Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00543 010073 11029928 na godz. na dobę w sumie
Koma - ebook/pdf R
Koma - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 308
Wydawca: Aleksander Sowa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4151-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pewien wrocławianin zostaje bestialsko zamordowany. Początkowo policji nie udaje się znaleźć mordercy. Po pięciu latach śledczy trafiają jednak na ślad pewnej książki. Opisane w niej morderstwo przypomina policjantowi starą sprawę. Wkrótce autor książki zostaje aresztowany, a potem skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Kiedy młody dziennikarz ma napisać 'reportaż o pisarzu oskarżonym o zabójstwo opisane w swojej powieści' okazuje się, że...

Krystian Bala, autor powieści pt. Amok został skazany za zabójstwo. Jego historia obiegła cały świat. O człowieku, który zabił a potem opisał swoją zbrodnię w książce pisały m.in. The Guardian, New Yorker, Time, Daily Mail.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

czyje.blogspot.com Podwójne życie Aleksandry: "Koma" Aleksander Sowa

Darmowy fragment publikacji:

KOMA 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2013 Okładka: Maciej Krupniewski Zdjęcie na okładce: Maciej Krupniewski Redakcja: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl Korekta: Sabina Sagan ISBN: 978-83-272-4151-1 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, grudzień 2013 r. 3 1. Czarna jak smoła noc okrywa Wrocław ponurym całunem. Do podłości świtu jeszcze daleko. Jękliwe rekwiem wiatru zamazuje dźwięki. Wycie będzie tłem niepotrzebnej śmierci. Noc i mrok są najwierniejszymi jej towarzyszkami, a wiatr sprzymierzeńcem samobój- ców. Osadzonemu nasuwa się myśl, że skończy w smro- dzie ekskrementów. Przygotował stryczek w kiblu. Tylko tam nie sięga oko kamery monitorującej celę. Sznur z prześcieradła przywiązuje do kraty. Z pętlą na szyi, na sekundę przed śmiercią, dopada go cytat. Z jego własnej, przeklętej książki. „Już cię zainfekowałem. Teraz nie zdołasz się ode mnie uwolnić. Będziesz do mnie powracać w nieskoń- czoność, choćby czołgając się windą. W czołganiu się nie ustawaj!” – policjant niespełna tydzień wcześniej przeczyta na głos. Odkładając książkę, mruknie z nie- smakiem: – Koma? Nic specjalnego. Wielkie gówno, a nie wielka literatura. Lektura najwyraźniej nie zrobiła na Wasylu Jagod- nikowie najlepszego wrażenia. Cienka książeczka, nie- spełna dwieście, na pierwszy rzut oka niepozornych stron, z czarnym profilem kozła na tle okładki w kolo- rze zachodzącego słońca. Dla autora ono dawno już zaszło. – Czy czytałem? – zapyta, sięgając po papierosa. 4 – Tak. – A pan? Pies zawsze będzie psem – dziennikarz uśmiecha się w milczeniu. Zadawać pytania. Odpowiadać jak naj- mniej, a jeśli już, to najlepiej pytaniem. Zauważył to już kiedyś, dawno rozmawiając z innym gliną. W tym reportażu widać nie będzie inaczej – myśli. Odpowiada po chwili: – Owszem, czytałem. Nie za bardzo się jednak, że tak powiem – przerywa na chwilę – wciągnąłem w fa- bułę. Ale można powiedzieć, że ją przejrzałem. – Tak też myślałem. Jak zwykle – komentuje glina nieśpiesznie. – Proszę się nie obrazić – sili się na uprzejmość – ale to wasza wspólna cecha. O wszystkim piszecie tylko po łebkach. – To taki zawód. Musimy dostosować swój tekst do szerokiego odbiorcy. – Wiem, rozumiem, proszę się nie obrażać. – Ja- godnikow natychmiast się broni. – Nie o to chodzi. Zastanawiał się pan – niespodziewanie zmienia temat – jak w ogóle można napisać coś takiego? Takie gówno? – Gówno? – A jak to nazwać inaczej? – Dziennikarz tym razem uśmiecha się całkiem szeroko. Już wie, że chyba polubi jednego z bohaterów reportażu, jaki właśnie zaczął. Policjant sprawia na nim dobre wrażenie. – Tak, myślałem o tym – opowiada. 5 – A jest pan miłośnikiem literatury? – To za dużo powiedziane. Sporo jednak czytam. Chciałbym więcej. Ale wiadomo… – Brak czasu? – Właśnie. – Rozumiem. – Glina, wypuszczając dym, mówi wolno. – A ja, widzi pan, nie jestem ani miłośnikiem literatury, ani nie lubię czytać. A to – żarzącą się koń- cówką peta wskazuje książkę – musiałem przeczytać słowo po słowie. Na stoliku pomiędzy nimi leży paczka długich, cienkich super slimów. Absurdalny rekwizyt. Dzienni- karz wolałby napisać o Radomskich albo chociaż Gau- loises’ach. Wtedy wizerunek gliny w reportażu mógłby być bliższy stereotypowi. Bliższy temu, o czym czytel- nik chciałaby przeczytać. Ale prawda jest mniej cie- kawa. – Aż tak źle? – Znacznie gorzej – odpowiada glina. – Masłowska przy tym to Na jagody. Szczepańska tym bardziej. Dziennikarz rozsiada się wygodniej. Odniósł iden- tyczne wrażenie, kiedy wziął Komę po raz pierwszy do ręki i przebrnął przez cztery rozdziały początku. Lecz nie chce mówić o sobie. – A jednak to utwór wyjątkowy – zauważa. – Chodzi panu o treść? – Bardziej o formę – chłopak dodaje od razu. – Autor stworzył utwór jedyny w swoim rodzaju, praw- da? 6 – Jeśli o to chodzi – zaperza się glina – już mówi- łem. To zwyczajne gówno. Tanie porno. Gniot styli- zowany na powieść. Chore zapiski psychola, który za grosz nie ma dobrego smaku. – Dla wielu to dzieło sztuki. – Tak, on wielu na ten lep rzekomej sztuki złapał – przyznaje Jagodnikow, znów celując papierosem. – Proszę się jednak nie oszukiwać, to nie sztuka. – A co? – Efekciarstwo. – Tak czy inaczej nie może pan, komisarzu, od- mówić autorowi oryginalności. – I tu się pan myli. Mogę. Wszystko mogę, bo ob- serwowałem tego człowieka przez kilkanaście miesię- cy. Znam go dokładnie. Rozgryzłem i po pięciu latach dopadłem. Nie jest oryginalny. Nie jest niezwykły. Nie zrobił nic szczególnego. Jest taki sam jak każdy mor- derca. Nienormalny i zdeprawowany. – Tak pan naprawdę uważa? – To zwykły gnój – zacietrzewia się glina. – Pan z nim jeszcze nie rozmawiał? – Niespodziewanie znów zmienia temat. – Mam zgodę na widzenia. – Na Kleczkowskiej? – Tak. – To dobrze. Otworzą się panu oczy. – Co pan przez to rozumie? Glina zamyśla się chwilę, jakby szukał odpowied- nich słów. Takich, które mogłyby oddać dokładnie to, 7 co chce przekazać. Ale one nie istnieją. Jagodnikow nie umiał ich nigdy znaleźć. Pewnie dlatego nie zrobił kariery w policji. A w karierze słowa pomagają czasem więcej niż czyny. – Proszę być bardzo czujnym. – Jest niebezpieczny? – Nie o to chodzi. Jest niebezpieczny, to jasne, choć nic panu nie zrobi. Prawdopodobnie jednak, pro- szę się nie gniewać za to, co powiem, będzie pan dla tego człowieka tylko płotką. Przez jakiś czas – nawet atrakcyjną. – W jakim sensie? – Wymanewruje pana tak, jak sobie to wcześniej obmyślił. A zrobił to z pewnością. Nic by nie zyskał, gdyby miał pana zabić. Żywy jest pan dla niego cen- niejszy. Więcej zyska, przeciągając kogoś takiego jak pan na swoją stronę. – Pan wybaczy, panie komisarzu – odpowiada dzien- nikarz pewny siebie – jestem młody, ale to nie mój pierwszy reportaż. Rozmawiałem już nie raz z różnymi ludźmi. Z kryminalistami także. – To świetnie. Sęk w tym, że to nie jest typowy kryminalista – rzuca glina enigmatycznie. – No dobrze – zmienia temat po raz kolejny – więc co pan o nim pomyślał, przeglądając to jego wiekopomne dzieło? – Świetnie operuje słowem. Jako dziennikarz do- skonale to widzę. – Tak? Co jeszcze? 8 – Ma ogromną wyobraźnię i jest świetnym obser- watorem. Sądzę, że jako pisarz mógłby wiele osiągnąć. – Nie tylko jako pisarz. Skurwiel jest szalenie inteli- gentny. Badaliśmy go na wariografie. Proszę sobie wy- obrazić, że prawie potrafił oszukać to urządzenie. – Czy to coś niezwykłego? – Czy ja wiem, w zasadzie nie. – Glina pozwala so- bie na bezpardonową ironię. – Mniej więcej dla poło- wy procenta populacji. Jeden na dwustu to potrafi. – Mierzyliście mu iloraz? – Jasne. – I jaki osiągnął wynik? – A jak pan myśli? – W granicach stu sześćdziesięciu? – Niewiele się pan pomylił. Dokładnie o dwadzie- ścia pięć punktów. – Sto trzydzieści pięć – dziwi się dziennikarz – to wynik wysoki, ale nie taki szczególny. – Zgadza się. Tyle że nasz pisarz ma sto osiemdzie- siąt pięć. Dziennikarz spogląda na gaszącego niedopałek po- licjanta. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Przez chwilę czuje satysfakcję, że to jemu stary przydzielił „reportaż o pisarzu oskarżonym o zabójstwo opisane w swojej powieści” – jak usłyszał dzień wcześniej w gabinecie naczelnego. Zaczyna się robić coraz cieka- wiej – myśli. – No tak – przyznaje po chwili – nic dziwnego, że potrafił coś takiego napisać. Jednak, panie komisarzu, 9 nie mam najmniejszych wątpliwości: to oryginalna książka. – Oryginalna? Czy ja wiem… No dobra – przyzna- je z niechęcią – tego nie można jej odmówić. – I wyjątkowa. Rzadko przecież książki bywają do- wodem w sprawie o zbrodnię, prawda? – I tu akurat się pan myli. Koma nigdy dowodem nie była. – Tak powszechnie się sądzi. – Owszem. Tak powszechnie się sądzi – powtarza z sarkazmem policjant – ponieważ to wy, dziennikarze, dopisaliście ostatni jej rozdział w gazetach i telewizo- rach. Ale prawda jest zupełnie inna. – I dlatego chciałem z panem porozmawiać. – Co chce pan przez to powiedzieć? – Chcę znać prawdę. Chcę wiedzieć, jak było w rzeczywistości. To, jak było z książką. – To nie takie proste – zaczyna glina. – Książka by- ła tylko punktem wyjścia. Fakt, początkowo przypusz- czaliśmy, że będzie dowodem. Prokurator przedłożył ją nawet jako poszlakę. Ale ostatecznie stało się zupeł- nie inaczej. Sąd już przy pierwszej sprawie odrzucił ją. Dowody były zupełnie inne. – Zamieniam się w słuch. 10 2. Dariusz Laba jest przeciętnym mężczyzną około trzydziestki. Tamtego dnia, kiedy spotykają się w od- osobnionej celi po raz pierwszy, w oczach dziennika- rza niczym się nie wyróżnia. Prawie niczym. Bo chło- paka uderza to, że jak na więzienne warunki osadzony ubrany jest elegancko i schludnie. Sprawia tym nieco upiorne wrażenie – szykowny inteligencik w pedan- tycznie wyprasowanym pasiaku. – Dzień dobry – zaczyna. – Mam zgodę na kilka widzeń z panem. Pracuję nad reportażem o panu. Chciałbym… – Czy ma pan legitymację prasową? – Mam. – Czy mogę ją zobaczyć? – Oczywiście. Laba przez chwilę skrupulatnie mierzy dziennikarza. Chłopak z trudem wytrzymuje jasnobłękitne, wyjąt- kowo zimne spojrzenie. Cyniczne i niewzruszone. Więzień zerka na legitymację tylko ułamek sekundy. Chwilę później tę samą, kamienną twarz zdobi uprzejmy uśmiech. – Pracuje pan od niedawna, prawda? – rzuca, mru- gając prawym okiem. – Faktycznie. – Jagodnikow przysłał tu pana? – Nie. Ale pytał o pana. – Więc już pan z nim rozmawiał. 11 – Owszem. – To dobrze. Cieszę się, że pan przyszedł. Sprawia pan wrażenie porządnego człowieka. Opowiem panu z przyjemnością o wszystkim, o co pan zapyta, i to ze szczegółami. Jeśli, naturalnie, będzie pan miał ochotę do końca mnie wysłuchać. Dziennikarz, włączając magnetofon, czuje, że ma dłonie od wewnątrz pokryte potem. Wzdłuż kręgo- słupa, niczym echo słów Laby, przebiega go nieprzy- jemny dreszcz. Siląc się na uśmiech, odpowiada, aby zmniejszyć napięcie. – Oczywiście, po to tutaj przyszedłem. – Doskonale. – Jestem już, panie Laba, gotów. Możemy zaczynać? – Jasne. – Mogę zrobić zdjęcie? – Nie mam nic przeciwko. Dziennikarz celuje obiektywem w rozmówcę, usta- wia ostrość. Migawka aparatu strzela kilka razy, chło- pak odkłada aparat i zachęca: – Proszę więc opowiedzieć o wszystkim od począt- ku. – Mieszkałem wtedy u rodziców – mówi morderca po chwili zastanowienia. – Wyszedłem do apteki po lekarstwa dla nich. We wrześniu wieczory są jeszcze ciepłe, więc stałem tylko w klapkach, krótkich spodenkach i T-shircie. Nagle ktoś zarzucił mi worek 12 na głowę – mówi spokojnie i bardzo wyraźnie – ude- rzył w brzuch i powalił na trotuar. – Co pan pomyślał? – Że napadli mnie skinheadzi. – Dlaczego oni? – Nie wiem, pewnie podświadomie wtedy się ich bałem. Zresztą co może sensownego przyjść człowie- kowi do głowy w takiej chwili? Na dodatek gdy kopią w brzuch? – Co było dalej? – Wykręcili mi ręce, skuli kajdankami i wrzucili do samochodu jak worek. Wtedy już wiedziałem, że to nie skini. – Skąd? – Podsłuchałem, jak jeden z nich rozmawia przez telefon. – Co pan słyszał? – Powiedział: „Szefie, mamy skurwysyna. Żyje jeszcze”. – Co było potem? – Nie miałem pojęcia, o co chodzi ani kim są ci lu- dzie. Wiedziałem tylko, że działają na czyjeś zlecenie. Słyszałem, że jest jakiś szef. Czułem, że gdzieś mnie wiozą, okazało się, że do lasu. Tam grożono mi śmier- cią i aresztem. Byłem pewny, że to jakaś cholerna po- myłka, jakieś totalnie nieporozumienie. – Nie wiedział pan, że pana aresztowano? – Nie! Absolutnie. – A kiedy się pan o tym dowiedział? 13 – Dopiero na komendzie. Po kilku godzinach. Po- wiedziano mi, że zostałem zatrzymany, i tyle. Zaczęły się przesłuchania. Krzyki: „Przyznaj się!” – opowiada pisarz, smutno wpatrując się w dziennikarza znad dru- cianych oprawek. „My wszystko już wiemy, nureczku, będziesz teraz w szambie nurkował”. – Nureczku? – Jestem od lat instruktorem nurkowania – wyja- śnia. Po chwili dodaje: – Byłem. – Rozumiem – notuje dziennikarz. – Proszę mówić dalej. Więzień waha się chwilę. Poprawia okulary. Ma czarne, bujne włosy i pociągłą twarz. Ciągle nie robi dobrego wrażenia. Jest w nim coś niezwykłego, co ka- że chłopakowi nieustannie mieć się na baczności. Wi- dać, że od więźnia bije głęboko skrywane, ale ogromne zmęczenie. – Byłem przerażony – zaczyna po chwili. – Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z policją. Nawet mandatu za przekroczenie prędkości nie dostałem! Pan wierzy? – zwraca się wprost do dziennikarza. – W tym sensie można powiedzieć, że jest pan szczęściarzem. – Tak. Szczęściarzem! – powtarza kpiąco. – Tyle że od tamtej chwili moje życie wywróciło się do góry no- gami. Takie to szczęście. I wie pan, co w tym wszyst- kim było najgorsze? Nie miałem pojęcia, z jakiego powodu! – Nie powiedziano panu, o co jest pan oskarżony? 14 – Nie – odpowiada z przejęciem. – I o to chodzi. Właśnie o to chodzi! Nie wiedziałem. Pytałem: „Lu- dzie, dlaczego? Dlaczego?” – powtarza, unosząc ciem- ne brwi. „O co wam chodzi? Za co mnie zatrzymaliście?”. – I co powiedzieli? – „Za to, że jesteś jedyny w swoim rodzaju” – od- powiada, z niedowierzaniem kiwając głową, tak jakby to, że rozmawiają teraz w zakładzie karnym, nie było prawdą. Jakby było śpiączką, z której zaraz się obudzą i wrócą do życia. Ale to nie był sen. To naprawdę się stało. 3. – To był koniec jesieni dwutysięcznego roku – od- powiada Jagodnikow bez namysłu. Brzuch wylewa się glinie przez pasek od spodni, ale widać, że pamięć ma doskonałą. Czerwona twarz sprawia, że łysy, niepozorny i na pierwszy rzut oka łagodny człowieczek zupełnie nie wygląda na byłego oficera Wydziału Zabójstw Dolnośląskiej Komendy Wojewódzkiej. – Dokładnie pamiętam ten dzień. Bez mrozu, ale ciągle mżawka albo wiatr. Kiedy go znaleźliśmy, już nie padało, ale dalej był ziąb jak cholera. Błoto jak w świńskim chlewie – wspomina. – Potem musiałem ły- kać tabletki na przeziębienie. Zima, dokładnie gru- 15 dzień. Tyle że dla tamtego wszystko skończyło się w listopadzie. Prawie o miesiąc wcześniej. – Tamtego? – Dla ofiary – prostuje glina. – Jak odkryliście zwłoki? – Dostaliśmy wezwanie nad Odrę. Wioska nazywa- ła się Chobienia. Wędkarze zauważyli ciało przy brze- gu. Już wtedy wiedziałem, że to jeden wielki syf. – W jakim sensie? – Dziś jestem na emeryturze. Wtedy miałem prawie dwadzieścia pięć lat służby. Większość przerobiłem w dochodzeniówce, a i tak czegoś podobnego nie widzia- łem. Nigdy. – Wiem, że ofiara była naga – dodaje dziennikarz. – E tam! Naga. To bzdura! Facet miał slipki, koszul- kę i bluzę. – Ale butów nie miał? – No właśnie, nie miał. Ale naszą uwagę zwróciło też co innego. – Co? – Był związany, ale w niecodzienny sposób. – W gazetach nazwano to nietypową kołyską? – Tak to nazwaliśmy, a wy, dziennikarze, jak zrobi- ło się o tym głośno, powtarzaliście to jak papugi – mówi z niesmakiem. – Widać nie darzy szacunkiem przedstawicieli dziennikarskiej profesji. Jak większość policjantów. A już szczególnie ci z dochodzeniówki. Redaktor wie o 16 tym, ale mało go to obchodzi. Potrzebuje gliny, żeby zrobić dobry reportaż o zbrodni. I tyle. – O co chodzi z tą nietypową kołyską? – Wiąże się delikwenta jednym kawałkiem liny – wyjaśnia glina, demonstrując na sobie. – Kostki u nóg trzeba związać z nadgarstkami. Z tyłu, za plecami… – …a drugi koniec liny – podchwytuje dziennikarz – z szyją? – Właśnie! Związany, prostując się, będzie się dusił. – Rozumiem. – Jak na gimnastyce – kołyska. Było w tym coś poni- żającego. – Poniżającego? – Niech pan pomyśli. Jak się chce kogoś załatwić, to najlepsza jest kulka w łeb. Jak klamki brakuje, to nóż w żebra, ewentualnie – przepraszam za słowo – wpierdol, aż gość zejdzie. Nikogo się nie topi. A jeśli już, to nie tak związanego. Zgodzi się pan, prawda? – Faktycznie. – No właśnie. A tutaj mieliśmy ofiarę zabitą jakby przy okazji. – O czym pan pomyślał, widząc ofiarę? – Że mordercy najbardziej zależało na upokorzeniu tego mężczyzny. Ktoś, kto to zrobił, musiał tego face- ta naprawdę mocno nienawidzić. – Więc zemsta? – Widzę, że nie jest pan głupi. Zemsta w ogóle jest jednym z najczęstszych motywów zbrodni. 17 – Myślałem, że ludzie najczęściej mordują dla pie- niędzy. – Ludzie mordują generalnie z czterech powodów – ucina policjant – z zemsty albo pieniędzy. – To dwa są przecież… – Pieniądze to władza. Zemsta to baba. Są cztery? 4. – Znała pani Krystiana Jankowskiego? – Znałam – odpowiada zdawkowo kobieta. Julia, była żona oskarżonego, jest przed czterdziest- ką. Dla dziennikarza w wieku niespełna dwudziestu sześciu lat w ogóle nie jest atrakcyjna. Na dodatek ma zniszczoną twarz, wygląda na starszą. – A coś więcej? Wydaje się, że wolałaby nie wracać do tamtej spra- wy. Dziennikarz za chwilę ma się dowiedzieć, co jest prawdziwym tego powodem. – To nie takie proste. – Zdaję sobie sprawę. Ale proszę spróbować – za- chęca. – Muszę więc wrócić do czasów, zanim to wszyst- ko się wydarzyło. Inaczej niczego pan nie zrozumie. – Chętnie posłucham. – Darka, to znaczy mojego byłego męża – popra- wia się – poznałam jeszcze na studiach. Prawda jest taka, że wszystkie kobiety zwracały na niego uwagę, mimo że chudy on taki, mizerny. Ledwie metr siedem- 18 dziesiąt wzrostu. A jednak wszystkie się za nim ogląda- łyśmy jak głupie. Wiem, że to dziwne. Sama nie potra- fię tego zrozumieć. W ogólniaku nazywano go nawet Amor. On jednak interesował się tylko książkami. – A kobiety? – Dziwny był od samego początku. Zwracał uwagę tylko na szare, niepozorne myszki. I zawsze starsze od niego. – A pani? – Darek jest dwa lata młodszy. – Rozumiem, proszę mówić. Kobieta nabiera powietrza w płuca. Unosi delikat- nie ramiona, jakby przyjmując na barki niewidzialny ciężar wskrzeszanych w pamięci wydarzeń. – Przez pierwsze lata studiów zajmował się tylko Frommem, Nietzschem i Arystotelesem. Całe noce ślęczał nad ich dziełami. – Studiował filozofię, tak? – Tak. – Kobieta znów się zamyśla. – Ale na trze- cim roku wszystko się zmieniło. – To znaczy? – Książki poszły w kąt. Rzucił się w wir zabawy. Wtedy też wyszłam za niego. – Poznaliście się na studiach? – Nie. Znałam go już wcześniej. Poznaliśmy się, kiedy uczył się jeszcze w liceum, w klasie maturalnej. Byłam wtedy studentką na praktyce w jego klasie. – W jakim mieście? 19 – W Legnicy. Studiowałam we Wrocławiu, ale praktykę zrobiłam w swoim rodzinnym mieście. Kiedy Dariusz po maturze przyjechał do Wrocławia, nie mia- łam wątpliwości, że czeka go kariera akademicka. – Skąd ta pewność? – Wszyscy tak uważali. Zresztą – kobieta macha ręką – to było oczywiste. Zawsze miał same piątki. Nic dziwnego, że poszedł na uniwersytet. – Ale kariery akademickiej mąż nie zrobił? – Były mąż – poprawia kobieta. – Nie zrobił – przyznaje. – Ale pewnie tylko dlatego, że to go kom- pletnie nie interesowało. Wolał zarabiać pieniądze. Dlatego założył firmę. – Jaką? – Właściwie to firmy były dwie. Pierwsza, sprząta- jąca biura. Ten interes nie wypalił. Darek to szalenie inteligentny facet, to mi się w nim podobało, ale nie miał ręki do interesów – wspomina kobieta, jakby mówiła o nieboszczyku. – Pierwsza branża nie wypali- ła, więc wziął się za agencję reklamową. – Agencja też padła? – Tak, ale dopiero po naszym rozwodzie. – Jak do niego doszło? – Przez jego zazdrość. Wie pan, na początku nawet mi to schlebiało. Śmiałam się, kiedy pół żartem, pół serio wymyślał absurdalnych kochanków. Z czasem zaczęło mnie to jednak męczyć. To przestały być żar- ty. Jego zazdrość zaczęła mnie doprowadzać do szału. Gdy mąż zaczął pić, zaczęły się kłótnie, awantury. 20 Aż doszło do tego, że mnie uderzył. Dowiedziałam się też, że sam nie był w porządku wobec mnie. – Miał romans? – Romans?! Żeby tylko! Zdradzał mnie przy każdej okazji. Bez wyrzutów sumienia i bez skrywania się z tym. Prowadził życie jak kawaler. Noce spędzone w dyskotekach albo nie wiadomo gdzie i powroty nad ranem w stanie kompletnego pijaństwa. Czasem nie było go kilka dni. A jak mówiłam, miał powodzenie. Więc co mogłam myśleć? – Rozumiem. – Kiedy mnie uderzył, nie wytrzymałam. Nie mogłam tego znieść. – Wezwała pani policję? – Nie o to chodzi. Policję wezwałam, zgadza się, ale dopiero później. Tamtej nocy, kiedy pierwszy raz mnie uderzył i pchnął na meble, podjęłam decyzję. Zabrałam chłopca, spakowałam się i przeprowadziłam do mamy. – Macie syna? – Tak, ale proszę o niego nie pytać. – Kobieta twardo stawia warunek. – On nie jest niczemu winien. – Oczywiście, ma pani moje słowo. – Dziękuję. Wracając do małżeństwa – to, co zro- biłam, niewiele dało. Może poza tym, że upewniłam się co do Darka. – W jakim sensie? – Że się nie zmieni. – Wniosła pani o rozwód? 21 – Tak. Myślałam o tym od roku. Darek mnie na- chodził, jego zazdrość nie była już chorobliwa, to przerodziło się w paranoję, w jakąś chorą obsesję. Był naprawdę nie do zniesienia. A potem poznałam Krystiana. 5. Dziennikarz, przywitawszy się, odniósł wrażenie, że kobieta spojrzała na niego z zainteresowaniem. Jest zadbana, dość atrakcyjna i widać, że lubi zabawę. – Proszę powiedzieć parę słów o sobie – prosi ko- bietę. – Zgodziłam się na rozmowę – zaczyna jakby z obawą – tylko dlatego, że obiecał pan anonimowość. Mogę na nią liczyć? – Oczywiście. Gwarantuję to pani, ale muszę wie- dzieć, co panią łączy z tą sprawą. – Dobrze, rozumiem. – Kiwa głową. – Jestem przyjaciółką Julii, to znaczy żony Darka – zaczyna. – Stąd znam go doskonale. Poza tym byłam jego księgową. – Podobno był bardzo zazdrosny? – Zazdrosny? Nie, to nieodpowiednie słowo, pro- szę pana. Ten facet miał obsesję. Pierdolca. I wydaje mi się, że to właśnie jego zazdrość była powodem ca- łej tragedii. – Mówi pani o morderstwie Krystiana Jankowskie- go? 22 – No a o czym mam mówić? Jasne! Ale nie tylko. Zazdrość przyczyniła się tego do rozpadu ich małżeń- stwa. No i jego niewierność. – A czy żona dawała panu Labie powody? – Powody do zazdrości? – Tak. – Raczej nie – waha się księgowa. – Może dopiero kiedy założyła sprawę. Małżeństwo przecież już się nie liczyło. Nic dziwnego, że Julka poczuła się jak roz- wódka. Uważam, że miała do tego prawo. – Prawo do spotkań na boku? – Dlaczego na boku? Mówię przecież: o rozwód wniosła. Nie dostała, ale wniosła. Wystarczy. Ja bym nie miała skrupułów i umawiała się, ile wlezie. – Rozumiem. – A! – Kobieta przypomina sobie coś jeszcze. – I wyprowadziła się przecież. Nie mieszkali razem. Wte- dy spotkała się jeden raz z innym mężczyzną. Dariusz potem go za to zabił. – Zabił? Jest pani pewna? – Dowodów nie mam, nie widziałam. Nikt nie wi- dział. I nikt dowodów nie ma – dodaje pośpiesznie, jakby na potwierdzenie. – Ale wszystko na to wskazu- je. – Wszystko? – No! Nawet ta jego pokręcona książka. I tak zresz- tą orzekł sąd, prawda? – Faktycznie. 23 – No właśnie. Wystarczy. A jak się popatrzy z bo- ku, to cała reszta też przecież pasuje. – Co dokładnie? Proszę o tym powiedzieć. – Ich małżeństwo rozpadło się ostatecznie na rok przed morderstwem. W tysiąc dziewięćset dziewięć- dziesiątym dziewiątym roku. Ale Darkowi to nie wy- starczyło. Julki, wynajął prywatnego detektywa. Groził jej. kochanków Śledził – Groził? – Pisał e-maile w stylu: „Niech cię jebie każdy przybłęda, którego spotkasz” albo, ten dobrze pamię- tam: „Kolejarz… Hm, ma hotele kolejowe, więc mo- gliście się pierdolić w tych brudnych klitkach. Mam prawo wiedzieć, kim jest ten gach, w czym jest lepszy ode mnie?”. – Skąd pani o nich wie? – Julka pokazywała mi te e-maile. – Rozumiem. – To jeszcze nie koniec. Dariusz sam się pogrążył. Wykrzyczał na imprezie sylwestrowej, że zabił już kie- dyś jednego jej kochanka i to samo zrobi z następny- mi. – Była pani tego świadkiem? – Ja nie. Opiekunka ich dziecka. – To skąd pani o tym wie? – Słyszałam, jak opiekunka zeznawała to w sądzie. – Rozumiem. Proszę powiedzieć: jak pani Laba po- znała Krystiana? 24 – Normalnie. W pubie. To było kilka miesięcy przed zabójstwem. Sama ją do tego pubu zaciągnęłam. Chciałam, aby koleżanka się rozerwała. Wiadomo, rozwód to nic fajnego. A potem zaczęli się spotykać w hotelu Prezydent, ale ich znajomość nagle się urwała. Romansu nie było. – Wie pani dlaczego? – Jasne – odpowiada bez wahania. – Nie sprawdził się. – Nie sprawdził się? W jakim sensie? – No, wie pan – mówi z ironicznym uśmieszkiem – jako mężczyzna. 6. – Jak go pani poznała? – To było w pubie Szalony Koń. We Wrocławiu. Wyciągnęła mnie tam przyjaciółka, księgowa Darka. To było latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. – Proszę opisać pana Jankowskiego. – Pomyślałam, że jest bardzo atrakcyjnym typem. Wysoki, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, zbudo- wany jak prawdziwy mężczyzna. Kawał chłopa. Twarz pokryta gęstym, czarnym zarostem, a do tego długie, rozpuszczone włosy. Taki, wie pan – kobieta szuka odpowiedniego słowa – szorstki. – Przystojniak? 25 – Tak, oczywiście. I do tego czarujący. Stałam przy barze, nagle podszedł i zapytał: „I gdzie te frytki?”, udając, że bierze mnie za kelnerkę, chociaż wyczułam oczywisty i nieukrywany podryw. Jego też to bawiło. Widziałam, że Krystianowi nie brakuje niczego w portfelu. Może to śmieszne, ale przypominał Thomasa Andersa. – Z Modern Talking? – Tak. Jako małolata kochałam się w nich. Wiesza- łam plakaty ze „Świata Młodych” i zasłuchiwałam się w ich piosenkach. Krystian swoim pojawieniem się przypomniał mi odległe czasy. Poczułam się znów jak wolna kobieta. – Czym się pan Jankowski zajmował? – Miał agencję reklamową. – Podobna branża jak w państwa firmie. – Dariusza firmie. – Rozumiem. Tak czy inaczej postanowiła się pani umówić z panem Jankowskim? – Właściwie Darek jest sam sobie winny. – Jak to? – Kiedy dowiedział się, że byłam w Szalonym Ko- niu, zrobił kolejną awanturę. Wtedy pomyślałam: a co mi zależy? Postanowiłam zadzwonić do Krystka. Umówiliśmy się. Zjedliśmy kolację, potem pojechali- śmy do jego biura. Spotkanie skończyło się w hotelu Prezydent, ale – szybko dodaje – do niczego nie do- szło. – Dlaczego? 26 – Przyznał, że jest żonaty, choć nie układa mu się z żoną. Już dwukrotnie wyprowadzał się od niej, a ona dwa razy złożyła pozew o rozwód i wycofywała go. Dręczyła go, że nie rozwija firmy, nie inwestuje. Sama, zamiast się zająć domem i urodzić dziecko, była sze- fową dobrze prosperującej i to własnej spółki. Ale w ciążę zajść nie potrafiła. Potraktowałam tę sprawę honorowo. Jako że sama byłam zdradzana przez męża, nie chciałam takiego świństwa robić innej kobiecie. Natychmiast zerwałam znajomość. Więcej się nie spo- tkaliśmy. I dobrze, bo Krystian podobno zaczął zdra- dzać żonę ze swoją miłością z lat szkolnych. Tak czy inaczej mój mąż dowiedział się o tym spotkaniu. Przy- szedł pijany do mieszkania matki. Awanturował się. Wiedziałam już, że Darek wie, jak wygląda Krystek, gdzie się spotkaliśmy. Znał nawet numer pokoju, do którego poszliśmy w hotelu. – Śledził was? – Wynajął detektywa. – Skąd pani o tym wie? – Przyznał się. – Co powiedział? – „Wiem, z kim się spotykasz, ździro. Przyznaj się, pieprzysz się z Jankowskim” i takie tam. „Wynająłem detektywa, żeby was śledził”. – Rozumiem. – Zadzwoniłam po policję. Zanim przyjechali, Darka już nie było. Wrócił, jak odjechali, wtedy pobił 27 mnie i mamę. Zrobiłam obdukcję, zgłosiłam się na policję. Założyli mu Niebieską Kartę. – Co to takiego? – Teczka dla znęcających się nad swoją rodziną. 7. – Na sekcji wyszło – ciągnie komisarz – że Jan- kowski dostał też kilka razy nożem. Na szczęście, cho- ciaż denat prawie nic nie miał przy sobie, nie było problemu z identyfikacją zwłok. – Dlaczego? – Bo duży był. – Zgłoszono jego zaginięcie? – Mało powiedziane. Żona, matka i przyjaciele przez miesiąc szukali go po całym Wrocławiu. Całe miasto oklejono plakatami ze zdjęciem i rysopisem. Matka poszła nawet do jasnowidza. Zeznała, że ten powiedział jej o krzyżu, który nad nią wisi. – Niewesoła przepowiednia. – To nie wszystko. Jasnowidz powiedział też, że syn jest gdzieś, gdzie jest zimno, ciemno i głęboko. – To by się zgadzało – przyznaje dziennikarz. – Znaleźliście go przecież w Odrze. – Tak. – Wierzy pan, panie komisarzu, w jasnowidzenie? – Kościół nie uznaje jasnowidzów. Ja też. Nie wie- rzę. Bardziej interesują mnie fakty. Tyle że proroctwo po sekcji dziwnie pasowało. 28 – Dlaczego? – Patolog stwierdził, że zanim Jankowskiego za- mordowano, wcześniej przez około trzy dni go bito, głodzono, a dopiero potem wrzucono do wody. – Umarł od zadanych ran czy się utopił? – Tego nie dało się nam ustalić. Wiedzieliśmy, że zaginął trzynastego listopada, a zgon prawdopodobnie nastąpił między szesnastym a siedemnastym listopada. – Rozumiem. Po sekcji wszczęliście dochodzenie? – Tak, głównie przesłuchiwaliśmy świadków. – I co udało się ustalić? – Pracownica Jankowskiego zeznała, że w dniu za- ginięcia ktoś zadzwonił i złożył zamówienie na tablice reklamowe. Około czwartej po południu w biurze po- jawiło się dwóch mężczyzn. Szef z nimi wyszedł. – Jednym z nich był Laba? – Ułatwiłoby nam to sprawę – policjant zapala pa- pierosa z uśmiechem – ale nie. Niestety. – Więc kim byli ci ludzie? – Nigdy tego nie ustaliliśmy. – Czyli niewiele wiadomo. – Nie do końca – zaprzecza Jagodnikow, wypu- ściwszy dym. – Dowiedzieliśmy się, że zanim Jankow- ski znikł, ktoś zadzwonił do jego matki, też w sprawie tablic. Matka odesłała rozmówcę do syna. – Podając jego telefon? – Tak. Jankowski tego dnia też do niej zadzwonił. – Ostatni raz? – Tak. 29 – Czyli dalej prawie nic. – Otóż nie – Jankowski zostawił samochód przed biurem. Pojechał z rzekomymi kontrahentami, a jak zeznała pracownica, nigdy nie miał w zwyczaju tak robić. To wskazywało, że prawdopodobnie znał ludzi, z którymi wyszedł. – Czy Laba znał Jankowskiego? – Uparcie twierdził, że nie. – No a jakieś inne dowody? Krew, odciski palców, DNA? – Nic. – Więc sprawę zamknęliście? – Tak, ale nie od razu. Ostatnią szansą był dla nas Fajbusiewicz. – Kto? – Fajbusiewicz – powtarza policjant. – No, ten od „997”. – A! „Magazyn Kryminalny 997”? – Właśnie. – Pomógł coś? – Po emisji długo myśleliśmy, że program nic nie dał. To, że jednak nam pomógł, okazało się dopiero po latach. – Co było dalej? – Po programie, w maju dwa tysiące pierwszego roku, prokuratura umorzyła śledztwo. – Niebywałe. Zbrodnia doskonała? 30
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Koma
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: