Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00593 009059 20619589 na godz. na dobę w sumie
Katakumba - ebook/pdf
Katakumba - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 306
Wydawca: Espadon Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 9788360786253 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość >> ii wojna światowa
Porównaj ceny (książka, ebook (-2%), audiobook).

Spotkamy w tej książce ponad sto postaci, które przybyły do bunkra Hitlera w Berlinie i opuściły go z najrozmaitszych powodów. Wśród nich byli frontowi generałowie, zdający sobie spra­wę z beznadziejności położenia, przynajmniej na ich odcinku. Realistycznie oceniając sy­tuację w bunkrze odnosili wrażenie, że jest ona podobna do sytuacji w zakładzie dla umysłowo chorych opanowanym przez pacjentów. Tak więc, na przykład, 23 kwietnia zameldował się u Hitlera generał Helmut Weidling, dowodzący 56. Korpusem Pancer­nym. Hitler chciał go rozstrzelać, bowiem przypuszczał, że Weidling, rozmieszczając swe stanowiska bojowe w Döberitz, na zachód od Berlina, zamierzał uciec. Dowiedziawszy się o tych nonsensownych zarzutach Weidling był oburzony. Potrafił je odeprzeć i opuścił bunkier jako nowy komendant obrony Berlina.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Uwe Bahnsen, James O’Donnel KATAKUMBA OSTATNIE DNI W BUNKRZE HITLERA Przełożył Krzysztof Znamierowski ESPADON PUBLISHING W A R S Z A W A 2 0 2 0 6 Prolog PROLOG Należałoby odczekać do końca życia i dopiero w godzinie śmierci przyjrzeć się jego całości, by ustalić, jak powiązane były ze sobą poszczególne jego części. Wilhelm Dilthey, „Der Aufbau der geschichtlichen Welt in den Geisteswissenschaften”, Berlin 1910 „Schodziliśmy w  dół, oświetlając  zejście latarkami elektrycznymi; szukaliśmy drogi do bunkra Führera. Nasze kroki rozbrzmiewały głucho na pięćdziesięciu stopniach czte- ropiętrowych schodów. Na  samym dole podłoga znajdowała  się częściowo pod wodą i szczury przemykały wokół nas. Na ścianach i sufitach widoczne były ślady po pożarze. Wszędzie w ciasnych pokojach i przejściach leżały jeszcze akta, dokumenty, formularze i pisma. Wśród nich zardzewiałe pistolety, książki, płyty gramofonowe, butelki i kieliszki. Podniosłem duży rysunek... Był to plan przebudowy Linzu. Gdy dwadzieścia lat póź- niej odwiedziłem Alberta Speera w Heidelbergu, powiedział mi, że poprawki na rysunku zostały zrobione przez Hitlera. Naniósł je tydzień przed samobójstwem, gdy Speer przy- był z wizytą pożegnalną. Rosjanie byli już wtedy na przedmieściach Berlina”. Gdy jeden z autorów tej książki, reporter „Newsweeka”, James P. O’Donnell oglądał 4 lipca 1945 roku znajdujące się pod zniszczonym parkiem Kancelarii Rzeszy pomiesz- czenia, w których życie i władza Adolfa Hitlera znalazły swój koniec, nad morzem ruin Berlina unosił się duszny upał. W  ciągu minionych tygodni, kiedy Rosjanie byli absolutnymi panami całego Berli- na – siły okupacyjne mocarstw zachodnich weszły do swoich sektorów dopiero 4 lipca 1945 roku – oddziały kontrwywiadu wojskowego Smiersz oraz tajnej policji państwowej NKWD, przeszukały leżący w sektorze radzieckim bunkier Führera, piwnice ministerstw oraz siedziby dowództwa wojskowego i  urzędów cywilnych. Oddziały  te  zabezpieczy- ły  materiały  dowodowe dotyczące przebiegu dramatycznych wydarzeń ostatnich tygo- dni wojny, pozostawiły jednak zadziwiająco dużo dokumentów. Pracowników Kancela- rii Rzeszy i osoby, należące do najbliższego otoczenia Hitlera i Ewy Braun przewieziono do Moskwy i tam poddano przesłuchaniom. Ciała tych, którzy zakończyli życie samo- bójstwem, a przede wszystkim Josepha i Magdy Goebbelsów oraz ich sześciorga dzieci, jak również generała Krebsa, zostały po identyfikacji poddane autopsji przez rosyjskich lekarzy wojskowych. Rok później, latem 1946 roku, James O’Donnell, wówczas stały ko- respondent „Newsweeka” w Berlinie, przyjechał ponownie do bunkra, znajdującego się na granicy sektorów. Spotkał tam koleżankę, która wkrótce miała stać się jedną z naj- bardziej znanych dziennikarek amerykańskich – Margueritę Higgins. „Był wczesny wie- czór. Ruszyliśmy w drogę przez teren Kancelarii Rzeszy. Nie było to dziełem przypadku, ponieważ każde z nas otrzymało poufną informację, że Rosjanie planują w bunkrze coś szczególnego. Mieli tam prawdopodobnie kręcić film. (Przy okazji odkryliśmy, że opła- caliśmy w Berlinie Wschodnim tego samego informatora). W zapadającym zmroku zoba- czyliśmy przed wejściem zapasowym do bunkra kamery filmowe, a wokół nich kręcących się zaaferowanych oficerów Armii Czerwonej. Naszą uwagę zwróciła  grupa mężczyzn, ubranych w drelichy w trudnym do określenia kolorze. Wzięliśmy ich za niemieckich sta- tystów. Zbliżywszy się do miejsca wydarzeń, zostaliśmy zatrzymani przez rosyjskich war- towników. Kazali nam się wynosić, a swe żądania poparli jednoznacznymi ruchami pisto- letów maszynowych. Prolog 7 Owego wieczoru nie wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami zdarzenia, które, przynaj- mniej wówczas, byłoby „gorącą” wiadomością prasową. Bowiem mężczyźni, których wzięliśmy za statystów, byli rzeczywistymi aktorami dramatu i  należeli do  grona tych, którzy uciekli z bunkra. Rosjanie nie uważali ich za jeńców wojennych, obchodząc się z nimi, jak z więźniami politycznymi. Pod ścisłym nadzorem musieli raz jeszcze pokazać, jak spalono i pochowano szczątki Adolfa Hitlera i Ewy Braun. Po zakończeniu zdjęć wró- cili do Związku Radzieckiego. Niektórzy z nich ćwierć wieku później udzielali informacji autorom tej książki”. Gdy latem 1946 roku Rosjanie odtwarzali szczegółowo wydarzenia, jakie rozegrały się w bunkrze, dekoracje były wciąż te same co w roku 1945 – betonowe sklepienie pod zie- mią, wyjście zapasowe i wieżyczka obserwacyjna nad powierzchnią ziemi, zburzone w po- łowie skrzydło Kancelarii Rzeszy przy Wilhelmstrasse i Vossstrasse, poważnie uszkodzo- ne koszary przy dawnej Hermann–Göring–Strasse. Prawie trzydzieści lat później, pewnego pogodnego dnia w sierpniu 1974 roku, stali- śmy na drewnianym podeście przy Murze Berlińskim przed Potsdamer Platz i spoglą- daliśmy przez lornetki na wzgórze przypominające groby Hunów. Znajdowało się ono na skraju szerokiej pustej przestrzeni, rozciągającej się między Wilhelmstrasse i granicą. Wzgórze to przykrywało wciąż niedostępne resztki bunkra Führera. Każąc w 1946 roku zburzyć ruiny Kancelarii Rzeszy, Rosjanie polecili również wysa- dzić w powietrze bunkier, oczywiście w takim zakresie, w jakim ze względów technicz- nych było to możliwe. Cały teren splantowano. W 146 roku p.n.e. Rzymianie, pod wodzą Korneliusza Scypiona Emilianusa, zdobyli Kartaginę. Jego legioniści wysypali sól na spu- stoszoną ziemię, aby nigdy nie wyrosły na niej zielone i kwitnące rośliny. Dwa tysiące lat później, tam, gdzie znajdowała się urzędowa siedziba Hitlera, zdobywcy Berlina wysie- wali po prostu trawę. W ten sposób, w centrum metropolii, powstała niesamowita, leżąca odłogiem płaszczyzna, która od 1961 roku należała do zamkniętego obszaru na granicy sektorów. Druty kolczaste, zapory przeciwczołgowe, zmotoryzowane patrole armii NRD, a w nocy raz po raz flary, wystrzały z karabinu i krzyki, gdy nie udała się próba ucieczki. Tu, w sercu Berlina, jeszcze niedawno można było ocenić prawdę zawartą w słowach Bi- smarcka, gdy mówił, że logika historii jest dokładniejsza, aniżeli pruska Najwyższa Izba Obrachunkowa. Kilkanaście metrów od  wzgórza usypanego nad bunkrem znajdowała  się siedziba, w której pruski premier i kanclerz Rzeszy, Otto von Bismarck, przez całe trzydzieści lat tworzył historię świata. Nie był „Żelaznym Kanclerzem”, którym zachwycali się niemiec- cy nacjonaliści, ani też żądnym krwi tyranem, za jakiego mieli go jego wrogowie. Był mężem stanu o dużej wrażliwości i człowiekiem rzeczowym, który pragnął zjednoczenia Niemiec, unikając przelewu krwi, co zresztą prawie mu się udało. Był też mężem stanu, który w drugim i trzecim dziesięcioleciu swych rządów, pragnąc zapewnić Europie życie w pokoju, okazał najwyższą zręczność dyplomatyczną, przezorność i polityczne umiar- kowanie. W latach tych, gdy Bismarck uważany był za „ministra Europy”, Wilhelmstrasse – Fryderyk Wilhelm I przeznaczył dawne ogrodzenia starego Friedrichstadt na budowę Palaststrasse i zadbał o odpowiednią dla niej zabudowę – stała się takim samym pojęciem dla całego świata, jak Quai d’Orsay w Paryżu i Downing Street w Londynie, gdyż tu, w są- siedztwie Kancelarii Rzeszy, znajdowało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Oglądając spustoszenia Wilhelmstrasse, zainteresowany historią obserwator z trudno- ścią obroni się przed deprymującymi myślami o  tym, co  powiedziałby Bismarck spo- glądając na ten rozpaczliwy widok. Wypowiedział on wiele gorzkich słów już wówczas, gdy jego następca, generał Leo von Caprivi, kazał wyciąć kilka drzew na tyłach Kance- larii Rzeszy. Bismarck w swych „Myślach i wspomnieniach” określał to jako negatywny 8 Prolog rys charakteru Capriviego, który „kazał powycinać prastare drzewa od strony ogrodowej swojej, a dawniej mojej, rezydencji, które stanowiły niezastąpioną i nie dającą się odtwo- rzyć nawet w ciągu setek lat ozdobę siedziby rządu. Cesarz Wilhelm I, który w ogrodach Kancelarii Rzeszy spędził swe szczęśliwe lata młodości, nie zazna spokoju w grobie, gdy będzie wiedział, że jego dawny oficer gwardii ukochane przez Cesarza drzewa, a równych im w całym Berlinie i okolicy się nie znajdzie, kazał powalić siekierą, by uzyskać un po- co piu di luce. (Chodziło o pięć wiązów, resztki czterorzędowej alei, sadzonej za panowa- nia króla Fryderyka I, i jeden buk, w którego korze car Mikołaj I, narzeczony księżniczki Charlotty Pruskiej, wyrył cyrylicą jej imię. Tych sześć drzew rosło tam, gdzie później zro- biono wykop pod bunkier Führera). „Pałac Radziwiłłów”, stara Kancelaria Rzeszy, gościł w  swych murach Otto von Bi- smarcka i Adolfa Hitlera. Jednak ciągłość miejsca nie stanowi o ciągłości historycznej. Bismarck nie był prekursorem hitleryzmu, choć w latach sukcesów w polityce zagranicz- nej przed drugą wojną światową Hitler mówił bezzasadnie, że jest realizatorem dzieła Bi- smarcka. Pierwszy kanclerz widział w stworzonej przez siebie Rzeszy Niemieckiej ustabi- lizowane, wielkomocarstwowe państwo narodowe. Uważał, że Niemcy to naród zarówno o dobrych jak i o złych cechach, podobnie jak i inne. Obce mu było myślenie imperial- ne. Natomiast plan ujarzmienia Europy w wyniku wojen zaborczych, a następnie pano- wania nad nią i wyzyskiwania jej w imię zagmatwanej nauki o rasach napawałby go grozą i kazałby mu się zastanowić, czy został powzięty przy zdrowych zmysłach. Bismarck był całkowicie wolny od pychy i braku umiaru, które charakteryzowały politykę Hitlera. Bi- smarck zdawał sobie sprawę z faktu przemijania struktur państwowych – napisał kiedyś: „Bóg jeden wie, jak długo będą istnieć Prusy”. Zamierzenie Hitlera stworzenia „tysiąclet- niej Rzeszy” byłoby dla tego absolutnego realisty jednocześnie zuchwałe i śmieszne. Za- łożyciela Rzeszy Niemieckiej i jej burzyciela dzieliły całe światy. Rozpoczynając pracę nad tą książką chcieliśmy zobaczyć Hitlera oczami tych, którzy uszli z życiem z jego bunkra i ich słowami oddać jego przejmujący grozą koniec. Opisali- śmy w tej książce polityczną i militarną walkę na śmierć i życie największego demagoga, jakiego widział świat. Hitler jest bowiem z całą pewnością straszliwą postacią, jednym z demonów naszego burzliwego stulecia. Ten despotyczny władca, człowiek obdarzony siłą woli tytana, kazał popełniać potwor- ne zbrodnie. Gdyby go jednak sportretować tylko jako potwora, to w młodszym pokole- niu wzbudzilibyśmy sceptycyzm, a może nawet i niewiarę. Pokolenie to słusznie oczekuje obrazu bardziej zróżnicowanego. Staraliśmy się sprostać tym oczekiwaniom. Większość analogii, jakie można by wysnuć w stosunku do Hitlera, jest błędna. Nie był ani Kaligulą, ani Neronem, ani też Czyngis–chanem. On sam uważał, że można by go po- równać raczej z Peryklesem i z cesarzem Fryderykiem Barbarossą. Bardziej odpowiednia jest chyba jednak literacka analogia do szekspirowskiego Ryszarda III, postaci uosabia- jącej prawdziwie potężne zło. U schyłku życia Adolf Hitler był jedynym narodowym so- cjalistą, który mógł o sobie powiedzieć, że nie był nigdy czyimś stronnikiem, uczniem czy adeptem. Jego bezprzykładna droga życiowa pokazała w jak wielkim stopniu idee mogą stawać się bronią, a przewrotne, ale z misjonarskim przekonaniem głoszone myśli mogą się przeobrażać w szaleńcze programy polityczne. Jeszcze jednemu wielkiemu despocie udało się wpoić w swych poddanych przekonanie, że jest on ucieleśnieniem idei, dla któ- rej nadszedł właściwy czas. Oto prawdziwe źródło charyzmy Hitlera. Ludzie, którzy stanowili zespół Kancelarii Rzeszy i  którzy pozostali przy Hitlerze do końca istnienia Katakumby, nazywali go „Szefem”, znali go od wielu lat, poświęcili mu siły i widzieli w nim ideał. Byli też przekonani, że go znają. Jak zobaczymy, nie wszyscy z nich byli lokajami czy pochlebcami. Należeli jednak do jego zwolenników i pozostawali Prolog 9 pod jego urokiem. Hitler posługiwał się nimi, co więcej, nadużywał ich zaufania, nie wy- łączając Ewy Braun. Jeśli zaś niektórym wydawało się, że widzą innego Hitlera, to zawsze była to jedna ze stron tej zagadkowej osobowości. Individuum est incommunicabile, mó- wi św. Tomasz z Akwinu. Jestestwo człowieka nie jest czymś, co można wypośrodkować. Wcześniejsze, pełniejsze wiary pokolenie chrześcijańskie nazwałoby prawdopodob- nie bunkier piekielnymi wrotami Hitlera, przedpieklem prowadzącym drogą pełną wy- ziewów siarki do krainy podziemi. Znalazł tam swój koniec u samych swych początków, a koło życia dokonało pełnego obrotu. Bunkier był jednak nie tylko sceną śmierci, ale również i przetrwania. W rzeczywistości bowiem większość kobiet i mężczyzn z otocze- nia Hitlera – ci, którzy nie poszli za jego przykładem – uszła z życiem. Byliśmy zdziwie- ni, jak wielu z nich przeżyło. W gronie osób otaczających dyktatora, hasłem ostatnich dni nie było „wierny aż do śmierci”, lecz, co bardziej zrozumiałe, „ratuj się, kto może”. Ich przeżycia są klinicznym przykładem zachowań ludzkich nad brzegiem przepaści: zwąt- pienie oszukanych idealistów, ich beznadziejne pytania o sens tego wszystkiego, uczucia euforii, gdy nadzieje na przeżycie topniały z godziny na godzinę, nagłe i chorobliwe wy- buchy nieufności wobec tych, którym ufało się przez lata, makabryczne intrygi i pośpiesz- nie zawierane przymierza, ale również i ludzkie uczucia, koleżeństwo i ofiarność. Praco- waliśmy ponad dwa lata nad tą książką. Zbieranie informacji o końcu bunkra było często zadaniem delikatnym i skomplikowanym. Niektórzy naoczni świadkowie pamiętali, in- ni nie chcieli niczego wspominać. Jeszcze inni spośród naszych rozmówców próbowa- li lansować określone wersje wydarzeń, ale ci należeli do wyjątków. Stawialiśmy pytania każdemu kto przeżył. Stawialiśmy je tym, po których mogliśmy się spodziewać, że będą mogli udzielić wyjaśnień opartych na nowych i historycznie udowodnionych faktach, do- tyczących dramatycznych i zagmatwanych wydarzeń: generałom i ministrom, lekarzom i adiutantom, ordynansom i ludziom z ochrony osobistej, pielęgniarkom, telefonistom i szoferom. W miarę swych sił przeważająca większość tych mężczyzn i kobiet pomaga- ła nam w trudnej próbie ustalenia prawdy. Jeszcze w ostatniej fazie poszukiwań, ludzie, którzy uszli z życiem z bunkra i z którymi przeprowadziliśmy wiele rozmów, mówili nam o  nieznanych dotychczas wydarzeniach, które dają odpowiedz na  niewyjaśnione pyta- nia, ale stawiają też i nowe. Powiedzieli nam o próbie ucieczki Magdy Goebbels w czasie wojny, o informatorze brytyjskich służb wywiadowczych w Kancelarii Rzeszy, o okolicz- nościach śmierci Bormanna. Sprzeczności, co zrozumiałe, pozostały. Książka jest przede wszystkim historycznym reportażem o końcu Hitlera i jego reżimu, a dopiero potem ana- lizą jego osobowości. Chcieliśmy pokazać głównie to, co się wydarzyło. Ostatnie dni pod betonowymi sklepieniami podziemi śmierci pełne były bowiem dramatycznych, upior- nych, makabrycznych i demaskatorskich scen. 10 Jaskinia JASKINIA Hitler w Bunkrze – to prawdziwy Hitler. Claus hrabia Schenk von Stauffenberg w rozmowie z początku lipca 1944 roku Scena symboliczna. To początek końca. W spustoszonym przez bomby ogrodzie na tyłach bardzo zniszczonej Kancelarii Rze- szy stał zwyciężony dyktator, będący już tylko ruiną człowieka. Z rękami schowanymi w kieszeniach ciemnoszarego wojskowego płaszcza, z podniesionym kołnierzem, w czap- ce z daszkiem, nasuniętej głęboko na czoło, by chroniła go przed wiosennym blaskiem dnia 23 kwietnia 1945 roku, stał milczący Hitler przed szerokim tarasem środkowej części Kancelarii Rzeszy. Wzrok Hitlera, u którego boku siedziała jego wilczyca Blondi, błądził przez kilka mi- nut po potężnej kolumnadzie frontowej, za którą znajdował się jego olbrzymi, teraz już opuszczony, gabinet. Zdawał się nie słyszeć głuchego dudnienia radzieckiej artylerii. Na- brzmiała twarz robiła wrażenie nieruchomej maski. Odwrócił się nagle i powlókł się po- chylony, stawiając krótkie kroki, ku odległemu o 120 metrów północnemu skrzydłu sta- rej Kancelarii Rzeszy. Podążali za nim służący oraz adiutant, jak również trzej oficerowie osobistej ochrony. Ta niewielka grupa znikła w otworze betonowej wieżyczki – zapaso- wym wyjściu z bunkra. Ostrożnie, szukając oparcia prawą ręką wyciągniętą w stronę szarej, nieotynkowanej ściany, Hitler o własnych siłach zszedł w głąb słabo oświetloną klatką schodową liczącą cztery piętra i ponad 50 stopni. Oficerowie nie spuszczali z niego oka. Na dole salutowali wartownicy z oddziałów SS. Było około piątej po południu. Jak może nikt inny spośród mocarzy tego czasu, Adolf Hitler, wódz i kanclerz Rzeszy, był przed wojną, w latach chwały i sukcesów ubóstwiany jako zbawiciel narodu. W No- rymberdze, w Berlinie i w Wiedniu był obiektem frenetycznych owacji. Charyzmatyczny wpływ, władzę nad duszami Niemców, zdobył przede wszystkim na wielkich, starannie zainscenizowanych wiecach pod gołym niebem. Był władcą, stojącym u szczytu swych sił duchowych i fizycznych. Takim widziały go tłumy. Ostatnie pojawienie się pod otwartym niebem 23 kwietnia 1945 roku – nigdy później nie opuścił już labiryntu Katakumby pod Kancelarią Rzeszy, ukazywało go, jak żadna inna scena z dni poprzedzających, w sytuacji całkowitego i absolutnego bankruta, który jeszcze przed niewielu laty panował nad Europą jako jej zdobywca. Zagubiony, wyczer- pany i wypalony, nękany zaburzeniami równowagi, człowiek 56–letni, a fizycznie starzec, przy akompaniamencie „organów Stalina”, które wdarły się już na przedmieścia Berlina, powlókł się do swej celi śmierci. Nie był już nawet cieniem człowieka, który kiedyś Euro- pę zadziwiał, a później napawał przerażeniem. Bunkier, ostatni przystanek na  drodze życiowej Hitlera i  ostatnia z  piętnastu głów- nych kwater, przypominał zadziwiająco jego pierwszą siedzibę partyjną. Już wówczas, w październiku 1919 roku, był to lokal przygniatający swą ciasnotą i ciszą, bez dostępu światła dziennego. Tam trzydziestoletni agitator urządził pierwsze biuro Niemieckiej Par- tii Robotniczej (DAP). Krótko przedtem przystąpił do DAP jako 555. jej członek. Stół, kilka pożyczonych krzeseł, maszyna do pisania marki Adler, telefon i kasa pancerna – to wszystko, co w 1919 roku znajdowało się w piwnicach monachijskiego Stemeckerbrau. W malutkich pomieszczeniach berlińskiego bunkra, w których Hitler w kwietniu 1945 ro- ku dokonał swych dni, znajdowało się niewiele więcej sprzętów. Jaskinia 11 16 października 1919 roku, dokładnie 111 słuchaczy spotkało się na pierwszym pu- blicznym zgromadzeniu DAP z Hitlerem jako mówcą, wówczas już demagogiem par ex- cellence. Wszyscy byli przepełnieni nieokreśloną tęsknotą za silnym człowiekiem, któ- ry by ich uratował i zbawił. Ćwierć wieku później krąg ludzi – wówczas oficerów sztabu generalnego i oficerów łącznikowych, adiutantów, pilotów, lekarzy, służących, członków ochrony osobistej i kierowców – którzy poszli do bunkra za wodzem, bożyszczem ich młodości, był liczebnie mniej więcej taki sam. To ogarnięci rozpaczą pretorianie, zdemo- ralizowani i pozbawieni nadziei. Jeden z nich to Hauptsturmführer Helmut Beermann. Służył w oddziale eskorty przy- bocznej Führera (FBK – Führerbegleitkommando), wziął udział w nocy z 1 na 2 maja 1945 roku w ucieczce z Kancelarii Rzeszy i należał do tych, którym udało się ujść przed rosyjską niewolą. Jego obraz Katakumby zrobił na nas szczególne wrażenie, jako bardzo bezpośredni, choć widziany z dystansu: Wiecie, panowie, że pokazywany swego czasu film o Hitlerze, w którym gra Alec Guiness; zawierał właściwie tylko jedną scenę przypominającą mi to, co  rzeczywiście przeżyłem w bunkrze. To obraz Hitlera, który z trudem wspina się do wyjścia zapasowego. Tak to wła- śnie było... Większość moich kolegów z eskorty przybocznej, którzy tam na dole mogli oglą- dać „Szefa”, teraz już ruinę człowieka, to, podobnie jak ja, krzepcy, młodzi zawadiacy – wy- brano nas do tej służby między innymi ze względu na wzrost i dobry stan zdrowia. Prawie wszyscy mieliśmy doświadczenie frontowe i  widzieliśmy wystarczająco  dużo  okrucieństw wojny. Zdarzały się jednak dni, że tęskniłem za frontem. Tak bardzo ciążyła mi atmosfera bunkra. Palenie w bunkrze było zabronione. Mogliśmy jednak od czasu do czasu wyjść na górę na papierosa. Gdy jednak po dwunastogodzinnej zmianie wyczerpani wracaliśmy na otwar- tą przestrzeń, chwytaliśmy powietrze jak ryby wyjęte z  wody. W  tej podziemnej budowli z betonu człowiek czuł się jak w łodzi podwodnej, która poszła na dno, albo jak żywcem po- grzebany w  jakimś opuszczonym prosektorium. Ludzie, którzy muszą pracować w  keso- nach, prawdopodobnie czują się mniej klaustrofobicznie niż my wtedy w bunkrze. Narzekaliśmy, oczywiście, między sobą na to życie nietoperzy, które wiedliśmy na dole jak mieszkańcy piekieł. Dlatego aż do ostatnich dni marzyła się nam służba w Obersalzbergu. Wszyscy marzyliśmy skrycie, że Hitler poleci jeszcze do Bawarii. Myśleliśmy, że lepiej umie- rać w słońcu Alp, niż iść na dno w tej zatęchłej berlińskiej piwnicy. Nikt z nas nie liczył, że w czasie ostatecznej zagłady stolicy ujdzie z życiem. Powiedziałem o „zatęchłej piwnicy”. W niektórych częściach bunkra było wilgotno, a na- wet i mokro, w innych natomiast sucho jak pieprz, beton był bowiem w pewnych częściach świeży, a  gdzie indziej stary. W  ciągu długich nocnych godzin panowała  głęboka cisza. Słychać było tylko z maszynowni pomruk generatora poruszanego silnikiem dieslowskim. Gdy go przełączano, zaczynał się krztusić. Przy sztucznym świetle twarze były blade, a lu- dzie wyglądali jak lemury, jak zjawy. No i ten dławiący zapach – butów, przepoconych mun- durów, ostrych środków dezynfekcyjnych... Ponieważ w ostatnich dniach rury kanalizacyjne ciągle się zapychały, śmierdziało jak w publicznym klozecie. Niedołężny Hitler człapał, powłócząc nogami, po pomieszczeniach bunkra, pogłębia- jąc  niesamowitość scenerii. Stał się naprawdę widmem, roztrzęsionym człowiekiem, który mógł się poruszać wyłącznie siłą woli i za pomocą podejrzanych środków pobudzających. My, młodzi ludzie, rozpoznawaliśmy naszego Führera, który stawał się dla nas znów czło- wiekiem uwielbianym dopiero wówczas, gdy zaczynał mówić. Jego umysł i mowa były cał- kowicie jasne. W ostatnich tygodniach jego głos stawał się często nieoczekiwanie łagodny, a nawet miękki. Jego wygląd i cielesna powłoka zdawały się mówić o tęsknocie za końcem, za grobem, za nicością. Człowiek, który tyle biedy i śmierci sprowadził na ziemię, nie opuścił jej, zanim na wła- snej skórze nie zaznał nędzy i słabości. Ci wszyscy, którzy mieli słuszne powody, by go nie- nawidzić, choć ja ich nie miałem, mogli odczuwać głęboką satysfakcję, patrząc na żałosny 12 Jaskinia obraz jego fizycznego upadku. My natomiast spoglądaliśmy na to ze zgrozą. Byliśmy zbyt młodzi, by spojrzeć obiektywnie. Wiedzieliśmy zbyt mało  i  trzeźwieliśmy bardzo powoli. Gdy wieczorem 1 maja 1945 roku wyczołgaliśmy się z Kancelarii, by przebijać się przez ro- syjskie linie, niewielu z nas wierzyło jeszcze w Führera. Byłem wówczas przekonany, i w tym przekonaniu trwam do dziś, że śmierć dla niego była wybawieniem. Myślę, że gdyby rozka- zał, abym go zastrzelił, uczyniłbym to. Mimo że był już tylko ruiną człowieka, a pod względem politycznym i wojskowym zbliżał się do końca, to nawet w tej samotności w Katakumbie, pozostawał tym Hitle- rem, który rościł pretensje do absolutnej i całkowicie już nierealnej władzy. Z pełnym po- dejrzliwości uporem i ciągle jeszcze pełen misjonarskiego patosu próbował ją sprawować do ostatniego dnia. Nadawało to wydarzeniom w bunkrze jakiegoś teatralnego efektu wy- obcowania, przypominającego sztuki Brechta. Zapatrzony w wyobrażenia zgodne z jego życzeniami i w swe szaleńcze przywidzenia, główny aktor tracił poczucie rzeczywistości. Cienie nabierały cech realnych. Gdy przyglądaliśmy się wydarzeniom w bunkrze, przy- szła nam na myśl słynna przypowieść Platona o jaskini z siódmej księgi jego „Państwa”. Mieszkańcy bunkra byli, podobnie jak więźniowie w platońskiej metafizycznej jaskini, istotami osobliwymi. Godne uwagi jest również, że do ostatniej chwili szli za Hitlerem bez szemrania, mimo iż po każdej naradzie stawało się coraz bardziej oczywiste, jak jego rozkazy, oceny i prognozy niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Spotkamy w  tej książce ponad sto postaci, które przybyły  do  bunkra i  opuściły  go z najrozmaitszych powodów. Wśród nich byli frontowi generałowie, zdający sobie spra- wę z beznadziejności położenia, przynajmniej na ich odcinku. Realistycznie oceniając sy- tuację w  bunkrze odnosili wrażenie, że  jest ona podobna do  sytuacji w  zakładzie dla umysłowo chorych opanowanym przez pacjentów. Tak więc, na  przykład, 23 kwietnia zameldował się u Hitlera generał Helmut Weidling, dowodzący 56. Korpusem Pancer- nym. Hitler chciał go rozstrzelać, bowiem przypuszczał, że Weidling, rozmieszczając swe stanowiska bojowe w Döberitz, na zachód od Berlina, zamierzał uciec. Dowiedziawszy się o tych nonsensownych zarzutach Weidling był oburzony. Potrafił je odeprzeć i opuścił bunkier jako nowy komendant obrony Berlina. Inni odwiedzający wplątani byli w absurdalne intrygi wokół dawno rozwianych na- dziei na odziedziczenie władzy. Jeszcze innych do wizyty w betonowym bunkrze skłania- ło magiczne pragnienie ponownego ujrzenia Hitlera. Pozostawali tam całe dnie albo też tylko kilka godzin, bardzo ważnych godzin w przypadku Alberta Speera i bardzo ma- ło ważnych w przypadku Joachima von Ribbentropa. Jednak nawet jeśli byli to ludzie, którzy dawno porzucili złudzenia i pogodzeni byli z militarnym załamaniem się Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, to z chwilą wkroczenia w tę nierzeczywistą scenerię bunkra, podda- wali się ciągle jeszcze sugestywnemu wpływowi Hitlera, ulegając jedynej w swoim rodza- ju metamorfozie. To rzadko spotykana ucieczka od rzeczywistości. Ona to kazała Speerowi, który jesz- cze w połowie marca 1945 roku przygotowywał za pomocą gazu bojowego zamach na ży- cie Hitlera, złożyć wyznanie wierności: „Mein Führer, stoję bezwarunkowo przy panu”. Milcząc, w atmosferze beznadziejności panującej w Katakumbie, obaj studiowali dawne plany przebudowy Linzu w Wielki Linz, marzenie minionych lat, powstałe na desce kre- ślarskiej. Mniej więcej w tym czasie pojawił się w bunkrze zrozpaczony gauleiter Gdańska, Al- bert Forster, z  wieścią, że  jego miastu zagraża  1.100 radzieckich czołgów, którym mo- że przeciwstawić cztery niemieckie Tygrysy. W tej sytuacji Forster zażądał natychmiasto- wych jasnych decyzji. Po krótkiej rozmowie z Hitlerem był jakby odmieniony. Całkowicie Jaskinia 13 uspokojony, oświadczył wojskowym, że Führer obiecał mu uratować Gdańsk nowymi dy- wizjami i że powątpiewać w to nie wolno. Jeszcze 26 kwietnia, po pełnym przygód locie do Berlina ranny feldmarszałek Robert ritter von Greim, mianowany przed chwilą w bunkrze przez Hitlera następcą Göringa na stanowisko dowódcy nieistniejącej Luftwaffe, starał się telefonicznie natchnąć odwagą swego przygnębionego szefa sztabu, generała Karla Kollera, mówiąc, że jeszcze wszyst- ko na dobre się obróci. Swój pobyt „tu, na dole” odczuł jak kąpiel odmładzającą. Greim odmalował w ten sposób nastrój panujący w najbliższym otoczeniu Hitlera. Cztery dni wcześniej, w niedzielę 22 kwietnia, Sturmbannführer Fritz Beutler – zobaczymy jeszcze, jaka to szczególna misja przywiodła go do bunkra – był świadkiem podobnie absurdalnej euforii w rozmowach ze znanymi mu oficerami SS z przybocznej eskorty Führera. Na je- go, oficera frontowego, pełne troski pytanie, co będzie się działo dalej, otrzymał wypowie- dzianą w najpoważniejszym tonie odpowiedź: „Poczekaj jeszcze trzy doby, a wtedy coś potężnie trzaśnie i wojna będzie wygrana”. Wiele racjonalnie myślących osób uczestniczących w wydarzeniach w bunkrze, zna- jących jego atmosferę, nie może dziś wytłumaczyć swego ówczesnego, dziwnego zacho- wania, bądź czynią to z trudnością. Podobni są w tym do ludzi ocalałych z katastrofy kolejowej albo z pożaru, którzy nie mogąc odtworzyć, co się działo w czasie szaleństwa spowodowanego szokiem, histerią i paniką, nie potrafią powiedzieć, kiedy to się wyda- rzyło i co nakazało im zachowywać się całkowicie nieświadomie. Trzeba jeszcze dodać, że w bunkrze, w którym trudno było odróżnić dzień od nocy, zanikało poczucie czasu. Utrudnia to naocznym świadkom odtwarzanie chronologii wydarzeń. Pomijając Josepha Goebbelsa, reżysera berlińskiego „zmierzchu bogów”, aktorzy tej sceny, niezależnie czy był to generał, czy też kamerdyner, grali drugorzędne role. Główną postacią dramatu był Adolf Hitler, który wielotygodniowemu spektaklowi nadał arystote- lesowską jedność miejsca, czasu i akcji. Podziemna scena – gdzie pełen pogardy dla ludzi dyktator grał po raz ostatni swoją rolę, znajdowała się pod piwnicami starej Kancelarii Rzeszy i pod parkiem, czternaście metrów poniżej poziomu ziemi – była najbezpieczniejszym miejscem w Berlinie. Trudno wyobrazić większy kontrast niż między nędznymi pomieszczeniami bunkra a olbrzymimi salami nowej Kancelarii Rzeszy, w których megalomania narodowosocjalistycznej archi- tektury znalazła swój najpełniejszy wyraz. Kto w ostatnich tygodniach wojny został wezwany rozkazem Hitlera do bunkra, mu- siał przejść piwnicami starej Kancelarii Rzeszy, następnie zszedłszy wiele stopni w dół, przechodził koło pomieszczenia do zmywania naczyń, mijał kantynę załogi, następnie przejście do spiżami (tak zwaną aleję Kannenberga, od nazwiska intendenta domu Hitle- ra, Artura Kannenberga) i wreszcie wchodził do wąskiego pomieszczenia, które było za- mknięte trzema wodoszczelnymi i hermetycznymi podwójnymi opancerzonymi drzwia- mi. Pierwsze prowadziły do piwnic Kancelarii Rzeszy, drugie do schodów zewnętrznych, prowadzących do ogrodu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, trzecimi zaś wchodziło się do korytarza tak zwanego bunkra przedniego. Korytarz ten, położony pośrodku bunkra, był zarazem jadalnią. Po obu jego stronach znajdowało się sześć pokoi, przypominają- cych kabiny. Po prawej Goebbelsowie zajmowali cztery pomieszczenia, a w dwóch dal- szych kwaterował personel. Po lewej znajdowały się pomieszczenia z zapasami, piwnica na wino i kuchnia Constanze Manzialy, pochodzącej z Wiednia dietetyczki Hitlera. Przy drugim końcu korytarza znajdowały się półokrągłe betonowe schody prowadzą- ce do  położonego dwa i  pół metra niżej właściwego bunkra. Była  to  ostatnia kwatera Hitlera. Tutaj, w  najgłębiej położonej części budowli, znajdowało  się osiemnaście po- mieszczeń, rozdzielonych korytarzem biegnącym środkiem bunkra. Korytarz w połowie 14 Jaskinia długości dzieliła poprzeczna ściana. Wszystkie pomieszczenia tej części bunkra były cia- sne i niewygodne. Przednia część korytarza służyła jako poczekalnia, a z niej po prawej stronie wchodziło się do maszynowni z agregatem prądotwórczym, do wartowni i do cen- trali telefonicznej, po lewej zaś do przedpokoju, w którym przebywały psy prominent- nych lokatorów, do umywalni i toalety. Tylnej części korytarza używano jako „wielkiego pokoju konferencyjnego” i  jako poczekalni. „Mieszkanie Führera”, położone po  lewej stronie korytarza, składało się z sześciu pokoików. W sypialni znajdowało się pojedyncze łóżko, stolik nocny i komoda na ubrania. W saloniku stała sofa, niski stolik, dwa fotele i niewielki sekretarzyk. Na ścianie wisiał cenny portret olejny przedstawiający Fryderyka Wielkiego. Ewa Braun kazała swój pokój urządzić tak, aby mógł jej służyć również jako sypialnia. Obok znajdowała się łazienka i garderoba. Hitler do swego saloniku wchodził z korytarza przez przedpokój, którego kamerdyner Heinz Linge używał jako swojego biura. Ostatnie z sześciu pomieszczeń to pokój map, w którym dwa razy dziennie odbywały się narady sytuacyjne. Po drugiej stronie środkowego korytarza znajdowała się sypialnia Goebbel- sa, w której do czasu swego wyjazdu 22 kwietnia, zamieszkiwał lekarz Hitlera, dr More- ll. Za sypialnią Goebbelsa mieścił się sekretariat, dalej pokój zabiegowy ostatniego leka- rza przybocznego Führera, dr. Ludwiga Stumpfeggera, i wreszcie kwatera ordynansów. Drzwi na samym końcu korytarza prowadziły do pokoju wypoczynkowego wartowników, zwanego psim bunkrem. Stamtąd na lewo wchodziło się do betonowej wieży obserwacyj- nej, której nie zdążono ukończyć. Po przeciwległej stronie „psiego bunkra” umieszczono drzwi do czteropiętrowej klatki schodowej prowadzącej do wyjścia zapasowego. Wyjście to znajdowało się w trzymetrowej wysokości bloku betonowym, znajdującym się w ogro- dzie. Bunkier przedni oraz bunkier Führera miały łącznie około 300 metrów kwadrato- wych powierzchni użytkowej. Tak wyglądał ostatni Lebensraum Hitlera. Obszerny dziedziniec wewnętrzny Kancelarii Rzeszy, który z dużym staraniem zamie- niono na ogród, wówczas już zniszczony przez bomby, był zamknięty ciągiem budynków przy Wilhelmstrasse i Vossstrasse, koszarami SS przy Hermann–Göring–Strasse i szklar- nią z murem biegnącym w kierunku ogrodów Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dzie- dziniec był więc niewidoczny od strony otaczających go ulic. Wyjście zapasowe z bunkra i wieżę obserwacyjną łączył niewykończony rów łącznikowy o głębokości około jednego metra. Na dziedzińcu stała jeszcze betoniarka i leżał stos desek szalunkowych. W chaosie ostatnich dwóch tygodni nikt już się nie troszczył, by sprzątnąć maszynę i materiały bu- dowlane. Robotnicy cichaczem znikli. Katakumba pod Kancelarią Rzeszy składała się z połączonych sześciu większych i wie- lu mniejszych bunkrów, stanowiących labirynt, który Dedal mógłby wymyślić dla Mino- sa. Osoby z otoczenia Hitlera, z którymi spotkamy się w tej książce, w większości nie by- ły zakwaterowane w bunkrze, lecz w niezbyt głębokich, ale solidnych pomieszczeniach piwnicznych pod nową Kancelarią Rzeszy i pod koszarami SS. Ludzie ci jednak byli loka- torami bunkra, ponieważ każdy z nich odegrał aktywną rolę w tej ostatniej scenie, w tym spektaklu bowiem nie występowali statyści. We wschodnim skrzydle piwnic pod nową Kancelarią Rzeszy znajdowały się pomiesz- czenia dla adiutantury i osobistego sztabu Hitlera. Tu mieszkał doradca Hitlera, Mar- tin Bormann, oraz Standartenführer SS Wilhelm Zander i jego przyrodni brat, koman- dor Albrecht, adiutant Hitlera (który często przedkładając rozmaite zażalenia, narażał się na  niechęć „Szefa”). W  tym ciągu piwnic znajdowały  się kwatery sekretarek Hitle- ra i Bormanna: Gertrudy Junge, Gerdy Christian i Else Krüger. Tu mieszkał też szwa- gier Ewy Braun, Gruppenführer SS, Hermann Fegelein, przedstawiciel Himmlera przy głównej kwaterze Führera; ostatni szef Sztabu Generalnego, generał Hans Krebs ze swym Jaskinia 15 adiutantem majorem Bernd von Freytag–Loringhoven oraz pierwszym oficerem łączni- kowym, rotmistrzem Gerhardem Boldtem; naczelny adiutant Hitlera, generał Wilhelm Burgdorf ze swym pomocnikiem, podpułkownikiem Weissem; adiutant SS przy Hitle- rze, Sturmbannführer Otto Günsche; adiutant Luftwaffe pułkownik Nikolaus von Be- low; wiceadmirał Hans Erich Voss, który był przy Hitlerze przedstawicielem admira- ła  Dönitza; ambasador Walter Hewel, stały  przedstawiciel Ribbentropa przy kwaterze głównej Führera; adiutant wojsk lądowych major Willi Johannmeier; osobisty pilot Hitle- ra i dowódca jego eskadry, generał porucznik Hans Baur, i drugi pilot Hitlera, pułkow- nik Beetz. W tym ciągu piwnic znajdowały się również: stacja łączności Wehrmachtu przy Kancelarii Rzeszy oraz kwatery dla operatorów radiowych, operatorów pomocniczych i  reszty personelu, począwszy od  ordynansów i  pisarzy, a  skończywszy na  kreślarzach map i pomocnikach kuchennych. W sąsiadujących pomieszczeniach piwnicznych, mniej więcej pod „Salą Okrągłą” zainstalował swe stanowisko bojowe generał major Wilhelm Mohnke, dowódca berlińskiej „Cytadeli” i jednocześnie dowódca tysiącosobowej załogi Kancelarii Rzeszy. Tuż obok znajdował się, utworzony w momencie rozpoczęcia nalotów, szpital polowy, w którym przez ostatnie dziesięć dni operowali profesor chirurgii Werner Haase i internista, profesor Ernst–Günther Schenck. Ci ostatni to również dramatis per- sonae tej tragedii. Wszystkie dojścia do bunkra były pilnie strzeżone przez posterunki SS. Stały one przy klatce schodowej wyjścia zapasowego, w przejściach piwnicznych, w przedpokoju bun- kra Führera. Ci, którzy nie należeli do najbliższego kręgu Hitlera, mieli dostęp do bun- kra tylko po oddaniu broni bocznej i teczki oraz wielokrotnym okazaniu legitymacji. Do- tyczyło to również generałów. Nad osobistym bezpieczeństwem Hitlera i innych wysoko postawionych przywódców narodowosocjalistycznych sprawowały pieczę dwie odrębne organizacje: kierowana przez Brigadeführera SS Johanna Rattenhubera Służba Bezpie- czeństwa Rzeszy – RSD (nie mylić ze Służbą Bezpieczeństwa SD Głównego Urzędu Bez- pieczeństwa Rzeszy), która składała się z urzędników policji kryminalnej mających stop- nie służbowe SS, oraz składający się z  żołnierzy oddział eskorty przybocznej Führera (wspomniane już FBK) pod dowództwem Obersturmbannführera SS Franza Schädlego. Kierowana przez Standartenführera Högla placówka służbowa nr 1 Służby Bezpieczeń- stwa Rzeszy była odpowiedzialna za osobiste bezpieczeństwo Hitlera. Część funkcjona- riuszy tej organizacji znajdowała się w Katakumbie, część zaś w Obersalzbergu. Nic lepiej nie symbolizowało izolacji Hitlera od stolicy niż całkowite uniezależnienie jego bunkra od publicznej sieci zaopatrzenia. Ze specjalnej studni czerpano wodę, agre- gaty dieslowskie wytwarzały prąd potrzebny do oświetlenia, ogrzewania, pracy pompy wodnej, wentylatorów i  centrali telefonicznej. Duże  ilości żywności, wyrobów tytonio- wych i napojów zgromadzono w pomieszczeniach składowych. Nawet powietrze berliń- skie było doprowadzane, na polecenie Hitlera, przez specjalny system filtrów. Do ostat- niego dnia Hitler obawiał się, że Rosjanie mogą przy użyciu gazów sparaliżować obsadę bunkra i pochwycić go żywcem. W nocy z 15 na 16 stycznia 1945 roku Hitler powrócił do Berlina specjalnym pociągiem z  kwatery głównej „Adlerhorst” (Orle Gniazdo), położonej koło  Bad Nauheim w  gó- rach Taunusu i wczesnym rankiem przejechał z Dworca Śląskiego do Kancelarii Rzeszy. Z „Adlerhorst” kierował ostatnią ofensywą Wehrmachtu na froncie zachodnim – operacją „Jesienna Mgła”. Elitarne dywizje pancerne, które wycofano z frontu wschodniego, mia- ły na 120–kilometrowym odcinku frontu przebić się przez zaśnieżone Ardeny do Mozy, a stamtąd uderzyć w kierunku Antwerpii, by przeciąć najważniejsze alianckie linie zaopa- trzenia, a następnie zniszczyć wojska nieprzyjacielskie na północ od Akwizgranu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Katakumba
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: