Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00247 006661 13599070 na godz. na dobę w sumie
Jezioro cieni - ebook/pdf
Jezioro cieni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5188-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Susanna nadal kocha męża, lecz liczne niedomówienia i sekrety położyły się głębokim cieniem na ich związku. Gdy prowadzone przez Jacka śledztwo coraz bardziej narusza ich prywatność, Susanna decyduje się na separację... Podczas gdy Jack tropi przestępców w Teksasie, Susanna dorabia się milionów w Bostonie, mieszkając u ukochanej babci... Pod wpływem impulsu kupuje chatę w Nowej Anglii i wyrusza wraz z babcią i córkami na zimowe wakacje. Nie wie, że jej tropem podąża nie tylko stęskniony mąż, lecz również bardzo niebezpieczni ludzie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: The Cabin Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2002 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Maria Wilber ã 2002 by Carla Neggers ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2004, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5188-2 ROZDZIAŁ PIERWSZY Susanna Galway sączyła margaritę i patrzyła na zegar odliczający minuty do północy. Jeszcze prawie godzina. Siedziała w ,,Jim’s Place’’, małym, mrocz- nym pubie w pobliz˙u domu. Susanna mieszkała z babcią i dwoma nastoletnimi córkami, a pub Jima istniał tu od zawsze, w kaz˙dym razie od kiedy sięgała pamięcią. Jeszcze niecała godzina... W niebo wystrzelą fajer- werki, wszyscy będą świętować nadejście Nowego Roku. Noc była mroźna, dziesięć, dwanaście stopni poniz˙ej zera, ale na ulice Bostonu wylegną na pewno rozbawione tłumy. Jim Haviland, właściciel pubu, juz˙ od jakiegoś czasu mierzył Susannę podejrzliwym wzrokiem. Je- go zdaniem dawno powinna wrócić do męz˙a, którego zostawiła w Teksasie. Susanna właściwie spokojnie przyjmowała te uwagi, ale nie zamierzała wyjez˙dz˙ać z Bostonu. Jim przerzucił bielutką ścierkę przez ramię. – Rozczulasz się nad sobą – zauwaz˙ył zgryźliwie. Susanna powoli zlizała sól z krawędzi kieliszka. 5 W pubie było wyjątkowo ciepło, niepotrzebnie wło- z˙yła kaszmirowy sweter, jedwabna bluzka byłaby lepsza. Lepsza i bardziej elegancka, a Susanna chcia- ła wyglądać elegancko dzisiejszego wieczoru. Jim juz˙ jej powiedział, z˙e przypomina czarownicę: czarna spódnica, czarny sweter, czarne botki, długie czarne włosy – tylko błyszczące zielone oczy nie pasowały do tego ponurego wizerunku. Płaszcz tez˙ miała czar- ny, ale zdjęła go zaraz po wejściu do pubu, a czarne skórzane rękawiczki wetknęła do kieszeni. Czapki nie włoz˙yła, bo przeciez˙ mieszkała zaledwie kilka kroków od pubu. – Nigdy nie rozczulam się nad sobą – oznajmiła stanowczo. – Rozwaz˙yłam wszystkie opcje i doszłam do wniosku, z˙e mam wielką ochotę przywitać Nowy Rok ze starym przyjacielem mojego ojca. – Nie chrzań, dziewczyno – prychnął Jim. Susanna uśmiechnęła się promiennie, wcale nie uraz˙ona tym gruboskórnym stwierdzeniem. – Jak na Jankesa przyrządzasz całkiem przyzwoi- tą margaritę. – Odstawiła kieliszek. – Mogę dostać jeszcze jedną? – Dobrze, ale na tym koniec. Nie chcę patrzeć, jak urywa ci się film. Nie zamierzam dzwonić do twoje- go męz˙a z wesołą informacją, z˙e jego z˙ona skuła się u mnie w pubie, spadła ze stołka i walnęła głową w... – Co za dramat. Nie upiję się i nie zadzwonisz do Jacka, tylko co najwyz˙ej do babci, bo ona mieszka kilka kroków stąd, natomiast Jack az˙ w San Antonio. Swoją drogą mógłbyś mieć trochę powaz˙ania dla Straz˙nika Teksasu. 6 Jim Haviland uśmiechnął się pod wąsem. – W San Antonio jest teraz dwadzieścia stopni. Susanna nie dała się sprowokować. Jim był ojcem jej najlepszej i najbardziej wypróbowanej przyjaciół- ki, serdecznym przyjacielem jej ojca i kimś w rodzaju wujka, od kiedy półtora roku temu zamieszkała w Bostonie. Miał własne zdanie na kaz˙dy temat, miał tez˙ niezłomne zasady i zawsze moz˙na było na niego liczyć. – Zrobisz mi tę margaritę? – Powinnaś być teraz w Teksasie, z rodziną. – Maggie i Ellen spędziły Święto Dziękczynienia ze mną, Boz˙e Narodzenie i Nowy Rok spędzają z ojcem. Jim skrzywił się. – Gadasz, jakbyś planowała tygodniowy budz˙et albo składała sprawozdanie. Susanna uśmiechnęła się pogodnie. Na dzisiejszy wieczór uzbroiła się w tarczę ochronną i przyrzekła sobie, z˙e nic przez nią nie przeniknie: z˙adne wyrzuty sumienia, z˙adne obawy, ani jedna myśl o jedynym człowieku, którego kiedykolwiek kochała. W ze- szłym roku spędzała wszystkie święta z Jackiem, ale nie czuli się ze sobą dobrze. Chyba nie byli jeszcze gotowi do rozmowy, wzajemne urazy były zbyt świez˙e i wciąz˙ wywoływały u obojga agresję. Zresztą tak zwane rozmowy zasadnicze nigdy nie były mocną stroną Jacka. – Ja na miejscu Jacka... – Jim wyraźnie zamierzał kontynuować temat. – Na miejscu Jacka łapałbyś seryjnych morderców, 7 zamiast przyrządzać margarity. Chcesz się z nim zamienić? – Popchnęła kieliszek w stronę Havilanda. – Zróbz˙e mi wreszcie tę margaritę. Moz˙e być w tym samym kieliszku. Oszczędzisz na soli. – Wolałbym oszczędzić na alkoholu. Nie podam ci w tym samym kieliszku. Przepisy sanitarne są jednoznaczne i nakazują... – W pobliz˙u znajduje się sześć innych barów – burknęła Susanna. – Mróz mi niestraszny, bo mam ciepłe ciuchy. Bez trudu znajdę miejsce, gdzie poda- dzą mi margaritę. – Nikt nie miesza takiej jak ja. Wszędzie podają gotową. Jim Haviland odstawił opróz˙niony kieliszek i sięg- nął po nowy. Jego bar lśnił czystością. Jim co wieczór serwował specjalność dnia, czuwał nad klientami i ściśle przestrzegał przepisów. Ludzie nie przychodzili do jego pubu, z˙eby się wstawić. Wpadali pogadać z sąsiadami, zwabieni panującą tu atmosferą, równie staroświecką, jak właściciel lokalu. Susanna czuła się w pubie Jima bezpiecznie, lubiła tu przychodzić, nawet kiedy Haviland sarkał na jej zachowanie, krytykował jej postępowanie i usiłował zaprogramować jej z˙ycie. Przychodziła tu nawet wtedy, gdy była w wyjątkowo podłym humorze. – Posłałem Iris cały gar chili, tyle kum sprosiła – poinformował twoja osiem- dziesięciodwuletnia babcia bawi się dzisiaj lepiej niz˙ ty. ją Jim. – Nawet – Będą cały wieczór grały w mahjonga. Pięć po 8 dwunastej powiedzą sobie dobranoc i pójdą grzecz- nie do łóz˙ek. Jim spojrzał na Susannę trochę z˙yczliwiej, jakby zaczynał jej współczuć. Był potęz˙nie zbudowany, przekroczył niedawno sześćdziesiątkę i traktował Susannę jak przyszywaną i ulubioną, choć trochę krnąbrną bratanicę. – W zeszłym roku sylwestra spędzałaś w domu – ciągnął z uporem. Tak, bo chciała porozmawiać z Jackiem, wyjaśnić nieporozumienia. Kiedy wreszcie w sylwestra zostali sami, wylądowali w łóz˙ku. Nic nie wyjaśniła, w ogóle niewiele mówiła. Dokładnie rok temu o tej porze kochała się ze swym męz˙em. Dwie margarity nie mogły zagłuszyć bólu. Zresztą nawet gdyby spiła się jak bela, nie potrafiłaby zapom- nieć, gdzie była przed rokiem i gdzie jest teraz. Nic się nie zmieniło. Kompletnie nic. Minęło czternaście miesięcy i ciągle tkwili z Ja- ckiem w tym samym miejscu, czyli w pustce. Zastyg- li w jednym punkcie jak sparaliz˙owani i osiągnęli stan, który moz˙na by określić jako małz˙eński impas. Oboje okopali się na z góry straconych pozycjach. Maggie i Ellen kończyły szkołę średnią i wkrótce miały zacząć studia. Cóz˙, były niemal dorosłe. Gdy dzwoniły kilka godzin wcześniej, zapewniła je, z˙e wybiera się na wspaniałą zabawę i spędzi sylwestra w uroczym towarzystwie. Z˙adnego mahjonga z bab- cią i jej kumami. Nie chciała, z˙eby córki się nad nią uz˙alały. 9 Z Jackiem w ogóle nie rozmawiała. – W pubie pustki, Jim – zagadnęła. – Zamknij interes, pójdziemy na dach, pooglądamy fajerwerki. Jim powoli podniósł głowę znad margarity, którą przygotowywał dla Susanny. Był dziwnie skupiony, powaz˙ny. – Co się dzieje, Susanno? – Kupiłam chatę w Adirondacks – wyrzuciła z siebie. – Naprawdę świetna, doskonale połoz˙ona. Trzy sypialnie, kamienny kominek, siedem akrów nad samym jeziorem Blackwater. – W Adirondacks? Cholernie daleko. Susanna skinęła głową. – Sześć milionów akrów nieskalanej przez czło- wieka przyrody, największy taki obszar w całych Stanach, jeśli nie liczyć Alaski. Babcia stamtąd pochodzi, urodziła się nad jeziorem Blackwater. Pradziadkowie mieli tam gospodę i... – Susanno, na litość boską – Jim Haviland powoli pokręcił głową, jakby zupełnie nie podzielał entuz- jazmu ulubienicy. – Chata w Adirondacks? A cóz˙ to za pomysł? Powinnaś kupić coś w Teksasie, zamiast w jakiejś dziczy na Wschodzie. Kiedy dokonałaś tego genialnego zakupu? – W zeszłym tygodniu. Pojechałam do Lake Pla- cid i... coś mnie naszło. Chciałam trochę odpocząć, przemyśleć kilka spraw, no i zobaczyłam tę chatę. Niedaleko, nad jeziorem Champlain moi rodzice mają letni dom. Nie mogłam się powstrzymać. Pomy- ślałam, raz kozie śmierć. – Od miesięcy słyszę, z˙e musisz przemyśleć kilka 10 spraw. Zamiast bawić się w smętne rozwaz˙ania i kupować chatę w Adirondacks, powinnaś ruszyć swoje cztery litery i wrócić do Teksasu. Porozmawiaj otwarcie z Jackiem, rozwiąz˙ wreszcie wasze prob- lemy małz˙eńskie. Susanna udała, z˙e nie słyszy gderania Jima. – Babcia jest w Adirondacks legendarną postacią. Jako nastolatka, a potem młoda kobieta, dopóki nie przeniosła się z tatą do Bostonu, była przewodniczką. Tata nie pamięta tamtych czasów, był za mały. Wprawiłam ją w niebotyczne zdumienie i na począt- ku nie chciała wierzyć, z˙e naprawdę kupiłam chatę nad jeziorem Blackwater. Jim bez słowa postawił przed Susanną świez˙ą margaritę. Podniosła cięz˙ką szklaneczkę. Oczami wyobraźni widziała juz˙, jak stoi na ganku chaty i spogląda na skute lodem jezioro, na otaczające je, pokryte śnie- giem góry. – Coś się wydarzyło, kiedy tam byłam – ciągnęła. – Nie wiem, jak to wytłumaczyć. W kaz˙dym razie poczułam, z˙e ta chata powinna być moja, z˙e muszę ją kupić. – Zadziałały jakieś niewidzialne siły? Puściła mimo uszu sarkazm zawarty w pytaniu. – Tak. – Upiła łyk margarity; drink był znacznie słabszy od poprzedniego. – Tam odnalazłam moje korzenie. – Korzenie? Nie chrzań, dziecino. Będzie chyba sześćdziesiąt lat, jak twoja babka wyjechała z Adi- rondacks. 11 Jim znowu pokręcił głową. Nie pojmował decyzji Susanny. Tak jak nie pojmował, dlaczego przeniosła się do Bostonu, dlaczego otworzyła tu swoje biuro. Początkowo dzieliła je z Tessą, córką Jima, graficz- ką. Kiedy Tessa wyszła za mąz˙ i przeniosła się na wieś, Susanna została w wynajętym biurze sama i najwyraźniej zamierzała pozostać w Bostonie na dobre. Jim nie akceptował jej wyborów, uwaz˙ał, z˙e powinna wracać do męz˙a do Teksasu. Tam było miejsce Susanny. Tyle z˙e z˙ycie okazuje się czasem bardziej skom- plikowane, niz˙ jesteśmy w stanie przewidzieć. Jim lubił porucznika Jacka Galwaya, co wcale nie dziwiło Susanny. Obydwaj postrzegali rzeczywistość w czarno-białych kolorach, nie mieli zrozumienia dla egzystencjonalnych rozterek. Jim odruchowo przetarł blat baru białą ścierką, jakby ta czynność mogła rozładować wzbierającą w nim złość na Susannę. Nie pojmował tej dziew- czyny i nie pochwalał jej szalonych pomysłów. – Ile się jedzie do Adirondacks? Pięć, sześć go- dzin? No ile? – Mniej więcej – Susanna upiła kolejny łyk mar- garity. – Jesienią zrobiłam licencję pilota. Jack o tym nie wie. Moz˙e kupię awionetkę. W Lake Placid jest lotnisko. Jim posłał jej przeciągłe spojrzenie. – Dom w górach, samolot, czarne kaszmiry. Ile ty, do cholery, masz pieniędzy? Oto pytanie. Pierwszego października stan jej konta przekro- 12 czył dziesięć milionów. To był kamień milowy. Wszyscy wiedzieli, z˙e dobrze się jej powodzi, ale mało kto zdawał sobie sprawę, jak dobrze, nawet jej własny mąz˙. Nie lubiła mówić o pieniądzach, nie chciała, z˙eby ludzie oceniali ją na podstawie majątku. Nie chciała tez˙ nic zmieniać w swoim z˙yciu. Poza tym, oczywiście, co juz˙ i tak się zmieniło. – Nieźle zainwestowałam i sporo na tym za- robiłam – mruknęła ogólnikowo. – Dopisało mi szczęście. – Szczęście! Nie mów mi o szczęściu. Masz po prostu głowę do interesów, Susanno Dunning Gal- way. Jesteś bystra, twarda i... – przerwał, zaczerpnął powietrza i westchnął cięz˙ko. – Po cholerę ci ta chata w Adirondacks. Mówiłaś o tym Jackowi? – Nie wydasz mnie? – A więc Jack nie wie. Chcesz go zniechęcić do siebie czy czekasz, az˙ tu przyjedzie i spakuje twoje walizki? – Nie przyjedzie i nie spakuje moich walizek. – Nie byłbym tego taki pewien. Do baru weszła dwójka młodych ludzi. Byli tak zajęci sobą, z˙e najwyraźniej nic ich nie obchodził sylwester. Jim przywitał ich ciepło i wyszedł zza baru, z˙eby przyjąć zamówienie. Na chwilę zatrzymał się jeszcze przy Susannie. – Mówisz, z˙e kupiłaś chatę w Adirondacks, bo to rodzinne strony babci. A spytałaś chociaz˙ babcię o zdanie? Nie. Myślałaś tylko o sobie, o swojej zachciance. – Nie jestem egoistką... 13 – Nic takiego nie powiedziałem. Uwaz˙am cię za dobrego i wspaniałomyślnego człowieka. Jednak często bywasz uparta jak osioł. Susanna lekko się stropiła. Moz˙e rzeczywiście powinna była skonsultować swój pomysł z babcią, no i z Jackiem. Nie figurował w umowie, ale formalnie nadal byli przeciez˙ małz˙eń- stwem. Planowała mu kiedyś powiedzieć, tylko jakoś nie było jeszcze okazji. Nie zamierzała ukrywać kupna chaty, po prostu tam, nad jeziorem Black- water, w ogóle nie myślała o swoim małz˙eństwie. Chata wiązała się z jej z˙yciem, z jej korzeniami, nalez˙ała do niej. Susanna nie potrafiła tego sensow- nie wytłumaczyć. Po namyśle uznała, z˙e to prze- znaczenie sprowadziło ją nad jezioro, zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła kierowała jej krokami. Wy- jazd do Adirondacks pomógł jej zrozumieć podjęte wcześniej decyzje i spojrzeć chłodnym okiem na obecną sytuację. Jim przyjął zamówienie od dwojga młodych i wró- cił za bar. Zanim zdąz˙yła cokolwiek powiedzieć, postawił przed nią talerz parującego chili. – Musisz coś zjeść. – Wolałabym jeszcze jedną margaritę. – Mowy nie ma. – Mieszkam dwa kroki stąd. – Wbiła wzrok w gorące danie. Nie była głodna, na widok jedzenia robiło jej się niedobrze. – Jak się wyłoz˙ę w rynsztoku, ktoś mnie na pewno znajdzie, zanim zamarznę na śmierć. Jim nie odpowiedział. Do baru wszedł Davey 14 Ahearn i usadowił się na swoim ulubionym miejscu przy barze, koło Susanny. Pokręcił z niesmakiem głową. – Jesteś jak wrzód na tyłku, Sussie. A spędź sobie noc w rynsztoku. Moz˙e mróz pobudzi twoje szare komórki do pracy i wrócisz w końcu do Teksasu. – Jestem odporna na zimno. Davey, przynajmniej dwukrotnie rozwiedziony, potęz˙ny hydraulik z podkręconym wąsem, jeszcze jeden przyjaciel jej ojca i ojciec chrzestny Tessy Haviland, nie miał wcale na myśli drastycznej krio- terapii, doskonale o tym wiedziała. Równie dobrze wiedziała, z˙e Davey się po prostu na nią uwziął i ilekroć ją widział, zawsze udzielał kilku bezcennych rad. Tessa często powtarzała, z˙e lepiej nie wdawać się w dyskusje z Daveyem, ale Susanna zawsze w końcu dawała się sprowokować. Tessa zresztą tez˙. Davey zamówił piwo, chili i słone krakersy. – Krakersy do chili? – skrzywiła się Susanna. – Obrzydliwość. – Co ty tu robisz? – Davey otrząsnął się, jakby jeszcze przenikał go ziąb panujący na zewnątrz. Od kilku dni w Bostonie panowały mrozy, niezwykłe nawet dla tego zawsze mroźnego zimą miasta. – Idź pograć w mahjonga z przyjaciółkami babci. Mają razem prawie milion lat i wiedzą, jak się bawić. – Słuszna uwaga – przytaknęła Susanna. – Sama nie wiem, co tu robię. Musi być ze mną źle, skoro siedzę w barze i jem chili z pochrzanionym hyd- raulikiem. Davey wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 15 – Pochrzanionym? Ja tam jem chili z pieprzem. Susanna omal nie parsknęła śmiechem. – Kiepsko, Davey. Naprawdę kiepsko. – Uśmiechnęłaś się. – Susanna jęknęła cicho, widząc, jak Davey otwiera paczkę krakersów, kruszy je i wsypuje do chili. – Ile nam zostało starego roku, Jim? – zagadnął. – Dwadzieścia pięć minut. Myślałem, z˙e jesteś umówiony. – Byłem, ale pani się wściekła i poszła do domu. Susanna, choć nadal nie odczuwała głodu, zaczęła jeść chili. – Davey Ahearn wyprowadził z równowagi ko- bietę. Niepodobna. – To miała być złośliwość, pani Jackowa Gal- wayowa? – Uspokójcie się – zarządził stanowczo Jim. – O północy stawiam wszystkim szampana. Od firmy. Ile nas jest, pięcioro? Ustawił kieliszki na barze. Susanna obserwowała jego krzątaninę. Chili piekło w ustach, dwie mar- garity wywołały leciutki szmerek w głowie. – Myślicie, z˙e za wcześnie zostałam matką? – za- pytała nieoczekiwanie. Margarity najwyraźniej jed- nak zrobiły swoje. – Chyba nie. Po prostu stało się. Dwadzieścia dwa lata i nagle ni stąd, ni zowąd bliźniacza ciąz˙a. – Ciąz˙a nie bierze się ni stąd, ni zowąd – mruknął zgryźliwie Davey. Susanna udała, z˙e nie usłyszała tego błyskotliwe- go komentarza. 16 – No i stało się. Mam męz˙a, upartego, niezalez˙- nego faceta, który skończył Harvard, ale koniecznie musiał zostać Straz˙nikiem Teksasu. Spotkaliśmy się na studiach... – Znamy tę historię – zauwaz˙ył Jim delikatnie. – Maggie i Ellen jako niemowlęta były takie rozkoszne. Cudowne. Nie są jednojajowymi bliź- niaczkami, łatwo je odróz˙nić. O tym Jim i Davey tez˙ od dawna wiedzieli. Susanna poczuła, z˙e jeszcze chwila, a rozbeczy się. Co się z nią dzieje? Margarity. Nowy Rok. Chata w górach. Tęsknota za Jackiem. Jim Haviland sprawdził po kolei kaz˙dy kieliszek pod światło i po chwili uznał, z˙e szkło jest czyste. – Były cholernie rozkoszne, takie dwa słodkie aniołki – podrzucił usłuz˙nie. – No właśnie. Widziałeś je, kiedy przyjechałyś- my z wizytą do babci. Jej dom zawsze był dla mnie azylem i bezpieczną przystanią. Tu odnajdowałam spokój, bo my z Jackiem nieustannie się przeprowa- dzaliśmy. Dlatego tu przyjechałam, kiedy między mną i Jackiem przestało się układać. Zamknęła oczy. Po co tyle gada? Po co w ogóle się odzywa? Kiedy ponownie je otworzyła, wnętrze baru lekko się zakołysało. Odchrząknęła. Jeśli urwie się jej film i spadnie ze stołka, Jim i Davey będą mieli świetny pretekst, z˙eby zadzwonić do Jacka, a Jack zapewne im powie, z˙e wstrząśnienie mózgu dobrze jej zrobi. – Maggie i Ellen drugi raz w z˙yciu leciały same samolotem. Teraz, do ojca na święta. – Przymknęła 17 lekko powieki. Niech ten bar przestanie się wreszcie kołysać. Wyobraziła sobie, z˙e Jack ją obserwuje z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Nie pamiętała juz˙, kiedy zdarzyło się jej wypić dwie margarity pod rząd. Bez chwili namysłu zinterpretowałby tę sytua- cję na swoją korzyść. Powiedziałby, z˙e upiła się z rozpaczy i tęsknoty za ukochanym męz˙em. Powin- na jak najszybciej wziąć się w garść. – Kiedy pierwszy raz leciały same, okropnie się denerwowałam. Byłam jednym kłębkiem ne- rwów. – Nie powiedziałbym, z˙eby teraz było lepiej – za- uwaz˙ył Davey. Trzecia margarita zupełnie by ją rozłoz˙yła. Juz˙ i tak ledwie się trzymała. To dlatego Jim Haviland usiłował cały czas z nią rozmawiać, dlatego podał jej chili. Wcale nie chciał jej dokuczyć, bał się po prostu, z˙e urwie jej się film. – A jeśli Maggie i Ellen będą chciały studiować w Teksasie? – Susannie zaparło dech z przeraz˙enia. – Co wtedy? Ja tu, one tam. Chryste, nie będę ich widywać. Jack... Davey upił łyk piwa, otarł pianę z wąsów. – To w Teksasie są uniwersytety? – Bardzo śmieszne – obruszyła się Susanna. – Ciekawe, jak byś się czuł, gdyby jakiś Teksańczyk zaczął wykpiwać bostończyków. – Z˙e niby jesteśmy niespecjalnie uprzejmi, za to wygadani? Maggie i Ellen ciągle mi to powtarzają. W dodatku niektórzy tutaj jadają chili z krakersami. – Davey mrugnął do Susanny. – Sama jesteś boston- 18 ką, serdeńko. Prawie. Ciągle się przenosiliście, ale twój ojciec wychował się na tej ulicy. Kiedy Iris będzie juz˙ wymagała stałej opieki, rodzice zamkną galerię w Austin i ani się obejrzysz, jak zamieszkają tutaj. – Mają taki plan – przyznała Susanna. – Hydraulik, szynkarz i artysta – Davey pokręcił głową z niejakim niedowierzaniem. – Nikt by nie zgadł, co z nas wyrośnie... Chociaz˙ prawdę powie- dziawszy, Kevin od najmłodszych lat miał smykałkę do graffiti. Susanna uśmiechnęła się na te słowa. Jej rodzice byli artystami. Zaskoczyli wszystkich, kiedy otwo- rzyli przed siedmiu laty galerię w Austin i zabrali się za renowację domu z lat 30. ubiegłego wieku. Czasa- mi odnosiła wraz˙enie, z˙e prace wykończeniowe będą trwały wiecznie. Chociaz˙ zamieszkali w Teksasie, wakacje zawsze spędzali w Adirondacks, nad jezio- rem Champlain. Kiedy Susanna była jeszcze dziec- kiem, wędrowali z miejsca na miejsce, uczyli, two- rzyli i wiedli koczownicze z˙ycie. Byli zaszokowani, gdy zaczęła studiować finanse, a potem wyszła za Straz˙nika Teksasu. Nawet jeśli nie pochwalali jej wyborów, nigdy jej nie krytykowali. Nie wtrącali się w jej małz˙eństwo, teraz jednak nie potrafili zro- zumieć, dlaczego zostawiła Jacka, wyniosła się do Bostonu i zamieszkała z babcią. Prawdopodobnie nadal po cichu liczyli, z˙e Jack i Susanna w końcu oprzytomnieją i pogodzą się. Jim obejrzał uwaz˙nie oszronioną butelkę szam- pana, po czym zwrócił się do Susanny. 19 – Nigdy mi nie powiedziałaś, dlaczego właściwie wyniosłaś się z Teksasu – rzucił niby od niechcenia. – Poz˙arłaś się z Jackiem czy po prostu obudziłaś się pewnego ranka i poczułaś przemoz˙ną tęsknotę za Bostonem? – Maggie i Ellen od dawna chciały przynajmniej przez jeden semestr uczyć się tutaj... – Jakby to był Paryz˙ albo Londyn. Semestr za granicą – sarknął Davey. – Semestr z babcią – poprawiła go Susanna. – Z semestru zrobił się rok – powiedział Jim. – Co zresztą nie wyjaśnia twojej decyzji. – Łaził za mną jakiś psychol. – Susanna poz˙ało- wała, z˙e nie moz˙e juz˙ cofnąć wypowiedzianych słów. – To znaczy, nie wiem, czy rzeczywiście za mną łaził, trudno byłoby mu cokolwiek udowodnić, ale na- tknęłam się na niego kilka razy. Pokazywał się, dziwnym trafem, zawsze tam, gdzie ja. Nie wiedzia- łam, kto zacz, w końcu naszedł mnie w mojej własnej kuchni. Davey Ahearn zaklął pod nosem, Jim spowaz˙niał. Obydwu przyjaciołom odechciało się z˙artów. – Co zrobiłaś? – zapytał Jim. Susanna zamrugała zdumiona. Co się z nią dzieje? Nigdy nikomu nie mówiła o dziwnym męz˙czyźnie. Absolutnie nikomu. To był jej sekret. – Wszystko, by nie sprowokować go do agresji. Chciał, z˙ebym porozmawiała w jego imieniu z Ja- ckiem. Powiedział, co miał do powiedzenia, i poszedł sobie. – Co dalej? – dopytywał się Jim. 20 – Nic... Pomyślałam, z˙e zabiorę dziewczynki i przyjadę tutaj na kilka tygodni. Uspokoję się, ukoję nadszarpnięte nerwy – dodała z bladym uśmiechem. Jim Haviland zastygł z butelką szampana w ręku i przyglądał się bez słowa pochylonej nad talerzem Susannie. W końcu ocknął się, pokręcił głową. – Chryste, nie powiedziałaś Jackowi, z˙e ten su- kinsyn wtargnął do waszej kuchni. – Wiem, z˙e to irracjonalne. – Susanna odłoz˙yła widelec, pociągnęła nosem i drz˙ącą dłonią sięgnęła po kieliszek z margaritą. – Jack jest policjantem. Ty byś powiedział, gdyby ktoś cię nachodził? – Natychmiast. Kupuj sobie w tajemnicy chaty w Adirondacks, twoja wola, ale taki świr to zupełnie co innego... – Wtedy wydawało mi się, z˙e nie powinnam nic mówić. Jim gwałtownie wciągnął powietrze. – Powiedz mu teraz. Idź na zaplecze, zadzwoń do niego i powiedz mu. Zaraz. – Teraz to juz˙ nie ma znaczenia. Za późno. – Facet siedzi za kratkami? Susanna pokręciła głową. – Nie z˙yje? – Nie. Jest na wolności. Nigdy nie postawiono mu z˙adnych zarzutów. – Bo nikomu nie powiedziałaś, z˙e cię prześladuje. – A kogo by to obeszło? Wywinąłby się. Zbieg okoliczności, przypadek, nieporozumienie, despera- cja. Policja machnęłaby ręką. – Susanna upiła łyk 21 margarity. – Miał powaz˙niejsze rzeczy na sumieniu niz˙ łaz˙enie za mną. Davey Ahearn zastrzygł uszami. – Taaa? A co takiego zrobił? Zabił z˙onę? – W rzeczy samej, Davey. Załatwił własną z˙onę. – Susanna zerknęła na zegar na ekranie telewizora; cztery minuty do północy, trzy minuty pięćdziesiąt dziewięć sekund... Szczęśliwego Nowego Roku. – Zabił ją. ROZDZIAŁ DRUGI Jack Galway obudził się w noworoczny ranek w pustym łóz˙ku, zbolały, zły, z głową wypełnioną ponurymi myślami dedykowanymi z˙onie. Powinni się rozmówić, coś postanowić. Nie wiedział, kiedy dojdzie do rozmowy zasadniczej, ale kiedyś będzie musiało to nastąpić, impas nie mógł trwać w nie- skończoność. Miał juz˙ dość samotnych przebudzeń w pustym łóz˙ku. Zz˙ymał się, z˙e Susanna nigdy go o niczym nie informowała. Te jej przeklęte sek- rety... Nowy Rok witał z córkami i mniej więcej milio- nem ich przyjaciół. Ani kropli alkoholu. Same dzie- ciaki, z˙adne nie skończyło dwudziestu jeden lat, kilkoro odwiózł do domu. O pierwszej juz˙ był w łóz˙- ku. Sam. Rok wcześniej spędził sylwestra trochę sympa- tyczniej. Maggie i Ellen bawiły się u przyjaciółki, a on i jego wiotka, ciemnowłosa, zielonooka z˙ona zaraz po wyjściu dziewczynek wylądowali w sy- pialni. Myślał, z˙e w łóz˙ku przeprowadzą tak zwaną rozmowę zasadniczą. Nie przeprowadzili. Urazy, 23 pretensje, wzajemne z˙ale były jeszcze zbyt świez˙e. Zamknęli się w sobie, zasklepili i milczeli, oboje jednakowo uparci. Jack zacisnął zęby. Nie było sensu rozpamiętywać tego, co wydarzyło się przed rokiem, po cichu jednak liczył, z˙e wspólna noc powstrzyma Susannę przed powrotem do Bostonu. Mylił się. Przemagając ból głowy, zwlókł się z łóz˙ka, włoz˙ył dz˙insy i starą bluzę. Susanna w Bostonie pomnaz˙ała swoje miliardy, a on przestał uz˙ywać szafy, ubrania walały się po podłodze. W końcu co za róz˙nica, gdzie połoz˙ysz koszulę? Zszedł do kuchni po aspirynę. Maggie i Ellen, dawno juz˙ na nogach, przywitały go radosnym świer- gotem. Wszędzie miski, półmiski, garnki. Mikser w robocie, jajka, mleko, cytryny, ogromna torba cukru. Dopiero po chwili przypomniał sobie, o co chodzi: noworoczne święto ku czci Jane Austen. Herbata, ciastka, twaroz˙ek cytrynowy, bita śmietana, kanapki z rzez˙uchą i maraton filmów na podstawie powieści Austen. Całodniowa impreza. Córki oczy- wiście zaprosiły masę przyjaciół. Jack zdławił podchodzący do gardła jęk i połknął dwie aspiryny. Ból rozsadzał mu czaszkę, dotarł juz˙ do oczu. Ellen przepchnęła się koło niego i postawiła miskę z ciastem na blacie kuchennym. Miała kasztanowe włosy, takie same jak Iris Dunning, zanim posiwiała. Ciemne oczy odziedziczyła po ojcu, za to była znacznie bardziej zrównowaz˙ona niz˙ rodzice. Taka wiecznie poszukująca towarzystwa ekstrawertyczka. 24 Wysportowana. Świetnie grała w rugby i zawsze miała posiniaczone nogi. – Zaczniemy od ,,Dumy i uprzedzenia’’ z Lauren- ce’em Olivierem i Greer Garson. Tak będzie naj- lepiej. Jak myślisz, tato? Jack skinął głową. – Uhm. – Moz˙esz się do nas przyłączyć, jeśli masz... – Ellen. – Maggie poderwała się od piekarnika. Wiotka i ciemnowłosa, jak matka, uparta jak oboje rodzice, odziedziczyła, o dziwo, talent artystyczny po dziadkach Dunningach. I ona miała ciemne oczy ojca. – Taty nie zapraszamy, zapomniałaś? Wiesz, jaki on jest. Cały czas tylko by zrzędził i rzucał złośliwe uwagi. Ellen przygryzła wargę. – Racja. Zupełnie zapomniałam. Tato, nie za- praszamy cię. – Dobrze. Postaram się nie wchodzić wam w dro- gę. Znikam. Po chwili namysłu przebrał się w dres. Tylko wieloletniemu rez˙imowi i z˙elaznej samodyscyplinie nalez˙ało przypisać, z˙e nie umościł się ponownie w łóz˙ku i nie oddał ponurym rozmyślaniom o z˙onie. W głosach Maggie i Ellen pobrzmiewał juz˙ akcent ze Wschodniego Wybrzez˙a. Przynajmniej urządziły święto Jane Austen, zanim ruszą z powrotem do Bostonu. Nie miał nic przeciwko temu, z˙eby spędziły jeden semestr w domu prababki, lepiej ją poznały. Iris Dunning była wyjątkową osobą. Miał natomiast wie- le przeciwko przeprowadzce z˙ony. Prawda, nie prosił 25 jej, z˙eby została, nie prosił, z˙eby wróciła. W kaz˙dym razie nie powiedział tego prosto z mostu, ale przeciez˙ Susanna i tak wiedziała, czego pragnął. Myślał, z˙e wygonią ją z Bostonu pierwsze mrozy. Przywykła do ciepłego klimatu południowego Tek- sasu. Tu był jej dom, jej miejsce, ale ona oczywiście udawała, z˙e dopiero próbuje odnaleźć poczucie przy- nalez˙ności. To łatwiejsza batalia niz˙ potyczki z mę- z˙em. No i o wiele łatwiejsze niz˙ przyznanie się do własnych lęków i próba ich zwalczenia. Był pewien, z˙e bała się powaz˙nej rozmowy o ich związku i dlatego wcale nie chciała wracać do nagromadzonych przez lata nieporozumień. Oczywiście on tez˙ nie był bez winy. Przez wiele tego do wiadomości, miesięcy nie przyjmował w końcu zdobył się na bardziej samokrytyczne spo- jrzenie. Nadal jednak nie chciał rozmawiać z Susan- ną, nie raczył jej powiedzieć, co go dręczy i czego się obawia. A Bóg mu świadkiem, z˙e nie był wolny od róz˙nych lęków, kto wie, czy zupełnie bezzasadnych. Chyba najwyz˙sza pora coś z tym zrobić. Nie, nie będzie myślał o Susannie. Nalez˙ałoby moz˙e podjąć jakieś kroki, ale jakie? To milczące zawieszenie broni coraz bardziej mu ciąz˙yło, z dru- giej strony przeraz˙ała go myśl, z˙e zrobi coś głupiego i straci Susannę raz na zawsze. Wybiegł z domu, spojrzał na rozsłonecznione niebo, wciągnął w płuca ciepłe, wilgotne powietrze. Codziennie robił sobie kilkukilometrową przebiez˙kę po dzielnicy. Miła okolica, podmiejskie osiedle, ro- dzinne domy, rodzinna atmosfera. Jego dom tez˙ był 26 ,,rodzinny’’... Duz˙y salon, pralnia, na ścianach kuch- ni słodkie obrazki: kotki, kwiatki, kaczuszki. To na tej ulicy uczył dziewczynki jeździć na rowerze. Maggie zdecydowanie nie z˙yczyła sobie pomocy, Ellen pomimo starań ojca kilka razy wylądowała na twardym bruku. Zz˙ymał się, z˙e juz˙ za kilka dni obydwie będą musiały wrócić do Bostonu. Mógłby lecieć z nimi, bo miał sporo zaległego urlopu. Juz˙ po pierwszych kilometrach ból głowy ustąpił i Jack biegł jak w transie, o niczym nie myślał, mechanicznie, rytmicznie poruszał nogami: lewa stopa, prawa stopa, lewa... Tak z˙ył przez ostatnich czternaście miesięcy, kaz˙dą czynność wykonywał mechanicznie, o niczym nie myśląc. Starał się za- chowywać spokój, w duchu pochwalił się nawet za cierpliwość. Wysuwał do przodu lewą stopę, potem prawą, parł nieustannie do przodu. I zawsze wracał do punktu wyjścia, zanim osiągnął cel, wciąz˙ tak samo bezradny. – Niech to diabli, Susanno. Za rok o tej porze nie obudzi się sam w pustym łóz˙ku. Wykluczone. Za rok? Nawet jutro nie chciał się obudzić bez niej. Moz˙e powinien jej o tym powiedzieć. Wrócił do domu spocony, zdyszany, ale w le- pszym nastroju. Dziewczynki wyjez˙dz˙ały za dwa dni, nie powinien psuć ostatnich wspólnych chwil ponurymi rozmyślaniami. Zajrzał do salonu: córki, w towarzystwie tylko dwóch przyjaciółek, tkwiły przed telewizorem. Wszystkie zapłakane, ściskały 27 w dłoniach chusteczki. Jack uśmiechnął się. Za kilka lat zdobędą świat, teraz beczały jak sentymentalne i egzaltowane pensjonarki. Maggie posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Mrugnął do niej i wycofał się do swojej sypialni. Wziął prysznic, ponownie przebrał się w dz˙insy i zaczął oglądać mecz piłki noz˙nej. Gdyby udało mu się przemknąć do kuchni, nie ryzykując poczęs- towania sandwiczem z rzez˙uchą, przyniósłby sobie piwo. Rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanęła Ellen. Dziewczęta większością głosów postanowiły zaprosić go na herbatę. – Chciałyśmy zobaczyć, z twaroz˙kiem cytrynowym. jak sobie poradzisz – Studiowałem na Harvardzie, wiem, co to jest twaroz˙ek cytrynowy. – Taaato... Naprawdę chcemy, z˙ebyś napił się z nami herbaty. Nie mógł się wymówić. Spędził z dziewczynka- mi wspaniałe dwa tygodnie. Wziął urlop, spełniał wszystkie ich zachcianki. Jeździli na zakupy, od- wiedzili kilka college’ów, chodzili do kina, grali w rugby – co tylko panny sobie zaz˙yczyły. Pierwszy dzień świąt spędzili w Austin u rodziców Susanny. Eva i Kevin nie mogli zrozumieć decyzji córki, ale nie chcieli się wtrącać w jej małz˙eństwo. – Chcesz earl greya czy english breakfast? – A jest jakaś róz˙nica? Jack zaz˙artował, ale Ellen wzięła jego pytanie na serio. 28 – English breakfast to zwykła herbata, earl grey jest aromatyzowany olejkiem z bergamotek... – English breakfast. Na stoliku pojawiła się porcelanowa zastawa do herbaty, kanapki, ciastka, miseczki z bitą śmietaną, twaroz˙ek cytrynowy, konfitura z truskawek i dwa dzbanki, jeden z english breakfast, drugi z earl greyem. Bardzo eleganckie przyjęcie, tyle tylko, z˙e dziewczynki ubrane były w dz˙insy, luźne bluzy i sportowe buty. Z wyjątkiem Maggie, która nosiła się, jak sama to określała, w stylu retro i tego dnia miała na sobie domową suknię, ozdobioną niezliczo- ną ilością falbanek. Siedziała na podłodze, oparta o kanapę, i starannie unikała wzroku ojca, ale czer- wonego nosa ukryć nie mogła. Ellen bez skrępowania płakała przy ojcu, kiedy razem oglądali filmy, ale Maggie nigdy. Po ,,Dumie i uprzedzeniu’’ przyszła kolej na ,,Rozwaz˙ną i romantyczną’’ z Emmą Thompson. Susanna zaciągnęła go do kina zaraz po wejściu filmu na ekrany. – Widziałyście ten film chyba z dziesięć razy i ciągle lejecie łzy? – zapytał. Wszystkie jak na komendę zaczęły go uciszać. – Zamknij się, tato – syknęła Maggie. Zasłuz˙ył sobie na to ,,zamknij się’’, poza tym jego mała córeczka była prawie dorosłą kobietą, a pobyt w Bostonie wyostrzył jej język. Ellen podsunęła mu filiz˙ankę, talerzyk z ciast- kami, porcję twaroz˙ku i maleńki sandwicz z rze- z˙uchą. 29 – Sam powinieneś wypoz˙yczyć sobie kilka fil- mów nakręconych na podstawie powieści Jane Au- sten. Dowiedziałbyś się, jak być romantycznym. – Wiem, co to romantyzm. Obie córki wzniosły oczy do nieba, a Jack upił łyk herbaty. Sandwicz z rzez˙uchą dało się przełknąć, moz˙e dlatego, z˙e był taki mały. Ciastka okazały się zupełnie smaczne. Twaroz˙ek mimo miksowania miał nadal grudki, ale Jack nie skomentował tego kulinar- nego potknięcia. – Co we mnie takiego nieromantycznego? – zain- teresował się. – Wszystko – odpowiedziały cztery panny zgod- nym chórem. Głębszą analizę mało romantycznego charakteru Jacka uniemoz˙liwiło pojawienie się Sama Temple’a. Maggie i Ellen udawały, z˙e go nie zauwaz˙ają, ale nie było w Teksasie kobiety, której ta sztuka by się udała. Sam, od dziesięciu lat Straz˙nik Teksasu, był przystoj- nym i błyskotliwym kawalerem i powszechnie uwa- z˙ano go za wspaniałą partię. – Czy to nie ten facet, który grał w ,,Szklanej pułapce’’? Niezły jest. Pamiętasz, jak załatwił tego tlenionego? Maggie chwyciła pilota, nacisnęła pauzę i spioru- nowała spojrzeniem obydwu panów. – Straz˙nikom Teksasu nalez˙ałoby prawnie zaka- zać oglądania takich filmów. Sam uśmiechnął się szeroko. – Myślałem, z˙e ty tez˙ chcesz słuz˙yć w naszej formacji. 30 – Chciałam. Miałam wtedy jedenaście lat. Podniosła się, elegancka nawet w swojej cudacz- nej sukni obszytej falbankami. Jack zerknął na Sama, ale Sam był mądrym człowiekiem, nie dał po sobie poznać, z˙e zauwaz˙ył, jak bardzo Maggie Galway wydoroślała. Wsparła dłonie na biodrach. – Nie moglibyście wymazać tych głupich komen- tarzy z waszej zaprogramowanej pamięci i pozwolić nam obejrzeć film w spokoju? – Jakich komentarzy? Powiedziałem tylko, z˙e facet grał w ,,Szklanej pułapce’’. Ellen ponownie napełniła filiz˙anki. Przyjaciółki bliźniaczek milczały. – Tata i Sam tez˙ chcieliby obejrzeć ten film, ale boją się, z˙e zaczną płakać – poinformowała siostrę. Sam uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Czytałem Jane Austen w szkole średniej. Jak się nazywała ta dziewczyna, która kochała się w Dar- cym? Cholera. Darcy, no przeciez˙. W końcu wyszła za mąz˙ i została panią Darcy... Niesamowite. Maggie z głośnym świstem wypuściła powietrze z płuc, ale nie powiedziała słowa. Ellen mierzyła Sama ponurym wzrokiem. – Mówisz o ,,Dumie i uprzedzeniu’’. Mamy ek- ranizację z 1940 roku z Laurence’em Olivierem i Greer Garson i serial z 1995 roku z Jennifer Ehle i Colinem Firthem, gdybyś chciał obejrzeć. – O nie, wy jesteście twardsze niz˙ ja. Złapał dwa sandwicze z rzez˙uchą i uciekł do 31 kuchni. Jack poszedł za nim. Sam z pewnością nie przyjechał po to, z˙eby droczyć się z jego córkami. Otwierał właśnie lodówkę. – Muszę czymś popić to obrzydlistwo. – Skrzywił się, jakby połknął z˙abę. – Co to, koperek? – Rzez˙ucha. – O Jezu. – Sam wyjął dzbanek mroz˙onej herbaty, nalał sobie pełną szklankę, wypił duszkiem, oparł się o blat kuchenny i oznajmił grobowym głosem: – A- lice Parker wyszła wczoraj na wolność. – Szczęśliwego Nowego Roku. – Wynajęła pokój. – Ma pracę? – Jeszcze nie. Jack doskonale pamiętał, jak drobna, jasnowłosa Alice błagała go, kiedy przyszedł ją aresztować, z˙eby zapomniał o całej sprawie. Przekonywała go, z˙e Beau McGarrity, jeden z najpotęz˙niejszych teksańskich biznesmenów, człowiek z ambicjami politycznymi, zamordował z˙onę, ale nie miała z˙adnych dowodów. Była policjantką w małym miasteczku, odebrała anonimowy telefon, z˙e coś się stało na ranczu McGarritych. Pojechała tam natychmiast. Znalazła Rachel McGarrity na podjeździe przed domem; ktoś strzelił jej w plecy, kiedy wysiadała z samochodu. Pewnie chciała otworzyć drzwi garaz˙u, bo automat, jak się okazało, został uszkodzony. Była z˙oną Beau zaledwie siedemdziesiąt dziewięć dni, znali się zaledwie pięć miesięcy. Jack rozumiał, z˙e Alice Parker mogła wpaść w panikę, nigdy wcześniej nie miała do czynienia 32 z morderstwem. Była młoda i niedoświadczona, nikt nie powiedział jej, co robić. Nie zdziwiłby się, gdyby popełniła zwykłe w takich przypadkach błędy, ale ona spartaczyła wszystko, co tylko mogła. Zamiast zabezpieczyć miejsce popełnienia zbrodni i wezwać ekipę, wzięła się do roboty sama i tak namieszała, z˙e zniszczyła wszystkie ślady. Klasyczny przykład bez- myślnej nadgorliwości, idiotyczny przerost ambicji. Zanim ktokolwiek zdąz˙ył się zorientować, z˙e praktycznie uniemoz˙liwiła dochodzenie, sama popeł- niła przestępstwo. Sprokurowała naocznego świad- ka, włóczęgę, który najmował się do najrozmaitszych robót. Facet podobno widział, jak przyczajony w za- roślach Beau McGarrity strzelił do swojej z˙ony. I tu szef policji zaczął coś podejrzewać, zwrócił się więc do Straz˙ników Teksasu, z˙eby zbadali spra- wę. Jack w tydzień obalił wersję Alice i przedstawił własną. Alice znalazła włóczęgę, zapłaciła mu, na- uczyła, co ma mówić, w końcu prośbą i groźbą zmu- siła do złoz˙enia fałszywych zeznań. Jack pozostał głuchy na jej błagania. Alice skaza- no na rok więzienia, a sprawa zabójstwa Rachel McGarrity nadal pozostawała niewyjaśniona. Docho- dzenia wprawdzie nie zamknięto, ale, z winy Alice, utknęło w martwym punkcie. Jack był przekonany, z˙e Alice coś wie, nie zdołał jednak nic z niej wydobyć. Odsiedziała swój wyrok i znowu była wolna. W tydzień po tym, jak uporał się ze sprawą Alice Parker, Susanna wyjechała do Bostonu. Nie wierzył, z˙e był to tylko i wyłącznie zbieg okoliczności. – To nie jest zwolnienie warunkowe – Sam 33 wypowiedział na głos coś, o czym Jack doskonale wiedział. – Ta kobieta moz˙e robić, co chce, wyje- chać, gdzie jej się podoba. Dopóki nie złamie prawa, ma nieograniczoną swobodę ruchów. Jack skinął głową. – Oby ułoz˙yła sobie jakoś z˙ycie. – Marzyła, by wstąpić do naszej formacji. Teraz to juz˙ niemoz˙liwe. Dla obu było jasne, z˙e Alice Parker i wcześniej nie miała z˙adnych szans. Straz˙nicy Teksasu to elitarny zespół dochodzeniowy, raptem setka ludzi starannie wyselekcjonowanych spośród pracowników Depar- tamentu Bezpieczeństwa. Na pewno nie z posterun- ków policji w prowincjonalnych miasteczkach. Jack odwrócił się od okna. Z salonu dobiegały dźwięki finałowej muzyki z ,,Rozwaz˙nej i roman- tycznej’’. – Parker się pogubiła. – Moz˙e nie tak bardzo, jak nam się wydaje. Moz˙e chciała, z˙ebyśmy uwierzyli w jej niekompetencję. Moz˙e sama zabiła Rachel McGarrity. – Sam mówił zupełnie serio, najwyraźniej brał pod uwagę taką ewentualność. Rok w więzieniu za nakłanianie do fałszywych zeznań to pestka w porównaniu z za- strzykiem wyprawiającym cię na tamten świat za morderstwo z premedytacją. Trzeba tylko przyznać się do nieudolności, znaleźć niewiarygodnego świad- ka, odwrócić uwagę od tego, co się zrobiło naprawdę. Kto wie, czy to nie ona strzeliła Rachel w plecy? Jack pokręcił głową. – Brak motywu, no i nie mamy z˙adnych dowo- 34 dów. Nie sądzę, z˙eby to ona zabiła McGarrity. Znała ofiarę, znała jej męz˙a. To jedno z niebezpieczeństw pracy na prowincji. Parker uznała, z˙e dobrze będzie zapudłować McGarrity’ego, by zyskać uznanie prze- łoz˙onych. Marzyła jej się wielka kariera. – I wszystko potoczyło się na opak. Człowiek nie rezygnuje tak łatwo ze swoich ambicji. – Sam wsta- wił szklankę po herbacie do zlewozmywaka. – Uwa- z˙aj na siebie, Jack. To był prawdziwy powód wizyty Sama. Nie przy- szedł gawędzić o manipulacjach Alice Parker. Bał się jej zemsty, martwił się o Jacka i chciał go ostrzec. Sam Temple miał niesłychaną intuicję. Skończył uniwersytet stanowy, zaraz po studiach podjął pracę w Departamencie Bezpieczeństwa, zrobił dodatkowo dyplom z prawa karnego. Potrafił trzeźwo myśleć, był stanowczy i bardzo nieufny, ale sprawiedliwy. Ludzie go lubili, gdyby zdecydował się pewnego dnia odejść ze słuz˙by i zająć polityką, prawdopodob- nie wybraliby go na gubernatora. Stał teraz zachmurzony przy blacie kuchennym. – Co to takiego, u licha? Jack poszedł za jego spojrzeniem. – Ekspres ciśnieniowy do kawy. Dostałem od dziewczynek pod choinkę. – Wygłupiasz się. – Jakbyś nigdy w z˙yciu nie widział ekspresu do kawy. Sam uśmiechnął się szeroko. – Zaczniesz pić espresso, machiato i trzeba bę- dzie wywalić cię z pracy. – Znowu spowaz˙niał. – Jeśli 35 Alice Parker znowu spróbuje wtykać nos w sprawę tego morderstwa albo zacznie cię nachodzić... – Zobaczymy. Nie jest idiotką. Zdaje sobie chyba sprawę, z˙e to dla niej zamknięty rozdział. – Jack poklepał Sama po ramieniu i ruszył ku drzwiom. – Na siłę wyszukujesz problemy, byle uniknąć zje- dzenia jeszcze jednej kanapki z rzez˙uchą. – Nie. To ty próbujesz zająć czymś myśli. W ze- szłym roku Susanna przyleciała na święta. Wczoraj- sza noc musiała ci się bardzo dłuz˙yć. – Sam zaśmiał się, po czym dodał ni stąd, ni zowąd: – Mroźno dziś w Bostonie, minus dziesięć, lodowaty wiatr. – I dobrze. – Gdyby chodziło o moją z˙onę, pojechałbym tam i przywiózł ją do domu. Choćby w kajdankach. – Sam... Sam podniósł rękę. – Wiem. Nie moja sprawa. Wszedł do salonu i znowu zaczął mówić o ,,Szkla- nej pułapce’’, doprowadzając wszystkie dziewczyny do rozpaczy. – To Allan Rickman – oznajmiła Maggie lodowa- tym tonem. Sam pokręcił głową. – Za długo siedziałyście na Północy. Zaczynacie mówić jak Ted Kennedy. Jack słuchał z uśmiechem burzliwej, pełnej złoś- liwych przycinków dyskusji. Dziewczynki nie pozo- stawały dłuz˙ne piętnaście lat starszemu od nich Samowi, odgryzały mu się dzielnie. Nie były mimo- zami, a ostry języczek i charakterek odziedziczyły po 36 mamusi. Czasami dochodził do wniosku, z˙e jego z˙ycie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Susanna miała w sobie coś z mimozy. Odrobinę. Przynajmniej od czasu do czasu... Wkrótce po aresztowaniu Alice Parker stało się jasne, z˙e Beau McGarrity nie zostanie oskarz˙ony o zamordowanie z˙ony. Ludzie zaczęli nawet okazy- wać mu współczucie, wierzyli, z˙e jest niewinny. Widzieli w nim ofiarę nieudolności policji i pochop- nych osądów. Na myśl o McGarritym Jacka ogarniały gniew i frustracja, mimowolnie napinał mięśnie. Wściekał się i na Susannę, i na siebie, ale wiedział, co powinien zrobić. Trzeba powaz˙nie porozmawiać z z˙oną na temat Beau McGarrity’ego. I to jak najszybciej. Następnego ranka Maggie i Ellen biegały razem z ojcem. Po ośmiu kilometrach Maggie spasowała, oświadczyła, z˙e ma ferie, i zatrzymała sąsiada, który odwiózł ją do domu. Ellen była gotowa pokonać cały dystans, ale z kolei Jack opadł z sił. Skrótem wrócili do domu, zaliczywszy dwanaście kilometrów. Zupeł- nie nieźle... Po lunchu dziewczynki zaczęły się pakować, bo następnego dnia wracały do Bostonu. Siedziały w sa- lonie, składały swoje ubrania i oglądały prognozy pogody na kanale meteorologicznym. Mrozy na pół- nocnym wschodzie nie ustępowały. – Tato – zaczęła Ellen. – Naradziłyśmy się z Mag- gie i postanowiłyśmy... nie rozmawiamy nigdy o tym, co dzieje się między tobą i mamą... 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jezioro cieni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: