Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00425 005412 19041441 na godz. na dobę w sumie
Knebel. Cenzura w PRL-u - ebook/pdf
Knebel. Cenzura w PRL-u - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 280
Wydawca: Zona Zero Język publikacji: polski
ISBN: 9788394833671 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość >> historia powszechna
Porównaj ceny (książka, ebook (-23%), audiobook).

Największym zwycięstwem cenzury PRL-u było wmówienie zainteresowanym, że właściwie nie istnieje - choć przenikała wszystkie aspekty życia.

Profesor Romek ujawnia, że cenzorzy znali prawdę o Katyniu od zawsze'. Zostali wyedukowani do oceny treści pod kątem poszukiwania aluzji.

Gdyby nie było cenzorów - zapewnia Grzegorz Królikiewicz - nie doszedłbym do żadnych rezultatów! Oni, durnie, nawet nie wiedzieli, jak krzepią mnie swoją obecnością'.

Poeta, Ernest Bryll, zmieniał tekst w śpiewogrze Po górach, po chmurach' żeby udobruchać Gomułkę, rzucającego kałamarzami w urzędników. Powodem był donos sugerujący, że monolog diabła jest aluzją do jego osoby.

Cenzura potrafiłą wychwycić kolizję seksuologii z polityką. Zbigniewowi Lwu-Starowiczowi zdjęto artykuł pod tytułem Miłość francuska' z uwagi na wizytę w Polsce prezydenta Francji Charlesa de Gaulle'a.

Krakowski cenzor wspomina, jak udało mu się wywieżć na Zachód i opublikować tajne zapisy oraz instrukcje dla cenzorów.
Dyrektor opolskiej delagatury Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk opowiada o próbach pogodzenia wiary w Boga i pracy dla komunistycznego systemu.

21 rozmówców Błażeja Torańskiego: dziennikarzy, reżyserów, grafików, kompozytorów i estradowców odsłania kulisy swoich kontaktów z cenzurą. Ujawniają mechanizmy, dzięki którym władza potrafiła sk

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KNEBEL B Ł A Ż E J T O R A Ń S K I KNEBEL Cenzura w PRL-u Okładka i projekt graficzny Fahrenheit 451 Zdjęcie na okładce © Alicja Marchewicz Zdjęcia archiwa rozmówców Autora, Wikipedia commons, Wojciech Kondracki, Tadeusz Zagoździński, Tomasz Gawałkiewicz, Henryk Rosiak, Mikołaj Rutkowski, Andrzej Rybczyński, Edmund Uchymiak, Tomasz Langda, Andrzej Zbraniecki Redakcja i korekta Ewa Popielarz Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz Skład i łamanie TEKST Projekt, Łódź ISBN 978-83-946131-0-5 Copyright © by Błażej Torański Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2016 Wydawca Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa Tel. 22 836 54 44, 877 37 35 Faks 22 877 37 34 www.zonezero.pl Agatce, Dobrosi, Iwusiowi Spis treści Wstęp Rozmowy niekontrolowane ................................................................. 9 Rozmowa 1 z prof. Zbigniewem Romkiem Bezkarni ..................................................................................................... 13 Rozmowa 2 z Kazimierzem Orłosiem Starałem się nie kłamać ........................................................................ 33 Rozmowa 3 z Krzysztofem Zanussim Spryt ............................................................................................................ 51 Rozmowa 4 z Lechem Majewskim Cień Stalina ............................................................................................... 63 Rozmowa 5 z Janem Pietrzakiem Świństwo, które nadal truje naród .................................................... 67 Rozmowa 6 z Adamem Zagajewskim Poza zasięgiem pióra .............................................................................. 87 Rozmowa 7 z Franciszkiem Maśluszczakiem Ocenzurowali czerwonego stwora .................................................... 101 Rozmowa 8 z Maciejem Rosalakiem Myszki nie były ćwokami ..................................................................... 107 i c ś e r t s i p S 7 Rozmowa 9 z Grzegorzem Królikiewiczem Wyklęty ...................................................................................................... 115 Rozmowa 10 z Andrzejem Strumiłło Niecenzuralny fallus .............................................................................. 133 Rozmowa 11 z Ernestem Bryllem Szczeliny .................................................................................................... 135 Rozmowa 12 z Marcinem Wolskim Gra aluzją ................................................................................................... 159 Rozmowa 13 z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem Zakaz miłości francuskiej ..................................................................... 177 Rozmowa 14 z Janem Kantym Pawluśkiewiczem Ordynarna transkrypcja radosnej pieśni ......................................... 183 Rozmowa 15 z Januszem Rolickim Ten, kto daje pieniądze, wymaga ........................................................ 187 Rozmowa 16 z Andrzejem Rosiewiczem Śmierć medialna ...................................................................................... 203 Rozmowa 17 z Andrzejem Krauze Jestem wolny, rysuję dla siebie ........................................................... 219 Rozmowa 18 z prof. Andrzejem Paczkowskim Poza grą ...................................................................................................... 229 Rozmowa 19 z ks. Ireneuszem Skubisiem Jamnik pod szafą ...................................................................................... 237 Rozmowa 20 z Eugeniuszem Kaniokiem Wewnętrznie rozdarty .......................................................................... 247 Rozmowa 20 z Tomaszem Strzyżewskim Antycenzor ................................................................................................ 261 u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B wstęp Rozmowy niekontrolowane Wszyscy wiemy, że istniała, że w dobie PRL kontrolowała każde słowo i każdy przekaz. Mimo to wydaje się, że nie do końca rozumiemy, jak dalece funkcjonowanie cenzury wypa- czało obraz rzeczywistości, jak bardzo pod jej wpływem de- formowana była świadomość i myślenie ówczesnych pokoleń. Częstokroć nie zdajemy sobie sprawy, jaką szkodę wyrządził system cenzury kulturze, nauce, sztuce, całemu społeczeń- stwu. Nierzadko w III RP formułowane są opinie, iż cenzura w PRL była jakoby gwarantem wysokiego poziomu kultury, dlatego przydałaby się współcześnie, by chronić nas przed szmirą i bylejakością. Tymczasem było wręcz odwrotnie; nikt w urzędzie cenzury nie dbał o walory estetyczne czy jakość publikowanych prac. Każda książka, gazeta, wiersz, piosenka, obraz, plakat, film, spektakl teatralny czy estradowy, audy- cja radiowa i telewizyjna, każdy powielany druk, zdjęcie, które przechodziły przez ręce cenzora w dobie PRL, musiały być zgodne z przyjętym szablonem, miały zgodnie z obowiązują- cymi wytycznymi wychwalać dokonania rządzących, sławić zwolenników socjalizmu, ganić perfidny kapitalizm, umacniać „przyjaźń” ze Związkiem Radzieckim i opisywać jego sukcesy. Obowiązywały wtedy: kanon poprawności politycznej, mate- rialistyczna wizja świata, a w interpretacjach przeszłości „po- stępowe tradycje”, które miały dowieść, że ludzkość zmierza ku komunizmowi, czy to się komuś podoba, czy nie. e n a w o l o r t n o k e i n y w o m z o R | p ę t s W 9 Jaką zatem mają wartość prace, dzieła artystyczne, które ukazały się przed 1990 rokiem, gdy nie mogły przeczyć obowiązującym standardom? Jak żyło się twórcom i uczonym w tamtej epoce? Co w ich dziełach było ich własnym pomy- słem, a co ingerencją pracownika urzędu cenzury? A może ostateczny kształt dzieła to efekt perswazji redaktora naczel- nego, kierownika zespołu filmowego bądź kierownika zakładu naukowego, którzy dysponowali różnorodnymi narzędziami nacisku i skutecznie nadzorowali proces twórczy, wpływając na jego treść i formę? W jakim stopniu w takich warunkach działała autocenzura? To tylko część ważnych pytań, na które trudno szukać odpowiedzi w słabo zachowanej dokumentacji, we wspomnieniach lub korespondencji prywatnej. Błażej Torański w prowadzonych rozmowach ze znanymi postaciami polskiej kultury, sztuki i nauki próbuje odtworzyć minione wydarzenia i atmosferę tamtych czasów. Pyta o do- świadczenia z cenzurą, metody jej omijania, ale także o ustęp- stwa i kompromisy. Dziennikarski profesjonalizm autora wy- wiadów, znajomość twórczości rozmówców oraz ciekawość i dociekliwość powodują, iż poznajemy często mało znane okoliczności dotyczące ich życia i powstania znanych dzieł. Wszystko to powoduje, że książkę czyta się jednym tchem. Dzięki niej nie tylko możemy lepiej zrozumieć minioną epokę, lecz także poznać mechanizmy blokowania wolności słowa oraz manipulowania świadomością społeczną. Choć współcześnie nie ma takiego urzędu cenzury, jaki funkcjonował w dobie PRL, nadal mamy do czynienia z naci- skami na dziennikarzy, media, wydawców – by pisali tak, jak oczekują tego prominentni politycy, ludzie władzy czy przed- stawiciele rozmaitych grup interesów. Wielu jest takich, któ- rzy tylko pozornie cieszą się z demokracji i możliwości nie- skrępowanego głoszenia rozmaitych poglądów. Faktycznie pluralizm życia politycznego czy kulturalnego ich tylko de- nerwuje, nie podejmują polemiki ze swymi oponentami, gdyż przekonani są, iż tylko oni mają monopol na głoszenie prawdy. Warto zatem przeczytać tę książkę, aby dowiedzieć się o czasach i metodach blokowania swobody wypowiedzi w do- bie PRL, ale także aby lepiej zrozumieć mechanizmy manipulo- wania informacją i umieć bronić pluralizmu poglądów. prof. dr hab. Zbigniew Romek u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B Poznań 06.1956. Ostrzelany portret I sekretarza KC PZPR Bolesława Bieruta w jednym z gabinetów w gmachu Urzędu ds. Bezpieczeństwa Państwa w Poznaniu soa PAP/Wojciech Kondracki ZBIGNIEW ROMEK rozmowa 1 Bezkarni z prof. Zbigniewem Romkiem historykiem z Polskiej Akademii Nauk, autorem publikacji naukowych o cenzurze Cenzorzy byli magikami? (Śmiech). W tym sensie, że byli wśród nich ludzie inteli- gentni, wnikliwie czytający i rozumiejący, co czytają. Potra- fili najmniejszymi środkami, dopisując lub skreślając poje- dyncze wyrazy, zmienić sens albo wymowę dzieła. Złagodzić, rozmyć krytykę albo tezę ogólną sprowadzić do jednego przy- padku. Aby wydźwięk był taki, że nie chodzi o zasadę, o zjawi- sko, tylko o wyjątek. W tym sensie były to czary, zaklinanie rzeczywistości. Zmieniali teksty jak magicy. W gruncie rzeczy była to zwykła manipulacja. Tomasz Strzyżewski, który ujawnił tajemnice komunistycz- nej cenzury, jednego ze swych kolegów, mistrzów cenzorskich, opisywał tak: „Brał ołówek delikatnie w palce i robił subtelny ruch, ewentualnie kilka ruchów i odmieniał całe teksty”. Na czym polegała magia cenzorów? To nie była magia, tylko wyrafinowana gra. Presja na au- tora, żeby zmienić treści, zafałszować. Nie miało to nic wspól- nego z czarami, a tym bardziej oczarowaniem. Polegało przede wszystkim na tym, aby nie dopuścić do publikacji informacji i poglądów, z których społeczeństwo mogłoby się czegoś o ota- czającej rzeczywistości dowiedzieć. W nauce historii zakazane były liczne fakty, głównie związane z rolą Związku Radziec- kiego w dziejach najnowszych, uzależnieniem od niego Polski, ale i z wydarzeniami z Rosji sprzed rewolucji październikowej. k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 13 Krytyka relacji polsko-radzieckich była interpretowana jako „godzenie w międzynarodowe interesy” PRL. Wnikliwej obser- wacji poddana została historia PRL-u – informacje o tym, jak ta władza powstawała, jak funkcjonowała. Jakie były jej niepo- wodzenia, przekręty, działania antydemokratyczne. Cenzura eliminowała takie treści w sposób brutalny i zasadniczy. Naj- bardziej absurdalny był zakaz wprowadzania w błąd opinii pu- blicznej przez podawanie wiadomości „niezgodnych z rzeczy- wistością”. Można by uznać za szlachetne, że urząd cenzorski powołano, aby pilnował prawdziwego opisu rzeczywistości. Problem w tym, że jedynie władza miała prawo do określa- nia tej rzeczywistości. Żadne próby opisów niezgodnych z tą projekcją nie były przez cenzurę akceptowane. Jeśli autorzy próbowali dotrzeć do odbiorców przez aluzje, język ezopowy, cenzorzy starali się to wyczytać i zakazywali druku albo wy- mieniali poszczególne słowa, rozmydlali przekaz. Tym samym wykręcali ręce autorom, kneblowali im usta, aby nie mówili pełnej prawdy. Na co cenzorzy, poza relacjami polsko-sowieckimi, byli naj- bardziej uczuleni? Na krytykę władzy i nieprzychylne dla niej lub ośmieszające podteksty? Tak to można określić. Ale także na przeciwstawianie się ideologii marksistowskiej i propagandzie, którą władza sze- rzyła. Od 1948 roku aż do początku epoki Gierka dotyczyło to kształtowania się wizji świata, czyli marksizmu. Przeko- nania, że świat zmierza w jednym kierunku, w stronę socjali- zmu, który miał być zwieńczeniem rozwoju. Że Polska Ludowa i władze komunistyczne to było coś najlepszego, co mogło spo- tkać nasz kraj. I jeśli nawet coś im nie wyjdzie, popełnią błędy, to trzeba im to wybaczyć, bo i tak kierunek jest słuszny. W marcu 1968 roku protestujący studenci skandowali: „So- cjalizm – tak, wypaczenia – nie”. Cokolwiek socjalizmowi, jako „jedynie słusznemu kierun- kowi”, przeczyło, cenzorzy zwracali na to uwagę i cięli. Gie- rek z tej ideologii zaczął się wycofywać. W pewnym sensie mniej ważni stali się Marks, Engels i Lenin. Ich portrety na- dal wisiały na ścianach, nikt ich nie zdejmował – choć w na- stępnych latach zniknęły niepostrzeżenie – ale w publicznym obiegu język był mniej nasączony ideologią. Stał się bardziej u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 14 normalny, zwyczajny. Cenzorzy mieli trudniejsze zadanie. Wcześniej czuwali nad przestrzeganiem marksistowskiego światopoglądu, a teraz stanęli przed problemem wyszukiwa- nia aluzji. I tak w połowie lat 70. pewien cenzor wstrzymał druk książki profesora Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średnio- wieczu, o paleniu czarownic na stosach. Skojarzyły mu się z fabrykowanymi procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną dopatry- wali się także w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu to- talitarnego na miarę Folwarku zwierzęcego Orwella. Powiadano w urzędzie cenzury, że trzeba cenzurować na- wet Marksa i Engelsa, bo ich krytyka ustroju kapitalistycz- nego i opisy funkcjonowania władzy zbyt przystają do współ- czesnych wydarzeń w PRL. Są jakby aktualne. Tekst Karola Marksa o pruskiej cenzurze był niemile widziany. Zresztą nie- cenzuralne mogło być wszystko, jeśli zostało przytoczone w nieodpowiednim momencie, kontekście, sytuacji. Przecież tak zwani rewizjoniści w partii komunistycznej walczyli sło- wami Marksa i zostali uznani za fałszywych interpretatorów. Przez kierownictwo partyjne i podległą im cenzurę byli zwal- czani. Na naradzie cenzorów w grudniu 1954 roku wytykano, że „cenzorzy nie czytają klasyków w całości, a niejednokrotnie trzeba się zastanowić, czy można wydać całość, czy może wy- bór. Nie ma pozycji żelaznych. Wszystko trzeba czytać okiem cenzora”. Wszędzie wietrzyli podstęp. Cenzorzy byli szkoleni, przeważnie przez sekretarzy komi- tetów PZPR odpowiedzialnych za propagandę. O aktualnej sy- tuacji społeczno-gospodarczej w Polsce i na świecie prelegenci informowali ich rzetelnie. Wykładali prawdziwą historię, bez propagandowej czy ideologicznej otoczki. Nawet w latach sta- linowskich korzystali z Historii politycznej Polski 1864–1918 Henryka Wereszyckiego, podręcznika oficjalnie wyklętego. Wiele było zajęć praktycznych. Uczono ich na przykładach, na ingerencjach, na Książce zapisów i zaleceń. No i instruowano politycznie, jaki kierunek władzy winien być zachowany. k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 15 Tomasz Strzyżewski wspominał, że na jednym ze szkoleń w połowie epoki Gierka „prelegent był blady, wystraszony, ner- wowo rozglądający się po ścianach, opowiadał o zbrodniach ukrywanych przez cenzurę. Przełożeni uważali, że cenzorzy po- winni poznać prawdę, zanim zaczną w tę prawdę ingerować dłu- gopisem”. Wykładowcy szczerze opowiadali im o wybrykach towarzy- szy, na przykład Leszka Kołakowskiego, którego w paździer- niku 1966 roku wyrzucono z partii. Sekretarz KC PZPR Artur Starewicz mówił w grudniu, jak sprawa filozofa jest skompli- kowana i dla partii, i dla cenzury. Zastanawiał się, w jaki sposób w miarę sensownie wytłumaczyć opinii publicznej, dlaczego Kołakowski – do niedawna filar ideologiczny PZPR – został z niej usunięty. Ten przykład pokazuje, jak władze manipu- lowały informacją przy pomocy urzędu cenzury, aby przeko- nać społeczeństwo do swych decyzji, uzyskać efekt propagan- dowy. W swojej książce Cenzura a nauka historyczna w Polsce 1944– 1970 napisał Pan, że Starewicz nie potępiał całej działalności Kołakowskiego. Podkreślał, że partia nadal uważa go za „wy- bitnego teoretyka” marksizmu, „wybitną osobistość”, ale nie może zgodzić się z jego polityczną publicystyką, którą uprawia on od 1956 roku. Dodawał, że w partii pamiętają jego artykuły z „Po Prostu” i „Nowej Kultury”, które przekraczały ramy krytyki. Już wów- czas jego poglądy i postawa polityczna dalekie były od linii par- tii. Mimo to był tolerowany ze względu na młody wiek i wy- bitne zdolności. Umożliwiono mu nawet wyjazd za granicę. Ale w październiku 1966 roku wygłosił odczyt na zebraniu ZMS Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Była to – zdaniem Artura Starewicza – „absolutna negacja naszego dorobku politycznego, społecznego i ekonomicz- nego osiągniętego w ostatnim dziesięcioleciu”. Zaznaczył, że tak partia ocenia postawę polityczną Kołakowskiego, bo jego działalność naukowa „w zasadzie nie budzi zastrzeżeń”. „Nie- które prace naukowe Kołakowskiego są bardzo wartościowe, inne są wątpliwe czy dyskusyjne, ale mieszczą się w dozwolo- nych ramach”. Wyliczał, jakie wnioski praktyczne dla cenzury z tego wynikają. Po pierwsze Leszek Kołakowski nie może na- dal uprawiać działalności publicystycznej. Po drugie wobec u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 16 jego prac naukowych należy stosować takie same kryteria, jak w stosunku do publikacji innych autorów. Po trzecie jego utwory literackie „należy uważnie czytać”. Jeśli będą mieć wy- mowę polityczną, „należy je każdorazowo konsultować z KC PZPR”. Co w praktyce oznaczała ta konsultacja? Bezwzględny obowiązek uzyskania zgody Komitetu Cen- tralnego na decyzje cenzorskie. Pokazuje to zwyczaj bezpo- średniego sterowania urzędem cenzorskim przez KC PZPR w sprawach zawiłych, mało przejrzystych, kłopotliwych dla propagandy partii, trudnych do rozstrzygnięcia dla szerego- wego cenzora. KC rezerwował sobie prawo bezpośredniego kierowania nożyczkami cenzorskimi. Ale represje cenzury dotknęły nie tylko Kołakowskiego. Także dziewiętnastu osób, które protestowały przeciwko usu- nięciu go z partii. Artur Starewicz nakazywał ich publikacje chwilowo zatrzy- mywać i sygnalizować. „Nie oznacza to, że wszystkie ich arty- kuły będą zdejmowane. Konieczna jest elastyczność, ale i ope- ratywność w działaniu (…) Dyrektywy w tej sprawie będą się zmieniały wraz z rozwojem sytuacji i zmianą stanowiska tych ludzi (…) Reasumując, twórczość wymienionych pisarzy pod- lega wzmożonej kontroli” – mówił. Czym była „elastyczność”, o której wspominał partyjny pro- pagandysta, Starewicz? Chodziło o to, aby cenzorzy wykorzystywali wszelkie sy- tuacje do wzmocnienia rządów PZPR. Zresztą o zasadzie „ela- stycznego” działania cenzury w tym sensie mówiono przez wiele dziesięcioleci: w latach 40., 50. i 60. O jakich jeszcze faktach historycznych słyszeli na szkole- niach cenzorzy? Mówiono im o Katyniu. Wprost, bez pudru: kto i jak zabił. Dlaczego o tym informowano cenzorów? Żeby wiedzieli, do czego ewentualnie próbuje nawiązać autor, jaką aluzję prze- mycić. Cenzorzy musieli znać prawdę i ją znali. Zestawiali ją z aktualną linią polityczną partii, kierunkami i zadaniami pro- pagandy. Że to wolno, a tego nie. Że to musi się składać jak k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 17 w układance. Aby publikowane treści przystawały do propa- gandy niczym fragmenty puzzli. Zgodnie z aktualnymi odczuciami i nastrojami społecznymi? Żeby przewidywać reakcje czytelników, radiosłuchaczy, telewi- dzów? Także ich odbiór sztuki. To było niezwykle trudne. Byli cenzorzy opowiadali, jak ciężko pracowało im się nad literaturą, sztuką, teatrem, fil- mami. Z wytropieniem ideologii w słowie pisanym czy mówio- nym było o wiele łatwiej aniżeli w obrazie, który daje o wiele więcej możliwości interpretacji. Andrzej Wajda wspominał, że mógł wiele przemycić poprzez obrazy trudne do zrecenzo- wania. Cenzura przepuściła sceny śmierci w Popiele i diamen- cie, gdzie najpierw młody akowiec Maciek Chełmicki wyko- nał wyrok na działaczu komunistycznym, a potem sam został zastrzelony na śmietniku. Cenzorzy ocenili, że „śmietnik hi- storii” jest dobrym miejscem dla kogoś, kto podniósł rękę na władzę ludową. Ale widzowie odczytali tę scenę inaczej, jako oskarżenie nowego, komunistycznego ustroju, który zabił bohatera Powstania Warszawskiego. Cenzor miał wątpliwo- ści, ale reżyser replikował: „Niepotrzebnie szuka pan dziury w całym. To nie jest tak”. I tłumaczył po swojemu. Potrafił się obronić. Cenzorzy chodzili też do kin. Patrzyli na odbiór, na reakcje. Kiedy publiczność klaskała lub gwizdała, reagowała nieprzyjaźnie, to film zdejmowano z ekranów. I tak bywało, kiedy cenzor podczas kolaudacji nie przewidział pewnych rzeczy. Pamiętam w czasach stanu wojennego, jak aktorzy za- częli występować w teatrach, a nadal bojkotowali telewizję. W wygłaszanych na scenie tekstach akcentowali słowo „soli- darność” bez jakiegokolwiek związku z treścią sztuki. Publicz- ność reagowała oklaskami. W takich sytuacjach cenzura była bezradna. Nie sposób było tego przewidzieć. Co najwyżej mo- gła zdjąć spektakl. Gwałcenie sumień, dokonywanie zbrodni na wolnym słowie wymagało od cenzorów szczególnych kwalifikacji. Wystar- czyła umiejętność tropienia ukrytych aluzji, politycznych kon- tekstów, zdolność analitycznego i syntetycznego myślenia? Najważniejsze było syntetyczne myślenie. Wychwycenie wydźwięku tekstu. Odczytanie, do czego autor zmierza. Jaka jest generalna teza, wymowa. u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 18 Intencja autora. Intencja, ale i wnioski, jakie można wysnuć niezależnie od intencji. W kontekście tego, co aktualnie dzieje się w kraju. Cenzor dostawał instrukcje, zalecenia o decyzjach, jakie wła- dza chce przeforsować, sprawach, na których jej zależy, i in- gerował, jeśli dostrzegał jakąś aluzję. Autor zwykle się zga- dzał, bo nie widział potrzeby kruszenia kopii o synonim, który w jego ocenie specjalnie nie zmieniał sensu. Cenzurę powszechnie kojarzy się ze zdejmowaniem spektakli lub tekstów. Ale dobrymi cenzorami nie byli nadgorliwcy, któ- rzy wiele skreślali, wyrzucali fragmenty, przerabiali. Szefowie nie rozliczali ich z liczby ingerencji. Nie z liczby, tylko z efektu. Do urzędu cenzury trafiały rze- czy już ocenzurowane w redakcjach, w wydawnictwach. Przez autorów, sekretarzy redakcji, redaktorów naczelnych. W wy- dawnictwach naukowych nie tylko nie mogły zostać opubliko- wane – ale nawet zaplanowane – trefne tematy, prace antyso- cjalistyczne. Już tam przycinano teksty, zatrzymywano. Żeby nie doszło do takiej sytuacji, że do cenzury trafi cokolwiek, co trzeba by zdjąć w całości. Przychyla się Pan do porównania przez Tomasza Strzyżew- skiego urzędu cenzury z komórką kontroli jakości w fabryce? Do zdania, że do gruntownej selekcji treści, cenzury wewnątrzre- dakcyjnej, dochodziło w wydawnictwach książkowych i nauko- wych, w redakcjach? W każdym wydawnictwie, w każdej redakcji byli ludzie par- tyjni, którzy drżeli, czy nie stracą stanowisk w związku z tym, co się u nich publikuje. Tak samo reagowali dyrektorzy te- atrów, muzeów, placówek wystawowych, plastycznych, kie- rownicy zespołów filmowych. Tak było w kulturze, nauce i sztuce. W moim Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk pracował prof. Tomasz Strzembosz. W Pracowni Dziejów Pol- ski w II wojnie światowej zajmował się Armią Krajową. Wspo- minał, że najgorszą cenzurę wewnętrzną stosował ówczesny dyrektor Instytutu – profesor Czesław Madajczyk – i dlatego on sam przeniósł się do Katolickiego Uniwersytetu Lubel- skiego, gdzie mógł kontynuować studia. Ale tam też nie zdo- łał pisać wprost o Armii Krajowej. Pisał więc o ludności cy- wilnej okupowanej Warszawy (śmiech). Cenzura dopuszczała k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 19 opisywanie tragicznych losów ludności, która w czasie wojny bohatersko walczyła z okupantem. Ale pod czyim kierunkiem? Kto ich inspirował? O tym, że była to Armia Krajowa, państwo podziemne, nie można było pisać. Najlepiej – z punktu widze- nia cenzorów – jakby naukowcy podkreślali, jak ta ludność gi- nęła, jak daremne były jej wysiłki, bo „beznadziejny był rząd londyński”, który tym kierował. Wielokrotnie naukowcy szli na kompromis. Kombinowali. „Ciekawe, że w ogóle nie przyszło mi wówczas do głowy, żeby nie iść na żaden kompromis i zrezygnować z druku książki” – przyznał historyk, prof. Tomasz Szarota, badacz historii XX wieku. Wszyscy autorzy szli na ustępstwa? Zależy kiedy. PRL nie był jednolitym okresem. Łatwiej było nie iść na ustępstwa po powstaniu „Solidarności”. Etos pisa- nia prawdy urósł w środowiskach dziennikarzy, pisarzy, na- ukowców. Ludzie mieli dosyć gierkowskiej propagandy suk- cesu i podlizywania się władzy, czego zresztą ta władza oczekiwała. Od sierpnia 1980 roku wiele się zmieniło. Autorzy, twórcy mniej się bali. Częściej się sprzeciwiali. Ale wcześniej – w latach 50. i 60. – nie było perspektywy, że coś się zmieni, że ustrój się rozleci. Nie było więc odwagi. Dziennikarze czy uczeni nie mieli nadziei, że utrzymają się w swoich zawodach, trwając w oporze i nie publikując. Jaką mieli alternatywę? Za- jęcie się szyciem butów czy prowadzeniem taksówki? Zawo- dami niemającymi nic wspólnego z twórczością? Nie każdy był gotowy na takie wyrzeczenia, więc szli na ustępstwa. Łamali się ludzie, kruszyły redakcje. O tym, jak pokorniał „Ty- godnik Powszechny”, mówił w 1945 roku Roman Szydłowski, szef krakowskiej cenzury: „z początku tygodnik sprawiał nam duże trudności, po odbyciu kilku konferencji doszliśmy do współpracy, że obecnie żadnych tarć nie ma. «Tygodnik Powszechny» usto- sunkowuje się pozytywnie i przeprowadza wszystkie zmiany, ja- kie proponujemy”. Tak szli na kompromis autorzy i redakcje? Do końca lat 60. jak najbardziej. Ale zawsze były od tego ja- kieś wyjątki, jak Stefan Kisielewski, Zbigniew Herbert czy Pa- weł Jasienica. Jasienica stale sprzeciwiał się cenzurze. W 1964 roku podpisał słynny „List 34” do premiera Józefa Cyrankiewicza. Prześladowano u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 20 go. Wyrzucono ze Związku Literatów Polskich. Zakazano publika- cji. W pewnym okresie donosiło na niego co najmniej trzydziestu agentów. Byli więc niepokorni. Autorytety moralne. Ale skazani byli na biedę i na wykluczenie. To była bardzo trudna rola i myślę, że na taką hardość, na życie na uboczu albo wręcz wyrzucenie poza margines twórczości mało kto się decydował. Zwłaszcza młodym autorom bardzo zależało na publikowaniu. Poza tym zdecydowana większość dziennikarzy, twórców, uczonych wierzyła w ten ustrój, w socjalizm, a jeżeli protestowali, to przeciwko „wypaczeniom”, błędom kierownictwa, a nie prze- ciwko systemowi. Pamiętajmy, że październik 1956 roku to czas buntu przeciwko stalinowskiemu dogmatyzmowi, a jed- nocześnie autentyczny tryumf Władysława Gomułki, komuni- sty wiernego swym ideałom. W prapoczątkach cenzury, w latach 40. i 50., do pracy w niej trafiali ludzie z budowy. Robotnicy wierzący w marksizm. Lo- jalni wobec komunistycznej partii. Czy byli w stanie udźwignąć finezyjne zadania, jakie władza przed nimi postawiła? To była próba zaadaptowania ludzi politycznie pewnych. Ro- botników z wyrobioną świadomością klasową. W latach 50., 60., a nawet 70. cenzorzy często nie mieli wyższego wykształ- cenia. Tomasz Strzyżewski też go nie miał. Ale władza szybko zorientowała się, że ta praca wymaga kwalifikacji intelektualnych. Kierownik Głównego Urzędu Kon- troli Prasy z Katowic żalił się w 1949 roku: „aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji poli- tycznej kraju jak i międzynarodowej (…). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”. No tak, ale szybko postanowili to zmienić, bo pojawiały się kompromitujące wpadki. Jeden z cenzorów zakwestionował napisany językiem staropolskim wiersz Mikołaja Reja. Uza- sadnił to „złym językiem polskim”. Inny przed wydaniem zgody na publikację tekstu św. Tomasza z Akwinu poprosił o sprawdzenie, czy wydawca z Częstochowy jest w posiada- niu praw autorskich. Warto zauważyć, że te głupoty, nieujaw- niane na zewnątrz, wyłapywali sami cenzorzy w kontroli wtórnej i omawiali je na naradach krajowych. Działał więc k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 21 system samooczyszczania się urzędu. Ten aparat – szesna- ście delegatur terenowych i warszawska centrala – funkcjo- nował dobrze. Szefowie w delegaturach sprawdzali młodych, uczyli ich, przyglądali się, jak czytają, analizują. Adepci zbie- rali doświadczenie pod okiem starszych. Rozsyłano biuletyny wewnętrzne o ingerencjach, także tych niepotrzebnych, nie- trafionych, zbędnych. Socjolog, profesor Stanisław Ossow- ski – co wyczytałem w jednym protokołów – pytał cenzorów: „Jak panowie jesteście w stanie cenzurować teksty fachowe, do których nie jesteście przygotowani? Nie macie odpowied- niego wykształcenia”. Odpowiadali mu: „Jesteśmy kolek- tywem. Siadamy i wspólnie obradujemy nad problemami”. Cenzorzy rzeczywiście nie działali w pojedynkę. Nie byli po- zostawieni sami sobie. Nigdy nie było takich sytuacji, jak na filmie fabularnym Wojciecha Marczewskiego Ucieczka z kina „Wolność”, że zwykły cenzor był przez przełożonego napięt- nowany. Tam były przyjacielskie, koleżeńskie relacje. Orga- nizowano imprezy integracyjne. Wspólnie jeździli na grzyby. Bo w tej pracy chodziło o kopanie piłki do tej samej bramki. Dlatego mieli nawet za zadanie zaprzyjaźnianie się z redak- torami czy uczonymi. Chcieli ich wychowywać. Przekonać do tego, aby razem budować socjalistyczną ojczyznę i wspie- rać propagandę. Dopuszczali krytykę, ale „konstruktywną”, która pokaże, że zdarzają się nieprawidłowości, ułomności, bo nie ma świętych. Ale sam system polityczny, jego kon- strukcja, są poprawne. Zmierzamy w dobrym kierunku i nikt nie może nam tego popsuć. Dlatego nie dopuszczano krytyki niepożądanej, nazywanej „nihilistyczną”, która wskazywała, że to w socjalizmie jest błąd. Że to socjalizm psuje rzeczywi- stość. Że te idee, kierunki działania są beznadziejne. To było zakazane. Zaprzyjaźniali się z autorami, aby zasugerowane w tekstach zmiany, poprawki ci uznawali za własne, a nie narzucone? Czy to nie było budowaniem wewnątrzredakcyjnej cenzury? Jasne, że tak. Ale i budowaniem sposobu patrzenia na rzeczy- wistość: oczami partyjnego aparatczyka. Oczami władzy. Żeby czuć się współodpowiedzialnym za ten kraj, za wydarzenia. Żeby wciągnąć autorów do systemu budowania socjalistycz- nej świadomości. Równocześnie cenzorzy nie przyjaźnili się z agentami Służby Bezpieczeństwa. Bo tamci działali inaczej, u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 22 metodą siły: pałki, uderzenia. „My byliśmy wychowawcami inteligencji. Ludźmi, którzy wspólnie z władzą konstruowali socjalistyczną ideologię” – wspominali. Z dziennikarzami, pisarzami, naukowcami pili wódkę? Chrzcili wzajemnie dzieci? Takich przypadków, aby pili wódkę lub chrzcili dzieci (śmiech), nie znam. Ale czemu nie? Dążyli do zacieśniania więzi. Bezwzględnie. Tak wynikało z rozmów, jakie prowadzi- łem z byłymi cenzorami. Niewieloma, bo oni za bardzo rozma- wiać nie chcieli. Ale ja też nie chciałem wypaczyć swojej ba- dawczej wizji o ich interpretacje, prowadzone nadal gry. Żeby mnie nie ukierunkowali, abym nie poszedł fałszywym śladem. Ci, z którymi rozmawiałem, opowiadali, że samym redakcjom zależało, aby mieć dobre kontakty z cenzorami. Aby było mało skreśleń. Żeby utrzymać linię ideologiczną taką, jak trzeba. Ale nawet – żeby jakiś były cenzor pracował u nich na etacie (sic). Nie wykluczam więc i przyjaźni. Cenzorzy udawali wobec redaktorów „życzliwych” dorad- ców, a nawet „naiwnych, których łatwo wyprowadzić w pole”. To była gra. Nie ma Pan poczucia, że rżnęli głupa? Rżnąć głupa to znaczy robić z siebie idiotę. W tym sensie tak. Grali naiwnych, życzliwych redaktorom. Manipulowali nimi. Ale może też byli przekonani, że taka właśnie jest ich rola? W imię dobra tego społeczeństwa, tej redakcji? Żeby skreśleń nie było? Żeby wreszcie człowieka socjalizmu stworzyć? Żeby Polacy myśleli w określony sposób? Chcieli autorów przekonywać i zjednać, a nie straszyć. Na jednym ze szkoleń o inteligentach – dziennikarzach, pisarzach i twórcach – mówiono: „Trzeba z nimi umiejętnie postępować, nie pokazywać rogów cenzorskich, trzeba rozmawiać, czując się członkiem naszego obozu, umieć postępować z redaktorami”. Chodziło o to, aby na nich nie krzyczeć. Nie stawiać się po drugiej stronie barykady. Jeden z byłych cenzorów mówił do autora: „Ja panu nie pozwolę kłamać w tym, co pan pisze. Tak musimy zmienić, aby to nie było kłamstwo. Musimy razem spo- tkać się na wierzchołku góry, która nazywa się prawdą”. Taką zajął postawę. Że niby jest wyższa potrzeba zmiany tekstu, który jest niezgodny z ideologią, z przesłaniem, z kierunkiem k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 23 myślenia, ale cenzor jest jego – autora – przyjacielem i w po- prawieniu treści mu pomoże. Że nie ma między nimi żadnego konfliktu. Że wspólnie muszą do tego rezultatu dojść, bo spo- łeczeństwo nie jest jeszcze dojrzałe, aby całą prawdę usłyszeć. Cenzorzy powtarzali stale, niczym lejtmotyw: „Wiem, że tak było, jak pan pisze. Że to jest prawda. Ale obaj, pan i ja, mamy misję wobec społeczeństwa. Mamy tych ludzi wspólnie wy- chować. Nie chcę więc, aby pan kłamał, ale nie możemy im też tego wprost powiedzieć. Będzie można to zrobić dopiero wtedy, kiedy zyskają świadomość. Jak staną się dojrzali, a te sprawy przestaną budzić tyle emocji”. Kiedy zbudujemy „sowieckiego człowieka”? Wtedy będzie mógł usłyszeć pełną prawdę. Ale czy zabieganie o względy redaktorów nie wynikało też z lęku przed nimi? Pisze Pan w swojej książce, że cenzorom „za- lecano grzeczność, by nie ściągać na urząd kłopotliwych inter- wencji”. Nie wiedzieli, jakie znajomości mogą mieć redaktorzy w kręgach władzy. Bali się nie samych dziennikarzy, tylko układów. Redaktorzy mieli swoich popleczników we władzach, w partii. Nigdy nie było wiadomo, czy któryś z nich przypadkiem nie zadzwoni i nie poskarży się na cenzurę, nie spróbuje interweniować, a to mogło być kłopotliwe. Dlatego asekurowali się, aby nie popaść w kłopoty. Ale nigdy też nie słyszałem, aby cenzor dostał po łapach za to, że był nadgorliwy. Że w czymś przesadził. Cenzo- rzy mieli świadomość bezkarności. Nawet jak byli aroganccy i występowali z pozycji siły? Raz cenzor z Wrocławia, Bolesław Dacko, w ostrej rozmowie „z góry” potraktował autora, a ten zaczął się skarżyć u pre- miera, w KC, w związkach zawodowych. No tak, ale szkolono ich, żeby tak nie postępować. W łódz- kiej delegaturze cenzorka krzyczała na autorów. Myślę, że taki miała temperament. Ale zaczęto jej na to zwracać uwagę i na naradzie krajowej podano za przykład, że tak nie należy postępować. Oni byli posłuszni w tym, co im zalecano. Zdy- scyplinowani. Nie było wśród nich samowolki. Zespołowość ich pracy polegała także na tym, że działali wedle narzuco- nego schematu. u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 24 Takie były zasady cenzorskiego savoir-vivre’u. Ale jak re- agowali, kiedy autorzy, a nawet całe redakcje nie chciały z nimi współpracować? Nie wiem, czy były takie sytuacje, że cały zespół nie chciał współpracować z cenzurą. Nie wyobrażam sobie tego. Zmie- niło się to w latach 80., kiedy ustawa dopuszczała możliwość zaznaczania ingerencji. To była hardość, jeśli redakcja po- woływała się na Dziennik Ustaw, bo cenzorzy starali się, aby nie było śladu ich interwencji. Uważali, że wystarczy nawias z trzema kropkami. Obiecywali wydawcom, że rzadziej będą ingerować, że cenzura będzie znośna. I większość redakcji – poza katolickimi, jak Znak, Więź, „Tygodnik Powszechny” czy „Przegląd Powszechny” – godziło się nie zaznaczać. Nie skar- żyły do sądu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Wi- dowisk, nie doprowadzały do procesów. Tytułom katolickim urząd za te zaznaczenia groził odebraniem koncesji. Odebraniem koncesji władza groziła też do lat 50. Na dzia- łalność wydawniczą konieczna była zgoda władz administra- cyjnych. W jednej z wewnętrznych instrukcji nakazywano, aby niepokornym odebrać koncesję za karę na tydzień. „Będą wam lizać stopy” – dodawano. Wtedy były jeszcze prywatne wydawnictwa i w ten spo- sób próbowano je ekonomicznie przydusić. Potem wszystko już było państwowe i niepokornym najpierw grożono palcem, a jeśli nie było to skuteczne – wywalano ich z pracy. Zresztą system był taki, że starannie dobierano potulnych redaktorów naczelnych, aby nie bruździli. Szli na pasku cenzury. Przed 1981 rokiem ingerencji cenzorskich nie można było za- skarżyć. Można się było odwoływać od decyzji delegatury do cen- trali, ale skuteczność była żadna. W aktach nie znalazłem na- wet takich odwołań. Zgoda urzędu na druk była trwała? Obowiązywała na trzy miesiące. Jeśli przez ten czas z jakich- kolwiek powodów tekst się nie ukazał, trzeba było ponownie prosić o zgodę. Bardzo często zdarzało się tak, że książki wy- dane w latach 40. dwadzieścia lat później nie mogły być wzno- wione, chociaż tekst był ten sam. k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 25 Zna Pan takie przypadki? Słynna Historia polityczna Polski 1864–1918 Henryka Were- szyckiego, opisująca tworzenie się politycznych ruchów – pił- sudczyków i endeków – które potem wywarły tak silny wpływ na losy II Rzeczpospolitej. Autor rzeczowo poskładał fakty, za- nim zrobił to emigracyjny historyk Władysław Pobóg-Mali- nowski. W latach 50. Wereszyckiego oskarżono o burżuazyjne poglądy i napiętnowano w środowisku naukowym, jednak po odwilży w 1956 roku ponownie planowano wydać jego dzieło. Cenzura go nie puściła, choć minął okres stalinowski, w któ- rym ta książka była potępiona. Pewności druku nie dawała nie tylko zgoda cenzury sprzed lat. Taką gwarancją nie był nawet fakt opublikowania wcześniej tej samej książki w Związku Sowieckim. Czym innym był bowiem – jak trafnie oceniała władza ko- munistyczna w Polsce – odbiór obywateli radzieckich, a czym innym polskich. W radzieckich tekstach przechodziły pompa- tyczne opisy: o socjalizmie, o bohaterach ze spiżu, postaciach rewolucji. W Polsce te same teksty uważane były za prymi- tywne, ośmieszające władzę i ustrój. „Ostatnio słusznie kry- tykuje się papierowe sylwetki bohaterów powieści i sztuk te- atralnych. Oczywiście siła oddziaływania takich utworów jest żadna. W staraniach o uniknięcie tego grzechu, w staraniach o pokazanie pełnokrwistego, przekonywającego pozytywnego bohatera utworu znowu idzie się czasem po linii najmniej- szego oporu i np. działacza partyjnego malują jako słabego, obciążonego wieloma błędami, młodego człowieka, który nie wiadomo w jaki sposób może pomóc rewolucyjnym przemia- nom” – mówiono na szkoleniu cenzorów w czerwcu 1954 roku. Cenzura unikała groteski? Wyrażanej przez przesadne, wiernopoddańcze teksty. Tak się zdarzało w okresie stalinowskim, kiedy wydawało się, że w pro- pagandzie, wynoszącej socjalizm ponad poziomy, można powie- dzieć wszystko, co popiera władzę, i nie zostanie to skreślone. Tymczasem cenzura nie dopuściła do publikacji hasła: „II Zjazd [PZPR] – to twarde, męskie spojrzenie w krecią twarz międzyna- rodowego imperializmu”. Uznano, że jest zbyt śmieszne. Albo innego: „Hebel jest znacznie skuteczniejszą bronią niż bomba atomowa. Heblem walczę z imperializmem”. Zdjęła też podpis u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 26 pod zdjęciem przodownika pracy: „Hieronim Alama nie zawsze ma czas, aby się ogolić, co widać na zdjęciu. Nie dziwmy się temu: fala mrozów, jaka przechodziła przez Polskę, kazała mu oddać wszystkie siły dla dobra komunikacji miejskiej”. Widziano, że to przesada, że nie buduje ruchu przodowników pracy, tylko go ośmiesza. Że cierpi na tym etos robotnika, który – wedle propa- gandy – powinien być czysty, ogolony… W 1966 roku „Polityka” nie mogła przedrukować z radziec- kiego magazynu „Novyj Mir” opowiadań Borysa Mieżajewa Z życia Fiodora Kuźmina o tragicznej sytuacji w sowieckich koł- chozach w latach 1953-1956. Urząd cenzury odmówił, uzasadniając, że „reakcja czy- telnika radzieckiego jest inna niż polskiego”. Chodziło o to, że ruch kołchozowy był w Polsce uznany za głupotę. Tam to była krytyka, w ramach systemu, jakiegoś pojedynczego przy- padku. W Polsce mogło to być odczytane – tak sobie myślę - jako krytyka całego systemu upaństwowienia ziemi. Cenzorzy nie zgodzili się na druk, bo u nas inna była tego wymowa. Ale była to też reporterska prawda o dramacie kołchozów. Ten przykład pokazuje, jakie tam popełniono błędy i co by nas czekało, gdyby wprowadzono w Polsce kołchozy. Nie da- łoby się też wytłumaczyć, dlaczego Związek Radziecki, mając bogatą ziemię ukraińską, importuje zboże. Już w końcu lat 80., u zmierzchu cenzury, ukazały się wspomnienia Władysława Gomułki. Opisywał, jak chłopi radzieccy napadają na pociągi, chodzą po dachach wagonów i haczykami wyciągają walizki. Kojarzył to z systemem kołchozowym. Pierwszy urząd cenzury w PRL – Centralne Biuro Kontroli Prasy – powołano w styczniu 1945 roku zgodnie z dyrektywami radzieckimi. Stworzyli je pracownicy sowieckiej cenzury (Gław- litu) Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Ściągnął ich z Moskwy Ja- kub Berman, zaufany Bolesława Bieruta, zwolennik wprowa- dzenia w Polsce radzieckich metod rządzenia. Ale Sowieci nie narzucili Polakom, jak w praktyce należy cenzurować. Nie ma też dowodów na bieżącą współpracę Gławlitu z polskim urzę- dem cenzury. Nie ma. Ale zasady i regulaminy wskazywały, jak ten urząd ma działać. Pierwszy urząd cenzury tworzył, jeszcze z ramienia k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 27 PKWN, Jerzy Borejsza. Był szczerze oddany ideologii komuni- stycznej, ale daleki od interpretacji stalinowskiej, otwarty na rozmaite wpływy kulturowe i intelektualne. Pragnął przeko- nywać, a nie zmuszać Polaków do socjalizmu. Uznaje się go za pierwszego cenzora PRL. Wierzył, że można zbudować w Polsce socjalizm na demokratycznych podstawach. Stalin mówił o demokratycznej, wolnej, silnej Polsce. Borej- sza uległ złudzeniu, że jest możliwa u nas demokracja w więk- szym stopniu aniżeli w Związku Radzieckim. Że nie będziemy kopią. Przygotował projekt dekretu prasowego, zakładającego liberalne zasady kontroli wolności słowa. Zgodnie z nim re- daktorami naczelnymi mogli być tylko Polacy. Czyli: absolut- nie nie Rosjanie. A przecież wtedy, w 1944 roku, zalewała Pol- skę fala „inteligencji radzieckiej”. Ponadto system rejestracji wydawnictw, uzyskiwania koncesji, miał być bardzo uprosz- czony. Wystarczyło tylko złożyć deklarację i jeśli w ciągu ty- godnia nie przyszedł zakaz, można było wydawać pismo. Bo- rejsza wzorował się na przedwojennym systemie polskiej cenzury: nie prewencyjnej, tylko represyjnej. Urząd ewentual- nie ingerował już po wydaniu gazety czy książki. Borejsza – brat Józefa Różańskiego, oficera NKWD, stalinow- skiego zbrodniarza – był niepoprawnym idealistą? Kiedy syn Jerzego Borejszy przeczytał fragment mojej książki, skomentował: „Co też mojemu ojcu odbiło? Czy nie zdawał sobie sprawy, w jakim systemie funkcjonuje?”. Mnie się zdaje, że on uwierzył w grę Stalina. Ale to nie jest tak, że Stalin w stosunku do Polski od początku miał wyraźny cel, który re- alizował. On nie wiedział, co w tej Polsce tak naprawdę będzie. Czy Polska stanie się szesnastą republiką Związku Sowiec- kiego, czy też powstanie w niej jakiś rodzaj demokracji burżu- azyjnej? Wszystko zależało od tego, na co mu alianci zachodni po- zwolą. Stalin w tamtych czasach udawał demokratę. Mówił, że chce demokratycznej Polski, wolnych wyborów i… wolno- ści słowa. W czasie PKWN, w 1944 roku, kiedy redaktorzy i wydawcy konsultowali się z Borejszą, co można drukować, pytał tylko, u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B 28 czy w tekście nie ma nic przeciwko Związkowi Radzieckiemu i „czy nie ma krytyki obywatela Bieruta”. Jeśli nie, to drukuj- cie! – odpowiadał. Tak kreślił granice wolności słowa. Takie są relacje z jego ingerencji cenzorskich. Wiemy też z dokumentów, że był promotorem inteligencji myślą- cej w różny sposób. Ale na pewno nie antyradzieckiej. Był re- daktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”, stworzył Czytelnika, spółdzielnię wydającą gazety, organizującą kolportaż, two- rzącą sieć kiosków, księgarń, bibliotek, drukarnie, zachęcającą dziennikarzy, literatów i naukowców do współpracy z nową, komunistyczną władzą. Borejsza ściągał do kraju inteligencję z emigracji, np. Juliana Tuwima. Mamił ich, że ideologia nie od- grywa roli, że musimy tylko dobrze ułożyć stosunki ze Związ- kiem Radzieckim, bo taki jest układ, to jest nasz sojusznik, trzeba zmienić nastroje antyradzieckie. A najlepiej w publi- kacjach unikać tej tematyki. Budujmy Polskę i wolność słowa. Szybko mu to jednak przeszło. Wycofał się ze swego projektu liberalnej cenzury po kilku miesiącach. Gładin i Jarmuż wprowadzili cenzurę na modłę radziecką. Ale zdecydowana większość polskiej inteligencji była antyso- wiecka. Z pewnością. Inteligencja nie akceptowała stalinowskiego zamordyzmu i prymitywizmu, który w Związku Radzieckim się panoszył. Inteligencję zgładzono, zamordowano, wyrzu- cono, zesłano na Sybir. Tego w Polsce nie akceptowano nawet wśród komunistów. Chyba nie tylko inteligencja, ale większość Polaków była na- stawiona antysowiecko. W jednej z gazet cenzura przepuściła zdjęcie Konstan- tego Rokossowskiego w mundurze marszałka Związku Ra- dzieckiego. Władze komunistyczne doskonale zdawały sobie sprawę z tradycyjnej niechęci większości Polaków do Mo- skwy, a co za tym idzie – do mianowania marszałkiem Polski i ministrem obrony radzieckiego generała. Publikacja zdjęcia Rokossowskiego w mundurze Armii Czerwonej mogła utwier- dzać Polaków w ich antyradzieckim nastawieniu. Urząd Bez- pieczeństwa aresztował cenzora, uznając, że to dywersja. Z in- nymi represjami wobec cenzorów w Polsce nie spotkałem się. No, może kogoś wyrzucono z pracy. k e m o R w e i n g i b Z | i n r a k z e B 29 Gławlit zbudował w 1945 roku fundamenty cenzury. Jej me- tody nie zmieniły się do kwietnia 1990 roku, do likwidacji Głów- nego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Tak twierdzę. Cenzura naginała się do dyrektyw partyj- nych. Raz była zaostrzona, raz bardziej liberalna. Ale wszystko było uzależnione od taktyki władzy, najpierw PPR potem PZPR. Cenzura była prawą ręką propagandy, w kształtowaniu wize- runku partii rządzącej i wszystkich problemów, które przed- stawiano społeczeństwu za pomocą mediów. Słowa pisanego i mówionego. Cenzor dzień pracy zaczynał od lektury „Trybuny Ludu”? Jakby Pan przy tym był. Czytali „Trybunę Ludu”, „Nowe Drogi”, materiały szkoleniowe w biuletynach wewnętrznych. W Warszawie spotykali się naczelnicy delegatur. Ze zjazdów sporządzano protokoły. Rozsyłano je potem po wszystkich urzędach cenzorskich. Cenzorzy byli kastą wybranych? Dostawali, jak aparatczycy PZPR, mieszkania, talony na samochody, kupowali w specjal- nych sklepach za „żółtymi firankami”? Korzystali z tego. Ale przede wszystkim mieli gwarancję bezkarności. Niczym immunitety poselskie? Chce Pan powiedzieć, że jak gliniarz z drogówki zatrzymał cenzora prowadzącego auto po pijaku, to puszczał go wolno? Tak. W latach 70. na jednym ze szkoleń mówiono im, że je- śli będą mieli jakieś kłopoty z władzą, to niech nie tylko pokażą legitymację – co już działało – ale także powinni to zasygnali- zować do władz centrali, które będą interweniować. To było skuteczne. Wykorzystywali to? Jak najbardziej. Wystarczyło wykonać telefon. Nawet jakby cenzor kogoś zamordował? Nie znam takiego przypadku, ale myślę, że i w takiej sytuacji by się wywinął. u - L R P w a r u z n e C | l e b e n K | i k s n a r o T j e ż a ł B Warszawa 1968-03-01. Uniwersytet Warszawski, Pałac Tyszkiewiczów. Zamieszki studenckie tz/soa PAP/Tadeusz Zagoździński
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Knebel. Cenzura w PRL-u
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: