Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
02185 045546 15676122 na godz. na dobę w sumie
Kolej retro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach - ebook/pdf
Kolej retro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 291
Wydawca: My Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7564-331-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Z upływem lat zainteresowanie koleją, zwłaszcza tą dawną, stale rośnie. Jest wydawanych kilka czasopism kolejowych, natomiast nie ma w współczesnej literaturze polskiej żadnej książki. 'Kolej retro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach' uzupełnia tę lukę.
Przedstawione w zbiorze opowiadania obejmują lata od początku trzydziestych do końca siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Czasem nawiązują do wspomnień minionych lat, w tym do koszmarnej okupacji hitlerowskiej i grożących w tym czasie kolejarzom niebezpieczeństw. Bohaterowie zdarzeń uwikłani są czasami w smutne, innym razem zabawne historie, w większości pełne niespodzianek.
Opisane zdarzenia, chociaż czasem wydają się nieprawdopodobne, w zasadzie są prawdziwe. Jedynie niektóre okoliczności ich zaistnienia są tylko prawdopodobne. W wielu przypadkach nieznacznie zmieniono nazwiska opisywanych bohaterów, głównie tych, którzy by sobie tymi historiami sławy nie przysporzyli.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Alfred, zmęczony całodzienną pracą, wracał wieczorem do wy- najętego niedawno pokoju. Ledwo powłóczył nogami, idąc na pię- tro słabo oświetlonymi schodami, skrzypiącymi w takt jego cięż- kich kroków. Każdy stopień wydawał się ciągnąć stopy do ziemi. Wyjątkowo dużo dzisiaj się uchodził, ba, a nawet biegał. Ekspe- dycja kolejowa, w której pracuje, ma dużo przesyłek wagonowych i drobnicowych, więc musi wielu klientów awizować o przybyłych przesyłkach. Odbiorcy są nie tylko na terenie miasta, ale i w po- bliskich wioskach, gdzie w większości trzeba udawać się piechotą. Różne są to przesyłki. Jedne całowagonowe dla fabryk, z rozma- itymi odlewami, częściami do maszyn, deskami, surowcami do pro- dukcji, inne dla wielu odbiorców prywatnych, budów państwowych i indywidualnych. Nieraz trzeba udać się na wioskę piechotą pięć do siedmiu kilometrów, aby powiadomić gospodarza, że ma wa- 29 gon żwiru czy cementu, ale to się opłacało. Często coś kapnie do kieszeni, albo się dostanie w naturze w postaci sera, masła, jajek, względnie owoców. Przy odrobinie szczęścia nawet kiełbasę, ka- szankę lub salceson. Gdyby miał rower, to by się tak nie męczył, ale na ekspedycji rowery mają tylko starzy kolejarze, a on, młody, musi chodzić piechotą. Przecież jest to dopiero trzy lata po wojnie, a zarobki na kolei marne. – Nie było to jak przed wojną – rozmarzył się. – Kolejarz to był pan, dobrze zarabiał, natomiast teraz to jest dziad. Wujek będąc wtedy maszynistą, to dom sobie wystawił i wprowadził się do gotowego w lipcu, a we wrześniu wybuchła wojna. Żeby nie ta przeklęta druga wojna światowa, to bym teraz dobrze zarabiał i może miałbym już jakieś stanowisko na kolei, chociażby kasjera biletowego – rozmarzył się Alfred. Zaraz po przejściu frontu pracował tylko za kawałek chleba, ponieważ nie było czym płacić. Teraz oszczędza pieniądze na waż- niejsze rzeczy niż rower, bo ma zamiar się żenić. Zatopiony w rozmyślaniach wyszedł na piętro i kluczem otwarł drzwi. W przedpokoju czekała na niego wynajmująca mu pokój właścicielka mieszkania. – Jest list do pana – powiedziała łagodnie, podając kopertę. – Oo! Dziękuję! – krzyknął uradowany i niemal wyrwał go z rę- ki kobiety. Zaskoczona taką reakcją gospodyni, najpierw przestra- szyła się jego zachowaniem, lecz po chwili, zrobiwszy uśmiechniętą pobłażliwie minę, weszła do swego mieszkania. Alfred w jednym momencie zapomniał o zmęczeniu, bo myślał tylko o jednym, aby już czytać list. Wpadł do swojego pokoju, drżącymi rękoma roze- rwał kopertę i zaczął czytać: Kochany Alfredzie! W pierwszych słowach mojego listu pozdrawiam Cię serdecznie i życzę zdrowia, jakom i ja zdrowa. U nas wszystko po staremu. Chcę Ci donieść, że data naszego ślubu się nie zmieniła, to jest w pierwsze święto Wielkanocy. O nic się nie martw, bo my wszyst- ko załatwiliśmy, to jest jedzenie i picie na wesele, obrączki, suknię ślubną i inne rzeczy. Ty tylko kup sobie czarny garnitur, białą ko- szulę, czarne lakierki i biały lub jasny krawat. My byśmy to Tobie 30 kupili, ale u nas w miasteczku tego nie ma, a po drugie nie znamy Twoich wymiarów. Jeśli nie masz pieniędzy, to sobie pożycz, a my Ci damy, jak przyjedziesz na ślub, to potem oddasz. W mieście, gdzie pracujesz, powinno wszystko być, nie tak, jak u nas. Naj- lepiej będzie, gdy przyjedziesz wcześniej niż Twoi rodzice, to jest w czwartek albo jeszcze wcześniej, to będziemy razem i pomożesz przygotować coś do wesela. Na tym kończę mój list, pozdrawiam Cię serdecznie oraz mocno całuję, pa, pa, pa. Twoja Wandzia, któ- ra czeka na list od Ciebie. Przeczytał pospiesznie pismo, ucałował papier i jeszcze raz przeczytał. Ładny charakter pisma ma ta Wandzia – rozmyślał Alfred – jak pięknie pisze. Właściwie nie ma się czemu dziwić. Do wybuchu tej strasznej wojny miała skończone dwie klasy han- dlówki, a w zeszłym roku ukończyła ją i ma maturę. Tam ją uczo- no pisać listy, do tego kaligraficznie. Ja mam zaledwie sześć klas skończonych i nie mogłem się dalej uczyć, bo była bieda, więc mu- siałem pracować całą okupację hitlerowską z rodzicami na małym gospodarstwie. Miałem szczęście, że mnie Niemcy nie wywieźli na roboty, bo tata był wtedy chory i sołtys załatwił, że jestem po- trzebny na roli. Teraz to mi już jest lepiej, gdy od zakończenia wojny pracuję na kolei, zaś młodszy brat gospodarzy z ojcem. Alfred odłożył list i wtedy poczuł głód. Rozmyślając o treści pisma, przygotowywał na kuchence elektrycznej kolację. Najpierw ugotował wodę na herbatę, następnie zrobił jajecznicę z dwóch ja- jek na boczku, tak jak to robiła mama w domu, i jedząc, myślał nadal o treści listu. Z jednej strony cieszył się, zaś z drugiej był zmartwiony, bo nie miał garnituru, lakierek ani żadnego krawatu. Pieniędzy też niewiele. Zaledwie przełknął ostatni kawałek chleba i pospiesznie łyknął herbatę, obtarł ręce w ręcznik i sięgnął do sza- fy po okrągłą puszkę z przedwojennych landrynek. Wysypał z niej na kraciasty koc przykrywający łóżko większą ilość banknotów poskładanych i pozwijanych w ruloniki. Rozwijał je i rozkładał, a potem układał według wartości nominałów. Najpierw pięćsetki, później setki, pięćdziesiątki i dwudziestki. Drobniejszych pienię- dzy nie zbierał do puszki, tylko je wymieniał na grubsze, często zaokrąglając w górę, aby szybciej i więcej ich było. Liczył pieniądze 31 skrupulatnie, dwukrotnie, a następnie wszystkie razem położył na kupkę. Był pewny, że z oszczędności najwyżej kupi nowy garnitur, zaś na resztę pieniędzy nie starczy. Przerażała go myśl o weselu, do tego za niecałe trzy tygodnie. Rozważał, od kogo by tu poży- czyć pieniędzy, ale nic nie wymyślił. W tym momencie usłyszał delikatne stukanie do drzwi. – Proszę! – powiedział, wstając z łóżka. Pospiesznie chciał po- prawić jego powierzchnię, rozsypując przy tym kupkę pieniędzy. Do pokoju weszła gospodyni, niosąc na talerzyku dwa kawałki ucieranej babki, żółtego koloru, zachodzącego w pomarańcz, od jajek będących w cieście. – Panie Alfredzie, jeśli się pan nie pogniewa, to poczęstuję ciastem, które mi pozostało od niedzieli – rzekła wchodząca i po- stawiła talerzyk na stole. – Ależ proszę pani, za dobroć się gniewać? – zdziwił się mężczy- zna. – Pani jest tak dla mnie zbyt łaskawa, przynosząc mi często ciasto. – Nie jest to znowu tak często – rzekła skromnie kobieta. – Ma zostać, to niech ktoś zje, żeby się nie zmarnowało. Jest to przecież dar boży. Mówiąc to, zwróciła uwagę na leżące pieniądze. – Liczył pan zarobione pieniądze? – Nie, to są moje oszczędności. – To ładnie, że pan oszczędza. Co chce pan za to kupić? – zainteresowała się. – Właściwie to wiele, ale mam za mało pieniędzy – powiedział smutno. – Za kilka miesięcy będzie więcej, to pan sobie kupi, co będzie chciał – pocieszała. – Za kilka miesięcy – powtórzył smętnie – to będzie za późno. – Dlaczego za późno? – zdziwiła się. – Czy jest coś intratnego na oku? – Nie, tylko wkrótce się żenię, a nie stać mnie na wszystko, czego potrzebuję – powiedział przyciszonym i rzewnym głosem. – Co potrzeba? – nalegała gospodyni. 32 – Czarny garnitur, białą koszulę, czarne lakierki i biały lub jasny krawat – wyrecytował za słowami listu od ukochanej. – Rzeczywiście – zmartwiła się kobieta. – Ale! Ale! – krzyknęła podniecona. – Może coś wykombinujemy. – Co? – zaciekawił się. – Proszę tu zaczekać na chwilę. Jak wrócę, to się pan dowie. Kobieta szybko wyszła, pozostawiając zdumionego Alfreda. Po dziesięciu minutach wróciła, przynosząc naręcze garderoby i czar- ne lakierki. – Nie chcę pana obrazić, ale jeśli by to odpowiadało i pasowało, to tanio sprzedam – mówiła pospiesznie. Niech pan się nie boi, to jest ślubny garnitur mojego nieboszczyka męża, w którym oprócz ślubu był ze mną z trzy razy w lokalu na dancingu i chyba raz na Sylwestra – mówiąc to, ocierała zewnętrzną stroną dłoni łzy w oczach. – Wie pan, żeśmy ze sobą żyli tylko trzy lata i zginął na wojnie w trzydziestym dziewiątym roku, a teraz jestem sama z có- reczką – mówiąc, rozkładała garderobę na łóżku. Buty postawiła obok nogi łóżka. – Tu jest biała koszula, kupiona przed samą wojną, i był w niej najwyżej cztery razy. Krawatu odpowiedniego nie mam, ale białą muszkę. Wie pan, jak on w niej elegancko wyglądał? Tak samo lakierki kupiłam wiosną trzydziestego dziewiątego roku i miał je ubrane tylko jeden raz, bo były za ciasne. Alfred stał zaskoczony i oszołomiony, ale po chwili przyszedł do siebie i zdecydował: – Jeśli będzie coś na mnie pasowało, to kupuję! – pospiesznie wyrecytował podnieconym głosem. – Ja wychodzę, niech pan się przebiera i dopasowuje. Kobieta wyszła, a mężczyzna zaczął przymierzać gardero- bę. Najpierw założył koszulę i przeglądnął się w długim lustrze umieszczonym w wewnętrznych drzwiach szafy. Trochę za długie rękawy – pomyślał – ale reszta leży dobrze. Następnie ubrał się w garnitur i stwierdził, że dobrze przylega do ciała, jakby szyty na niego. Nawet buty pasowały. Był szczęśliwy, bo jakby z nieba spadło mu ślubne ubranie. Przeglądając się, usłyszał ciche pukanie do drzwi i słowa: 33 – Panie Alfredzie, czy już można? – Ależ proszę, proszę – zachęcał do wejścia. – Ładnie panu pasuje i leży jak ulał. – Tylko rękawy koszuli są trochę za długie – sprostował męż- czyzna. – Nic nie szkodzi, założy pan gumki na rękawy, nad łokcie, i koszula będzie dobra. – Jeśli wszystko jest dobrane, to kupuję, ale za jaką cenę? – Za pół ceny nowego, a może i jeszcze mniej. – Ależ ja nie wiem, ile to kosztuje. – To się pan dowie i uzgodnimy. Może mi pan nie płacić od razu w całości, bo pieniądze mogą być potrzebne do wesela. – Jaka pani dobra – wzruszył się Alfred. – Trzeba sobie pomagać w tych ciężkich czasach. Proszę zosta- wić już u siebie to ubranie. – Jeszcze raz serdecznie dziękuję. – Proszę nie dziękować, bo i tak bym je sprzedała. Kobieta chwilę lustrowała Alfreda. Podobał się jej. Myślami przeniosła się do chwili własnego ślubu, kiedy w tym garniturze ujrzała swojego męża. W oczach stanęły łzy. Po chwili ocknęła się. – Ale zrobiło się późno, muszę już iść, bo pan na pewno zmę- czony, a ponadto idę sprawdzić, czy Ania położyła się spać. Do- branoc. – Dobranoc. Alfred został sam. Nie mógł uwierzyć, że w tak krótkim czasie został ubrany do ślubu. Uszczęśliwiony przygotował się do zasłu- żonego odpoczynku. Wyciągnięty wygodnie w łóżku, zaczął głośno myśleć o gospodyni. Mamrotał: – Jaka ona dobra i jeszcze młoda. Jest ładna. Na pewno niewiele starsza ode mnie. A może w moim wieku? Gdybym nie znał Wandzi, to może ożeniłbym się z nią. Oczywiście gdyby mnie chciała. – Tak rozmyślając, zaraz zasnął. Czas ślubu zbliżał się z dnia na dzień. W środę wieczorem, ostatniego tygodnia przed weselem, Alfred spakował walizkę i udał się na stację kolejową, aby pociągiem o osiemnastej dziesięć wyje- chać do ukochanej i pomagać w przygotowaniach weselnych. Po- nieważ miał tylko jedną, i to niedużą walizkę, do której nie mógł 34 zmieścić garnituru ślubnego, oraz żeby lepiej wyglądać w podróży, założył go na siebie. Wziął tylko inną koszulę i buty, zaś ślub- ne włożył do walizki. Pociąg podstawiono na peron pół godziny przed planowanym odjazdem. Ludzi nie było dużo. Usiadł wygod- nie w przedziale zajętym jedynie przez cztery osoby. Wspaniale, że nie ma tłoku – pomyślał – będę się mógł trochę zdrzemnąć, bo na miejscu mam być dopiero po dwudziestej pierw- szej. Pociąg ruszył zgodnie z rozkładem jazdy, a do przedziału nikt nie przyszedł. Przejechali kilka stacji i zrobiło się ciaśniej, gdyż doszło kilkoro ludzi, zapełniając przedział. Z nimi weszła ubrana z wiejska kobieta, niosąc ze sobą dwa tobołki oraz koszyk, które to rzeczy upychała na dość już zapełnioną półkę. Jeden z toboł- ków układała nad Alfredem, przyciskając się do niego. W pewnym momencie z tobołka na ramię, część głowy oraz spodnie Alfreda wysypała się mąka. Na wpół drzemiący mężczyzna zerwał się, od- pychając kobietę na kolana siedzącego naprzeciw Alfreda tęgiego jegomościa. – Co pani zrobiła!? – krzyknął. – Mój garnitur ślubny!! Kobieta wystraszona tym, co się stało, siedząc nadal na kola- nach współpasażera, powiedziała nieśmiało: – Wybaczom, panoczku, jo nie chciałach. – Co wybaczom?! Co nie chciałam?! Jak ja wyglądam?! Jak to wyczyścić?! – wrzeszczał Alfred. – Niech się panoczek udobruchajom – prosiła kobieta, wstając z kolan mężczyzny. – Udobruchać się?! Jak ja mam cały garnitur ubielony, a do tego w sobotę ślub! – mówił jeszcze podniesionym głosem. – Naprowde, nie gniewojcie sie panoczku. Co się stało, to się nie łodstanie. Teraz trzeba pomyśleć, co zrobić – mówiła wystraszona kobieta. –To niech pani myśli! – powiedział już spokojniejszym tonem. – I tak już nic pani nie wymyśli. – Wymyśle, wymyśle. – Po chwili rozchmurzyła się. – Już żech wymyśliła. – Co takiego? – zdziwił się. – Niech panoczek wyczepiom marynarkę przez łokno, a potem 35 pójdom do wychodka, zdejmom portki, dadzom mi je przez drzwi, jo wyczepie przez łokno i łoddom panoczkowi. – No, dobrze. To będzie tylko wytrzepane, ale dalej pobielone. – Ale panoczek do chałupy dojadom i wyczysczom czornom kawom, to bydzie czorny nazod. – Dobrze już – uspokoił się Alfred. Powoli wstał, część mąki zebrał na ręce, ktoś otwarł w przejściu okno, przez które ją wysy- pał. Następnie powoli zdjął marynarkę, wystawił za okno i trzepał. Po chwili wyciągnął ją zza okna, ale biel, jak przewidywał, pozo- stała na czerni. Jeden ze współpasażerów, obserwujący ciekawie zdarzenie, wyjął z teczki szczotkę do ubrania. – Niech pan tym poprawi – powiedział, wręczając ją młodzień- cowi. Alfred podziękował i czyścił marynarkę wytrwale przy otwar- tym oknie. – Dziękuję. Trochę lepiej wygląda – powiedział nieznajomemu, oddając szczotkę. – Przyda się panu jeszcze do czyszczenia spodni – odrzekł współpasażer, wręczając ją z powrotem Alfredowi. – Zdejmom panoczek te portki w wychodku, to bede czepać – powiedziała kobieta. Poszli przejściem do końca wagonu. Alfred wszedł do ubikacji, zdjął spodnie, wyjął z nich chusteczkę i grzebień oraz wysunął pa- sek, aby nie wypadły. Podał spodnie stojącej za drzwiami kobiecie i czekał. Mijały wolno minuty, a kobieta nie puka. – Co ona tak długo trzepie? – mówił do siebie półgłosem. – Może chce wyczyścić szczotką? W międzyczasie pociąg stanął na jakiejś dobrze oświetlonej stacji. Za oknem słyszał większy ruch. Pociąg stał dłuższy czas, a kiedy ruszył, to po chwili ktoś chciał wejść do ubikacji, poruszył klamką, ale nie pukał. Alfred nadal czekał niecierpliwie. – Siedzę tutaj chyba z pół godziny – myślał. Wtem ktoś poruszył klamką i zapukał. Serce mocniej zabiło – nareszcie – szepnął i otwarł lekko drzwi. Za drzwiami stała ja- kaś młoda kobieta, która zobaczywszy mężczyznę w kalesonach, 36 krzyknęła i trzasnęła drzwiami. Alfred zamknął je ponownie ry- glem. – Gdzie ta baba siedzi? – denerwował się. Po chwili znowu ktoś poruszył klamką i niedługo potem zapukał. Nie wiedział, co robić. Pukanie się powtórzyło, więc ostrożnie otwarł drzwi i zoba- czył mężczyznę stojącego za nimi. Pospiesznie je zamknął. Ktoś zapukał i usłyszał męski głos: – Co pan tak długo tam robi, do cholery! Alfred milczał. – Wyłaź wreszcie stamtąd! – Nie mogę – odpowiedział rzewnie. – Co znaczy nie mogę! Jak żeś tam wlazł, to możesz wyleźć! – Nie mogę – powtórzył prawie płaczliwym głosem. – Jak zawołam konduktora to będziesz mógł! – wrzeszczał za drzwiami mężczyzna. Jeszcze raz zapukał i zapanowała cisza. Al- fred siedział na sedesie przerażony, myśląc, co się stało z kobietą, ze spodniami i co dalej będzie. Po kilku minutach usłyszał energiczne pukanie i głos za drzwia- mi: – Tu konduktor, proszę otworzyć! – Nie mogę – odpowiedział Alfred. – Co znaczy nie mogę?! – zdziwił się kolejarz. – Niech pan tu do mnie wejdzie, to panu opowiem. Konduktor wszedł ostrożnie, bacznie obserwując młodzieńca. Alfred opowiedział konduktorowi wydarzenie i prosił, aby po- szedł do przedziału, gdzie uprzednio przebywał, i przyniósł mu te spodnie od kobiety, która jak sądził, albo jeszcze je czyści, albo zapomniała. – Proszę tu czekać – powiedział kolejarz i wyszedł. Po kilku minutach wrócił, zapukał i wszedł, ale bez spodni. – Gdzie są moje spodnie?! – zapytał przerażony młodzieniec. – Zaraz opowiem. Otóż ta kobieta, wziąwszy pańskie spodnie, zaczęła je trzepać przez okno będące najbliżej ubikacji. W pew- nym momencie, jak mi powiedzieli widzący to podróżni, pociąg zbliżył się do stacji i spodnie zahaczyły się o semafor, czy jakiś tam będący w pobliżu słup. Kobieta wystraszona stała bezrad- 37 nie, lecz po chwili najpierw podeszła do ubikacji, a później poszła do przedziału, gdzie pozostawiła swoje rzeczy. Pytającym o pana i spodnie powiedziała, że wszystko jest w porządku, a ona wysia- da. Pospiesznie ściągnęła bagaże, obsypując mąką jakąś kobietę, i szybko wysiadła na stacji, przed którą zniknęły spodnie. Młodzieniec wpadł w rozpacz. – Co ja teraz pocznę? Jak pójdę bez spodni? W czym będę brał ślub? – narzekał. – Proszę się nie denerwować – uspokajał konduktor – trzeba coś wymyślić. – Ale co? Mam pustkę w głowie – skarżył się Alfred. – Ma pan w swojej walizce inne spodnie? – zapytał kolejarz. – Mam jasnobrązowe, takie na co dzień, do roboty – odrzekł zapytany. – To w czym problem? – pytał konduktor. – Przyniosę panu walizkę, ubierzesz pan spodnie i jakoś zajdziesz do domu, a tam się pan będzie o resztę martwił. Usłyszawszy to, Alfred odetchnął z ulgą i za dobrą radę po- dziękował kolejarzowi. 38
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kolej retro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: