Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00363 007163 15370783 na godz. na dobę w sumie
Kollokacja - ebook/pdf
Kollokacja - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 172
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-081-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

„Kollokacja” to druga powieść Józefa Korzeniowskiego, oprócz wątków znanych ze „Spekulanta”, wprowadza nowy temat – narodziny polskiego kapitalizmu. Zjawisko to traktuje w sposób zdystansowany, akcentując zagrożenia wywołane rozwojem nowych stosunków społecznych. Wskazuje też na upadek podstawowych wartości związany z nasilaniem się wyzysku i niesprawiedliwości.
Powieść osnuta jest wokół wątku miłosnego rozgrywającego się pomiędzy potomkami skłóconych rodzin, dla których ważniejsze niż uczucia są finansowe zyski. Mimo wielu zawirowań historia kończy się szczęśliwie, dając czytelnikom wiarę w moc uczuć i sprawiedliwość społeczną.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1081-7 Omnis faber et architectus, qui noctem tanquam diem transigit, qui sculpit signacula sculptilia et assidu- itas ejus variat picturam, cor suum dabit in similitu- dinem picturae. Syrah. Cap. XXXVIII v. 28 [KaŜdy rzemieślnik i cieśla, który noc jako dzień trawi i który sygnety ryte rzeŜe, a ustawiczność jego czyni rozmaite malowanie, serce swoje na podobień- stwo malowania wyda...] (przekład Jakuba Wujka) I Było to w roku 1838 – albo: Podczas jednego pięknego poran- ku w maju – albo: W jednej z najrozkoszniejszych okolic Podola lub Polesia – albo: Właśnie słońce miało się ku zachodowi, gdy... itd. Tym sposobem zaczynają się zwykle powieści tkliwe, zabawne lub nauczające. Pozwolą mi jednak czytelnicy odstąpić od tych przyjętych form i zacząć od rzeczy najbardziej krajowej, najbar- dziej charakteryzującej naszę Ŝyzną prowincją w pewnych porach roku, to jest: od błota. OtóŜ błoto było ogromne, jak zwykle bywa na Wołyniu w poło- wie października. Koleje pełne gęstej i brudnej wody nie pozwalały wymierzyć swej głębokości; po czarnej i rozmiękłej ziemi błyszcza- ły tu i ówdzie jeziorka na trakcie i nawet na polach przygotowa- nych do wiosennej siejby; we wsiach wszystkie płoty były obryzga- ne, wszystkie karczmy wyglądały pstrokato; wszędzie ludzie, do- chodzący do wrót lub do drzwi domów, podkasani jak najwyŜej, 5 z zabłoconymi nogami, ślizgali się i grzęźli; jeŜeli kto jechał, to jechał stępo i leniwemu postępowi jego towarzyszyła muzyka ko- pyt końskich, klapiących o rzadkie błoto lub topiących się w roz- miękłej ziemi, wcale róŜna od tego odgłosu, jaki wydawał koń Farysa, gdy lotną swą nóŜkę w głębokim piasku zanurzał. W takim była stanie piękna w innej porze okolica starokon- stantynowskiego powiatu; Ŝyzna, wzgórkowata, ozdobiona prze- ślicznymi laskami, które teraz nie zieleniły się, nie rzucały rozkosz- nych cieni, ale obnaŜone z liści stały spokojnie na wzgórzach, jak skielety gajów i klombów. Niebo jednakŜe było czyste i, jak się to czasem zdarza w połowie oktobra, słońce zaświeciło jasno, tym blaskiem melancholicznym, tak podobnym do ostatniego uśmie- chu, którym oddalający się przyjaciel Ŝegna przyjaciela lub od- jeŜdŜający w daleką podróŜ syn Ŝegna rodziców i krewnych stoją- cych na ganku i przesyłających mu ostatnie pocałowanie. O cztery mile od Starego Konstantynowa na lewo, ugrzązł na drodze w kałuŜy wielkiej i głębokiej kocz otwarty, w którym były dwie kobiety. Jedna, juŜ niemłoda, brzydka, ale ubrana z przesadą i kokieterią, zŜymała się i łajała furmana łamanym polskim języ- kiem, druga, mająca nie więcej jak lat ośmnaście lub dziewiętna- ście, w eleganckim kapeluszu, w materialnej salopie, strzelała wo- koło czarnymi oczami, śmiała się do rozpuku i z swojej przygody, i z gniewu towarzyszki i poprawiała białą i wąską rączką pukle czarnych włosów, które się wydobywały spod kapelusza i ocieniały twarz jej trochę śniadą, ale pełną czerstwości i ognia. Furman i lokaj, grzęznąc po kolana w błocie, starali się pomóc koniom i podnieść cokolwiek kocz, ale w Ŝaden sposób z miejsca ruszyć go nie mogli. Ich ładna liberia, ich ręce i twarze, wszystko było obryzgane i zawalane. Zmęczeni nareszcie i zdesperowani, sami nie wiedzieli, co począć. – śeby jaki chłop nadjechał z drąŜkiem – rzekł Maciej furman, obcierając rękawem twarz i rozmazując jeszcze gorzej błoto z wielką pociechą panny Kamili. – Kto teraz jeździ, co ma rozum! – odpowiedział lokaj Ignacy z gniewem i ofuknieniem. – Słyszysz, Belciu, co on mówi? – rzekła panna Kamila do panny Beldeau, swojej guwernantki, którą przez skrócenie i w po- ufałości panny na wydaniu, a moŜe i przez kontrast jej szpetności, Belcią nazywała. 6 – Bo ma racją – odpowiedziała Francuzica z okropnym gryma- sem. – Zachciało ci się tej wizyty nie wiedzieć po co; teraz wrócim do domu piechotą, po kolana w błocie. Fi! quel vilain pays! [Pfuj! Co za obrzydliwy kraj!] – Widzisz, Belciu, jakaś niewdzięczna! Nie byłabyś widziała pana Kazimierza, który nie mógł się napatrzyć na twoje kolczyki i tak admirował twój łańcuch. Uśmiechnęła się guwernantka i pokazała dwa rzędy zębów, z których połowy nie było, a druga połowa była czarna i wykruszona. – Ignacy! – zawołała panna Kamila – wszak to Szyszkowce widać? – A rozumie się, Ŝe Szyszkowce – odpowiedział ruszając ra- mionami. – O! to nie masz czego desperować, moja Beluniu! Wszak tu nie więcej jak ćwierć mili do domu. Przez ten wzgórek musi być sucho; słońce świeci tak jasno, moŜemy pójść i piechotą. – Co panna mówi? – rzekł Ignacy. – Za tym pagórkiem zaraz staw i bagno po szyję. – O! ja nieszczęśliwa – krzyknęła panna Beldeau. – Widzicie, jak wy glupca zajechala, quels gens, mon Dieu! o! le maudit pays! [co za ludzie, mój BoŜe! Och! przeklęty kraj!] – Ale doprawdy, Ignacy, cóŜ my będziemy robić? – zapytała panna Kamila. – A cóŜ? Będziemy czekać, moŜe się te bestie namyślą i wezmą razem, jak odpoczną. – A jak się nie namyślą? – rzekła uśmiechając się figlarnie. – To będziemy czekać, póki kto nie nadjedzie. – A jak nie nadjedzie? – mówiła znowu panienka. – I ja myślę, Ŝe tak będzie, boś ty sam powiedział, Ŝe teraz nikt rozumny nie jeździ. – A cóŜ, to wtenczas wsiądę na konia i pojadę do domu po insze konie. – Czy nie lepiej by od tego zacząć, panie Ignacy? Jak myślisz? – rzekła opierając na dłoni piękną swą twarzyczkę. – Jeśli panna kaŜe, to pojadę zaraz. Macieju, odprzęŜ ślepego! – Aha! Ŝeby cię zrzucił, mazgaju! Lepiej siadaj na białonóŜkę; a i na tym trzymaj się dobrze, bo to wy, kredensowa piechota, nie umiecie się obchodzić z koniem. Tak mruczał wąsaty furman i zabierał się odprzęgać dyszlowe- 7 go konia, odgartując biczyskiem błoto z pasów i sztelwagi. Panna Kamila uśmiechnęła się patrząc na tę pogardę furmana dla lokaja. Gdyby była więcej znała świat, wiedziałaby o tym, Ŝe na róŜnych szczeblach społeczności bywa to samo; róŜnica tylko w dowcipie drwinek i formie liberii. Gdy tak Maciej krzątał się i klął wizyty w październiku, obie kobiety, oparłszy się w otwartym koczu, patrzały jedna na prawo, druga na lewo. Na lewo były Szyszkowce, wielka wieś prezesa Zagartowskie- go, ojca panny Kamili; na prawo w roztwierającej się coraz dolinie rozciągały się Czaplińce, wieś ogromna i wielu licząca dziedziców. NaleŜała ona niegdyś do moŜnej familii hrabiego S., a później przez eksdywizją rozdzielona na wiele cząstek stała się rzecząpospolitą kolokacyjną, pełną intryg, namiętności, gniewów, przyjaźni, partii itd., słowem, pełną tego wszystkiego w maleńkich wymiarach, co bywa w kaŜdej rzeczypospolitej na wielką skalę. O kroków dwieście od tego miejsca, gdzie stał w błocie kocz panny Kamili, zawracała się na prawo szeroka droga do Czapliniec i widać było, jak, rzędem wierzb wysadzona, ciągnęła się przez wieś całą. Tu i ówdzie na prawo i na lewo drogi sterczały kominy dworów i dworków okrąŜonych – ten ogrodem, ten zabudowania- mi gospodarskimi. Wiedziała o tym panna Kamila, Ŝe ojciec jej, który był wielbicielem pruskiej metody zaokrąglania, miał wielki pociąg do Czapliniec i uŜywał wszelkich sposobów i intryg, aby tą wsią zawładnąć, bo grunta jej wchodziły długim pasem w jego łany i przerzynały najkrótszą komunikację między Szyszkowcami a in- nymi wsiami prezesa, które poza tą wsią leŜały i juŜ po obu stro- nach obejmowały ją dławiącymi ramiony. WszakŜe panna Kamila Ŝadnego z tych dziedziców nie znała; ledwie parę ich nazwisk obiło się o jej uszy, a przez wieś samę przejeŜdŜała tylko kilka razy. Teraz, gdy siedziała i patrzyła, zastanawiały ją, nie wiedzieć dlacze- go, wierzby nagie długim szeregiem rozciągnięte, dworki i domki, w które myślą wchodziła i wyobraŜała sobie ich mieszkańców; ale nade wszystko zastanowił ją dym wychodzący jasnym słupem z ko- mina jednego z najposaŜniejszych dworków, który w środku wsi z prawej strony drogi leŜał, czysto wyglądał, miał przy bramie wyso- kie topole, z tyłu jakby ogród czy lasek, a z boku obszerne zabudo- wania gospodarskie. Im wyŜej podnosił się ów biały słup w powie- trze, tym przezroczystszym się stawał, tym rozmaitsze przybierał 8 formy, a przyjmując w siebie Ŝywe promienie jesiennego słońca, rozlicznymi ozdabiał się kolorami. Panna Kamila, z próŜnowania zapewne i z nudów, wpatrzyła się w tę Ŝywą i ruchawą kolumnę, zamyśliła się i zaczęła marzyć. Tymczasem koń juŜ był odprzęŜony, Ignacy z niezgrabnością, z której ironicznie uśmiechał się Maciej, miał juŜ wsiadać, gdy nagle z tyłu dał się słyszeć łoskot z bicza. – Ot, zaczekaj – rzekł Maciej – ktoś jedzie, to moŜe prędzej nam da radę niŜ ty. Ty tam gdzie zlecisz w błoto i będziemy czekać do wieczora. – To powiedziawszy, wziął konia za cugle i znowu go przykładał do dyszla. Tymczasem uderzenia z bicza powtarzały się i powóz się przybliŜał. Gdy juŜ był niezbyt daleko, rzekł Maciej kiwając głową: – Diabła by zjadł, kłusem jedzie, musi mieć tęgie konie. – Albo lekką bryczkę – dodał Ignacy. – To my tylko po błocie takimi cięŜkimi powozami jeździmy. W rzeczy samej była to nietyczanka zgrabna i leciutka i cztery konie dzielne, choć niewielkie. Poganiał je chłopak młody i Ŝwawy; a im bardziej przybliŜał się do stojącego powozu, tym głośniej wołał „hou!” i tym silniej walił z bicza. W nietyczance siedział młody czło- wiek pięknej i męskiej twarzy, z ładnymi wąsami blond, w ciepłym tuŜurku zapiętym pod szyję, spod którego widać było jego wzrost wysoki, silną budowę i zgrabną figurę. Czapka aksamitna nakrywała gęste i jasne włosy, brwi ciemniejsze zaginały się pod białym i szero- kim czołem, a rzęsy jeszcze ciemniejsze ocieniały oczy duŜe, błękit- ne, śmiałe i spokojne. Obok niego sterczała strzelba, a piękny lega- wiec z ogromnymi kasztanowatymi uszami, wsparty przednią łapą na wasąŜku, bystro i ciekawie patrzył ku powozowi. Droga była szeroka, tak Ŝe dwa powozy wygodnie wyminąć się mogły. Wjechała i nietyczanka śmiało w kałuŜe; ale gdy się zrów- nała z koczem, gdy pan Józef Starzycki, bo czemuŜ nie mamy go nazwać od razu, postrzegł dwie panie w tak krytycznym połoŜe- niu, krzyknął na swego chłopaka: stój! Zatrzymał Michaś konie, które się otrzęsły zadzwoniwszy kółkami krakowskich chomątów i wyciągając głowy naprzód, i szczerząc zęby folgowały sobie zbyt ściągnięte cugle. Wtenczas pan Józef obracając się do panny Ka- mili zdjął czapeczkę, błysnął szerokim i białym czołem, które ślicz- nie odbijało od ogorzałej cokolwiek twarzy, i zapytał: – Czy panie potrzebują pomocy? – Stoimy tu od godziny i nie moŜemy ruszyć– odpowiedziała 9 panna Kamila z uśmiechem pełnym słodyczy i orzuciła wzrokiem pięknego młodzieńca. – Niech wielmoŜny pan pozwoli swemu chłopakowi, aby po- mógł podjąć cokolwiek kocz, a moŜe ruszę z miejsca. Diabli by wzięli tę szlachtę z Czapliniec, nie ponaprawiają drogi. – Uśmiechnął się na te słowa pan Józef i wziąwszy lice z rąk Micha- sia kazał mu pomagać. Tymczasem panna Kamila odgartując pod kapelusz loki, które twarz jej zasłaniały, rzekła: – Mamy dom obok, a nie moŜemy się do niego dostać. – Panie stąd niedaleko mieszkają? – Oto jest mieszkanie mego ojca – odpowiedziała ukazując na Szyszkowce. Na te słowa, nie wiedzieć dlaczego, Ŝywy rumieniec wystąpił na twarz pana Józefa. Panna Kamila postrzegła to i takŜe, nie wie- dzieć dlaczego, spuściła oczy, a panna Beldeau patrząc na przystoj- nego młodzieńca, takŜe nie wiedzieć dlaczego, zaśmiała się i po- kazała dwa rzędy zębów, z których połowy nie było, a druga poło- wa była czarna i wykruszona. WszakŜe wszelkie usiłowania ludzi nie pomogły, konie licowe szarpnęły i zaczęły skakać czując cięŜar nad siłę, dyszlowe spierały się nazad i jakiś upór je opanował. Nie brały więc wszystkie, nie brały razem i dlatego powóz został na miejscu. – Słuchaj no, kochanku! – rzekł pan Józef do Macieja – wyprząŜ ty swoje konie, zostaw tylko licowe, na które wsiądzie mój chło- pak; do dyszla załóŜcie moje, to wyjedziecie. A panie dobrze by zrobiły, Ŝeby przeszły do mojej nietyczanki. Nie dlatego – dodał z uśmiechem – aby cięŜar był wielki, ale Ŝe szarpnięcie moŜe być za silne i furman z próŜnym koczem będzie śmielszy. – O, co to, to wielmoŜny pan doskonale powiedział, dalibóg, Ŝe prawda. śeby tam panienki nie było, jakeśmy wleźli w tę jamę, byłbym i swoimi wyjechał, choćby na złamanie szyi. A dałŜebym im, bestiom, hartu! – rzekł Maciej złaŜąc z kozła i biorąc się do od- przęgania dyszlowych koni. – Ale jakŜe my się dostaniemy do pańskiego powozu? – rzekła śmiejąc się panna Kamila. – Belciu! idź ty naprzód, obaczę, jak tam głęboko. – Ah! mon Dieu! mon Dieu! [Ach! mój BoŜe! mój BoŜe!]– zawołała z grymasem Francuzica. – CzyŜ ty chcesz, Ŝebym utonęła 10 w błocie? – Zaśmiała się na te słowa panna Kamila głośno plesz- cząc rękami, a pan Józef, słysząc ten głos czysty i wdzięczny, pa- trząc na te ruchy pełne gracji i Ŝywości, zamyślił się i po chwili, odsuwając swego legawca i ukazując mu miejsce na koźle, co Amor natychmiast wykonał, oddał lice kozaczkowi, a sam wysko- czył z bryczki i w kilku susach był obok kocza. – Nie ma innego środka, jak panie przenieść – rzekł i chciał drzwiczki otworzyć. – Czy pani się zrezygnuje? – Zaczerwieniła się jak róŜa panna Kamila; spojrzała bystro na młodzieńca, który z niej nie spuszczał oczu, i zapytała: – Czy innego środka nie ma? – Zdaje mi się – odpowiedział młodzieniec, którego oczy za- iskrzyły od radości. – Ignacy! przenieśŜe mię na bryczkę tego pana! – rzekła panna Kamila. Przystąpił Ignacy i podniósł ku niej ręce czarne i błyszczące lawą błota, która ciekła po rękawach i za rękawy i w szerokich kałuŜach stała na jego płaszczu. Na ten widok parsknęła od śmiechu panna Kamila, cofnęła się w głąb kocza ze wstrętem i zawołała: – Belciu! niech on ciebie przeniesie! – Fi! Fi! – krzyknęła Francuzica – nieznośna Kamilciu, czyŜ ty masz sumienie? – W rzeczy samej to niepodobna – rzekł pan Józef. – Ten biedny człowiek okropnie wygląda. Raczcie panie przyjąć moję usługę. Jestem silny i cokolwiek czystszy od niego. – CóŜ mam robić? Pan zamoczy nogi, nie czas certować się. Bierz pan – dodała z niewypowiedzianym wdziękiem i wyciągnęła ku niemu ręce. – Michaś! trzymaj konie – krzyknął pan Józef, otworzył drzwiczki i wziął na ręce wyniosłą, zgrabną i lekką panienkę. Ona objęła jego szyję drŜącą ręką i juŜ nie śmiała się, bo czuła, jak ją tulił silnym ramieniem, jak stąpał ostroŜnie, aby Ŝadna kropla na nią nie bryznęła; jak szedł z wolna, moŜe dlatego, aby dłuŜej nieść tak miły cięŜar; jak ją wsadzał delikatnie, aby jej nóŜka nie dotknęła nawet zabryzganego wasąŜka. Gdy juŜ usiadła, spojrzała nań z wdzięcz- nością i w tym wejrzeniu jej czarnych, ślicznych oczów wypisało się moŜe nawet więcej, niŜ chciała. Wrócił pan Józef znowu do kocza i przeniósł takŜe pannę Beldeau, która z dziwnymi umizgami i minoderią sadowiła się w je- 11 go objęcia. Tak więc obie znalazły się niespodzianie w bryczce młodego podróŜnego, który stanął na stopniu i usiadł z boku na wasąŜku. Nim przeprzęŜono konie i wydobyto powóz, co potrwa- ło blisko pół godziny, panna Kamila chcąc zacząć rozmowę, a mo- Ŝe i dowiedzieć się czegoś, skąd, dokąd jedzie, rzekła: – Jakiego pan masz pięknego psa. – Amor, leŜąc na koźle i spu- ściwszy głowę do środka bryczki, jak by zrozumiał, Ŝe o nim mowa, spojrzał ciekawie i łagodnie w oczy panienki i zaczął podnosić ogromne swe uszy. – Jak on patrzy – dodała panna Kamila – jak by mię rozumiał. – Bo w rzeczy samej rozumie – odpowiedział pan Józef. Pies jeszcze bystrzej patrzył w oczy to swemu panu, to pannie Kamili. – Jak się nazywa? – zapytała. – Ma nazwisko trochę romansowe, a razem pedanckie. Nazy- wa się Amor – odpowiedział czerwieniąc się pan Józef. – On pewnie nie kąsa – rzekła panna Kamila wyciągając rękę i głaszcząc nieśmiało piękne zwierzę. W mgnieniu oka Amor pod- niósł się, spuścił się delikatnie do środka bryczki, przysiadł na za- dnich łapach tak, Ŝe jej nóg nie ugniótł, i połoŜył głowę na jej kolanach. Z początku trochę przestraszona, potem uradowana panienka zaczęła go głaskać i pieścić, a pies patrzył jej w oczy i wejrzeniem pełnym wyrazu zdawał się dziękować za jej dobroć. A gdy po chwili odjęła rękę od jego głowy i przestała go karesować, zwinął się w kłębek i u nóg się jej ułoŜył. – On pani nogi ugniecie – rzekł prędko pan Józef, rad w duszy, Ŝe pies przeniknął jego myśli. – Bynajmniej. Pozwól mu pan tak zostać! Co to za poczciwe stworzenie! On by mię teraz obronił, gdyby mi kto chciał krzywdę zrobić – dodała panna Kamila patrząc dziwnie na zajmującego się widocznie młodzieńca. – Tego moŜesz pani być pewna i dziękuję pani, Ŝeś tak łaska- wie przyjęła wiernego towarzysza mojej podróŜy. – Pan z daleka jedzie? – zapytała. – Jadę z Podola, gdzie mam maleńki mająteczek, dla odwie- dzenia moich rodziców, dziada i babki, którzy tu mieszkają. Mam takŜe siostrę dobrą i kochaną, której Bóg daje męŜa i na której ślub spieszę. – O mój BoŜe! cóŜ to musi być za szczęście mieć brata! – rzekła panna Kamila. 12 – Jest to błogosławieństwo Boga, kiedy familia liczna i zgodna – odpowiedział pan Józef. – Pan mówiłeś, Ŝe rodzice pana mieszkają tu; gdzieŜ to? czy daleko? – zapytała spuszczając oczy. – W tej wsi, którą pani widzisz. – W Czaplińcach? – Tak jest – odpowiedział czerwieniąc się. śywy rumieniec okrył takŜe twarz panny Kamili. Ale wkrótce jakby uczuła to, Ŝe jej lice płonie, potrzęsła główką i z uśmiechem rzekła: – Więc będziemy przez niejaki czas sąsiadami! Mam nadzieję, Ŝe pan zechcesz odwiedzić mego ojca. To tak blisko! – Będę bardzo szczęśliwym, jeŜeli pan prezes pozwoli mi zło- Ŝyć sobie uszanowanie. – CzyŜ nie jest juŜ panu obowiązany, Ŝeś wyratował z biedy jego jedynaczkę? – Potem obracając się na prawo, moŜe dla ukry- cia swego pomięszania i wzruszenia radości, rzekła: – Stąd widno wiele dworów w Czaplińcach; czy teŜ ja zgadnę, w którym pana rodzice mieszkają? – Niech pani sprobuje – odpowiedział czując jakieś dziwne szczęście, które piersi jego zalewało. – Patrz pan – rzekła wyciągając rączkę – w tym domu, gdzie topole koło wrót i z którego ten wysoki słup dymu wychodzi. Czy zgadłam? – dodała zwracając twarz ku niemu i patrząc z wyrazem pełnym znaczenia. – O! zgadłaś pani, tam urodziłem się – odpowiedział drŜącym głosem; ale daleko wymowniej odpowiedział wzrokiem na jej prze- nikliwe wejrzenie. W czasie tej chwilowej i niemej rozmowy ich oczów i dusze tych dwojga ludzi, które przypadek sprowadził, zabierały z sobą ściślejszą znajomość. Tymczasem powóz był juŜ wyciągnięty z kałuŜy i konie na po- wrót przeprzęŜone. Furmani siedzieli na kozłach; szło tylko o to, jak znowu damy przeprawić do ich powozu, aby nie zamoczyły nóŜek. Panna Kamila z taktem właściwym kobiecie, a raczej nie chcąc pokazać rodzącej się słabości, rzekła z wdziękiem: – JuŜ teraz pana fatygować nie będziemy. Niech pan kaŜe tak podjechać pod nasz powóz, Ŝebyśmy mogły przeskoczyć niewielki przedział. Gdy się stało, jak chciała, i drzwiczki od kocza były otwarte, 13 naprzód panna Beldeau, stanąwszy na wasąŜku i opierając się jedną ręką na ramieniu pana Józefa, a drugą na ramieniu Ignace- go, szczęśliwie, choć nie bez grymasów i śmiechów, dostała się do kocza. – Teraz na mnie kolej – rzekła panna Kamila – ale chciałabym się jeszcze poŜegnać z pańskim towarzyszem podróŜy, który mię tak gościnnie przyjął. – Amor! – zawołał pan Józef. Powstał pies i spojrzał w oczy panu, jak by chciał dowiedzieć się, co kaŜe. – Poczciwy Amor! – zawołała panienka głaszcząc go. On poło- Ŝył znowu głowę na jej kolanach; a wdzięczna panna Kamila, ob- jąwszy ją obiema rączkami, przyłoŜyła do niej zarumienioną twarz i rzekła: – Bądź zdrów, poczciwy piesku! ładnie się nazywasz. – Potem porwała się lekka i zgrabna, a zaledwie dotknąwszy ręką ramienia pana Józefa, jak sarneczka przeskoczyła z bryczki do kocza. Gdy drzwiczki były juŜ zamknięte, a młodzieniec stał jeszcze przy powozie, jak by czekał ostatniego słowa, wyciągnęła ku nie- mu rękę i dodała: – Dziękuję panu, nie zapomnę nigdy tej przysługi. – Wziął jej rękę pan Józef, przycisnął do ust i uczuł delikatne i parę razy po- wtórzone ściśnienie. Ruszył kocz, ruszyła nietyczanka i rozdzielili się. Jedno pojechało na lewo, drugie na prawo, ale myśli ich były podobno razem. II Dom prezesa Zagartowskiego był obszerny, zamoŜny; ale, jak zwykle bywa u zdobywców fortuny, wszędzie jeszcze czegoś nie- dostawało: był niedobudowany, w gospodarskich budowlach nie- kompletny, nawet w wewnętrznym umeblowaniu nie miał tego wykończenia, tej zupełności, która zdaje się mówić: juŜ dosyć. Bo 14 w rzeczy samej, dla prezesa, jak niegdyś dla jezuitów, nigdy nie było dosyć. Bo teŜ w duchu, chęciach i sposobach był prezes zu- pełnym jezuitą. Dla niego cel był wszystkim. DąŜył do niego stale i upornie; oceniał środki nie uczuciem, nie sumieniem, ale rozu- mem, i przyznawał kaŜdy z nich za dobry, jeŜeli doprowadzał do celu prędko i skutecznie. W zewnętrznym ułoŜeniu miał takŜe wiele podobieństwa: był łagodny, ujmujący, kochał dziatki, po- chlebiał matkom, chętnie poŜyczał na maleńki procent, ale gdy przyszedł termin, był nieubłaganym. Nie był to wszakŜe skąpiec. Owszem, lubił wygody i dla siebie niczego nie Ŝałował. Szczególniej jadł ogromnie i stół jego moŜna było uwaŜać za najlepszy w okolicy. Ale był łakomy, zdobywczy, pragnął coraz więcej nabywać, rozszerzać się, zaokrąglać. Szysz- kowce dostał po ojcu, który był kiedyś komisarzem w jednym z naj- moŜniejszych domów na Podolu. Do tej pięknej wsi przydał juŜ pięć innych, ale jeszcze nie powiedział sobie: basta. Teraz właśnie wszystkie swe siły, wszystkie spręŜyny wytęŜył na Czaplińce, aby kolokowaną w nich przed kilkunastu laty szlachtę skupić. Ten był cel Ŝycia, to marzenie prezesa; z tą myślą kładł się i wstawał. Prezes był niewielkiego wzrostu. Gdy szedł, przechylał się na kucych no- gach, bo był dość otyły. Podniesione miał plecy, krótkie ramiona i tłuste rączki, które zwykle splatał na brzuchu i kręcił młynka dwo- ma wielkimi palcami, przechyliwszy głowę. Była to jego zwykła poza i – Ŝe tak powiem – jego szyk bojowy, zwłaszcza gdy się miał defensywe; gdy kogo słuchał, a nie chciał odpowiedzieć, gdy co innego myślał, a co innego mówił; gdy krętą ścieŜką sprowadzał swą ofiarę do swego celu; gdy go o co proszono, a on nie chciał zadosyć uczynić; gdy mu kto ostre przymówki robił, a on je znosił i ofiarował Panu Bogu. Bo prezes nigdy się prawie nie gniewał, nie zapalał; ale cicho, jednostajnie, to idąc, to pełznąc, to drapiąc, to depcząc, ale zawsze poboŜnie, z przechyloną głową, z rękami sple- cionymi, z młynkiem dwóch wielkich palców dochodził do swego. Czasem tylko, gdy juŜ był zupełnie panem swego przeciwnika, porzucał tę poboŜną i pokorną minę, zmieniał zupełnie głos i wów- czas mówił wprost do rzeczy, zwięźle i mocno. Twarz miał nie- szpetną, ale szeroką, takiŜ nos i usta. Dwóch zębów nie miał z przo- du, przez co syczał, zwłaszcza wówczas, gdy wymawiał: Jezus Maria!, od czego zwykle zaczynał frazes, gdy udawał zadziwienie, gdy się na co nie zgadzał, gdy pod powłoką łagodnych słów i su- 15 mienia ukrywał jad zawziętości, szachrajstwo lub łakomstwo. Wten- czas takŜe przymruŜał siwe oczy, bystre i przenikliwe, marszczył wąskie czoło, na którym sterczały prosto nisko przycięte włosy jasnego, ale nieczystego koloru. Od lat dwunastu prezes owdowiał. śona jego, po której wziął znaczny posag, pochodziła z dawnych ormiańskich familii, osie- dlonych koło Kamieńca i w Galicji, na Pokuciu. Była to kobieta Ŝywa, ładna, wysoka i mocno śniada, z nosem cokolwiek za duŜym i z oczami zanadto wielkimi. Zostawiła mu jednę tylko córkę, któ- ra wzięła od matki kibić wyniosłą i giętką, płeć cokolwiek śniadą, czarne oczy, krucze włosy, a moŜe i Ŝywość wschodnią. Ale co w matce było nadto wydatnym i ostrym, to juŜ złagodziło się i za- okrągliło w rysach córki, tak Ŝe była kompletnie piękną brunetką. Prezes nie Ŝałował wydatków na jej wychowanie, ale nie umiał nim kierować, a przy tym nie miał czasu i chęci. Mówiła ona ładnie po francusku, ale mało umiała; grała biegle, ale bez wyrazu i taktu; rysowała, ale niepoprawnie, ostro, bez pojęcia cieniów i światła, bez uczucia piękności. Ten niedostatek miał źródło w jej charak- terze Ŝywym, samowolnym, nieujętym, któremu zatrudniony swy- mi zdobyciami ojciec pozwolił rozwinąć się zupełnie, a którego guwernantki, niedbałe i nieumiejętne, z dzieciństwa uhamować nie umiały. WszakŜe te wady nie ujęły pannie Kamili powabów, bo szczodra natura dała jej dowcip, rozum naturalny i bystry, serce ogniste, prawe, pełne nieograniczonej dobroci i najszlachetniej- szych popędów. Pysznił się prezes wdziękami i rozumem córki, ale nie moŜna powiedzieć, Ŝeby ją kochał tą wysoką rodzicielską mi- łością, która jest najczystszym promieniem, jaki się z nieba przedarł do ziemi. On ją kochał jako coś najdroŜszego, co do niego naleŜa- ło. Ona zaś widząc wszystkie działania ojca, chociaŜ go kochała, choć milczała, ale w duszy przychodziła nieraz do tego bolesnego stanu, do którego czasem niebaczni i nieuczciwi rodzice dowodzą rozumne i szlachetne dzieci; panna Kamila nieraz w bezsennych nocach sądziła postępki ojca i potępiała je ze łzami. Panna Beldeau była to brzydka Francuzica, bez nauki, ale nie ze złym sercem, pełna pretensji, z której sobie drwiła rozumna i dorosła panienka. Panna Beldeau nie była w stanie poprawić wad, jakie się w tym cudnym stworzeniu zagnieździły. Całą jej za- letą była śliczna francuska pronuncjacja, za co teŜ od lat piętnastu brała na Wołyniu i na Podolu po róŜnych domach po dwieście i po 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kollokacja
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: