Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00328 008766 14653172 na godz. na dobę w sumie
Kielich Życia - Odkrycie - ebook/pdf
Kielich Życia - Odkrycie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 53
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-924878-4-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Dwójka różnych ludzi dowiaduje się o istnieniu cudownego Kielicha leczącego wszelkie choroby i przywracającego młodość. Są nimi - młody szlachcic, którego świeżo poślubiona żona okazuje się nieuleczalnie chorą, oraz  stary lecz bogaty i bezwzględny Baron. Na domiar złego, Baron posługując się Wiedźmą nieopatrznie wyprowadził z zaświatów na świat odwieczne Zło, które także ma swoje zamiary wobec poszukujących Kielicha.  Ale czy Kielich rzeczywiście istnieje? Czy może jest tylko kolejną legendą, za którą bezskutecznie uganiają się kolejne pokolenia ludzi?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 KIELICH ŻYCIA ODKRYCIE WROCŁAW 2006 ISBN 978-83-924878-4-5 © Copyright Arnold Buzdygan www.arnoldbuzdygan.com 2 ODKRYCIE Baron Eryk von Legestein, siwy i łysiejący staruszek o zasuszonej twarzy, podniósł głowę znad opasłego tomu. - Aronie przynieś pieniądze - zwrócił się do potężnej postaci stojącej bez ruchu w cieniu światła rzucanego przez stołową lampkę. Siedzący po drugiej stronie biurka młody mężczyzna poruszył się nerwowo -Mówiłem, że warta jest ceny jaką podałem, gdybym... - Zdzierca z ciebie Jaszyn! – Przerwał mu starzec i uśmiechnął się przebiegle - Masz szczęście, że twój ojciec - kontynuował specjalnie przeciągając wypowiedź - ma jeszcze parę innych rzeczy, które mnie interesują... Chłopak przełknął ślinę - Ja... ja...Nie mogę... To by się wydało... - A to już twój problem. Pomyśl... Co ci grozi...? Najwyżej ojciec wygarbuje ci skórę... Do pokoju wrócił osiłek, położył na stole paczkę banknotów z małym stosikiem papierów i wrócił na swoje miejsce w cieniu lampy. Młodzieniec sięgnął po banknoty chcąc je zabrać, ale staruszek powstrzymał go, przyciskając mu lekko rękę do stołu oficerskim pejczem. - Zastanów się - trącił lekko pieniądze - tu są pieniądze. Tyle ile chciałeś... A tu - trącił kupkę papierów – są WSZYSTKIE twoje weksle... Dostaniesz to i to, jeśli przyniesiesz mi to, co chciałem. - Skąd pan ma moje weksle? - zapytał przerażony Jaszyn. - Kupiłem je... - starzec wzruszył ramionami - czy to ważne? Istotne jest to, że możesz zrobić dobry interes. Jednym ruchem pozbędziesz się wszystkich swoich długów. Pomyśl o tym... - Dobrze, pomyślę... - chłopak podniósł się i ponownie sięgnął po banknoty... - Nie! Teraz! Albo bierzesz wszystko, albo nic... Młodzieniec opadł na krzesło, na jego czole pojawiły się krople potu, myśli kłębiły się w szalonym tempie. Baron siedział rozluźniony i czekał. Wiedział, że w tej chwili przegra ten, kto się odezwie pierwszy. W pokoju zapanowała nieznośna cisza, przerywana tykaniem zegara. Nagle twarz Jaszyna przybrała zacięty wyraz 3 - Niech tak będzie, kiedy mam to przynieść? - Najlepiej dziś, po co zwlekać? Baron uśmiechnął się w duchu. - Dobrze, zaraz wracam. - Aronie odprowadź pana - rzekł staruszek i uśmiechnął się do młodzieńca. Gdy wyszli pochylił się ponownie nad książką i zaczął ją delikatnie wertować. Jego twarz wyrażała ogromne zadowolenie. Duża wskazówka zegara na biurku wskazywała cyfrę 8. Do pokoju wrócił służący. - Aronie podejdź tu i zobacz, jaką piękną książkę kupiliśmy. I to za tak małe pieniądze, hahahaha!!! - sztuczny śmiech rozniósł się echem po dużym pomieszczeniu - gdyby on wiedział, jak tanio stały jego weksle, hahahaha!!! Obaj mężczyźni z uwagą oddali się przeglądaniu książki. Gdy zabrzmiał gong przy drzwiach, była już dziewiąta. Aron bez słowa wstał i poszedł wprowadzić gościa. Po chwili wrócił razem z Jaszynem, trzymającym pod pachą zawiniątko sporych rozmiarów. Rozwinął je i położył na stole dużą książkę w twardej oprawie obitą skórą, ze złotymi i srebrnymi inskrypcjami. Baron uśmiechnął się i wskazał głową na leżące obok pieniądze i weksle. Chłopak odetchnął z ulgą, wziął je i dumnym krokiem opuścił pokój. Całe zdarzenie odbyło się bez żadnego słowa. Aron ponownie go odprowadził. Baron odłożył poprzednią książkę i zaczął oglądać nową. Sługa wrócił i przyłączył się. - Ależ to falsyfikat! Ja znam to pismo! - Wykrzyknął nagle Aron. - Co?! Jak to znasz? - zdziwił się Baron. - Widziałem je już, na tej książce Gutenberga. - Niemożliwe przynieś ją natychmiast! Aron zerwał się i podszedł do ściany, gdzie stały regały wypełnione dużą ilością starych ksiąg. Szybko wybrał jeden z nich i wrócił. Przewertował i wskazał palcem zapiski na właśnie otwartej stronie: - Tutaj na akapitach są odręczne uwagi, popatrz Panie. Takie same pismo, jakim napisana jest ta książka. Staruszek z napięciem przenosił wzrok z jednej książki na drugą 4 - Hmm... Bardzo podobne, Ty to masz pamięć – Pochwalił Arona Baron. Zawsze fascynowała go jego bezwzględna, fotograficzna pamięć. Oblicze Arona przybrało błogi wyraz - Hmm... Aronie załóżmy, że pisała to ta sama osoba, jakie mogą być wnioski? Aron przez chwilę się zastanawiał: - Pierwszy, że ta ręcznie pisana książka to falsyfikat napisany 139 lat po tym jak jest datowana przez autora. Drugi, że żyły dwie osoby w różnych wiekach, które miały podobne pismo. - Hmm... -zadumał się baron - druga teza jest mało prawdopodobna, pierwsza hmm... Też... - baron stukał nerwowo palami po blacie stołu. - Po co ktoś miałby podrabiać książkę sprzed ledwie 100 lat? Przecież napisanie takiego tomu zajmowało kilka lat – a te wszystkie zdobienia, ornamenty, ozdobne akapity. Po co ktoś miałby zadawać sobie taki trud? - Może być jeszcze jedna ewentualność...- Nieśmiało zauważył służący. - Tak...? – Zainteresował się Baron - Był ktoś, kto żył 139 lat! „A właściwie więcej” - pomyślał Baron. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. - Musiał żyć więcej - rzekł do Arona - przecież nie nauczył się pisać w kołysce. - Tak panie - poprawił się Aron - trzeba dodać, co najmniej 12 lat, bo pismo jest zbyt równe. Daje to 151 lat. Dreszcz wewnątrz ciała Barona stawał się dojmująco przenikliwy. Jego umysł kojarzył różne drobne informacje, które składały się na bardzo niepokojące wnioski. - Trochę długo...- Wymamrotał. Przeszedł się w tą i we w tą. - Aronie, jakie znasz przekazy o długowieczności ludzi? Służący zastanawia się przez chwilę, końcu recytuje: - Matuzalem, Żyd Wieczny Tułacz, legenda o Św. Graalu mówi, że dawał on nieśmiertelność. - Św. Graal! - Wstrząsnął nim dreszcz - ten człowiek mógł go mieć!!! - A jeśli on go miał to ja też mogę - pomyślał. - Jutro rozpoczynamy poszukiwania. Znajdź kogoś, kto potrafi przetłumaczyć te zapiski. Może jest w nich jakaś wskazówka. - Tak jest Panie. 5 - A teraz wyśpijmy się, bo jutro czeka nas dużo pracy. Tylko wcześniej połóż książki na swoje nowe miejsca. - Tak jest Panie. Starzec poszedł do swojej sypialni i położył się. Natychmiast przyszła do niego Iza, ale przepędził ją. Dziś chciał być sam - emocjonalne podniecenie nie pozwalało mu na inne rzeczy niż rozmyślania nad autorem zapisków. W końcu zasnął, ale miał niespokojny sen. Śniło mu się, że to jego wrogowie uknuli spisek, podrobili księgę i w sprytny sposób mu ją podrzucili za pośrednictwem młodego Jaszyna. Obudził się zlany potem w momencie, gdy przyśniła mu się czarna śmierć z kosą przyprowadzona do niego przez prześmiewających się zza jej pleców wrogów nadzieja jest matką głupich , nadzieja jest matką głupich… . Baron usiadł przerażony na łóżku. - O nie, nie pozwolę na to! Graalu! Zdobędę Cię nawet, jeśli nie istniejesz!- Złożył sobie przysięgę i zasnął ponownie. Ale nie tylko on miał meczącą noc…W chwili przysięgi pewien starszy człowiek w innym kraju i mieście obudził się niespokojny i rozdrażniony. Pierwszy raz od wielu, bardzo wielu lat... Tak samo niespokojna obudziła się pewna wiekowa samotna kobieta. Za wiedźmę przez ludzi uważana przez dar wróżenia, który posiadała. Oboje odczuli to samo - coś na granicy podświadomości nie dawało im spokoju. Wczuli się w siebie - wiedzieli, że nie zasną, jeśli nie określą źródła dręczącego ich niepokoju... I nie zawiedli się. Lecz tym razem odkrycie powodu nie ukoiło... Czuli napięcie. Czuli całym swym jestestwem, że dzieje się coś, co ich przerasta... Zmożeni, w końcu zasnęli: on niespokojny i zatrwożony, ona wręcz podekscytowana z zadowolenia, choć ich przeczucie było to samo: Coś drapieżnego bezlitośnie napięło struny losu… 6 DIAGNOZA - Wie Pan, co to jest Panie doktorze? Kobieta z napięciem wpatrywała się w lekarza składającego swoje przybory. - Obawiam się, że tak – doktor był zasmucony. - Obawia się Pan!?- trwoga załamała kobiecie głos. - Tak, to jest gruźlica. Bardzo posunięta gruźlica. Jeśli przeżyje więcej niż 2 lata to będzie cud. - Nie, to niemożliwe! Kobieta nerwowo rozglądała się po izbie szukając poparcia u będących w izbie młodego mężczyzny i zakonnika - Owszem kaszlała, słabła czasami, ale przecież nie pluła krwią... ooo... Nawet głowa jej nie bolała. - No cóż - smutno powiedział lekarz - niestety to bardzo zaawansowana gruźlica. Podamy jej leki, to trochę powstrzyma chorobę, ale już jej nie wyleczą. - O Boże! - kobieta zakrzyknęła, rozszlochała się i wtuliła w pierś postawnego mężczyzny w habicie. - Spokojnie, spokojnie na pewno coś wymyślimy - uspokajał ją zakonnik. Młody, dwudziestokilkuletni mężczyzna z trudem hamował łzy. Dziewczyna, o której mówiono była jego narzeczoną. Dopiero, co z trudem udało mu się przekonać rodzinę do tego mezaliansu . Wreszcie byliszczęśliwi! A tu ta choroba. - Myślę, że powinna o tym wiedzieć – lekarz popatrzył na młodzieńca Marka - chyba byłoby najlepiej, gdybyś to ty jej powiedział. - Tak, na pewno – zgodził się z nim zrezygnowany Marek. Chłopak zebrał się w sobie i wszedł do pokoju obok. W łóżku leżała młoda dziewczyna. Uśmiechnęła się na jego widok i wyciągnęła rękę. Jednak jej uśmiech zamarł, gdy dostrzegła smutek na jego twarzy. Marek wziął jej rękę i siadając obok niej przytulił do swojej piersi. - Co się stało? - Zapytała osłabionym głosem Nabrał powietrza do płuc, wypuścił szybko i po chwili milczenia rzekł cicho. - Lekarz powiedział, że..., że mamy dla siebie najwyżej 2 lata. 7 Z oczu pociekły mu łzy, których nie mógł już pohamować, a ciałem wstrząsnął bezgłośny płacz. Dziewczyna także płakała. Uniosła się i przytuliła do Marka. Szloch wyrywał jej się z piersi, tamował oddech, ale mimo to, zdołała wyszeptać: - Ciiii... Kochany... Ciii... To i tak więcej niż dostają inni. Nie płacz, nie płacz. Ale i jej nie udawało się powstrzymać łez. Dlaczego jej miłość ciągle go krzywdzi, choć tak bardzo go kocha: najpierw konflikty z ojcem, a teraz to... Dlaczego tylko 2 lata? Poczucie niesprawiedliwej krzywdy wywołało następną falę łez. Gdy po kilku minutach lekarz zajrzał do ich pokoju, trwali nadal utuleni w sobie i swoim żalu. Zamknął, więc cicho drzwi i skierował się do wyjścia. - Niech Pani zostawi ich teraz razem – zwrócił się do matki dziewczyny - Może niech pojedzie z bratem Albertem do zakonu. Jeśli zobaczą Panią w takim stanie, to się nigdy nie uspokoją. - Ma Pan rację doktorze. Zabiorę ją do nas – zgodził się z nim mnich. - Niech Brat Albert daj jej jakieś proste zajęcie, odsunie to od niej choć trochę te smutne myśli. - Dobrze... Chodźmy, podwiezie po drodze doktora do miasta. Talizman Hrabia Ryszard Barski uderzył ręką w stół, aż zabrzęczały sztućce. - Gdzie jest ten nicpoń! Przecież wie, że wspólna piątkowa kolacja jest mnie świętością!-gruby i rubasznie wyglądający mężczyzna nie krył swojej irytacji. Oprócz niego przy stole siedziały dwie nastolatki w wieku około 15 - 17 lat i postawna kobieta będąca jego żoną. Wszyscy czekali z rozpoczęciem kolacji na przyjście Marka. Lokaj patrzył na to z niepokojem. Wiedział, że jego pracodawca cierpia na kwasotę żołądka i po takiej złości może mu kolacja nie smakować. A wtedy za jego zły humor dostawało się całej służbie - a to „tu jest kurz”, a „kto to widział, żeby...”, „to tak nie będzie” itd. Rozważał już w myślach, do czego tym razem hrabia może mieć pretensje, gdy weszła służąca: - Panicza może dzisiaj nie być - powiedziała nieśmiało. - CO?! A to, dlaczego?! Kto mu pozwolił?! 8 Mężczyzna za stołem zrobił się czerwony ze złości. - Uspokój się Ryszardzie, to ci szkodzi - odezwała się pojednawczo jego żona. - Dlaczego może go nie być? - zwróciła się do kucharki. - Słyszałam, że Ala zasłabła i był u niej lekarz i... i... Kucharka stała przerażona, bo nie wiedziała, jak to powiedzieć - I powiedział, że ona... że ona umrze... - dokończyła cicho. - Co? Co ty dziewczyno pleciesz?! - zdenerwowała się kobieta - takie rzeczy przy jedzeniu... Jak to umrzeć? Nie umiera się ot tak sobie. - Ona ma gruźlicę i umrze za 2 lata. Tak powiedział lekarz -szybko wykrztusiła z siebie dziewczyna. Zapanowało milczenie. -Teraz Panicz tam siedzi u niej to pewni i zapomniał... to chciałam powiedzieć... – i błagalnym tonem dodała: mogę już wyjść? - Tak, idź – szorstko oddalił ją Ryszard. To, co usłyszał pozbawiło go wewnętrznej złości, ale zaskoczenie spowodowało, że organizm jeszcze nie zareagował i nadal był czerwony jak burak. Dopiero po chwili jego twarz nabrała normalny kolor. - No to jemy sami - stwierdziła spokojnie kobieta -No i widzisz mężu... nawet Bóg nas popiera i jest przeciwny takiej wszeteczności... Kto to widział, żeby dziedzic chłopkę za żonę brał. To przeciw naturze! - Milcz kobieto!!! - wrzasnął mężczyzna uderzając potężnie w stół - Co za brednie gadasz! Wszyscy zamarli w pół ruchu, a młodsza dziewczynka siedząca przy stole rozpłakała się. To go osadziło, sapnął kilka razy i wyszedł energicznie z komnaty. Zamyślony przeszedł kilka razy przez korytarz, jakby nie mógł się zdecydować gdzie pójść, nagle stanął gwałtownie, chwycił się ręką za czoło jakby sobie coś przypomniał i krzyknął - Kolaskę mi szykujcie! Natychmiast! Zbiegł na podwórze, i niecierpliwie poganiając stajennych zaprzągł powóz, a potem ruszył w stronę majaczącej w oddali monumentalnej budowli – klasztoru. 9 Klasztor Gdy do niego dotarł już się ściemniało. Zastukał do bramy i po chwili… otworzył mu garbaty staruszek w habicie. - Chcę rozmawiać z bratem Albertem... Teraz! - Dobrze już otwieram, już otwieram. Stary mnich miał już swoje lata i nie tylko mówił powoli, ale też otwarcie wrót zajmowało mu dłuższą chwilę - Brat Albert jest teraz w swojej celi, na... - Wiem gdzie. Zniecierpliwił się Ryszard i udał się do celi Brata Alberta. Ten już zdążył dowiedzieć się o jego przyjeździe i już na niego czekał. - Witam, witam - powiedział ciepło - cóż to za sprawa nie cierpiąca zwłoki, że o tak późnej porze mam odwiedziny? - Przepraszam za to najście... Hrabia podał kapelusz i laseczkę oczekującemu na to mnichowi i kontynuował - Czy słyszał już Brat Albert o narzeczonej mojego syna? - Tak, niestety to bardzo zła wiadomość, ale chyba nie dla ciebie? Brat Albert miał zwyczaj zwracania się do wszystkich na Ty nie zważając na konwenanse. - Byłeś bardzo przeciwny temu małżeństwu – zauważył. - Tak, i nadal uważam, że to zły pomysł, ale nie po to tu przyszedłem. - A po co? - Wasz klasztor przechowuje tutaj coś, co należy do naszego rodu. Przyszedłem po tę rzecz. Pierwszy raz zobaczył zaskoczenie na twarzy Brata Alberta. - Talizman? Przyszedłeś po Talizman? Czyżbyś zapomniał, z czym to się wiąże? - Nie, nie zapomniałem... - Twój prapradziad zostawił go nam na przechowanie ponad 200 lat temu w zamian za to, że nasz zakon otrzyma połowę, jeśli ktoś z Waszej rodziny zechce go z powrotem. 1 - I to mogą być najlepsze kawałki ziemi - dodał z przejęciem mnich stojący obok i pełniący funkcje skarbnika w zakonie. - Zgadza się, dostaniecie ziemię, o którą poprosicie... – potwierdził Hrabia. - Był też postawiony warunek - dodał brat Albert - Talizman można wydać tylko wtedy, gdy ktoś młody z Waszej rodziny jest śmiertelnie chory. Nie wydaje mi się, żeby był on spełniony. - Alicja... - wyszeptał Ryszard - były oficjalne zaręczyny, jest, więc już w rodzinie. - Ach! Alicja... - zadumał się mnich - zaskakujesz mnie Ryszardzie! Najpierw chcesz wydziedziczyć syna, jeśli weźmie ślub z Alicją, a teraz oddajesz za tą dziewczynę połowę majątku? Masz przecież jeszcze dwójkę dzieci. Czy to nie za wysoka cena? - Czy uważasz, że jakikolwiek kawałek jakiejś gleby, pieniędzy albo złota jest dla mnie więcej wart niż szczęście mojego syna? Nawet, jeśli nie akceptuję jego wyboru? - Widać, że nie! - mnich z aprobatą pokiwał głową. Zapadła dłuższa chwila ciszy. - Chcę ziemię leżącą na południe od lasu – w końcu odezwał się mnich - Czy zgadzasz się? - Oczywiście! - Ależ bracie Albercie - z oburzeniem wtrącił skarbnik – to słabe ziemie, lepsze są... - Nie bądź chciwy bracie - przerwał mu brat Albert - wstrzemięźliwość to reguła naszego zakonu. - Wybacz Bracie... Zapomniałem się.... - Kontrakt uważam za zawarty - donośnie i uroczyście powiedział mnich. - Papiery spiszemy jutro. Teraz chodź. Przekażę Ci Talizman i oby był wart Twojego poświęcenia. Mnich wstał i skierowali się do drzwi. Poprowadził ich do podziemi klasztoru. Zatrzymali się przed szerokimi schodami prowadzącymi w głąb ziemi i każdy z nich wziął po jednej pochodni z wiązki wiszącej na ścianie. Zapalili je i zeszli w dół. Drgające światło i mrok czający się za jego zasięgiem nadawał niesamowity klimat ich wędrówce. Schody nie wiły się wokół kolumny, jak to 1 przeważnie bywało w takich budowlach, lecz schodziły prosto w dół. Nie widząc już ich początku ani końca wydawało się, że prowadzą do samych piekieł. Zimny dreszcz przebiegł Ryszardowi po plecach. Nagle w poświacie pochodni pojawiła się ściana, która przegradzała stopnie. Mnich nie podszedł do niej, lecz do ściany bocznej i naparł na nią. Ściana ustąpiła pod jego ciałem odchylając się na bok i ich oczom ukazał się korytarz. Weszli do niego i po paru krokach natknęli się na kałużę wody gdzieś na dwa kroki. Choć korytarz prowadził dalej to jednak Albert przystanął i dokładnie oświetliwszy ścianę korytarza przyglądał się kamieniom, na których wyryte były jakieś znaki. Po chwili oparł dłoń na jednym z nich i pchnął go silnie. Kamień wcisnął się w głąb ściany i nagle powierzchnia wody wzburzyła się a zza murów, z wnętrza ziemi, dobiegł przeciągły jęk stroszący włosy i ścinający krew w żyłach. Mnisi siedzący w swoich celach jak na komendę unieśli głowy i po chwili nasłuchiwania niespokojni wybiegli udając się do głównej komnaty. - Ta woda to taka niegroźna pułapka dla kogoś, kto zapuściłby się w ten korytarz - spokojny głos mnicha uspokoił napięte nerwy - ma wywołać lęk przed innymi pułapkami i zniechęcenie potencjalnego śmiałka. Ponadto ukrywa ona wejście do właściwego korytarza. Rzeczywiście opadające lustro wody odsłaniało pochylnię, odbijająca w prawo prostopadle do kierunku korytarza, w którym stali. Wkrótce okazało się, że pochylnia przechodzi w schody. - A to zawodzenie? – zainteresował się Hrabia. - Ach... to spływająca kanałem woda wypycha powietrze przez przemyślnie skonstruowane otwory i kominy. W efekcie ruchu powietrza powstaje odgłos, który słychać w całym klasztorze. To dodatkowe zabezpieczenie - gdyby ktoś się tu dostał i spuścił wodę tak jak ja - od razu wiedziałby o tym cały klasztor. Zapewne teraz nasz kochany skarbnik uspokaja resztę braci... Mnich uśmiechnął się łobuzersko i zaczął ostrożnie schodzić, a właściwie ześlizgiwać się w dół. Ryszard poszedł w jego ślady. Gdyby teraz ktoś uważny obserwował staw znajdujący się kilkaset metrów od klasztoru, zobaczyłby, że jego powierzchnia spieniła się, a poziom wody zaczął się gwałtowanie 1 podnosić. Jednakże było już późno i nikt nie mógł tego widzieć. Wkrótce schody skończyły się i szli teraz przez chwilę wzdłuż krótkiego korytarza - bokiem jego podłoża biegł tunel, po którego dnie płynęła woda. Potępieńczy odgłos zamilkł tak nagle jak się pojawił - teraz zapanowała niepokojąca cisza przerywana chlupotaniem ich kroków, kapaniem wody z sufitu oraz sykiem parujących na pochodni kropli. Po chwili ponownie weszli na schody, prowadzące tym razem w górę. Ryszard zorientował się, że woda zalewając tunel blokowała dostęp do tych schodów. Wkrótce weszli do nowego korytarza, znajdującego się znacznie powyżej lustra wody. Korytarz ten o tyle był inny od wcześniejszych, że znajdowało się w nim mnóstwo solidnie wyglądających drzwi, a na jego ścianach aż roiło się od różnorakich symboli. Mnich obserwował je uważnie aż przy jednym z nich się zatrzymał. Wyciągnął niewielkie dłutko i zaczął wydłubywać zaprawę wokół jednego z kamieni tworzących ścianę. Nie było to trudne i po chwili kamień zaczął się chybotać i w końcu dał się wysunąć. Odsłonił on niszę, w której leżało nieduże zawiniątko. Wyciągnął je i podał Ryszardowi, który wziął go z namaszczeniem i nieokreślonym uczuciem w sercu. Była to niewielka szkatułka owinięta tłustą tkaniną. - Oto własność Twojego rodu, niech Ci służy jak najlepiej... Mimo woli brata Alberta zabrzmiało to bardzo uroczyście. Najwyraźniej także czuł magię tej chwili. Nie mogli tego wiedzieć, a jednak mieli wrażenie, że stoją w obliczu czegoś, co umyka ludzkiemu doświadczeniu. Niepokój drgał w ich sercach - czuli, że ten z pozoru mało istotny ruch uruchamia lawinę nieprzewidywalnych i niezwykle znaczących zdarzeń. Nie było odpowiedzi na to czy będą one dobre czy też złe. Kamień wrócił na swoje miejsce, mnich otrzepał ręce i ruszyli w drogę powrotną. Pomimo, że Ryszard przejęty był pakunkiem, który niósł zauważył, że poziom wody w tunelu podniósł się i dochodził już do poziomu korytarza: - Czyżby woda już przybywała? – zdziwił się. - Tak - potwierdził mnich - mechanizm jest taki, że woda po spłynięciu natychmiast zaczyna się ponownie gromadzić. To także jest zabezpieczenie przed złodziejami - jeśli próbowałby tu ktoś myszkować woda odcięłaby mu powrót. 1 - I co wtedy? - Nic... Z tamtej strony też jest mechanizm spuszczania wody, ale działa dopiero po wypełnieniu się całego korytarza. No i oczywiście trzeba wiedzieć gdzie się znajduje... Trzeba, więc czekać. A to daje nam szansę na wezwanie pomocy. Choć muszę się przyznać, że w całej historii naszego zakonu jeszcze nie było takiego przypadku. - Odcięcia przez wodę, czy próby nieuprawnionego wejścia tutaj? - I tego i tego - Albert uśmiechnął się. Po wyjściu z podziemi odprowadził Ryszarda do bramy i poczekał, aż ten wsiądzie do powozu. - Zawsze ciekawiło mnie, co też znajduje się w tej szkatułce – wyjawił - Czy zrobisz mi przysługę i powiesz mi, co to jest? - Ależ oczywiście! – Potwierdził Hrabia No to do jutra... Spotkamy się u notariusza. - Z Bogiem... Mnich uniósł rękę i kreśląc w powietrzu znak krzyża pobłogosławił Ryszarda - Będę czekał z niecierpliwością...- Dodał za odjeżdżającym - I nie jedź szybko jest już ciemno. 1 LEGENDA Ryszard dotarł do domu w kilkanaście minut. Rzucił wierzchnią odzież lokajowi, który na niego wytrwale czekał i skierował się do pokoju syna. - Czy Marek już wrócił? – Zapytał. - Nie Panie, jeszcze nie... - Jak przyjdzie powiedz mu, że czekam na niego w jego pokoju, niech, więc nie zwleka... Oczywiście Panie, powiem mu. Marka nie było jeszcze przez około godzinę. Gdy wszedł zastał swojego ojca siedzącego za sekretarzem, a na swoim łóżku zobaczył jakąś szkatułkę. - Witaj ojcze... Wybacz, że nie byłem na kolacji, ale... - Wiem, wiem - przerwał mu niecierpliwie ojciec - przyszedłem o tym porozmawiać. Siadaj... Marek usiadł na łóżku obok szkatułki, a ojciec kontynuował: - Czy pamiętasz rodzinna legendę o Talizmanie? - Tak, dziadek często mi ją opowiadał... Uśmiechnął się na wspomnienie o dziadku. - Widzisz to nie tylko legenda...- Zaczął ojciec. Marek poderwał się zdumiony, po czym usiadł po niecierpliwym geście ojca. - Ja też myślałem, że to tylko legenda – kontynuował hrabia - dopóki nie przejąłem majątku po moim ojcu. Wtedy przyszedł do mnie brat Albert i powiedział mi prawdę. Ty też o niczym byś nie wiedział do czasu, aż jakiś mnich by Ci o tym nie opowiedział, oczywiście dopiero po mojej śmierci. Ale teraz sytuacja jest wyjątkowa, twoja przyszła żona jest śmiertelnie chora. Czas, aby Talizman został wykorzystany. Masz go obok siebie, jest w tej skrzynce. Otwórzmy ją i zobaczmy, co tam jest. Marek rozpłakał się bezgłośnie. Pierwszy raz przy ojcu. Nawet, gdy zbierał lanie, honor mu na to nie pozwalał. A teraz płakał jak bóbr. - Dziękuję ojcze... - Głos mu się łamał ze wzruszenia. – Wiem, z czym się to wiąże. 1 - Eee tam - ojciec machnął dobrotliwie ręką - Brat Albert był wielkoduszny i wybrał najgorszą ziemię z naszego majątku. No otwieraj to, bom ciekaw, co tam jest. Tutaj masz klucz. Chłopak wziął klucz i włożył do zamka. Przekręcił. Mechanizm zamka zazgrzytał i wieczko lekko odskoczyło. Drżącymi rękoma i z bijącym sercem odchylił je. Wewnątrz leżała zalakowana koperta. Szkatułka była posmarowana dziegdziem, więc wytarł ręce o poszwę i sięgnął po kopertę. Zawiódł się, bo była lekka. Spodziewał się, że coś oprócz kartki będzie w jej środku. Najwyraźniej tak nie było. Podał kopertę ojcu: - Otwórz Tato, bo ja nie mogę, jestem zbyt przejęty, jeszcze coś zniszczę. Ojciec wziął ją, złamał lakową pieczęć i rozłożył. W środku był list. Przeczytał go na głos. Jeśliś Waćpan otwiera tą korespondencyję znak ku temu, że ród nasz w problemie stoi. Tedy powiadam Waćpanu - jest ratunek jeden, choć trudu kosztuje niemało. Będąc u zmysłów zdrowy polecam Waćpanu udać się do biblioteki w Wiedniu leżącej,a księgę Wolphang przeczytać. Na niej to znajdzie Waćpan zapiski ręką pisane. Treści ich nie sposób mi znać, gdyż po śmierci mojej pisanymi będą. Wiem jedno, że wskazówki zawierać będą, gdzie Kielich Życia spoczywa. Tak żem się umówił z człowiekiem, któremu syna z objęć śmierci wyrwał,a który to twierdził, że Kielich takowy posiada. Wierzyć jemu mus mi, gdyż byt on z synem jako bracia w wieku sobie bliskim, a niewiele młodszym. Sprawiać to miał Kielich przez Onego posiadany, który młodość a zdrowie przywracał. Mocy jego sprawdzić nie dane mi było, gdyż wytracona ona już została. Po śmierci Onego powrócić miała a tylko wtedy działać będzie, gdy Kielich znalezionym zostanie. Takoż podobno, ród jego aż do 13 pokolenia, mocy jego zaznać już nie może, tedy mi tajemnice tą polecił i ku przestrodze podał, by bez wielkiej potrzeby trudu poszukiwań nie podejmować. Tedy korespondencyję tę 1 w przechowanie zakonowi oddaję i obwarowaniami czynię, by na pokuszenie nie ciągnęła i bez konieczności wielkiej czytana nie była. Modlitwom Waćpana duszę moją polecam i szczęścia życzę... W pokoju zapanowała cisza pełna zadumy. - Przyśpieszymy ślub – przerwał ją hrabia - zrobimy go już za miesiąc, a potem pojedziecie do Wiednia w podróż poślubną. Tam rozpoczniecie poszukiwania i oby Wam się powiodły-ojciec wstał i skierował się do drzwi. - Papo... - Tak? - Dlaczego to robisz? Przecież nie akceptujesz Alicji... Hrabia wrócił się i oparł dłoń na ramieniu syna. - To nie tak. Nie pasujecie do siebie, jesteście z innych sfer, ona nie ma manier, a towarzystwo jej nie zaakceptuje. Wolałem, więc, by została twoją kochanką niż żoną. Ale z drugiej strony... na towarzystwie Ci nie zależy, a z żoną będziesz codziennie, choć z trzeciej każda miłość kiedyś mija... Chłopak podniósł głowę z chęcią protestowania. - A w każdym razie mija jej szaleńczy charakter. Co jest potem...? Przywiązanie? Obojętność? Przyjaźń? Nie wiem.. Mnie i Twoją matkę nic nie łączy, choć nie mogę powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy... Może gdybym ją kiedyś kochał tak, jak ty Alicję i miał z nią wspomnienia z intensywnych uniesień miłosnych - to byłaby między nami jakaś przyjaźń i wzajemna życzliwość... Niestety, ja uległem swojemu ojcu i zaprzepaściłem swoje marzenia. Ty masz szansę. Tylko Bóg jeden wie, jak jest lepiej. - Nigdy nie mówiłeś – zdziwił się Marek - że kochałeś jakąś inną kobietę. Kim ona była? - Ach, to były inne czasy. Teraz młodzież jest dziwna, nie zwraca już tak uwagi na konwenanse, jak drzewiej bywało. A ona? Ona była córką stajennego. Ojciec uśmiechnął się do wspomnień: - Ech, co to była za kobieta! – Wyrwało mu się z podziwem. - A co się z nią stało? – Zaciekawił się Marek. 1 - Nie mogła tu dalej zostać. Wyjechała do miasta, poznała tam szewca i wyszła za niego. Potem straciłem z nią kontakt... No, ale czas spać. Jutro mam dużo zajęć. Poklepał syna po ramieniu i wyszedł. - Dobranoc papo. Marek rozebrał się i położył do łóżka, ale nie mógł zasnąć. Nie mógł się doczekać, żeby powiedzieć Alicji o treści listu. Chciał już dotrzeć do Wiednia i rozpocząć poszukiwania. W końcu zasnął. Ale sen nie przyniósł ukojenia. Śniło mu się, że pradziad został oszukany. Że ten niby syn nie był synem tylko bratem i oszust prześmiewał się, że nadzieja jest matką głupich. Nadzieja jest matką głupich . Obudził się zlany potem, gdy przyśniła mu się czarna śmierć stojąca z kosą przy łóżku Alicji. - O nie, nie pozwolę na to! Kielichu Życia! Znajdę Cię nawet, jeśli nie istniejesz! Złożył sobie przysięgę i zasnął ponownie. 1 WIEDŹMA - Toż to jakieś bzdury! - wzburzył się baron - nie wierzę w żadne duchy. Ludzie umierają i koniec! Nic więcej nie ma. Po co Ci te wszystkie dziwne rzeczy, zdegenerowany moralnie chłopiec, diamenty!? Chcesz mnie kobieto nabrać na takie zabobony!? - Zabobony... - ponuro powtórzyła wiedźma - z a b o b o n y!? Widzisz Panie tylko koniec własnego nosa! Odwróciła się i bez słowa podeszła do stołu. Podniosła gazetę i podetknęła ją pod nos baronowi. - Popatrz na tą stronicę. Co widzisz? - Gazetę. Płacheć zadrukowanego papieru - odparł baron. - Właśnie! I tylko tyle? Nic więcej? - drążyła wiedźma. Baron wziął do ręki gazetę i oglądnął ją uważnie. Zdenerwował się. - Nie drocz się ze mną babo! Nie mam czasu na takie zabawy! - Jesteś ograniczony - Wiedźma uśmiechnęła się do siebie, a baron poczerwieniał ze złości. - Widzisz tylko jeden wymiar: ten materialny .. - Oczywiście! Bo tylko to jest weryfikowalne! - prychnął baron - to można zmierzyć, dotknąć. - Naprawdę!? - Wiedźma dalej się droczyła z baronem coraz pewniejsza siebie. Chwyciła gazetę i wrzuciła ją do paleniska. - A ja założę się, że czegoś w niej nie dostrzegłeś! Czegoś co tam było i co pozostało choć ona już spłonęła doszczętnie... Przyjmujesz Panie zakład? W jej głosie pojawiło się drżenie wywołane napięciem. Zwierzyna wpadała w sidła, ale ciągle jeszcze mogła się wysmyknąć… - Oczywiście! - odparł ochoczo baron - zawsze chętnie przyjmuję zakłady! Mimowolne westchnienie ulgi wydobyło się z kobiety, lecz baron tego nie spostrzegł rozglądając się po nędznej izbie. - Tylko o co? Jakoś nie widzę, żebyś miała tutaj coś co by mnie zainteresowało. - Cha cha!!! - roześmiała się - A więc o te brylanty, o których mówiliśmy. Ty będziesz sędzią całego zakładu. Zgoda? Baron uśmiechnął się - był pewny, ze miał już wygrany ten zakład. 1 - Oczywiście. Ale jeśli przegrasz wykonasz dla mnie robotę za darmo! Wiedźma zaśmiała się. - Zgoda! - Zgoda! Wiedźma nabrała głęboko powietrza, westchnęła. - A więc Panie patrzyłeś na tą gazetę i widziałeś tylko papier. Widziałeś tylko jeden jej wymiar. A przecież był tam też i inny wymiar: niematerialny! Zawiesiła głos by wywrzeć większe wrażenie. Baron słuchał uważnie. - Była w niej zawarta treść. Informacja Panie! COŚ - podkreśliła kobieta to dobitnie - zupełnie niematerialnego a przecież jakże oczywistego i nie dającego się zakwestionować jako BYT! Ta gazeta, papier, tusz, litery, były tylko jej nośnikiem. Została zniszczona, ale informacja nie zginęła: Ty ją posiadasz i ja, a z nami wiele setek ludzi. Może ktoś, coś, gdzieś, kiedyś znowu ją zapisze, utrwali, przekaże - ona powstała i już trwa wiecznie. Czy zaprzeczysz? Baron milczał. Mimowolnie sapał. Nie, nie był zły, że przegrał. Był zły, że odczuwał podziw dla tej starej, nędznej kobiety i to go drażniło. Czuł też, że otwierają się przed nim jakieś nowe horyzonty, ale nie mógł się przemóc by je chcieć przemyśleć. Przynajmniej nie tu i teraz. Jego pycha mu na to nie pozwalała. - Tak samo jest z ludźmi jak i w ogóle z wszystkim na tym świecie - ciągnęła spokojnie staruszka - Gdy powstaje człowiek, bez względu na to czy to wierzymy, czy to Boga dzieło, czy losu, powstaje indywidualne JA: Dusza, Duch czy Osobowość. Jest ona zapisana w naszych ciałach. Ale nie tylko w nich! Ma cielesne ograniczenia, ale i potrafi je pokonywać! Baron milczał zirytowany – zaczynał zrozumieć do czego zmierza ta kobieta. - Tak jak nie wiemy w jakim wymiarze zapisana jest informacja z tamtej gazety tak samo nie znamy wymiarów, w których zapisane są nasze stany duchowości... Ale one SĄ! Istnieją! Wszyscy, którzy żyli od zarania dziejów żyją nadal gdzieś w tamtej duchowej przestrzeni! I tak jak nasza informacja ponownie może wpisać się w materialny nośnik tak i oni mogą tego dokonać. 2 Wiedźma zamilkła na chwilę, że wzmóc wrażenie słów, które planowała powiedzieć: - I ja Panie znam sposób jak przywołać kogoś z stamtąd. I on Ci pomoże odnaleźć tego czego szukasz. Baron milczał przez chwilę. Nie mógł przemóc się. W końcu odzyskał rezon. - Ale ciągle nie rozumiem po co Ci tyle brylantów!? Po co duchom taki majątek!? - zapytał przekornie. - Panie! Znowu widzisz tylko jedną stronę! – celowo zganiła go zdegustowana, że ciągle nie rozumie. - Te brylanty to tak naprawdę przecież tylko węgiel. Ale maja też drugi wymiar: ogromną wartość dla ludzi! I o to się tu rozchodzi. Tą wartość poświęcimy i dzięki temu sprowadzimy JEGO tutaj. Daj mi Panie coś innego równie wartościowego, a daruję Ci te kamienie. Baron popatrzył na nią przenikliwie. Pokiwał głową w geście wyrażającym zrozumienie po czym odwrócił się i wyszedł przed izbę. Wziął lejce od służącego i zwinnie dosiadł konia. - To na kiedy chcesz je mieć? - Przed nowiem Księżyca, Panie! - Dobrze! Dostarczę Ci je na czas... Sięgnął do kieszeni i wyciągnął portfel. Oglądał go przez chwilę po czym rzucił w kierunku kobiety. Nie próbowała go złapać. Upadł na polepę wzbijając niewielki kurz. - Tutaj masz pieniądze na pozostałe sprawy. I nie zawiedź mnie! - dodał odwracając konia. Wiedźma zmrużyła oczy, w kącikach jej ust czaił się triumfalny uśmiech. Wydobył się z nich cichy, ledwie zrozumiały szept. - Nie zawiodę, całe życie na to czekałam... 2
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kielich Życia - Odkrycie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: