Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00337 005145 12418095 na godz. na dobę w sumie
Kochanek malutki - ebook/pdf
Kochanek malutki - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 184
Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61184-96-6 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy można umrzeć z miłości? Ona umarła. Zraniona, oszukana. Kiedy poinformował ją o swoim odejściu. Wydawało się, że wszystko co istotne już się skończyło. Istnienie straciło sens. Marzenia rozwiały się w nudną jednostajność, a kłamstwo nabrało niecodziennego znaczenia. Pozostał ból rozstania. Pustka. I świadomość, że nic dobrego już się nie przytrafi. A jednak... Życie obfituje przecież w okoliczności trudne do wyjaśnienia. Wszystko może się przydarzyć, na przekór doświadczeniu, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Budząc przestrach i bezradność. Ale i śmiech wywołany komizmem sytuacji. Opowieść 'Kochanek malutki' jest opowieścią o miłości, o zdradzie, o zemście. Zamierzonej, a może wcale nie zamierzonej? W której rzeczywistość zmienia koloryt, pojawiają się elementy magii, a może  tylko przyrodzonej wiedzy, zjawiska nie wyjaśnione prawami fizyki, osobliwości sięgające głębi umysłu i odczuwania. Siły woli? Umiejętności koncentracji? Powstaje stan rzeczy nowy, trudny do wyjaśnienia. Codzienność zamienia się w piekło, nowe sytuacje kreują okoliczności nie do przewidzenia, a zwykłe dotychczas czynności urastają do rangi poważnego problemu. Czy można znaleźć wyjście z kręgu tak niezwykłych wydarzeń? Na to pytanie znajdujemy odpowiedź w kolejnych rozdziałach książki. Niemożliwe staje się możliwe. Bójcie się panowie!

 

Fragment:

Zapomnieć. Wymieść. Z myśli, z szafy, z łazienki, z biurka. Precz! Do wiadra, na śmietnik, do niszczarki, na szmaty. Starą pidżamę pociąć, szczoteczkę do zębów wyrzucić. Przepocony T-shirt podrzeć na drobne, notatki spalić. Spieprzaj, wynocha i nie pokazuj się więcej!  Ponad milion dwieście tysięcy minut bycia razem wykreślić, splunąć, wieko zamknąć i odejść. Ponad dwadzieścia tysięcy godzin wykasować. Ponad osiemset czterdzieści dni wymazać. Ponad sto dwadzieścia tygodni... Byliśmy razem przez ponad sto dwadzieścia tygodni. Czy można zapomnieć sto dwadzieścia tygodni nowo odkrytych barw, nadziei na zaangażowanie trwalsze niż jednorazowy siew? Zaciek na ścianie, plama na podłodze, zapachy. Zapach kurzu, który zbierał się w tapicerce wyściełanych mebli. Zapach porannej miłości. Porywczej i pospiesznej. Myśli i zjawy. I motyle, które czasem przefruwały nad naszymi głowami. Zielone jabłka i różowe pomarańcze. Aromatyczna kawa z dodatkiem orzeźwiającej mięty. Gorzka. Kwaśna. Cierpkie poranki i słodkie wieczory. Miłość, która zawsze budzi niepokój i strach przed utratą. Całkiem słuszny, jak się okazuje. Co robisz? Myślę. O czym? O tobie. I o czym jeszcze? I jeszcze o tobie. O mnie? Tylko o tobie. O tobie. Banały. Dominik, który palcem obrysowywał moje wargi, policzki, nos, czoło. Moje wszystko. Całował. Szczelne pocałunki. Obejmował silnymi ramionami, pieścił. Na skórze czułam lekki dotyk palców, muśnięcia warg, szept niczym podmuch wiatru, kocham, kocham. Jeszcze, jeszcze. Mocniej, mocniej. Potrzeba miłości jedynej i niepowtarzalnej. Erotycznej, duchowej, mieszanej. Tej. Tylko tej. Kwitnącej. Chciałam przecież kwitnąć. O każdej porze dnia i nocy. Jak zakochana wariatka tkałam fantazyjną przyszłość bez zahamowań. Pianissimo w barwie bladego różu, który nie został jeszcze przeniesiony z palety na blejtram. - Należę tylko do ciebie - mówił zgodnie z oczekiwaniami, przynależność, posiadanie, świat budził się do życia. Ramiona przepastne niczym podniebny cyrkiel. Od horyzontu po horyzont. Dominiku! - Jesteś tylko ty. Nikt inny nie istnieje. Słowa, słowa, słowa. Potrzeba słów. Bez słów nie byłoby idei, bez zapewnień nie byłoby pojęcia wierności. Bez pojęcia wierności nie byłoby kłamstwa. I zdrady. Jesteś mój. Czy jesteś mój? Teraz i zawsze? I na wieki wieków? Dominik. Przyspieszone bicie serca, dwóch serc, niecierpliwe pocałunki, krótkie oddechy.  Zachłannie chłonęłam każdy centymetr jego wielkości. Ciało spocone w pracowitym akcie erotycznego zbliżenia. Ziemia, która znowu zakręciła się w koło, zawroty głowy, odchodzenia i powroty. Deja vu.  Czasami w naszym wspólnym trwaniu pojawiały się rysy i uszczerbki. Jeden uszczerbek, dwa, trzy, dziesięć. To nie tak! A jak? Nic nie rozumiesz! To ty nic nie rozumiesz! Przestań! Nie przestanę! Zamilcz! Nie zamilknę! Z wykrzyknikiem, z krzykiem, za dużo basów, dętych blaszanych, huk stuk i słońce, które znikało nagle schowane za ciężkimi chmurami. Jednostki szczęścia umykały przez nieszczelne uczucia. Racje, odmierzane słowami pozbawionymi melodii, padały pustym odgłosem na dno blaszanego kubka. Niczym ziarnka suszonego grochu. Zdaniem oznajmującym. Pyk pyk pyk. Pytający

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

AAUURREELLIIAA EESS KKOOCCHHAANNEEKK MMAALLUUTTKKII © Copyright by Joanna Godlewska e-bookowo 2010 Grafika i projekt okładki: Jędrzej Godlewski ISBN 978-83-61184-96-6 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2010 A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 4 Rozdział 1 Umarłam dwudziestego czwartego grudnia, w dzień wigilii Bożego Narodzenia, dziesięć godzin przed ukazaniem się na niebie pierwszej gwiazdki, która chrześci- janom z obszaru Europy Wschodniej służy jako wskazanie do rozpoczęcia świą- tecznego posiłku. Śmierć przyszła niespodziewanie, była niczym gwałtowny chłód, który ściska serce i kurczy duszę. Do utraty świadomości. Do zawsze. Jak to śmierć. Kto by przypuszczał? Dwudziesty czwarty grudnia był typowym przedświątecznym dniem, który po- wtarzamy cyklicznie, z roku na rok, ze stulecia w stulecie. Radość, oczekiwanie, troska, niepokój. Śnieg. Śnieg trzeszczał pod butami, lekki mróz szczypał policzki, z dachów zwisały so- ple. Lód, kryształ, zimowa dekoracja. Wracałam do domu niosąc świąteczne za- kupy. Zabawki, perfumy, krawat, woda kolońska, słodycze. W plastikowej torbie i w plecaku. Zakupy z ostatniej chwili, jakby kwintesencja spełnienia, słodka kan- dyzowana wisienka na szczycie czekoladowego tortu. Bez pośpiechu. Ludzie szczęśliwi spieszyć się nie muszą. Fortuna jest stanem stałym, i tu i tam, wszę- dzie. Jestem, będę, przyjdę. Teraz i jutro. Na pewno, na wieki. Kocham. Choinkowe iluminacje, krasnoludki w za dużych czapkach, cukierkowe aniołki, pakunki w kolorowym papierze. Kup, popatrz, oceń, podaruj! Na jedną staty- styczną osobę przypada dziesięć zakupionych prezentów. Jedna statystyczna osoba wydaje na świąteczne podarunki od 200 do 500 złotych. Prawie wszystkie statystyczne osoby obchodzą Święta Bożego Narodzenia godnie, tradycyjnie i w pocie czoła. Jak ja. Tak jak ja! Właśnie jak ja! Wszystkiego najlepszego! Co kilka metrów przytupywał na ulicy świąteczny Mikołaj, skrywała go broda biała i puchata, nie wiadomo, młody czy stary, trzeźwy czy podpity, wesoły czy www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 5 smutny. Dzwoniły dzwoneczki. Ludzie tłoczyli się w sklepach, słuchali dźwięków popularnych kolęd. Uśmiechały się sprzedawczynie, poproszę jeden kawowy li- kier, jedno czerwone wytrawne i ruski szampan. Dziękuję. Uśmiechali się pijacy, żebracy, mieszczanie, gospodynie domowe, zacni mężowie. Wesołych Świąt! Pija- nych Świąt! I oby nam się! Wszyscy będziemy świętować wesołych świąt. Czy to nie wspaniałe? Wspaniałe, wspaniałe, życie jest wspaniałe, nuciłam pod nosem, uśmiechałam się do przechodniów. Do wigilijnej kolacji zostało niewiele godzin, siostra nakryje stół białym obrusem, położy świąteczny opłatek, złożymy sobie życzenia. Szczę- ścia, zdrowia i że będziesz przy mnie. Bo będziesz przy mnie, prawda? Prawda. Jajka w majonezie, karp w galarecie, śledzie w śmietanie. Sałatka jarzynowa. Czerwony barszcz, albo zupa grzybowa, do wyboru, do koloru, do przesytu, do ziół przeciw niestrawności. To on? Tak, to on. A któż by! Nareszcie. Na deser zjemy wielkie kawały makowego tortu, owocową galaretkę, keks i marcepanowe ciasteczka. Wszystko popijemy dużą ilością wina. Wódki, konia- ku, likieru, co kto woli. Jak zwykle. Po kolacji zbierzemy się wokół kominka, po- słuchamy muzyki... Przystojny, powie w sekrecie matka, albo szwagier. Albo sio- strzeńcy. Pewnie, że przystojny. Ten wybrany. Zakochany. Zakochana. Głupia? Skręciłam w „moją” uliczkę, odetchnęłam głęboko. Lodowate powietrze wypełni- ło płuca. W domu mojej siostry będzie ciepło i przytulnie. Kolorowe światełka na choince będą mrugać, tak, tak, tak, proszę się częstować, figi, orzechy, daktyle, suszone jabłka i śliwki. Podarunki. Szelest papieru. Cisza... W mojej uliczce panowała cisza. Nagła. Nieoczekiwana. Wywołała dreszcz. Zdziwienia. Bo oto świąteczny rozgardiasz zniknął, zamilkł, jakby go nigdy nie było. Przej- mujący chłód uciszył radość. Dlaczego? Stukot moich butów słychać było w ru- chliwym echu, które odbijało się od kamieni mijanych domów. Stuk, stuk, stuk, szłam coraz szybciej po popękanym chodniku. Myśli o wieczorze u siostry zblakły, rozwiały się, czyżby nieprawdziwe? Umykałam przed wiatrem, który jęczał roz- dzierająco, poganiał mnie przed sobą, prędzej, prędzej. Prędzej. Na głowę nacią- www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 6 gnęłam kaptur kurtki, wolną rękę wcisnęłam do kieszeni. Czułam niepokój. Nie- określony i sztywny. Dlaczego? Co się stało? Kiedy zmienił się nastrój? Gdzie po- dział się wesoły harmider, krzykliwe zabieganie, zdążyć, zdążyć przed pierwszą gwiazdką, otworzyć drzwi kuzynom, nareszcie, nareszcie, prosimy? Jeszcze przed chwilą wszystko błyszczało optymizmem, jakoś to będzie, wszystko się ułoży, ży- cie to koronkowa robota, materia ażurowa, weneckie, rosellino, burano, czy bra- banckie. A teraz... Nici się splątały. I kto je rozsupła? Dom, w którym mieszkam, stoi na końcu ulicy, naprzeciwko parku. Park Nad- rzeczny, kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych przestrzeni, w lecie zielonej, w zimie białej, na jesieni wielokolorowej, poprzecinanej żwirowatymi alejkami. Ławeczki, fontanny, świeże powietrze, azyl dla zakochanych, dla leciwych i dla matek z dziećmi. Azyl dla mnie. Dla mnie też. Mój azyl. Moja kamienica jest trzy- piętrowa, przysadzista, ma zaokrąglone kanty, ozdobne balkony i płynność linii. Secesja. A jednak na renowację elewacji pieniędzy brak, sponsorów brak, urzęd- niczego zainteresowania zabytkiem też nie ma. Zostaje patchwork rudych cegieł, które przypatrują się światu ciekawie zza odłupanego miejscami tynku, drewnia- ne framugi starych okien, popękana farba. Niedofinansowana część miasta, czyn- sze za to znośne, a do nowoczesnych apartamentowców daleko. Mój dom. Dwudziestego czwartego grudnia o godzinie około jedenastej przed południem otworzyłam frontowe drzwi mojego domu, które zaskrzypiały niemiłosiernie, me- talowych zawiasów nikt przecież od dawna nie naoliwił. Powitał mnie chłód ka- miennej posadzki, która lepszych czasów niemym była świadkiem. Poszłam po schodach na górę. Powoli. Przyglądałam się zaciekom wilgoci na ścianach, czyż- bym widziała je po raz pierwszy? Opierałam się o balustradę, której falista linia zazwyczaj nadawała wnętrzu niezwykłą lekkość, ale tamtego dnia kojarzyła się z zygzakowatym śladem gada. Brzydota. Stęchlizna. Pustka. Czy to mój dom? Bez- pieczny? Wytchnienie? I spokój? Nieszczelne okna jęczały niepokojąco. Coś było nie tak. I kiedy się zmieniło? To coś? www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 7 Oprócz zawodzenia okien z wnętrza domu nie dobywał się żaden inny dźwięk. Stała cisza. Jej nadmiar kojarzył się z bezruchem, stop klatka, zatrzymany na zawsze moment zatrwożenia. Boże! Co było nie tak? Obcość. Duszność. Zagrożenie. Dusza ciążyła niczym zmoknięty płaszcz, kapały z niej krople roztajałej wody. Przeczucie. Obawa. Bezradność. Strach? W rękach trzymałam siatkę wypełnioną ciężarem uzbieranych przez całe życie kamieni. Kamieni. Twardych, za dużych, ostrych. Trudno jest po nich chodzić, ranią stopy, kaleczą uczucia. Ciężkie nogi podnosiłam do góry. Stopień za stopniem. Zgrzyt za zgrzytem. Pokonując lęk? Nie. Nawet nie starałam się pokonać lęku. Byłam zmęczona. Stara. Przymknęłam powieki. Czułam upływ lat. Jakby minęło tysiąc zim. Czarnych i mroźnych. Ty- siące doświadczeń. Jednak coś było nie tak. Kosmaty pająk przysiadł nieruchomo w górnym rogu drzwi na pierwszym pię- trze, złowrogi drapieżca, świadek. Świadek, czego? Czarnych usiłowań, zmarno- wanych szans, tajemnicy z samego dna głębokiej studni? Podeszłam do mieszka- nia oznaczonego numerem czwartym. Drugie piętro, prawy korytarz. To numer mojego schronienia, zagwarantowany testamentem przodków, którzy spędzili w tym miejscu szereg szczęśliwych lat. Otworzyłam drzwi. Zwolnione ruchy... Zwol- nione ruchy pozostawiają czas do namysłu, odejdź, nie wchodź, zapomnij, prze- stań. Weszłam. Jednak weszłam. Do środka. I od razu wiedziałam, że jest inaczej niż zwykle. Coś się zmieniło. Tak. Coś się zmieniło. Przestrzeń trzypokojowego mieszkania była inna. Inna niż zwykle. Inna niż dwie godziny przedtem. Martwa? Przerażona? Cisza śmierdziała przerażeniem. Życie, które trwało tu tyle czasu, ulotniło się gdzieś niepostrzeżenie, może przez szpary w oknach, może przez dziurki od klu- cza, może przez pory murów. Pustka. Wiedziałam, że nikogo nie ma ani w kuchni, ani w pokojach, ani w łazience, nigdzie, nigdzie. Wiedziałam, że jestem sama. Samotna. Bezbronna. Ja. Wiedzia- www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 8 łam. Mieszkanie było puste. O Boże! Mieszkanie było puste. Puste nie pięciomi- nutowym przyrzeczeniem powrotu zaraz wracam. Mieszkanie było puste praw- dziwie. Pusty był każdy centymetr myśli i oczekiwań. Pusto było wszędzie. Puste było wszystko. Bo jakżeby inaczej? Co można robić w pustym mieszkaniu, z którego wyparowała radość i opty- mizm? Stać na baczność? Płakać? Milczeć? Milczałam. Ależ milczałam! Jakby zabrakło na świecie słów. Jakby słowa nie zostały jesz- cze stworzone. Rezygnacja. Bezruch. Rozumienie ciężkie jak wilgotna kłoda drewna, która przygniata umysł, czucie i pragnienia. Przecież wiedziałam. Nie! Tak. Przecież wiedziałam. Nieszczęsne biurko... Biurko, które babka zostawiła w spadku, masywne, dębowe, stare. Narzędzie twórczej, spokojnej pracy. Lśnienie wytartego potem dłoni blatu. Podkładka szyb- kiej miłości. Rano. Popołudniu. Moje biurko. Biurko... Na biurku, oparta o szklaną lampę, dobrze widoczna, stała biała koperta. Bez adresata. Bez nadawcy. Bez niedopowiedzeń. Wiadomo. Wiedziałam... W środku był list. Wiedziałam, że w środku był list. Takie rzeczy się przeczuwa, śni, zgaduje. Przed takimi rzeczami broni się świadomość, półświadomość, ćwierć świadomość, rozsądek i moc przewidywania. Przewidziałam? Zadrżałam? Prze- czułam? Biała koperta z listem w środku pozostawiona na widocznym miejscu nigdy nie wróży niczego dobrego. Nie podchodź, nie otwieraj, żyj w ułudzie, wyrzuć. Podeszłam powoli. Droga od drzwi do biurka wydawała się trwać w nieskończoność, ciągnąć się ki- lometrami niezmierzonej przestrzeni. W zwolnionym tempie, w fałszywej rzeczywi- stości. Nie dotykaj, udawaj, odwróć się, zamknij oczy. Otworzyłam oczy. www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 9 Otworzyłam oczy, nic już nie miało znaczenia. Można było jedynie wejść do głę- bokiej wody, po kolana, po pas, po szyję, po wieczność. Nie otwieraj! Nie otwieraj! Nie otwieraj! Dramaturgia sekwencji zdarzeń kazała otworzyć kopertę, wyjąć zgiętą kartkę papieru, rozłożyć... Nie czytaj! Palce trochę nieposłuszne, spojrzenie nieco rozbiegane. Wiadomość napisana ręcznie. Zielonym tuszem. W dobie pospiesznych internetowych maili i elektro- nicznych esemesów, wyznanie napisane było ręcznie. Banalne. Pospolite. Przeczytałam. Po co? Przeczytałam. Wybacz. Muszę odejść. Ona jest w ciąży. Ktoś napisał. Kto? Kto to napisał? Kto to napisał!? Do cholery! * Resztka życia. Wątła niczym płomyk świecy pozostawiony w przeciągu. Ucisk ciężkiej ziemi, która przykrywa przeszłość. Twarz zamienia się w kamień, szary, przydrożny, bez uśmiechu. Kamienie przecież się nie uśmiechają. Czas przelatuje niby świst wiatru, od niechcenia. Nie ma nic. Nic? Nic nie ma. Puch dmuchawców odleciał w nieznane jutro. Pozostaje czerń. Przepaść. I ostatni błysk świadomo- ści. Zwykłe odejście. Typowe rozstanie. Nic wielkiego. Po prostu śmierć. Sprytnie schowana w kilku zdaniach pospolitej informacji. Siedem wyrazów, trzy kropki. Po prostu śmierć. www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 10 Rozdział 2 Czy cierpienie może przeistoczyć się w dźwięk? Albo odbić się echem od kłam- stwa? Zwielokrotnieć? Napęcznieć? Przeistoczyć w chłód samotności? Zawisnąć w pustce? Nie wiem. Nie pamiętam. Umarli nie wiedzą i nie pamiętają. A ja byłam przecież martwa, nieżywa, niepomna, niewłaściwa. Strzępek. Bez osobowości. Jednak płakałam. Łzy obficie płynęły po policzkach. Krople łez w kształcie łez. Duże krople. Twardniały, krzepły i z brzdękiem spadały na podłogę. Pac, pac, pac. Kryształki smutku. Koraliki nieszczęścia. Niezbity dowód istnienia niewypowiedzianej rozpaczy. Podłoga lśniła od usianego na niej blasku niczym kraina srebrzącej się boleści. Jak to możliwe? Kurczące się ciało, zlodowaciałe uczucia, odejście bezkształtnego kochanka. Nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia, bo jeśli stracił kształt, to przecież musiał odejść? Resztki myśli uciekały pospiesznie, nadchodziła nicość, zgnilizna. Umierałam. Umierałam. Gdy nie przesuwa się cień twój obok mego cienia. Wtedy umieram. Zapominam życie. Skrycie co roku. Statystyki podają, że z powodu miłosnego zawodu, około czte- rech tysięcy osób odbiera sobie życie. Liczba ta podzielona jest nierówno między mężczyzn i kobiety w stosunku jeden do trzech. Do zamachów samobójczych do- chodzi najczęściej w domach, w parkach i w lasach. W okresie od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Najczęstszymi sposobami odebrania sobie życia jest: otrucie gazem, zażycie trucizny, upadek z wysokości, utonięcie, powieszenie. I inne. Mój przypadek okazał się być typowy, jeśli chodzi o miejsce, ale nietypowy, jeśli cho- dzi o sposób i o czas. Znalazłam się w kategorii – inne. Powodem mojej śmierci był żal i tęsknota. W wigilię Bożego Narodzenia. Ale wstyd! www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 11 Umierałam czas jakiś. Mogły to być nieokreślone, śmiertelne dni. Godziny. Mo- gły to być lata w nicości, albo wieki bezmyślne, bez snów i bez marzeń. Umieranie dopadło mojego ciała, duszy i umysłu. Ciało zwiędło. Spóźniony jesienny kwiat, pożółkłe listki, pochylona łodyga. Ku upadkowi. Zbrzydło. Zwiotczało. Dusza uciekła przerażona. Umysł zamilkł. Kruche życie, które łatwo stracić, zranić, przechytrzyć. Gdzie było? Umierałam w nieświadomym bezwładzie i w cielesnym poniżeniu. W ciszy uwię- zionych myśli, których przecież nie ma. Umierałam na koszt sąsiadki z góry i sąsiada z parteru. Umierałam pod czuj- nym okiem życzliwych ludzi, którzy nie pozwolili mi umrzeć. Jednak. Sąsiadka z góry wkroczyła do akcji, kiedy zobaczyła otwarte na oścież drzwi do mojego mieszkania, kiedy wyczuła pustkę czającą się w przestrzeni mojej prze- strzeni i kiedy zobaczyła moje bez znaczenia zwłoki na podłodze saloniku, wśród migotania lśniących kamieni/kryształów/łez. Nawykła do sprzątania, wzięła po- rządki w doświadczone ręce, cudem dźwigni silnych ramion umieściła moje tru- chło na tapczanie, pod martwą głowę podłożyła poduszkę, a na czoło położyła zimny kompres. Nie zawiadomiła lekarza. A co on by tam poradził! Takoż zimny kompres by zalecił i łapę by wyciągał, że wyciągał. Łapę po zapłatę, a po cóż by! Takie one są te doktory. Takie one są. Litościwa. Zdroworozsądkowa. Sąsiadka zaopiekowała się więc moją skromną osobą. Przykryła mnie wełnia- nym kocem, w nadgarstki i w skronie wtarła ocet. Co by się rozgrzały. Co by krew pobudzić. W pokoju śmierdziało ostro i kojarzyło się z produkcją marynat. Do- brze, że będąc martwa, nie czułam tego zapachu zapobiegliwej garmażerii. Łzy, które rozsiałam na znacznej części podłogi, zostały przez moją sąsiadkę zmiecione w jeden pokaźny pagórek lśnienia, a następnie upchane w reklamówki po zaku- pach i ustawione grzecznie obok biurka przy oknie. Tyli tego, tyli tego. I takie iskrzące paciorki, że aż wesoło się robi, aż wesoło. Moje wesoło kojarzone łzy. Po sprzątnięciu i uporządkowaniu ciała, po zapakowaniu połyskliwych paciorków, sąsiadka zabrała się do robienia porządków ogólnych. Zamiotła i umyła podłogę, wyczyściła łazienkę, odkurzyła meble, opróżniła kosz z podartych próbek poże- gnalnych listów mojego byłego kochanka, wyrzuciła śmieci, umyła garnki, wyczy- www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 12 ściła kuchnię i zaczęła przygotowywać rosół dla umarlaka. Sąsiadka nie mówiła zresztą o mnie jako o martwej, prawie martwej, czy nie całkiem żywej. Nazywała mnie chorą. Rosół dla chorych. Rosół dla chorych to podstawa ozdrowienia. Prawdziwy rosół powinien być ugotowany na kurze i na wołowinie, oka muszą w nim pływać, że aż pływać, włoszczyzna nie może być rozgotowana, a zapach niech się roznosi po wszystkich piętrach, po parterze, wszędzie. Niech wiedzą. Niech wszyscy wiedzą, że tu się gotuje smacznie i zdrowo. Zdaje się, że właśnie wtedy, kiedy rosół był już gotowy, przyszedł sąsiad spod dwójki, co tu się dzieje u są- siadki, co tu się dzieje, wypadek jakiś, z przepracowania, z nieuwagi, z niedoży- wienia? Ach, ach! Sąsiad szybko postanowił służyć pomocą i już za chwilę sie- dział wygodnie przy stole i ze smakiem zajadał tłusty rosół z cienkim makaronem. Skąd ten makaron? Posypany pachnącym suszonym koperkiem. Ziarnka pieprzu, angielskiego ziela, szczypta soli. Nie za słone, aby? Aby nie za słone? Dolać jesz- cze? – A pewnie, że dolać, pewnie, że dolać, rosół to samo zdrowie, jak tylko nasza dziewczyna się ocknie, zaraz skosztuje kapeczkę, zaraz jej się lepiej zrobi – odpo- wiedział sąsiad spod dwójki i łyknął aromatycznego wywaru. – Patrzaj pan! Już ma trochę kolorów na polikach. Zaróżowiona lekko, leżałam martwa jeszcze na samotnym posłaniu. Nieżywa, nieczuła, wyjałowiona. Oprócz dalekiego dźwięku pracujących łyżek, które uderzały o dno talerzy do zupy, niczego nie słyszałam. Niczego nie widziałam. Niczego nie czułam. Troska. A jednak troska okazana mi przez sąsiadkę z góry i sąsiada z parteru okazała się być bardziej potężna niż śmiercionośna pustka. Uparta troska rozmieniła śmierć na drobne, wymiotła niepotrzebne odpadki na szufelkę, do wiadra, na śmietnik. Aby dalej. Lecznicza troska zdezynfekowała czucie. Krew znowu zaczęła krążyć w wyschniętych arteriach, pojawiło się mrowienie w palcach u rąk, w palcach u nóg. Ciemność odsuwała się niechętnie. Kropelki jasności pojawiły się to tu, to tam. Nieśmiało. Dźwięki. Strzępy myśli. Życie wróciło? Zdawało się, że wróciło życie. Niemrawe i niezbyt oczekiwane. Poszarpane. Byle jakie. Radość, www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 13 smutek, przerażenie? Jeszcze nie wszystko się skończyło? – A teraz napije się pani rosołku, wszystko będzie dobrze, siły powrócą – łagodny głos sąsiadki z góry sączył się niczym dym z kadzidła, otumaniał, otaczał, brał w posiadanie. – A ja zrobię herbatkę. Z cytryną. I z cukrem. Dla pokrzepienia – mówił sąsiad, nalewał wodę do czajnika, do szklanki wkładał torebkę czarnej herbaty. Skąd ten cukier? Przecież nie używam cukru? Ruchy spowolnione, dźwięki jakby zza mgły. Głosy, które działały jak narkotyk. Dowodziły, że nie byłam obojętna, że znaczyłam coś jeszcze, że musiałam być, że chciałam być. Za oknem padał śnieg. Białe płatki wirowały w tańcu, raz dwa trzy, raz dwa trzy, w górę, w dół, skoczne podrygi. Osiadały na okiennym parapecie w puchatej pierzynie. Jak to w zimie. – Smakuje? Chyba tak. Chyba smakuje, zresztą trudno powiedzieć. – Lepiej pani? Chyba lepiej. Lepiej się czuję. W skali jeden do dziesięciu samopoczucie na cztery punkty. Cztery punkty życia. To dużo? – Ile łyżeczek cukru? Jedna? Dwie? Trzy? Bo chyba nie cztery? – Proszę unieść głowę. Podłożę poduszki. Głupia. Kaleka. Kwaśna i niedojrzała. Bez perspektyw, bez marzeń, bez planów na wieczór, bez chęci. I głodna jak wilk. Proces umierania zakończył się fiaskiem. Czy mi się to podobało, czy nie, byłam żywa, boleśnie żywa i chora z niedowierzania, że można upaść tak nisko. Umrzeć z miłości! – Spierdalaj, kutasie! Spierdalaj z mojego życia – zawołałam z głębi swojej boleści, bezsilna i poraniona. Głos uwiązł w gardle. Przemienił się w niegroźny szept. Uleciał. Jakby go nigdy nie było? www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 14 Rozdział 3 Tamtą wigilię spędziłam z rodziną. Claude przyjechał wieczorem, poszeptał z sąsiadką z góry, która poinformowała go na temat mojej fizycznej i psychicznej kondycji i jej przyczyn, a następnie pomógł mi wstać z łóżka, no choć, no choć, przeceż ne zostanjesz tu sama. Łamaną polszczyzną. Jak to cudzoziemiec. Pomógł pozbierać i zapakować kilka niezbędnych przedmiotów codziennego użytku, szczoteczka do zębów, szlafrok, pidżama, kilka kosmetyków, po co masz whacać tutaj, przesypiasz się u nasz, u nasz się przesypiasz. A następnie pomógł mi zejść na dół i wsiąść do samochodu. Czułam się jak zniszczona, nikomu niepotrzebna lalka. Bezbronna i bezsilna. Wyrzucona poza nawias życia, rozumienia, miłości. No cóż... Przecież dopiero co powstałam z martwych. Okoliczność, która na pew- no usprawiedliwia bierność zachowania. Smutek. I rozkojarzenie. Dom mojej siostry przystrojony był uroczyście. Jak zwykle. Wysoka choinka w salonie, drżenie, migotanie, coroczna tajemnica. Paczki owinięte w kolorowy pa- pier położone pod rozłożystymi gałęziami. Działanie na wyobraźnię. Pośrodku ja- dalni znajdował się ogromny stół, stolarskie dzieło Claude a, trzy metry długi, pół- tora metra szeroki. Grube nogi w kształcie kielicha podtrzymywały solidny dębo- wy blat. Claude pracował nad nim kilka tygodni, co prawda nie spieszył się zbyt- nio, bo co nagla to po diabla, jak mówią Francuzi na obczyźnie, ale efekt był im- ponujący. Obietnica sytych wieczorów, życzliwych rozmów o zmierzchu, wesołych kolacji. Ciche pomruki po rozleniwiających posiłkach. Stół. Symbol szczęśliwej rodziny. Miejsce codziennych spotkań. Serce domu. Dwudziestego czwartego grudnia stół nakryty był do wigilijnej kolacji białym obrusem. Jak co roku. Pośrodku stał kryształowy wazon z liliowym bzem. Bez nie pachniał. Pachniały za to świece w srebrnych świecznikach, róże, cynamon, la- wenda. Co kto lubi. Przy każdym nakryciu leżały posrebrzane sztućce, stały głę- bokie kielichy i rżnięte szklanki. Porcelana ze złotymi ornamentami, lśniąca, www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 15 piękna. Pełne karafki. Staromodna i wartościowa kolekcja naczyń, w których lu- buje się moja siostra. Porcelana z Drezna, Miśni, Korca. Wyszukane w katalogach filiżanki, talerze, sosjerki. Wyszperane na starzyznach cukiernice, dzbanki, tace i bomboniery. Do użytku? Używasz takich naczyń na co dzień? Dziwią się goście. Używam. Nie na co dzień, ale używam. Dlaczego nie? Odpowiada siostra. Wartość przedmiotu tym jest większa im lepiej służy. Mieszkańcom domu. Jej domu. A poza tym, nic się jeszcze nie stłukło. Oczywiście, kupione na aukcjach Rosen- thale stoją dumnie za szklanymi drzwiczkami serwantek i kredensów. Bez prze- sady. Na półmiskach ułożono różności. Zgodnie z tradycją. I zgodnie ze statystykami, które szacują, że w okresach wielkich świąt, spożycie artykułów żywnościowych wzrasta o kilkadziesiąt procent. Nikt przecież wtedy o zdrową dietę nie dba, nikt nadmiarem spożywanego tłuszczu i węglowodanów się nie przejmuje. Tysiące ka- lorii. Trzy centymetry tu, dwa tam, popuszczone dziurki w paskach. A także kar- pie w galarecie i po żydowsku, z natką pietruszki, z cytryną, z chrzanowym so- sem. Przepisy ciotki, kuzynki, własne. Przeciążone żołądki, rozpięte suwaki. Pro- szę, proszę, częstujcie się kochani. Lekarstwa na trawienie. Barszczyk czerwony z pasztecikami, albo zupa grzybowa. Lekarstwa na wątrobę. Długie pasmo delika- tesów i łakomstwa ponad miarę. Rodzinnie. Samotnie. Byle jak. – A ten twój? Jak mu tam? Mieliście przyjść razem, prawda? Stało się coś? – zapytała siostra. Spojrzała w moją przezroczystą jak woda twarz, w której odbijał się smutek, żal, bezradność i niechęć do życia. Mieliśmy przyjść razem, ten bezi- mienny „jak mu tam”, mężczyzna, kochanek, na zawsze, na zapowiedzi. Płonne nadzieje w kanarkowym kolorze. W takim nikomu nie jest do twarzy. – O! A to mój nowy phaca – Claude wskazał zabytkowy szezlong, który zdobił przeciwległą ścianę pokoju, szezlong do złudzenia przypominał ten, na którym wylegiwała się niegdyś pani Recamier, ciemnoczerwony mahoń, połyskująca głę- bia wypolerowanego drewna, delikatna płynność kształtu. Elegancja. Mój szwa- gier jest przecież zdolnym i wziętym stolarzem. Wirtuozem stylizacji. Artystą od renowacji starych, antycznych mebli, które sprowadza regularnie z Francji, Belgii, Holandii. Dąb, sosna, modrzew, wiśnia, orzech. Brąz, ciemny brąz, szarość, złoto, www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 16 biel. Empirowe zegary, biedermeierowskie szafy, kanapy, barokowe fotele. Egip- skie motywy i pyzate aniołki na lwich łapach. Piękne. Piękne. Meblarskie wyrafi- nowanie i szalona rozpusta. Branżowy brak umiaru. Na zdrowie, na zawsze, na apetyt na życie! Szalony Claude. – No co! Stało się coś? – Nie... nic sze nie stało. – Przecież widzę. Stało się coś? – Iwon, Iwon, nic sze nie stało. – Ciebie nie pytam. – Ale ja odpowiaduję. – Odpowiadam. Mówi się odpowiadam. – Tak tak. Ja odpowiaduję. Francuz, drogą lingwistycznych potknięć, wyrobił sobie w domu siostry pozycję żartownisia i niepoprawnego optymisty. Uczył się języka wytrwale, ale ciągle po- pełniał ogromną ilość błędów. Jakmi dźie?, pytał z ufnością i zaraz dodawał: Nie jest tego złego, nie jest tego złego. I śmiał się do rozpuku. Tym razem jednak nikomu nie było do śmiechu. – Pytam raz jeszcze. Czy ktoś raczy mnie poinformować, dlaczego Zuzanna przyszła sama na wigilijną kolację? Chociaż miała przyjść z... jak mu tam... I czy coś się stało? – Dominik. Ma na imię Dominik. – Właśnie. Czy przyjdzie ten tam Dominik? Stało się coś? – Nic się nie stało. Dominik nie mógł przyjść – odpowiedziałam, westchnęłam, uśmiechnęłam się. Proszę. – Piękna mebel. Sprzedam go jedna pani, która już ma kilka meblów empihe – kontynuował Claude, spoglądał znacząco, wzrokiem nakazywał żonie milczenie. – Jak to nie mógł przyjść? – siostra nie dawała za wygraną. – Jak to nie mógł przyjść? Jak można nie przyjść na proszoną kolację! – Uhocza mebel. Uhocza. I dhoga. Bahdzo dhoga – Claude podszedł do szezlon- ga, pogłaskał polakierowaną powierzchnię. Gładka. Subtelna. Pieszczota. – Dominik nie mógł przyjść dzisiaj. www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 17 – Na święta? Nie mógł przyjść na wigilię? Przecież mieliśmy go poznać. I co teraz powie matka? – Iwon! – jęknął Claude. – Co Iwon? Co Iwon, do cholery! Źle mówię? Mieliśmy go poznać. Wreszcie. I co teraz? – Dobrze mówisz. Nie krzycz. – Ja krzyczę? Przecież nie krzyczę. Dziwię się tylko jak można olać taką okazję. No, chyba że jest obłożnie chory? – Empihe z dziewięć setek wieku. Cesahstwo napoleonskje. Fohma i ozdoba stahożytne. Czy to nie piękna? – Claude! Przestań! – A co ja hobię? – Przeszkadzasz! – Ja? Pszephaszam bahdzo. – Czy ktoś mi coś wyjaśni? Jest obłożnie chory? W szpitalu? W wariatkowie? W kostnicy? Miał wypadek? Ten... jak mu tam... Dominik. – Iwonko... – No! Mów wreszcie. Jak można być zaproszonym na pierwsze potkanie i tak sobie po prostu nie przyjść. Trzeba być nieokrzesanym gburem, żeby tak postą- pić. – Iwonko... – Co Iwonko! Nawet nie zadzwonił, żeby przeprosić! – Dominik właśnie mnie rzucił. Właśnie mnie rzucił. – Że co? – Właśnie mnie rzucił. Wyartykułowałam prawdę gorzką jak piołun. Wzrost współczynnika rozstań. Prawda, która przyczyniła się do wzrostu współczynnika rozstań par heterosek- sualnych, powód: zdrada lub stały związek z inną osobą. Grupa powyżej dwu- dziestu pięciu procent. Moja grupa. – Nie chcę o tym mówić – dodałam. – Pieprzyć Dominika! www.e-bookowo.pl A u r e l i a E s : Kochanek malutki | 18 Trzeba było pieprzyć, wykopsać, wyrżnąć, wyrzucić ze świstem, z chrzęstem, na złamanie karku, na zbity pysk, dać w mordę! Niestety. Niestety, za późno. Domi- nik odszedł sam. Umknął. Tchórzliwie. Na palcach. Z brudnym paluchem na ustach. Cicho, cicho. Już mnie tu nie ma. Już mnie tu nie ma. Już nie. – Och, moja kochana – siostra przytuliła mnie do siebie. Po prostu. Pod powie- kami poczułam łzy, które spłynęły po policzkach, rozmazały makijaż, pozostawiły ślady w grubej warstwie pudru. – Och, moja kochana. Wtuliłam głowę w jej ramiona. Trzymałyśmy się za ręce. Od dzieciństwa. Zna- czące sekrety, przyrzeknij, że nigdy nikomu, porozumienie bez słów. Aż do teraz. A jednak temat został poruszony raz jeszcze, późnym wieczorem. Za oknem pa- dał obfity śnieg, w otwartym kamiennym kominku trzeszczały palące się szczapy drewna, karmazynowe płomienie przyciągały wzrok, szeptem, baśniowo, bez koń- ca. Matka siedziała naprzeciw mnie. Wytworna, jak zwykle. Ubrana w czarny je- dwabny kostium, satynową bluzkę z koronkowym żabotem, w którym połyskiwała złota szpila. Delikatny zapach egzotycznych perfum. Stara zniszczona twarz z pajęczyną zmarszczek, ewidentny dowód przeżyć, doświadczeń, trosk. Miłości i nadziei. Czarne włosy ze srebrnymi pasemkami przemijania ujęte były w cie- niutką siateczkę, która mieniła się szlachetnym blaskiem brylantowych drobin. Życie, życie, głębokie nurty, gwałtowne zakręty. I oczy. Bystre. Orzechowe i błysz- czące. Poza wątpliwości, poza tajemnice, poza tu i teraz. Piękne. Prosta szczupła sylwetka. Moja matka. – Wyraz na pe. Grałyśmy w Scrubble a, którego moi siostrzeńcy dostali pod choinkę. Populary- zacja, popychać, popyt, poradnik, portki. Próżny, popaprany, paskudnik, potwór, drań. – Drań nie jest na pe. – Matka zwróciła uwagę. – Choć oczywiście drani nie brakuje na świecie. Jakbym nie wiedziała. – Wyraz na em. www.e-bookowo.pl O autorce Aurelia Es – absolwentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim, autorka miniatur lite- rackich, opowiadań, wierszy, tekstów piosenek. Lau- reatka kilku konkursów literackich, tłumaczka opery – burleski Smok z Wantley – J.F. Lampe. Więcej informacji na literackiej stronie autorskiej: www.aureliaes.pl Kochanek malutki jest jej książkowym debiutem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kochanek malutki
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: