Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00373 005242 13080624 na godz. na dobę w sumie
Kasyno Orchidea - ebook/pdf
Kasyno Orchidea - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 74
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-934146-3-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Młody, wykształcony i wrażliwy Amerykanin postanawia nagle odmienić swoje życie, rzucić wszystko i wyjechać z Kalifornii, lecz przypadkiem trafia do położonego nad Pacyfikiem elitarnego klubu z kasynem ,,Orchidea”, gdzie otrzymuje nieoczekiwanie wymarzoną posadę menadżera klubu.

Ekstrawaganccy milionerzy, gwiazdy filmu i muzyki, hazardziści i towarzyszący im paparazzi, ludzie wielcy i mali, establishment i półświatek, kalifornijskie marzenie w zderzeniu z twardymi regułami życia – to świat, do którego wszedł.

Czy sprosta wyzwaniu i znajdzie to czego pragnął? Czy nie oślepi go złudny blask i nie wciągnie w swój zgubny wir high life?

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Andrzej Malczewski Kasyno Orchidea KASYNO ORCHIDEA Andrzej Malczewski Kasyno Orchidea Redakcja i korekta: Urszula Lemańska Skład: www.mpress-freelancer.pl Copyright© by Andrzej Malczewski, Zielona Góra 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. e-Book Wydanie I Zielona Góra 2014 ISBN: 978-83-934146-3-5 4 1 Zdarzają się chwile niezwykle istotne dla każdego z nas. Mają je wszyscy, bez względu ma płeć, wyznanie czy narodowość. Czasami bywają brzemienne w skutkach do koń- ca życia, z różnym zresztą wynikiem. Dążenie do czegoś lep- szego, chęć osiągnięcia upragnionych celów, towarzyszy nam nieprzerwanie. Prawdą jest, że czego innego oczekuje od życia starzec, a co innego pragnie w swoim sercu młodzieniec u progu życia, który odkrywa nieznane lądy. Wędrówka przez dziewiczy grunt z czasem uświadamia nam, że przed nami kroczyli już tędy, a wydeptane ścieżki wśród buszu, przywo- dzą na myśl przeszłe pokolenia, które historia wchłonęła do swych trzewi. Nie wiemy dokąd wiedzie ścieżka, którą kroczy- my, a schodząc z niej na inną, mnożymy możliwości ciekawi przygód, jak dziecko wkraczające w świat bajek. Kiedy wkraczamy w dorosłość furtka przeszłości zamyka się definitywnie. Musimy liczyć wyłącznie na siebie samych, co przychodzi nam z trudem. Rwący nurt czasu wydziera nam z rąk marzenia, lecz z tymi, których nie zdąży nam porwać, płyniemy pod prąd, zmagając się z napotykanymi kłodami. Lawirując między nimi, przychodzi nam stale wybierać jak je ominąć. Nieszczęściem jest zabłądzić i szukać po omac- ku. U zarania naszych dróg zawsze stajemy twarzą w twarz z wyborem, a wyboru w mniejszym lub większym stopniu dokonujemy sami, choć trudno do tego niekiedy się przyznać. Człowieka młodego nachodzą zgoła nieoczekiwane myśli, z których rodzą się dziwne pomysły na życie. Osobnik skrom- ny, zalękniony zrazu chce rządzić światem, więc garnie się do stanowisk dających władzę nad innymi. Natomiast przebojowy, 5 pełen wigoru marzy o zaszyciu się w jakimś kącie, z dala od gwaru świata, podejmując pracę w bibliotece. Ludzkie wybo- ry bywają wówczas nieoczekiwane i zadziwiające, a czasami wręcz szokujące. I tak było w moim przypadku. Pewnego ranka coś mi za- jarzyło pod kopułą i podjąłem nieoczekiwanie postanowienie zmiany swojego życia. Wszystko to, co robiłem do tej pory, zdało mi się w jednym momencie szare i pozbawione sensu. Beznadziejna wydała mi się praca, otoczenie i życie. Czułem i byłem przekonany, że nadszedł czas ułożyć wszystko od początku. Inaczej patrzę na to teraz z perspektywy lat i to, co kiedyś uważałem za pewnik teraz potraktowałbym z przymru- żeniem oka. Ale tak było… Słowem zabrałem się do przebudowy swojego życia. Dziś zadaję sobie pytanie, czy moja decyzja nie była skutkiem względnego dobrobytu jakiego w tym czasie zaznawałem, bo powodziło mi się całkiem dobrze? Wynajmowałem pokój z łazienką i małą kuchenką u ba- ronowej Teodory von Gerdberg, która była dla mnie bardzo dobra, jak zresztą dla innych domowników. Od śmierci Wer- nera, barona von Gerdbeg, jako wdowa po nim, baronowa zarządzała fundacją jego imienia i była niczym matka dla nas ratowników wód przybrzeżnych. Świętej pamięci baron był entuzjastą żeglarstwa, sportów wodnych i dalekich podró- ży morskich. Założył przystań jachtową z prawdziwego zda- rzenia, wybudował promenadę, a przede wszystkim stworzył centrum ratownictwa morskiego z okazałym, przeszklonym gmachem, którego pozazdrościło nam całe zachodnie wybrze- że. Dzięki hojności barona mieliśmy zawsze najlepszy sprzęt na wyposażeniu, a przez nasze ręce przeszło wiele prototy- pów najnowocześniejszych urządzeń. Łaskawość jego znana była ludności zamieszkującej nad zatoką. Częstokroć pomagał ludziom w potrzebie, łożył na szkoły, przedszkola i szpitale, a w okresie kryzysu utrzymywał jadłodajnie w biedniejszych okolicach. Po jego śmierci ogromny majątek, który odziedziczył po przodkach, trafił zgodnie z testamentem w ręce wdowy po 6 zmarłym i specjalnie ustanowionej fundacji. Teodora, barono- wa von Gerdberg cieszyła się powszechnym szacunkiem, co było w pełni zasłużone, a wszyscy pracownicy zwali ją Błę- kitną Baronową. I chociaż miała najwięcej do powiedzenia, to nie wtrącała się w naszą pracę, ale za to każdy na stanowisku kierowniczym musiał liczyć się z tym, że jeśli skrzywdzi swe- go podwładnego, to będzie miał z nią do czynienia. Jak więc widzicie warunki miałem wręcz cieplarniane. A jednak! Przyszło, że rozglądałem się za czymś innym, szukałem innych światów. Postanowiłem wyjechać. Nie wiem, czy była to decyzja dojrzała, bo nie miałem czasu nad tym się zastanawiać. Na pomysł ten wpadłem wczoraj u stóp oceany, kiedy siedząc na mokrym piasku, wpatrywałem się w zacho- dzące w różowej pościeli słońce. Wprawdzie myśl ta kręciła się wokół mnie już od dawna, ale nic sobie z niej nie robiłem. W końcu różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy i nie jest to powód, żeby brać je wszystkie do serca, traktując je na tyle poważnie, by w przyszłości je realizować. I tak było z tym. Zostawić wszystko i rozpocząć od nowa póki jestem młody, zdrowy i w pełni sił. Intuicyjnie czułem, że jeszcze kilka lat i będzie za późno, że nie dam rady i nie będę miał po prostu sił. Moje zachowanie wydawało się znajomym dziwne, nie pa- sujące do tak spokojnego i ułożonego człowieka, ale nie wszy- scy wierzyli temu, co mówię, a co niektórzy uważali to za czcze gadanie i zwykły popis sztubacki. Najpierw zrezygnowałem z prenumeraty ulubionego cza- sopisma w butiku pasażu na promenadzie i zobaczyłem zmarszczone czoło sprzedawczyni, która schylona w okienku obdarzyła mnie przeciągłym spojrzeniem swych rybich oczu. Kierował nią raczej sentyment niż żal z powodu straty klienta. Handlowała bowiem w takim miejscu, że nie mogła narzekać, a strata jednego stałego klienta nic dla niej nie znaczyła. Tym bardziej, że nie handlowała samochodami. 7 2 Swojego szefa zastałem jak zwykle w godzinach rannych w swoim biurze. Zawsze mnie zastanawiało, skąd u nie- go nazbierało się tyle dokumentów. Dopiero później ktoś mi powiedział, że po cichu prowadzi księgowość firmy swojej cór- ki, która sobie z tym nie radzi, a nie stać ją na zatrudnienie odpowiedniej osoby. Przyjął mnie obojętnie, pomrukując coś pod nosem. Wy- słuchał nie przerywając sobie pracy i szeleszcząc papierami. Po czym odłożył je na biurko i obejrzał mnie sobie współ- czującym okiem. Dokładnie ukrył swoje zdziwienie za maską okazanej troski. Może wynikało to z tego, że kierownikiem działu ratowników wybrzeża był od niepamiętnych lat i przez tak długi okres czasu nabył już umiejętność skrywania swoich emocji. Wprawdzie pracowałem z nim tylko przez kilka lat, co stanowiło zaledwie ułamek jego kariery zawodowej, ale zawsze było to coś. Obiecał nie robić mi przeszkód w odejściu. Cały czas kiwał siwą głową, okazując wyrozumiałość dla młodości i żądzy po- szukiwania nowych dróg przeze mnie. Zaskoczył mnie swoim spokojem, co wprawiło mnie w za- kłopotanie, bo doskonale zdawałem sobie sprawę z trudno- ści związanych ze znalezieniem na moje miejsce innej osoby w pełni sezonu, gdy walą tu tabuny turystów ze wschodniego wybrzeża, spragnione kalifornijskiego słońca. Nie chciałem mu sprawiać kłopotu swoją nagłą decyzją, tym bardziej, że nawet go lubiłem i na swój sposób szanowałem. Co niektórzy z moich kolegów z pracy nie skrywali swoich żali i pretensji 8 w stosunku do jego osoby, poniekąd i słusznych, lecz ja nie mogłem znaleźć nic, co mógłbym mu zarzucić jako swojemu przełożonemu. I przyznam, że było mi trochę go żal. Było nie było, ale będzie musiał się trochę pogimnastykować zanim pokryje brakujący wakat, a do końca sezonu zostało jeszcze trochę czasu. – Życzę ci powodzenia – skwitował kłopotliwą bądź co bądź sytuację, podając mi przez biurko rękę. Przyznam, że poczułem się zażenowany takim gestem, po- dziękowałem mu sam, nie bardzo wiedząc, czego mam sobie życzyć. Wtedy po raz pierwszy namacalnie odczułem na wła- snej skórze beznadziejność swojego położenia. Rzucić pracę, rozstać się z miarę życzliwymi sobie ludźmi i szukać wiatru w polu, przecież to niedorzeczność! Coś krzyczało w moim wnętrzu. Schodząc po schodach z biura zauważyłem, że drżą mi łydki, co zakrawało mi na ironię. Przemożna siła pchająca mnie do zmiany miejsca na ziemi znalazła opór w postaci mego ciała. Czy tylko? Woli swojej nie zmieniłem, lecz myśli miałem coraz mocniej pochmurne i smętne. Początkowa ra- dość i euforia zniknęły bez śladu, przepadły, ulotniły się przy pierwszym zetknięciu powziętego zamiaru z realną rzeczy- wistością. Dziwiło mnie, że tak reaguję na zwykłą rozmowę, którą właśnie przeprowadziłem. Może lepiej bym zniósł to wszystko, gdybym został zrugany, wyzwany od lekkomyślnych chłyst- ków, co nie wiedzą, gdzie wsadzić swój tyłek. Przynajmniej otrzeźwiłoby to mnie i pozwoliło na klarowniejszy pogląd na sprawę, a tak zostałem przez dobroć szefa wytrącony z rów- nowagi. Widać nie tego się podświadomie spodziewałem po tej wizycie. Zacząłem się skłaniać ku temu, że u podłoża mo- jej decyzji legła chęć zrobienia innym na przekór, pokazania się, zwrócenia na siebie uwagi, z czego nie zdawałem sobie w ogóle sprawy. Tkwiło to bowiem gdzieś głęboko pod skle- pieniem czaszki. W takim stanie i rozterce ducha szedłem jak cień w spie- kocie, wystawiony na żar promieni słonecznych, lejących się prostopadle z bezchmurnego nieba. Promenada wzdłuż plaży 9
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kasyno Orchidea
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: