Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00252 005780 12603833 na godz. na dobę w sumie
Kadziu - ebook/pdf
Kadziu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8091-401-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Najbarwniejszy polski siatkarz ostatnich lat, Łukasz Kadziewicz, wreszcie zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Historia wicemistrza świata przełamuje tabu w tym środowisku, pozwala zajrzeć za kulisy i zrozumieć, dlaczego reprezentacja Polski po trzydziestu latach posuchy zaczęła odnosić sukcesy.

Kadziewicz odsłania sekrety, pokazuje, że opinie o nim jako krnąbrnym siatkarzu nie były przesadzone i opowiada, jak udawało mu się godzić życie siatkarza i rockendrollowca. W książce znajdą się historie o szalonych imprezach siatkarzy, będzie można przeczytać też o wodzie sodowej po zdobyciu srebrnego medalu mistrzostw świata, ale i tytanicznej pracy wykonanej pod okiem Raula Lozano.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ŁUKASZ KADZIEWICZ ŁUKASZ OLKOWICZ Warszawa 2017 Copyright © by Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. tekst: Łukasz Kadziewicz, Łukasz Olkowicz Redakcja: Renata Surmacz Korekta: Hanna Rybarska Korekta merytoryczna: Paweł Wołosik Fotoedycja: Jarosław Arczewski, Paweł Wroniewicz Projekt okładki: Turn Me On Media Przemysław Piotrowski Zdjęcia na okładce: Wojciech Figurski/058sport.pl DTP: INSATSU Michał Żelezniakowicz Druk: Drukarnia im. A. Półtawskiego (Jedność) w Kielcach Zdjęcia: Wojciech Figurski/058sport.pl, Maciej Goclon/Fotonews, Mariusz Pałczyński/MPAimages, Piotr Kucza/FotoPyk, archiwum prywatne Łukasza Kadziewicza, Łukasz Grochala/Cyfrasport, Alex Domański, akademiasiatkowki.eu, Justyna Kurzyńska/Edytor.net, Jakub Morkowski/Edytor.net, archiwum prywatne Łukasza Kadziewicza/reprodukcja Bogdan Hrywniak, Bogdan Hrywniak/SE/East News, Grzegorz Michałowski, Tomasz Markowski, Łukasz Żyła, Kamil Jóźwiak, Jacenty Dedek/Reporter, Rafał Rusek/Pressfocus, Tomasz Folta/Pressfocus, Michał Chwieduk/Fokusmedia, Sebastian Borowski Wydawca: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. Warszawa ul. Domaniewska 52, 02-672 Warszawa Prezes zarządu: Edyta Sadowska Dyrektor zarządzający segmentem sportowym: Marcin Biegluk Koordynator wydawniczy: Katarzyna Drosio-Raszplewicz ISBN: 978-83-8091-401-8 Warszawa 2017 Spis treści Rozdział I Anioły i demony . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .7 Rozdział II Odmulenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .11 Rozdział III Chrzest . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .17 Rozdział IV Akademik . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .25 Rozdział V Parapetówka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .33 Rozdział VI Palmiarz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .41 Rozdział VII Reprezentacja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .49 Rozdział VIII Ateny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .61 Rozdział IX Syberia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .77 Rozdział X Raul . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .89 Rozdział XI Wylotka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 Rozdział XII Jastrzębie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 113 Rozdział XIII Związki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 125 Rozdział XIV Arek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 129 Rozdział XV Przygotowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133 Rozdział XVI Kulturalno-oświatowy . . . . . . . . . . . . . . . 145 Rozdział XVII Japonia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 151 Rozdział XVIII Wicemistrzowie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 167 Rozdział XIX Szaleństwo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 179 Rozdział XX Bankructwo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Rozdział XXI Pekin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 195 Rozdział XXII Spadanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 209 Rozdział XXIII Biełgorod . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 217 Rozdział XXIV Obieżyświat . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 233 Rozdział XXV Lubin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 247 Rozdział XXVI Taniec . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 Rozdział XXVII Nowe życie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265 5 Rozdział I Anioły i demony – Ciągle drugi – mogę powtórzyć za Adasiem Miauczyńskim. Przerżnąłem w życiu sześć finałów – w mistrzostwach świata, również w mistrzostwach Rosji, Białorusi i trzy razy Polski. Ten siódmy w Tańcu z gwiazdami. A mówią, że siódemka to szczęśliwa liczba. Widocznie jestem skazany na drugie miejsce. Ja – srebrny chłopiec polskiego sportu. Kiedy myślę o siatkówce, dopada mnie refleksja, że wiele mi dała, ale jeszcze więcej zabrała. Zabrała przez moją żądzę wrażeń i brak instynktu samozachowawczego. Pezet śpiewa: To, co mnie stworzyło, kiedyś mnie wykończy. Znakomicie można to odnieść do moich przeżyć. Siatkówka mnie stworzyła, ale dobrobyt i możliwo- ści zapewniane przez nią niszczyły mnie jako człowieka, mężczyznę, ojca, męża i siatkarza. Nigdy nie było to moim zamiarem, ale udało mi się pogodzić życie sportowca i rockandrollowca. Jeżeli ktoś wam powie, że to niemożliwe, możecie śmiało mu odpowiedzieć: „Stary, spójrz na »Kadzia«, tam muzyka grała cały czas, a mimo to zobaczył siatkarski szczyt”. Przez moment, ale zobaczyłem. Niektórzy potrafią zachować chłodną głowę – chwilę się emo- cjonują, a rano wstają, biorą aspirynę na wyciszenie kaca i znowu są spokojni. A mnie jakby ktoś wsadził na karuzelę, wyszedł na przerwę i zapomniał wyłączyć urządzenie. Karuzela się kręciła, kręciła, kręciła… A ja wraz z nią. Siedziałem na wirującej łańcu- chowej, która nie chciała się zatrzymać. 7 Ryszard Bosek, mój trener z reprezentacji, zdiagnozował, że największym wrogiem Łukasza Kadziewicza jest… on sam. Coś w tym jest. W moich 206 centymetrach ktoś zamknął dwóch fa- cetów – przeciwstawnych sobie, którzy się uzupełniają lub wza- jemnie zwalczają. Nierozłączni. Pierwszy to ambitny sportowiec, wściekający się, gdy czegoś nie potrafi zrobić. Drugi to zawadiacki rozrabiaka. Kiedy w szkole dostawałem pałę z matematyki, nie purpurowiałem ze wstydu, bo wiedziałem, że nigdy nie pokocham tego przedmiotu, podobnie jak fizyki czy chemii. Nie czułem dys- komfortu z tego powodu, że nie osiągnąłem pozycji prymusa, ona była przeznaczona dla kogoś innego. Na boisku już taki potulny nie byłem, bo w tym, co kocham, nie lubię być gorszy, a porażki mają nikłe szanse na to, by się ze mną zaprzyjaźnić. Ma to swoje dobre i złe strony. Każda drużyna potrzebuje skrajności – mądrego i głu- piego, silnego i słabego, spokojnego i wybuchowego. To we mnie mieli 2 w 1. Widocznie taka już moja natura. I może nie byłoby tak źle, ale w życiu rachunek trzeba najczęściej płacić za te mniej przyjemne sprawki. Dlatego najgorzej było, gdy władzę przejmował ten drugi koleś z mojego wnętrza. Hulaka, pragnący wszystkiego dotknąć i spró- bować. Moje drugie oblicze okazywało się moim przekleństwem, stale musiałem walczyć z genem samozniszczenia. Kocham wy- zwania rzucane przez życie, ale przez to, że nas jest dwóch, biorę na klatę rywalizację w dążeniu do dobrych celów i tych trochę gorszych. Na boisku zawsze chciałem się wyróżniać, dążyłem do tego, spinałem się i starałem. Podobnie, gdy ktoś narozrabiał, to musiałem bardziej. Zagrałem najlepiej? To był świetny mecz, to teraz dopiero będzie zabawa… Przerysowywałem swoje życie poza boiskiem. Gdy skrywało przede mną tajemnice, to wybujała fantazja protestowała i sprowadzała na mnie gromy, wpędzając w ramiona kłopotów. Życie prowokuje młodych, a szczególnie kogoś takiego jak niespokojny chłopak z Dobrego Miasta. Wielokrotnie słyszałem rady, żebym się wyciszył, uspokoił, koledzy różnie reagowali na 8 moją impulsywność. Wszystkim odpowiadałem cytatem z filmu Transsiberian: „Nie zabijajcie moich demonów, bo anioły też umrą”. Te demony miały najwięcej do powiedzenia po moim powro- cie z mistrzostw świata w Japonii. Poprzekręcało mi się w głowie i kompletnie oderwałem się od rzeczywistości. Nazywam się Łukasz Kadziewicz, mam srebrny medal i mogę sobie wybrać dowolny klub w Europie. To oni czekali na moją decyzję, a nie ja na ich. Wszystko wydawało się takie łatwe. Ta pewność mnie zgubiła. Poczułem się polskim topowym siatkarzem. Przecież wróciłem do kraju jako zawodnik drugiej drużyny świata, w klubie szło mi przyzwoicie, więc chciałoby się powiedzieć – chwilo trwaj! To by- łoby jednak za piękne… Kiedy mam ładnie, kolorowo i mięciutko, to muszę sobie nasrać. Wtedy zaczął się syf, nad którym straciłem kontrolę. Za często bywałem w miejscach, w których nie powinie- nem być, nauczyłem się, że łatwe pieniądze, które przychodzą co miesiąc, można wydawać na lewo i prawo. Zgubiłem się, a takich zakrętów miałem w życiu sporo. Wówczas osiągnąłem taki po- ziom kariery, na który niektórzy wspinają się mozolnie przez całe życie. Wdrapują się po solidnych stopniach. Moje stopnie kariery przypominały ruchome schody. Raz w górę, raz w dół. W odpo- wiednim momencie trzeba z nich zeskoczyć, bo mogą cię wciągnąć i przemielić. Niestety, nie uskakiwałem w porę. Wciągały mnie więc i mieliły. Wystarczyło jednak, że karta się odwróciła i z powrotem jechałem do góry. Tak właśnie wyglądało całe moje sportowe życie. Nie dorobiłem się na siatkówce, może dlatego, że pieniądze nigdy się mnie nie trzymały. Najlepszy kontrakt podpisałem w Ro- sji i dobrze, że nie grałem tam długo. Nie miałem szansy stać się bogaty i stracić jeszcze więcej. Ale mam gdzie mieszkać, moi bliscy są bezpieczni i nie pada im na głowę. Przeszłość zostawiam daleko za sobą, nie lubię gdybania. Co by było, gdybym lepiej zainwestował pieniądze, wypił jedno piwo mniej albo podniósł dziesięć kilo więcej na siłowni? To już się zda- rzyło, minęło, przeszło. Wiem, jakie popełniłem błędy. Nie jestem 9 dobry w szybkim wyciąganiu wniosków, pewnie do końca życia będę chodził uśmiechnięty i wkurzał żonę lekkością bytu, ale jak dostaję po dupie, to przynajmniej wiem za co. Jak narozrabiam, to zawsze uderzę się w pierś i powiem moja wina. Ktoś zapyta, dlaczego tak często wpadam w tarapaty? Sam chciałbym wiedzieć. Czasem, zaglądając bardzo głęboko w siebie, możesz znaleźć odpowiedzi, które wcale ci się nie spodobają i nie będziesz zadowolony z wyniku tych poszukiwań. Dlatego powiem, tak po prostu żyję. Z pewnością krzywdzę ludzi, gros z moich kole- gów ma o mnie złe zdanie. Nigdy jednak nie zabałaganiłem specjal- nie, nie stanowiło to mojego celu. Staram się nad sobą pracować, dojrzewać jako facet, ojciec czy mąż, ale czasami wyniki są na poziomie miernym, ocierającym się o dostateczny. Stojąc szesnaście lat temu na linii startu do poważnej siatkówki, nie marzyłem o rzeczach wielkich. Chciałem pojechać na igrzyska, a może nawet nie chciałem, bo uważałem to za bujanie w obłokach. Urodziłem się na prowincji bez prawa do marzeń. Zamierzałem po prostu dobrze grać i dobrze się bawić, a przeżyłem historię swojego życia. Teraz chcę wam o niej opowiedzieć. Rozdział II Odmulenie Byłem świadkiem ekspansji siatkówki w Polsce. Zobaczyłem jej dwa oblicza – profesjonalne z jedzeniem węglowodanów i biał- ka, regeneracją i dbaniem o siebie, ale też doskonale pamiętam to zabawowe, skropione bezbarwną cieczą z półlitrowej butelki. Wzrastaliśmy razem, unosząc się w kierunku chmur z tym, że ze mnie szybko zaczęło uchodzić powietrze. Siatkówka przeciwnie – złapała wiatr w żagle i poszybowała rozpędzona, a mnie zostawiła niżej, sporadycznie przypominając sobie o dawnym przyjacielu. Mogłem obserwować, jak powstają kluby, które wkrótce mia- ły się rozpychać w Europie. Skrę Bełchatów pamiętam z meczów w szkolnej salce w pierwszej lidze. Konrad Piechocki, dziś prezes klubu i grande persona, stał wtedy z kluczami i wpuszczał nas tyl- nymi drzwiami, a na rozgrzewce włączał muzykę z „kasprzaka”. Boom na siatkówkę zaczął się z końcem XX wieku. Wcześniej nikt z nas nie miał pojęcia, co to Liga Światowa. Reprezentacja prze- grywała eliminacje z Izraelem, a siatkówka była na poziomie polo czy hokeja na trawie. To miało się zmienić. Pierwsze mecze grałem przy 20 osobach na sali w Olsztynie, a kończyłem przy 12 tysiącach w Spodku. Teraz siatkówka w Polsce to już wielki event, albo, jak niektórzy mówią, festyn pod remizą. Co kto lubi. Mnie cały ten szum nie przeszkadza. Ludzie postrzegają mnie przez pryzmat chłopaka z niewypa- rzoną gębą, tatuażami, długimi włosami. Widzą imprezowicza. Przekonałem się już o tym, że jak ktoś chciał się mną pochwalić, to potrafił do mnie dotrzeć i to zrobić, a jeśli zamierzał wytrzeć sobie 11 mną gębę, robił to bez problemu. Byłem łatwym celem z bogatą kartoteką. Ale jakoś ani jedna, ani druga strona nigdy nie zapytała, jak dużo poświęciłem, by znaleźć się w tym miejscu, do które- go doszedłem – zagrałem w dwóch najsilniejszych ligach świata, włoskiej i rosyjskiej, dwa razy pojechałem na igrzyska olimpijskie, a z mistrzostw świata przywiozłem srebrny medal. O tym wspomina już niewielu. Mój pierwszy trener Marek Kotulski pamięta mnie z czasów juniorów. Wie o sześciu godzinach treningów dziennie i zimnej jajecznicy czekającej w internacie, gdy wracałem z zajęć o dwudzie- stej drugiej. Skoro w reprezentacji rozegrałem prawie 200 meczów, to widocznie musiałem na to zapracować. Irytowało mnie, jeżeli czegoś nie umiałem, denerwowałem się, gdy ktoś wyśmiewał się ze mnie. Najczęściej robili to rozgry- wający, zwłaszcza Paweł Zagumny. Koleś z charakterem skurwiela na boisku. Nie był z tych przyjacielsko klepiących po ramieniu i pocieszających po nieudanym zagraniu. – Kurwa! Przyszedł następny środkowy kaleka, który nie umie prosto odbić – narzekał wystarczająco głośno, żeby słyszeli wszyscy na treningu. Frustrację Pawła widziałem za każdym razem, gdy coś mi nie wychodziło w obronie albo nie umiałem wystawić piłki. Jego drwi- ny zbudowały we mnie postanowienie, że nauczę się odbijać górą i dołem, klepnąć piłkę, tam gdzie chcę. Wkurzało mnie, że jestem jednym z najsłabszych w tym elemencie. Gdzieś w środku uro- sło przekonanie, że muszę nauczyć się to robić na przyzwoitym poziomie. Najlepszym nie zostałem, ale przynajmniej przestałem przeszkadzać pozostałym. Z „Rudym” możemy lubić się mniej lub bardziej, ale to świetny siatkarz. Mam do siebie pretensje, że spędziłem z tym wybitnym rozgrywającym i bardzo trudnym facetem tylko jeden sezon w klu- bie. Wiem, że z nim na rozegraniu miałbym szansę jeszcze mocniej się wypromować. 12 Życie siatkarza nie ogranicza się do siłowni, małej sali do tre- ningu i wielkiej na dużych meczach. To też zgrupowania, niekoń- czące się podróże z kraju do kraju. Jednego dnia jesteś w Egipcie, następnego w Paryżu, żeby po kolejnych kilkunastu godzinach witać się ze słońcem w Rio de Janeiro. Prowokuje to zabawne historie, których w tej książce znajdziecie wiele. A kto miałby Wam o nich lepiej opowiedzieć, niż ten, którego głupie pomysły trzymały się najczęściej? Znacie zabawę na odmulenie? Nie? To już wyjaśniam reguły popularnej wśród siatkarzy rozrywki i – jak miałem się przekonać – znanej również piłkarzom ręcznym. Z grubsza chodzi o to, że gdy przysypiasz na imprezie albo przestajesz kontaktować, to kolega może ci wypłacić cios w twarz. Nie za mocno, ale też nie na tyle lekko, żebyś nie poczuł. Na odmulenie. Wtedy się otrzepujesz i kontynuujesz zabawę. Cofnijmy się do roku 2008. Pekin, igrzyska olimpijskie. Siedzi- my na krawężniku obok wioski olimpijskiej, w pobliżu mamy sklep. Kończymy piwo z piłkarzami ręcznymi, opowiadamy o detalach swoich dyscyplin. Mnie zawsze zastanawiało, czy gdy oni tak tłuką się po ryjach i biją na boisku, to ich nie boli. – Wy się tak okładacie i jest w porządku? – zagadnąłem Marcina Lijewskiego. – No pewnie, po meczu normalnie podajemy sobie ręce. Ciągnęliśmy temat, ale w pewnym momencie wydawało mi się, że „Lijek” lekko się w nim zgubił. No to plask! Zamilkły rozmowy. Wszyscy biesiadnicy z uwagą przyglądali się potężnie zbudowane- mu Marcinowi, który znienacka oberwał od wielkiego chuderlaka. – Nie boli? – wolałem się upewnić – Nie, wszystko gra – otrząsnął się poszkodowany. Towarzystwo przyjęło to ze śmiechem. Zbliżała się 22.00, pod- nieśliśmy się, bo trzeba było wracać do wioski. Na tyle spodobało się mi zaczepianie „Lijka”, że przechodząc obok fontanny wepchnąłem go do wody. Zabawa dzieciaków z podstawówki. Wpadł cały, topiąc telefon, karty kredytowe, pieniądze. I znów poleciało dużo docinków. 13 – Dobra, nie zabijemy cię – uspokoili mnie jego koledzy. Dalszą część znam z relacji Daniela Plińskiego. Akurat wyszedł na balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, o ile o takim można mówić w Pekinie. Zobaczył mnie wracającego z posiadówki na kra- wężniku. Chodziliśmy wtedy w białych klapkach. Dalej opowiada Daniel: „I nagle to 206 centymetrów chude jak żyrafa zrobiło salto, a białe klapki wzniosły się na poziom drugiego piętra. Pomyślałem: koniec świata, »Kadziu« już z nami nie zagra”. Upadłem na plecy, a gdy otworzyłem oczy, stał nade mną Karol – Masz szczęście, że dostałeś z lewej – szczerzył się praworęczny Bielecki. Karol. Naprawdę wyrwało mnie wtedy z butów. Pozbierałem się, zna- lazłem białe klapki i wróciłem do pokoju. Odechciało mi się zabawy w odmulanie z tymi dryblasami. Szatnia to pralnia charakterów, spotyka się w niej piętnastu face- tów i nie ma możliwości dopasować się z każdym. Nie byłem lubiany przez kolegów. Może przez niewyparzony ryj, który – wydaje mi się – mówił prawdę. Nie oszukiwałem, gdy dałem ciała i następnego dnia brakowało mi świeżości, bo w nocy gdzieś się zagubiłem. Nie brnąłem w kontuzję goleni czy wirus filipiński, tylko mówiłem wprost: „zasiedziałem się i dziś mogę być ciut gorzej dysponowany”. Nie miałem problemu, żeby się do tego przyznać. Ratowały mnie sezony, w których prezentowałem wysoki poziom. Trenerzy dziwili się, jak daję radę zostać MVP meczu, skoro z dyskoteki wyszedłem o piątej rano. A zdarzyło mi się to kilka razy. Gdybyście nie pamiętali, z reprezentacji też zdążyłem wylecieć. Jak łatwo zgadnąć – za alkohol. Na zgrupowaniu kadry w Olsztynie razem z Krzyśkiem Ignaczakiem i Andrzejem Stelmachem przesa- dziliśmy z integracją. – Tutaj są drzwi wyjściowe – wskazał nam dwa dni później Raul Lozano. 14 Gdzie wtedy się skryłem? Tam, dokąd jechałem zawsze, gdy za- czynało się psuć. Tam, gdzie czułem się najbezpieczniej, gdy chmury nad moją głową z błękitnych zmieniały się w burzowe – pojechałem do rodziców. Przeprosiłem ich za zamieszanie i jak zwykle mi wy- baczyli. Byłem ich oczkiem w głowie, synusiem mamusi i tatusia, ale nadzwyczaj często o tym zapominałem. O to mam do siebie największe pretensje, przykro spojrzeć w lustro. Po sukcesach tań- czyłem, bawiłem się i świętowałem ze wszystkimi, tylko nie z nimi, a w obliczu porażki, gdy już nie było z kim świętować, wracałem z podkulonym ogonem do rodzinnego domu. Nie przyjmowali mnie jak syna marnotrawnego, ale kogoś, kto się pomylił i trzeba go podnieść. Pluli na mnie inni. Lubiani są ludzie dobrzy z natury, idealnym przykładem jest tu Piotrek Gacek. Na niego nie można się wkurzyć, a nawet jeśli czymś podpadnie, to złość przechodzi tak szybko, jak przyszła. Są też pozerzy udający kogoś innego. Ja byłem naturszczykiem, prawdziwkiem, który mówił w oczy, co mu leży na sercu i jawnie okazywał emocje. Nie zgrywałem kozaka, nie chwaliłem się, jakim to jestem świetnym zawodnikiem. Większość siatkarzy nigdy nie wyjedzie do Rosji, nie zagra w Modenie czy w reprezentacji i dla nich może jestem osobą, na którą spojrzą i pokiwają z uznaniem głowami: „To była kariera, osiągnąłeś bardzo dużo”. Sam o sobie tak nie powiem. Walczyłem o to, by sufit, na który patrzę, stał się w końcu moją podłogą. Tak pokonywałem kolejne szczeble, dojrzewając jako siatkarz. Ale potem spotykałem zawod- ników, którzy przebijali się aż na dach, bo byli w stanie przeskoczyć cztery piętra. I myślałem sobie: „może jesteś niezły, bo radzisz so- bie na swoim podwórku, ale zobacz, to są prawdziwi mistrzowie”. Ja nim nie byłem, a im zazdrościłem. Patrzyłem z szacunkiem, nie leczyłem żadnych kompleksów. Widziałem wszystko realnie, trzeźwo, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Siatkarze w Polsce do tej pory milczeli. A przecież dużo przeży- liśmy, trudno u nas spotkać kogoś z aureolą nad głową i skrzydłami 15 przypiętymi do pleców. Może historia, którą chcę opowiedzieć, trafi do młodych siatkarzy i uznają, że warto dwa razy się zastanowić, zanim zatracą się w głupotach. To, co zrobisz dzisiaj, wróci do ciebie jutro. Mierzyłem się z tym. Gdy jako dziewiętnastolatek czy dwu- dziestolatek nasrasz sobie w papiery, to zła sława dogoni cię nawet po latach, choćbyś wciąż czarował nad siatką. Wypomną ci noce spędzone w kasynie, wypite litry wódki i kobiety, które zupełnie nie były ci potrzebne w tamtym momencie. Brud za uszami zostaje. Rozdział III Chrzest Siatkówkę poznałem z innej strony niż ta, o której piszą w podręcz- nikach dla jej adeptów. Zaczynałem w AZS Olsztyn, gdzie szatnia pęczniała od nadmiaru osobowości i trzeba było wśród nich się odnaleźć. Zgiń albo przeżyj. Wybrałem to drugie. Ta banda zdefiniowała mnie jako siatkarza. Dla siedemnastolet- niego gnojka wiedza, jaką wówczas zdobyłem, okazała się bezcenna. Ligowej szarzyzny uczyłem się od twardzieli, którzy na siatkówce zjedli zęby. Nie ma lepszych nauczycieli niż ci, którzy własnymi bliznami mogą poświadczyć o wartości przekazywanej wiedzy. Gotowych pomóc, ale wcześniej zdeterminowanych, żebyś dostał od nich srogą szkołę życia. Tam nikt się z nikim nie pieścił, nikogo nie głaskał po główce, słowa „przepraszam” nie używano. – Jesteś młody? Mówią, że masz talent? Fajnie. To teraz zapier- dalaj po piłki, bo starsi chcą się rozgrzać – słyszałem. Nie zawsze byłem chojrakiem, który ma zdanie na każdy te- mat i odzywa się przy byle okazji. Był też czas, w którym trwałem w drużynie skurczony do rozmiarów dziecka i chciałem pozostać niezauważony. W Olsztynie byłem właśnie takim Łukaszkiem, nie- chętnie odrywającym w szatni wzrok od podłogi. Posadzili mnie obok Pawła Kucińskiego i Tomka Kowalczyka, dwóch zakapiorów, których z wyglądu chyba tylko własne żony i dzieci się nie boją. Niewiele dalej miejsce zajmował Mariusz Sor- dyl. Kiedy pierwszy raz spojrzałem na jego spoconą twarz, uznałem, że dla świętego spokoju przebiorę się w kiblu, by przypadkiem go 17 nie zdenerwować. W przyszłości, już jako jeden z najstarszych w drużynie, nie miałem z tym problemu, że osiemnastoletni chło- pak, który na dobrą sprawę mógłby być moim synem, rzucał na pierwszym treningu: „Siema, »Kadziu«”. Kilkanaście lat wcześniej coś takiego byłoby niemożliwe. Nie, żadnej fali nie doświadczyłem, ale i bez niej znałem miejsce w szeregu. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, nie obrażał, nie bił, nie znęcał się psychicznie. Na początku sezonu każdy z młodych dostawał dyżur, który trwał cały rok. Na obozach musiałem wstawać najwcześniej z całej ekipy. – Pobudka! – chodziłem od drzwi do drzwi, wołając trenerów i starszych zawodników na śniadanie. Obowiązków miałem tyle, że nie nadążałem z wywiązywaniem się z nich. W sali musiałem być godzinę przed treningiem. – Policz piłki, wyciągnij materace, postaw słupki i rozłóż siatkę. Przynieś wszystko, co jest do przyniesienia – słuchałem poleceń. To było jak amen w pacierzu. Nie wiem, co by musiało się stać, żebym zobaczył Sordyla z Kucińskim rozstawiających siatkę. Nie mam też pojęcia, jak mógłbym się ukarać. Podcięcie żył tępą żyletką byłoby niewystarczające. Wiedziałem, że przed meczem muszę zabrać z autobusu stół dla masażysty, wodę czy apteczkę. Miałem prawo zapomnieć od- dychać i nikt by się za to na mnie nie obraził. Gdybym jednak nie wziął piłek, lepiej, żebym nie pokazywał się w sali. Jeżeli nawet przez sekundę zaświtałoby mi w głowie, że sprzęt sam się wniesie, wystarczyło spojrzenie starszego kolegi, a świat stawał się klarowny i odzyskiwałem cel w życiu. – Tam są piłki, tam jest siatka. Przynieś. Na swój pierwszy obóz pojechałem do Zakopanego. Szesna- stoletni uczeń drugiej klasy liceum miał spędzić na drugim końcu Polski dwa tygodnie z wygami, których rok wcześniej podziwiał z trybun. Nie powiem, że miałem pełno w gaciach, ale obawa, co mnie tam czeka, wibrowała w głowie z niepokojącą częstotliwością. 18 – A gdzież ty jedziesz… – mama płakała cały dzień. Ona bała się najbardziej. Napakowała do plecaka kanapek i z pękatą wałówką pojechałem ku nieznanemu, na spotkanie przygody. Zamieszkaliśmy w hotelu Imperial. Wszystkie obozy sportow- ców są do siebie podobne, prędzej czy później pojawia się monoto- nia, a znużenie zaczyna zbierać swoje żniwo. Wszystkie dni są iden- tyczne. Śniadanie-trening-odpoczynek-obiad-sen-trening-kolacja. I tak dzień po dniu. Dlatego szuka się sposobów na urozma- icenie czasu. Stąd pomysł na imprezę zwaną chrztem, awansującą młodych do grona siatkarzy. Idealna rozrywka dla ludzi zamknię- tych ze sobą przez kilkanaście dni, którzy wyją z nudów. Nie była to wielka impreza z zabitym świniakiem, skrzynką wódki i półnagimi dziewczynami tańczącymi na rurze, bo skąd nastolatek miałby mieć pieniądze na takie szaleństwa. Oczywiście, młodzi mieli za zadanie postawić piwo, ale starsi realizowali się w inny sposób. Taki, że ci co znaleźli się w centrum ich zainteresowania, marzyli o jednym – żeby jak najszybciej wrócić do cienia. – Młody, szykuj się na chrzest. Trzeba z ciebie zrobić prawdzi- wego siatkarza – usłyszałem wieczorem od Marka Nagórskiego i Tomka Kowalczyka, nazywanego „Palcem”, dlatego że najmniejszy palec miał tak wykrzywiony po złamaniach, że mógł nim prawie dotknąć nadgarstka. Nie było szans na wywinięcie się od chrztu. Nie powiesz ko- legom, że nie masz ochoty robić z siebie pośmiewiska. Jedyne, co możesz, to modlić się, by ich wyobraźnia nie rozwinęła się za bardzo. Najczęściej chrzest oznaczał klaps w tyłek, tańce i śpiewy. Mnie to ominęło, koledzy wpadli natomiast na pomysł, żeby poeks- perymentować z moimi włosami. Zdecydowali się na improwizację i sami nie wiedzieli, co z tego wyjdzie. Do Zakopanego przyjechałem z długimi włosami, ale Tatry opuściłem już z ogoloną głową. – Zobacz, jak ładnie idą – chwalił się jeden drugiemu, trzyma- jąc zdezelowaną maszynkę. Włosy bezładnie opadały na podłogę, a razem z nimi spadało moje poczucie bezpieczeństwa. Siedziałem 19 na środku pokoju i wiedziałem jedno – te świrusy są gotowe na wszystko. – Daj, daj, teraz ja – wyrywał maszynkę „Nagór”. Dobrze, że chociaż oni dobrze się bawili. – Chyba starczy, co? – zapytał po piętnastu minutach zadowolony z siebie. No pewnie, że wystarczy. Delikatnie przesunąłem palcami po głowie i coś mnie zaniepokoiło. Miało nie być włosów i nie było. W niektórych miejscach. W innej części zostały nieznacznie skró- cone, ale do jasnej cholery, były. A powinno być gładko. – Młody, co to za mina. Nie narzekaj – rozróżniałem pojedyncze słowa przebijające się przez dzikie wrzaski. W lustrze zobaczyłem własną głowę z postrzępionymi włosami i wyciętymi pomiędzy nimi plackami. Fryzura nawet dziś zostałaby uznana za ekstrawagancką, a co dopiero w 1997 roku. – Panowie, chyba o czymś zapomnieliście – próbowałem coś ustalić. – My? – obruszył się „Palec”. – Nie, wszystko jest w porządku, dzieło skończone. Idź pokazać się innym. Nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. Wyglądałem komicznie, nie mogłem jednak kolejnych dni spędzić zamknięty w pokoju. W końcu byliśmy na obozie. Postanowiłem przezwyciężyć wstyd. – Spokojnie, tylko spokojnie – powtarzałem sobie w drodze na obiad. Wewnętrzna równowaga była mi potrzebna. – No, jaja. – Ale wygląda… – Ha, ha – słyszałem odgłos tłumionego śmiechu kolegów. Co się dziwić. Też bym się śmiał, gdybym zobaczył faceta wyglą- dającego tak, jakby podczas strzyżenia doszło do zwarcia w gniazd- ku. Kolejnym etapem drogi cierniowej było przejście z hotelu do miasta, jakieś dwa kilometry, przez centrum Zakopanego. Wy- obrażałem sobie, co myślą o mnie dzieci spacerujące z rodzicami. – Fajnie jest na tych Krupówkach. Można spotkać białego misia, ooo, jest też jakiś dziwny gigant z plackami na głowie. 20 Na treningu czułem na sobie wzrok innych, widziałem wokół znajomo rozbawione twarze. Trener Marek Kotulski chyba do- strzegł, że moja fryzura szalonego naukowca dekoncentruje mu zespół. Po zajęciach zaprosił „Nagóra” i „Palca”. – Panowie, śmiech śmiechem, ale trzeba go ogolić – ukrócił moje męki. Zanim jednak mogłem przejrzeć się w lustrze, musiałem to wy- prosić u „Palca”. Pod drzwiami jego pokoju śpiewałem, tańczyłem i błagałem, żeby mój łaskawca użył maszynki. W przyszłości to on wziął mnie pod skrzydła. Gdy już przestałem być tak onieśmielony i zacząłem pokazywać rogi, wiedziałem, że czuwa nade mną jego karcąca dłoń. Wystarczyło, że coś mu się nie spodobało, to łapał mnie za łeb albo dostawałem w kark. Do nikogo nie mam pretensji za takie początki. W tym wszyst- kim nie chodziło o to, żeby mnie upokorzyć, ale żeby dobrze się pobawić. A że bawili się moim kosztem? Cóż, taki los adeptów w wielu dziedzinach, są przedmiotem rozrywki. Jestem wdzięczny, że tak szybko poznałem smród szatni i nie żyłem pod kloszem. Zamiast bujania w obłokach zafundowano mi twarde zderzenie z rzeczywistością. Powiem, że miałem szczęście. Młodych siatkarzy wchodzących w tamtym czasie do pierwszych drużyn straszono opowieściami o tym, jak trudno odnaleźć się w środowisku trud- nych charakterów. W Olsztynie tego nie odczułem. Oczywiście była hierarchia, młody nie mógł skakać starym po pagonach, ale w godzinie próby wszyscy byli traktowani na równi. Kiedy było trzeba trenować – trenowaliśmy, kiedy trzeba było dostać opier- dol – dostawaliśmy wszyscy, kiedy trzeba było się bawić – to się bawiliśmy. Akurat to ostatnie zawsze wychodziło nam bardzo dobrze. W Olsztynie miałem dobry czas. Wszystko tam wydawało mi się łatwe i przyjemne. W dużym skrócie to było tak. Najpierw liceum, szybko zacząłem trenować z seniorami, wszedłem na boisko, zdałem maturę. Rozpocząłem studia, przeprowadziłem się do akademika, 21 nagle okazało się, że gram w pierwszej szóstce, a po dwóch latach dostałem powołanie do reprezentacji. Do Olsztyna przeniosłem się z Dobrego Miasta jako szesna- stolatek. Wcześniej prowadził mnie Ryszard Kuciak, już nieżyjący pedagog i pasjonat, dzięki któremu trafiłem na sportową ścieżkę. Ówczesna siatkówka mocno różniła się od tej dzisiejszej. Seta grało się do 15, a punktowało tylko po własnej zagrywce. No chyba, że przy serwisie piłka dotknęła siatki, co było błędem i nazywało się netem. Nie było pozycji libero, każdy musiał zostawać na boisku. Z juniorów znał mnie Marek Kotulski, pracujący w AZS Olsz- tyn. Wpadaliśmy na siebie w rozgrywkach wojewódzkich. – Jesteś fajnym dzieciakiem. Przyjdź do naszej szkoły, bo akurat prowadzę twój rocznik. – Czemu nie. – Ale będziesz trenować na moich zasadach. Jego zasady oznaczały zmianę liceum, przeprowadzkę do Olsz- tyna i zamieszkanie w internacie. W nowym otoczeniu dzień zaczy- nałem o szóstej rano. Być może trener zauważył u mnie jakieś braki, które chciał wyeliminować, bo na pierwszy trening wychodziłem jeszcze przed lekcjami. Sam. – Będziesz też przychodzić na każdej przerwie. Nieważne czy masz pięć minut, czy piętnaście, chcę cię widzieć na sali, jak odbijasz piłkę – zarządził. Zbiegałem więc do niego i do znudzenia tłukłem piłą o ta- blicę do koszykówki. To nie oznaczało dla mnie końca siatkówki tego dnia, ale dopiero początek. Mój dzień wyglądał tak: autobus, trening, kąpiel, szkoła, bułka w locie, powrót do internatu, szybki obiad, autobus i jazda na kolejny trening. Zaczynałem o godzinie szesnastej i przez dwie kolejne odbi- jałem z juniorami. Szybko zmieniałem koszulkę i zostawałem na następne dwie godziny, by ćwiczyć z pierwszym zespołem AZS, na którego zajęcia zaczął zapraszać mnie Kotulski. Akademicy właśnie awansowali do ekstraklasy. Nikt mnie nie pytał czy coś boli, nikt 22 nie interesował się prewencją. To był 1996 rok. Prewencja kojarzyła się raczej z oddziałami policyjnymi, a nie z zabawą z gumami, by zapobiegać kontuzjom. Do internatu wracałem, gdy moi współlokatorzy już spali. Nie miałem na taksówkę, nie wozili mnie rodzice. Po czterech godzi- nach treningu kąpałem się i szedłem na pętlę autobusową. Tam czekałem pięć albo 25 minut, wsiadałem w „3” i jechałem kolejne pół godziny do internatu. Jeżeli „3” się spóźniała, to podjeżdżałem do miasta „15”, wysiadałem pod więzieniem i tam próbowałem łapać „3”. Marek i „Jojo”, koledzy z pokoju 216, przynosili z kolacji po- dwójną porcję jajecznicy. Nie mieliśmy lodówki, dlatego zostawiali talerz na najwyższej półce obok ubrań. Wyciągałem chleb, konserwę turystyczną, pasztet i jadłem po ciemku, żeby ich nie obudzić. I tak od poniedziałku do piątku, a w weekendy mecze. Zleciały tak trzy lata i przebijanie się do pierwszego zespołu. Z ekipy przyszłych wicemistrzów świata tylko ja i Daniel Pliń- ski nie zostaliśmy objęci szkoleniem centralnym. Znaczyło to, że nikt nie widział w nas najbardziej utalentowanych zawodników w naszych rocznikach. Inni ze srebrnych medalistów turnieju w Ja- ponii chodzili do szkół sportowych i spotykali się na zgrupowa- niach juniorskich reprezentacji Polski. Ja najpierw klepałem piłkę pod trzepakiem w Dobrym Mieście, a potem na każdej szkolnej przerwie i wieczorami na treningach w Olsztynie. W ten sposób starałem się nadrobić stracony czas. Umówiliśmy się, że będę dostawać z klubu pieniądze na opła- cenie internatu, ale płacili rzadko, wpadało coś do kieszeni raz na trzy miesiące. Wychowałem się w domu, gdzie było mnóstwo miłości. Pieniędzy mniej, rodzice nie na wszystko mogli sobie po- zwolić. Dostawałem od nich 50 złotych i tyle musiało wystarczyć na miesiąc. Decydując się na rozpustę mogłem dwa razy wyjść do McDonald’sa, ale najczęściej dofinansowanie przeznaczałem na słodką bułkę, która zapychała żołądek. Oczywiście, mama dawała 23 mi do internatu także jedzenie, bazowałem na jej pasztetach. Cza- sem wpadała siostra i zapraszała na obiad. Wsparcie najbliższych pomagało. Rytuałem stały się codzienne telefony do domu i raport z dnia, co robiłem, jak go spędziłem. Do ojca dzwonił też Marek Kotulski. To akurat nie były przyjemne rozmowy. – Łukasz trochę zwolnił, Olsztyn mu się za bardzo spodobał. W szkole niby jakoś daje sobie radę, ale na boisku nie widać po- stępów. Miał rację. Były momenty, że czułem, jak się rozwijam, ale przy- chodziły też okresy, że hamowałem, co stanowiło zalążek przyszłego rozdarcia między sportem a zabawą. W Olsztynie mogłem liczyć na rozmowy z tatą. Był stanowczy i szybko doprowadzał mnie do pionu. Sam uprawiał sport i wymagał zaangażowania w trening. – Nie po to zmieniłeś szkołę, nie po to wyjechałeś, żeby intere- sowały cię inne rzeczy niż siatkówka. Jeśli chcesz się dobrze bawić, możesz to robić i ponosić konsekwencje. Ale jeśli chcesz dojść na szczyt, to przez te dwie godziny ćwicz na maksa. Z treningu mają cię wynosić. Czasem tego mi brakowało. Wiem, że gdybym lepiej przyłożył się do treningu siłowego, lepiej wykonywał ćwiczenia prewencyjne, to dłużej utrzymałbym się w czołówce środkowych w Polsce, a tak… A tak mam chociaż co wspominać. Rozdział IV Akademik W sezonie 1997/98 trenowałem z seniorami nieregularnie, ale ze dwa lub trzy razy załapałem się do kadry na mecz. Liga wyglądała inaczej, grała innym systemem. Co drugi weekend każdego czekały dwa wyjazdy, bo zespoły podzielono na pary. Dzięki temu starano się zaoszczędzać na podróżach. Najpierw ktoś grał z Legią Warsza- wa, a następnego dnia przyjeżdżał do Olsztyna. Na południu taką parę tworzył Górnik Radlin i Mostostal Kędzierzyn-Koźle. I wła- śnie wyjazd na Opolszczyznę zapamiętałem szczególnie, ponieważ dawno nie najadłem się tyle wstydu, ile w małej sali w Kędzierzynie. Jako siatkarz byłem wtedy zielony. Na rozgrzewce odbijałem z „Nagórem”. Z nerwów przez 15 minut nie potrafiłem splasować w jego ręce. – Ty nawet palcami nie umiesz celnie odbić – skwitował moje udręki starszy kolega i dorzucił ironiczny uśmiech. Zrozumiałem, że dużo wody jeszcze musi upłynąć, zanim stanę się siatkarzem, a nie kandydatem na niego. Rozgrzewka nie oznaczała końca wrażeń, przynajmniej nie dla mnie. Jak zwykle zająłem miejsce na ławce rezerwowych i przyglą- dałem się z boku, na czym polega siatkówka. Nagle Mariusz Sordyl złapał się za spodenki. – Kurwa, pękła mi gumka! – rozpaczliwie krzyczał w kierunku ławki. To nie były czasy, w których każdy zawodnik miał po dwie ko- szulki, pięć par spodenek i osiem dresów. Każdemu przysługiwał jeden komplet i musiał go pilnować jak oka w głowie. 25 Trener odwrócił się w kierunku ławki. Jego wzrok zatrzymał się na mnie. Nie oznaczało to wcale, że wchodzę na boisko. – Ściągaj spodenki i dawaj „Siwemu”! – wydarł się. Pokornie wykonałem jego polecenie. Problem w tym, że wtedy nie byłem doświadczonym ligowcem i pod tymi spodenkami nic nie miałem. Stałem na golasa w zakamarku starej hali i czekałem, aż drugi trener przyniesie mi spodnie dresowe, żebym mógł pokazać się ludziom. Poczułem dużą ulgę, gdy dostrzegłem go zmierzającego w moim kierunku. W tamtym roku spadliśmy z ekstraklasy. Sezon 1998/99 spę- dziliśmy w I lidze serii B i wtedy zacząłem częściej zaglądać na boisko. Po raz pierwszy dostałem koszulkę ze stałym numerem, bo wcześniej zakładałem pierwszą wolną. Numer wybrał mi trener Andrzej Grygołowicz. – Wolne są 3, 9 i 11. Weź dwie jedynki, bo ładnie wyglądają. I tak zostałem z nimi na długie lata. Życie dało nam awans, a w kolejnym sezonie Tomek Kowal- czyk urwał rękę. Odpadł mu bark, musiał przejść operację. Przez jego niefart awansowałem w hierarchii środkowych. Kilka meczów zagrałem jako atakujący, ale byłem wtedy bardziej statystą niż siat- karzem. Maciek Dobrowolski musiał mieć dużą niestrawność, gdy wystawiał mi piłkę na drugą linię. Moje 78 kilogramów, druga linia, ekstraklasa i trafienie w boisko? To nie mogło się udać. Przesunęli mnie na środek, gdzie byłem sprawdzany przez poprzednich tre- nerów. – Jest wysoki i szczupły? To postawimy go na środku – to był naturalny wybór. Tam najłatwiej wychować zawodnika, bo jego edukacja wy- maga mniej pracy i czasu. Nie trzeba go uczyć przyjęcia, które jest zdecydowanie najtrudniejszym elementem w siatkówce. Tak więc zostałem środkowym. To, że na dobrą sprawę nigdy nie przesiedziałem sezonu na ław- ce, uratowało moje sportowe życie. Grałem w kadetach w Dobrym 26 Mieście, później przeszedłem do juniorów, a kończąc lata płynnie wszedłem do składu seniorów. Pomogło mi to, że AZS Olsztyn nie był potentatem, tylko balansował na krawędzi ekstraklasy i pierw- szej ligi. Po spadku rozjechali się środkowi, zostałem z Arkiem Wiśniewskim i częściej dostawałem szansę gry. Miałem wiele szczę- ścia, bo mogłem być w lepszym zespole jak AZS Częstochowa czy Mostostal Kędzierzyn-Koźle i latami nie powąchać parkietu. Jednym z pierwszych meczów, jakie pamiętam w ekstraklasie był ten z Płomieniem Sosnowiec. Wszedłem w końcówce. – Zaserwuj bezpiecznie – poprosił trener. No i co zrobiłem? Pieprznąłem piłkę w aut. Na moje szczęście sędzia pokazał pole i byłem uratowany. Cieszyłem się jak głupi, wygraliśmy 3:2. W szatni AZS pojawiało się coraz więcej zawodników zbliżo- nych wiekiem bardziej do mnie niż do moich rodziców. Byli już Paweł Siezieniewski, Wojtek Grzyb i Paweł Szabelski, ale wszystko zmieniło przyjście Artura Pieśniaka, ksywa „Śpiewak”. Jak się oka- zało po latach, świadka na moim pierwszym ślubie. Wielki talent, który się nie spełnił. I człowiek, który mnie zmienił. To u jego boku zasmakowałem w szalonych zabawach i życiu, które miało stać się moim na długie lata. Poznałem wielu tancerzy, ale ten się wyróżniał. Miał fantazję godną najbardziej rezolutnych ułanów. „Śpiewak” lubił wcielać się na imprezach w rolę wodzireja, a lokalem, który namiętnie odwiedzaliśmy była wielka dyskoteka Come In. Jeden z naszych spektakularnych wypadów zaczął się od kło- potów na bramce. Stoimy przed drzwiami, w środku tak zapchane ludźmi, że nie ma gdzie palca włożyć. – Nikogo już nie wpuszczamy – bramkarz rozłożył ręce. Jak to, my nie wejdziemy? Przecież jesteśmy siatkarzami. Do lokalu udało nam się dostać od zaplecza. Rzuciliśmy kotwicę przy barze, naszym ulubionym miejscu. Jeden z kolegów powiedział, że idzie popatrzeć na tłum. Po 15 minutach zaczęła się draka, na dole zakotłowało się od ochroniarzy. 27
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kadziu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: