Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00455 007211 15918422 na godz. na dobę w sumie
Kim jesteś Toni? - ebook/pdf
Kim jesteś Toni? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 445
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-933449-0-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Służby specjalne kontra człowiek o niesamowitych wręcz zdolnościach. Czy to aby jeszcze człowiek? Wielowątkowa powieść sensacyjna z romansem w tle oraz niewyjaśnioną tragedią z przeszłości. Do tego odrobina zjawisk niezwykłych. Opowieść zapewniająca wiele godzin doskonałej rozrywki i parę chwil zadumy. Jak wszystkie historie tego autora, kończy się szczęśliwie, choć zaskakująco.

Ta długa i ciekawa opowieść dzieje się tu i teraz. Tło stanowią ulice wielkiego miasta, ale też lasy i jeziora Mazur. Od pewnego czasu notowano serię dziwnych i niewytłumaczalnych zjawisk.Zainteresowało to służby specjalne, gdyż wszystkie ślady prowadziły do jednego człowieka. A taki człowiek w ich ręku, to przecież skarb. Można go zmusić do współpracy i wykorzystać jego zdolności do własnych celów.
Oprócz agentów poszukuje go pewna dziewczyna, którą uchronił przed samobójstwem, towarzyszy jej były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, który był świadkiem ocalenia. Wtedy też przytrafiło mu się dość niezwykłe zdarzenie.
Dziennikarz śledczy znanej gazety, początkowo współpracujący z agentami, po zapoznaniu się z opiniami lekarzy badającymi ocalonych od tragedii ludzi, postanawia jednak pomóc tajemniczemu mężczyźnie. Jeden z lekarzy stwierdził, że o takich przypadkach może sobie poczytać, gdyż już były opisywane; po czym wręczył mu Biblię.    
W międzyczasie okazało się, że nie tylko nasze służby interesują się tejemniczym mężczyzną. Mimo iż posiada on wystarczająco potężną moc, by nie dać się schwytać, jednak postanawia się ujawnić. I wtedy dowiaduje się, dlaczego tak naprawdę go szukano.

Opinie czytelników:
Połknęłam ją w całości! Dzisiaj nie było mnie dla nikogo, cały dzień byłam zanurzona w Twojej książce, właśnie skończyłam, z chusteczką przy nosie:) To co napisałeś jest absolutnie fenomenalne: wątek sensacyjny rewelacyjny a romantyczny bardzo delikatny. Zabrałeś mnie do innej krainy, w której już dawno nie byłam, a w której lubiłam bywać. Dziękuję:)   J.

Gratuluję książki, czyta się tzw. jednym tchem, choć już późno a rano do pracy. Zarwałam dwie noce, tak mnie wciągnęło. Piękne opisy, wszystko można zobaczyć, poczuć, smakować. I jeszcze do tego język - autentyczny i wiernie oddający klimat, wartka i wielowątkowa akcja. Naprawdę świetna książka, ale to oczywiście moje subiektywne odczucia. H.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

M a r iusz Gr odzk i Kim jesteś T O N I ? 2 0 1 1 r . © Copyright by Mariusz Grodzki, 2011 Zdjęcia na okładce: Mariusz Grodzki Projekt okładki: Mariusz Grodzki Wydanie pierwsze ISBN 978-83-933449-0-1 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części zabronione bez pisemnej zgody autora. Tego Autora: Opowiadania, które pokazują, że świat może być jednak kolorowy i ciekawy, czasami nawet bardzo, że marzenia się spełniają, a praca i codzienne obo- wiązki to nie wszystko, co cię spotka w życiu. I ta reszta jest właśnie najcie- kawsza. Jeśli miewasz dołki lub czasami chan- drę, to tutaj zamiast drinka znajdziesz coś w jego cenie, ale co działa znacznie dłużej. Autor będzie niezmiernie wdzięczny za wszelkie uwagi i opinie, których oczekuje pod adresem: grodzki.mariusz@wp.pl 3 Spis treści I. A n n a.......................................................................................................5 II. Polana Magów......................................................................................95 III. Oto jestem.........................................................................................316 4 Część I A n n a Kroki idącego mężczyzny lekkim echem odbijały się od ścian mijanych budynków. Było wczesne przedpołudnie, jednak wąska, długa uliczka była zupełnie pusta. Nie przejechał żaden samochód, nie przeszedł żaden człowiek. Górą, gnane wiatrem, przelatywały kłębiaste chmury, ale tutaj było dziwnie cicho i pusto. Mężczyzna znał ten stan jakby chwilowego zatrzymania czasu. Spotkał się z tym wielokrotnie w ostatnich latach. Przeczucie mówiło mu, że za chwilę może stać się coś niedobre- go. Przyspieszył kroku, jakby obawiając się, że nie zdąży. 1 – Chyba trzeba będzie wracać – młoda kobieta siedząca na ławeczce zwróciła się do przyjaciółki. – Chmurzy się, zaczyna wiać. – Poczekaj jeszcze trochę Ewuniu, zaraz pewno przejdzie. Kacperek wczoraj nie był na spacerze, a teraz tak ładnie bawi się w piaskownicy. Dziś chciałam pobyć dłużej. Przecież jest wiosna. – Kinga na moment oderwała wzrok od dziecka i spojrzała w niebo. – Jakby co, zawsze zdążymy wrócić – dodała i usiadła na ławce. Ewa spojrzała jeszcze na plac zabaw. Jej Piotruś właśnie wspinał się na drabinę z solidnych drewnianych belek, nic więc mu chyba nie groziło. Odwróciła wzrok w stronę Kingi. Wzrok jak zwykle pełen smutku. – No...? – Przyjaciółka zauważyła, że ma coś ważnego do powie- dzenia. – Boję się.., boję się jak cholera. Za tydzień idziemy do lekarza. Mamy jeszcze zrobić Piotrusiowi te wszystkie badania, wiesz, jak on na nie reaguje... Nie wiem, co lekarz powie. Boję się, że... – Nie dokończyła zdania, które przeszło w szloch. Jej 6 letni syn, ten na pierwszy rzut oka okaz zdrowia, dziecięcej 6 radości i ruchliwości był bardzo poważnie chory. Zaraz po urodzeniu zdiagnozowano hemofilię. Chorobę z pozoru niewidoczną, ale brak krzepliwości krwi skutkował już wiele razy niegojącymi się, drobnymi nawet skaleczeniami. Najgorsze jednak były wylewy wewnętrzne. Siniaki i opuchlizny wydawały się niegroźne, ale były bardzo niebezpieczne. Syn wymagał stałej opieki i ochrony przed jakimi- kolwiek urazami. Jednocześnie jednak zalecano ruch i ćwiczenia, by stawy zachowały swoją sprawność. I jak tu pogodzić jedno z drugim? Synek właśnie stał na wieżyczce drewnianego zamku i bezsku- tecznie próbował doskoczyć do potężnego konara drzewa wiszącego nad jego głową. Wiatr wzmógł się na tyle, że z pośpiechem zaczęła pakować rze- czy do koszyka. Mężczyzna przystanął. – To tutaj – mruknął pod nosem. Ten właśnie widok zobaczył niedawno we śnie. Wiatr skutecznie splątał jego długie, ciemne włosy i musiał je rozgarnąć obiema rękami, by rozejrzeć się po placu. Prawie od razu dostrzegł niebezpieczeństwo. – Heeej! – Okrzykiem i przyjaznym machaniem ręki starł się zwrócić uwagę chłopca. Ten zaprzestał podskoków, zaciekawiony spojrzał w jego kierunku, a potem szybko zjechał metalową rynienką zjeżdżalni i podbiegł do mężczyzny. Przystanął i onieśmielony spojrzał w górę. Trochę zabawny był to widok stojących metr od siebie wysokiego, szczupłego mężczyzny, patrzącego w dół i maleń- kiego chłopca zadzierającego wysoko głowę. Na ustach przybysza pojawił się szeroki, ciepły i radosny uśmiech. Uśmiechały się nawet jego oczy, w których pojawił się na moment jakiś błysk, refleks światła, może odbicie słońca, ale to przecież skryło się właśnie za chmurami. Przykucnął i, mając teraz twarz chłopca naprzeciwko swojej, położył mu rękę na ramieniu, a głębokiemu spojrzeniu w rozszerzone zdziwieniem oczka towarzyszyło parę słów wypowie- dzianych miękkim, ciepłym głosem. Chłopczyk pokiwał głową w odpowiedzi. I taką właśnie scenę dostrzegła Ewa, która spakowawszy koszyk, 7 szukała syna wzrokiem. Na moment zamarła. – Ty zboczeńcu, ty gnoju!!! – krzyczała, biegnąc – zostaw moje dziecko w spokoju!! Wichura rozwiewała jej włosy, plątała spódnicę wokół nóg. Cały czas krzycząc, dopadła wreszcie syna i natychmiast wzięła go na ręce. Chłopiec był bardzo zaskoczony reakcją matki i trochę wystraszony sytuacją. Mężczyzna natomiast nie mógł dojść do głosu zasypywany pretensjami i odpychany przez matkę, która przecież broniła swego dziecka. Tak jej się przynajmniej wydawało. W zapamiętaniu i wściekłości nie zwróciła początkowo uwagi na głośny trzask za swoimi plecami. Trzask suchy i gwałtowny, potem przeciągły szum i na koniec kaskadę łomotu i huku, jak gdyby dre- wno, w stos ułożone, rozsypało się nagle. Potem nastąpiła cisza. I prawie od razu dobiegł jej uszu przeraźliwy, przeciągły krzyk Kingi. Tuląc do siebie Piotrusia, Ewa odwróciła się i zamarła. Tam, gdzie przed chwilą bawił się jej syn, teraz było rumowisko desek i grubych, drewnianych bali. Wszystko to przykryte, jak obrusem, potężnym, odłamanym od pnia konarem drzewa i gęstwiną liści. Chwilę trwało nim, targana jeszcze emocjami, zdała sobie sprawę, co się stało. I co się mogło stać, gdyby... Poczuła, jak nogi uginają się pod nią. Kinga przybiegła na czas, aby ją podtrzymać, mimo że Kacperek mocno ciążył jej na ręku. Ewa resztką sił odwróciła się, szukając wzrokiem tak przed chwilą znienawidzonej postaci. Zdążyła tylko zauważyć wysoką, męską sylwetkę znikającą właśnie za rogiem budynku. Znowu kroki rozchodziły się echem po pustej uliczce. Tym razem były niespieszne. Mężczyzna już nie czuł niepokoju. Zdążył i tym razem. Teraz parę dni minie, zanim znowu, we śnie, a może na jawie zobaczy coś, co zerwie go na równe nogi i każe pójść, czy pojechać w ujrzane przed chwilą miejsce. Skąd te sny, te wizje - nie wiedział. Pojawiły się nagle, parę lat temu, zaraz po pewnym ważnym wyda- rzeniu, które zmieniło na zawsze jego życie. Nie wiedział, co one oznaczają, ale już dawno przestał się nad tym zastanawiać. Nikomu też o nich nie powiedział. 8 2 Po powrocie do domu Ewa dokładnie obejrzała Piotrusia, czy przypadkiem nie ma najlżejszego nawet skaleczenia. Był co prawda daleko od miejsca zdarzenia, ale ostrożność nie zaszkodzi. Odetchnęła z ulgą. – Jakie to szczęście, że tym razem w ogródku nie było innych dzieci – pomyślała. – Pewno z powodu pogody. Potem dokładnie przepytała malca, jak do tego wszystkiego doszło. – Pan mnie zawołał – twierdził syn. – Ale dlaczego tam pobiegłeś? Wiesz przecież, że nie wolno rozmawiać z nieznajomymi. – W głosie matki zabrzmiała pretensja. Wydawało się, że wszelkie przestrogi i jej, i męża poszły na marne. – Nie rozmawiałem, pan tylko się uśmiechnął, a potem ty przy- biegłaś. Mamo, co to znaczy zboczeniec? To ten pan? – Jak zawsze syn chciał wiedzieć wszystko. – Nie synku, to chyba nie ten pan. Gdyby nie on... – umilkła spłoszona. Zaczęły ją już dręczyć wyrzuty sumienia. Chłopiec nie wyznał matce wszystkiego. Nie powiedział, że gdy mężczyzna podszedł do niego i chwilę popatrzyli na siebie, usłyszał bardzo przyjemny głos, który powiedział: – Piotrusiu, jesteś bardzo chory. Ale musisz wyzdrowieć. Dla mamusi. Będziesz pamiętał? – Tak – odpowiedział poważnie maluch. A potem zobaczył ten uśmiech. Dziwny i bardzo ładny. I zaraz poczuł, że jest mu bardzo, bardzo ciepło. Tak jakoś w środku. Tego matce nie powiedział, bo pewno by znowu na tego pana nakrzyczała, a to był taki miły pan, który się ładnie uśmiechał. Ten zapamiętany uśmiech gościł we wspomnieniach chłopca jeszcze przez wiele, wiele lat. 9 3 Robert Peltz siedział w swojej redakcyjnej klitce zupełnie znudzony i zniechęcony. Powoli żuł bułkę z jakimś kotletem, od czasu do czasu starając się trafić zmiętą kulką papieru do kosza w rogu pokoju. Kosz był już prawie pełen, a tylko jedna kulka leżała obok. Robert nabrał niezwykłej wprawy przez te parę tygodni wygnania na stanowisku automatycznej sekretarki w redakcji jedne- go z największych dzienników w kraju. – Do cholery z tym gównem. – Rzut resztką bułki do kosza też był opanowany do perfekcji. Wstał, rozprostował kości i wyszedł na korytarz, do automatu z kawą. Który to już kubek? Nie pamiętał. Był wściekły, że w ogóle musi wychodzić po kawę. Kiedyś ekspres do kawy miał w pokoju. Teraz już mu nie przysługiwał. Zbyt nisko upadł. Nie lubił w ogóle wyglądać na korytarz. Spotykał czasami kolegów z redakcji, a w ich oczach nadal widział rozbawienie. Czasami ścigał go też złośliwy komentarz. Tym razem nawet nie zdążył nalać kubka do połowy, kiedy usłyszał melodyjkę wygrywaną przez redakcyjny telefon. Zaklął pod nosem i szybko wrócił do pokoju. – Dział łączności z czytelnikami. Robert Peltz. Dzień dobry. – Starał się nadać głosowi normalne brzmienie. Nigdy nie wiadomo, kto zadzwoni. Parę razy dzwonił szef. Przez jakiś czas słuchał rozmówcę bez słowa komentarza. Po czym włączył na komputerze nagrywanie rozmowy i spytał dla pewności: – Więc twierdzi pan, że po mieście krąży zboczeniec, który uśmiecha się do ludzi? – Ostatnio Robert był bardzo zgryźliwy. – Panie, do jakich ludzi? Do żony mojej się uśmiechał, cham jeden! I ona wtedy właśnie zemdlała. Pogotowie musiałem wezwać. To jest, panie, zboczone, żeby taki jeden chodził po ulicy i się bezczelnie uśmiechał do cudzych żon, i żeby one mdlały!! I taki młody gówniarz, cholera. Panie... moja żona jest ciężko chora i nie może mdleć, ot tak, na ulicy. – Rozmówca wyraźnie podniecał się sam swoimi słowami. – Bo ona stara już jest... 10 – Proszę pana, starszym osobom to się zdarza, na pewno lekarze się nią dobrze zaopiekują. Ile lat liczy pańska szanowna małżonka? – spytał, uśmiechając się złośliwie. Dziś był w kiepskim humorze. – Stara już jest. Ma czterdzieści i pięć. Jak ją brałem miała trzydzieści. Piękna była. – Nuta smutku wyczuwalna była w głosie dzwoniącego. – Teraz jest stara i ma raka. I żeby taki gówniarz... – Znowu pojawił się poprzedni wątek. Robert zaskoczony przypomniał sobie pewną panią, z którą jakiś czas temu się spotykał. Miała 50 lat i też mdlała, ale w zupełnie innych sytuacjach. Aż uśmiechnął się na samo wspomnienie. Trochę jednak zbity z tropu przerwał rozwścieczonemu mężowi: – A czemu pan nie zareagował? – Panie... ja tego zboczka ledwo co widziałem. Żona mi dopiero w szpitalu opowiedziała, i jeszcze mi się w oczy uśmiechała bez- czelnie. Już ja z nią pogadam po swojemu!! A jego to ja bym... Robert odsunął słuchawkę od ucha, gdyż teraz nastąpił stek bardzo niewybrednych słów. – I panie, trzeba ludzi ostrzec. Koniecznie trzeba o tym w gazecie napisać. – Oczywiście, zbadamy sprawę. – Dziennikarz próbował zdawko- wo zakończyć rozmowę. Dobrą chwilę jednak potrwało, zanim rozmówca się rozłączył. Robert zakończył nagrywanie na komputerze, przekonwertował plik na format mp3, do odsłuchania na wszystkich urządzeniach. Sporządził notatkę służbową i przesłał ją do archiwum, może komuś się przyda. Zadzwonił jeszcze na policję, podając numer telefonu rozmówcy, uprzedzając o możliwości zajścia przemocy w rodzinie i prosząc o wizytę mundurowych pod byle pretekstem. Takie procedury obowiązywały w redakcji. – Swoją drogą, dziwni są ci ludzie – pomyślał, krzywiąc się z nie- smakiem. Przypomniał sobie, jak to wczoraj zadzwoniła matka dzieciaka, któremu jakiś facet podobno życie uratował. Za to ona potraktowała go jak najgorszego, a teraz, pełna wyrzutów sumienia, zadzwoniła, by na łamach prasy mu za to podziękować. Sięgnął po dzisiejszy numer gazety. – No proszę!! – Jego praca jednak komuś się przydaje. Na 11 stronach lokalnych obejrzał sobie zdjęcia z placu zabaw dla dzieci w jednej z dzielnic. – Nooo... gdyby tam w środku ktoś był, to nieszczęście gotowe – pomyślał. – Ech, życie... – stwierdził filozoficznie i, zakładając nogi na biurko, pogrążył się w myślach. Po chwili, jednak obrócił fotel tyłem do drzwi. Nogi założył na parapet i spoglądał z ciekawością na dół przez sięgające prawie podłogi okno. Tam było do niedawna jego miejsce. Na ulicy, wśród tłumu, który teraz, widoczny z dużej wysokości, wydawał się podobny do mrowiska, gdzie robotnice, zdawałoby się, goniły bez ładu, ale wszystkiemu przyświecał jakiś cel, jakiś sens. A jaki sens miało jego obecne zajęcie? Bywał już przecież na salonach elit, bywał w gabinetach polityków i biznesmenów. Uwielbiał tę swoją siłę, tę władzę, kiedy to jednym, dobrze przygotowanym pytaniem potrafił o drżenie nóg przyprawić nie tylko bossów tego światka, ale i ich rzeczników i adwokatów. Był samotny, nie miał dzieci, rodzice dawno zmarli. Przeszłość miał czystą, a jeśli były tam jakieś plamy, to postarał się zawczasu o ich usunięcie. Był zabezpieczony przed wszelkim ryzykiem, na jakie narażony jest dziennikarz śledczy. Tak mu się przynajmniej wydawało. Do czasu. Latem, ubiegłego roku, przez cały tydzień, nagłówki w jego gazecie wołały wielkimi literami: „Skandal, znowu ciemne interesy polityków!”, „Gdzie się podziało 50 milionów?” itd. Był wtedy królem pierwszej strony. Parę miesięcy trwało głęboko zakon- spirowane, prywatne śledztwo. Podejrzewał już dawno, że olbrzymia fortuna jednego z prominentów krajowego biznesu ma bardzo wątpliwe podstawy. Wątpliwe i wręcz brudne, i niemoralne. Sprytnym sposobem, prawie na granicy prawa przedsiębiorca wyprowadził z dotacji unijnych wiele milionów euro, które potem rozpływały się dosłownie w powietrzu. Z zewnątrz patrząc, wszystko wydawało się być w porządku. Pierwszy artykuł, oparty jedynie na wątpliwościach i pogłoskach, spowodował kontrolę ministerialną. Nic nie wykryto. Postanowił drążyć dalej i powrócić do tematu, gdy w ręku będzie miał mocne dowody. 12 Powrócił po wielu tygodniach. Tym razem skutecznie. Po cyklu pierwszostronicowych artykułów nastąpiły aresztowania wśród kierownictwa koncernu, paru polityków z hukiem wyleciało z rzą- dzącej partii, ktoś popełnił samobójstwo. Takie były skutki defraudacji pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla biednych i chorych. Opinia publiczna była oburzona, on grzał się w promie- niach sławy. Był na topie. Krezus się wściekł. Co prawda w tego typu sprawach nie ma miejsca na emocje, ale te wzięły tym razem górę. Oliwy do ognia dolała jego własna żona, która na fali ogólnego obrzydzenia jego osobą wniosła pozew o rozwód. W sądzie nie miał szans. Połowa majątku odeszła wraz z żoną. To go doprowadziło do białej gorączki. Wielu ludzi było mu winnych drobne lub poważniejsze przysługi. Teraz to postanowił wykorzystać. Zbierano wszelkie informacje, wertowano tomy akt. Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele dziennikarza byli stale nagabywani lub wręcz zastraszani. Sięgnięto nawet do rejestru mandatów, czy wykazów klientów izb wytrzeźwień. I nic. Biznesmen zniknął wtedy z horyzontu. Mówiono, że głęboko przeżywa rozstanie z żoną. On jednak przeżywał klęskę zadaną mu przez tego zawszonego pismaka i obmyślał srogi rewanż. Głowa Hydry odrosła po prawie roku. * Robert pamiętał to wszystko dokładnie, tak jakby zdarzyło się ledwo wczoraj. Najpierw telefon od informatora. Głos znał dobrze, źródło było wiarygodne, wielokrotnie bardzo przydatne. Wsiadł więc do samo- chodu i, znanym chyba tylko sobie skrótem, wyjechał z miasta, omijając zatłoczone ulice i korki. Po 120 kilometrach GPS skierował go z szosy gdańskiej na prawo. Droga miała go doprowadzić do miejsca, gdzie, jak twierdził głos w słuchawce, miała się odbyć narada szefów pewnego koncernu z… No właśnie, to było najciekawsze 13 - z pewnym ministrem. Sprawa śmierdziała na odległość. Ale takie śmierdzące kąski były przecież ulubioną strawą dziennikarza. Jeszcze na wyjeździe z Warszawy minęła go kawalkada limuzyn. Teraz, gdy po skręcie przystanął na moment w lesie, by sprawdzić sprzęt, minął go jeszcze jeden samochód. Charakterystyczną sylwetkę Bentleya znał przecież doskonale, ale sprawdził jeszcze w spisie numery rejestracyjne. Tak, o pomyłce nie mogło być mowy. - Ale skąd on tutaj?! Znowu szykuje pewno jakiś przekręt. Tym razem udupię go na amen. – Peltz był wręcz wniebowzięty. Przez moment poczuł się jak myśliwy polujący na grubego zwierza. Odczekał chwilę i ruszył za zwierzyną. Szosa była zupełnie pusta, ale wtedy nie zastanowiło go to. A powinno! Po paru kilometrach zahamował gwałtownie. Adrenalina natych- miast dała znać o sobie, serce waliło z emocji jak oszalałe. Kilkadziesiąt metrów dalej, na lewym poboczu, owinięty prawie dookoła potężnego pnia drzewa luksusowy samochód wydawał się tylko kłębowiskiem blach. Podszedł do wraka ostrożnie, rozglądając się na boki. Wokół tylko leśna gęstwina i zwykły poszum drzew. Żadnych innych odgło- sów. W dłoni trzymał jednak aparat fotograficzny. Ostrożnie zajrzał przez wyrwane z zawiasów drzwi. – Nie żyją – ze smutkiem stwierdził, patrząc na wygięte nienatu- ralnie ciało kierowcy i swego dobrego znajomego - Krezusa. Szybko zrobił serię zdjęć, a gdy sięgał po komórkę, by zawia- domić policję, zauważył czarną teczkę, teczkę z którą pasażer nigdy się nie rozstawał. Pokusa była zbyt silna. Po chwili Peltz siedział już we własnym samochodzie i zawracał z drogi. Odjechał na bezpieczną odległość, skrył się w jakąś leśną przecinkę i znowu sięgnął po komórkę. Sprawnie wymienił kartę sim - miał ich zawsze kilka przy sobie - i z nowego numeru zadzwonił anonimowo na policję. Po dłuższym oczekiwaniu usłyszał ryk syren mijający jego kryjówkę. Teraz już mógł bezpiecznie wracać do siebie. Zaszył się w mieszkaniu i powyłączał telefony. Pobieżne przejrzenie zawartości teczki zmusiło go jednak do zadzwonienia do naczelnego. Prosił o rezerwację całej czołówki jutrzejszego wydania 14 i rozkładówki w środku. Bez zbędnych pytań dostał, co chciał. Rano w redakcji znowu pławił się w blasku sławy. Jako pierwszy podał wiadomość o śmierci Krezusa, jako jedyny miał dostęp do dokumentacji nowego szwindla. Zmęczony rzucił się na kozetkę w swoim pokoju, wyłączywszy najpierw telefony. Nie spał długo. Goniec wezwał go do szefa. Ten siedział przed telewizorem. Właśnie leciały wiadomości. A w nich … W nich Krezus we własnej osobie stanowczo dementował wiadomości o swojej śmierci. To był szok. To był cios, po którym Peltz do dziś dnia nie może się pozbierać. Szybko okazało się, że go po prostu wrobiono. Planowo, z pre- medytacją wrobiono!! Mógł sobie na własne oczy obejrzeć film z ukrytej gdzieś kamery, pokazujący jak to pewien dziennikarz zamiast pomóc ofiarom wypadku, najpierw je starannie fotografuje, a potem okrada. Krezus jednak, uśmiechając się złośliwie, nie zgłaszał pretensji. Tłumaczył, że właśnie za jego pieniądze kręcono film fabularny. Dekoracje i charakteryzacja aktorów były rzeczywiście bardzo realistyczne, toteż mogły postronną osobę zmylić. Jeszcze raz padły złośliwe zapewnienia, że oto on jednak żyje, wbrew pobożnym życzeniom pewnej poczytnej gazety. Wzrok szefa pamięta do dziś. Pamięta też docinki kolegów. Skrzywił się ponownie na to wspomnienie. * Na takich to rozmyślaniach i rozpamiętywaniu swojej porażki upływały Robertowi ostatnie tygodnie. – Ja mu jeszcze pokażę – odgrażał się pełen bezsilnej złości. Na razie jednak nawet nie miał szansy. Po tak fatalnej wpadce odsunięto go od pisania czegokolwiek. Jego nazwisko musiało zniknąć z łamów na jakiś czas. Posadzono go przy telefonach. – Głupiego robota – zżymał się. Nawet nie wyobrażał sobie poprzednio ilu pomyleńców i „natchnionych”, ilu złośliwców i „po- krzywdzonych” dzwoni na takie numery. Normalnych telefonów było mało. Spraw ważnych jeszcze mniej. Poważnych - wcale. 15 Zresztą, nawet jakby były, to nie pozwolono by mu zająć się nimi. – Dzień dobry.... – Następny telefon od czytelnika. Tym razem rozmówca był wyraźnie nietrzeźwy. Robert po chwili rozmowy odłożył słuchawkę. Następnych parę połączeń zignorował zupełnie. Czekał aż tamtemu przejdzie złość i zrezygnuje ostatecznie. Zwykle trwało to 5–10 minut. – Idź i dopraw się gdzieś tam – warknął. Po południu, kiedy to już zbierał się do domu, telefon jeszcze raz się odezwał. – Dzeń dobly... – Nie, Robert nie przesłyszał się. Dzwonił jakiś dzieciak. – A skąd ty, kolego, masz ten numer telefonu? – spytał zaciekawiony, gdyż po głosie ocenił wiek chłopca na przedszkolny. – Mama wczoraj dzwoniła. Był w spisie... – głos zawahał się na moment. – Ja już znam cyferki, proszę pana. Ja tylko chciałem powiedzieć... bo mama przeczytała mi, co napisaliście w gazecie. Ja chciałem powiedzieć... – Maluch najwyraźniej był stremowany. – Tak? Słucham cię bardzo uważnie. – To było coś nowego dla dziennikarza i wydawało się interesujące. – Jak masz na imię chłopczyku? – To pytanie zawsze miało pozytywny wpływ na dziecko. – Piotruś, proszę pana. Bo ja chciałem powiedzieć, że ten pan, tam w parku, to nie był zły, on był dobry. I on się tak ładnie do mnie uśmiechnął. – O cholera... – Robert ledwo powstrzymał okrzyk. – Facet się do dzieciaka uśmiechał. Nieznajomy facet... takich skur... – O mało co, a słowa zostałyby wypowiedziane. – Uśmiechnął się, mówisz bracie? To chyba dobrze, co? A czy coś ci powiedział? – Powiedział, ale niech pan tego nie mówi mamie, ona się na niego tak bardzo zełz..., złe... – Maluch nie mógł dobrać odpowied- niego słowa. – Zezłościła? – Tak, ze... – po chwili zrezygnował – A on, ten pan powiedział tylko, że mam wyzdrowieć. Dla mamusi. Mam wyzdrowieć... – Aha! – Robert udał, że wszystko rozumie. – A na co ty, kolego jesteś chory? 16 – Na..., na..., na - nie wiem proszę pana, zapomniałem. Pan lekarz mówił, że jestem. I mama też, i tata. – A ty chcesz wyzdrowieć, prawda? – Tak. Pan powiedział, że mam wyzdrowieć... – Tu nastąpiła przerwa. W tle Robert usłyszał kobiecy głos wołający dziecko. Potem połączenie zostało przerwane. – Dziwna sprawa – pomyślał, wciskając czerwony guziczek. Wyłączył nagrywanie na komputerze i skasował plik. Kogo będzie ta rozmowa obchodzić? Nikogo. – Najwyraźniej po mieście grasuje jakiś wesołek – mruknął rozbawiony. Równie mało poważnie potraktował podobny telefon dwa dni później i jeszcze jeden, po kolejnych trzech dniach. W ciągu następnych dwóch tygodni, ostatnich majowych, rozba- wienie minęło bezpowrotnie. Odebrał łącznie 8 połączeń na ten sam temat. Dziewiąte zabrzmiało pośrodku nocy. To było najdziwniejsze. Zapomniał wyłączyć komórkę i wściekły wcisnął zielony guzik. – Czego? – warknął zły, szczególnie że numer dzwoniącego nie wyświetlił się. – To ty tak do starych kumpli? – Głos w aparacie był mocno rozbawiony. – A ja właśnie nie śpię, byś ty mógł spać spokojnie. – Robert w tym momencie rozpoznał znajomego. – Hmmm... no tak, służba nie drużba... – Kolega pracował w służbach specjalnych. Znali się od dawna, mieli do siebie całkowite zaufanie. Czasem wymieniali się ważnymi i przydatnymi infor- macjami. – Co tam słychać u króla nakładów? – Ejjj!! Nie bądź złośliwy. – Nie jestem, nadal uważamy cię za najlepszego. – W głosie kolegi brzmiała szczerość. – Tylko trzeba było mnie posłuchać. Mówiłem, że facet coś przygotowuje, i żebyś był ostrożny. – Aaa tam, było minęło.. – Rezygnacja w głosie Roberta była wyczuwalna. – Coś mi szumi w komórce. Podsłuchujecie już samych siebie? – Nie! – W słuchawce rozległ się śmiech. – Ale kto wie... może i do tego dojdzie. – Kolega był realistą. Dalej mówił już poważnie. – Dostaliśmy trochę nowego sprzętu i właśnie go wypróbowuję. 17 Symulacja stacji przekaźnikowej gsm, rozumiesz? Rozmawiam z tobą bezpośrednio, przechwytuję sygnał. Ciekawe, nie? Ale drogie jak cholera. – No to macie fajną zabawkę. – Zabawkę? Ty wiesz ile klocków Lego można by za to kupić? – Mimo lekkiego tonu głos brzmiał poważnie. – Zabawkę, stary, zabawkę. Wiesz jak złapano Mitnicka, tego hakera? – Nieee... ale to przecież dawno już było. – No, dawno. Właśnie w ten sposób namierzono, złapano i jesz- cze zabezpieczono wszystkie dowody. To było w tamtym tysiącleciu. – Robert pozwolił sobie na trochę złośliwości. – Kur... – Komentarz zabrzmiał dosadnie. – No dobra. Przejdźmy do sedna meritum. – Kolega odzyskiwał humor. – Co wiesz o Mr Smile? Dziennikarz szybko kojarzył fakty. Chyba wiedział, o kogo cho- dzi. Odpowiedział jednak z wyczuwalnym wahaniem. – Nic nie wiem... – Kłamiesz! – Tak. – Nie było sensu zaprzeczać. – No widzisz! Mamy tu taki program do wykrywania kłamstwa w głosie. – Aaa ten... – Robert uśmiechnął się mimo woli. – Znam, testo- wałem go. Jeszcze w tamtym... – nie dokończył zdania. – Ja pierdolę!! Czy jest coś, o czym nie wiesz?? – W głosie rozmówcy brzmiała irytacja, ale i nutka zaskoczenia. – No właśnie. Nie wiem, o co ci chodzi. Nie wiem, kiedy się wreszcie wyśpię. Ja go nazwałem Uśmiech. – No widzisz! – Lekki triumf był wyczuwalny. – To ten sam. Niemcy go nazywają Herr Heiter, a Rosjanie - Ułybka. Dziennikarza zamurowało. Czyżby coś poważnego, a i ciekawego zaczęło się dziać, a on zupełnie to zlekceważył? Pewno już stracił swój słynny węch. Kiedyś takie rzeczy wyczuwał momentalnie. – Wiesz stary... – Postanowił się przyznać do błędu. – Chyba coś przegapiłem. Ale mam sporo w archiwum w redakcji. Co on naro- zrabiał? Zabił kogoś? – Sęk w tym, że nie narozrabiał. Wręcz przeciwnie. Wpadnę do 18 redakcji. Jutro rano. Dzisiaj rano – poprawił się. Robert chciał powiedzieć, że nie należy go szukać w newsroomie, tylko w.. – Wiem, gdzie teraz siedzisz – ubiegł go kolega. – Ale już niedługo, nie martw się – dodał pogodnie. 4 Jacek Brent, kapitan służb specjalnych, odgiął pałąk mikrofonu do góry i zdjął słuchawki z uszu. Z niechęcią popatrzał na pulpit pełen świecących diod i przycisków. – Znowu nam przyjaciele stary szmelc wcisnęli. A my, jak te głupki, jeszcze się cieszymy – pomyślał. Opuszczona w dół ręka pociągnęła za uchwyt szafeczki. Butelka i kieliszek stały na swoim miejscu, więc nawet nie musiał się po nie schylać. Ostrożnie nalał odrobinę Johny Walkera. Pilnował, żeby nie za dużo i nie częściej niż co godzinę. Mentosy nie radziły sobie z większą ilością alkoholu. – aged 17 years – przeczytał na głos napis na zielonej nalepce. – Co ja robiłem 17 lat temu? – spytał sam siebie. – No tak... – aż uśmiechnął się do wspomnień. – Pilnie się uczyłem i byłem bardzo grzecznym chłopcem – roześmiał się na głos. Humor po burzy sprzed paru dni już mu się poprawiał. Burzę wywołał szef i - Brent musiał to przyznać - całkowicie na nią zasłużyli. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Zwykła operatywka dla członków zespołu przebywających aktualnie w centrali. Taka jak co tydzień. Widok kolorowego pisma w dłoniach szefa był trochę jednak dziwny. Po zakończonej części roboczej wylądowało ono z szelestem kartek na środku długiego stołu. – Wiecie, co to jest?! – Głos zwierzchnika nabrał groźnego tonu. Siedem par oczu spoczęło na dużym tytule. Niektórzy musieli zabawnie przekrzywić głowy. – Lancet – ktoś przeczytał głośno. – No właśnie! Lancet. Wydanie oryginalne, jeszcze ciepłe. Co to 19 jest Lancet? – padło proste pytanie. Chwila ciszy niebezpiecznie się przedłużała. Nagle Brentowi skojarzyła się nazwa. – Specjalistyczne pismo medyczne. Światowy top w tej dziedzinie. – Otóż to! Publikują tylko rzeczy najważniejsze i przede wszyst- kim sprawdzone. Każdy artykuł przed publikacją jest dokładnie wałkowany i recenzowany przez największe autorytety. Czy wiecie, ile z trwa oczekiwanie na publikację? – Pytanie najwyraźniej nie padło na podatny grunt. – Nie wiecie? To się, kurwa, dowiedzcie!! tego powodu – Operacyjnie? – Pytanie było zbyt głupie, by odpowiadać na nie. Pułkownik machnął tylko ręką z rezygnacją, ale po chwili emocje wzięły górę. – Operacyjnie Świątkiewicz, ja chciałbym się czasami dowiedzieć, czy wy swój mózg przy sobie nosicie. – Głos przeszedł w krzyk: – Internetowo, baranie! to Oficerowie, którzy mieli ze sobą laptopy pochylili się nad klawiaturami. Brent wziął pismo ze stołu i zaczął kartkować. Odpowiedź na pytanie zwierzchnika znał i teraz próbował dociec, o co chodzi. Wzrok uważnie przesuwał się po przewracanych kartkach. Wiele już razy przydawała mu się umiejętność bardzo szybkiego czytania. Czytania ze zrozumieniem. Trochę tylko przesz- kadzało mu specjalistyczne słownictwo medyczne. – O, chyba mam – pomyślał, zatrzymując się nad jednym z arty- kułów. Teraz czytał wolniej i w skupieniu. – Do sześciu miesięcy, panie pułkowniku. – Ktoś wreszcie znalazł odpowiedź. – To wszystko trwa do szczęściu miesięcy, może i dłużej. Chcą publikować tylko pewniaki. – Jacek? – Szef zauważył, że Brent od jakiegoś czasu jest mocno zaczytany. – Co o tym myślisz? – Numer sprzed kilku dni. Artykuł mówi o tym, co się zdarzyło na początku tego miesiąca. Przy tym trybie redagowania musieli coś wyrzucić, żeby go tu wcisnąć. Czyli, że to musi być bardzo ważne. Oznaczałoby to też, że sprawa jest pewna pod względem medycz- nym, sprawdzona i bez zarzutu. Tylko... – kapitan zawiesił głos – autor sugeruje, że to nie miało prawa się zdarzyć. – Ale zdarzyło się. Niewątpliwie zdarzyło się! Zreferuj tekst! 20 Brent wziął głębszy oddech. – Sześcioletni chłopak od urodzenia chory na hemofilię. Odmiana ciężka i beznadziejna. Tylko uporowi i poświęceniu rodziców zawdzięcza to, że jeszcze żyje i jako tako funkcjonuje. Nagle dostaje wysokiej gorączki. Nie hospitalizowany, brak miejsc. Leczony tradycyjnie. Po dwóch dniach gorączka spada. Po następnych czte- rech dniach standardowa, cokwartalna wizyta u specjalisty. W międzyczasie porobione wszystkie zalecane badania. Po hemofilii ani śladu!! Lekarz podejrzewał podmianę wyników, potem twierdził, że rodzice przyszli z innym dzieckiem. Potem zwołał konsylium. A potem wszyscy - krótko mówiąc - zgłupieli. Nastąpiły jakieś trwałe zmiany w składzie krwi, tego nie zrozumiałem, bo słownictwo typo- wo fachowe. Prawie na oczach lekarzy, w ciągu paru dni cofnęły się zmiany zwyrodnieniowe stawów i skutki wszelkich poprzednich kontuzji i wylewów. Podejrzewają jakiś istotny czynnik psycho- logiczny, coś w rodzaju wzmożonej motywacji. – Nazwisko autora? – spytał krótko szef. – Doktor Leo Predkos. – Leon Prędkoś – poprawił pułkownik. – Nasz? – Któryś z oficerów nie wytrzymał. – Nasz – potwierdził szef. – Pracuje tutaj. W szpitalu, trzy przecznice stąd. Niestety, nie zdążyliśmy skontaktować się ani z nim, ani z chłopcem. Teraz są na badaniach w Londynie. Rozumiecie - w Londynie. Nie w Lądku!! W Londynie, za granicą!! Brytany już położyły na nich swoje łapy. – I ja się, kurwa, pytam was wszystkich – głos szefa przeszedł w krzyk – dlaczego w Londynie, a nie u nas??!! Znowu mieliśmy coś podane na talerzu i znowu nam ktoś to sprzątnął sprzed nosa. A wy kurwa, gdzie w tym czasie byliście??!! Panienki obracaliście albo zachlewaliście się po knajpach, co??!! Pułkownik długo dochodził do siebie po tym wybuchu. Widać było, ile kosztowało go początkowe hamowanie emocji. – Jest jeszcze coś – dodał po minucie milczenia. Podwładni również woleli się nie odzywać. Teraz już spokojnie i rzeczowo zre- ferował: – Czynnikiem psychologicznym, czyli według Brenta - wzmożoną motywacją - był wysoki, szczupły facet około trzydziestki. Nic 21 innego. Tylko on. Zawołał chłopaka i kazał mu wyzdrowieć. I chło- pak wyzdrowiał! Matka nic o tym nie wie, z maluchem rozmawiała szpitalna psycholog. Matka twierdziła ponadto, że w chwilę potem, jak zawołał chłopaka, na to miejsce, gdzie on ostatnio stał, spadł odłamany konar drzewa. W gazecie podziękowała mu za uratowanie syna. Nie wiedziała, że to dopiero początek. Sprawdzałem w straży i na policji. Mieli taki wypadek. – Szef nabrał powietrza, ale na chwilę zamilkł, jakby się zastanawiał. – Ale to nie wszystko... – Tu zrobił pauzę, by spojrzeć na swój zespół. Wszystkie oczy wpatrzone były w niego. Napięcie sięgało zenitu. – Dostępu do akt nie macie, bo sprawa jest pod stołem . Kiedyś prosiłem was wszystkich o szczególną uwagę przy wszelkich niewyjaśnionych przypadkach ozdrowień z poważnych chorób. Mówiłem, że niewyjaśnione zgony to sprawa policji. Niewyjaśnione ozdrowienia to nasza sprawa. Wyobrażacie sobie, co by było, gdybyśmy coś takiego mieli w ręku??!! Zlekceważyliście moją prośbę. – Słowom towarzyszyło ostre spojrzenie spod ściągniętych brwi. Po chwili pułkownik kontynuował. – Jakiś czas temu... – zawahał się na moment i szybko przerzucał kartki grubego, oprawionego w skórę notesu – dwa lata, tak, dokładnie dwa lata temu – powiedział teraz pewnie, zerkając na notatki – w lokalnym dodatku jakiejś gazety, byłem wtedy na urlopie – wyjaśnił – przeczytałem, że matka ośmiorga dzieci, której za ostatnim porodem chyba wszczepiono w szpitali wirusa HIV, i u któ- rej zaczęły się objawy AIDS... Otóż ta matka, ni z tego, ni z owego - wyzdrowiała. Nawet nie była nosicielką. Nie to, że się nie zaraziła, bo takie przypadki są znane. Wyzdrowiała. – Jak powiedziała – kontynuował szef – na ulicy podszedł do niej anioł i uśmiechnął się. I nakazał jej wyzdrowieć! – Ale to nie wszystko – Szef lubił widać stopniować napięcie. – Parę tygodni później mieliśmy konferencję z Niemcami na temat przemytu prochów i tak zgadało się o AIDS. I opowiedziałem, co przeczytałem, ale jako anegdotkę. Kurt - mój odpowiednik u nich - po chwili dosłownie wyprosił wszystkich z sali. – Krótko mówiąc – szef już chyba był zmęczony długą przemową – mieli podobny przypadek u siebie. Przypuszczam jednak, że faceta 22 będą szukać u nas. Też chodziło o dzieciaka, przepytali go bez zgody rodziców, mniejsza zresztą o szczegóły. Brent przypomniał sobie dziwne zachowania niemieckich agentów zakamuflowanych w kraju. Widząc skierowany na siebie wzrok pułkownika, pokiwał potakująco głową. – My go nazwiemy... – szef zamyślił się na moment. 5 Pociąg Intercity powoli wtoczył się na Dworzec Centralny. Jeszcze słychać było ostatnie zdania zapowiedzi przez megafony. Tłumu na peronie nie było. Mimo początku czerwca, tak jak w ostatnich latach, coraz mniej było pasażerów. Ci jednak, którzy zdecydowali się na wyjazd na Wybrzeże byli mocno objuczeni bagażami. Skutecznie też zablokowali drzwi tym, którzy wysiadali z pociągu. Niewielu ich było, Stolica nie cieszyła się zbytnią popular- nością w Krakowie. Ania ledwo przecisnęła się przez wianuszek otaczający drzwi do wagonu. Miała ze sobą tylko jedną, niewielką torbę podróżną. Zarzuciła ją na ramię i stanęła z dala od tłumu, jakby na coś czekając. Po chwili jednak uświadomiła sobie, że tym razem Piotruś, jej Piotruś, jak go w myślach nazywała, nie wyjdzie po nią. Przecież go nie uprzedziła, że przyjeżdża dwa dni wcześniej. Chciała mu zrobić niespodziankę i miała nadzieję, że będzie to miła niespodzianka. Po trosze ciekawa była, co też porabia jej ukochany, gdy jest sam w domu. Chciała wiedzieć tak po prostu, z czystej, kobiecej ciekawości. Przecież niedługo mają się pobrać. A On był, jest i będzie dla niej tym jedynym, na całe życie. – Oj ty głupia gąsko – uśmiechając się, mruknęła pod swoim adresem – przecież nie jest jasnowidzem. Ale i tak cię kocham. – Te parę ostatnich słów wymawiała bardzo często. Czasem na głos, czasem w myślach. Adresat był jeden i ten sam od ponad roku. Zawsze była pewna, że te słowa dochodziły do niego. Przecież ją zapewniał, że tak jest. A i ona często czuła, że jej ukochany myślami 23 był przy niej. Poszukała wzrokiem wjazdu na wyższy poziom dworca i po chwili była już na górze. Stanęła, rozglądając się. Mimo dobrej orientacji w terenie tutaj zawsze czuła się trochę zagubiona. Miała wielką ochotę usiąść w ulubionej kafejce przy filiżance doskonałej, serwo- wanej tylko tam kawy. Ale gdzie to jest? Piotr twierdził, że to wcale nie jest labirynt, wszystko tu jest proste i łatwo wszędzie trafić. Wyrysował jej nawet kiedyś plan dworcowych tuneli z pamięci. Jednak nic z tego nie pozostało w jej głowie. – No nic to... poszukamy. – Spacer nie zniechęcał jej wcale. Kilka godzin siedzenia w przedziale to, przy jej temperamencie, stanowczo za długo. Nogi same poniosły ją przed siebie. – A może zadzwonię i go uprzedzę? – zastanawiała się, pijąc kawę małymi łyczkami. – Nieee... lepiej jak mu zrobię niespodziankę – zdecydowała. Piotr lubił niespodzianki, a ona lubiła mu je sprawiać. Zawsze były miłe i bardzo lubiła ten wyraz lekkiego zaskoczenia w jego oczach, który po chwili przeradzał się w spojrzenie, pod którym dosłownie miękły jej kolana. Spojrzenie, które zapamiętała już od pierwszego razu, i które mówiło jej wszystko o jego uczuciach. Zawsze dziwiła się jednak, jak w jednym spojrzeniu można było jednocześnie wyrazić czułość, miłość, radość i ciepło, i jeszcze coś. Ale o tym czymś nie powiedziała nawet swojej bliskiej przyjaciółce, gdy rozmawiały o Piotrusiu - trochę się wstydziła. Teraz nie musiała się nigdzie spieszyć, pozdawała wszystkie egzaminy i miała już wakacje. Było już po południu, ale jeszcze przed godzinami szczytu. Mogła sobie posiedzieć w kafejce i powspominać, ileż to razy siadywali tutaj, dokładnie przy tym samym stoliku, oczekując na pociąg. Piotr zawsze odwoził ją na dworzec i zawsze pomagał wsiąść do pociągu. – Wezmę jeszcze jedna kawę – zdecydowała po jakimś czasie. Tym razem jednak nie posłodziła jej i odsunęła talerzyk z bisz- koptem. – Trzeba dbać o linię, teraz szczególnie. Suknia ślubna musi leżeć idealnie – pomyślała na usprawiedliwienie. Była trochę senna. Parę nocy zarwanych przed egzaminem, ostatnim już w terminie zerowym, zrobiło swoje. Następnego dnia 24 raniutko, jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, spakowała torbę i pojechała na dworzec. Nie było nawet czasu odespać zaległości. – Chyba się trochę przejdę, to przecież niedaleko – zdecydowała po półgodzinie. Pogoda była idealna, a spacer dawno niewidzianymi uliczkami zapowiadał się przyjemnie. Piotruś wracał z pracy około szesnastej. Półtorej godziny czasu akurat wystarczy na spacer wolnym krokiem. Chciała jeszcze odwiedzić pewien salon. Od paru miesięcy, gdy tu bywała, zawsze stawała przed jego wystawą. Teraz też zatrzymała się na chwilkę. Torbę postawiła na chodniku obok siebie. Stała i patrzała bez słowa. Uśmiechała się tylko. – Jesteś piękna i będziesz moja – szepnęła. Rzeczywiście piękna i rzeczywiście elegancka suknia ślubna idealnie prezentowała się na wystawie. Druga, taka sama, była na zapleczu. Krawcowe dopasowywały ją dokładnie do sylwetki Ani. Trwało to dość długo, ale przecież za tydzień miała już przyjść po odbiór. Stała tak, na środku chodnika, ale mijającym ją ludziom chyba to nie przeszkadzało, niektórzy wręcz uśmiechali się na widok młodej, uroczej dziewczyny zapatrzonej w wystawę. Wiedzieli, co to oznacza. – Powodzenia, panienko – usłyszała nawet na plecami. Oderwała wzrok od sukni i napotkała ciepłe i trochę rozbawione spojrzenia pary starszych już ludzi. Odpowiedziała uśmiechem. Podniosła torbę i niespiesznie poszła dalej. – Dzień dobry, pani Aniu. – Przed maleńkim sklepikiem spożywczym stała postawna, w średnim wieku kobieta, uśmiechając się na widok przechodzącej dziewczyny. – Jak tam przygotowania do ślubu? – Dzień dobry, pani Natalio, wszystko już prawie pozapinane. Taka jestem szczęśliwa! – No pewno! Trafić na takiego kawalera! Toż to skarb. Zawsze jak tu przychodzi to i pożartuje i dobrego słowa nie pożałuje. Bo często to z klientami muszę się użerać, a on zawsze taki grzeczny i uśmiechnięty. Skarb, mówię pani, skarb istny. Niech go pani pilnuje, by jakaś poszukiwaczka skarbów się nie napatoczyła – zażartowała sklepowa, puszczając do Ani oko. – Ale jakoś ze dwa dni już go nie widziałam. Zapracowany pewno biedaczek. I na mieście je. To 25 niezdrowo, wie pani? Ania zastanawiała się chwilę, czy nie zrobić drobnych zakupów, wiedziała jak przeraźliwie pusta może być lodówka Piotra. Spojrzała na zegarek. – Już po czwartej – pomyślała. – Wpadnę tylko do domu, zostawię torbę i zaraz przyjdę, rzeczywiście muszę zadbać o niego. Kobietom nie dane było jednak porozmawiać i poplotkować trochę, jak to zwykle czyniły. Sklepowa musiała obsłużyć klienta. Zawiedziona weszła za nim do środka. Jeszcze tylko parę metrów, skręt w lewo i drzwi do klatki schodowej. Spojrzała w górę. Otwarte okno wyraźnie wskazywało, że ukochany wrócił już do domu. Nie skorzystała z domofonu. Miała swoje własne klucze. Podzwaniając nimi, cicho weszła na drugie piętro. Lubiła przecież robić niespodzianki. A co to za niespo- dzianka, gdy w zamku zachrobocze klucz? Wolała zadzwonić, żeby po raz któryś zobaczyć zdziwioną i zaskoczoną jej widokiem twarz Piotra, a potem to spojrzenie jego oczu. Właśnie to, o którym tak nie do końca opowiedziała przyjaciółce. Dość długo trwało, zanim usłyszała kroki w przedpokoju. Dziwne kroki, jakby ktoś chodził na obcasach. Drzwi otworzyły się powoli. Najpierw wyjrzała zaciekawiona twarz, twarz otoczona gęstwiną blond loków. Niebieskie oczy były lekko podmalowane, a usta lśniły krwistoczerwoną szminką. Ania stała jak skamieniała, nie wiedząc, co zrobić. Obca dziewczyna uchyliła drzwi szerzej. Spod rozchylonego szlafroka, szlafroka Piotra, jej Piotra, wyglądały długie nogi ubrane w siatkowe kabaretki. Mikroskopijne stringi dopełniały stroju. Niczego więcej na sobie nie miała. Ania poczuła jakby jakiś ciężar spadł jej na głowę. Nie mogła się poruszyć, nie mogła wydobyć z siebie głosu. Stała i rozszerzonymi oczyma patrzała na tamtą kobietę. – Tak? – Ta z kolei chyba dobrze się bawiła jeszcze przed chwilą, gdyż nadal na ustach błąkał jej się cień uśmiechu. – Niee, nic. Przepraszam, chyba pomyliłam piętra. – To jedynie potrafiła wyszeptać Ania poprzez ściśnięte skurczem gardło. Usta też jej nie słuchały. Zęby zaciśnięte były aż do bólu. – Nic nie szkodzi, zdarza się. – Ton głosu kobiety był swobodny 26 i rozradowany czymś. Spojrzała w bok, w stronę pokoju i powie- działa gdzieś w dal: – Już idę kochanie. – Z przepraszającym uśmiechem zamknęła drzwi. Tego już dla Ani było za wiele. Musiała się mocno przytrzymać poręczy schodów, by nie upaść. W głowie miała mętlik, natłok myśli a zaraz potem zupełną pustkę. Nie chciała, nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyła. Zza drzwi dobiegały ją jednak odgłosy wyraźnie świadczące, że to, co ujrzała, to była prawda. Torba z lek- kim szmerem zsunęła się po opuszczonym w dół ramieniu i stuknęła o posadzkę. Dziewczyna nie wiedziała, jak długo tak stała, czas jakby się zatrzymał, w głowie czuła zupełna pustkę, jedynie obie ręce kurczowo trzymały się poręczy. Nogi również odmówiły posłu- szeństwa, nie mogła zrobić nawet kroku. Nie słyszała również ciężkiego stąpania po schodach. Jednak czyjś mocno zaniepokojony głoś dotarł do jej świadomości. – Czy pani dobrze się czuje? Może w czymś pomóc? – Mężczyzna w średnim wieku z pewnym wahaniem patrzał na nią. Stał blisko, w każdej chwili gotów ją podtrzymać, gdyby upadała. To zainteresowanie trochę przywołało Anię do rzeczywistości. – Nie, dziękuję, już mi lepiej. Pomyliłam adres. Jestem trochę zmęczona. – Dziewczyna podniosła bagaż z posadzki i powoli, ale wciąż trzymając się poręczy, zaczęła schodzić w dół. Nie zareagowała na propozycję odpoczynku przy kawie. Nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi na przygarbioną sylwetkę dziewczyny z opuszczona w dół głową, idącą ciężko i powoli, jakby na jej drobne ramiona nałożono jakiś olbrzymi ciężar, który przerasta siły. Gdyby ktoś próbował zajrzeć jej w oczy zobaczyłby pusty, gdyż doprawdy nic niewidzący wzrok, skierowany gdzieś daleko. Oczy zasnute mgiełką, pozbawione zwykłego dla nich blasku były jeszcze suche. Nie przyszła jeszcze pora na łzy, jeszcze do świadomości nic nie docierało. Wracała tą samą drogą, którą przyszła. Jeszcze parę kroków było do sklepiku pani Natalii, jeszcze tylko jeden krok. W tym momencie stojąca za ladą Natalia oderwała wzrok od okna i spojrzała na półki z towarem. Trwało to parę sekund. Gdy wzrok powędrował z powrotem w okno, Ania już je minęła. To było tylko parę sekund, ale sekund z rodzaju takich, które decydują o dalszych 27 losach wielu ludzi. Przecież wszystko mogło nadal toczyć się swoim zwykłym trybem. A jednak nie potoczyło się. Pierwsze otrzeźwienie i pierwsze łzy pojawiły się przy sklepie z sukniami ślubnymi. Jeszcze pół godziny temu stała tu, w tym miejscu uśmiechnięta, radosna i promieniejąca młoda dziewczyna. Teraz, tylko na chwilę zatrzymała się przed wystawą smutna, przygarbiona sylwetka kobiety, która ledwo miała siłę podnieść wyżej głowę. Pustym wzrokiem omiotła witrynę, a z kącików oczu popły- nęły w dół dwie strużki łez. Pierwsze ostrzeżenie pojawiło się wraz z głośnym piskiem opon i wiązanką niewybrednych słów rzuconych przez kierowcę pod jej adresem. Nic nie widząc, nic nie słysząc, zupełnie jak zamroczona weszła na jezdnię, prawie pod koła rozpędzonego samochodu. Stała zdezorientowana zaledwie metr od chodnika, ale powoli docierało do niej, gdzie jest i jak, i dlaczego tu się znalazła. Jakaś kobieta mocno objęła ją ramieniem i skierowała z powrotem, poszukała ławeczki i posadziła ją na niej. – Czy wszystko w porządku? Dobrze się pani czuje – zapytała z niepokojem. – Tak... już dobrze. Przepraszam panią i ... dziękuję. Już dobrze. – Trzeźwy ton odpowiedzi uspokoił kobietę, choć jeszcze, odchodząc, parę razy obejrzała się za siebie. Ania powoli wracała do rzeczy- wistości. Smutnej teraz. A przecież jeszcze niedawno takiej radosnej. Teraz dopiero, już bez znieczulenia, jakie daje nieświadomość, poczuła ogromny ból. Wręcz nie do wytrzymania. – Jak on mógł mi to zrobić? Jak on mógł nam to zrobić? – Pytania pojawiały się co chwilę. – Co robić? Coś przecież trzeba. Wrócić tam? Nie, nie chcę go już widzieć na oczy. Ohyda!! Zniszczył coś tak pięknego!! Złość zaczynała brać górę. Na myśl cisnęły się najgorsze epitety, najcięższe zarzuty, jednak postaci słów nie przybrały. Przecież przed chwilą jeszcze go kochała. – O Boże!! Jak to - kochałam?? Już nie kocham?? Tak, nie kocham, niech go cholera, zdrajcę jednego! Niech tylko spróbuje 28 przyjść i przepraszać. Chyba się będzie musiał czołgać do mnie na kolanach!!! Nie chcę go, nie chcę go widzieć!! Takie myśli towarzyszyły jej duszy, podczas gdy ciało błąkało się ulicami miasta. Zmęczenie wkrótce dało o sobie znać, słońce chowało się za bryłami budynków. Przysiadła w kawiarnianym ogródku, zamówiła zimny napój. Kelnerka uważnie jej się przyglądała przez chwilę. – Może mały koniaczek albo kieliszek wina? Powinno pomóc – w końcu zaproponowała. – Tak. Poproszę... Może jednak wino... Rzeczywiści, odrobina alkoholu tym razem uspokoiła rozdygotane nerwy. Ze zdumieniem jednak stwierdziła, że ręce jej się trzęsą. Zawstydzona rozejrzała się wokoło, ale przecież nikt na nią nie patrzał, nikt się nią nie interesował. No, może ten przystojny chłopak siedzący parę stolików dalej. Przyglądał się jej od dłuższego czasu, co zauważyła, ale na co nie reagowała. Tamten widocznie jej spojrzenie uznał za zaproszenie, gdyż pozbierał rzeczy ze swojego stolika i pod- szedł do niej. – Można? Pani tak tu siedzi sama. Smutno pewno? – Głos miał nawet dość miły. Na dodatek przedstawił się imieniem i nazwiskiem, co było raczej niespotykane. To ją przekonało. Potrzebowała teraz jakiegoś towarzystwa. Nawet nie słuchała tego, co chłopak do niej mówił. Jeśli kierowała wzrok na jego twarz, to oczy patrzały gdzieś daleko. Od czasu do czasu jedynie odpowiadała na zadane pytanie, ale były to monosylaby. Myślami była gdzie indziej. Cały ten czas, gdy tu siedziała, przez jej myśli przewijały się obrazy z ostatniego roku. Roku dla niej wyjątkowego i szczęśliwego. Okresu, którego zakończenie miało nastąpić we wrześniu, przynosząc ze sobą czas jeszcze bardziej radosny, bo już trwający do końca. Tymczasem koniec nastąpił już teraz. Wróci do siebie jeszcze dzisiaj i, no cóż, zacznie życie od nowa. Kiedyś wreszcie zapomni. Ale przedtem musi coś jeszcze zrobić. Nie może tego tak zostawić. Pomyślała, nadal z wielkim bólem, że trzeba jednak porozmawiać przed rozstaniem, pewne sprawy nie mogły pozostać niewyjaśnione. Tu nie chodziło o nią. Raczej o rodziców, znajomych, przyjaciół. Przecież nawet zaproszenia zostały rozesłane. – Idę – zadecydowała. Przygodny towarzysz był bardzo 29 rozczarowany. Znowu, trzeci raz dzisiaj, spacer tą samą drogą. Prawie tą samą; postanowiła tak podejść do budynku, by od razu spojrzeć w okna, samej nie będąc widzianą. Chciała się upewnić, czy Piotr nadal jest u siebie. Ochłonęła już nieco po początkowym szoku i była pewna, że stać ją na rzeczową rozmowę. Poza tym była przekonana, że Piotr odprawił tamtą dziewczynę po tym wszystkim. Wiedział przecież, że Ania tu była. Będzie sam, może jej to wszystko wyjaśni. Nie wyobrażała sobie, by było inaczej. Jednak było. Okno w pokoju było zasłonięte. Mimo słonecznego wieczoru paliło się światło. Już zdecydowana była podejść do drzwi wejścio- wych, gdy zgasło. Po chwili okno zabarwiło się delikatną czerwoną poświatą. – Zapalił lampkę – pomyślała zaniepokojona. Na tle zasłony pojawiła się, rozmyta lekko, męska sylwetka. Po chwili dołączyła do niej w czułym uścisku szczupła sylwetka dziewczęca. Ania musiała oprzeć się plecami o ścianę domu, by nie upaść. Rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w ten jeden punkt. Nic innego nie widziała. Tylko ten mały prostokąt okna i cienie dwóch sylwetek na zasłonce. Po chwili zniknęły. Lampka jednak nie zgasła. Nie wie, jak długo stała wpatrzona w okno. Może pół godziny, może godzinę. Z tego hipnotycznego prawie stanu wyprowadziła ją grupka hałaśliwie zachowujących się młodych ludzi. Ich zaczepki były dość śmiałe i natrętne. Wszyscy byli mocno pijani. – Mała, co tak stoisz? Zmarzniesz. Chodź z nami, rozgrzejemy cię. – Tu nastąpił rechot całej grupy. Ktoś próbował wziąć ją pod rękę, ktoś inny szarpnął za torbę. Powiedziała parę ostrych słów, kogoś odepchnęła i powlokła się przed siebie. Sztywne nogi zdawały się same ją prowadzić. Nie była świadoma, dokąd. Myśli były całkiem wyłączone. Otwarte oczy zdawały się niczego nie widzieć. Nie czuła też nic. Zupełnie nic. Miasto zdawało się opustoszałe. Zerwał się silny wiatr, po nocnym już niebie ciągnęły chmury, gdy znalazła się na nadwiślańskim deptaku. Gdzieś daleko lśniły światłami wysokościowce. Bliżej zdawał się być Pałac ze swoją kanciastą sylwetką. Długo jej się 30 przyglądała, jakby coś w myślach rozważając. Potem wzrok natknął się na most. Pusty most z rzadka tylko rozświetlony latarniami. Pod nim wartko płynęła szeroka rzeka. Rzeka trochę wzburzona, gdzieniegdzie pokryta pianą. Wokół podpór mostowych kipiąca i groźna. Zapatrzyła się w ten widok. Z każdą minutą, z każdym krokiem most wydawała się większy, bliższy. Porywy wiatru były coraz silniejsze, ostro zacinał deszcz, kiedy stanęła na środku mostu. Czarna nocą kipiel wydawała się być bardzo, bardzo daleko w dole. Odgradzała ją od dziewczyny tylko wysoka druciana siatka. Ania powoli odłożyła bagaż na mokry już chodnik i obie dłonie wczepiła wysoko w ogrodzenie. Zaczęła się wspinać. 6 Taksówka Grega stała jako ostatnia w długim szeregu aut na postoju. Grzegorz Greg Piecki nudził się już od godziny. Przedtem posiedział trochę w samochodzie znajomego, ale ten – pierwszy w kolejce – zaraz odjechał po pasażera. Innych znał tylko z widzenia. Pokiwał głową na powitanie i wrócił do siebie. Włączył mały samo- chodowy telewizorek, obejrzał najnowsze wiadomości, ale późniejszy horror w ciemną i dżdżystą noc, to nie była najlepsza rozrywka. Obecną swoja pracę traktował niezbyt poważnie. To tylko chwilowe zajęcie. Marzył mu się wyjazd za chlebem gdzieś daleko. Może Norwegia? Miał tam znajomych, wyjechali jednak niedawno i czekał, aż się urządzą na miejscu. Obiecali przecież zaprosić i przechować go przez jakiś czas. Pracę na pewno sam sobie by znalazł. Był młody i sprawny. Patrząc na jego doskonale wyrzeźbioną ćwiczeniami sylwetkę, można by powiedzieć, że bardzo sprawny. I silny. – Szkoda, bym tu się marnował za te parę groszy – często w myślach powtarzał, stojąc w długich ogonkach bezrobotnych taksówek na postojach. Przeszukał wszystkie dostępne kanały i znudzony wyłączył odbiornik. 31 – Pokrążę trochę po mieście – zameldował centrali i ominąwszy kolegów, skierował samochód w stronę kwartałów ulic, gdzie spodziewał się znaleźć jakiegoś pasażera. Niekoniecznie trzeźwego i niekoniecznie dobrze widzącego wskazania taksometru. Takich klientów nie bał się zupełnie. – Nie ta waga, koleś – powiedział kiedyś jednemu z nich. Pijany i awanturujący się pasażer nie należał do ułomków, ale trzymany na dystans ogromną dłonią nawet nie dosięgnął pięścią twarzy Grega. Lekko pchnięty na chodnik szybko się uspokoił i zapłacił już bez protestów. Wnętrze taksówki co chwila rozświetlał inny szyld mijanej knajpy. Greg jechał powoli, by nie przegapić wyciągniętej ręki. Ulice były puste, ruch zamierał. Robiło się późno. – Oho!! Jest – ucieszył się. Przed drzwiami jakiegoś klubu stał wysoki mężczyzna w skórzanej kurteczce i nerwowo rozglądał się na wszystkie strony. Spostrzegł taksówkę i szybko zamachał wyciągniętą ręką. – Jadę po pasażera, jestem zajęty – krzyknął przez otwarte okno. Zwolnił jednak. Mężczyzna podbiegł i rzucił krótko: – Zapłacę podwójnie. – Nie czekając nawet na zgodę, otworzył tylne drzwi. – Na... – Tu podał nazwę ulicy. Greg nawet nie zapro- testował. Nie po drodze, jednak skoro klient płaci... Ruszył z miejsca, ale zaciekawiony spojrzał jeszcze we wsteczne lusterko. Zdziwił go brak woni alkoholu, którą wyczułby natych- miast. Pasażer był trzeźwy. Bardzo jednak niespokojny i czymś podenerwowany. Chyba się spieszył. Greg nacisnął pedał gazu. Po kilku minutach pasażer przestał zerkać na zegarek i uspoko- jony zapatrzył się w boczna szybę. Greg próbował go zagadnąć. Lubił rozmawiać z obcymi, można było trochę poplotkować, dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Tym razem jednak trafił na mur milczenia. Po paru pytaniach rzuconych w pustkę zrezygnował. Nie wiedział, że pasażer mimo otwartych oczu myślami a i wzrokiem był gdzie indziej. Przed jego oczyma przewijał się jakby film, który ten uważnie obserwował, starając się rozpoznać miejsce i zapamiętać szczegóły. Widział ciemną sylwetkę dziewczyny, krok za krokiem sunącą nadrzecznym bulwarem. Opuszczone ramiona, na jednym z nich ciążąca najwyraźniej torba podróżna. Głowa jednak podnie- 32 siona, a wzrok skierowany w stronę najbliższego mostu. Gdy dojeżdżali do niego z przeciwnej strony, sylwetka była już – Proszę widoczna na środku mostu. Znieruchomiała i patrząca w dół. się zatrzymać. – Głos pasażera był lekko podekscytowany. Zaskoczony Greg zdążył wyhamować samochód przed wjazdem na most. Dwoma kołami wjechał na chodnik i stanął. Pasażer spojrzał na taksometr, słychać było szelest banknotów, których kilka podał mu przez ramię. – No, no... – Grega mało co zaskakiwało, ale otrzymana zapłata wzbudziła zdziwienie. Ale i radość, mógł już zjechać do domu. Cicho trzasnęły zamykane drzwiczki, Greg jeszcze przez chwilę obserwował plecy idącego pasażera, potem zaczął wykręcać samochodem. Manewr był utrudniony, gdyż jezdnia zwężona była z powodu wyko- pów. Dostał się wreszcie na przeciwny pas i jeszcze tylko z cieka- wości spojrzał w boczne lusterko. To, co zobaczył wprawiło go w osłupienie. Odwrócił na chwilę wzrok, myśląc, że wszystko to mu się przywidziało. Ale nie. Jakaś dziewczyna, młoda, cała przemok- nięta ze zlepionymi deszczem włosami siedziała na chodniku oparta o barierkę mostu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kim jesteś Toni?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: