Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00545 007472 13583558 na godz. na dobę w sumie
Kadry prawdy - ebook/pdf
Kadry prawdy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 165
Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61184-85-0 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'Kadry prawdy' Wojtka Wardejna to zbiór interesujących reportaży o pracy niektórych mediów pokazanej od kulis. Autor jest doświadczonym  fotoreporterem, ustawicznie poszukującym i doskonalącym swój warsztat pracy, także jego elektroniczne narzędzia. W pewnym okresie swej zawodowej kariery pracował w jednym ze znanych tabloidów. Spostrzeżenia tam poczynione stały się natchnieniem do napisania książki. Ukazuje w niej mechanizmy fukcjonowania tego typu mediów. W swych opowiadniach ukazuje mało znaną prawdę o organizowaniu pracy w  redakcjach czy sposobach zbierania informacji  o faktach. Dziennikarzom i fotoreporterom przychodzi niejednokrotnie realizować przedziwne polecenia naczelnych z Wawy. Bywa, że informacjami manipuluje się, nawet tymi tragicznymi... Wszystko po to, by zwiększyć sprzedaż gazety. Książka napisana barwnym językiem z dbałością o zachowanie specyfiki dialogów, jakie można usłyszeć w środowisku ludzi mediów (skrótowość, kolokwializmy, neologizmy, wyrazy dosadne, błędy językowe). Dystans autora do  opisywanych sytuacji świadczy, że sam nie zatracił wrażliwości. Potrzeba sporej cywilnej odwagi, by tak pisać. Narracja wyraźnie naśladuje mowę potoczną, z jej niedociągnięciami, pauzami, niedomówieniami, co symbolizują liczne przecinki i wielokropki. Niektóre nazwy własne w specyficznym slangu dziennikarskim stają się nazwami potocznymi. Pośpiech, chaotyczność wypowiedzi, nadużywanie wulgaryzmów wiele mówią o specyfice zawodu reportera poczytnej brukowej gazety.

 

Fragment:

Wpadam do redakcji. Alicja łapie mnie zanim zaczynam zrzucać zdjęcia. I prosi... - Wojtek, mapka jest potrzebna...  zrób proszę...  jak ten korek objechać...  na katowickiej...  bo oni w Wawie to sto lat to będą robić... - Jaki korek na katowickiej ? - No ten, przy tym wiadukcie...  co go remontują...  sam nam ten temat podrzuciłeś... Przypomina mi się, jak Alicja dzwoniła z pytaniem jak można ten odcinek wyjazdu na Katowice ominąć, i już jestem w domu. - Ale chcą objazd przez autostradę, od południa, czy ten od północy, przez te uliczki osiedlowe...? - Jeden i drugi...  narysuj proszę i wyślij...  jak najszybciej... - No dobra, zdjęcie mapy poznania mam w lapie...  tej ze ściany, z wyborczej...  ale będzie to schematyczne, bo z Patrykiem zaraz muszę wyjść... - Nieważne, bylebyś wysłał, bo oni ciśnienie mają, i trochę, się gubią... Co za ludzie, myślę, a ile razy ja mam gdzieś trafić po mapie i trafiam, i to do wiosek co to ich na niej nie ma, albo są gdzieś indziej, taki kawałek w prawo lub w lewo, w górę i lub w dół. I trafiam. A oni się w mieście dużym gubią. No tak...  oni jeżdżą na GPS. Taki elektroniczny McDonald's. Modyfikuje umysł, i pamięć. Dobrze, że mnie na niego nie stać. Kolega kupił nową komórę, i w niej taką opcję ma. Pod poznaniem przeprowadził go drogą o 30ci kilometrów dłuższą. Żeby mieć autostradę na mapie, kupiłem nowy atlas. Zgodny z GPS. Chyba go wyrzucę bo większości miejscowości nie ma, takich małych, albo są, nie po tej stronie drogi. Siadam i rysuję. Numerek, ulica, kreska i nazwa w file info . Rach, ciach i wysyłam. Wychodzę z Patrykiem. - Co robimy? - Targety dla polityki... - O Boże. A w jakim temacie ? - już wiem, że będzie to niezapłacona robota...  polityka, taki dział, w wawie zamawia mnóstwo, ale niewiele wchodzi...- I ile?? - Chcieli osiem, ale zbiliśmy do pięciu... - A wiek? - Nie określili się - mówi Patryk. - Ale jak znam życie to i tak coś im będzie nie pasować...  ale luz, zrobimy trzy i do redakcji... - Ten twój luz to mnie czasem przeraża...  a potem trzeba dorabiać zdjęcia... - Spoko...  jak będzie trzeba...  to ojca podstawie i sąsiada...  jeszcze nie chodzili... - Przeraża mnie to, że ludzie tą gazetę kupują...  jak podstawiłem znajomego do zdjęć to mnie pytał, czy wszystkie informacje takie są...  'PRAWDZIWE'...- akcentuję. - I co? - pyta wyraźnie zainteresowany Patryk. - Co powiedziałeś? - Kup. Znajdź stronę gdzie jesteś, a resztę wyrzuć...  stronę na pamiątkę zostaw...- I tu nagle dzwoni telefon...  mój...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

WWoojjcciieecchh WWaarrddeejjnn KKAADDRRYY PPRRAAWWDDYY czyli byłem wyrobnikiem tabloidu © Copyright by Wojciech Wardejn e-bookowo 2010 Grafika i projekt okładki: Wojciech Wardejn ISBN 978-83-61184-85-0 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2010 W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 4 OŚWIADCZENIE Niekoniecznie wszystkie historie, opisane w tej książce się wydarzyły. Ale mogły się wydarzyć – możliwe, że nie do końca tak, jak są opisane. Osoby występujące w niej są również fikcyjne. Ale niewykluczone, że istnieją naprawdę. Polska to dziwna kraj. „...można błądzić, ale nigdy nie wolno się ześwinić...” W.W. www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 5 WSTĘP czyli słów kilka o tym, co boli Jak zaczynałem robotę w tej redakcji, to myślałem, że złapałem Boga za nogi. Ściślej po pierwszych wypłatach. Niewiarygodne, ale prawdziwe jak gówniarz, co to po szkole myśli, że coś umie i jest fachura, że hej. Mamili pieniędzmi, fotoreporter to i z siedem ko- ła może wyciągnąć miesięcznie. Taaaak, ale wtedy cztery koła to same koszty, jeśli wszystko zwrócą. Teraz po dwóch latach harówy, rozpadającego się małżeństwa, zszarganych nerwach, wrzodach, bliski zawału, obelgach, groźbach z Warszawy i poznańskiej mafii, z kredytami na sprzęt, debetami na kontach, i długami u rodziny i znajomych… zaraz, zaraz rozpę- dziłem się czy… nie do jasnej niespełnionej ku… ladacznicy, obiecałem sobie, że nie bę- dzie tu wulgaryzmów z mojej strony tylko dziennikarski zapis rozmów z „redaktorami” z wa–wy (że też temu niemieckiemu kurduplowi w pikielhaubie nie udało się jej zburzyć). Co za ludzie tam ciągną. Inteligencja, której życzenia popierane są słowami na k i na ch w stylu: „weź tego ch… i ustaw tak a tak” lub „weź pier… tą k… i znajdź jakiegoś inne- go targeta1 do tego tematu, ostatecznie podstaw znajomego”. No właśnie jest coraz mniej osób, z kręgu moich znajomych, do których mogę zadzwonić bez wstydu. I na co to wszystko? Dla forsy? Przecież zawsze kochałem robić zdjęcia. A teraz jak o tym pomyślę, to mi się chce rzygać, wszyscy muszą patrzeć w obiektyw robić głupkowate gesty, bo bez tego, mało, że fota nie pójdzie to jeszcze zadzwoni jakiś gówniarz z wawy i opier… nie przebierając w słowach. Najlepszym fotoreporterem dla tej gazety byłby pierwszy lepszy szympans z poznań- skiego zoo, z cyfrą. Na takiego każdy spojrzy i jeszcze głupią minę zrobi. Ideał wprost. A jaka oszczędność. Banany teraz takie tanie, a na barter też niejeden market by poszedł. No, ale dość już tego przy nudnego wstępu… AUTOR (zawsze chciałem się tak podpisać) 1 target – w nomenklaturze redakcji brukowca osoba występująca na zdjęciu przy jakimś artykule, trzymająca się za głowę z rozpaczy, z kciukiem do góry, generalnie target jest po to, żeby artykuł zyskał na wyrazie. Bardzo często target nie jest informowany dokładnie o treści artykułu. www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 6 KADR I Dwie małe śmierci, czyli jak podeptać czyjąś tragedię Zmęczone upałem słońce zapala łagodne światła na masztach jachtów w zatoce. Zry- wająca się, wieczorna bryza budzi kuranty w takielunku2. Coraz głośniejsze i głośniej- sze…, co jest? Przecież, aż tak silna nie jest? Co tak wyje? Telefon… No, tak, koniec marzeń. Coś się dzieje. Gdzie jest ta cholerna elektroniczna smycz?… Jest! Na wyświetlaczu „Małgorzata biurko”. Hm, szefowa. – Co jest? – Wstawaj kurwa i zapierdalaj na Chrobrego.3 – Słodycz tych słów stawia mnie na nogi – wypadek był, motocykl i samochód, dwa trupy motocyklista w szpitalu, nieprzytomny… – Zerkam na godzinę, 7.30 – A o której? – W nocy, o pierwszej, czy coś, – To pewnie już sprząt… – usiłuję wtrącić, usiłując jedną ręką nałożyć pastę na szczo- teczkę… – Ty mi kurwa nie przerywaj. – Anioł, nie kobieta, przemyka mi przez głowę. – Masz mi tam wszystko zrobić przeżyciówki i koniecznie motocyklistę w szpitalu. – Na oiomie4 to i tak z nim nie pogada… – Z ukrycia – przerywa mi znowu. – Masz tam wejść i zrobić, jak jest podłączony to tych wszystkich gówien. Chuj, zapierdalał przez miasto i dwoje dzieci zabił, to zrobimy z niego zwyrola5… Jutro idzie to na kraj6… Aha, i weź Alicję z redakcji. – Dzieci??? – Tak… dwoje jechały tym tico z tyłu, i on tam się akurat w nie wbił. 2 Takielunek – po prostu, olinowanie stałe jachtu. Takie sznurki, co to te maszty trzymają. Więcej tam jest elementów, ale na potrzeby książki, pojęcie to zawężam. 3 ul. Chrobrego – nazwy ulic i osiedli zostały zmienione. 4 Oiom – oddział intensywnej terapii w szpitalu, gdzie trafiają pacjenci w ciężkim stanie. 5 Zwyrol – bardzo często bogu ducha winny człowiek, ale na niego wskazał jakiś informator, bądź oso- ba przychodząca z tematem do redakcji. 6 idzie na kraj – wydanie główne gazety, kolportowane w całym kraju. www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 7 – A jak mam te przeżyciówki7 zdobyć? – Nie wiem, kurwa, może gdzieś tam mieszkają, ludzi popytać. No dalej, zapierdalaj… – Myję zęby już – odpowiadam – Ty tam za dużo nie myj, tylko jedź, Alicja już czeka… pi… pi… pi… pi… pi – Dzień dobry może, albo do widzenia cy cuś – mówię do pipającej komórki – też cię lu- bię – dodaję, nie wiedząc, czy mam na myśli aparat, czy byłą rozmówczynię. Szuru buru, prawo lewo, gacie, spodnie, koszula, sprzęt8, i już jestem w aucie. Jadę ulicami mojego miasta, i myślę sobie o tragedii, co to mam ją upublicznić. To mogły być moje dzieci. Ja mógłbym jechać tym motorem. No cóż, praca trzeba ją wykonać. Gdybym tak mógł fotografować piękne kobiety… ta Alicja na przykład. Cud dziewczyna, i do tego nie jest głupia... – Wojtek żonę masz też piękną i niegłupią – no tak, sumienie się obudziło. Jezu jak ono wkurza mnie czasami budzi się, a spać powinno, i nie daje żyć… – Wiem, wiem – mówię – daj spokój… – Tak, ja dam spokój… a ty mi tu znowu na manowce zejdziesz… ja i tak już razy pa- rę zaspałam i czmychnąłeś mam wymieniać Anka, Dan… – Nieeee, nie, przecież pamiętam, mam ci je wymienić według alfabetu czy według dat? Daj mi spokój widzisz, na jaki materiał jadę! – bronię się – tym się zajmij… – No może masz rację, ale nie myśl, że mi coś tu ściemnisz – No dobra już dobra– ucinam jego męczące moralizowanie. Wjeżdżam w Bednarską. Alicja już czeka. Po minie widzę, że trafiła się nam cegła, co najmniej średniowieczna. – Cześć. – Alicja wsiada. – Cześć… Mamy już coś? – pytam, myśląc o adresie byłych już rodziców. – Tak... Oni gdzieś tam mieszkali. Chlapnęła nam to drogówka, jakiś wieżowiec na osiedlu obok – dodała swoim aksamitnym głosem. – Wojtek!!! –Sumienie nie śpi, cholera – już będę grzeczny – odpowiadam – No!!! Mam nadzieję. – To, co, gdzie? Najpierw miejsce? Czy szpital? – pytam, ruszając. – Szpital… Marcowa… Bo rodzice raczej będą w domu, a do szpitala zdążymy przed obchodem i dyrektor pewnie też jeszcze będzie wolny, żeby wydać zgodę na wejście – dysponuje Ala. – Oki. – Dodaję gazu, wciskając się w sznur samochodów. 7 Przeżyciówka – zdjęcie osoby która zginęła bądź zaginęła, bardzo często z dowodu lub legitymacji, rzadziej z wakacji, istotna jest twarz, żeby pokazać w gazecie jak osoba wyglądała 8 Sprzęt – aparat fotograficzny, obiektywy, i takie tam urządzenia pozwalające robić zdjęcia. www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 8 Szpital… wielki gmach z betonu i szkła, wykuty robotniczą siła w czasach peerelu, ohydztwo, jego bryła zawsze z daleka przypomina mi nagrobek… skojarzenie co najmniej makabryczne… ale cóż, choroba to w końcu, dwie ćwierci, od śmierci… ochroniarz przy szlabanie o wyglądzie ciecia (skąd oni ich biorą???) na widok legitymacji press chowa parkingowy bloczek i usłużnie podnosi barierkę. Zajeżdżamy pod izbę przyjęć. Alicja, jak zawsze ponętna, podchodzi do dyżurki (Jezu jak ta dziewczyna potrafi się poruszać…). Po paru słowach podchodzi do mnie, niewysokiego ciemnego blondyna, nie rzucającego się w oczy, gdyby nie ten wór ze sprzętem... – Dyrektor jest, a gościa na intensywną terapie przewieźli – zagaduje swoim altem – To, co? dyrektor?… czy udajemy na oiomie, że cioci szukamy??? – sonduję jaką tak- tykę przyjmiemy – Dyrektor – ucina – ostatni to szpital, w którym dyrekcja i personel chcą jeszcze z nami gadać… reszta tych placówek, już od dość dawno ma nas dość… pamiętasz dy- rektora Sasankę z dziecięcego? – Ach ten jej alt. – Wszystko nam mówił, pomagał jak mógł, przekonywał rodziców… jak drastyczne sprawy były, że możemy pomóc… i takie tam? – kontynuuje. – Od słynnego artykułu redaktora Zembrzuskiego9 już gadać z nami nie chce… – Jakiego??? – pytam. – No tego… co napisał, że te szpitale będą likwidowane… i nam nie powiedział, jaki materiał robi… sam robiłeś mu zdjęcia… jak pojechaliśmy na rozmowę z nim o szpitalu. potem do mnie zadzwonił… nie chciałbyś takich rozmów przeprowadzać… – No tak… masz rację… Dlatego robię zdjęcia… żeby takich telefonów nie odbierać. – Cwaniak… Antresola. Drzwi do sekretariatu dyrektora Kuszomskiego. Trochę zmęczona przez ży- cie sekretarka wprowadza nas do gabinetu Najważniejszego w tym budynku… – Witam… witam... Kochaną prasę – podlizuje się dyrektor Kuszomski. – Co państwa sprowadza do mojego gospodarstwa??? – Motocyklista – mówi Alicja – ten z nocy z wypadku – … Dobry… – odpowiadam na powitanie… – Aaa… tego z ulicy Chrobrego… – Tak – jak ta dziewczyna potrafi być konkretna… kiedy trzeba – Pani Beatko… proszę mnie z terapią połączyć… z ordynatorem… – dysponuje dy- rektor. 9 Zembrzuskiego – nazwiska i imiona dotyczą osób istniejących naprawdę, z oczywistych względów są- dowo prawnych zostały prze ze mnie zmienione www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 9 Po chwili dzwoni jeden z telefonów na zawalonym papierami, ogromnym biurku dyrek- tora. – Tak… Paweł… ja tam ci wysyłam dziennikarzy… tak… do tego motocyklisty... noo… od tych dziewczynek… powiedz, co wiesz, i co możesz… okej… no jakąś fotkę zrobią… no bez twarzy, wiesz… dziękuję – odkłada słuchawkę – no to załatwione… wie- cie, gdzie jest oiom… piąte piętro… ordynator udzieli państwu wszelkich informacji. – A zdjęcia??? – pytam, wyciągając aparat z torby. – Można zrobić… ale wie pan, bez twarzy… – Wiem, nawet jak twarz będzie, to ją zapikslujemy10… no chyba, że klient się zgodzi… – Chyba raczej się nie zgodzi… nieprzytomny jest… – No tak, FAKT.... Żegnamy się z dyrektorem i udajemy się w kierunku wind, w środku ten budynek nie wygląda tak traumatycznie, widać inwestycje, nowe technologie, wykładziny, wystrój, po- wiedziałbym nawet, że jest przyjemnie. Tylko ci ludzie w szlafrokach… gipsach… i ban- dażach… trochę tą sielankę psują. To w końcu przecież szpital. Ordynator intensywnej terapii, sympatyczny facet w wieku, chyba coś koło pięćdzie- siątki. Wita nas skąpym uśmiechem spod szpakowatego wąsa harmonizującego z ideal- nie przyciętymi, równie szpakowatymi włosami. – Co chcieliby państwo wiedzieć? – Jak czuje się sprawca wypadku? – Alicja go atakuje – czy coś powiedział, jakiś kon- takt z nim jest? – Nie, od momentu przyjazdu jest podłączony do aparatury i kontaktu z nim nie ma… ale jego stan jest stabilny… udało nam się go wyprowadzić, bo przyjechał w dość ciężkim stanie… – A jakaś jego rodzina, albo przyjaciele pojawili się w szpitalu? – pyta Alicja, a ja w tym czasie rozglądam się, próbując, żeby to nerwowo nie wyglądało, a lufa mojego aparatu zatacza kręgi fotografując co się da, a nóż widelec, na którejś klacie złapię gościa, jakby jednak nie pozwolili zrobić zdjęć. – Można z nimi porozmawiać? – Rodzina była rano, ale teraz pojechali do pracy… z tego, co się orientuję, to chyba rozmawiać nie chcą z prasą… Chcą spokoju… – A jakieś namiary na nich? – Tak jak mówię… oni kontaktów z prasą nie chcą – twardo ucina ordynator. – Pan zdaje się jakieś zdjęcia chciał zrobić? – Tak tego motocyklisty na sali… 10 Zapikslować – zasłonić twarz osoby, która, nie wyraża zgody na publikację swojego wizerunku. W przypadku podejrzanych i przestępców stosuje się przeważnie czarny pasek na wysokości oczu www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 10 – To zapraszam – mówi lekarz, podchodząc do drzwi z napisem intensywna terapia. – Ale rozumie pan – uśmiecha się przepraszająco – na salę wpuścić pana nie mogę tylko w drzwiach pan stanie… Dobra, dobra – myślę – zawsze taki kit wciskacie. – Nie ma problemu – odpowiadam, starając się wyglądać sympatycznie – ale z drzwi go widać? – Jedyny pacjent po lewej – dodaje otwierając drzwi – i proszę nie używać lampy… W oczy rzuca mi się przestronność i sterylność pomieszczenia. Łóżka pacjentów od- dzielone parawanami, stoją w takich odległościach, że spokojnie zaparkowałbym obok każdego samochód. Nieprzytomnego motocyklistę oplatają węże i kabelki. Na monitorach miarowo pulsują lampki i wyświetlacze. Co jakiś czas ktoś z personelu podchodzi do urządzeń i sprawdza jakiś odczyt. Na widok mojego aparatu chowają się jednak w popło- chu za parawanami i tylko czasem widać, jak podglądają mnie przez szpary. Czuję się, jakbym zawitał gdzieś w dżungli do Indian nie mających kontaktu z cywilizacją i techni- ką. Potężne okna dają tyle światła, że aż żal lampę wyciągać. Zdejmuję gościa z góry, z do- łu, żeby warszawka miała co wybrać i mrugam do Alicji. Pracujemy razem już trochę, więc uśmiecha się przelotnie, dając mi znak, że zrozumiała. Jestem zadowolony z obraz- ków. Twarzy nie widać, ale sama postać na łóżku robi wystarczająco sugestywne wraże- nie. Żegnamy się z ordynatorem. W drodze do samochodu Alicja włącza telefon. – No tak, kilkanaście nieodebranych… sam zobacz – pokazuje mi telefon – ale mają parcie na ten materiał1112 – w jej głosie wyczuwam lekki niepokój… – Jak znam życie i tą firmę, to zwykle tak parte materiały i tak nie wchodzą – staram się ją podtrzymać na duchu – tylko leżą i leżą… i leżą… a potem, jak mają szczęście, to na lokal wchodzą…13 – Ale co zaliczam joby14 z Warszawy to zaliczam... – No tak… i wali się moja teoria, że nie ma niepotrzebnych zjebek – próbuję poprawić jej humor, ale ona już oddzwania do wawy. Pakując się do samochodu, podsłuchuję jak negocjuje z redakcją i zdaje im relację z tego, co zrobiliśmy i co mamy zrobić. Wyczuwam, że wizyta u rodziców jest trochę po- nad jej siły. Zaczynam o tym myśleć i zaczynam się bać. A gdybym to ja był na miejscu ojca tych dziewczynek? Mam dwoje dzieci. Czy chciałbym rozmawiać z dziennikarzami 11Parcie na materiał – ktoś z warszawy , zgłasza temat jako, zrobiony, i potem, ściemnia, że wszystko jest, a jak się okaże, że jednak nie, to ci jego szefowie, fundują mu dupę średniowiecza, i miło nie jest, ale trzymają się swoich posadek, dobrze płatnych, i wymuszają działanie, na podwładnych, a my w oddziałach, musimy to zrobić. Typowa dżungla. 12 Materiał – artykuł prasowy w trakcie realizacji 13 na lokal wchodzą – niektóre gazety oprócz wydań krajowych mają też w nich strony lokalne, kolpor- towane tylko w konkretnych miastach, np. we Wrocławiu i w Poznaniu, zamieszczane są tam artykuły doty- czące tych miast 14 joby – powinno być zjebki, ale trochę za dużo ciężkich wulgaryzmów, ale taka jest ta praca www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 11 z tabloidu15? A mówiąc po prawdzie ze szmatławca, brukowca? Nazwę tabloid wymyślili właśnie redaktorzy tych gazet. Żeby się lepiej słyszało i nie kojarzyło. Seks, krew i skan- dal, tym się żywią. Nieważne, czy słusznie czy nie, byle zgnoić, o konsekwencjach się nie myśli. A ten motocyklista, młody chłopak, kochał pewnie szybkość, jechał w nocy, my- ślał, że będzie pusto, jak on będzie żył ze świadomością, że zabił? A ja dokładam się do tego, że ludzie będą mówić o nim… morderca. Może się załamać, popełnić samobójstwo… warszawka ma to głęboko gdzieś. Już słyszę, jak mówią: i co z tego, będziemy mieli przy- najmniej kontynuację… czuję motylki w brzuchu… nie, to telefon wibruje… – Tak, słucham? – Cześć, tu Kowalski z foto z wawy… Czekam na foty z tego wypadku z dziećmi… kie- dy coś wrzucisz? – Stary, ja dopiero ze szpitala wyjeżdżam… – Masz zwyrola? – Motocyklistę mam, na łóżku jak leży doczepiony do tej aparatury… – To wysyłaj od razu… Masz laptopa przy sobie? – Mam, ale wyślę z redakcji będzie szybciej i taniej. – No, co ty – denerwuje się fotoedytor Kowalski – szkoda czasu… – Słuchaj, mam prywatny telefon i w tym miesiącu już dość się nawysyłałem i rachu- nek mam coś koło czterech baniek16, a zwrot tego dostanę najszybciej coś za dwa miesią- ce. Nara, muszę kończyć – przerywam rozmowę. Cwaniaki, psia krew, na etatach, tyłki grzeją w redakcji, żadnych kosztów nie ponoszą, a pensyjka równo koło dwudziestego któregoś wpływa na konteczko w banku i luz. A ja czasem czekam dwa miesiące, jak mi wpłynie. Bo ktoś na urlopie, a potem jeszcze ktoś, a umowy to w czwartki tylko można zanieść, i tak w kółko Macieju. Kiedyś dostałem pie- niądze trzeciego, a następne ostatniego dnia miesiąca kolejnego, a zrobiłem coś koło dwunastu tysięcy kilometrów, bo to, to tamto trzeba było zrobić w całej Wielkopolsce i Lubuskiem. Miałem sobie do baku siusiać, czy cuś… zapożyczyłem się, że hej. Dobrze. Że wycena była odpowiednia za zdjęcia, i wszystko weszło, to było z czego oddać. – Wojtek, ci rodzice mieszkają na osiedlu Braterstwa… blok numer dwadzieścia dzie- więć – wytrąca mnie z rozważań Alicja. – Wiesz, gdzie to jest? – Dwadzieścia dziewięć? To chyba koło Domu Kultury Księżyc, sprawdź na planie – wyciągam z kieszeni w drzwiach auta książeczkową dokładną mapę miasta – ale to pra- wie na sto procent jest tam, bo w dwadzieścia osiem mieszka mój kumpel… jeszcze z pracy w telewizji… – dodaję. Alicja sprawdza skorowidz, odchylając niesforne kosmyki blond włosów, zsuwających się na mapę, znajduje blok i mówi: 15 Tabloid – kolorowa gazeta codzienna z przewagą zdjęć, gdzie artykuły są pisane bardzo prostym nieskomplikowanym językiem, np. niemiecki Bild, a w Polsce Super Ekspres i Fakt 16 bańka – sto złotych polskich, to dla starszych czytelników, co pamiętają jeszcze czasy, gdy odbierało się pensję w milionach i wtedy na jeden milion mówiło się bańka www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 12 – Masz rację na lewo od Księżyca. Skąd ty znasz tak miasto? – Z kątowni17 – odpowiadam żartem, widząc, że stres przed spotkaniem z rodzicami ją zżera… – kiedyś mieszkałem w tej dzielnicy… od brandenburskiej będzie to chyba pierw- szy wjazd… zaraz za kładką… Przede mną jakiś mistrz kierownicy, gadający przez komórkę, ze ślimacza prędkością, zjeżdża na lewy pas do skrętu w osiedle. Zapala się zielone, skręca, i widzę, że to jakiś etranżer18 z korporacji spożywczej. Nie będę trąbił. Gość ma dość stresów. Pojedzie na spotkanie przedstawicieli handlowych swojej firmy na drugi koniec Polski i zostanie na schodach hotelu z garniturem w ręku, jak mój kolega, bo zabrali mu kluczyki laptopa, i komórę. Szukał automatu, żeby wezwać taksówkę. Bo syn kolegi prezesa nie miał pracy. – Wyprzedź go… – pogania mnie Alicja. Widzę jak nerwy jej puszczają – no dalej… – Spokojnie… tak do tych rodziców się śpieszysz? – No, nie… ale miejmy to już za sobą… Cholerne garby zwalniające, moje audi z jęczeniem amortyzatorów przeskakuje je pod- czas wyprzedzania auta handlowca. Skręcam w prawo i podjeżdżam pod wieżowiec nu- mer dwadzieścia dziewięć. Alicja odbiera kolejny już telefon. – Tak, podjechaliśmy już pod blok rodziców… tak zobaczymy, co się uda… teraz na ra- zie nie dzwońcie… no, cześć… co za ludzie – dodaje, już do mnie – przecież jak tak na- pierdalają na komórkę, to pracować się nie da… – kwituje. Przekleństwo… i… Alicja… to coś wyjątkowego, musi być bardzo zdenerwowana. Jak tak na nią patrzę, to chce mi się wyć… AUUUU… AUUUU… co ty tu, dziewczyno, ro- bisz? W tej redakcji? Stajemy przed wejściem do bloku. Nerwowo zawijam pasek aparatu dookoła dłoni, zer- kam, czy ustawiłem wszystko na trudne warunki. Wysoka czułość, dwa osiem światło, na tyle obiektyw pozwala, czas co najmniej sześćdziesiąt, żeby przy kaszleniu zagłuszającym migawkę dał zdjęcia nie poruszone. Ktoś wchodzi i wsiadamy do windy. – Siedemdziesiąt dwa… jak myślisz, które to piętro? – pyta Ala. – W hotelu to byłoby siódme, ale w tych komuszych blokach to pewnie liczyli po kolei… i wypadnie piąte… wduś piątkę… najwyżej dojdziemy po schodach. – Dojdziemy… Wojtas!!!!! – taki żart w jej ustach to znak, że stres ją zżera na tak zwa- nego maksa. – No dobra, dojedziemy... – łagodzę – ale co dzwonimy – mówię, widząc łzy w jej oczach (pięknych oczach i… no, dobra sumienie, już przestaję. Nooo, odpowiada sumienie, ja myślę.) – No, nie wiem… – Alicja łamiącym się głosem mówi – stracili wszystkie dzieci, a my z tymi butami w ich życie… tak krótko po tej tragedii… 17 kątownia – miejsce nieistniejące, odpowiedzialne za pojawianie się różnych rzeczy, o dziwnych wła- ściwościach 18 etranżer – po prostu akwizytor, przedstawiciel handlowy www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 13 Telefon Ali dzwoni... – Tak słucham – mówi – jesteśmy w bloku pod drzwiami tej rodziny… – To wejdziecie, kurwa, do tej rodziny. – Głos z warszawy jest tak donośny, że słyszę każde słowo – przeżyciówki tych dzieci, i rodziców z tymi zdjęciami dzieci mają być, jak to zrobicie, nie wiem, ale ma być... – Oni mogą nie chcieć rozmawiać – mówi Alicja – to, co mam te zdjęcia wykraść? – Tak, możesz je wykraść... to idzie na okładkę… – Naczelny jest zgrzany tym tema- tem. – No, to jest gnój – kończy Alicja zwracając się do mnie – oni chcą dać to na czołówkę, jak właściwie nic jeszcze nie mamy… ale oni ustalili, ale ma być… Wojtek masz jakiś pomysł? – Jedyny to zadzwonić… i zapytać czy chcą gadać… – To, co dzwonimy? – Tak dzwoń… – ponaglam ją. Dzwoni. Otwiera chyba babcia i mówi: żadnej prasy. Prosi, żebyśmy uszanowali tą tra- gedię. To mnie nie dziwi, dwa małe życia zakończyły się tak nagle. Mój syn już mnie prze- rósł, i córka też, a jaki dumny z nich jestem. A tą rodzinę jeden wyjazd tego pozbawił. Alicja chyba płacze bezgłośnie, jak jedziemy do redakcji. Odbiera telefon za telefonem z centrali. I płacze. Próbują ją zgnoić taka ich metoda. Musimy mieć te zdjęcia. To co, mamy ich związać… i wymusić... to karalne jest. W redakcji Alicję od razu szefowa zagarnęła do gabinetu. Usiadłem przy swoim biurku i rozłożyłem sprzęt. Po chwili, kiedy na ekranie komputera przeglądałem zdjęcia ze szpi- tala, przysiadła się Małgorzata, nasza szefowa. – Wojtuś – zawsze tak zaczynała, jak miała coś trudnego do zakomunikowania – jak to było tam u tych rodziców… – Wiedziałem, że tak będzie, zaraz pewnie usłyszę, stań pod domem i zrób ich z ukrycia… tylko, po co… – A jakieś pliki pomocy – odpowiedziałem ostrożnie – z czym było? – No, jak zadzwoniliście… bo zadzwoniliście?… Prawda? – No tak, nie wierzy Alicji, że tam byliśmy. – Nie udało ci się nic pyknąć19? – Bez szans. Uchylili tylko drzwi, nawet nie wiem, czy kobieta, czy mężczyzna, cicho się odzywali, a stałem tuż obok Ali i nic nie słyszałem, a korytarz ciemny, że oko wykol. – A można by pojechać jeszcze raz? I spróbować?... może się uda?... Szlag mnie powoli trafiał. Bardzo powoli ścisnąłem poręcz fotela i starając się mówić spokojnie, odparłem: – Gocha… oni stracili dwójkę dzieci… jedynych dzieci… nawet do nas nie wyszli. Ali- cja powiedziała, że rozmawiała z babcią… pracujesz nie od dziś w brukowcu i chyba 19 pyknąć – zrobić zdjęcie z ukrycia www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 14 wiesz, że czasami wiadomo od razu, czy warto drążyć temat, czy nie… w tym przypadku marne szanse. Tyle w temacie… – A… – zaczęła. – To nie ma sensu – przerwałem, wiedząc do czego zmierza. – Co nam da zdjęcie rodzi- ców… z ukrycia ? Nic… a szukanie w szkole zdjęć dziewczynek też nie ma sensu… co damy je zapikslowane? Bez zgody rodziców i tak musimy je zasłonić… bez sensu. Lepiej dać to na kupę ze zdjęciem20, że był wypadek i tyle… po co tych ludzi męczyć… pewnie są na jakichś prochach21 i nie sądzę, żeby w ogóle gdzieś wychodzili… ja bym nie wy- szedł… – Skoro tak mówisz – wyczułem w jej głosie ton zniecierpliwienia. Oj, chyba spaceruję po cienkiej lince, oj, cieniutkiej. – To wyślij, co masz, i daj mi znać, jak wawa je dosta- nie… Była wyraźnie poirytowana moją postawą i brakiem z mojej strony entuzjazmu w sto- sunku do tego tematu22. Ale dotarło do niej, że nic nie zawalczy. Poszła do siebie, a ja opisując zdjęcia, dumałem sobie o tym, jak w niektórych pęd do kariery, i chęć dostania się do stolicy, zabija uczucia. Współczucie, co to jest? Czy ta robota, aż tak zmienia czło- wieka? Jest kobietą. I co? Nie czuje tej delikatnej granicy, za którą nie powinno się wychodzić? Przecież to ja oglądam zmasakrowane ciała ludzi, którzy zginęli i robię im zdjęcia. Dzien- nikarz stoi zwykle kilkadziesiąt metrów dalej i rozmawia z policją lub strażakami. Co najwyżej zerkną w redakcji na zdjęcia. A ja tych wszystkich denatów pamiętam. Czy ja też się zmieniam? Czy zauważę zmianę? Czy już jest za późno? Za dużo tych znaków zapyta- nia, trzeba do roboty się wziąć, bo zaraz jakiś fotoed23 zadzwoni i przemiłymi słowy zapy- ta: „kurwa, gdzie zdjęcia są?”. No tak, jestem na dole łańcucha pokarmowego w tej firmie. A najbardziej bawi mnie fakt, że ta gazeta żyje zdjęciami, a nas fotoreporterów traktuje się najgorzej i jeszcze o etacie to możemy najwyżej pomarzyć. No nic, taki lajf. Po paru godzinach, zerknąłem na podgląd wydania. „Morderca na motorze zabił dzie- ci”, krzyczał tytuł. A czego się spodziewałeś? Mruknąłem do twarzy odbijającej się w monitorze. Mojej twarzy widocznej miedzy zdjęciem chłopaka rozciągniętego na szpital- nym łóżku a zniczami na trawniku przy osiedlowym sklepie. Kolejny dzień. Kolejne zni- cze. Kolejny raz zaznaczam przycisk wyłącz komputer. I kolejny raz przyłożyłem się do czegoś, z czego nie mogę, być raczej dumny. 20 kupa ze zdjęciem – krótka wzmianka o wydarzeniu z jednym zdjęciem 21 są na prochach – dostali środki uspakajające, od pogotowia, a inne lekarz im zalecił 22 temat – inna nazwa artykułu w trakcie realizacji 23 fotoed – fotoedytor, osoba odpowiedzialna za wydrukowanie zdjęć w redakcji, i składająca gazetę na komputerze w finalnej formie www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 154 KADR XIV Finanse, czyli problemy niemłodego wyrobnika W mojej szufladzie, w redakcji, stosik kopert z banku. Z pisemkami, że w tym miesiącu sześćdziesiąt złotych odsetek, a w tamtym sto dwadzieścia, za opóźnioną spłatę debetu. Kopert tak jest około sześciu. Bo Warszawa pieniądze wysyła, łagodnie mówiąc losowo. Znaczy od pół roku, płacę z własnej kieszeni, za ich niefrasobliwość. Skręcam jakieś redakcyjne meble. Przenieśliśmy się na parter budynku. Wreszcie, bę- dzie trochę przestronniej, i nie będziemy nawzajem na plecach sobie siedzieć. Chociaż niektóre plecy przyjemne są. Komórkę zostawiłem na parapecie w pokoju obok. Słyszę jakiegoś smesa. Ale po chwili o nim zapominam, klęcząc, spocony, skręcając jakąś szaf- kę. Dla Alicji. Po chwili ta elektroniczna smycz dzwoni. – Spakowany? Długa lufa wzięta? Jedziesz? – Głos fotoeda co to na wielkiego faceta wygląda. – Jak spakowany? Jak jadę? – pytam zdziwiony, bo nie rozumiem. – Smesa dostałeś?... – Dostałeś, ale nie odczytałeś – odpowiadam. – Bo mamy przeprowadzkę, i meble skrę- cam... Właśnie z Patrykiem rozpatrywałem, czy by jakiejś wódki się nie napić, dla odprę- żenia, bo taka jedna flaszka tu stoi i strasznie się do nas uśmiecha. – Ale wypiłeś? – No jeszcze nie... niestety – wyrażam żal. – W Mirosławcu, lądując na lotnisku wojskowym, rozbił się samolot, i ze dwudziestu ważnych oficerów zginęło – głos ma poważny. Bardzo poważny. To i sprawa poważna. Parcie jest na temat. – Dupę w troki i jedziesz... – A gdzie to w ogóle jest? – pytam, zerkając na mapę na ścianie. – Za Wałczem. Patrząc od Poznania. – To zachodniopomorskie jest. Nie nasz rejon – próbuję jak zwykle protestować. – Nie kombinuj. Najlepszych wysyłamy – tere fere gacie z drutu, że niby pochwała, że niby wyróżnienie. – Nie mam paliwa ani kasy, bo znowu nie przelaliście. Nie mogę pojechać… nie mam za co… www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 155 – To ci zaraz coś przeleją. Wsiadaj i jedź. – i rozłącza się… Jak przeleją? W piątek wieczór o dwudziestej pierwszej. Wywloką kogoś z domu, i za- ciągną do banku. Żeby dokonał przelewu? Powinienem takie wypowiedzi nagrywać. Może kiedyś ktoś mi uwierzy. Idę do bankomatu za rogiem. Desperacko idę. Są pieniądze! Całe dwa pięćdziesiąt. Od dwóch tygodni. Wracam, i idę do pokoju Alicji. Zna sytuację, i mówi: – Jedziesz z Paulinką. – Patrzy mi głęboko w oczy. – nie masz wyjścia, tak warszawa zadecydowała… – Ale wiesz, że nie mam za co… debet, to pół roku temu wykorzystałem. I teraz mam kłopoty. Pracuję, żeby go spłacać… – Wiem. Jak trzeba było gdzieś jechać, to zawsze się zgadzałeś… – Ale teraz to już nie mam za co… z pustego to i Salomon nie naleje... – Zaraz zobaczymy, co da się zrobić. My też jesteśmy przed wypłatą – kończy zdanie i wychodzi z pokoju. Robi zrzutkę w redakcji. Finansową. Kochana dziewczyna. Ten może dać dziesięć, ten dwadzieścia, tamten jeszcze ileś… sama dorzuca pięć dych. Uzbierało się tego, ze sto dwadzieścia złotych. Szybko przeliczam, i stwierdzam, że na paliwo starczy. W obie stro- ny. Ale tak na styk. Ale kiedy im oddam, to, Nie wiem, nIeWiEm, NiEwIeM. Jedziemy. Z marudzącą Paulinką. Coś mi ten samochód, nie chce hamować. No tak miałem już jakiś czas temu, do mapeta pojechać. Żeby sprawdził. No nic przypominam sobie jak hamować silnikiem, i ten taki miękki pedał hamulca omijać. Za Wałczem, za- czyna być ciężko, drogę przykrywa mokry śnieg. Mijamy tablicę z napisem Mirosławiec. Kawałek dalej, po prawej boczną drogę blokuje radiowóz straży gminnej. Jedziemy dalej. Przy barze po lewej stronie drogi, stoi wóz ochotniczej straży pożarnej. Młode chłopaki, z zapałem pałaszują hot dogi, czy hambur- gery. Podchodzę do nich, starając się być taki ziom. Udaje się, pokazują, mniej więcej, gdzie spadł samolot. Kierunek wskazują. Gdzie jechać. Prosto na tego strażnika gminne- go, co drogę blokuje. Podjeżdżamy. Sympatyczny facet. Właściwie przeprasza, że nas nie może przepuścić. Nie chce tu być, i stać. Z żoną może, albo z kolegami na wódkę, czy piwo, by poszedł. Trochę mu pomagam. Jak podjeżdżają auta jakichś telewizji, i z radia, to agresywnie krzyczę „Nie ma przejazdu. Droga zablokowana!!!”. Tak próbuję się zaprzyjaźnić. Działa. Jak odjeżdżają to mi zdradza. „Ja pana przepuścić nie mogę, ale miejscowi, to tam za kominem skręcają, i potem widzę, jak pod lasem jadą, i na tą drogę przed zakrę- tem wjeżdżają”. Po dziesięciu minutach jesteśmy z Paulinką, poza pierwszą blokadą. Je- dziemy dalej. Jesteśmy przy takim, jakimś parkingu leśnym. Ale to zapasowe lotnisko się okazuje, i droga taka prosta się okazała. Grupka poborowych nas stamtąd przegania. Kazali pilnować. To pilnują. www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 156 Wracamy. Po drodze, zatrzymuję się przy leśnej drodze. Nie wjadę tam. Mokry śnieg, a pod spodem błoto. Mokre. Zakopiemy się na amen. Chcę iść pieszo. Ale widząc wzrok Paulinki. Rezygnuję. „Mam tu sana zostać!?!?!?”. Odpuszczam. Docieramy do wjazdu na lotnisko. Pełno wozów transmisyjnych i fotoreporterów. Z na- szego koncernu są nawet ludzie z lubuskiego. Korespondent ze szczecina, z latarką pyta mnie czy idziemy do lasu. Na spacer. W jego wzroku widzę, że bierze mnie za osobę bez skrupułów. Myli się. Łapię wzrok Pauliny. Ani mi się waż. Premiera masz zrobić. Jak przyjedzie. – Premiera mam zrobić jak przyjedzie... Idzie ze swoim fotoreporterterem w las. Mieli szczęście. Udało im się. I nagle, pluton wojska wyszedł. I stanął, na ścieżce, którą poszli. Dzwonię z ostrzeżeniem. Ominęli ich. I mają wrak na zdjęciach. Duża sprawa. Do pracy, przyszedłem jakieś kilkanaście godzin temu. Pada śnieg. Parę fajnych zdjęć zrobiłem, jak te płatki spadały. I parę smsów dostałem: „Widzę cię w TVN24”. Znajomi piszą... Rozglądam się. Zwykle staram się kolegom z TV, w kadr nie wchodzić. No tak. Ustawili ogólną kamerę, na stałe, za swoim wozem transmisyjnym. Doświetlacze, powo- dują, że trudno ją zauważyć. Idiota ze mnie. Pomachałem w jej kierunku. Do znajomych. I od razu zrobiło mi się głupio. W takim miejscu. Taki gest. Czasami jednak, szybciej działam, niż myślę. Siedząca w aucie Paulinka marudzi: – Wojtek, zimno jest. Włącz silnik, to się trochę ogrzejemy… i kawy bym się napiła – Nie mam paliwa. Nie mam pieniędzy. Nie będzie grzania. – Ale wpadam na pomysł: – Idź do Sławka, on siedzi w aucie z włączonym silnikiem. I się grzeje. Paulinka przesiada się z mojego audi, do nissana Sławka. I woła: – Chodź, ogrzej się też... – Nie jest mi zimno… – odpowiadam. – A tą kawę postaram się załatwić… Z tym, że akurat nie jest to prawda. Zimno mi jak jasna cholera. Masochistą nie je- stem, ale z doświadczenia wiem, że jak teraz zacznę się w aucie grzać, to potem będę marzł jeszcze szybciej. To wolę zmarznąć raz. A nie tak raz za razem. Podchodzę do trzech wartowników przy bramie lotniska i zagajam: – Słuchajcie chłopaki, jestem tu z najgorszą cholerą z mojej redakcji. Nie da mi żyć jak jej kawy nie załatwię – taki bajer im sprzedaję. – Dacie radę coś zorganizować? Chwilę patrzą na mnie w milczeniu, oceniając, czy w porządku ze mnie gość, czy wa- riat jakiś. Dwóch odchodzi, sprawdzić jakiś samochód, który akurat pod szlaban podje- chał. Trzeci uśmiecha się, i mówi: – Coś się da zrobić. Tylko oficer dyżurny musi sobie pójść – Oki. To za chwilkę podejdę… Śnieg, sypie coraz większymi płatkami. Urzeka mnie zarys postaci jednego z operato- rów na tle jasnego światła, wśród tego padającego śniegu. Wygląda, jakby był zawieszony www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 157 w próżni. Robię zdjęcia. Chociaż coś przywiozę z tego wyjazdu. Wyjątkowo, te foty akcep- tuję. Widzę jak wartownik, daje mi jakieś znaki. Podchodzę. – Z tą kawą to problem będzie – widzę, że jest mu autentycznie przykro – sierżant się cofnął niespodziewanie, i tak nas zjebał, bo młody, który ją robił, mu powiedział, niestety, że ta kawa to dla was... – Znaczy podoficer. Czyli trep… – Ja tego nie powiedziałem, ale rację to pan ma... – Dobra. Nie ma sprawy... jakoś przeżyję… Właściwie to mamy wiele wspólnego ze sobą. Ten poborowy i ja. Też dostaję bezsen- sowne zjebki. Od jakichś sierżantów. Z warszawki. Bo obiekt na zdjęciu, patrzy nie tak jak sobie wymyślili. Nadjeżdża premier. O dziwo dowództwo bazy podstawia nam autobus. I możemy wje- chać na teren lotniska. Będzie konferencja prasowa. Wszyscy starają się dostrzec coś przez okna. Nic nie widać. Żadnych śladów. Wysiadamy przed jakimś budynkiem. Przez przeszklone wejście widzę grupę zasmuconych pilotów i obsługi. Paulinka mówi: – Zrób im zdjęcia. Napiszemy o ich bólu – nie wpadłem na to. Znaczy, tak mnie ta ro- bota jeszcze nie zmieniła. I tu muszę podziękować Paulince. Były to jedyne zdjęcia, które poszły. Tych zmartwionych ludzi. Tak jak pamiętam. Konferencja, na dworze. I po konferencji. Wracamy. Prawie zasypiam za kierownicą. Ale brak hamulców skutecznie mnie budzi. Co chwilę. Jadę i tak myślę, jestem w pracy osiemnaście godzin? Czy tylko szesnaście? Nie mogę się doliczyć. Ale czy to ważne? Za godziny mi nie płacą. Tak samo jak za dyżury. I nieopublikowane zdjęcia. A zrobione, we- dle zamówienia. Szlag mnie trafia, i odrzucam te myśli. Następnego, a właściwie tego samego dnia, po dwóch godzinach snu, dzwonię do Ma- peta: – Marcin, słuchaj, w aucie skończyły mi się hamulce, dasz radę, czy wszystko masz za- jęte – pytam, bo wiem, że studiuje i jego warsztat przez te studia trochę z boku jest – Hamulce??? To podjedź zobaczymy… – Piętnasta??? – Okej. Zrobię miejsce. To o piętnastej… Kochany chłopak. Bardzo go lubię. I solidny. Czasami coś przekombinowuje, ale deli- katnie. Jak coś mi w aucie naprawia, to od razu, zwraca uwagę, że to albo tamto trzeba wymienić. I używa mózgu. Co rzadkie u mechaników jest. I jeszcze na kredyt mi napra- wia. Bez niego to już dawno, moje auto, to byłby złom. Niestety, rozmowę z nim słyszy Paulinka, siedząca za ścianą. – Hamulców nie masz!!!! W aucie!!! To dlaczego pojechałeś!!! I takim autem bez hamul- ców jechaliśmy!!!! – piekli się i wcale mnie to nie dziwi… – Pojechaliśmy i wróciliśmy. Nie ufasz mi? www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 162 KADR OSTATNI No i zostałem bez pracy. Zdjęcia robię hobbystycznie. Sam wybieram, co chcę zrobić. Może ktoś kupi, jakąś fotę. A z tym trochę trudno. Ale nie upadam na duchu. Mimo, że banki, dość mocno upominają się o spłatę zadłużenia. Kolegów mam, co firmę reklamową prowadzą. Przygarnęli mnie. Słabe pieniądze, ale atmosfera zaje...sta. tylko oni normalni, to nie są. Przyjęli ostatnio, takie zlecenie. Na robotę. Typowo reklamowe. Wyburzenie kamienicy. Dwa tygodnie mnie podpytywali, czy podjąłbym się, szefowania ekipie, która taką przybudówkę na podwórku rozbierze. Bo na tej budowlance, to trochę się znam. Dom postawiłem, i ludzi trzeba dopilnować. Przybudówka? Pewno, mogę to zrobić. Ustali- liśmy cenę. Przyjeżdżam na miejsce. Wchodzę na podwórze. I chyba adres pomyliłem. Trzykondygnacyjna oficyna. Niestety, mój przyjaciel Zyga, po chwili wychodzi z budynku. W kasku na głowie. Niestety nie pomyliłem adresu. I mówi do mnie jakimś takim szep- tem: „Troszku się wpierdoliliśmy”. „NO WŁAŚNIE WIDZĘ!!!”. Odpowiadam. Ale obiecałem, że im pomogę, to się teraz nie wycofam. Przyjaźnimy się, i parę razy mnie wsparli, jak ciężko było, to teraz ich nie zostawię, w tej wtopie. Co za goście. Normalnie mnie przera- żają. I tak wożę raz za razem, taczki z gruzem, słuchając jak, ekipa od rusztowań, wyzy- wa się słowami na k… na ch… na p... I nie widzę różnicy w pracy. Poprzednio, panowie redaktorzy też tymi słowy się zwracali do mnie. A to podobno inteligencja narodu???? A tu jako robol, jeżdżę z taczkami, z gruzem, i to samo??? Ten sam język??? Znaczy Niem- com i ruskim, po trzystu latach udało się wybić w końcu w pień inteligencję i kulturę w tym narodzie. Co widać w sejmie. I w posłach, których do telewizji zapraszają. Takich ważnych. „Mężów Stanu”. A większość z nich to powinno z tą taczką z gruzem jeździć. Którą akurat pcham, jak te słowa układam. To by schudli, jak ja. I, spokornieli. Wcielamy się w roboli. Ja i moich dwóch przyjaciół. I jeszcze ich pracownik. Sympa- tyczny chłopak. I tak jak ta ekipa od rusztowań, wyzywamy się słowami na ch… k... i p… ale zawsze, jak sobie tak docinamy, wulgaryzmami, i szydzimy z siebie nawzajem, to gdzieś w ostatniej zgłosce zdania, wyrazie twarzy, spojrzeniu, jest sympatia...i szacunek który do siebie mamy... choć to może za dużo powiedziane… ten szacunek...Po prostu, lubimy ze sobą przebywać, opowiadać sobie historie z życia... bekać... pierdzieć… zacho- wywać się tak ludycznie… i mieć wszystko w tzw. czarnej dupie jak ze sobą przebywa- my...reszta jest milczeniem. Po prostu samo życie. Faceci po czterdziestce, co dogadać się z żonami, nie mogą, z różnych względów. Głównie dlatego, że kobiety, które kiedyś były dziewczynkami, nie czytały nigdy komiksów. Z pewnymi wyjątkami oczywiście. A my, jak to na trzech przyjaciół z boiska przystało, porozumiewamy się właśnie cytatami z komik- sów. Ja preferuję „Kajka i Kokosza”, Zyga „Tytusa”. Potem przechodzimy na teksty z ja- kichś kultowych filmów polskich, typu: „Rejs”, Miś”, i z paru takich nowych produkcji. Zawsze mnie to zastanawiało, że korzystając, z tak nieadekwatnych do sytuacji słów, po- trafimy się zrozumieć. A osoby postronne jeszcze parę dni żyją w osłupieniu, myśląc: „To www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 163 niemożliwe, jakaś wycieczka z domu wariatów, tą reklamę robiła. I jeszcze cały czas re- chotali...nie wiedzieć, z czego… ale kaseton z reklamą zrobili fajny… i świeci najjaśniej na całej ulicy”. No i uwielbiamy mówić do siebie: „Zwierzę… ” jak coś soczystego któryś z nas zapoda, takiego od serca. Niebezpiecznie trochę tu jest, bo ściany tej oficyny, to takie bardziej piaskiem murowane. I piwa nie pijemy. Tylko wodę. Jak zwierzęta, zupełnie. Tą wodę pijemy. I to nasze obcowanie ze sobą na tej budowie?...Rozbiórce? To nasze takie Katharsis. Jaki kraj takie Katharsis. Tak bywa. Najlepsze jest to, że odzyskuję spokój ducha. Telefon milczy. Skrzynka meilowa milczy. Czasem, jakiś telefon z estrady, że koncert jest, i foty by chcieli. Albo z jakiejś gminnej gazety, zadzwoni jakiś sympatyczny, dziewczęcy głos, co to nawet nie wiem jak rozmów- czyni wygląda, i prosi grzecznie, czy nie mógłbym podjechać do takiego Swarzędza, bo będzie Goran Bregovic, albo inna gwiazda, i zdjęcia im wysłać. Po prostu inny świat. Jak w „Tygodniku Poznańskim”. Taki spokój. I kultura. I szacunek. Nazywają to chyba: „Miłą atmosferą w pracy”. Ale tu w tej gazecie to takie rzeczy się nie wydarzają. Tylko: „Arbeit, arbeit, arbeit” i: „Jawohl, jawohl, jawohl”, a jak ktoś się zbuntuje to: „rue, rue, rue”. A tygodnik też wszyscy określali mianem szmatławca, brukowca, a wiedzieli zawsze, do- kładnie jakie tematy ostatni numer zawierał. Ze szczegółami znali artykuły. Ale wtedy, to tej obecnej redakcji jeszcze nie było. I nikt nie wiedział, jak taki brukowiec naprawdę wy- gląda. I jak może mieszać ludziom w głowach. I tą gazetę jednak czytają. Różni ludzie. Z różnych środowisk. Zaskakujących wręcz. Ukradkiem pewnie czytają. Choć zarzekają się, że nie biorą tego gówna do ręki. No bo gówna do reki się nie bierze. Chyba, że psie,. Taka akcja jest teraz. „sprzątam po swoim psie”. I tam rozdają takie woreczki. Do zbierania tych kup. to może zadzwonię do wawy, teraz, żeby takie woreczki? Rękawiczki? Do wyda- nia dodawali, co by ludzie, rąk sobie nie brudzili? To jest pomysł! Nie płytka Cd, nie to- rebka, nie koszulka. Tylko takie jednorazówki chirurgiczne... ale hicior wymyśliłem te- raz… A ci, co to nie czytają tej gazety, zawsze na bieżąco są z tematami. Na tak zwanym ki- blu, pewnie ją wertują. Żeby nikt nie widział. Miejsce idealne. Tylko jakby papieru do twarzy tam zabrakło, to lepiej się nią nie podcierać. Jak ktoś białą bieliznę preferuje oczywiście, bo takie kolorowe ślady od farby drukarskiej mogą zostać. A czy z bawełny ta farba schodzi, to nie wiem. Ale te rękawiczki lateksowe, ten problem w pewnym stopniu rozwiążą. Wożąc te taczki z gruzem. Nikogo nie krzywdzę. Nieświadomie. Albo świadomie. Zara- biam czterokrotnie mniej. Ale mam czyste sumienie. I zasypiam ze spokojem. I budzę się nieludzko zmęczony. Wyrwane stawy dokuczają, i bóle w krzyżu. Od dziesięciu lat fizycz- nie nie pracowałem. Aparat czasem do ręki biorę i idę na spacer. I psa wtedy wołam. Cie- szy się dziko. Spacer z Panem. To jest coś. I tak parę godzin łazimy. Ja, jak coś mnie urzeknie to staram się to utrwalić. Moja sunia w tym czasie, po jakichś krzakach, czy zakamarkach buszuje, za tymi swoimi pieskowymi zapachami. I jak ją wołam, to przybie- ga do mnie z mordą rozradowaną. I dobrze mi z tym, bo w lustrze wreszcie widzą swoją uśmiechniętą twarz… smutną, ale uśmiechniętą… bo trochę, za ten sprzęt foto trzeba rat jeszcze zapłacić… i tyle. A te taczki z tym gruzem, to nawet polubiłem… praca w mediach polega na czekaniu… na moment, w którym zrobi się zdjęcie… ale najczęściej na wypła- tę… a w rozbiórce na moment… kiedy ci taczkę zapełnią gruzem… Wojtek Wardejn Poznań, lipiec-sierpień 2008 www.e-bookowo.pl W o j c i e c h W a r d e j n : K a d r y p r a w d y | 164 Spis treści WSTĘP 5 czyli słów kilka o tym, co boli KADR I 6 Dwie małe śmierci, czyli jak podeptać czyjąś tragedię KADR II 15 Do czego doprowadza mobing, czyli historia pewnego skarbu KADR III 24 Serial basenowy, czyli jak zrobić z siebie idiotę 24 KADR IV 36 Telefony… telefony… telefony… KADR V 47 Portret pamięciowy KADR VI 52 Po prostu... Paulinka… KADR VII 80 Patrycja – czyli jak ten zawód deprawuje KADR VIII 92 Prowokacje – czyli jak robiłem z siebie durnia KADR IX 103 Piotr – jak młodość i ambicja rozsądek usypiały… KADR X 120 Pomyłki różne KADR XI 127 Pioruny KADR XII 138 O tym jak swoje dzieci zmuszałem do psychicznego nierządu 138 KADR XIII 144 Papparazzi… czyli stanie, stanie, stanie... i czekanie, czekanie, czekanie KADR XIV 154 Finanse, czyli problemy niemłodego wyrobnika KADR XV 159 OSTRZEŻENIA KOŃCOWE UJĘCIA 160 KADR OSTATNI 162 www.e-bookowo.pl
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kadry prawdy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: