Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00091 009892 9535153 na godz. na dobę w sumie
Klatka - ebook/pdf
Klatka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 228
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-10-9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Siedem osób. Wszyscy zamknięci w ciasnym budynku, dzień po dniu oddalają się od rzeczywistości. Łączą ich studia we Wrocławiu. Dzieli wszystko inne. Początkowo są pewni siebie i otwarci na nowe doznania, chętnie rzucają się w maraton niekończących się imprez. Jednak beztroska atmosfera szybko mija. Ciągłe towarzystwo tych samych ludzi. Zamroczenie używkami. Brak perspektyw. Kompleksy. Strach. Samotność. Tajemnice. To wszystko sprawia, że bohaterowie czują się uwięzieni w swoich własnych głowach.

Tłumione emocje nie mogą znaleźć ujścia. Narastają konflikty i agresja. Świat za ścianami akademika przestaje istnieć, a życie w środku zamienia się w piekło, z którego nie ma ucieczki.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2012 © Copyright by Sara Antczak, 2012 © Copyright by Jirafa Roja, 2012 Redakcja: Korekta: Łamanie: Projekt okładki: Zdjęcie autorki: Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu Joanna Chlebowska Łukasz Giza tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-11-6 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2012 Spis treści rozdział 1 Początek 9 rozdział 2 Puste Butelki 22 rozdział 3 rosYJski seN 36 rozdział 4 WsiecoWstąPieNie 47 rozdział 5 ŻadNego śluBu Przed seksem 61 rozdział 6 sNY o Wielkości 79 rozdział 7 trzYdzieści JedeN dNi 97 rozdział 8 doBroWolNe zNieWoleNie 109 rozdział 9 No Future 130 rozdział 10 cYcki koNtra PiWo 141 rozdział 11 Nie ma ucieczki 154 rozdział 12 zaBÓJcza domÓWka 175 rozdział 13 oczYszczeNi 190 rozdział 14 śPiJ sPokoJNie 200 rozdział 15 POWRÓT DO DOMU 214 Dla Łukasza Bez Ciebie nie ma mnie rozdział 1 Początek DAWID Wyprowadzali nas kolejno. schodziłem posłusznie po scho- dach. miałem skute ręce, ale na karku i tak czułem silny uścisk policjanta. trzymał mnie tak, jakbym próbował mu uciec. ale dokąd? i po co? Wciąż miałem kaca, a koszulę mokrą od krwi. Na komisariacie gliniarze rzucili się na mnie jak wygłodnia- łe hieny. grozili, krzyczeli, wyzywali, a potem znienacka stawali się przyjaźni. częstowali papierosami, obiecywali, że niedługo mnie wypuszczą, już, za chwilkę, kiedy tylko złożę zeznania. Poprosiłem, żeby pozwolili mi zadzwonić do adwokata. zaśmiali się, jakby usłyszeli dobry kawał. W końcu musiałem się odezwać. Wiedziałem, że jeśli te- go nie zrobię, będą mnie tu trzymać całą noc. Powiedziałem im, że jestem niewinny. Że to był zwykły przypadek sam w to nie wierzyłem. oni zresztą też. — Posiedzimy tutaj i poczekamy, aż sobie przypomnisz, co się stało. twoi koledzy już mówią. 9 Na chwilę zamiera mi serce. co oni mówią?! Przecież chyba nie… — Pójdziesz siedzieć. zdajesz sobie z tego sprawę? twoi zna- jomi wyjdą, bo mówią, a ty pójdziesz siedzieć, bo ich kryjesz. W końcu zacząłem mówić, a moje ręce trzęsły się tak samo jak głos. Po półgodzinie w końcu pozwolili mi wyjść. Wcale nie poznali prawdy. Jeśli zna się tylko okrojoną wersję wyda- rzeń, nigdy nie można złożyć układanki w całość. Nie da się zbudować historii bez początku i końca. a więc — od czego się zaczęło? Wszystkie wspomnienia mieszają się, urywają, nakładają, ale wszystko zaczęło się na pewno w lepkim od potu i alkoho- lu lecie roku 2009, roku, w którym zdałem maturę i dostałem się na studia. Najdłuższe wakacje życia. słońce świeciło tak mocno, że aż oślepiało. Piłem piwo, pali- łem trawkę, śmiałem się głośno, pieprzyłem się często i zachły- stywałem się wolnością, której odmawiano mi przez lata. zastanawialiście się kiedyś, ile sekund zajmuje otwarcie bu- telki piwa? otwarcie indeksu? ile czasu może zająć określe- nie wyboru kierunku, pijany gest przekręcenia kluczyków, ile czasu może zająć podjęcie decyzji, która jest w stanie otwo- rzyć przed tobą przyszłość albo ją zrujnować? Jak będzie wyglądać zderzenie dzieciństwa z dorosło- ścią?… Bum!!!!! Bum. coś uderzyło w okno. otworzyłem oczy i zamrugałem. szalone lato dobiegało końca. Był ostatni tydzień sierpnia, rok 2010. Podniosłem się z łóżka ostrożnie, tak, żeby nie obudzić kai. 10 obudzenie jej o tej porze groziło śmiercią, a nie chciałem, żeby zaczęła się na mnie wściekać, kiedy będę w zasięgu jej ciosów. sprężyna materaca ugięła się i zaskrzypiała lekko. sztuka zostawiania śpiących dziewczyn w łóżkach i ulat- niania się to ważna i subtelna umiejętność. Wymaga techniki. Ja opanowałem ją do perfekcji. Wymijając puste butelki i prze- klinając wczorajszą imprezę, podszedłem do okna. zobaczyłem samochód zaparkowany pod samą chatą. magik i Biały machali do mnie jak opętani. — Wyłaź! — krzyknęli. — cicho, kaja śpi! zaraz schodzę. Wróciłem do pokoju i wyciągnąłem spod łóżka plecak. Wszystko było spakowane i przygotowane do wyjazdu. lap- top, ipod, niezliczone notesy, dyktafon, mapka, dowód oso- bisty, portfel, komórka i trochę dobrego, poznańskiego zioła. kiedy wynurzyłem się spod łóżka, kaja miała otwarte oczy i patrzyła na mnie roziskrzonym wzrokiem. — metoda subtelnej ucieczki? Nie nauczyłeś się, że to w moim przypadku nie działa? Cholera — Nie chciałem cię budzić. — dokąd się wybierasz? myślałam, że będzie powtórka z wczorajszego wieczoru. — Nie da rady, mała. — a dlaczego? Wziąłem głęboki oddech. zaraz się zacznie. — Bo wyjeżdżam. Jadę na studia do Wrocławia. — Przecież dostałeś się na dziennikarstwo w Poznaniu. mówiłeś, że zostajesz! — No, tak. zmieniłem zdanie. — co? — zapytała kaja, podnosząc się. — co?! Jej zielone oczy zamieniły się w szparki. Wyglądała jak pantera gotująca się do skoku. 11 — chciałem ci wczoraj powiedzieć — powiedziałem, pod- nosząc się i chwytając plecak. — Nie moja wina, że tyle wy- piliśmy, że nie mogłaś oderwać ode mnie rąk… — magik, odPalaJ autooooo!!! — wypadłem z domu i popędziłem żwirową ścieżką. za mną wybiegła kaja, rzucając we mnie co cięższymi przedmiotami użytku domowego. — tY skurWielu! JuŻ Po toBie! magik zauważył, że nie ma żartów. odpalił silnik i ruszył. W ostatnim momencie udało mi się wskoczyć do samochodu i zatrzasnąć drzwi. chwilę później rozległ się huk. Butelka po tyskim rąbnęła w tylną szybę samochodu. szyba przetrwała. Butelka nie. odwróciłem się i zobaczyłem oddalającą się sylwetkę kai. Potem już nie oglądałem się za siebie. zaczynałem no- we życie. kumple podwieźli mnie pod dworzec. Na zakończenie poda- liśmy sobie ręce. obiecałem im trzymać kontakt — w koń- cu sporo razem przeżyliśmy — ale wcale nie byłem pewien, że dotrzymam słowa. Nie przywiązywałem się specjalnie do miejsc ani do ludzi. Niezależność zapewniała mi prawdzi- wą wolność. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji Wrocław główny. W tym czasie miasto szykowało się na euro 2012 i re- montowano dworzec. Nie widziałem na razie efektów, poza cholernym chaosem panującym na stacji. Wędrowałem ulicami nowego miasta. chciałem sprawdzić ilość knajp, barów i miejsc do wylegiwania się w sobotnie po- południa, poznać trasy lokalnej straży miejskiej, przyjrzeć się wrocławiankom, poznać język miasta. 12 Była niedziela, dzień przed rozpoczęciem roku akademic- kiego. rynek był zapełniony ludźmi. turyści fotografowali się pod pomnikiem Fredry, zakochane pary całowały się pod mcdonaldem, uliczni artyści grali na gitarach kawałki dżemu i zbierali pieniądze do futerałów. mim, z twarzą pomalowaną złotą farbą, trwał w niewzruszonym bezruchu, nie reagując na zaczepki dzieci Później odnalazłem instytut dziennikarstwa i komuni- kacji społecznej. miejsce, w którym miałem spędzić najbliż- sze pięć lat życia. dziennikarstwo od zawsze było moją pasją i powołaniem. uwielbiałem pisanie, podsłuchiwanie, rozmowy z ludźmi i zbieranie informacji. Byłem redaktorem we wszystkich ga- zetkach szkolnych, od podstawówki aż do liceum. Nauczycie- le zawsze mówili, że dziennikarstwo jest najlepsze dla osoby o tak niezaspokojonej ciekawości świata. No i potrafiłem mówić. Bylibyście zaskoczeni z ilu sytu- acji można się wykręcić gadaniem. Pomagało mi w konfron- tacjach z rodzicami, nauczycielami, policjantami, kanarami, a zwłaszcza z dziewczynami. kiedy miałem piętnaście lat, dużo podróżowałem na stopa z kumplami. Byliśmy takimi młodymi, bezczelnymi, długowło- symi utrapieniami społeczeństwa. Nocowaliśmy u przypad- kowych dziewczyn, w samochodach albo pod gołym niebem. W liceum trochę punkowaliśmy, łaziliśmy po opuszczonych miejscach, koncertach i piliśmy tanie wino. Później był etap rasta. Bębny, nocne ogniska, pokój na świecie, trawka i trans- cendencja. Jak już mi przeszedł młodzieńczy bunt, zaczą- łem podróżować po europie. musiałem ciągle doświadczać, ryzykować, poznawać, odkrywać. Żadnej stagnacji. Bezruch to śmierć. 13 W maturalnej klasie zacząłem chodzić na fakultet z dzien- nikarstwa, tam właśnie poznałem kaję. od razu zwróciłem na nią uwagę. Była śliczną szatynką o promienistych, zdetermi- nowanych oczach. oprócz tego pociągała mnie jej inteligen- cja, błyskotliwość i cięty język. Była socjaldemokratką i wielką fanką moniki olejnik. rywalizowaliśmy ze sobą ostro, zajęcia z dziennikarstwa zamieniły się w pole walki. Walczyliśmy o to, czyj tekst okaże się lepszy, kłóciliśmy się o etykę dziennikar- ską, o politykę. Napięcie wisiało w powietrzu. któregoś dnia po zajęciach podszedłem do niej i powiedziałem: „chcę się z tobą przespać. możesz powiedzieć ‘tak’ teraz albo później, ale będę w pobliżu, dopóki nie dostanę odpo- wiedzi, którą chcę usłyszeć”. Żałujcie, że nie widzieliście jej miny. opierała się długo, nawet bardzo długo, ale ostatecznie skończyliśmy razem. ale ja i kaja to już inna historia. Po maturach zdałem sobie sprawę, że czas opuścić rodzinne gniazdko. miałem dosyć Poznania i mieszkania ze starymi. ciągnęło mnie do czegoś innego. Wrocław był znany jako miasto studenckie i tak zwane „meeting place”. Na wydział dziennikarski było mnóstwo kandydatów, ale z dostaniem się nie miałem żadnych pro- blemów. gorzej było z miejscem w akademiku. Wszystkie domy studenckie były przepełnione, dlatego miasto zdecydowało się na wybudowanie hotelu, w którym mogli zamieszkać studenci z różnych kierunków, dla których zabrakło miejsca w akademikach. miesięczne opłaty były dość wysokie, ale miejsc było pod dostatkiem a warunki były o wie- le lepsze niż w zwykłym akademiku. Większe i bardziej wy- godne pokoje z łazienkami, brak ingerencji portierów w życie mieszkańców. zero rewizji i kontroli. i tak nie miałem za- 14 miaru wynajmować mieszkania od jakiegoś apodyktycznego właściciela, więc decyzja nie zajęła mi wiele czasu. Hotel był dużym, ciemnym, kilkupiętrowym budynkiem oto- czonym drzewami i trawnikiem, na którym w gasnącym słoń- cu wygrzewała się kolorowa reprezentacja mieszkańców. Po- pchnąłem ciężkie drzwi i wszedłem do środka. Poczułem przy- jemny chód. W holu kilka osób grało w piłkarzyki. Na recepcji wylegitymowałem się i odebrałem klucz. Pokój o numerze 316 miałem dzielić z trzema współlokatorami. zacząłem wspinać się po schodach, mijając kolejne drzwi. Nie było wykładziny, podłoga była gładka i lśniąca. ściany ko- rytarza pomalowano na czerwono. — Jak w „lśnieniu”— pomyślałem z rozbawieniem. Na drugim piętrze trafiłem na niezidentyfikowane ciało. Nie powiem, poczułem się trochę nieswojo. dziewczyna wy- glądała, jakby była martwa. Wrażenie potęgowała migająca, zepsuta świetlówka. miała długie, jaskraworóżowe włosy, była ubrana w dżin- sy z mnóstwem kolorowych łat i żółtą koszulkę z napisem „don’t worry, be happy”. zbliżyłem się z lekką obawą. może nie żyje? może wszy- scy o niej zapomnieli i zaczęła tu gnić? ale wtedy poruszyła się i zauważyłem tekturkę opartą o jej bok „ProszĘ, Nie dePcz JeJ. Po Prostu Przeskocz”. Pochyliłem się i lek- ko potrząsnąłem jej ramieniem. — Hej… nic ci nie jest? Zero reakcji — cześć — usłyszałem głos nad głową. ktoś podniósł bez- władne ciało z ziemi. Wstałem. Przede mną stał ciemnowłosy, wysoki gość w koszulce Pidżamy Porno. uśmiechał się przy- jaźnie. — Jestem dominik. 15 — dawid — podałem mu rękę — to… — wskazałem na ciało i zawahałem się. — moja dziewczyna, endi — przedstawił zwłoki. — zawsze śpi na korytarzu? — Nie, trochę za dużo wypiła. śliczna jest, prawda? Przytaknąłem. W jego głosie zabrzmiało ciepło, z jakim nie potrafiłem mówić o żadnej dziewczynie. z racji, że wy- glądam nieźle, a z bajerą nigdy nie miałem problemów, to laski zawsze do mnie ciągnęły. Niektóre nawet się zakochi- wały, co zawsze traktowałem jako sygnał do odwrotu. Po co miałem im robić fałszywe nadzieje? chciałem przeżyć jak najwięcej, a to nie jest możliwe z kimś uwieszonym twoje- go ramienia. — Nowy? — zapytał dominik. — który rok? — Pierwszy — my też. Na czym jesteś? — Na dziennikarstwie. — Ja na medycynie, a endi na prywatnej fotografii. spodo- ba ci się tu. Jak będziesz miał jakieś pytania, to wal, miesz- kamy w 211. i razem z dziewczyną zniknął w pokoju. Wspiąłem się na trzecie piętro i odnalazłem mój pokój. ktoś przekreślił liczby 316 i dopisał — 666. No nieźle. ciekawe jakie świry miesz- kają w środku. otworzyłem drzwi. — i wtedy zrozumiał, że nie chodzi o to, kim jest, ale o to, kim oni pozwolą mu być! — powiedział ktoś teatralnym tonem. Naprzeciwko mnie, przy stole zawalonym jakimiś papierami, siedział dziwny typ. miał kilkudniowy zarost, czarne włosy i podkrążone oczy ćpuna. Był ubrany w czarny golf i dżinsy. Wskazał na mnie palcem. — „z prochu powstałeś, więc wstań i się otrzep” — powie- dział, cytując rafała Wojaczka, po czym pochylił się, wciągnął z otwartej książki ścieżkę amfy i zwalił się na ziemię. 16 — Yyy… też mi miło cię poznać. Jestem dawid. — konrad — wyciągnął do mnie rękę z ziemi. Nie miałem czasu, żeby się otrząsnąć, bo na scenie poja- wił się nowy zawodnik. Wesoły rastaman z dredami do pasa, ubrany w koszulkę z Bobem marleyem. trzymał na ramieniu jakiegoś jaszczura. — o! cześć — przywitał się. — Jestem szymon, a to mój gekon, marley. Wiedziałeś, że gekony to jedne z jedynych ga- dów z ruchomymi powiekami? zamrugałem, co w ogólnoświatowym przekazie oznacza „co, kurwa?”. — Nie przejmuj się nim — wskazał na leżącego na ziemi — konrad jest nihilistą. — to zaraźliwe? — są na to szczepionki — powiedział, uśmiechając się i za- palając blanta. — Jestem na weterynarii. Hoduję różne zwie- rzaki, mamy w pokoju węża i ptasznika. ma na imię Basia. Wskazał na jakiegoś koszmarnego, włochatego pajęczaka przyssanego do szyby. — Bardzo ładnie go nazwałeś. — tu śpisz — pokazał mi łóżko pod oknem. — Nasz ostat- ni współlokator emigrował do anglii. albo poszedł siedzieć. Nie jestem pewien. aha i mamy jeszcze jednego mieszkańca, matiego. Przyjedzie za parę dni. to co, piwko? — Jasne Wyjrzałem przez okno. zapowiadała się niezła jazda. BlaNka taksówkarz już od pięciu minut usiłował zaparkować na prze- pełnionym samochodami parkingu. Jego ciągłe cofanie sa- mochodu i nerwowe zmienianie stacji w radiu wywoływały u mnie migrenę. 17 — o! — Jeden z samochodów wyjechał z parkingu, a z ra- dia ryknęła republika, więc taksiarz za jednym razem zna- lazł i miejsce, i piosenkę. zaparkował, ale nie wyłączył silnika, wsłuchując się pil- nie w tekst piosenki. Najpierw Ty, długo, długo nic, tylko Ty, dla ciebie piszę. Tylko Ty, po Tobie nie ma nic, dziś piszę dla Mamony. Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy… — to jest muzyka! — orzekł z zadowoleniem po chwili. — a nie jakieś chamskie techno. do tej pory uważałam, że najbardziej irytujący są taksów- karze próbujący namówić do swoich poglądów politycznych. Najwyraźniej się myliłam. odchrząknęłam, sięgnęłam po portfel i zaczęłam odli- czać pieniądze. Nie trafił na sojuszniczkę. Nie byłam fanką rocka. moż- na by wręcz powiedzieć, że wszystkie gniewne oskarżenia i pretensje wywrzaskiwane w tekstach zespołów były kiero- wane pod adresem ludzi takich jak ja. zwolenników wyści- gu szczurów. zresztą nigdy nie zrozumiem, dlaczego ambi- cja i walka o swoje miałyby być pojęciami negatywnymi. to chyba właśnie sukcesu ci wszyscy buntujący się ludzie nie potrafią znieść. — Pani tu na studia przyjechała? — zagadał taksówkarz. — tak — ucięłam, podając mu pieniądze. zaparkowali- śmy pod samym akademikiem. mistrz dedukcji. Wysiedliśmy i kierowca wyjął z bagażnika moją walizkę. — a jaki kierunek? — drążył temat, najwyraźniej nie- świadomy mojej niechęci. — ekonomia i medycyna. — Naraz? to bardzo ambitnie… — wyjąkał. 18 — Niektórzy tak mają. dziękuję i do widzenia — ucię- łam rozmowę. zdawałam sobie sprawę, jakie to było nie- grzeczne, ale naprawdę nie znoszę, kiedy ludzie wtrącają się w nie swoje sprawy. chwyciłam rączkę walizki i ruszy- łam przed siebie. DAWID leżeliśmy na trawiastym terenie otaczającym akademik, wygrzewając się w zachodzącym słońcu. szymon palił skrę- ta i głaskał rozleniwionego gekona, konrad pisał coś na kartce, a ja po prostu się wylegiwałem i obserwowałem ludzi. z taksówki, która zaparkowała nieopodal, wysia- dła dziewczyna. skierowała swoje kroki prosto do bramy. miała kręcone blond włosy, staranny makijaż i niezłą figu- rę. Była ubrana w elegancki biały płaszcz i czarne kozaki. obrzuciła nas chłodnym spojrzeniem i zobaczyłem na jej twarzy wyraz pogardy. Byłaby bardzo atrakcyjna gdyby nie ten wyraz twarzy. zacięte usta i stalowy wzrok wojskowe- go dowódcy. — co piszesz? — zagadałem konrada. — głównie wiersze. Jestem na filozofii — dodał wyja- śniająco. — ciekawie jest na filozofii? — a jakie to ma znaczenie? — odpowiedział pytaniem na pytanie. — znasz taki wiersz — „statek pijany”? — kojarzę. — opowiada historię statku, który „uwolnił się”, zrywając się z cumy holowników i wypłynął na pełne morze. — ale to chyba metafora? — metafora, nie metafora, to zupełnie jak tutaj. 19 BlaNka integracja. Po co to komu? Nie znosiłam takich spędów, ale uznałam, że lepiej się pojawić. Nie lubiłam być w tyle. Wszyscy tłoczyli się na parterze. Portiernia najwyraźniej postanowi- ła przymknąć oko na alkohol lejący się strumieniami. kilku studentów ekonomii dyskutowało o przyszłości tego kierun- ku w kontekście obecnego kryzysu. — studiować ekonomię teraz? W czasie kiedy kapitalizm leci na łeb na szyję? Nie chciałbym być w waszej skórze — mruknął ktoś. — Proszę cię — prychnęłam. — Poradzę sobie. Potrafiła- bym sprzedać kotlety z pandy działaczom z green Peace. — Ja jestem działaczem z green Peace. spróbuj — rzucił ktoś za moimi plecami. Wszyscy odwróciliśmy się gwałtow- nie. Przed nami stał bardzo przystojny, ciemnowłosy chłopak i patrzył na mnie wyzywająco. Jego obraz psuła mi koszulka lewackiego zespołu i pijana, różowowłosa dziewczyna kleją- ca się do jego ramienia. — No, spróbuj — zachęcił mnie ponownie. Wszyscy zogniskowali na mnie spojrzenia. oczywiście zabrakło mi słów. chłopak odwrócił się i odszedł, holując za sobą tę hipiskę, a towarzystwo zachichotało złośliwie. znie- nawidziłam go. DAWID Przed oczami błysnął mi flesz. — uśmiech! — zza aparatu wyłoniła się ta kolorowa dziewczyna, która spała na korytarzu. uśmiechnęła się do mnie. — cześć — wyciągnąłem do niej rękę. — Jestem dawid skotnicki. — cześć. Jestem edyta, ale wszyscy mówią na mnie endi. 20 — tak jakby już się poznaliśmy. zmarszczyła brwi i przesłała mi pytające spojrzenie. — Pewnie nie pamiętasz, nie szkodzi. — Pijesz wódkę? — Jasne — ochoczo pociągnęła mnie do stołu i nalała nam drinki. zauważyłem, że jej chłopak, którego poznałem wcześniej, dominik, obserwuje nas z niepokojem. „Wszystko okej?”, za- pytałem go wzrokiem. Nie wiedziałem o co dokładnie chodzi, byłem nowy i nie chciałem podpadać pierwszego dnia. Pokrę- cił głową, jakby chciał powiedzieć „Nie przejmuj się” i dołączył do nas. Wznieśliśmy kieliszki. — Panie i panowie — za nowy start. rozdział 2 PuSte Butelki DAWID Życie w akademiku to taki piątkowy wieczór, tylko że w każdy dzień tygodnia. z imprezowego szału ocknęliśmy się dopie- ro w poniedziałek rano. Wszyscy byliśmy obolali i potwornie skacowani. co gorsza, na większości kierunków od początku drugiego miesiąca zaczynała się rzeź. moment przebudzenia nastąpił w naszym pokoju za sprawą dominika. — ej, leniwe, hedonistyczne pizdy, wstawać. Ćwiczenia się zaczynają. — Heee?… — dobiegł go chór przepitych i przepalonych głosów. Był ranek, a słowo „hedonistyczne” miało pięć sylab, na Boga! — dziesiąta, ludzie, wypad na ćwiczenia! Przymrużyłem oczy, rozglądając się po pokoju. Wyglą- dało to jak krajobraz po bitwie. co przytomniejsi zaczynali wstawać i niemrawo zbierać swoje rzeczy. Na immatrykula- cji dziekan mówił o studiach jako o: „Wielkiej intelektualnej Przygodzie”. ten zwrot rozbawił nas do łez. 22 o dziesiątej wyszedłem z akademika i ruszyłem w kierunku przystanku autobusowego, kiedy zatrąbił koło mnie samochód marki alfa 156. zza szyby wyjrzała twarz dominika. — cześć stary. Wbijaj, podwiozę cię. zajrzałem do środka. endi, zwinięta w kłębek, spała z ty- łu. dominik uczynnie otworzył drzwi. Poprosił tylko, żebym był w miarę cichy. Podziękowałem mu i wpakowałem się do środka. — Niezły — mruknąłem z uznaniem, rozglądając się po samochodzie. domino wzruszył ramionami i nie odpowiedział, co ozna- czało, że należy do nielicznych facetów, którzy nie lubią chwa- lić się swoimi samochodami. — starzy kupili ci takie autko? — tak. — Nieźle. a ja myślałem, że to ja jestem rozpieszczonym jedynakiem. — Nie jestem jedynakiem, mam starszego brata — mruk- nął. — Jak wrażenia z pierwszego tygodnia? Było w jego glosie coś, co podpowiedziało mi, żeby nie kon- tynuować tematu rodziny. dominik włączył radio. opuściłem szybę i wystawiłem twarz do słońca. Wiatr rozwiewał mi włosy. Wychyliłem głowę przez okno i wyobraziłem sobie, że jestem bo- haterem amerykańskiego filmu, a nie studentem kierunku bez przyszłości, mieszkającym w małym, zapuszczonym kraju. eNdi dominik obudził mnie, a potem odprowadził aż do samej sali, chociaż wiedział, że przez to znowu spóźni się na swoje za- jęcia. ale przyzwyczaiłam się do jego nadopiekuńczości. za- wsze zajmował się mną jak pisklakiem w gnieździe. — miłego dnia, słoneczko. kocham cię. 23 — Ja ciebie też. zawsze mówiliśmy to przy pożegnaniu. to rytuał, który utarł się już w liceum. Jeśli kiedyś zapominałam o powie- dzeniu „kocham cię” przed odłożeniem słuchawki, dominik przeciągał rozmowę do momentu, kiedy sobie o tym przypo- minałam. kiedy odszedł, spojrzałam na drzwi sali. Powinnam już tam wejść, ćwiczenia zaczęły się pięć minut temu… zakrętka od wódki Wyborowej spadła z brzękiem na umy- walkę. Poczułam piekący smak w gardle. łyk. Jeden, drugi, trzeci… w głowie usłyszałam głos dominika: „kochanie, mo- że w tym tygodniu trochę odpuścisz z piciem?”. otarłam usta wierzchem dłoni, czując jednocześnie wyrzuty sumienia, jak po zdradzie. zakręciłam butelkę, zerknęłam w lustro. szero- ki uśmiech i czas na zajęcia. domiNik Nie znosiłem, nie znosiłem chwil, kiedy musieliśmy się roz- stawać. kiedy nie czułem jej obecności, byłem chory. spoty- kałem się z nią od pięciu lat i miałem wrażenie, że przez ten czas uczucie się nasiliło. kochałem ją bezwarunkowo i dozgonnie. kochałem tak mocno, że niektórzy nazywali mnie fanatykiem. Byłem fanatykiem. kochałem jej optymizm, wrażliwość i rodzaj artystycz- nego roztargnienia. kochałem w niej zainteresowanie każ- dym człowiekiem i każdą rzeczą. kochałem jej umiejętność widzenia piękna w rzeczach, w których nikt inny go nie do- strzegał. umiejętność zauważania piękna to coś niezwykłe- go. z moim racjonalnym umysłem nie potrafiłem tego zro- zumieć. Jak słup ogłoszeniowy może być inspirujący? albo kałuża, most, wieszak, krzesło? zwyczajne, nudne przedmio- 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Klatka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: