Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00360 005590 13092771 na godz. na dobę w sumie
Klątwa - ebook/pdf
Klątwa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-1705-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, koniec XIX wieku.

W chwilach miłosnych uniesień dotykała tej twarzy, ale jej nie widziała. W dzień przysłaniała ją maska, imitująca pysk wilka. Dopiero teraz mogła zobaczyć klasyczne, harmonijne męskie rysy, naznaczone długą blizną. Dlaczego tak długo zakrywała je ohydna maska? Śmierć rodziców była dla Briana szokiem nie tylko dlatego, że nastąpiła nagle i niespodziewanie. Doszło do niej w makabrycznych okolicznościach. Lord i lady Stirling, angielscy arystokraci, badacze skarbów starożytnego Egiptu, zginęli w męczarniach po ugryzieniu przez kobrę egipską. Brian nie uwierzył w nieszczęśliwy wypadek. Nie dał też wiary opowieściom o klątwie, spadającej na tych, którzy naruszali spokój grobowców i sarkofagów. Poprzysiągł sobie odnaleźć mordercę rodziców i nawet wiedział, gdzie go szukać. Zyskał sprzymierzeńca w osobie Camille Montgomery, pięknej, inteligentnej młodej kobiety, która przypadkowo trafiła do zamku Carlyle, rodowej siedziby Stirlingów...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

sd k strony tytułowe.indd 1 2006-03-27 12:04:46 Tytu³y 2006 roku: Alex Kava – Elizabeth Flock – Z³o konieczne Emma i ja W sprzeda¿y od 24 marca Erica Spindler – Sharon Sala – Zagubieni Morderca bierze wszystko W sprzeda¿y od 21 kwietnia M.J. Rose – Shannon Drake – Kl¹twa Schemat zbrodni W sprzeda¿y od 5 maja Heather Graham – Erica Spindler – Zatoka Huraganów Zakazany owoc W sprzeda¿y od 19 maja Diana Palmer – Heather Graham – Przed œwitem Œmieræ na parkiecie W sprzeda¿y od 16 czerwca Informacje o serii New York Times Bestselling Authors oraz www.miraksiazki.pl sklep internetowy na stronie: Prze³o¿y³a: Aleksandra Komornicka sd k strony tytułowe.indd 3 2006-03-27 12:04:46 Tytuł oryginału: Wicked Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2004 Redaktor prowadzący: Mira Weber Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Zofia Firek ã 2005 by Heather Graham Pozzessere ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. Warszawa 2006 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 83-238-1705-7 ISBN 978-83-238-1705-5 PROLOG Miała tylko jedno wyjście: uciekać i modlić się o ocalenie. Na pewno przybędzie policja. Umarł człowiek! Niepotrzebnie się łudzi. Śmierć nastąpiła gdzie indziej i policjanci nie zjawią się w zamku. Ona, Camille, nie moz˙e pozwolić sobie na panikę. Musi zachować zimną krew. Uciekała przed złem. Biegła juz˙ długo i znajdowała się daleko od zamku Carlyle; słyszała swój cięz˙ki oddech. W koń- cu musiała stanąć i wtedy się przekonała, z˙e pośród drzew, w zwartym gąszczu nad jej głową, huczy wiatr. Ucieszyła się, mając nadzieję, z˙e rozszalały z˙ywioł przepędzi gęstą mgłę, która zdawała się nigdy nie opuszczać tego lasu, połoz˙onego tak blisko jałowych wrzosowisk. Była pełnia księz˙yca. Kiedy mgła opadnie, Ca- mille będzie lepiej widzieć. Tak jak i ci, którzy depczą jej po piętach. Odetchnęła głęboko i zanim ruszyła w dalszą dro- gę, rozejrzała się wokół. Delikatną sznurówką tur- niury zaczepiła o gałąź, ale nie bacząc na nic, szarp- 5 nęła się i uwolniła. W głowie miała tylko jedno – uciekać, ratować z˙ycie. Na wschód od zamku biegnie droga. Droga do Londynu, do cywilizacji, do normalności. Moz˙e zatrzyma jakiś powóz, odwoz˙ący gości do miasta. Oby tylko zdołała tam dotrzeć, zanim zabójca na nią się natknie. Nie miała wątpliwości, z˙e ta gra toczy się juz˙ od dawna. Była pewna, z˙e prześladowca chce ją znisz- czyć, by nikomu nie powiedziała, co wie. Z˙eby nie zdradziła tajemnic zamku Carlyle. W ciemności i we mgle rozrywanej przez wściek- łe podmuchy wiatru usłyszała złowieszcze wycie wilków, równie niespokojnych jak ona. Jednak ich najmniej się bała, bo wiedziała, co naprawdę jej grozi. Bestia, ale pod postacią człowieka. Szelest liści ostrzegł ją, z˙e ktoś jest w pobliz˙u. Zebrała się w sobie, modląc się, z˙eby instynkt jej podpowiedział, w którą stronę uciekać. Choć zrobiła juz˙ pierwszy krok, było za późno. Wypadł na nią zza krzaka. – Camille! Znała ten głos az˙ za dobrze. Zamarła, wstrzymała oddech i odwaz˙yła się spojrzeć w twarz męz˙czyzny, dotąd ukrywaną pod maską. Kiedyś poznawała tę twarz tylko dotykiem, widy- wała jedynie w przelotnych chwilach uniesień. A była to twarz niezwykła, surowa, przecięta blizną, ale harmonijna, o wyrazistej szczęce, cienkim pros- tym nosie. A oczy... Widziała je wyraźnie. Olśniewająco niebieskie oczy, które teraz rozjaśniły się czułością. Upływały długie chwile, jakby czas stanął 6 w miejscu. Co zatem jest maską? Ten skórzany pysk potwora? Czy ta ludzka twarz, znacznie bardziej szokująca, niz˙ sobie wyobraz˙ała, twarz o surowych, a zarazem fascynujących rysach, tak klasycznych w formie, z˙e mogłyby nalez˙eć do niedosięgłego boga. Co jest prawdą? Drapiez˙ność groźnej bestii czy prawość i szlachetność bijące od tego męz˙czyzny? – Camille, proszę, zaklinam na wszystko. Chodź ze mną. Poprzez dźwięk jego głosu usłyszała kroki. Ktoś jeszcze? Czyz˙by wybawca? Ktoś o znajomej i zwy- czajnej fizjonomii? Jeden z tych, którzy mieli się za jej mistrzów, a byli uwikłani w tajemnicę z przeszło- ści? Sam lord Wimbly, Hunter, Aubrey, Alex... i sir John. Błyskawicznie się odwróciła, gdy ciemna postać wypadła spomiędzy drzew. – Camille! Bogu dzięki! – Zabiję, jeśli jej dotkniesz – ostrzegł męz˙czyz- na, którego uwaz˙ała za bestię. – On cię zabije, Camille – powiedział cicho ten drugi. – Nieprawda. – Wiem, z˙e to on jest mordercą! – padło oskar- z˙enie z drugiej strony. – Wiesz, z˙e jeden z nas jest mordercą. – Na miłość boską, Camille, ten człowiek to bestia. Wszyscy to wiedzą! Udręczona, patrzyła to na jednego, to na drugie- go. Tak, jeden z nich jest mordercą. A drugi przynosi jej ocalenie. Ale który z nich? – Camille, szybko, podejdź do mnie... tylko ostroz˙nie. 7 Męz˙czyzna, którego znała jako bestię, przytrzy- mał jej wzrok. – Zastanów się, najdroz˙sza. Pomyśl o wszystkim, co zobaczyłaś i czego się dowiedziałaś, Camille, i zapytaj swojego serca, który z nas jest bestią. Sięgnąć pamięcią? Do czego? Do plotek i kłamstw? Albo do dnia, kiedy po raz pierwszy znalazła się w tym lesie, po raz pierwszy usłyszała wycie wilków i dźwięk jego głosu? Do dnia, w którym poznała bestię? ROZDZIAŁ PIERWSZY – Na Boga, co on znów zrobił? – przeraziła się Camille, spoglądając na Ralpha, słuz˙ącego i kompana Tristana, a takz˙e, niestety, wspólnika jego przestępstw. – Nic! – obruszył się Ralph. – Nic? Mam więc sama zgadnąć, dlaczego stoisz tu zdyszany i patrzysz na mnie, jakbym znów miała spieszyć na ratunek mojemu opiekunowi i wyciągać go z celi, domu schadzek czy innego miejsca o złej reputacji! Nie kryła złości i oburzenia. Tristan wiecznie pakował się w tarapaty. Dała jednak do zrozumienia, z˙e nie zostawi go na pastwę losu, o czym oboje z Ralphem doskonale wiedzieli. Tristan Montgomery – jej opiekun prawny – nie był osobą zbyt godną szacunku, chociaz˙ los obdarzył go szlachectwem, co w czasach, gdy tytuł człowieka znaczył o wiele więcej niz˙ jego faktyczne połoz˙enie czy reputacja, nie było bez znaczenia. Dwanaście lat temu uchronił Camille przed przy- tułkiem albo nawet przed znacznie gorszym losem: z˙yciem na ulicy. Zadrz˙ała na myśl o innych sierotach zdanych wyłącznie na siebie. Środki na utrzymanie, 9 jakimi dysponował Tristan, trudno byłoby uznać za zadowalające. Jednak od dnia, kiedy ją po raz pierwszy zobaczył samą przy jeszcze nieostygłych zwłokach matki, zaopiekował się nią tak, jak po- trafił. Starała się teraz spłacać dług wdzięczności. Dobrze chociaz˙, z˙e Ralph spotkał się z Camille na rogu ulicy, nie zaś w gmachu British Museum, gdzie jego niechlujny wygląd i nerwowy szept mogłyby zwrócić uwagę i kosztować ją utratę pracy, którą z takim trudem zdobyła. Na temat staroz˙ytnego Egiptu wiedziała więcej niz˙ większość męz˙czyzn, którzy uczestniczyli w wykopaliskach, ale nawet sir John Matthews wzdragał się na myśl o przyjęciu do pracy kobiety. Takz˙e sir Hunter MacDonald mógł pokrzyz˙ować jej plany. Wprawdzie lubił ją i podzi- wiał, ale to mogło równie dobrze obrócić się przeciw- ko niej. Uwaz˙ał się za wytrawnego badacza, podróz˙ni- ka i poszukiwacza przygód i najwyraźniej nie wierzył w sufraz˙ystki, uwaz˙ając, z˙e miejsce płci pięknej jest w domu. Przynajmniej Alex Mittleman, Aubrey Sizemore, a takz˙e lord Wimbly zdawali się akcepto- wać jej obecność bez większego sprzeciwu. Właśnie lord Wimbly i sir John, do których nalez˙ało ostatnie słowo, zdecydowali się powierzyć jej tę pracę. Obecnie nie to było najwaz˙niejsze. Tristan zna- lazł się w tarapatach, i to w poniedziałkowy wieczór, na początku tygodnia pracy. – Przysięgam, z˙e Tristan nic nie zrobił! – oburzył się Ralph. Był niewysokim męz˙czyzną, miał naj- wyz˙ej sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, za to niebywale zwinnym. Camille wiedziała, z˙e jeśli Tristan na razie nie zrobił nic złego, to z pewnością mógł coś planować, 10 gdyby sytuacja go do tego zmusiła albo gdyby trafiła się okazja. Odwróciła się. Właśnie pojawił się Alex Mittle- man, zastępca sir Johna. Jeśli ją zobaczy, podejdzie, z˙eby porozmawiać i odprowadzić ją do stacji. Musi więc odejść, i to natychmiast. Camille chwyciła Ralpha za łokieć i ruszyła ulicą. – Chodźmy, a ty opowiadaj, tylko szybko! – prze- strzegła Ralpha. Była bardzo niespokojna. Tristan, człowiek bystry i ogromnie oczytany, otrzymał w młodości staranne wykształcenie, ale zdołał tez˙ poznać najciemniejsze strony z˙ycia. Tak wiele ją nauczył – dzięki niemu wysławiała się ładnie, duz˙o czytała, znała się na sztuce, teatrze... Dowiedziała się tez˙, z˙e społeczeństwo rządzi się własnymi prawami: jeśli mówisz i nosisz się jak zuboz˙ała, ale szlachetnie urodzona dama, ludzie wierzą, z˙e nią jesteś. Tristan bywał zdumiewająco wnikliwy i spostrze- gawczy, gdy chodzi o otaczający go świat, a jedno- cześnie sprawiał czasami wraz˙enie, z˙e jest komplet- nie pozbawiony zdrowego rozsądku. – Przed nami ,,Dougray’s’’ – nieśmiało zauwaz˙ył Ralph, mając na myśli zajazd. – Obejdziesz się bez swojej porcji dz˙inu! – ob- ruszyła się Camille. – Jak to! ,,Dougray’s’’ był lokalem uczęszczanym przez cięz˙ko pracujących ludzi i cieszył się lepszą opinią niz˙ wiele innych miejsc, do których Ralph i Tristan często zaglądali. W zajeździe chętnie obsługiwano kobiety, co w czasach rozwijającego się ruchu fe- ministycznego, popularnego zwłaszcza w kręgach urzędniczek państwowych, było nie do pogardzenia. 11 Jako asystentka sir Johna Matthewsa, zastępcy ku- ratora pręz˙nie rozwijającego się działu staroz˙ytności egipskiej, Camille dbała o stosowny wygląd. Ubierała się skromnie, lecz starannie. Dzisiaj miała na sobie ciemnopopielatą spódnicę z nieduz˙ą turniurą i o ton jaśniejszą, elegancką, dobrze skrojoną bluzkę ze stój- ką. Do tego gustowny, markowy zegarek. Musiał nale- z˙eć do jakiejś damy z wyz˙szych sfer, która, kupując inny, modniejszy, ten oddała do Armii Zbawienia. Puk- le ciemnobrązowych włosów – zdaniem Camille jej jedyna ozdoba – były pieczołowicie upięte na czubku głowy. Nie nosiła biz˙uterii poza złotą obrączką, którą Tristan znalazł przy jej matce. Camille nigdy się nie rozstawała z drogą jej sercu pamiątką – jako dziecko nosiła obrączkę na łańcuszku na szyi, teraz na palcu. Nie uwaz˙ała, by pojawiając się w zajeździe z Ral- phem, mogli wzbudzić szczególne zainteresowanie. – Ukrywamy się? – zapytał Ralph. – Tak, usiądźmy gdzieś z tyłu. – Jeśli myślisz, z˙e pozostaniesz niezauwaz˙ona, Camille, to grubo się mylisz. Juz˙ i tak wszyscy na ciebie patrzą. – Nie bądź śmieszny. – To przez te twoje oczy. – Oczy jak oczy, są po prostu brązowe. – Camille się zniecierpliwiła. – Nie, dziewczyno, są złote. Obawiam się, z˙e męz˙czyźni naprawdę się na ciebie gapią, ci właściwi i ci mniej właściwi! – powiedział, rozglądając się z błyskiem oburzenia w oku. – Na razie nikt mnie nie napastuje, Ralph, więc proszę, ruszaj do przodu! Pociągnęła go w zadymiony kąt na tyłach lokalu, 12 zamawiając po drodze dz˙in dla Ralpha i filiz˙ankę kawy dla siebie. – Mów! – rozkazała. – Tristan bardzo cię kocha, dziecko. Sama o tym wiesz. – Ja tez˙ go kocham. I, chwała Bogu, nie jestem juz˙ dzieckiem – odparowała Camille. – A teraz powiedz wreszcie, z jakiej opresji mam go tym razem wyciągnąć. Ralph mruknął coś, podnosząc do ust szklaneczkę z dz˙inem. – Ralph! – upomniała go głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Dostał się w ręce pana na Carlyle. Camille zaniemówiła. Wszystkiego mogła się spodziewać, tylko nie tego. Hrabia Carlyle uchodził za potwora. Jego rodzice, dziedzice wielkich fortun, erudyci, byli wybitnymi kolekcjonerami dzieł sztuki i archeologami. Zafas- cynowani staroz˙ytnym Egiptem, spędzili dorosłe z˙ycie w Kairze. Ich syn, a zarazem jedyne dziecko, dołączył do nich po odbyciu studiów w Anglii. Potem, jak doniosła prasa, rodzinę dosięgła kląt- wa. Odkryli staroz˙ytny grobowiec kapłana, pełen bezcennych przedmiotów, pośród których znajdo- wała się kanopa1 z sercem najukochańszej kon- kubiny kapłana. Wszystko wskazywało na to, z˙e kobieta była czarownicą. Wyniesienie urny miało ściągnąć na rodzinę straszliwe przekleństwo. Podob- no jeden z egipskich robotników, zatrudnionych 1 Kanopa – egipska urna grobowa, słuz˙ąca do przechowywania wnętrzności zmarłego, (przyp. tłum.). 13 przy wykopaliskach, zaczął okropnie pomstować i, wznosząc ramiona do nieba, oznajmił, z˙e wy- kradzenie cudzego serca jest czynem samolubnym i okrutnym, który sprowadzi nieszczęście. Hrabia i hrabina skwitowali to śmiechem, co okazało się powaz˙nym błędem, albowiem wkrótce, w sposób równie tajemniczy jak okropny, oboje przenieśli się na tamten świat. Ich syn, obecny hrabia, słuz˙ył w tym czasie w szeregach armii jej królewskiej mości Wiktorii, tłumiąc zamieszki w Indiach. Na wieść o śmierci rodziców nieprzytomny i oszalały z bólu rzucił się w wir walki; potyczka, w której wojska jej królew- skiej mości walczyły z przewaz˙ającą liczbą rebelian- tów, zakończyła się zwycięstwem. Młody hrabia uszedł z z˙yciem, ale doznał powaz˙nych ran, po których pozostały mu okropne blizny. A takz˙e gorycz. Obarczony rodzinną klątwą – w dodatku tak cięz˙ką – pomimo odziedziczonej fortuny nie szukał z˙ony i nie uczestniczył w towarzyskim z˙yciu Londynu. Krąz˙yły plotki, z˙e hrabia jest odraz˙ający. Miał ponoć wyjątkowo oszpeconą twarz i zdeformowaną posturę; podobno był równie bezkształtny i niego- dziwy jak serce, które przybyło do zamku Carlyle w kanopie. Powiadano zresztą, z˙e serce zniknęło, co dało asumpt do plotek, z˙e połączyło się z sercem obecne- go niegodziwego pana na włościach. A hrabia niena- widził wszystkich. Pustelnik z˙yjący w przytłaczają- cym swoją wielkością zamku, otoczonym gęstym lasem, ścigał sądownie wszystkich, którzy zapędzili się na jego ziemie, jeśli ich przedtem nie zastrzelił, i domagał się dla nich najsurowszych wyroków. 14 Camille była nieźle zorientowana w tej historii. Jez˙eli nawet nie przeczytała o czymś w gazetach, to usłyszała w mocno podkolorowanej wersji, bo sta- nowiła ona częsty temat rozmów w dziale egipto- logii, gdzie pracowała. A to wystarczyło, z˙eby ogarnęła ją trwoga. Nie dając nic po sobie poznać, moz˙liwie swobod- nie zwróciła się do Ralpha: – A czymz˙e to takim Tristan naraził się panu hrabiemu? Ralph dopił dz˙in, otrząsnął się, usiadł wygodnie i spojrzał na Camille. – Bo chciał... chciał się zaczaić na powóz jadący z północny. Przeraz˙ona Camille wstrzymała na chwilę od- dech. – Chciał kogoś okraść jak zwykły rozbójnik? Przeciez˙ mogli go za to zastrzelić, a nawet powiesić! Ralph poruszył się niespokojnie. – Nie doszłoby do tego. Nigdy nie posuwamy się az˙ tak daleko. Nagle strach minął, a Camille poczuła się uraz˙o- na. Przeciez˙ ma teraz pracę, która nie tylko za- spokaja jej fascynacje, ale takz˙e przynosi wystar- czający dochód. Moz˙e utrzymać ich oboje, a nawet Ralpha, jez˙eli nie w luksusie, to na przyzwoitym poziomie; ci dwaj nie musieli uciekać się do oszustw i drobnych przestępstw. – Bądź łaskaw mi wyjaśnić, co stanęło na prze- szkodzie, z˙e nie daliście się obaj pozabijać. Ralph poprawił się na niewygodnym krześle. – Zamek Carlyle – odrzekł. – Mów dalej! – rozkazała. 15 Ralph zdecydował się przyjąć taktykę obronną. – Tristan tak bardzo cię kocha, Camie, z˙e za wszelką cenę chce ci zapewnić nalez˙ne miejsce w towarzystwie. Musiała odczekać, az˙ wyparuje z niej złość. Nie potrafiła wytłumaczyć Ralphowi, z˙e nigdy nie wej- dzie do tak zwanego towarzystwa. Co z tego, z˙e jej ojciec był arystokratą; co z tego, z˙e prawdopodobnie potajemnie poślubił jej matkę? Obrączka, którą teraz nosiła Camille, świadczyła o tym, z˙e z˙ywił dla jej matki uczucie. Wszyscy uwaz˙ali Camille za dziecko dalekiego krewnego Tristana, człowieka, który otrzymał tytuł za męstwo, walcząc w szeregach armii jej królewskiej mości w Sudanie. To nie była prawda. Matka Camille była prostytutką; zmarła w biednej dzielnicy White- chapel. Z pewnością niegdyś marzyła o innym z˙yciu, ale zakochała się nieszczęśliwie, po czym, opuszczo- na i bez grosza przy duszy, wylądowała na ubogim East Endzie. Ojciec, kimkolwiek był, ulotnił się na długo przedtem, nim Camille się urodziła. A Tess Jardinelle jak z˙yła, tak i zmarła na ulicy. Gdyby tamtego dnia nie zjawił się Tristan... – Ralph. – Camille westchnęła. – Powiedz, co się stało. – Brama do zamku była uchylona – wyjaśnił wreszcie. – Uchylona? – No dobrze... zamknięta. W murze widniała wyrwa, a to okazało się zbyt wielką pokusą dla takiego poszukiwacza przygód jak Tristan. – Tez˙ mi poszukiwacz przygód! Ralph się zaczerwienił. 16 – Był wczesny wieczór, wokół z˙adnych psów. Podobno po lesie krąz˙ą teraz watahy wilków, ale znasz Tristana. Uznał, z˙e moz˙emy zaryzykować. – Po prostu chcieliście obejrzeć teren i poza- chwycać się światłem księz˙yca! Ralph poruszył się nerwowo. – Prawdę mówiąc, Tristan myślał, z˙e moz˙e znaj- dzie jakąś błyskotkę, którą ktoś właśnie zgubił, a on to sprzeda właściwym ludziom za furę pieniędzy. To wszystko. Nie ma w tym nic hańbiącego ani złego. Spodziewał się znaleźć zgubiony przedmiot, nieko- niecznie przez hrabiego... a gdyby to odpowiednio sprzedać... – Na czarnym rynku! – On chce jak najlepiej dla ciebie. Przeciez˙ ten młody człowiek w muzeum wyraźnie się tobą inte- resuje. Ralph miał na myśli sir Huntera MacDonalda; ,,konsultanta’’ lorda Davida Wimbly’ego i nomi- nalnego szefa działu staroz˙ytności, doświadczonego archeologa i ofiarodawcę znacznej kwoty na rzecz muzeum. Hunter, który za swoje zasługi otrzymał tytuł, był atrakcyjnym męz˙czyzną. Wysoki, ujmujący, elok- wentny. Camille musiała zachować ostroz˙ność mi- mo całego uroku Huntera, jego ciągłych pochlebstw i prób nawiązania bliz˙szego kontaktu. Nie zapomi- nała o okolicznościach swoich urodzin. Nieraz wspominała matkę, kobietę samotną i piękną, która obdarzyła zaufaniem takiego właśnie męz˙czyznę, przedkładając uczucie nad rozsądek. Camille wiedziała, z˙e Hunter jest nią zaintereso- wany, ale nie widziała dla nich przyszłości. Była 17 pewna, z˙e nie jest kobietą, którą taki męz˙czyzna przyprowadzi do domu i przedstawi swojej matce. W jej z˙yciu nie mogło być miejsca na prawdziwe zaangaz˙owanie, nie wolno jej przedłoz˙yć uczucia nad rozum. Camille zamierzała zachować godność i dumę – a takz˙e swoją posadę – za wszelką cenę. Nie dopuszczała myśli o utracie pracy w muzeum i tym bardziej musiała zachować ostroz˙ność. – Potrzebuję męz˙czyzny, który byłby zaintereso- wany mną dla mnie samej. – Wszystko to bardzo piękne, Camille, ale z˙yje- my w społeczeństwie, w którym liczą się pochodze- nie i majątek. Omal nie parsknęła śmiechem. – Opiekun mieszkający pod takim adresem jak Newgate i protokoły z jego aresztowań nie przy- sporzą mi bogactw i tablic genealogicznych. – Nie mów tak, nie mieliśmy złych zamiarów. Bywało, z˙e róz˙ni wyjęci spod prawa rozbójnicy stawali się bohaterami legend, okradając bogaczy i rozdając pieniądze biednym. A tak się akurat złoz˙yło, z˙e my nalez˙ymy do tych biednych. – Wyjętym spod prawa rozbójnikom znacznie częściej zakładano stryczek na szyję! – przypo- mniała mu oburzona. – Próbowałam z iście anielską cierpliwością wytłumaczyć wam obu, z˙e kradziez˙ jest nie tylko niegodziwa, ale takz˙e karalna! – Och, Camie – wystękał z˙ałośnie Ralph i przy- mknął powieki. – Czy mogę poprosić o jeszcze jeden dz˙in? – Mowy nie ma! Musisz zachować trzeźwość umysłu i dokończyć swoją opowieść, z˙ebym wie- działa, co da się zrobić. Gdzie jest teraz Tristan? Czy 18 doprowadzono go przed oblicze sędziego pokoju? A co, jeśli został schwytany...? – Odepchnął mnie za drzewo, a sam dał się złapać – wyjaśnił Ralph. – Został zaaresztowany? Ralph pokręcił głową. – Przebywa w zamku Carlyle. Przybiegłem naj- szybciej, jak zdołałem. – Do tego czasu na pewno zamknęli go w lochu. – Wcale nie! Na własne uszy słyszałem słowa potwora! – Co takiego? – Hrabia Carlyle pojawił się na ogromnym dia- belskim wierzchowcu i krzyczał do swoich ludzi, kaz˙ąc im zatrzymać intruza, z˙eby... – Z˙eby co? – Z˙eby nie mógł powiedzieć, co widział. Camille miała zamęt w głowie. Czuła, z˙e oblewa się zimnym potem. – I co... co tam widziałeś? – zapytała. – Nic! Naprawdę nic! – zapewnił Ralph. – Z hra- bią byli jego ludzie i natychmiast zaciągnęli Tristana do zamku. – Po czym poznałeś, z˙e to był on? – Po masce. – Był w masce? – Alez˙ tak. Ten człowiek wygląda koszmarnie. Na pewno słyszałaś. – Jest pokraczny, zgięty wpół i nosi maskę? – Nie, nie, jest olbrzymi. To znaczy w siodle wydaje się bardzo wysoki. Rzeczywiście, nosi mas- kę. Chyba skórzaną, w kształcie zwierzęcego pyska. Jakby lwa albo wilka. A moz˙e smoka. Jest paskudna, 19 to wszystko co mogę powiedzieć. To na pewno był on. Z niedowierzaniem popatrzyła na Ralpha, który zrobił nieszczęśliwą minę. – Tristan by mnie udusił własnymi rękami, gdy- by wiedział, z˙e cię niepokoję – dodał – ale... on tam nie moz˙e zostać. Nawet gdyby policja miała go posądzić o kradziez˙... Oczywiście, z˙e tak byłoby lepiej. Gdyby udało się ściągnąć Tristana do Londynu i postawić przed sądem, zapewniłaby mu przyzwoitą obronę. Mogła- by nawet zaświadczyć, z˙e oszalał, z˙e wiek pozbawił go zdrowego rozsądku. Mogłaby... Bóg jeden wie, co jeszcze mogłaby zrobić. Jednak na razie Tristan przebywa w zamku Car- lyle, więziony przez człowieka znanego z bezwzględ- ności i okrucieństwa. – Co zamierzasz zrobić? – zapytał Ralph. – Udać się do zamku Carlyle. Ralph zadygotał. – Co ja najlepszego zrobiłem. Tristan by nie pozwolił, z˙ebyś się naraz˙ała na takie niebezpieczeń- stwo. – Nic mi nie grozi – zapewniła Camille z wymu- szonym uśmiechem. – Tristan nauczył mnie paru sztuczek, więc udam osobę całkowicie naiwną i nie- winną, a oni oddadzą mi Tristana. Przekonasz się. – Nie moz˙esz udać się tam sama – zaprotestował Ralph i poderwał się z krzesła. – Nie zamierzam – oznajmiła sucho. – Najpierw pójdziemy do domu, gdzie się przebiorę. Ty zresztą zrobisz to samo. – Ja? 20 – Właśnie. – Przebrać się? – Trzeba być przewidującym – zauwaz˙yła Ca- mille. Ralph spoglądał na nią, jakby nic nie rozu- miał. – Nie szkodzi. Chodźmy. Musimy się spieszyć. – Nagle zatrzymała się i popatrzyła na swojego towa- rzysza. – Ralph, czy nikt o tym nie wie? Nikt nie wie, z˙e hrabia Carlyle zatrzymał Tristana? – Nikt poza mną. No i oczywiście tobą. – Działajmy więc szybko – powiedziała, łapiąc go za ramię i pociągając za sobą. – Nasz dz˙entelmen grzecznie odpoczywa – po- wiedziała Evelyn Prior, wchodząc do pokoju. Zapad- ła w jeden z wielkich, głębokich i miękkich foteli ustawionych przed kominkiem. Pan tego domu sie- dział obok niej w takim samym fotelu i melancholij- nym wzrokiem wpatrywał się w płomienie, drapiąc po wielkim łbie irlandzkiego wilczura Ajaxa. Brian Stirling, hrabia Carlyle, spojrzał teraz na Evelyn wzrokiem pełnym zadumy. – Bardzo jest poturbowany? – odezwał się cicho. – Nie bardzo, ośmielę się zauwaz˙yć. Lekarz powiedział, z˙e jest tylko rozbity i obolały, i z˙e według niego nawet nie połamał sobie kości, cho- ciaz˙ mógł, spadając z wysokiego muru. Uwaz˙am, z˙e za parę dni będzie zdrowy. – Nie będzie się włóczył w nocy po domu? – Alez˙ skąd! Wykluczone. Corwin pilnuje kory- tarzy. Jak wiemy, podziemia mają solidne zamki. Tylko ty i ja mamy do nich klucze. Nawet gdyby chciał chodzić po nocy, niczego nie znajdzie. Wszyst- ko go bolało, dostał więc sporą porcję laudanum. 21 – Zatem będzie spał, juz˙ Corwin tego dopilnuje – uspokoił się Brian. Personel zamku był nieliczny. Kaz˙dy z zatrudnionych nie tylko pełnił tu słuz˙bę, ale był traktowany jak domownik i przyjaciel. Wszyscy oni, męz˙czyźni i kobiety, byli niesłychanie oddani i lojalni. – Oczywiście, z˙e tak. Corwin nie przeoczy nicze- go – przytaknęła Evelyn. – Co, twoim zdaniem, opętało tego męz˙czyznę i popchnęło do takiego czynu? – Brian oderwał wzrok od płomieni i spojrzał ponownie na Evelyn. – Tereny wokół zamku to przeciez˙ istna dz˙ungla, łatwo się tam pogubić. Z˙e tez˙ chciało mu się az˙ tak ryzykować. – Pomyśleć, z˙e za z˙ycia twoich rodziców posiad- łość była doskonale utrzymana – powiedziała Eve- lyn ze smutkiem. – Sama widzisz, co moz˙e zdziałać rok solidnego angielskiego deszczu – zaz˙artował Brian. – Mamy teraz tropikalną dz˙unglę. Co skłoniło tego człowie- ka, z˙eby się tu pchać? – Perspektywa szybkiego wzbogacenia się. – Sądzisz, z˙e działał na czyjeś zlecenie? – Mam być szczera? Uwaz˙am, z˙e zamierzał ukraść coś cennego, i tyle. Równie dobrze moz˙e pracować dla kogoś, kto kazał mu wyśledzić, co masz i co wiesz. – Sprawdzę to jutro – zdecydował stanowczo Brian. W sprawach zamku i tego, co aktualnie go zajmowało, Brian był nieugięty. To prawda, z˙e zgorzkniał, ale przeciez˙ miał ku temu powody. Musi nie tylko rozwiązać problem z przeszłości, ale takz˙e zmierzyć się z przyszłością. 22 Zaniepokojona tonem głosu Briana, Evelyn popa- trzyła na niego z troską. – Powiedział, z˙e nazywa się Tristan Montgome- ry i klnie się na wszystkie świętości, z˙e działał na własną rękę. Nie muszę ci zresztą tego mówić, skoro byłeś na miejscu z Corwinem i z Shelbym i sam słyszałeś. – Przysięgał, z˙e tylko zahaczył o zamkowy teren, a przeciez˙ przeskoczył dwumetrowy mur. Twierdzi, z˙e jest niewinny i z˙e nie miał złych intencji, wypiera się tez˙, iz˙ działał w zmowie. Jutro Shelby uda się do miasta i spróbuje się czegoś o nim dowiedzieć. Na razie pozostanie nieproszonym gościem. – Mogłabym przy okazji wybrać się na zakupy – zasugerowała Evelyn. – Myślę, z˙e tak. – Brian zamyślił się, po czym dodał: – Moz˙e juz˙ czas, z˙ebym i ja zaczął przyj- mować zaproszenia, w kaz˙dym razie niektóre. Evelyn roześmiała się. – Oczywiście, przeciez˙ od dawna cię namawiam. Pomyśl tylko, jaki niepokój wzbudzisz w sercach matek licznych debiutantek. – Chyba masz rację. – Jaka szkoda, z˙e nie masz czarującej narzeczo- nej czy z˙ony. Byłby to znakomity dowód, z˙e na domu nie ciąz˙y klątwa, a ty nie jesteś potworem, tylko człowiekiem głęboko zranionym wielką ro- dzinną tragedią. – Co zresztą jest prawdą. – Błagam, nie patrz tak na mnie! – Evelyn się zaśmiała. – Jestem o wiele za stara, milordzie. Evelyn była piękną kobietą. Z zielonych oczu wyzierała inteligencja i choć dobiegała czterdziestki, 23 klasyczne rysy twarzy wskazywały, z˙e nawet do dziewięćdziesiątki moz˙e się nie martwić o wygląd. – Znasz mnie jak nikt i oczywiście masz rację. Przeraz˙a mnie myśl, z˙e jakaś kobieta mogłaby prze- ze mnie zginąć. Nie mógłbym jej skazać na tak niepewny los. Bóg jeden wie, jakie nieszczęście by się przydarzyło. – Oczywiście, nikt by na siłę nie wciągnął nie- winnej istoty w to całe zło – wyszeptała Evelyn. – Dziewczynie nie moz˙e nic zagraz˙ać. – A czy moja matka nie zginęła? – zapytał z na- ciskiem. – Nie zapominaj, z˙e twoja droga matka była niezwykłą osobą. Jej wiedza, pasja i odwaga nie miały sobie równych. Drugiej takiej nie znajdziesz. – Masz rację – przyznał Brian. – Choć na myśl, z˙e ci łajdacy mogliby zabić jeszcze jedną kobietę, ogarnia mnie wściekłość i ręczę, z˙e ścigałbym ich bezlitośnie. – Zamyślił się na chwilę. – Och, Evelyn, martwię się równiez˙ o ciebie, przeciez˙ tez˙ zostałaś w to wplątana. – Nie wierzę, z˙e coś mi grozi. Nie mam wiedzy ani talentu twojej matki. Nie sądzę, by twoja narze- czona czy z˙ona znalazła się w niebezpieczeństwie. Jeśli ktoś jest w niebezpieczeństwie, to tylko ty. Twój wróg, jeśli taki istnieje, musi wiedzieć, z˙e nie ustaniesz w poszukiwaniach, dopóki twoi zmarli nie zaznają spokoju. – Jestem juz˙ jedynym, na którym ciąz˙y klątwa – przypomniał jej. – A więc naprawdę wierzysz w klątwy? – Zalez˙y, jak to rozumieć. Przekleństwo, kląt- wa... Niekiedy mam wraz˙enie, jakbym z˙ył w piekle. 24 A czy moz˙na zdjąć klątwę? Z pewnością. Muszę tylko znaleźć sposób. – Potrzebujesz uroczej kobiety, kogoś, kto by ci towarzyszył na salonach, dowodząc, z˙e nie jesteś potworem. – A ja się tak cięz˙ko napracowałem nad wy- kreowaniem swojego obecnego wizerunku! – za- uwaz˙ył szyderczo hrabia. – Wiem, to było konieczne – przyznała Evelyn. – Dzięki temu, przynajmniej dotychczas, nie mieliś- my w zamku intruzów. – Z˙adnego, o którym byśmy wiedzieli – skwito- wał. – Brian! Nadeszła pora na zmianę. – Nie mogę nagle zmienić wszystkiego, nie do- prowadzając sprawy do końca. – To moz˙e nigdy nie nastąpić. – Mylisz się. Dopnę swego. Evelyn westchnęła. – Dodaj jeszcze jeden element do tej szarady. Zrobiłeś, co moz˙na, działając z ukrycia, i moz˙esz dalej tak postępować. Ale uwierz mi, proszę, z˙e nadszedł czas, z˙ebyś wyszedł do ludzi. Przyjęcie zaproszenia na kwestę moz˙e być znakomitą okazją. Zawęziłeś juz˙ listę podejrzanych i uwaz˙asz, z˙e za sprawą mogą się kryć ludzie ze środowisk naukowych, a twoje przypu- szczenia wydają się mieć mocne podstawy. Kto mógłby tu pasować, jak nie ci, którzy dzielili z twoimi rodzicami fascynację światem staroz˙ytnym? Brian poderwał się i zaczął nerwowo przemierzać pokój. Ajax, wyczuwając nastrój swojego pana, zaskomlał. Hrabia przystanął na chwilę, z˙eby uspo- koić psa. 25 – Wszystko w porządku, staruszku – powiedział, po czym zwrócił się do Evelyn. – Szukam kogoś, kto posiada głęboką wiedzę w tej dziedzinie, to pewne. Musi to być jednocześnie człowiek zdolny do mor- derstwa, działający podstępnie i z premedytacją. Ktoś taki zabił moich rodziców. Evelyn milczała przez chwilę. Choć od śmierci hrabiego i hrabiny upłynął juz˙ rok, przypomnienie o tym, w jaki sposób zginęli, napełniało ją nadal bólem i przeraz˙eniem. Brian podszedł do stolika, nalał sobie porcję brandy, wypił do dna i popatrzył na Evelyn. – Wybacz mi moje maniery, droga przyjaciółko – powiedział. – A moz˙e ty równiez˙ napiłabyś się brandy? – Czemu nie? Brian napełnił szklaneczki i wzniósł toast: – Za noc. Za mrok i ciemność. – Nie, za dzień i za jasność – powiedziała stanow- czo Evelyn. Skrzywił się. – Juz˙ czas, naprawdę – nie ustępowała. – Musi- my ci znaleźć uroczą młodą kobietę. Niekoniecznie bogatą i utytułowaną, to byłoby zbyt podejrzane, biorąc pod uwagę... twoją reputację. Nikt by w to nie uwierzył. Powinna to być osóbka młoda, ładna, dobra, a takz˙e niepozbawiona wdzięku. Z właściwą kobietą u boku będziesz mógł kontynuować do- chodzenie, nie przejmując się zdesperowanymi mat- kami, gotowymi poświęcić córki i oddać je bestii, a wszystko przez wzgląd na bogactwa Carlyle’a. – Gdzie znajdę odwaz˙ną piękność? – zapytał Brian, uśmiechając się szeroko. – Powinna równiez˙ 26 odznaczać się inteligencją, no i oczywiście wdzię- kiem, o którym wspomniałaś. Pomysł zatrudnienia kobiety z ulicy, według mnie, nie zda egzaminu. A juz˙ na pewno idealna kandydatka nie zapuka sama do naszych drzwi. Właśnie w tym momencie rozległo się energiczne pukanie do drzwi pokoju. – Pewna młoda kobieta chciałaby się z panem widzieć, hrabio – oznajmił lekko skonfundowany Shelby, ubrany w liberię lokaj, cokolwiek dziwnie wyglądający, ale imponująco umięśniony. – Młoda kobieta? – powtórzył Brian, marszcząc czoło. – Tak. W dodatku piękna młoda kobieta. – Piękna młoda kobieta! – zawołała Evelyn, patrząc z niedowierzaniem na Briana. – Tak, tak, juz˙ to ustaliliśmy – burknął Brian. – Jak się nazywa? I z czym przychodzi? – Jakie to ma znaczenie? – obruszyła się Evelyn. – Zaproś ją, a się dowiesz. – Oczywiście, z˙e ma znaczenie. Musi być szalona, skoro się tu pojawiła. Chyba z˙e dla kogoś pracuje – powiedział Brian. Evelyn przywołała Shelby’ego ruchem ręki. – Przyprowadź ją, to natychmiast. Błagam, Brian. Nikt nas nie odwiedzał od lat! – nalegała. – Mogę podać doskonałą kolację. To naprawdę będzie ekscytujące! i – Ekscytujące? – powtórzył z ironią Brian i wzruszył ramionami. – Shelby, zaproś więc tę młodą damę. – Patrząc na Evelyn, dodał: – Rzeczy- wiście zapukała do naszych drzwi. ROZDZIAŁ DRUGI Camille musiała działać ostroz˙nie i zwaz˙ać na kaz˙dy krok, począwszy od wyglądu po wybór środka transportu. Ralph – elegancko odziany w jeden z garniturów Tristana i w odpowiednie nakrycie głowy – prezentował się godnie w roli słuz˙ącego. Ona sama wyciągnęła najlepszą kreację, bardzo kobiecą, rdzawoczerwoną suknię z gorsecikiem o niezbyt duz˙ym dekolcie i średniej wielkości tur- niurze, z podpiętą atłasową spódniczką wykończoną u dołu delikatnym haftem, spod którego prześwity- wała koronka halki. Uwaz˙ała, z˙e taki ubiór przystoi szanującej się młodej kobiecie, niemającej wiel- kiego majątku, ale dysponującej wystarczającymi środkami na z˙ycie. Odz˙ałowała tez˙ pieniądze na jednokonkę, którą odbyli długą podróz˙ za miasto. Woźnica okazał się uprzejmy i tak zadowolony z pasaz˙erów, z˙e zapew- nił Camille, iz˙ chętnie na nich zaczeka i odwiezie z powrotem do Londynu. Stała teraz przed masywną bramą, prowadzącą do zamku Carlyle, wpatrując się w solidną konstrukcję z kutego z˙elaza, która unie- moz˙liwiała wejście. 28 – Postanowiliście wdrapać się na ten mur? – z niedowierzaniem zwróciła się do Ralpha. – Niezupełnie. Idąc dalej wzdłuz˙ muru, trafiliś- my na uszczerbek. Podsadziłem Tristana, a on mnie wciągnął. Kiedy uciekałem tą samą drogą, z depczącym mi po piętach olbrzymim psiskiem osobliwej rasy, omal nie połamałem kości. Moz˙e to zresztą nie był pies, lecz wilk, bo jak powiada- ją, hrabia hoduje te potworne bestie... ale to nie ma nic do rzeczy. Najwaz˙niejsze, z˙e uciekłem, i przysięgam, z˙e nikt mnie nie widział – zakoń- czył, świadomy, z˙e Camille nie pochwala ich wy- czynu. Pociągnęła za gruby sznur, który prawdopodob- nie wprawił w ruch dzwonek gdzieś w zamku. – Tristan został uwięziony – powiedziała. – Camie, uwierz mi, nigdy bym go nie zostawił! Nie wiedziałem jednak, co robić, mogłem tylko poszukać twojej pomocy. – Wiem, z˙e byś go nie zostawił. Cicho, sza! Ktoś nadchodzi. Usłyszeli tętent końskich kopyt i po chwili po drugiej stronie bramy ukazał się człowiek na grzbiecie ogromnego wierzchowca. Kiedy zesko- czył, Camille zrozumiała, dlaczego koń musi być taki wielki – męz˙czyzna okazał się olbrzymem. Nie był młodzieniaszkiem. Mógł mieć trzydzieści pięć lat. – O co chodzi? – zapytał. – Dobry wieczór – powiedziała Camille, tracąc pewność siebie z powodu potęz˙nej postury i groź- nego tonu męz˙czyzny. – Przepraszam, z˙e przy- chodzę niezapowiedziana i o tak późnej porze, 29 naprawdę przepraszam. Muszę koniecznie zobaczyć się z gospodarzem tego domu, hrabią Carlyle. Spra- wa jest nadzwyczaj waz˙na i pilna. Choć spodziewała się pytań, z˙adne nie padło. Męz˙czyzna popatrzył na nią spod krzaczastych brwi, po czym się odwrócił. – Chwileczkę! – zawołała. – Zobaczę, czy mój pan jest osiągalny! – zawołał przez ramię męz˙czyzna. Wskoczył na siodło i znik- nął w ciemności. – Na pewno okaz˙e się, z˙e nie jest osiągalny – zauwaz˙ył pesymistycznie Ralph. – Będzie musiał. Nie odejdę dopóty, dopóki się z nim nie zobaczę – pocieszyła go Camille. Czekali tak długo, z˙e az˙ zaczęła się obawiać, czy Ralph nie miał racji; wreszcie jednak usłyszeli tętent kopyt, a takz˙e stukot kół. Tym razem olbrzym powoził zgrabnym niedu- z˙ym pojazdem z budą. Zeskoczył z kozła i podszedł do bramy, otwierając wielkim kluczem kłódkę, a na- stępnie wrota. – Proszę za mną – powiedział grzecznie, choć równie oschle jak poprzednio. Wielkolud podsadził Camille na tylne siedzenie, a Ralph wspiął się szybko i stanął za nią. Jechali długą krętą aleją. Ciemności po obu stro- nach drogi zdawały się nieprzeniknione. Camille była pewna, z˙e za dnia zobaczyliby tu potęz˙ne drzewa i gęsty las. Pan na Carlyle musiał lubić swoje odosobnienie, skoro upodobnił posiadłość do ziemi zapomnianej przez Boga i ludzi. – Naprawdę uwaz˙aliście, z˙e znajdziecie tu jakiś skarb? – szepnęła do Ralpha. 30 – Jeszcze nie widziałaś zamku – równie cicho odrzekł Ralph. – Obaj jesteście szaleni. To największa głupota, o jakiej kiedykolwiek słyszałam. W tym momencie jej oczom ukazał się zamek, gigantyczny i otoczony fosą, przez którą przerzuco- no zwodzony most. Zamkowe mury były potęz˙ne i pozbawione okien, i tylko wysoko na górze wid- niały wąskie otwory strzelnicze. Camille popatrzyła ze złością na Ralpha; co ci dwaj sobie wyobraz˙ali?! Powóz ze stukotem pokonał most i wjechał na rozległy dziedziniec. Camille ujrzała to, o czym musiał wiedzieć Tristan – wszędzie wokół było pełno staroz˙ytności, fascynujących posągów i dzieł sztuki. Antyczna wanna – chyba z okresu grec- ko-rzymskiego – doskonale przysposobiona, słuz˙yła za poidło. W rzędach wzdłuz˙ muru stały sarkofagi, a wiele innych skarbów zdobiło prowadzącą do głównego wejścia aleję. Sam zamek został najwyraź- niej przebudowany w stylu typowym dla dziewięt- nastego stulecia. Nad arkadowym sklepieniem głów- nego wejścia wznosiła się smukła wiez˙yczka, a ze skrzynek wylewały się pnącza winorośli, zaprasza- jąc gości do środka. Camille jeszcze rozglądała się po dziedzińcu, kiedy olbrzym wyciągnął do niej rękę i pomógł wysiąść z powozu. Pomyślała z oburzeniem, z˙e te dzieła sztuki powinny nalez˙eć do muzeum. Miała jednak świadomość, z˙e wiele przedmiotów, które uwaz˙a za cenne, moz˙e być czymś zupełnie zwykłym dla bogatych podróz˙ników. Słyszała, z˙e na rynku krąz˙y tak wiele mumii, iz˙ często sprzedaje się je na 31 podpałkę do pieców i kominków. Zdąz˙yła zauwaz˙yć zachwycające przykłady sztuki egipskiej – dwa ogromne rzeźbione ibisy, kilka posągów Izydy i wiele popiersi pomniejszych faraonów. – Proszę tędy – powiedział olbrzym. Udali się za nim alejką az˙ do drzwi, które ot- worzyły się na okrągły hol, dawniej chyba pełniący funkcję sieni. Męz˙czyzna wziął od Camille peleryn- kę i wzruszył ramionami, kiedy Ralph zdecydował się zachować swoje okrycie. – Zapraszam – powiedział wielkolud. Minęli drugie drzwi i znaleźli się w imponującym westybulu. Tutaj widać było efekty modernizacji. Pomieszczenie było urządzone w dobrym stylu. Kamienne kręte schody prowadziły na wyz˙sze piętro i na galerię; przykrywał je ciemnoszafirowy chod- nik. Ściany zdobiły panoplia na przemian z olejnymi obrazami – były tu portrety, średniowieczne malo- widła, a takz˙e sielskie krajobrazy. Camille nie miała wątpliwości, iz˙ wiele z nich wyszło spod pędzla wielkich mistrzów. W ogromnym kominku trzaskał ogień. Otaczają- ce go meble, obite ciemnobrązową skórą, zachęcały do odpoczynku. – Pan zaczeka tutaj, a panią proszę ze mną – odezwał się olbrzym. Ralph popatrzył na Camille z miną przeraz˙onego psiaka, pozostawionego po drugiej stronie rzeki. Dała mu jednak znać ruchem głowy, z˙e wszystko w porządku i kręconymi schodami udała się za męz˙czyzną na górę. W pokoju, do którego ją wprowadził, stało masyw- ne biurko, a liczne szafy biblioteczne zawierały 32 bogaty księgozbiór, na widok którego mocniej za- biło jej serce. Boz˙e, ile tu wspaniałych dzieł! Z lu- bością potoczyła wzrokiem po grzbietach ksiąz˙ek, zatrzymując się na drogim jej sercu woluminie traktującym o staroz˙ytnym Egipcie, stojącym obok równie pasjonującej ksiąz˙ki ,,Szlakiem Aleksandra Wielkiego’’. – Pan hrabia wkrótce przybędzie – oznajmił męz˙czyzna, wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Kiedy Camille stanęła przy oknie, uderzyła ją panująca wokół cisza. Stopniowo zaczęły jednak docierać słabe odgłosy. Gdzieś z oddali dobiegło pełne skargi, mroz˙ące krew w z˙yłach wycie wilka. Potem, jakby dla równowagi, dotarło do jej uszu trzaskanie ognia w kominku po lewej stronie drzwi. Na stoliku z ciemnego drewna, w otoczeniu kieliszków z delikatnego szkła, stała kryształowa karafka z brandy. Camille miała ochotę chwycić wytworny flakon i opróz˙nić go do dna, aby dodać sobie odwagi. Odwracając się, zauwaz˙yła duz˙y i piękny portret, wiszący nad biurkiem. Przedstawiona na nim kobie- ta, ubrana według mody sprzed dziesięciu lat, miała prześliczne jasne włosy i promienny uśmiech, ale najbardziej przyciągały uwagę ciemnoniebieskie, niemal szafirowe oczy. Zafascynowana Camille po- deszła bliz˙ej. – To moja matka, lady Abigail Carlyle – rozległ się za Camille niski i bardzo męski głos, brzmiący ostro i surowo. Zaskoczona, z˙e nie usłyszała otwarcia drzwi, natychmiast się odwróciła. Mimo woli az˙ drgnęła z przeraz˙enia, bowiem twarz człowieka, który 33 wszedł, kryła się za zwierzęcym pyskiem. Męz˙czyz- na nosił skórzaną maskę, dopasowaną do twarzy. I chociaz˙ nie była właściwie brzydka – a z pewnoś- cią artystycznie wykonana – wyglądała przeraz˙ają- co. Camille przemknęło przez głowę, z˙e moz˙e to być zamierzony efekt. – To piękny obraz – udało jej się w końcu wy- krztusić. Miała nadzieję, z˙e nie patrzyła na gospoda- rza zbyt długo z otwartymi ustami. Nie była tez˙ pew- na, czy udało jej się do końca opanować drz˙enie głosu. – Dziękuję. – Bardzo piękna kobieta – dodała Camille z prze- konaniem. Była świadoma obserwujących ją oczu. Zauwa- z˙yła tez˙ – dzięki widocznym spod maski ustom – kpiące rozbawienie tego człowieka, szyderczą we- sołość, jakby był przyzwyczajony do zbędnych grzecznościowych komplementów. – Tak, rzeczywiście była piękna – powiedział i podszedł bliz˙ej z załoz˙onymi do tyłu rękami. – A zatem, kim pani jest i z czym pani przybywa? Uśmiechnęła się i z wdziękiem wyciągnęła do niego dłoń, niezadowolona, z˙e musi grać rolę trzpiot- ki, którą nie była i nigdy nie będzie. – Camille Montgomery – przedstawiła się wy- raźnie. – Przyszłam tutaj, bowiem jestem bardzo zdesperowana. Szukam wuja, mojego opiekuna, który zaginął, a którego podobno widziano na dro- dze przed tym zamkiem. Przyjrzał się jej dłoni, zanim ją przyjął, i pochylił nad nią kurtuazyjnie. Rozpalone wargi pod maską dotknęły skóry Camille. Męz˙czyzna szybko puścił jej dłoń, jakby się sparzył. 34 – Rozumiem – powiedział. tak wysoki Choć nie był jak olbrzym, który podjechał do bramy, mierzył co najmniej sto osiem- dziesiąt centymetrów, a elegancki surdut nie ukry- wał szerokich ramion. Miał smukłą sylwetkę, nogi długie i mocne. Wydawał się silny i zwinny nieza- lez˙nie od tego, jak wygląda jego twarz. Potwór? Bestia? Być moz˙e, a przeciez˙ wciąz˙ odczuwała na dłoni z˙ar jego warg. Nie odzywał się, jakby on takz˙e z uwagą wpat- rywał się w obraz wiszący nad biurkiem. W końcu to Camille przerwała milczenie. – Milordzie, proszę przyjąć moje przeprosiny. Przepraszam, z˙e pozwoliłam sobie na niezapowie- dzianą wizytę o tak późnej porze. Ale, jak się pan domyśla, znalazłam się w wielkim kłopocie. Zaginął drogi memu sercu człowiek, który mnie wychował. W lesie czyha wiele niebezpieczeństw. Zdarzają się tu wilki, a w ciemnościach mogą się tez˙ kręcić najprzeróz˙niejsze kreatury. Zaniepokoiłam się tak bardzo, z˙e ośmieliłam się zwrócić do tak wysoko postawionej osoby jak pan. Znów go rozbawiła. – Czyz˙by pani nie wiedziała, z˙e uchodzę za ohydnego potwora!? Gdybym był po prostu hrabią Carlyle, traktowanym z szacunkiem, nie zaś ze strachem, szanowna pani nie stanęłaby u bram tego domostwa z duszą na ramieniu. Camille nie mogła juz˙ dłuz˙ej udawać. Byłaby nawet gotowa się wycofać, gdyby nie cel, w jakim tu przyszła. Chodziło przeciez˙ o dobro Tristana. – Wiem, hrabio, z˙e gdzieś tutaj przebywa Tristan Montgomery. Znalazł się w tej okolicy ze swoim 35 towarzyszem, po czym zniknął obok pańskiej bra- my. Chcę go stąd natychmiast zabrać. – A więc jest pani spokrewniona z tym zuch- wałym gagatkiem, który wdrapał się na mój mur niczym pospolity złodziej. – Tristan nie jest zuchwałym gagatkiem! – Ca- mille się oburzyła, choć wolała powstrzymać się od stwierdzenia, z˙e nie jest tez˙ złodziejem. – Uwaz˙am, hrabio, z˙e przebywa on w zamku, a ja stąd bez niego nie wyjdę. – Zatem będzie pani musiała tu zostać – orzekł hrabia głosem pozbawionym emocji. – A jednak on tutaj jest! – Alez˙ tak. Tyle z˙e podczas próby pozbawienia mnie mojej własności trochę się potłukł. Camille starała się zachować spokój. Nie spo- dziewała się spotkać kogoś tak bezdusznego, mó- wiącego głosem jednocześnie beznamiętnym i kate- gorycznym. – Czy jest cięz˙ko ranny? – zapytała. – Przez˙yje – padła sucha odpowiedź. – Muszę go zobaczyć, i to niezwłocznie! – W swoim czasie – odparł hrabia. – Wybaczy pani, z˙e ją na chwilę opuszczę? – Właściwie to nie było pytanie; zamierzał wyjść z pokoju i było mu absolutnie wszystko jedno, czy wybaczy mu tę niegrzeczność. Skierował się w stronę drzwi. – Chwileczkę! – zawołała Camille. – Chcę zaraz zobaczyć Tristana! – Pozwolę sobie powtórzyć, z˙e ujrzy go pani, lecz w odpowiednim czasie. Wyszedł, zostawiając ją samą. Była zdezorien- towana i zła. Czy po to zgodził się z nią spotkać, by 36 zniknąć po paru minutach gwałtownej wymiany zdań? Najwaz˙niejsze, z˙e przyznał, z˙e Tristan przebywa w zamku. Przeciez˙ nie będzie siedziała z załoz˙onymi ręka- mi, kiedy jej opiekun lez˙y gdzieś niedaleko, moz˙e cierpiący, a moz˙e nawet powaz˙nie ranny. Ruszyła ku drzwiom, ale ledwo je otworzyła, zamarła ze strachu. Miała przed sobą olbrzymiego psa. Choć siedział, łbem sięgał jej do pasa! Zwierzę zawarczało ostrzegawczo. Zamknęła drzwi i wróciła do kominka. Czy pies został wytresowany, aby rozerwać na strzępy kaz˙- dego, kto na własną rękę spróbuje wyjść z pokoju? Kipiąc ze złości, Camille postanowiła jednak spró- bować, ale zanim zdąz˙yła dotknąć klamki, drzwi się otworzyły. Spodziewała się ujrzeć hrabiego, ale zamiast niego do pokoju weszła kobieta. Atrakcyjna, choć niemłoda, o z˙ywym spojrzeniu. Ubrana była w ślicz- ną jasnopopielatą, az˙ srebrzystą suknię i się uśmie- chała. Jej widok w tym miejscu stanowił prawdziwe zaskoczenie. – Dobry wieczór, panno Montgomery – powie- działa kobieta łagodnym tonem. – Dziękuję za miłe powitanie – odrzekła Camille – ale obawiam się, z˙e dla mnie ten wieczór wcale nie będzie dobry. Mój opiekun został zatrzymany w zam- ku w charakterze zakładnika, a na dodatek odnoszę wraz˙enie, z˙e i ja zostałam uwięziona w tym pokoju. – Uwięziona? – zdumiała się kobieta. – Po drugiej stronie drzwi siedzi pies, a raczej zębaty potwór – wyjaśniła Camille. 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Klątwa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: