Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00193 005174 13081572 na godz. na dobę w sumie
Klątwa Królowej Pereł - ebook/pdf
Klątwa Królowej Pereł - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 642
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323877042 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wydobyto ją z dna oceanu i nazwano Królową Pereł. To bezcenny klejnot bez skazy, perła rzadkiej urody. Lecz ci, co dostają ją na własność, płacą najwyższą cenę. Zaledwie wyłoniła się z fal, odmieniła w tragiczny sposób rody Robesonów i Llewellynów. Naznaczyła je na całe stulecia piętnem zdrady, zbrodni i zawiści. Teraz Królowa Pereł należy do Liany Robeson. Odkąd pojawiła się w jej życiu, stało się ono pasmem udręk i niepowodzeń. Niespodziewany cios dopełnia klęski: ginie bez śladu jedyny syn Liany, Matthew... i sama perła. Zdesperowana Liana zwraca się o pomoc do Cullena Llewellyna, swego byłego męża i ojca Matthew, człowieka, którego kiedyś kochała. Razem podejmują wyprawę w poszukiwaniu dziecka. W dzikim australijskim buszu i na zdradliwych wodach egzotycznych archipelagów prowadzą śmiertelnie niebezpieczną grę z człowiekiem opętanym przez diabelski klejnot. Człowiekiem, który nie cofnie się przed niczym...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS 3/31/08 2:06:04 PM 3/31/08 2:06:04 PM 3/31/08 2:06:04 PM 3/31/08 2:06:04 PM Tytuł oryginału: Beautiful Lies Pierwsze wydanie: MIRA BOOKS, 1999 Przekład mott i cytatów, o ile nie zaznaczono inaczej: Magdalena Nagórska i Małgorzata Fabianowska Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Maria Wilber ã 1999 by Emilie Richards McGee ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2000, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5193-6 Historia Australii jest doprawdy niezwykle barwna. Ciekawa i dziwna zarazem. Sama w sobie stanowi najwspanialszą opowieść. Moz˙na ją odczytać nie jako ciąg historycznych zdarzeń, lecz jako zbiór najpięk- niejszych kłamstw. Mark Twain, Wzdłuz˙ równika Kropliste łzy, które uroniłeś, przemienią się w perły Wschodu. Homer, Odyseja aa ROZDZIAŁ PIERWSZY San Francisco, czasy współczesne – Halo, paniusiu! Niech no pani uwaz˙a na rekiny! W innych okolicznościach owa na pół z˙artob- liwa przestroga nie zabrzmiałaby zapewne złowie- szczo. Gdyby wyszła z ust matki pouczającej nieopierzoną nastolatkę – początkującą adeptkę surfingu – albo z ust przechodzącego na emeryturę szefa ratowników, przekazującego pałeczkę swo- jemu następcy, niewątpliwie zostałaby potrakto- wana po prostu jako dobra rada. Lecz na Lianie Robeson słowa te wywarły poraz˙ające wraz˙enie, potęgując jej graniczący z paniką nastrój obez- władniającego strachu. Zimny dreszcz przebiegł jej po krzyz˙u. Niemal namacalnie czuła, jak nad- pływa stado krwioz˙erczych rekinów, jak okrąz˙a ją i osacza ze wszystkich stron. – Nie zapomni pani, złociutka? Liana utkwiła tępo wzrok w podrygującej jej przed nosem pacynce – roześmianym od ucha 7 do ucha delfinie, poruszanym ręką miejskiego włóczęgi. – Nie... nie zapomnę – odparła. Kukiełka znieruchomiała i opadła, odsłaniając ogorzałą twarz i wychudłą sylwetkę nieznajo- mego. – Dobrze się pani czuje? – zagadnął męz˙czyz- na, przysuwając się bliz˙ej, by przekrzyczeć stukot przejez˙dz˙ającego ruchliwą ulicą tramwaju. – Coś nietęgo pani wygląda. – Ja... – słowa uwięzły Lianie w zaciśniętym gardle. Wcale nie czuła się dobrze. Miała trzydzie- ści osiem lat, była samodzielną, przedsiębiorczą kobietą interesu, a bała się spacerować sama po ulicy. Otwarta przestrzeń napawała ją dławiącym lękiem. Wszystko, co nieznane, budziło grozę. Skryte, kłębiące się w niej emocje paraliz˙owały ją i dręczyły. Zaledwie kilka godzin wcześniej poz˙egnała sy- na. Wsadziła go do Boeinga 737 i powierzyła nieznanemu losowi, wielkiej niewiadomej. Tego ranka o 8:16 Liana była świadkiem, jak jedyne jej dziecko znika w mrocznej czeluści samolotu i od- latuje, by połączyć się z ojcem. Teraz płaciła wysoką cenę za to, z˙e udało jej się nie wpaść na lotnisku w histerię ani nawet się nie rozpłakać. Oczy włóczęgi zasnuły się troską. – Nie chciałem pani przestraszyć – rzekł skru- szony, kiedy ucichł stukot oddalającego się tram- waju. – Niech się pani nie boi, Flipper nie pozwoli nikogo skrzywdzić. Liana zacisnęła mocno powieki. Zelz˙ał kłujący 8 w oczy, przenikliwy blask słonecznych promieni. Przez moment trwała w swoim zamkniętym, da- lekim świecie, odgrodzona od realności znieczu- lającą warstwą lepkiej, chłodnej mgły. Jeśli na- tychmiast nie wyzwoli się z tego stanu, lada chwila owa powłoka znowu przemieni się w pa- raliz˙ującą skorupę. Lodowaty dreszcz, gwałtowne bicie serca, ty- siące kąśliwych igiełek przeszywających kończy- ny – te objawy Liana znała na pamięć. Dobrze wiedziała, na co się zanosi. – Jadła coś pani dziś, złociutka? Otworzyła oczy. Męz˙czyzna tkwił uparcie w miejscu. Otulona w tajskie jedwabie oraz irlandz- kie lny, nieruchomo stała naprzeciw włóczęgi i pa- trzyła na jego nieogolone policzki oraz baweł- niany, mocno znoszony podkoszulek. Męz˙czyzna trzymał pod pachą plik gazet wydawanych przez stowarzyszenie bezdomnych. Zwykle szofer kupo- wał Lianie egzemplarz tego pisma, nigdy jednak nie miała czasu do niego zajrzeć. – Nic mi nie jest, dziękuję – zapewniła włóczę- gę i z trudem przezwycięz˙ywszy niemoc, wskazała zmięty plik. – Wezmę jedną. – A, to świetnie! Flipper, podziękuj pani – od- parł i zaczął szperać w papierowym stosie, szuka- jąc najmniej zniszczonego egzemplarza. W tym momencie Liana uświadomiła sobie, z˙e nie ma drobnych. Nie nosiła przy sobie gotówki, wszędzie płaciła kartą. Była wiceprezesem jed- nego z największych w rejonie Zatoki San Francis- co koncernu Pacific International Growth, zwykła 9 przemieszczać się słuz˙bową limuzyną, a zakupy zawsze robili za nią inni. I właśnie dzisiaj popełniła błąd. Wysiadła z li- muzyny i postanowiła przejść pieszo ostatnie trzy przecznice do Gmachu Robesona, gdzie mieściła się siedziba koncernu. Zmusiła się do przechadzki wzdłuz˙ California Street, poniewaz˙ czuła, z˙e świat ją osacza i dopada i z˙e musi zwalczyć w sobie to irracjonalne wraz˙enie. Zdawała sobie sprawę, z˙e jeśli mu się podda, to któregoś dnia nie będzie w stanie podnieść się z łóz˙ka. Jakimś cudem znalazła zmiętoszony banknot jednodolarowy. Za mało, pomyślała i postanowiła wynagrodzić solidnym napiwkiem z˙yczliwość, z jaką nieczęsto się spotykała. – Proszę – podała męz˙czyźnie banknot drz˙ącą dłonią. – I jeszcze to. – Sięgnęła do klapy czarnego z˙akietu, by odpiąć broszkę, która pochodziła z cza- sów beztroskiej młodości, kiedy Liana wierzyła jeszcze, z˙e w z˙yciu moz˙na kierować się porywami serca. Sześć nieduz˙ych, drogocennych pereł osa- dzono w bukiecie konwalii z czternastokaratowe- go złota. Perły podarował jej jedyny męz˙czyzna, którego kochała. Ona oprawiła je w złoto. – Nie mogę tego przyjąć – zaprotestował zdu- miony włóczęga. – Oczywiście, z˙e moz˙esz. – Wetknęła mu w dłoń klejnot i zamknęła na nim jego palce. – Zanieś to do dobrego jubilera. Wpatrywał się w broszkę z mieszaniną fas- cynacji i niedowierzania. Tymczasem Liana od- wróciła się na pięcie i odeszła. Włóczęga od- 10 prowadził ją wzrokiem pod drzwi biurowca, potem śledził jej kroki po posadzce z biało-czarnego marmuru, póki nie dotarła do mosięz˙nych, zdobio- nych drzwi windy. Liana wsiadła, nacisnęła guzik i przymknęła oczy. Cóz˙ w tym dziwnego, z˙e właśnie dziś ogarnął ją przemoz˙ny, nagromadzony od dawna strach i ból, który w sobie nosiła? Był czerwiec, a co roku w czerwcu jej ukochany syn nalez˙ał ciałem i duszą do swojego ojca, Cullena Llewellyna. Jeśli pod- czas lotu nie zaszło nic niespodziewanego, Mat- thew tonie teraz w objęciach Cullena na nowojor- skim lotnisku LaGuardia. Od kilku tygodni chłopiec niecierpliwie oczeki- wał tego spotkania. Cullen i Matthew wybierali się z namiotem na wspólną włóczęgę w Góry Białe, potem mieli spędzić jakiś czas na wybrzez˙u Maine, gdzie Cullen wynajął łódź i prymitywną, rybacką chatę. Jej były mąz˙, który dorastał w dzikim, australijskim interiorze, chował się na kangurzym mleku i mięsie bawołów, otoczony krajobrazami jak z filmu ,,Mad Max’’, zamierzał nauczyć syna, jak być męz˙czyzną. Matthew był gotów sprostać temu zadaniu. W wieku czternastu lat był wysokim, silnym chłop- cem i imponowały mu takie ,,męskie’’ pomysły. Nadal jednak nosił w sobie kruchą wraz˙liwość dziecka. Ten rosły młodzieniec o szerokich ramio- nach i tkliwym sercu, juz˙ nie chłopczyk, ale jeszcze nie męz˙czyzna, dla matki stanowił sens istnienia. Dlatego właśnie pozwoliła mu jechać do ojca, choć tak bardzo bała się rozstania i samotności. 11 Próbowała się pocieszać, z˙e to zwykła mat- czyna troska – ale to było coś znacznie więcej. Bo choć Matthew ani jednym słowem czy gestem nigdy nie dał po sobie poznać, z˙e wolałby zamiesz- kać z ojcem, to zawsze kiedy nadchodził czerwiec, a ona wsadzała syna do samolotu i wysyłała na Wschodnie Wybrzez˙e wprost w ramiona Cullena – zgodnie ze ściśle ustalonymi przez sąd opiekuń- czy regułami – nękały ją wątpliwości i obawy, czy zobaczy jeszcze swoje ukochane dziecko. Nie mogła być przeciez˙ pewna niczego, co dotyczyło Cullena Llewellyna. Przed stu laty jeden z jego przodków omal nie zniszczył rodziny Robe- sonów. Przed dziesięciu laty Cullen omal nie zniszczył Liany. Oparła się cięz˙ko o drewnianą boazerię windy i zakryła oczy wierzchem dłoni. Wmawiała sobie, z˙e przeciez˙ jest bezpieczna w budynku, który był jej drugim domem. Matthew co prawda opuścił ją, ale oczywiście wróci. Tak, wróci. A ona jest bezpieczna. W końcu atmosfera znajomego, przyjaznego wnętrza podziałała na nią kojąco. Choć niespokojne myśli wciąz˙ nawiedzały ją i dręczyły, udało jej się po raz kolejny umocnić w przekonaniu, z˙e uczucia jej syna są stałe. Zanim automatyczne drzwi otwo- rzyły się na najwyz˙szym piętrze, gdzie mieściły się gabinety dyrektorów, Liana całkowicie odzyskała panowanie nad sobą. Wychodząc z windy, omiotła otoczenie taksującym wzrokiem – wyprostowana, zwarta w sobie, znowu pewna siebie. 12 – Dzień dobry, pani Robeson. Skinęła głową recepcjonistce i spręz˙ystym, ró- wnym krokiem ruszyła korytarzem, którego opali- zujące bielą ściany ozdobiono spokojnymi, pas- telowymi widokami morskimi. Tak, to wnętrze działało doprawdy kojąco. Lecz nawet najdroz˙sza w mieście dekoracja nie była w stanie zamaskować tej tak charakterystycznej atmosfery bezustannie czającego się napięcia. Światem biznesu rządzą zbójeckie, bezlitosne prawa, a w tym budynku czuło się to silniej niz˙ gdziekolwiek. – Cześć, Liana. Masz chwilę? Frank Fong, dyrektor działu marketingu, za- stąpił jej drogę, ominęła go jednak z władczym, kamiennym spojrzeniem. Frank, niezraz˙ony, zrównał z nią krok. – Twój były dzwonił do ciebie. Dwa razy. Nie zwolniła tempa. Skinęła po drodze głową Grahamowi Wesleyowi, który był jej przybranym bratem oraz dyrektorem administracyjnym kon- cernu. Graham odpowiedział podobnym skinie- niem, a dostrzegając ponury nastrój siostry, po- wstrzymał się przed bardziej wylewnym powita- niem. Liana nie zaszczyciła nawet spojrzeniem swojej sekretarki Carol, spokojnej młodej kobiety, którą szczególnie łatwo było urazić. Odczekała, az˙ znajdzie się w swoim gabinecie, zatrzasnęła drzwi i dopiero wtedy zwróciła się do Franka: – Co mówił? – Wydawało mi się, z˙e był zdenerwowany – oznajmił Frank. – Carol przełączyła go do mnie, tak ją zmroził jego głos. 13 – Nie przejmuj się, Frank, to taka gra rozwod- ników. Cullen dzwoni, z˙eby mnie zawiadomić, z˙e Matthew dojechał bez kłopotów, a przy okazji zasypuje litanią skarg i narzekań. Nic mu się nie podoba i wszystko ma mi złe. A to z˙e zapakowałam synowi nieodpowiednie ubranie, a to z˙e wybrałam fatalną godzinę lotu, a to z˙e coś jeszcze spar- taczyłam... – Przypomina mi to przepychanki małolatów. – I słusznie. Cullen jest infantylnym ekstrawer- tykiem, nie potrafi kontrolować własnych emocji – odparła Liana, dobitnie akcentując kaz˙dy wyraz. – Dzięki temu sprawdzał się w nocy w roli wspa- niałego kochanka, ale był kompletnie nie do znie- sienia przez resztę doby. – Był wspaniałym kochankiem? – Frank uśmiechnął się lekko. – W takim razie nie spieszył- bym się tak z tym rozwodem, gdybym był na twoim miejscu. Od tej strony zupełnie go nie znałem. Muszę przyznać, z˙e jego akcje wyraźnie wzrosły w moich oczach. Liana oparła się o krawędź biurka. Figlarny uśmiech Franka zmusił ją do uśmiechu. Z Frankiem łączyły ją luźne więzy pokrewień- stwa, lecz fizycznie wcale nie byli do siebie podobni. On, cięz˙ki, okrągły, misiowaty, był z natury pogodny i skory do śmiechu. Na jego dobroduszny pewnością wpływ atmosfera Chinatown, gdzie Frank się wychował. Za to Liana była pełna rezerwy i za- sadnicza, szczupła, odrobinę kanciasta i niewy- soka. Ciemna oprawa jej oczu i smagły odcień charakter miała i z 14 cery wskazywały na przodków z Dalekiego Wschodu. Uśmiech zgasł na jej twarzy. Zerknęła na zega- rek marki Cartier i zapytała: – Czy Matthew dotarł o czasie? Słyszałam, z˙e zapowiadano burzę nad Górami Skalistymi, a mały przesiadał się właśnie w Denver. – Nie wiem, twój Cullen upierał się, z˙e musi porozmawiać z tobą osobiście. Liana nie okazała zdziwienia. – No cóz˙, jego strata, będzie musiał poczekać. Za dziesięć minut mamy z Grahamem umówiony wywiad. – Uprzedziłem go, z˙e masz spotkanie i być moz˙e nie będziesz mogła oddzwonić. – I co on na to? – Stwierdził, z˙e ma gdzieś ,,te wszystkie jej cholerne spotkania’’ – zacytował Cullena Frank, usiłując naśladować przy tym australijski akcent. – Sądzisz, z˙e wojna z byłym jest dobrym pomys- łem? – zapytał juz˙ przy drzwiach, zanim nacisnął na klamkę. – A jeśli on rzeczywiście ma coś waz˙nego do przekazania? Liana przypomniała sobie niezliczone dyskusje, jakie odbywali z Cullenem przez wszystkie lata małz˙eństwa i w ciągu dziesięciu lat po rozwodzie. Prowadzili ze sobą odwieczny spór, podobnie jak rodziny Robesonów i Llewellynów juz˙ od stu lat wzajemnie niszczyły się i zdradzały. Zda- wało im się kiedyś, z˙e z nimi będzie inaczej. Pokochali się od pierwszego wejrzenia, wierzyli, z˙e uda im się oszukać los i mimo rodowych 15 waśni, intryg i zapiekłego z˙alu nagromadzonego przez dziesięciolecia, potrafią ułoz˙yć sobie wspól- ną przyszłość. Pomylili się. – Liana? – Frank wyrwał ją z rozmyślań. – Dobrze – skinęła głową. – Jeśli Cullen jesz- cze raz zadzwoni, niech Carol mnie połączy. W przeciwnym razie będzie dobijał się wieczorem do domu. Aha, i niech Carol spróbuje tez˙ poroz- mawiać z Matthew. Moz˙e przynajmniej od niego dowiemy się, jak minęła podróz˙. Drzwi za Frankiem zamknęły się z lekkim kliknięciem. Nim jednak Liana zdąz˙yła odetchnąć, następna osoba wkroczyła do jej gabinetu. – Widziałem, z˙e Frank wychodzi... – W progu stanął Graham. – Nie przeszkadzam? – Trochę. Szykuję się do wywiadu. Myślę wła- śnie, co zrobić, z˙eby PIG wypadła jak najlepiej i z˙eby wszyscy uwierzyli, z˙e nic lepszego nie mogło zdarzyć się temu miastu od czasu gorączki złota – odparła Liana. Graham skrzywił się, słysząc skrótową nazwę firmy*, którą tak wydajnie i z takim oddaniem administrował. – Daruj sobie te słowne igraszki. Skoro nie jesteś w sosie, moz˙e ja poprowadzę to spotkanie? Liana nie odpowiedziała, gestem zaprosiła go do środka. Nie byli z Grahamem zaprzyjaźnieni. * PIG – nieprzetłumaczalna gra słów; pig (ang.) znaczy świnia; tu takz˙e skrót nazwy koncernu: Pacific International Growth (przyp. tłum.). 16 Jej ojciec, Thomas, osobiście o to zadbał. Za to wyjątkowo dobrze się rozumieli. Razem znosili złe humory, obelgi, intrygi i machlojki Thomasa Ro- besona. Owszem, mieli do siebie z˙al, pielęgnowali rozmaite urazy, lecz takz˙e czuli dla siebie respekt i nie toczyli otwartej wojny. Bo choć inaczej myśleli o pewnych sprawach, choć jasnowłosy, chłopięco pulchny Graham nie przypominał w ni- czym Liany, to przeciez˙ pod powłoką niezliczo- nych odmienności łączyła ich jedna rzecz wspólna: więź z nikczemnikiem, który ich wychował. Graham zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. – Przed chwilą dzwonił Jonas. Jonas Grant był dziennikarzem działu gospoda- rczego ,,San Francisco Chronicle’’, który od jakie- goś czasu interesował się działalnością PIG. To właśnie on namówił ich na wywiad. – Znowu? – Liana wzruszyła ramionami. – Wysłałam mu kompletny opis naszej działalno- ści, przynajmniej to, co chcemy, z˙eby wiedział. Czego jeszcze potrzebuje? – Prosi, z˙ebyś przyniosła na spotkanie perłę. Przez chwilę Liana gapiła się bezmyślnie na brata. Wiedziała, o jaką perłę chodzi. O Królową Pereł, bezcenny klejnot, który krąz˙ył między jej przodkami a przodkami Cullena od czasu wyło- wienia go z Oceanu Indyjskiego. O perłę, która stała się symbolem sukcesu i znakiem firmowym koncernu Pacific International Growth. – Chyba z˙artujesz – odezwała się wreszcie. – Po co mu ta perła? – Nie z˙artuję. Twierdzi, z˙e musi ją sfotografo- 17 wać. Motyw perły ma być zgrabnym wprowadze- niem do całego artykułu, a jej zdjęcie główną ilustracją. Nie cieszysz się? Będziemy mieli w ga- zecie za darmo nasze logo. Liana milczała, zastanawiając się nad z˙yczeniem Granta. Przeraz˙enie graniczące z paniką, które przed chwilą udało się jej odsunąć i zepchnąć na dno umysłu, ponownie dało o sobie znać. Okrąz˙yła biurko i wpatrzyła się w panoramę miasta za oknem. – Nie podoba mi się ten pomysł – orzekła. – Dlaczego? Liana westchnęła. Długo by mówić, mogłaby odpowiedzieć. Królowa Pereł miała burzliwą his- torię. Z powodu rzadkości i nieskazitelnej urody nigdy nikomu nie przyniosła szczęścia. – Nie mogę tak po prostu wyjąć jej z sejfu i wrzucić do torebki jak szminkę – odparła, wie- dząc, z˙e nie czas teraz, by wdawać się w bardziej zawiłe argumentacje. – No to jej nie wyjmuj – zgodził się Graham i rozłoz˙ył bezradnie ręce. Mimo obojętnego, zrezygnowanego tonu, jakim to powiedział, Liana wyczuła, z˙e jest zadowolony i z˙e w gruncie rzeczy chce, by dziennikarza spotkał zawód. Wprawdzie dobro firmy by na tym ucier- piało, ale Graham miałby jeszcze jeden dowód, z˙e jego siostra nie jest skłonna poświęcić się dla dobra firmy i z˙e on znacznie lepiej sprawdziłby się w roli prezesa. – No dobrze, weźmiemy perłę – szybko zmie- niła zdanie. – Naturalnie będziemy potrzebowali ochrony. Poproś Franka, z˙eby się wszystkim zajął. 18 – Jeśli boisz się o nią, ja ją wezmę. I bez przesady. To w końcu tylko perła. – A ja chcę się tylko upewnić – skwitowała Liana, pomijając milczeniem jego propozycję – z˙e będzie odpowiednio zabezpieczona. Graham kiwnął głową i nie powiedział juz˙ nic więcej. Gdy drzwi zamknęły się za nim, Liana przekręciła klucz, oparła się o nie plecami i zapat- rzyła w obraz Georgii O’Keeffe, który wisiał po prawej stronie biurka. W gabinecie nastała cisza. Przez grube, dźwię- koszczelne szyby dochodził jedynie daleki, stłu- miony pomruk miasta. Lecz nawet za zamkniętymi drzwiami Liana nie była sama. Ten gabinet nalez˙ał kiedyś do jej ojca i nie sposób było o tym zapom- nieć. Usilne zabiegi dekoratora nie zdołały wypę- dzić stąd ducha Thomasa Robesona, co więcej – w ukrytej w ścianie skrytce tkwił namacalny dowód, z˙e są rzeczy, które trwają wiecznie i od których nie sposób się uwolnić. Jak echo powtórzyła słowa Grahama: – To w końcu tylko perła... Uśmiechnęła się z goryczą, podeszła do obrazu, ostroz˙nie zdjęła go ze ściany i odłoz˙yła na komód- kę. Na odsłoniętej ścianie ujrzała cztery niewielkie śrubki przytrzymujące drewniany panel. Odkręciła je śrubokrętem i po chwili dotknęła mosięz˙nych drzwiczek sejfu z imponującym szyfrowym zam- kiem. Graham, Frank i reszta pracowników wiedzieli, z˙e perła spoczywa właśnie tutaj. Z˙adnego z nich nie zwiodła maskująca boazeria, choć mogła ona 19 zmylić zwykłego włamywacza – ojciec zamówił w końcu najlepsze zabezpieczenie sejfu, jakie w owym czasie było na rynku. – Byłeś draniem, Thomasie Robesonie – wyce- dziła Liana, sięgając dłonią do cyfrowego zamka. – Byłeś skończonym, podłym łajdakiem... Oczami wyobraźni ujrzała srebrzysty blask, jaki piękna perła roztacza w aksamitnej ciemności. Odczuła nagłą potrzebę powtórzenia sobie chyba po raz tysięczny, z˙e ten przeklęty klejnot nie moz˙e jej skrzywdzić. Zaraz jednak przypomniała sobie czasy, kiedy to co rusz odnosiła wraz˙enie, z˙e Królowa Pereł ją prześladuje, naigrawa się z niej, szydzi... – Psychiatra się kłania – roześmiała się cicho. Spocona dłoń ześlizgnęła się z chłodnego zam- ka. Liana wytarła ją o spódnicę i zaczęła ustawiać szyfr. Tylko trzy osoby znały kombinację cyfr, która dawała dostęp do wnętrza sejfu – jej ojciec, ona i człowiek, który instalował zamek. Odsunęła się o krok i miała właśnie wybrać ostatni numer, kiedy nagle odezwał się interkom, a w głuchą ciszę wdarł się piskliwy głosik Carol: – Pan Llewellyn na linii! Liana wzdrygnęła się, serce zaczęło jej bić mocniej. Oto znowu znalazła się między młotem a kowadłem, między niegodziwą perłą a człowie- kiem, który potrafił zranić ją do głębi. – Pani Robeson? Jest pani tam? – zaniepokoiła się Carol. Liana wybrała ostatnią cyfrę, otworzyła machi- nalnie drzwiczki i podeszła do biurka. 20 – Tak, jestem. – Odchrząknęła. – Czy mówił coś o Matthew? – Nie, przykro mi, zdaje się, z˙e jest wściekły. Liana opadła na skraj biurka. – Dzięki. – Mam nie łączyć? – Nie, nie, zaraz odbiorę... – Przez chwilę przebierała palcami nad migającym guzikiem, az˙ w końcu z irytacją wcisnęła przełącznik. – Cześć, Cullen, i tak wiem, z˙e jesteś wściekły, więc nawet nie zaczynaj się kłócić. Jak się miewa Matthew? Po drugiej stronie zaległa cisza. Słychać było dalekie odgłosy lotniska, jakieś trzaski. Liana po- czuła narastającą irytację. – Cullen, do diabła! Przestań się wygłupiać! – Co to znaczy, jak się miewa? – W słuchawce zawibrował znajomy głos z silnym australijskim akcentem. – Masz mnie za idiotę? Delikatnie zastukano do drzwi, zapewne po to, by przypomnieć jej o spotkaniu. – Liano, juz˙ pora – usłyszała, zasłoniła jednak ręką drugie ucho i wycedziła do słuchawki: – Zadałam ci proste pytanie. Chyba rozumiesz ludzką mowę. Czy Matthew doleciał na czas? Czy podróz˙ się udała? Wiesz co, daj mi go na chwilę do telefonu. Spieszę się. Porozmawiamy innym razem. – Mam ci go dać do telefonu? A niby w jaki sposób, skoro go tu nie ma? Doskonale o tym wiesz, bo wcale go nie wsadziłaś do z˙adnego pieprzonego samolotu! Tym razem ci tego nie daruję... 21 Serce Liany zamarło. – O czym ty mówisz? – przerwała mu szybko. – Matthew nie przyleciał! – wrzasnął Cullen i wtedy, po raz pierwszy, usłyszała w jego głosie panikę. – Gdzie jest mój syn? Albo mi zaraz powiesz, co jest grane, albo złapię pierwszy sa- molot do San Francisco, z˙eby to z ciebie wydusić! – Liana, spóźnimy się... – niecierpliwił się Graham za drzwiami. – Pewnie pomyliłeś loty, Cullen – odezwała się spokojnie, choć serce podchodziło jej ze strachu do gardła. – Pewnie przyleciał i teraz tuła się gdzieś po lotnisku. Boz˙e, wysłałam ci przeciez˙ informa- cję! Podałam numer i godzinę lotu! Zapewniałeś, z˙e wszystko w porządku, a teraz... – Nie pomyliłem lotu – odparł Cullen głosem tak zimnym i głuchym, z˙e przez plecy Liany przebiegł lodowaty dreszcz. – Małego nie było na pokładzie. Od godziny śledzę wszystkie przyloty z Denver i z San Francisco. Nie było go w z˙adnym samolocie. – Ale... ale przeciez˙ sama odwiozłam go na lotnisko! Widziałam, jak wsiadał! Widziałam, jak samolot startował! Znowu zapadła cisza. Oboje milczeli kilka sekund, wreszcie Cullen odezwał się zdławionym głosem: – Więc gdzieś po drodze, między San Francis- co a Nowym Jorkiem, nasz syn przepadł. Słuchawka wyślizgnęła się Lianie z dłoni, twarz jej zbladła. Słyszała odpływający gdzieś w dal głos Cullena, niknący, coraz cichszy. Grahama, który 22 natarczywie dobijał się do drzwi, nie słyszała w ogóle. Spojrzała na otwarty sejf, zacisnęła zęby. Czy ten nieskazitelnej urody, przeklęty klejnot, który przez sto lat wyznaczał losy ich rodzin, spowodował teraz, z˙e straciła syna? I wtem uświadomiła sobie, z˙e to kompletny absurd. Sejf był pusty. Perła zniknęła, podobnie jak dziecko, które znaczyło dla Liany więcej niz˙ coko- lwiek na świecie. aa Ojca morskie tulą fale; Z kości jego są korale, Perła lśni, gdzie oko było. Kaz˙da cząstka jego ciała W drogi klejnot się przebrała. William Shakespeare, Burza Przekł. Leon Urlich aa ROZDZIAŁ DRUGI Broome, Australia, rok 1900 Australia karmiła się ludzkimi duszami. Kru- szyła je, miaz˙dz˙yła i ścierała na czerwony drobniu- tki pył, który rozsypywała po bezkresnych, ogoło- conych z drzew równinach, rozsiewała po pustyn- nych bezdroz˙ach, topiła w bagnistych starorze- czach. Australia była ziemią niespełnionych obiet- nic, rozpostartą pod niebem usianym obcymi kon- stelacjami. Zadawała cierpienia, skazywała na mę- ki, poddawała torturom. Udręczony całorocznym upałem przybysz boleśnie tęsknił za tym, co dla tej ziemi zostawił gdzieś za oceanem, choćby to było nawet samo piekło. Lecz dla Archera Llewellyna Australia stała się nowym domem, na dobre i na złe. W 1898 roku na Kubie zamordował w ogniu walki pewnego oficera Pierwszego Oddziału Kawalerii Ochotników, w którym słuz˙ył. Zrozumiał, z˙e albo ucieknie, albo poz˙egna się z z˙yciem. Uciekł i nie było dla niego powrotu. 27 – Tego zostaw mnie, Tom! Archer zrobił unik i zbirowaty obszarpaniec przeleciał niczym bezwładny wór ponad rozkleko- tanym stolikiem. Archer natychmiast powalił go i rozpłaszczył kilkoma mocnymi ciosami. Rosły osiłek, cuchnący zgniłymi krewetkami, nadarem- nie próbował się dźwignąć. Oniemiały ze zdumie- nia, lez˙ał bez ruchu, mrugając powiekami, jak gdyby nie mógł uwierzyć, z˙e został pokonany. – Dzięki! – Tom Robeson posłał przyjacielowi krzywy uśmieszek, odpierając tymczasem atak drugiego napastnika. Nawykły do walk na bokser- skim ringu, które zawsze toczyły się zgodnie z ustalonymi regułami, nie oczekiwał podstępnego ataku od tyłu. – Do licha, Tom, schyl głowę! Archer złapał trzeciego z awanturników nie- dźwiedzim, miaz˙dz˙ącym chwytem i bez namysłu gruchnął głową o jego czaszkę. Natychmiast stanę- ły mu przed oczami wszystkie gwiazdy, dobrze znane w przeciwieństwie do tych, jakie oglądał co noc od dwóch lat na obcym niebie. Po chwili przejaśniało mu nieco w głowie, a zamroczony obwieś bezwładnie opadł na podłogę. – Jeszcze któryś chętny? – Odstąpił od po- walonych zbirów. – No, który jeszcze podskoczy? Kilku zalegających po kątach oberwańców, nie- mych świadków wydarzeń, odwróciło głowy, uda- jąc, z˙e nic nie zaszło. Archer podszedł do Toma i zapytał: – Nic ci nie jest? – Na szczęście nic. – Tom delikatnie wywinął 28 się z rąk przyjaciela i serdecznie poklepał go po ramieniu. – Co z nimi zrobimy? Archer zerknął pogardliwie na pokonanych. Mniejszy właśnie pomagał wstać większemu. Po chwili stanęli z jękiem na chwiejnych nogach i powlekli się do wyjścia, nie oglądając się ani na kolegę, ani na dwóch Amerykanów, którzy dali im łupnia. – Chyba przez˙yją. Jutro zresztą znów pójdą w tango – skrzywił się Archer. – A ty znów uratowałeś mi skórę – zauwaz˙ył Tom, pocierając policzek. – Bo tez˙ nigdy się nie nauczysz! Ciągle ci się wydaje, z˙e przestrzegają tu zasad, jak u ciebie, na ringu. W takiej zakazanej dziurze jak Broome nikt nie bije się czysto. Któregoś dnia porządnie obe- rwiesz i dasz się wykończyć. – Nic mi nie grozi, dopóki kręcisz się w pobliz˙u – roześmiał się Tom, wyciągając silną dłoń o stward- niałych i zgrubiałych, lecz wciąz˙ smukłych pal- cach arystokraty. Ta dłoń, nawykła do potu i znoju, nalez˙ała do człowieka, który zawsze gotów był podać ją wiernemu przyjacielowi, niezalez˙nie skąd ów przyjaciel pochodził. Archer wykrzywił usta w kwaśnym grymasie i uścisnął wyciągniętą rękę swoją szeroką i masyw- ną dłonią. – No dobra, nie przerywajmy sobie. Na skorych do radości, choć spuchniętych war- gach Toma wykwitł blady uśmieszek. – To znaczy czego? Draki, popijawy czy snucia planów, jak zbić majątek? 29 Archera zmęczyła awantura, a ze szklaneczki dz˙inu została jedynie kałuz˙a na wypaczonej ze starości, gołej podłodze. Pozostało więc trzecie rozwiązanie – zaplanować przyszłość, która jawiła się w coraz bardziej ponurych barwach. – Chodź, postawię ci kolejkę. Nalez˙y ci się. – Tom wskazał przyjacielowi puste krzesło w ką- cie, a sam ruszył do baru. Archer przysunął krzesło do stolika i opadł na nie, obserwując, jak Tom przeciska się do bufetu. Plugawa spelunka, która stała się ich tymczaso- wym domem, wcale nie zasługiwała na szumne miano pensjonatu, jakie nosiła. Składała się z kilku ciemnych klitek na tyłach baru, z brudnymi pry- czami i widokiem na łaźnie. Sam bar, zwany eufemistycznie ,,pijalnią grogu’’, zbudowano z by- le jak skleconych arkuszy falistej blachy, utrzymy- wanych w pionie kilkoma bezkształtnymi, grubo ciosanymi, drewnianymi klocami. W okna nie wstawiono szyb ani nawet ochronnych siatek, a niezgrabny otwór między dwoma arkuszami blachy słuz˙ył za drzwi, przysłonięte zasłoną ze zdartej rybackiej sieci. Owszem, były w Broome przyzwoite hotele, gdzie perłowi magnaci w nieskazitelnie białych garniturach rozprawiali o wyłowionych klejno- tach, które zapewniły im fortuny i świetność. Z całej Europy tłumnie zjez˙dz˙ali do Broome po- szukiwacze pereł w pogoni za iluzoryczną szansą na sukces. Zasięgali języka, węszyli, wtykali nos w kaz˙ą dziurę. Rozpaleni z˙ądzą posiadania, byli w stanie sporo zapłacić, z˙eby być tu, na miejscu, 30 gdzie tylu przed nimi odkryło juz˙ źródło bogactwa. Lecz Toma i Archera nie stać było na nic lepszego niz˙ pokoik wynajęty w tej nędznej ruderze, a zapo- wiadało się, z˙e wkrótce zapewne i na to nie będzie ich stać. Tom torował sobie drogę do baru, krocząc majestatycznie, z dumnie podniesioną głową, ni- czym król łaskawie pozdrawiający tłum uniz˙onych sługusów. Nie był wysokim męz˙czyzną, lecz nosił się z pyszna, jak gdyby sięgał niebiańskich sfer zastrzez˙onych dla bogów. Miał ciemne włosy, jasną karnację i drobne kości. Kaz˙dego zwykł obdarzać z˙yczliwym uśmiechem, najcieplejsze uczucia rezerwując jednak dla tych, na których mu zalez˙ało. Archer był jego dokładnym przeciwieństwem – z˙ylastym, mocno zbudowanym, topornym męz˙- czyzną o płowych włosach i piegowatej twarzy, którą odziedziczył po irlandzkiej matce, oraz ja- snoniebieskich oczach, otrzymanych w spadku po ojcu Walijczyku. Zazwyczaj był równie sko- ry do wesołości, jak przyjaciel, lecz tego dnia jego twarz przypominała posępną, gradową chmurę. Gdy więc podłoga zaskrzypiała za jego plecami i dobiegł go niski, tubalny głos, pomyślał zrazu, by odprawić intruza. – Skąd pochodzisz, cudzoziemcze? – usłyszał, a wówczas odwrócił się, zmierzył ponurym wzro- kiem męz˙czyznę, który dostawiał krzesło do jego stolika i odpowiedział: – A kto pyta? 31 – John Garth. Kapitan John Garth. Gość był wysokim męz˙czyzną w podeszłym wieku, o ogorzałej, czerstwej twarzy i starannie przyciętych, krzaczastych wąsach. Miał na sobie stosowny dla perłowych magnatów biały mundur kapitana floty, teraz swobodnie rozpięty. Krótkie oględziny wypadły na korzyść przyby- sza, Archer odetchnął więc z ulgą i przedstawił się krótko: – Jestem Archer Llewellyn. Pochodzę z Ame- ryki. Podali sobie ręce. John Garth rozsiadł się wygo- dnie i powiedział: – Niewielu Amerykanów zapuszcza się do Broome. Skoro przyjechałeś na wakacje, Archer, to dlaczego wybrałeś taki podły hotel? W tej spelunie moz˙na spodziewać się tylko bijatyk, kan- ciarstwa i nieświez˙ego z˙arcia. – A co ty tu w takim razie robisz, John? – A zajrzałem sobie z ciekawości. Właśnie przetrzepałeś skórę otwieraczowi muszli i bos- manowi z mojego statku. Widziałem, jak wytaczali się na ulicę. Przyszedłem sprawdzić, co zaszło i kto ich tak poturbował. – Skąd wiesz, z˙e to moja robota? – Spójrz na tę hołotę – uśmiechnął się John. – Któz˙ inny mógłby to zrobić? – Facet obraził mojego przyjaciela – mruknął Archer tonem usprawiedliwienia. – Zawsze stajesz w obronie przyjaciół? – Jeśli trzeba. – Lojalność to rzadka cecha. Gdyby nie ona, 32 w mieście i na morzu zapanowałoby kompletne rozprzęz˙enie. Przy werbowaniu załogi lojalność liczy się najbardziej. – W takim razie przypuszczam, z˙e z lojalności dla swojej załogi zechcesz wyrównać porachunki. Mam rację, John? – Mam ci pokazać, co znaczy lojalność? – John popatrzył nań tajemniczo i po chwili wyciągnął z kieszeni sakiewkę. – Patrz. Archer rozluźnił troki, zajrzał do woreczka, zmarszczył brwi. Na dnie zabłysły trzy niewielkie, nieskazitelnej urody perły. – Za takie perły moz˙na dać się zabić – wes- tchnął, zwracając kapitanowi sakiewkę. – Prawda. Pochodzisz z Georgii czy z Karoli- ny, Archer? – Z Teksasu. – A twój przyjaciel? – Z Kalifornii. – A skąd się tu wzięliście? Archer nie dosłyszał pytania, bowiem myślami krąz˙ył juz˙ wokół pereł. Marzył, by choć chwilę potrzymać je w dłoni. Widział juz˙ w swoim z˙yciu kilka klejnotów, ale nie takie. U wybrzez˙y Broome znajdowały się największe na świecie łowiska perłopławów. Ich muszle, wyłoz˙one grubą warstwą macicy perłowej, były obiektami nie- ustannego poz˙ądania producentów modnych gu- zików. Handlujący masą perłową dorabiali się olbrzymich fortun, ale i poławiacze mogli zarobić. Niestety, od trzech dni Archer wyłącznie pozbywał się pieniędzy. 33 Tymczasem do stolika wrócił Tom. Postawił na stole dwa niedomyte kufle, wypełnione zimnym piwem, i zagadnął: – Czy z tobą tez˙ mamy się bić? Daj przynaj- mniej skończyć piwo. – Nie ma sprawy, zaczekam. – John uścisnął wyciągniętą ku niemu rękę, dał znak barmanowi, by ten nalał jeszcze jeden kufel, a potem wzniósł toast: – Za kamratów! Męz˙czyźni unieśli lekko kufle, a potem popijali w milczeniu kwaskowaty, zwietrzały trunek. – Pytałem właśnie pana Llewellyna, jakie wiat- ry was tu przywiały – przerwał ciszę kapitan, odstawiając kufel. – Walczyliśmy razem na Kubie na wezwanie Roosevelta – odparł Tom bez zająknięcia. Juz˙ dawno przygotowali z Archerem zgrabną opo- wiastkę, tłumaczącą ich obecność na tej oddalonej od ojczystego kraju ziemi. – Po skończonej kam- panii postanowiliśmy wyruszyć w świat. Przyje- chaliśmy szukać szczęścia tutaj. Cóz˙, na razie los nam nie sprzyja. – Niektórym jednak powiodło się w Broome – zauwaz˙ył John. – Aha, widziałem tę zgraję mieszańców i zaka- piorów, którym rzekomo się powiodło – prychnął ironicznie Archer, odstawiając pusty kufel. – Do- gorywają w Chinatown, jak z˙ywe trupy. Czekają chyba, az˙ wykończy ich to parszywe słońce i prze- brzydłe muchy. – Fakt, niektórzy poławiacze mieli pecha – westchnął John z ubolewaniem. – Ale łowienie 34 pereł to hazard. Niekiedy przynosi bogactwo, nie- kiedy nie. – Zalez˙y kto się do tego bierze, to chciałeś powiedzieć, John? – Ano właśnie. Większość śmiałków marnie ginie albo zostaje kalekami na całe z˙ycie. Tylko nielicznym udaje się wyłowić tyle muszli i pereł, z˙eby z˙yć jak bogacze Wschodu. Tu trzeba szczę- ścia. – Tylko szczęścia? John Garth uśmiechnął się tajemniczo. – Muzułmanie wierzą, z˙e ich los jest z góry przesądzony przez siłę wyz˙szą. Nie mówią o szczęściu. Japończycy z kolei pod ubraniami noszą ochronne talizmany. Moje zdanie jest takie, z˙e człowiek powinien kierować się wiedzą i ostro- z˙nością. No i czasem zaryzykować. Bywa, z˙e ryzyko się opłaca. Archer przypomniał sobie wszystkie ryzykow- ne decyzje, jakie wspólnie z Tomem podjęli od czasu zwolnienia z wojska. A takz˙e ryzyko, na jakie naraził się, zabijając człowieka w obronie przyjaciela. W ciągu tych wszystkich lat po uciecz- ce spod stryczka razem zaciągnęli się na statek handlujący rumem na Karaibach, ścinali ogromne drzewa kauri na Nowej Zelandii, przemierzali bezbrzez˙ne przestrzenie australijskiej pustyni, pat- rolowali konno ogrodzone pastwiska w Nowej Południowej Walii, przetrząsali okolice Wyz˙yny Kimberley i przepłukiwali wody górskich rzek w poszukiwaniu złota. Nagrodą za ten morderczy trud była jedynie 35 bieda, brud i poniz˙enie. Archer Llewellyn wciąz˙ wierzył, z˙e jest przeznaczony do wyz˙szych celów, ale te nieustannie wymykały mu się z rąk. – Broome to nie jest miejsce dla białych – ode- zwał się po chwili milczenia. – Tom i ja jesteśmy doświadczonymi z˙eglarzami, ale póki nie kupimy własnego lugra*, nie mamy większych szans. W mieście roi się od skośnookich mieszańców i ciemnych tubylców, którzy najmą się do kaz˙dej roboty za trzykrotnie niz˙szą cenę. Powiem ci szczerze, John, z˙e coraz bardziej mam ochotę stąd prysnąć. – Czy mam rozumieć, z˙e nie w smak ci towa- rzystwo Azjatów i Aborygenów? – Mnie? – wyszczerzył zęby Archer. – Zniósł- bym towarzystwo samego diabła, gdybym miał szansę zdobyć choćby dolara! Ale między mną a tą hołotą, co to pałęta się po nabrzez˙u bez grosza przy duszy albo gnije w tych budach, ściśnięta jak śledzie w beczce, istnieje zasadnicza róz˙nica. Ja mam większe wymagania, nie dam się zadowolić byle czym. – Ale szczęście, jak twierdzisz, opuściło cię ostatnio... – Tak to ze szczęściem bywa – wtrącił Tom. – Pojawia się w najmniej spodziewanym mo- mencie. – A co do tych pereł... – Archer zniz˙ył głos. * Lugier – z˙aglowy statek dwu- lub trzymasztowy ze skośnym oz˙aglowaniem, mający dwa z˙agle na kaz˙dym maszcie i jeden na sztagu dziobowym (przyp. tłum.). 36 – A tak, perły – John przestał skubać koniuszek wąsa – pewnie chciałeś zapytać, po co ci je pokazałem. Otóz˙ istnieje pewna kategoria ludzi, którzy za pół grosza gotowi są na kaz˙dą podłość. Pamiętasz? Mówiliśmy o lojalności. Te właśnie perły zostały wyłowione przez mój lugier ,,Odyse- ja’’, ale dopiero dziś wpadły mi w ręce. Cambridge Pete, je w muszli. Schował je i wczoraj, po zawinięciu do portu, sprzedał paserowi, który handluje fałszyw- kami. ten osiłek, którego powaliłeś, znalazł – Fałszywkami? – zdumiał się Tom. – Kradzionymi perłami – machnął ręką John – czyli tymi, które marynarze, a niekiedy nawet sami nurkowie, przemycają ze statków róz˙nymi sposobami, jeśli trafi się okazja. Cambridge Pete wydrąz˙ył dziurę w okrętowej linie i tam ukrył moje perły. Handlarz, który je nabył, sprzedał mi je dziś rano wraz ze zmyśloną historyjką. – Jesteś pewien, z˙e nie kłamie? – Pete nie oczekiwał mnie w porcie, był więc nieostroz˙ny. Znalazłem tę linę w jego kabinie. Nie starczyło mu sprytu, z˙eby się jej pozbyć, choćby wyrzucić za burtę. – W takim razie na ,,Odysei’’ brakuje maryna- rzy – zauwaz˙ył domyślnie Tom. Kapitan skinął przytakująco głową. – Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę i wiedzą, co ich czeka, jeśli nie zdąz˙ą po południu wsiąść na parowiec płynący do Perth. Oczywiście odpłyną z pustymi rękami. Archera nie zdziwił fakt, z˙e Garth puścił zło- 37 dziejaszków wolno. Broome było granicznym miasteczkiem, a w takich zakazanych miejscach roiło się zwykle od obwiesi i wyrzutków, rozmai- tych typków spod ciemnej gwiazdy, przybyłych z wielu okolicznych wysepek. Tutejsze więzienie przewaz˙nie pękało w szwach, a sprawiedliwość często wymierzali przypadkowi stróz˙e prawa. – Krótko mówiąc, potrzebuję nowego pracow- nika do otwierania muszli. – John pochylił się nad stolikiem. – Niestety, tak waz˙ne zadanie mogę powierzyć tylko białemu. Chodzi o lojalność, ro- zumiecie? – Biała skóra nie daje gwarancji uczciwości, nieprawdaz˙? – zauwaz˙ył Tom z przekąsem. – O ile się nie mylę, pod grubą warstwą brudu Cambridge Pete jest całkiem biały. – Wybacz, John – wtrącił się Archer. – Mój przyjaciel wychowywał się wśród chińskich słuz˙ą- cych. Zachował sentyment dla z˙ółtków z war- koczykami. – Ma jednak trochę racji – odparł John, a potem zwrócił się do Toma: – Nie zrozum mnie źle, przyjacielu. Cenię kaz˙dego, kto dobrze wykonuje swoją pracę. Ale otwieranie muszli to naprawdę zajęcie tylko dla białych. Podlegają bezpośrednio moim rozkazom, dzielę się z nimi zyskami. Musi- my się doskonale rozumieć... – przerwał na chwilę, potem popatrzył uwaz˙nie na Archera. – Czy to jasne? – Jasne, John, rozumiem, z˙e proponujesz robo- tę. O ile jednak pamiętam, było ich dwóch, Pete i bosman... 38 – Zgadza się – odpowiedział szybko kapitan. – Wywalam dwóch, potrzebuję dwóch nowych. Was jest dwóch. Podobno jesteście z˙eglarzami. Widzę, z˙e potraficie o siebie zadbać. Udowodniliś- cie tez˙, z˙e umiecie być lojalni, no i wreszcie... – Jesteśmy biali – dokończył Tom z nutką ironii. – Dokładnie tak, przyjacielu. Jestem z natury hazardzistą, instynkt rzadko mnie zawodzi. Sezon niebawem się kończy, zalez˙y mi na czasie. Bos- man twierdził, z˙e ,,Odyseja’’ wymaga naprawy i z˙e trzeba uzupełnić zapasy, dlatego zawinęliśmy do portu. Ale jutro wypływamy z powrotem na łowisko. Załoga nauczy was, co i jak macie robić. To co, decydujecie się? Cisza, która zapadła po tych słowach, nie była długa, lecz wszystkim rozmówcom zdawało się, z˙e w czasie jej trwania rozwaz˙yli wszystkie za i prze- ciw złoz˙onej przed chwilą oferty. John Garth miał ambitne plany i liczył na uczciwych współpracowników. Łowił perły od dwóch lat, po roku powiększając flotę o drugi lugier, którym komenderował osobiście. Gdyby w tym sezonie dopisało mu szczęście, wkrótce byłoby go stać na duz˙y, wielomasztowy szkuner, statek macierzysty, na którym magazynowałby połowy bez potrzeby zawijania z ładunkiem do portu. Posiadanie morskiej floty zapewniłoby mu niewiarygodne wręcz dochody. Archer miał skromniejsze wymagania. Chciał skorzystać z nowej szansy, odbić się od dna. Wierzył w swoje szczęście i dlatego nie odpo- 39 wiedział od razu tylko dla zasady. Bywało prze- ciez˙, z˙e nawet niewielki lugier, z nieliczną załogą, przynosił fortunę, kiedy nurek wyłowił szczęśliwą muszlę. Tom natomiast powtarzał w myślach dwa łaciń- skie słowa i zastanawiał się nad hojnością natury, która pozwala tak łatwo się wzbogacić. Pictada maxima – mięczaki o tej wdzięcznej nazwie, z˙yją- ce w przybrzez˙nych wodach Zachodniej Australii, wytwarzały najcenniejsze i najbardziej poszuki- wane perły. Jeden taki małz˙ mógł sprawić, z˙e i on, i Archer wylegiwaliby się brzuchami do góry do końca swoich dni i nie musieli więcej martwić się o przyszłość. – Przyszło ci kiedyś do głowy, z˙e będziesz zarabiał na z˙ycie otwieraniem muszli? Archer błysnął zębami w szerokim uśmiechu. Z nową nadzieją w sercu, stał się jakby mniej ponury, bardziej ugodowy i przystępny. – Nie, tak jak nie przyszło mi nigdy do głowy, z˙e znajdę się w równie zakazanym miejscu. Po- patrz no tylko... Dampier Terrace w chińskiej dzielnicy Broome sprawiała wraz˙enie cząstki Singapuru, z˙ywcem przeniesionej na australijski kontynent. Po obu stronach wąskiej, zatłoczonej uliczki przycupnęły rządkiem małe pobielone sklepiki i stragany na- prędce sklecone z kawałków blachy i desek. Krzy- we, wypaczone balkony z rozwieszonym na sznur- kach i balustradach praniem tworzyły galeryjkę nad głowami przechodniów, a dym z palenisk 40 i kadzideł nasycał powietrze ostrą, przenikliwą wonią. Tom posłusznie zlustrował rojny, brudny zaułek i zapytał: – A co tak cię tu dziwi? – Przyjrzyj się tym z˙ółtkom – parsknął Archer, nie kryjąc pogardy. – Boz˙e, jak ci faceci mogą chodzić w sukienkach? Kilku ciemnoskórych męz˙czyzn w jaskrawych sarongach stanęło zwartym kręgiem w jednej z wą- ziutkich przecznic. Sądząc z wyrazu uniesienia, jaki malował się na ich twarzach, prawdopodobnie odprawiali jakiś religijny rytuał. Na ich widok Toma ogarnęła przemoz˙na tęsk- nota. Zapachy Chinatown przypominały mu dzie- ciństwo spędzone w San Francisco. Chadzał nie- kiedy do chińskiej dzielnicy z domowym kucha- rzem, kiedy matka była zajęta i niczego nie pode- jrzewała. Ah Wu prowadził zafascynowanego chłopca wzdłuz˙ szpaleru sklepików zdobionych papierowymi lampionami i jaskrawymi jedwabia- mi, między wozy wypełnione kuszącymi, egzotycz- nymi kształtami warzyw i owoców, które nie pojawiały się nigdy na stole Robesonów. Teraz, wśród tych wszystkich znajomych świateł i zapa- chów, Tomowi zdawało się, z˙e czuje na ramieniu silną, pewną dłoń Ah Wu. – Wyobraz˙asz sobie, jak to miejsce będzie wyglądało po sezonie połowów? – pytał tymcza- sem Archer. – Wkrótce nadejdzie pora huraganów i piekielnych upałów. Skoro juz˙ teraz tak nieludz- ko tu śmierdzi, to wyobraz˙asz sobie, jak będzie tu cuchnęło za dwa miesiące? Dlatego powiem ci coś, 41 juz˙ wolę otwierać muszle na pokładzie Tom, ,,Odysei’’. Tom równiez˙ pragnął odmiany i wcale nie marzył o pozostaniu w prownicjonalnym Broome. Jednak w przeciwieństwie do przyjaciela podzi- wiał róz˙nobarwną, tętniącą z˙yciem chińską dziel- nicę, chciwie chłonął jej z˙ywiołową atmosferę i egzotyczne aromaty. Nie komentował sarkazmu Archera, przywykł bowiem do zawęz˙onej perspek- tywy jego myślenia. Archer był uczciwym i nieza- wodnym kompanem, brakowało mu jednak niekie- dy wyrozumiałości i okrzesania. Archer – niecierp- liwy, zadziorny, impulsywny – choć potrafił zimno kalkulować, trafnie oceniać sytuację i cało wy- chodzić z opresji, pod wieloma względami był przeciwieństwem Toma. Przewaz˙nie kierował się własnym interesem. Nie wahał się jednak poświę- cić z˙ycia w obronie przyjaciela i dlatego byli sobie tak bliscy. Tom połoz˙ył rękę na jego ramieniu i łagodnym gestem pokierował go w stronę kramów, tak jak kiedyś Ah Wu kierował nim samym. – Jestem pewien, z˙e Broome pokaz˙e ci jeszcze swoje dobre strony i z˙e nie ominą cię jego atrakcje. – Na razie jedyną atrakcją będzie dla mnie otwieranie muszli z perłami, które i tak trafią do cudzej kieszeni – z˙achnął się Archer i splunął soczyście pod nogi. – Nie szkodzi. Na razie musimy dobrze na- uczyć się swojej roboty. Kto wie, moz˙e w przyszłym roku zdobędziemy własny lugier. Wciąz˙ dysponuję pewnymi funduszami w kalifornijskim banku. 42 – Nie wystarczą, z˙eby kupić własny statek. Przeciez˙ wiesz. – Na początek wystarczą. Tymczasem trzymaj- my rękę na pulsie, trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. A nuz˙ trafi się jakaś gratka. Bierzmy przykład z naszego kapitana. Nie zapominaj, z˙e to dopiero początek drogi. Mister Garth tez˙ kiedyś zaczynał, prawda? Archer był nieustępliwy i mierzył wysoko, lecz brakowało mu cierpliwości i nie był usposobiony refleksyjnie. Strząsnął więc dłoń Toma z ramienia i odpowiedział: – Na razie poszukam jakiegoś z˙arcia. John Garth wypłacił im zaliczkę na poczet przyszłych połowów. Skromną kwotę wydali na opłacenie kwatery w hotelu Roebuck Bay, nieco wygodniejszego od speluny, w której nocowali poprzednio. Resztę przeznaczyli na wyczyszcze- nie ubrań, by mieć w czym wypłynąć w morze następnego dnia, a takz˙e na tani, lecz poz˙ywny posiłek – John uprzedził ich bowiem, z˙e na po- kładzie ,,Odysei’’ przez kilka miesięcy nie będą mogli liczyć na nic więcej poza rybami i ryz˙em. – Patrz, pralnia Sing Chunga, którą polecił nam John – Tom wskazał skromny szyld na naroz˙nym domu, kiedy szli po kolacji w stronę hotelu. Chiń- czycy, podobnie jak we wszystkich krajach, w któ- rych się osiedlili, uprawiali tu poszukiwane na rynku rzemiosła – gotowali, a takz˙e czyścili i pra- sowali mundury oraz okolicznościowe stroje tych poławiaczy pereł, których nie stać było na wysyła- nie prania do Singapuru. 43 – Myślisz, z˙e te z˙ółtki pracują całą dobę na okrągło? Nie potrzebują snu jak kaz˙dy normalny człowiek? – zagadnął Archer, wciąz˙ z nutą nie- chęci w głosie. – Oni tez˙ są normalni, Archer. Robią wszystko, z˙eby przetrwać. – Ja tam nie wytrzymałbym stania tyle godzin przy gorącym kotle. – Wytrzymałbyś, gdyby zalez˙ał od tego byt twojej z˙ony i dzieci. – Co? Ja się oz˙enię z taką, która będzie mnie utrzymywać! – oznajmił Archer i roześmiał się głośno. – Oczywiście, Broome az˙ się roi od takich kandydatek. Jeśli w ogóle znajdziesz tu choćby jedną kobietę. – Mam gdzieś całe to Broome. Nie zamierzam tkwić w tej piekielnej dziurze. Jak tylko znajdę perły, zaraz daję nogę do Victorii. Szybko się dorobię, kupię farmę i będę hodował bydło. Usta- wię się, Tom, zobaczysz. A jak juz˙ będę bogaty, pomyślę o dziedzictwie dla synów. Zbuduję dla nich królestwo. Tom rozumiał przyczyny wygórowanych am- bicji przyjaciela. Archer był jedynym dzieckiem imigrantów, którzy przebyli Atlantyk, marząc o własnej ziemi. Jego ojciec zmarł jednak w tek- saskim więzieniu, nie dorobiwszy się przez lata harówki niczego poza niesprawiedliwym wyro- kiem sądowym. Natomiast matka, słaba i chorowi- ta, została bez środków do z˙ycia i musiała oddać syna do sierocińca. Całe dzieciństwo Archer spę- 44 dził na ranczu miejscowego notabla w charakterze darmowego pachołka. – Dobra, królu, najpierw załatwmy pranie. – Tom poklepał Archera po plecach. – Potem moz˙esz się pokrzepić, z˙ebyś miał siłę na budo- wanie tego królestwa. Jego przyjaciel prychnął śmiechem i pchnął drzwi do pralni. Pokój był mroczny, ciasny, pano- wał w nim niemiłosierny z˙ar. Zza grubej kotary buchały kłęby pary. Półmrok rozpraszało jedyne nikłe światełko, sączące się z sąsiedniego pomiesz- czenia. Kiedy wzrok Toma przywykł do ciemno- ści, dostrzegł kruchą, wiotką sylwetkę pochyloną nad niskim stołem. Młoda kobieta o delikatnych rysach twarzy w kształcie serca wstała na ich widok i podeszła do nich ze skromnie spuszczo- nym wzrokiem. Archer, któremu spieszno było wracać do hote- lu, bezceremonialnie cisnął tobołek z bielizną na stół. – Musimy to mieć na jutro rano. Zdąz˙ycie? Tom poszedł w ślady przyjaciela i połoz˙ył swój pakunek obok zawiniątka Archera. Dziewczyna milczała. – Nie mówisz po angielsku? – zapytał miękko. – Mówię bardzo dobrze – odezwała się, nie podnosząc oczu. W jej melodyjnym głosie za- brzmiał ledwie zauwaz˙alny obcy akcent. – Tylko bez szachrajstwa. – Archer popatrzył na nią ostro. – Albo wyrobicie się na jutro z tym praniem, albo idziemy gdzie indziej. – Nie złość się – próbował załagodzić sytuację 45 Tom. – Zajmę się praniem, a ty wracaj do hotelu i zamów dla nas porządne jedzenie. Dołączę do ciebie za kilka minut. – Tylko pamiętaj, z˙e w Chinatown jest mnóst- wo pralni – warknął od drzwi Archer. – Nie upieraj się przy tej, jak coś będzie nie tak. Tom odczekał, az˙ przyjaciel zniknie, i ponow- nie zwrócił się do dziewczyny: – On nie chciał być opryskliwy. Jak człowiek głodny, to zły. – A pan się nie śpieszy? Tomowi wcale nie było śpieszno. Widział w Australii zaledwie kilka urodziwych kobiet. Nie spotykało się ich na pustynnych odludziach ani na złotonośnych wzgórzach. W Broome mieszkali przewaz˙nie męz˙czyźni. Ta młoda Chinka, z długimi czarnymi wło- sami, smagłą cerą i gęstymi rzęsami przewyz˙- szała urodą wszystkie kobiety, jakie kiedykol- wiek spotkał. Nie szpecił jej ani obfity pot spły- wający z czoła, ani nieforemny, niezgrabny strój. – Nie nalegalibyśmy na taki pośpiech, gdyby nie pewien waz˙ny powód. Właśnie udało nam się zatrudnić na jednym z lugrów i jutro wypływamy na kilka miesięcy w morze. Mamy ostatnią szansę, z˙eby wyczyścić ubrania. Pewnie wkrótce znowu się pobrudzą. Tom wabił dziewczynę uśmiechem z nadzieją, z˙e choć na chwilę podniesie na niego oczy. Kiedy zaś wreszcie to zrobiła, jej spojrzenie uderzyło go nieoczekiwaną jasnością. 46 – Przyjmę to zamówienie. Zdąz˙ymy. – Dziękuję. Jest pani bardzo miła. Nie mógł od niej oderwać wzroku. Przypomina- ła mu piękne Chinki, które widywał za młodu: z˙ony kupców w bogato haftowanych szatach i mis- ternie upiętych, świątecznych fryzurach, a takz˙e dorodne słuz˙ące w siermięz˙nych tunikach i bez- kształtnych spodniach. Kobieta, którą miał przed sobą, nosiła podobny strój – tunikę z czarnej bawełny, ozdobioną delikatnym haftem na stójce. Aksamitna skóra i jedwabiste włosy uplecione w gruby warkocz silnie kontrastowały z wyszarza- łym, mało kobiecym ubiorem, a kontrast ten jesz- cze bardziej podkreślał zewnętrzne walory pracz- ki. Nie sprawiała wraz˙enia, jakby się spieszyła. Moz˙e cieszyła się chwilą wytchnienia od paru- jących za zasłoną kotłów? – Przyjechała pani z Chin? – zapytał. Skinęła głową. – Razem z rodziną? – Tak. Przyjechaliśmy tu dziesięć lat temu. A pan skąd pochodzi? – odwaz˙yła się zapytać, zachęcona jego przyjaznym spojrzeniem. – Z Kalifornii. – To daleko. – Bardzo daleko. Tęsknię za Kalifornią. A pani tęskni za swoim krajem? – Wkrótce tam wracam. Mam wyjść za mąz˙ za męz˙czyznę z mojej wioski. Tom poczuł absurdalne ukłucie zazdrości. – Szczęściarz z niego. Jaskrawy rumieniec wypłynął na smagłe po- 47 liczki. Tom zdał sobie sprawę, z˙e się nieco zagalo- pował. – Przepraszam, nie chciałem pani urazić. – Rozumiem. Zapewne tak zachowujecie się w Kalifornii – tuszując zaz˙enowanie, zaczęła roz- supływać tobołek Archera. – Nie, w Kalifornii powiedziałbym inaczej. – A jak? – Popatrzyła przez moment w jego skupione oczy. – Czy na pewno chcesz wracać do Chin, a nie zostać tu i wyjść za mnie? Rumieniec przybrał barwę głębokiego karminu, a na kształtne wargi wypłynął wstydliwy uśmie- szek. – Ojciec nie pozwala mi rozmawiać z męz˙- czyznami. Teraz rozumiem dlaczego. – A właśnie, gdzie się podziewa twój ojciec? – Jest chory. Śpi. – Przykro mi. Mam nadzieję, z˙e wkrótce wy- zdrowieje. Chinka starannie oszacowała rozpostarte na sto- le brudne rzeczy i wyznaczyła wysokość zapłaty. – W porządku – zgodził się Tom. – Tyle samo będzie kosztowało pana ubranie. – Tak bez oglądania? Skąd wiesz, czy cena nie będzie wyz˙sza? – Taka sama. Albo nawet niz˙sza – odparła, najwyraźniej coraz bardziej skrępowana obecnoś- cią obcego męz˙czyzny. – Płacę z góry? – spytał z zachęcającym uśmie- chem. Znów rzuciła mu przelotne spojrzenie. Zauwa- 48 z˙ył, z˙e ma prześliczne ciemne oczy z wyrazem inteligencji, który od razu go urzekł. – Moz˙e pan zapłacić jutro, przy odbiorze. – A kto będzie jutro, pani czy ojciec? Wzruszyła ramionami na znak, z˙e nie wie. – A czy będzie tu pani jeszcze, kiedy wrócimy z łowiska? – Jeśli ojciec nie wyzdrowieje, zostanę przy nim i będę się nim opiekować. – Pewnie przykro pani będzie odkładać ślub. Nie odpowiedziała. Kolejny raz wzruszyła ra- mionami. – Boz˙e, ciągle mówię coś, czego nie powinie- nem – westchnął Tom. – Przepraszam raz jeszcze. – Męz˙czyzna, którego mam poślubić, jest stary i ma juz˙ dwie z˙ony. Tom zmarszczył brwi. Perspektywa oddania tej ślicznej, młodej kobiety w ręce z˙onatego starucha rozsierdziła go nie na z˙arty. Dwie pierwsze z˙ony będą ją pewnie traktować jak słuz˙ącą. Nie znał dobrze chińskich obyczajów, ale wiedział, z˙e ta krucha, urocza istota zasługuje na o wiele lepszy los niz˙ ten, który jej szykowano. – Proszę juz˙ iść – odezwała się. – Pranie będzie gotowe na rano. Nim zdołał cokolwiek powiedzieć, zgarnęła ze stołu brudy i zniknęła za kotarą. Tom wpatrywał się jeszcze chwilę w falujący kawałek materiału, w końcu jednak nieznośny z˙ar buchającej pary wypędził go na ulicę. ROZDZIAŁ TRZECI Archer zamówił dania dla siebie i Toma, po czym wypatrzył stolik w kącie sali. Usadowił się w dogodnym punkcie obserwacyjnym, plecami do ściany, i śledził wzrokiem gości oraz krzątających się kelnerów. Hotel Roebuck Bay był wedle miejs- kich standardów dość prymitywny, lecz o niebo elegantszy od pseudopensjonatu, w którym koczo- wali poprzednio i gdzie spotkali Johna Gartha. Tu przynajmniej przebywali w większości ludzie tego samego co oni pokroju. Kilku męz˙czyzn w bluzach koloru khaki i zakurzonych spodniach z moles- kinu* oraz oficerów w białych mundurach popijało piwo i gawędziło z kolegami. Nikt nie zwrócił uwagi na nowego przybysza, ale Archer był pe- wien, z˙e wieść o dwóch Amerykanach rozniosła się juz˙ po mieście. W takiej dziurze trudno za- chować anonimowość. * Moleskin – gruba, mocna tkanina bawełniana, drapana i strzyz˙ona po prawej stronie, uz˙ywana do szycia ubrań sportowych, roboczych i ochronnych (przyp. tłum.). 50 W oczekiwaniu na upragniony posiłek zaczął wodzić leniwie wzrokiem po tłoczących się w są- siedniej sali amatorach bilardu. Wtem do baru wkroczył męz˙czyzna w średnim wieku, w nie- skazitelnie białym garniturze, któremu towarzy- szyła kobieta o ptasiej twarzy, ubrana w czarną i sztywną niczym arkusz blachy suknię. Ku zdu- mieniu Archera obok tej dziwacznej pary natych- miast wyrosło jak z pod ziemi dwóch kelnerów. Zaprowadzili nowo przybyłych do stolika i zastyg- li przed nimi w pełnej uszanowania pozie. – Powiało wielkim światem, co? Archer zerknął na szynkarza, który ułoz˙ył przed nim sztućce i postawił szczodrze napełnioną whis- ky szklankę. – Kto to? – zapytał. – Ten facet? Jak któregoś dnia znajdzie pan perłę godną korony Jej Królewskiej Mości albo jakiegoś maharadz˙y, to tez˙ będzie pan się tak nosił. – Jeden z tych krezusów, co nabili kabzę na perłach? – Największy krezus w Zachodniej Australii, Sebastian Somerset. To jest gość, ubrania szyje na miarę w Singapurze, cygara zamawia w Egipcie, a szampana sprowadza z Francji. – Brzuchaty, spocony oberz˙ysta przejechał nie pierwszej czys- tości szmatą po blacie stolika i zniz˙ył głos. – Ale z˙ony nie umiał sobie wybrać. Co do mnie, to nawet za największą perłę świata nie wytrzymałbym z taką jędzą. Archer zrozumiał, z˙e sztywność sukni owej damulki jest niczym w porównaniu z oschłością 51 charakteru. Somerset, ciemnowłosy męz˙czyzna o gładkiej twarzy, regularnych rysach i spojrzeniu ostrym jak brzytwa, wyglądał na człowieka o nie- ugiętej woli. Jeśli kobitka staje mu okoniem, to rzeczywiście nie lada z niej sztuka. – Jak się nie ma fartu w miłości, ma się w inte- resach – skomentował. – Święta prawda, szefie. – To co, Somerset miał fart? – Szefie, niech pan nawet nie pyta! Kapitan Somerset ma szesnaście lugrów i dwa statki ma- cierzyste, jego flota cumuje w okolicy Zatoki Pikuwaq i co rusz łowi perły wielkości strusiego jaja. – A macicą perłową brukuje sobie drogę do nieba? – zakpił Archer. – Bez z˙artów, to prawdziwy nabab, najbogat- szy facet w mieście. Kaz˙dy kawaler, jak stąd do Perth, tylko marzy, z˙eby zdobyć rękę jego córki. – A ta córka jaka jest, przypomina mamuśkę? – Viola? Jest niczego sobie, nie powiem. Ale język to rzeczywiście ma ostry jak brzytwa. Od- straszyła wszystkich zalotników. – To moz˙e trzeba by przytrzeć jej rogów? – Bez obrazy, szefie, ale poskramianie złośnicy zostawmy jakiemuś bogaczowi – skwitował ober- z˙ysta i wrócił za kontuar w tym samym momencie, kiedy w drzwiach pojawił się Tom. – Pranie będzie gotowe na rano – oznajmił, opadając na wolne krzesło. – Świetnie, bo mam w planie wczesną prze- chadzkę. 52 – Spacer? – Taa... Wygląda na to, z˙e nie poznaliśmy wszystkich zakamarków Broome. – To znaczy których? – Tych, gdzie mieszka moja przyszła z˙ona – oznajmił Archer, krzyz˙ując ramiona i szczerząc szelmowsko zęby. Viola Somerset miała w głębokiej pogardzie Broome i całą Australię. Matka obiecała wysłać ją do Anglii do szkół, by dokończyła tam sto- sownej edukacji, lecz ojciec stanowczo sprzeciwił się podobnym planom. Jego zdaniem Viola była zbyt krnąbrna i uparta, by wypuszczać ją spod opiekuńczych skrzydeł rodziców. Był pewien, z˙e gdyby wybrała się na północną półkulę, nie zo- baczyłby jej juz˙ nigdy więcej. A wtedy wszelkie szanse na zachowanie ciągłości perłowego im- perium rozwiałyby się bezpowrotnie. Na nic zdały się prośby i błagania. Kiedy Viola miała czternaście lat, przeprowadziła nawet tygo- dniową głodówkę protestacyjną, lecz i ona nie zmiękczyła serca jej ojca. Przez tydzień ostenta- cyjnie pałaszował przy niej obfite dania, nie dzie- ląc się z córką najmniejszym kąskiem. Rok później dziewczyna straciła wszelką nadzieję na wymarzo- ną przyszłość w Anglii i zaczęła błagać ojca, by pozwolił jej choć na skończenie szkoły w Perth. Przekonywała, z˙e powinna nabrać ogłady i poloru, nauczyć się wytwornych manier młodej damy, dzięki czemu któregoś dnia poślubi człowieka, godnego przejąć schedę po Sebastianie Somersecie. 53 Niestety, ojciec był głuchy na argumenty. Obstawał przy swoim, twierdząc, z˙e z˙adna szkoła nie uczyni damy z niepoprawnej i zatwardziałej uparciuchy. Bo tez˙ Sebastian Somerset był równie zajadły i nieprzejednany, jak Viola. Choć córka gardziła ojcem – jak i całym tym znienawidzonym krajem – podziwiała go jednocześnie za wytrwałość oraz twardy charakter. Wbrew powszechnemu mnie- maniu i obiegowym poglądom, Somerset nie tylko szczęściu zawdzięczał swój sukces; moz˙e zresztą szczęściu najmniej. Łączył w sobie wrodzony talent do interesów z cierpliwością oraz odwagą. Krok po kroku budował w Zachodniej Australii prawdziwe imperium i zawsze wiedział, jaki jest jego cel. Jako pierwszy z białych przywiózł do Broome z˙onę i nowo narodzoną córeczkę, mimo z˙e miejsce to nie cieszyło się wówczas najlepszą opinią. Z czasem inni poszli w jego ślady, lecz on mógł juz˙ spokojnie zbierać owoce swojej z˙elaznej konsekwencji. Był pierwszy i bez wahania korzys- tał z tej przewagi. Kiedy Viola skończyła szesnaście lat, Sebastian nieco zmiękł i pozwolił jej odwiedzić kuzynkę na wielkiej farmie owczej w Południowej Australii. Viola podziękowała mu przykładnie, lecz w duchu obmyśliła podstępny plan. Postanowiła zejść ze statku w Adelajdzie, sprzedać naszyjnik z pereł, który wiozła kuzynce w prezencie, i wsiąść na pierwszy lepszy statek płynący jak najdalej od Australii. Jednakz˙e i ten plan spalił na panewce, bowiem kuzynka czekała na nią juz˙ w porcie. Na szczęście 54 Viola znalazła w Marcie pokrewną duszę i obie panny spędziły kilka beztroskich, sielankowych miesięcy, porwane w wir towarzyskich rozrywek. Viola bezustannie balowała, tańcowała i flirtowała podczas przyjęć, rautów i wyścigów konnych. Martha nauczyła ją kokieteryjnie upinać złote kędziory i ponętnie odsłaniać dekolt w wieczoro- wych kreacjach. Viola uczyła się pilnie i chętnie, lecz przeciez˙ sztukę zniewalania męskich serc i ta
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Klątwa Królowej Pereł
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: