama do ciebie lgnęła, jakby do ciebie należała… Nie rozumiem tego i z całą pewnością to nie moja zasługa, niestety. Gdybym wiedział, jak osiągnąć taką koncentrację siły, byłbym zapewne najpotężniej- szym w Kręgu, a może nawet… – Poczekaj… zwolnij… – przerwała mu, nie mogąc opanować już drżenia głosu. – Co to wszystko wła- ściwie znaczy? Co chcesz powiedzieć? – Nie wiem… Nie wiem, kim jesteś – odparł cicho, prawie ze smutkiem. – Może to jest właśnie moment, kiedy powinnaś sama o tym zdecydować. Spróbuj się- gnąć do mocy, która cię otacza. Przestań się powstrzy- mywać. – Wilczy wzrok trzymał jej oczy na uwięzi i bezlitośnie torturował ją obietnicą czułości, która przecież była mu obca. Wytrzymała to spojrzenie tylko chwilę. 39 czo mag. – Nie potrafię. – Opuściła ze wstydem wzrok. – Gdyby było inaczej, powstrzymałabym Viorela. Wte- dy, w porcie coś poczułam, ale mimo to nie mogłam, nie umiałam… Gdybym była silniejsza, gdybym… – Dalsze słowa uwięzły jej w gardle. Przytłoczył ją ciężar tego, co się stało. – Lirr, to nie twoja wina – zapewnił ją stanow- – Nie chcę tego, Ren. Gardzę mocą, która da mi ułudę siły, ale nie pomoże mi ocalić tych, których kocham – wyznała zrezygnowana. Kolczaste gałęzie wpijały się co- raz mocniej w jej włosy. Była w potrzasku, bliska płaczu. – Powinnam była cię posłuchać, niepotrzebnie wracałam do Ysborga. Gdybym nie była tak uparta, ten cały kosz- mar by się nie wydarzył, Rosmerta nadal by żyła, a ja… Zbliżył się do niej o kolejny krok. – Wiem, jak to boli – zapewnił ją zaskakująco ła- godnie – ale nie wierzę, że po tym jak otworzyłaś się na moc, nic nie czujesz, nie wierzę, że cię nie pociąga, że nie chcesz… – Zniżył głos do intymnego szeptu. Czuła powiew chłodnego oddechu na policzku, na ustach, na szyi. Zmusiła się, żeby spojrzeć mu w oczy. – Ja chcę tylko… – wyjąkała słabo, zupełnie tracąc rezon pod wpływem tego nieodpartego zapachu pół- nocnego wiatru i drzewa sandałowego. – Że nie kusi cię… – Błękitny ocean oczu maga całkiem ją wchłonął, tonęła. – Ja… – zaczęła, ale zapomniała, co miała powie- dzieć. Cokolwiek to było, nie mogło być aż tak istot- 40 ne. Na pewno nie tak istotne jak sposób, w jaki jego lodowate oczy rozgrzewały jej zmysły. – Co? Czego tak naprawdę chcesz? – Jego twarz była tylko o centymetry od jej twarzy, a suche gałęzie skutecznie uniemożliwiały jakąkolwiek ucieczkę. – Chcę odzyskać siebie… – wyznała z cichym wes- tchnieniem. – Chcę dowiedzieć się, kim jestem, rozpra- wić się z Viorelem i Maeve, a potem ruszyć na morze – dodała już pewniej. Przecież tego chciała. Przecież właśnie to pragnienie pchało ją do przodu. Potrząsnęła lekko głową, starając się odzyskać trzeźwość myślenia. Gdzieś, wysoko nad sobą odczuła wyraźnie kojącą obecność kruka. – I, na ścierwo Lewiatana, nie potrzebuję teraz całej tej mrzonki o magicznej mocy, której nawet nie potrafię wykorzystać – dodała zde- cydowanie – bo nawet przed tym, jak cię spotkałam, zrozumienie tego, kim jestem, było wystarczająco skomplikowane. Mam dość odgrywania ról, w których inni chcą mnie widzieć. Nie jestem wiedźmą, kapłanką, pątniczką, wojowniczką, zakładniczką, nie jestem pi- ratem, nie jestem myśliwym, nie jestem… nie jestem… rozumiesz, Raiden? – straciła oddech, prawie wykrzy- kując mu to wszystko prosto w twarz. Wstydziła się swojej bezsilności, ale przynajmniej wyrzuciła z sie- bie to, co ją gnębiło, i odczuła zaraz niewytłumaczal- ną ulgę, zupełnie jakby zburzyła mur nie pozwalający jej odetchnąć. Mag nie odsunął się nawet na milimetr, ale przy- mknął oczy, chłonąc to nieoczekiwane wyznanie. Gdy 41 ponownie je otworzył, tańczyły w nich iskry podniece- nia. Wykonał pozornie nieznaczny ruch dłonią i krę- pujące ją gałęzie ustąpiły, uwalniając jej splątane włosy. – Nareszcie zaczynasz mówić z sensem – stwierdził z prawie przekonującą powagą – ale zanim ruszymy dalej, zdecydowanie powinnaś coś zjeść. 42 Rozdział 5 Mapy i bezdroża Nieba było coraz mniej. Lirr nieufnie przyglądała się gęstwinie lasu, przez którą wił się ledwie rozpoznawalny wśród mchów szlak. Rozłożyste świerki ciasno splatały gałęzie z po- tężnymi sosnami, blokując promienie chylącego się już ku zachodowi słońca. Dziewczyna zadzierając uparcie głowę, tylko raz na jakiś czas była w stanie dostrzec strzępy przymglone- go błękitu. Brak horyzontu niepokoił ją jeszcze moc- niej niż fakt, że stale oddalali się od morza. Nie miała pojęcia o ich dokładnym położeniu, czuła wyraźnie, że smak powietrza się zmienia, słony wiatr coraz moc- niej przesiąka aromatem żywicy i leśnego miodu, a krzyki mew powoli milkną, ustępując pola pohuki- waniom sów i jednostajnemu zawodzeniu kukułek. – Znasz te strony? – zapytała, walcząc z uczuciem niewytłumaczalnego niepokoju, który narastał wraz z dystansem, jaki oddalał ją od wybrzeża. 43 Miała już dość milczącego podążania za plecami Ra- idena. Ich droga była monotonna, ścieżka nie pozwalała na szybki marsz, a coraz mocniej napierające na nich ścia- ny mrocznego lasu przypominały jej jeden z tych kosz- marnych snów, podczas których tonęła uwięziona w za- mkniętej kamiennej wieży. Poza tym nie podobało jej się, że jest prowadzona jak głupia owca w niewiadomym kierunku przez kogoś, komu nadal nie potrafiła zaufać. – Powiedzmy, że orientuję się, gdzie mniej więcej jesteśmy – odparł spokojnie Raiden, nawet się nie za- trzymując. – No więc gdzie mniej więcej jesteśmy? – dopyta- ła z naciskiem. Ponure zniecierpliwienie w jej głosie sprawiło, że mag łaskawie się odwrócił. – Na południe od Solnej Rzeki, gdzieś poniżej Bes – wyjaśnił, przyglądając się badawczo jej twarzy. Lirr wiedziała o Solnej Rzece i pamiętała dobrze Solne Wyspy, ale nie miała pojęcia, gdzie leży Bes. – Papa pirat nie nauczył cię czytać map? – Mag zadrwił, dostrzegając zawahanie Lirr. – Piraci rzadko zapuszczają się w głąb lądu – od- parowała, prostując się przy tym dumnie. Właściwie nie interesowało jej, co się tam znajduje, i nie widziała w tym niczego hańbiącego. Dzięki Hego znała lepiej od większości zwykłych żeglarzy trzy oceany, przy- ległe morza, wszystkie istotne zatoki Wielkiej Ziemi wraz z przylądkami. Widziała najważniejsze archi- pelagi, największe żeglowne rzeki, a nawet kawałek Milczącego Wybrzeża na odległej Ziemi Ymir. 44 – Zapuszczać to jedno, a orientować się w geografii to drugie – zauważył kąśliwie Raiden. Lirr skrzyżowała ręce na piersiach w obronnym ge- ście. Nie zamierzała dyskutować o swojej umiejętności nawigacji z jakimś bufonowatym szczurem lądowym. – A Krąg? Jak daleko stąd właściwie się znajduje? – zapytała chłodno, ignorując fakt, że pod wpływem emocji czubki jej palców i skronie znów zaczynały robić się niebezpiecznie gorące. – Krąg… – Uśmiechnął się do siebie ledwie zauważal- nie, nadal nie spuszczając jej z oka. – Nie ma go na mapach. – Jak zamierzasz go więc odnaleźć? – wściekła się. – Myślałam, że znasz drogę! Raiden wzruszył lekko ramionami. – Znam położenie dwóch bram. Lirr nie podobało się, że powiedział „dwóch”, co sugerowało, że jest ich więcej, i mówiąc to, uciekł na chwilę wzrokiem w bok. – Tylko dwóch? – zmarszczyła czoło. Tym razem to mag skrzyżował ręce. – Do Kręgu prowadzi siedem bram – wyjaśnił spo- kojnie. – Portali – dodał ściszonym głosem i z pewną niechęcią. – Siedem bram dla Siedmiu magów Kręgu. Jeżeli wiesz, który z nich jest otwarty, wystarczy ci jeden. Nie brzmiało to przekonująco, a słowo „portal” budzi- ło w niej jak najgorsze skojarzenia, śmierdziało magią. – A jeżeli nie trafimy na odpowiedni? – naciska- ła, twardo patrząc mu w oczy. Raiden potarł dłonią szczękę, na której widoczny był już jasny zarost. 45 – Lepiej, żeby tak się nie stało – skwitował lako- nicznie, tym razem wyraźnie unikając jej wzroku. Coś było nie tak, znów nie mówił wszystkiego. Chwilę tkwił w niezdecydowanym bezruchu, po czym ob- rócił się bez słowa i ruszył przed siebie, wracając do poprzedniego, jednostajnego rytmu marszu. Lirr z frustracją podążyła za nim, ale nie zamie- rzała milczeć. Im dłużej przebywała z magiem, tym trudniejsze stawały się ich relacje. Byli jednak na siebie skazani, przynajmniej do czasu odnalezienia Kręgu. – Czy jako mag nie powinieneś mieć tam po prostu prawa wstępu? – zapytała z rosnącym rozdrażnieniem. Czuła się idiotycznie, mówiąc do jego szerokich pleców. Raiden zwolnił nieco i rzucił jej przez ramię za- gadkowe spojrzenie. – Jestem banitą, pamiętasz? – Na jego twarzy nie widać było teraz żadnych emocji. – Ostatni raz byłem wezwany do Kręgu po to, żeby dowiedzieć się o wy- gnaniu i być świadkiem egzekucji mojego mistrza. Nie spodziewam się szczególnie wylewnego przyjęcia. Lirr otworzyła bezwiednie usta w zdziwieniu. Wie- działa o banicji i o karze, ale nie miała pojęcia o tym, że Raiden kogoś stracił. Nigdy nie wspominał o mi- strzu. Właściwie nic nigdy o sobie nie mówił. „Kolej- ne sekrety… kolejne mury…” – pomyślała z goryczą. – Masz w ogóle jakiś plan? – Tym razem postarała się o łagodniejszy ton. Mag wciąż parł przed siebie, milcząc. Dopiero po chwili odezwał się, nawet się do niej nie odwracając. 46 – Zatrzymamy się na noc w gospodzie, tu nieda- leko, przy rozstaju traktów, zjemy coś możliwie nie- trującego, posłuchamy karczemnych plotek. Rano ruszymy dalej. Lirr rozejrzała się podejrzliwie wokół. Poza ciem- niejącą iglastą gęstwiną nie widziała kompletnie nic. Nawet kruk przepadł gdzieś nad wierzchołkami strze- listych choinek. Trakt i gospoda, o której mówił mag, musiały chyba być jedną z jego iluzji. Nie wspominając o tym, że sam pomysł wydał się jej szalony. – To jest twój plan? Myślisz, że to bezpieczne? – po- nownie zwróciła się do aroganckich pleców. – Nie po- winniśmy tak rzucać się w oczy, zwłaszcza po tej historii z tatuażami – ciągnęła, wymachując w zdenerwowaniu rękami. – Wciąż jesteśmy zbyt blisko Ysborga. Plecy raptownie zatrzymały się, blokując ścieżkę, przez co Lirr tylko cudem uniknęła niefortunnego zde- rzenia. – W mordę Lewiatana! – warknęła półgłosem, roz- paczliwie walcząc o równowagę na śliskim mchu. Raiden obrócił się gwałtownie, stając z nią twarzą w twarz. Nie była na to przygotowana. – Wybacz – złośliwie zmrużył wilcze oczy – ale po całej tej wesołej morskiej przygodzie z twoimi nie- okrzesanymi kompanami mam ochotę na coś chociaż zbliżonego do normalnego posiłku. Wyprostowała się, żeby zyskać choć odrobinę wy- sokości i zmniejszyć przewagę maga. Nie dość, że 47 jego ton ociekał sarkazmem, to jeszcze z racji wzrostu zawsze patrzył na nią z góry. – Zamierzasz ryzykować życie dla jakiejś parszywej potrawki i dzbana rozwodnionego wina? – Uniosła brwi w niedowierzaniu. – Zasłużyłem. – Przekrzywił lekko głowę, a jeden kącik ust uniósł się podejrzanie. – Tobie za to przy- dałaby się kąpiel – dodał poufałym szeptem – śmier- dzisz rybami. Pod wpływem nagłego impulsu Lirr odskoczyła od niego rozsierdzona. Wzburzona krew zaczęła głośno szumieć jej w uszach. – Ja? Śmierdzę? – Tryknęła jego pierś palcem. W od- powiedzi drugi kącik ust Raidena poszybował w górę. – Ty impertynencki, plugawy, niedo… – Z wściekłości zabrakło jej tchu. Mag skorzystał z okazji, pochylił się, zbliżając twarz do jej twarzy. – …chędożony? – wtrącił, czytając jej w myślach. – Zabawne, że o tym wspominasz. – Zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. – Faktycznie jestem ostatnio dość… – Waż słowa, Raiden – przerwała mu lodowatym to- nem i kolejny raz dobitnie tknęła palcem twardą pierś. – Sama mnie prowokujesz – obruszył się. – Ja? – warknęła więc z ponurą groźbą w głosie, czu- jąc, jak wzbiera w niej znajoma, paląca skórę energia. Twarz maga zastygła w napięciu. Czekał. Liczył na to, że postanowi w końcu wykorzystać tę moc. Lirr wzięła głę- 48 boki oddech, ale zanim zdecydowała, co zrobić, dostrzegła za magiem niewyraźny, majaczący na tle gęstej zieleni kształt. – To jest ta twoja tawerna? – zapytała zdumiona. Budynek zdecydowanie nie przypominał przybytku przeznaczonego do przyjmowania ludzi. Po prawdzie wyglądał bardziej na zapuszczony chlewik. Koślawe ściany pokrywał wszechobecny mech, a dach, zapad- nięty i zmurszały, wydawał się tylko czekać na spo- sobność, żeby się zawalić, grzebiąc przy tym zdespe- rowanych nieszczęśników, którzy biesiadowali akurat w środku. Przez niewielkie zatłuszczone okna sączył się wątły blask świec, sugerując, że wbrew zdrowemu rozsądkowi interes kręcił się w najlepsze. Mag podążył niechętnie za jej krytycznym wzro- kiem i marszcząc czoło, przyglądał się przez chwilę smętnemu przybytkowi. – Oberża – ocenił pojednawczo po krótkim na- myśle. – No, powiedzmy, knajpa – dodał, krzywiąc się lekko. Lirr przewróciła oczami. – Paskudna. Raiden familiarnie trącił ją łokciem. – Nie wierzę, że nie bywałaś w gorszych. Nie ma- rudź! – Widok śmierdzącej meliny najwyraźniej wpra- wił go w dobry humor. – Najlepiej w ogóle nie odzywaj się za dużo i, do wszystkich piekieł, uśmiechnij się, bo jeszcze znów wezmą cię za wiedźmę – poradził, prze- kornie udając powagę, i nie czekając na jej zjadliwą ri- postę, ruszył lekkim krokiem przed siebie. 49 Jezioro Cieni Copyright © Maria Zdybska Copyright © Wydawnictwo Inanna Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Agnieszka Zawadka Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2019 r. druk ISBN 978-83-7995-223-6 epub ISBN 978-83-7995-224-3 mobi ISBN 978-83-7995-225-0 Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski Redakcja: Małgorzata Maksymowicz Korekta: Małgorzata Tarnowska Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski Ilustracja na okładce: Agnieszka Zawadka Skład i typografia: www.proAutor.pl Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego prze- kazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Wyspa Mgieł Maria Zdybska Czasami dwie dusze łączy więź sil- niejsza niż śmierć. Ona – przybrana córka pirata, urato- wana z morskiej kipieli. W jej prze- szłości ukryty jest klucz do potężnej mocy, która może przynieść wybawie- nie lub zgubę. On – potężny mag, wyrzutek, arogant i sybaryta. Od lat poszukuje, choć sam nie wie, czego i dlaczego. Kiedy jednak ich drogi się spotykają, przejmują nad nimi kontro- lę siły potężniejsze od nich samych. Bogowie i demony, nieumarli i czarnoksiężnicy, zapomniana magia i stracone życia – droga do ich poznania zaczyna się na tajemniczej Wyspie Mgieł. “Wyspa Mgieł” to powieść young–adult fantasy przesiąknięta zapachem mo- rza, pełna przygód, barwnych opisów i fantastycznych istot. Poznaj losy wy- rzuconej przez morze Lirr i daj się oczarować tajemniczemu magowi o imie- niu Raiden. - Melissa Darwood, autorka Pryncypium, Larista i Luonto PIERWSZY TOM SERII KRUCZE SERCE Noc kota, dzień sowy: Marta Kładź-Kocot Zamek Cieni W Castelburgu, bogatym portowym mieście, władzę przejmuje makiawe- liczny Książę, a wygnani arystokraci zakładają Bractwo i z pomocą nieja- kiego Dionisiusa Grandiniego próbu- ją obalić tyrana. W Emain Avallach, siedzibie magów, niepozorny bibliote- karz zostaje skazany na śmierć, a para kochanków wygnana. W odległym… Zatrzymajmy się przy pa

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Jezioro Cieni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: