Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00566 011231 10700663 na godz. na dobę w sumie
Komisarz Koman. Kły - ebook/pdf
Komisarz Koman. Kły - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 580
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3942-4421-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Motywem i jednocześnie wątkiem przewodnim powieści jest zabójstwo syna senatora, szanowanego, młodego biznesmena, doskonale rozwijającej się firmy informatycznej - Adriana Stermana. Morderstwo zostało dokonane w sposób niespotykany dotąd, w kronikach kryminalnych. Śledztwo prowadzi komisarz Komendy Stołecznej Pavel Koman, asystuje mu nowicjuszka w Wydziale Zabójstw, powabna podkomisarz Malwina Błońska. Partnerzy odkrywają najbardziej mroczne sekrety kluczowych postaci.
Aby najlepiej zobrazować fabułę, przytoczę niewielki fragment, w którym komisarz Pavel Koman (główny bohater powieści, oficer Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej, z pochodzenia jest Czechem, stąd takie imię) powiadamia o okolicznościach morderstwa żonę i ojca ofiary. Oto ten fragment:

 'Pozwolą państwo, że przejdę od razu do rzeczy.
 Inspektor Faber, prowadzący wstępne czynności dochodzeniowe i kryminalistyczne, przekazał nam dokumentację, dotyczącą znalezienia zwłok Adriana Stermana. Ciało wyłowił z morza trawler rybacki w okolicach Gdyni. Bezpośrednią przyczyną śmierci, był atak drapieżnika z rodziny kotowatych. Przegryzienie tętnicy szyjnej i liczne obrażenia zewnętrzne, spowodowały śmierć w wyniku wykrwawienia. Eksperci z Uniwersytetu Gdańskiego i Zakładu Zoologii w Warszawie, poproszeni o opinie, sporządzili szczegółową ekspertyzę, z której wynika, iż tym drapieżnikiem był prawdopodobnie kuguar. Bardziej znany, jako puma. Na wolności żyje w obu Amerykach. Zwierzęta te, w naszym kraju, zobaczyć można jedynie w niewoli, głównie w ogrodach zoologicznych. Zarejestrowane są również w trzech towarzystwach cyrkowych. Przeprowadzone wywiady policyjne, zeznania opiekunów zwierząt, ciągły monitoring, nie potwierdzają jednak przypuszczeń, iż doszło tam do tak drastycznego wypadku. Podejrzewamy, że osobnik tego gatunku, musi znajdować się nielegalnie w prywatnych rękach.
Niestety, to nie wszystko. Pański syn senatorze, był dotkliwie porażony prądem i uderzony w głowę tępym narzędziem. Wykluczono przypadkowość tych zdarzeń. Zrobiono wszystko, aby uniemożliwić identyfikację ofiary. Pośmiertnie został pozbawiony zębów i tatuażu na karku. To niewątpliwie morderstwo z premedytacją. Na razie nie wiemy, jak ciało znalazło się w morzu. Przypuszczalnie sprawca, bądź sprawcy, chcieli się go pozbyć w najbardziej skuteczny sposób. Przerwałem na chwilę. Senator miał łzy i wściekłość w oczach, Sandra Sterman gryzła knykcie lewej ręki, z których zaczęła sączyć się krew. Złapałem ją za przedramię. Zdjęła okulary i tępym wzrokiem spojrzała na swoją dłoń.'

Niestety, to nie jedyne morderstwo.
Cała historia jest opisana z perspektywy pierwszej osoby. 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Niniejszy utwór podlega ochronie prawnej na mocy ustawy o prawie autorskim. Ochrona prawa autorskiego jest chroniona z mocy prawa. Ni- niejsza powieść, całą swoją rozciągłością, obejmuje również wyłączność w prawie do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu. © Copyright by Zbigniew Wołowiec. Oświadczam, że niniejsza powieść jest czystą fikcją. Wszyst- kie sytuacje w niej zawarte są zmyślone i nie miały swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nazwiska, imiona, nazwy własne, zdarzenia i okoliczności, które mogłyby mieć swoje odpowiedniki w realnym świecie, są wyłącznie efektem przy- padku i powstały w wyniku kreacji twórczej autora, nie mają nic wspólnego z ich korelatami w realiach. Oczywiście niektó- re nazwy, marki, terminy i geograficzne oznaczenia są auten- tyczne i powszechnie używane. Nie mają jednak faktycznego powiązania z sytuacjami opisanymi w poniższym tekście. Jednocześnie oznajmiam, że niniejsza proza nie jest plagia- tem ani w części, ani w całości, a wszelkie cytaty innych twór- ców, mają swoje objaśnienia w odnośnikach i precyzują, kto jest ich autorem, jak również skąd pochodzą. Użyte w powieści nazwy znanych marek, w żadnym przy- padku, nie mają na celu promocji bądź reklamy, a służą jedynie uwiarygodnieniu opisanych sytuacji i zdarzeń, podkreślają cha- rakter i osobowość bohaterów. Kontekst ich użycia, w żaden sposób, nie służy ocenie jakości bądź wartości tych marek. Życzę przyjemnej lektury. Zbigniew Wołowiec 2 Komisarz Koman Kły (fragment) …Upłynęła może minuta i los się nad nami zlitował. Odezwał się „Clark”. – Przepraszam komisarzu, że to tyle trwało, ale kilku gostkom z „Magii”, nie spodobało się moje zainteresowanie dziewczyną. Mu- siałem ich przekonać, że nie mam złych zamiarów. Skoro tak mówił, to prawdopodobnie musiał komuś wybić zęby dla przykładu. „Clark” był chłopiskiem, który raczej nie uciekał od konfrontacji. Zazwyczaj był przekonujący. – Czy nadal jesteś taki przystojny?– zatroskałem się. – Ja owszem, ale dwóch moich adwersarzy będzie musiało udać się do kosmetyczki – zachichotał. Jego prostoduszność potrafiła zniewalać. Dużym kontrastem dla jego sympatycznego usposobienia, była mało przystojna twarz z wi- doczną rozległą blizną i rude włosy, pokrywające szczelnie prosto- kątną, wielką głowę. Blada cera usiana piegami dopełniała obraz tego typa o nordyckich rysach. „Clark” używał przemocy tylko wte- dy, kiedy został do tego zmuszony. Nigdy nie prowokował i jego trudno było sprowokować, mimo to, ci co go nie znali zazwyczaj czuli przed nim niemały respekt. – Gdzie jesteś? – spytałem krótko. – Na parkingu przy Ratuszowej. Północna Praga. Przy Konopac- kiej jest Hufiec, a zaraz za nim toporny, kilkupiętrowy budynek z ce- gły. Wysmukła bryła z jednym wejściem, obserwuję go na razie. Dziewczyna nazywa się Klaudia Staros. Razem z koleżanką wynaj- mują kawalerkę na trzecim piętrze. Koleżanka to Edyta Binek. To kurwy są… tak myślę. – Nie myśl zbyt intensywnie, zaraz tam będziemy. 3 Przebieg rozmowy był słyszalny w głośnikach. „Clark” rozłączył się, a my skierowaliśmy się na Most Gdański. Znalazłem go bez trudu. Wskazał nam budynek, sam został jesz- cze przy samochodzie. Powierzyłem mu Dellę, żeby się nie nudził. Słoneczny, przyjemnie upalny dzień, otaczał to dość ponure miejsce, malując na koszmarnych blokach radosne cienie. Zamiast korzystać z pięknej pogody, codziennie musieliśmy babrać się w brudzie. Mie- wałem chwile, kiedy nawiedzały mnie zmęczone myśli. Byłem czło- wiekiem z natury leniwym. Gdybym musiał wybierać między leże- niem beztroskim bykiem, a choćby minimalnym wysiłkiem, pozycja leżąca wydawała mi się bardziej atrakcyjna, ale w „Firmie” nie mia- łem takich wyborów. Policja nie daje człowiekowi wytchnienia. Je- żeli nie mogłem oddać się błogiemu lenistwu, to przynajmniej mo- głem sobie o tym pomyśleć. Tyle że zawsze wpędzało mnie to w po- nury nastrój. Popchnąłem ciężkie, niezgrabne drzwi z grubej blachy. Otworzyły się opornie, racząc uszy nieprzyjemnym zgrzytem. Na wpół rozbita zbrojona szyba, zagroziła całkowitym rozpadem. Znaleźliśmy się na chłodnej klatce schodowej, wymalowanej jak sen wariata. Rozczo- chrane myśli lokatorów, zapisane barwną kaligrafią, w większości nie nadawałyby się do cytowania w grzecznym gronie. Dominowały treści, które zapełniają słowniki wulgaryzmów w wielu europejskich krajach. Gdzieniegdzie tynk na ścianach nie wytrzymywał tego na- poru świństw i odchodził płatami do lepszych miejsc. Schody prowa- dzące spiralnie do góry były tak zdeptane, że niewiele z nich posia- dało jeszcze kanty. „Clark” nie znał numeru mieszkania, a na żad- nych drzwiach nie było oznakowań. Na każdym piętrze były dwa lo- kale. Zapukałem do pierwszych drzwi na trzecim segmencie. Za nimi, zniecierpliwiony głos zabulgotał coś niezrozumiale. Otworzył młody chłopak o dużych świetlistych oczach i tłustych włosach. Bokserki i poplamiony podkoszulek mówiły, że nie wybiera się na wernisaż. Za jego plecami stało jeszcze dwóch podobnych herosów. Zapytałem o panią Staros. Wszyscy trzej patrzyli na nas jak na obcych. I słusznie zresztą. Odezwał się ten na czele. – A ktoś ty kurwa za jeden. – W jego głosie była lekka obojętność, słowa te kierował do mnie, aczkolwiek patrzył w zupełnie innym kierunku. Pokazałem mu wytłoczoną blachę z napisem policja i nu- 4 merem służbowym. W ślad za nią ukazała się jego oczom plastikowa legitymacja, wszystko w jednej, eleganckiej, skórkowej oprawie. – Mógłbym zadać ci to samo pytanie, ale szukam dziewczyny. Je- steś tą dziewczyną? – Nie znam nikogo takiego. A wy? – zwrócił się do kibiców. Poki- wali smętnie głowami, wyraźnie zatroskani, że nie mają okazji po- móc przedstawicielom prawa i porządku publicznego. Wyłowiłem z koperty zdjęcie blondynki, najlepsze i największe, jakie miałem. – Zapamiętałbym taką laskę – wykrzywił usta, zadowolony ze swojej błyskotliwej odpowiedzi. Wielkie oczy błądziły mu gdzieś w okolicy bioder Malwiny. Ona zaś, szukała chyba kawałka czystego miejsca na jego podkoszulku. Z chęcią zatrzasnąłbym mu drzwi na nosie. Oddałem jej zdjęcia. – A kto mieszka obok? – zadałem kolejne podchwytliwe pytanie. – My tutaj żyjemy sobie, szanując czyjąś prywatność. Nie intere- sujemy się lokatorami. Nie obchodzi nas, kim są, co robią i za ile to robią. Kapujesz? – Taa. To bardzo szlachetne. Pewnie jesteś na tyle dyskretny, że jak widzisz kogoś w tym ceglaku, to odwracasz wzrok, żeby go tylko nie urazić. – Otóż to, wszyscy tak robimy panie sierżancie. – Chórem zare- chotali. Wesołe towarzystwo. – Zamknij więc drzwi i pielęgnujcie dalej swoją powściągliwość i lojalność. Nie mogę niestety obiecać, że już się nie spotkamy. – Zawsze do usług.– Zamknął drzwi. Zaraz potem usłyszeliśmy głośne okrzyki i odgłosy klaśnięć, przybijanych wzajemnie piątek. – Jesteś dziś wyjątkowo tolerancyjny – orzekła Malwina. – Nie tylko dzisiaj, to stała zaleta mojego usposobienia. Brwi poszły jej w górę, stanęliśmy przed drugim mieszkaniem. Zachęciłem koleżankę, żeby wysunęła się na czoło i też miała oka- zję, żeby się wykazać. Jej zaciśnięta piąstka stuknęła trzy razy. Po chwili powtórzyła trzykrotne pukanie. Chyba usłyszałem jakiś od- głos. Jakby kroki, ciche, ostrożne. Jeszcze kilkanaście sekund ciszy, po których metaliczny, przytłu- miony dźwięk zwolnił zamek u drzwi. Zostały uchylone jedynie na wąską szparę. Mniej więcej na tyle, aby zmieściły się oczy dziew- czyny o kasztanowych włosach, zebranych z boku w koński ogon. Malwina wymieniła poszukiwane nazwiska i przedstawiła nas. 5 Drzwi nieufnie zrobiły oścież. Tutaj też przywitały nas krótkie szorty i podkoszulek. Twarz dziewczyny wymagała renowacji, mały maki- jaż mógłby uczynić cuda. Była raczej ładna, choć wynędzniałe obli- cze nieco nadszarpnęło tę ocenę. Miała długie, szczupłe nogi, zero cellulitu czy innych mankamentów. – Tak. Ja jestem Edyta Binek, a o co chodzi? Policja? Mieszkamy tutaj legalnie, wynajmujemy tę kawalerkę, mamy umowę. – Nie przyszliśmy tutaj sprawdzać legalności umowy wynajmu – uspokoiła ją Malwina. – Chcemy porozmawiać z pani koleżanką Klaudią Staros. Jest w domu? – Zmęczone spojrzenie zrobiło się bar- dziej żwawe. – Proszę – powiedziała bez przekonania. Rozglądała się niepew- nie, jakby nie chciała zdradzić przyjaciółki, która ukryła się w koszu na śmieci. – Śpi w pokoju – wyjąkała wreszcie, odwróciła się i bez zachęcania nas do wejścia, przeszła w głąb korytarza, do rozjaśnio- nego słońcem pokoju. Stąpaliśmy za nią, po lewej stronie było wej- ście do wąskiej kuchni, po prawej zamknięte drzwi z małą karbowa- ną szybką, prawdopodobnie do łazienki. Pokój był malutką klitką w prostokątnym kształcie, pełnym damskich drobiazgów, ubrań i in- fantylnych plakatów, zdobiących obskurne ściany. Nie było tu żadnej wnęki, pierwszy rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, że oprócz dziewczyny, która otworzyła nam drzwi, nie ma tu nikogo więcej. Edyta Binek stała odwrócona do nas plecami i patrzyła przez okno nieruchomo. Też staliśmy osłupieni, oczekując jakiegoś wyjaśnienia. W tej krótkiej dwuznacznej chwili uchwyciliśmy cichy szmer za nami. Drzwi od łazienki otworzyły się na zewnątrz, przez niewielką szybkę ujrzałem jakiś kontur. Potem usłyszeliśmy trzask zamyka- nych drzwi wejściowych. Zanim oprzytomniałem i rzuciłem się do wyjścia, kliknięcie przesuwanej zasuwy zamka uświadomiło mi, że ktoś przekręcił klucz z drugiej strony. Szarpnąłem klamką, ale zbyt późno. – Zawiadom „Clarka” i pilnuj jej – krzyknąłem. Odblokowanie so- lidnej zasuwy zajęło mi kilka cennych sekund. Wybiegłem na klatkę. Poniżej zobaczyłem blond włosy i zwinne ciało w dresach i sporto- wym obuwiu, biegnące z zadziwiającą lekkością. Zrobiłem kilka skoków po śliskich schodach i natychmiast to odczułem. Moja noga nie nadawała się jeszcze do takich obciążeń. Dziewczyna zyskiwała przewagę, już wypadła z budynku, toporne drzwi zdążyły się samo- 6 czynnie zatrzasnąć. Naparłem rozpędem i wydostałem się na ze- wnątrz. Oślepiło mnie słońce. Rzucałem głowa na boki, usiłując zlo- kalizować uciekającą. Kątem oka zobaczyłem „Clarka”, stojącego przed samochodem i rozmawiającego przez telefon. Dopiero zaczy- nał pojmować, co się działo. Wreszcie dostrzegłem dziewczynę, zni- kającą za pudełkowym wielorodzinnym blokiem, ciągnącym się wzdłuż ulicy. Z bólem wywołanym skakaniem po schodach, puści- łem się sprintem w tamtym kierunku. Świat po bokach mi się roz- mył, widziałem tylko miejsce, gdzie moja sportsmenka wbiegła w poprzeczną ulicę. Dotarłem tam zadziwiająco szybko. Jednak nie dość szybko. Odzyskałem kontakt wzrokowy, ale dziewczyna nabra- ła dystansu. Była niezwykle sprawna. Już przebiegała z podniesioną ręką przez dwupasmową jezdnię. W oddali rozległy się ostrzeżenia klaksonów. Zapomniałem o bólu, stojący na chodniku czerwony pick–up był moim punktem odniesienia, do którego musiałem do- biec. Pokonałem jedno pasmo i w szaleńczym pościgu popełniłem niewybaczalny błąd – zignorowałem fakt, że po jezdni zazwyczaj po- ruszają się pojazdy. Potężny pisk, wywołany tarciem opon o asfalt, przeraził moje zmysły, zaraz potem ujrzałem rosnącą w oczach ma- skę małego kabrioletu. To wszystko zarejestrowałem w chwili, tak krótkiej, jak błysk flesza. Zdążyłem podskoczyć, aby uderzenie nie ściągnęło mnie pod koła. Na szczęście samochodzik już solidnie wy- hamował, walnąłem jedynie biodrem o maskę, solidnie mną obróci- ło, przeturlałem się i wpadłem poza przednią szybę z odsłoniętym dachem. Znalazłem się między kierownicą a kobietą, która kierowała kabrioletem. Wymamrotałem, że jestem z Komendy Stołecznej, że nic mi nie jest i że muszę lecieć. Nie czułem żadnego bólu, nic. Ad- renalina to dobre znieczulenie, aczkolwiek wytwarzana jest w pa- skudnych okolicznościach. Znów straciłem ją z oczu. Wbiegła na te- ren osiedlowego bazaru warzywnego, wpadłem tam tuż za nią, zdro- wo nabuzowany. Nerwowo biegałem po alejkach, ale nigdzie jej nie widziałem. Miotałem się bezradny i chyba rzucałem przekleństwami. Z prawej strony mignął mi jakiś jaskrawy kolor. Rzuciłem się w wąskie przejście pomiędzy straganami, zwalając poukładaną rów- niutko czerwoną paprykę. Lewym barkiem odbiłem się od sprzedaw- czyni. Utrzymałem się na nogach, sprzedawczyni nie. Upadła z wrzaskiem, powstało zamieszanie, ale miałem to już za sobą, zoba- czyłem wreszcie blond fryzurę, była już przy końcu targowiska, bie- 7 głem za nią, co sił w płucach trochę szerszą aleją. Co chwilę ktoś mnie odpychał, nie dbałem o to, chciałem ją dorwać, nic więcej. Da- lej rozciągał się przestronny plac i parking. Tutaj było prawie pusto. Miarowym, godnym podziwu wyczynowym biegiem, dziewczyna pochłaniała coraz większą odległość. Nie traciłem dystansu, ale też nic do tej pory nie zyskałem. Wiedziałem, że zmierza w kierunku rozwidlenia dróg, nieco dalej było rondo. Za pasmami kilku jezdni był kawałek zadrzewionego obszaru, musiałem ją dopaść wcześniej. Jeszcze przyśpieszyłem, cały czas mogłem ją śledzić, to mi pomaga- ło, przebiegliśmy chyba dotąd z półtora kilometra, moje płuca dawa- ły z siebie wszystko, jej sylwetka majaczyła mi podskakującym bo- homazem. Wiedziałem, że przed rozjazdami na rondo, w pewnym miejscu rozchodziły się cztery pasma jezdni, musiała się tam zatrzy- mać, a przynajmniej zwolnić. Tak też zrobiła, podczas gdy ja bie- głem, dziewczyna przepuszczała samochody, pokonała jedno pasmo i znowu się zatrzymała, teraz spieszyłem się w zupełnie zamroczo- nym szaleństwie. Gdy dopadłem do ulicy, dzieliła nas już tylko sze- rokość jednego pasa ruchu. Oglądała się za mną i z tej odległości wi- działem rozpacz na jej twarzy. Nie dawała jednak za wygraną, czatu- jąc na przyzwoite przerwy w potoku pojazdów, oboje przedostaliśmy się do drzew. Oceniłem, że w tej przeprawie miałem więcej szczę- ścia. Odstęp, jaki nas dzielił, zmniejszył się wydatnie. Poranne tre- ningi z Dellą przyniosły efekt. Niewiasta słabła. Wiedziałem już, że nie zdoła uciec. Na nierównym piaszczystym podłożu, nasze nogi koślawo przemierzały teren, slalomem między drzewami, coraz wol- niej i wolniej. Jakiś występ, niewielki garb, korzeń lub cokolwiek in- nego powalił dziewczynę na ziemię. Nie zamierzała się już podnieść. Całym ciałem zwaliłem się na nią, łapiąc ją za przeguby obu rąk. Przygniotłem ją pełnym ciężarem, zablokowałem też jej nogi swo- imi, oboje dyszeliśmy wyczerpani, nie mogąc się ruszyć. Z góry wy- glądaliśmy pewnie jak człowiek witruwiański1 Leonarda. Żadne z nas nie odezwało się słowem. W zasadzie nie spieszyło mi się do zmiany pozycji, ona też nie narzekała, choć bez wątpienia była w gorszym położeniu. W ten sposób miło spędziliśmy następną mi- nutę. 1 Człowiek witruwiański – rysunek przedstawiający dwie, nakładające się na siebie pozy na- giego człowieka, wpisane w okrąg. Rysunek traktuje o proporcjach ludzkiego ciała. Autorstwo rysunku przypisuje się Witruwiuszowi a upowszechnił go Leonardo da Vinci. 8 Rozdział czterdziesty „Wabika” pożerała zawistna, nienaturalna ambicja przywódcza. Zawsze wiedział, że kiedyś strąci „Maksa” z samej góry. Poświęcił mu wiele lat swojego życia, by w końcu dopiąć swego. Szulc był za- rozumiałym, pewnym siebie, antypatycznym szują. Wiele razy poni- żył „Wabika” przed chłopakami. Nie wiedział, że zniewaga, to dla prawdziwego mężczyzny sprawa honoru. Sam nie miał ani krzty ho- noru, więc trwał w tej niewiedzy, przeświadczony o swoim autoryte- cie. Teraz nie jest już autorytetem dla nikogo. Cała jego banda sługu- sów podkuliła ogony i już patrzy komu zacząć się podlizywać i czy- ścić buty. „Wabik” wiedział jak z nimi postępować. Wkrótce, to wła- śnie jemu będą czyścić buty. Cicha i kusząca zapachem potraw, kameralna restauracja, drażniła jego zmysły i zmuszała do pozytywnego myślenia. Miał jeszcze tro- chę czasu do umówionego spotkania. Podjechał wcześniej w okolice przychodni i wszedł do małej, rodzinnej jadłodajni, przepełnionej o tej porze wygłodniałym towarzystwem. Zamówił sobie wieprzowi- nę z sezamem i chińskim makaronem, sałatkę czosnkową z owocami morza i wodę mineralną z limonką i ananasem. Wrócił myślami do planów, jakie zaczęły klarować się w jego umyśle. Oczyma wyobraź- ni znów zobaczył Klaudię w galerii. To, co zrobiła, zaskoczyło go. Jej determinacja mu zaimponowała, jednak była dla niego dość nie- wygodna. Nie zamierzał więcej jej utrzymywać. Mimo że nie wie- działa zbyt dużo, to i tak mogła mu zaszkodzić. Dzisiaj u „Freska” zapłaci resztę obiecanej kwoty i każe jej się wynosić z miasta. Jeżeli będzie trzeba, użyje przekonujących argumentów. Teraz nie może so- 9 bie pozwolić na błędy. Był solą w oku gliniarzy. Jedna wpadka mo- gła pogrzebać wszystko. Kelner przyniósł wspaniale pachnące danie, świetnie przyrządzo- ne, do tego kolorystycznie bogatą surówkę i pucharek z wodą. Przez dobrą chwilę skupił się na smakowaniu pysznego jedzenia. Gdy skończył, odzyskał pogodę ducha. – Żadnych złych myśli. Nie uprzedzać zdarzeń złym proroctwem, bo to prowokuje los do zgub- nych skutków. Nieco z boku siedziały dwie kobiety, wesoło plotkując przy kawie i sałatkach. „Wabik” pozwalał sobie na dość swobodne posiłki, więc zawsze naśmiewał się z dietetycznych nawyków innych ludzi. Są- dził, że jedzenie jest częścią natury ludzkiej, ale wyrafinowane smaki dostępne są jedynie nielicznym. Sam się do nich zaliczał i choć nie potrafił wykwintnie gotować, to potrafił słono płacić za wykwintne jedzenie. Delektując się rozkoszną sytością, trochę rozleniwiony, szczegól- ną uwagę poświęcił jednej z kobiet. Podobały mu się jej długie fali- ste włosy o brązowym odcieniu, ciemna karnacja i czarne podkreślo- ne oczy. Nie wiedział, czy rzeczywiście są czarne, ale z tej odległości tak je właśnie odebrał. Bordowa bluzka ze sporym dekoltem i krótki- mi rękawami, doskonale podkreślała jej figurę. Kobiety siedziały bo- kiem do jego miejsca, więc mógł podziwiać również nęcącą opiętość niebieskich dżinsów, na jej świetnych nogach. Druga z kobiet nie wyróżniała się niczym szczególnym. Zadrukowana, czarno-biała su- kienka nie odkrywała żadnych powabnych miejsc, a ulokowana na wolnym siedzeniu niechlujna torba z zakupami, wręcz odstraszała. – Mamuśka na zakupach, wyrwała się z koleżanką na pogaduszki. – „Wabik”, nie dopuszczał myśli, że ta torba mogła należeć do kobiety, na którą zwrócił baczniejszą uwagę. Po prostu tak założył. Bawił się czytaniem w ludzkich charakterach i z chęcią analizował osobowe zachowania, gesty, odruchy. Przypisywał swoim obserwacjom wła- sne historie i nie dbał o to, czy jego spostrzeżenia są trafne. Patrzył z satysfakcją na jej smukłe, opalone ręce, gestykulujące te- raz w gorącej dyskusji. Chciał sprowokować ją wzrokiem, aby zwró- ciła ku niemu twarz, chociaż przelotnie. Nie gapił się na nią nachal- nie, lecz skrywając spojrzenie, nie spuszczał z niej oczu. W tym krót- kim zafascynowaniu przypomniał sobie nagle policjantkę, którą mu podstawiono. Perfidnie dał się zauroczyć tej sprzedajnej dziwce. Mu- 10 siał przyznać w duchu, że była intrygująca i cholernie seksowna. Usprawiedliwiał się, że żaden mężczyzna nie oparłby się jej wdzię- kom. No, chyba że pedał. – Jak ona się nazywała… Malwina Błoń- ska. – Malwina – ważył w duszy jej imię. Podobało mu się. Jej obraz przesłonił mu całkowicie sąsiedni stolik. Mieszanina fascynacji, zło- ści i chęci zemsty wypełniła mu umysł. Spojrzał na zegarek. Do spo- tkania zostało około pół godziny. Przyszedł mu do głowy zuchwały pomysł. Wiedział, że w Komendzie Stołecznej pracował w charakte- rze ślusarza, szwagier jego zaufanego przyjaciela, niejakiego Zadry. Słowo przyjaciel chyba było tu może nieco na wyrost, ale „Wabik” darzył dużą sympatią tego chłopaka. Zadra naprawdę nazywał się Zadra Karol i siłą rzeczy, nazwisko stało się jednocześnie jego zło- dziejską ksywką. Bronił się przed tym niestrudzenie. Jęczał, że pseu- donim zdradza od razu, kim jest – nic nie pomogło. Dał za wygraną, ale słabszym od siebie, zakazał zwracać się do niego w ten sposób. Wymyślił sobie drugie przezwisko – „Drzazga”. Mało kto, go nim raczył. Zadra było łatwiejsze w wymowie. W zorganizowanej hierarchii przestępczej istniała dość rozbudo- wana sieć informatorów, będących na usługach wysokiego szczebla. Nie wszyscy musieli legitymować się kryminalnym rodowodem, wielu po prostu było znajomymi lub krewnymi różnej maści aferzy- stów i czasem sprzedawali informacje zainteresowanym z racji ta- kiej, że po prostu mieli do nich dostęp. Bandyci prowadzili też legal- ne interesy, często powstałe wskutek poufnych doniesień, odpowied- nio wykorzystanych i bezbłędnie popartych brudnymi pieniędzmi. Stosowali przekonujące zachęty kapitałowe. Wychodzili z założenia, że każdego da się kupić, tylko nie każdy spotkał swojego dobroczyń- cę. Wystarczy, że delikwent raz wyciągnie rękę i już nigdy się od tego nie uwolni. „Wabika” podniecił nowonarodzony zamysł, związany z pragnie- niem zemsty na powabnej pani komisarz. – Będzie żałowała każdej chwili zaaranżowanego mu upokorzenia. Najpierw musi tę sukę bli- żej poznać. Musi wiedzieć o niej wszystko; gdzie śpi, z kim śpi, gdzie się bawi, z kim spotyka, jaką ma rodzinę, gdzie wszyscy mieszkają, czy ma wrogów, ilu przyjaciół, wrażliwe cechy, komplek- sy. Gdy je wszystkie pozna, uderzy w najczulsze punkty, a potem złamie ją również fizycznie. 11 Rozpalił się tą perspektywą, oczy mu zalśniły, a policzki podeszły różem. Nawet kobieta z długimi lokami, która teraz obdarzyła go przelotnym spojrzeniem, przestała go pociągać. Sadystyczne, wyna- turzone myśli zaślepiły mu racjonalny punkt widzenia i ocenę sytu- acji. Zapłacił uszczęśliwiony własnym egoizmem, zostawiając spory napiwek. Wyszedł z restauracji, zaszczycając kobiety lekkim skinie- niem pogardy. Cały świat wokoło niego zaczął nabierać zupełnie no- wych kształtów. Upływały właśnie dokładnie dwie godziny, gdy wchodził do bu- dynku, gdzie mieściło się ambulatorium i zakład opieki zdrowotnej. Poczekalnia nie była zapełniona, w głębi zobaczył szereg wolnych miejsc, przy okienku recepcyjnym oczekiwało kilka osób do rejestra- cji. Elektroniczna tablica umieszczona na frontowej ścianie wyświe- tlała aktualnie dyżurujących lekarzy i bieżące numery przyjmowa- nych pacjentów. Było względnie cicho, bez niepotrzebnej nerwowo- ści, często spotykanej w takich przybytkach. „Wabik” różnił się bie- gunowo od ludzi korzystających z usług tej poradni. Był młodym, wysportowanym, dobrze umięśnionym mężczyzną, który ostatnie choroby przechodził we wczesnym dzieciństwie. Dbał o siebie, do- skonale się odżywiał, chodził na siłownię i uważał, że jeżeli ktoś no- torycznie choruje, sam jest sobie winien. Rozejrzał się ostrożnie, lustrując każdy kąt recepcyjnego holu, ale nigdzie nie zobaczył człowieka, z którym się tutaj umówił. Delikatne brzmienie i wibracje telefonu w kieszeni, poderwały go z zamyśle- nia. Zerknął na ekran i odetchnął delikatnie. – Pogrywasz ze mną? – syknął ze złością. – Ratuję nasze dupy kretynie, ciągniesz za sobą spadochron – usłyszał i zamarł. Zaczął przyglądać się wszystkim niespokojnie. – Skąd to kurwa wiesz? – Obserwowałem cię, wszedł za tobą gliniarz ze Stołecznej. Znam go, węszyli u mojego ojca w Jachrance. – Jesteś pewien, jak wygląda? Może po prostu przyszedł tutaj do – Ochujałeś?! Myślisz, że oni leczą się w takiej dziurze? To szczu- pły facet o lekko garbatym nosie, jest w wytartych dżinsach i czarnej koszulce z szarą obwódką wokół szyi i paskami wzdłuż rękawów. Rozpoznasz go bez trudu. Przyjechał za tobą białą furgonetką, z wielkim zielonym logo firmy ogrodniczej. Stoi na szpitalnianym lekarza. 12 parkingu. Wyjdź, to się przekonasz. Zadzwoń do mnie, jak go zgu- bisz. Do cholery, ślepy jesteś! – Rozłączył się, zanim „Wabik” zdążył odpowiedzieć. Udając, że drapie się w czoło omiótł wzrokiem pocze- kalnię. Dostrzegł go niemal natychmiast, siedział w drugim końcu sali, czytał gazetę. – Czy oni kurwa wszyscy muszą udawać, że czytają gazetę – po- myślał poirytowany. Podniósł się z krzesła i podszedł do kolejki przed przeszklonym biurem rejestracyjnym. Gliniarz przestał czytać gazetę i patrzył w jego kierunku. – Ja tu będę stać za panią, jeśli pani będzie tak łaskawa, przejdę tylko do samochodu, zapomniałem dowodu osobistego – poprosił uprzejmie i dość głośno. – Ależ oczywiści, biegnij chłopcze – odparła starsza pani. „Wabik” wypadł przez podwójne drzwi i strzelił biegiem do małe- go, zdezelowanego Nissana Klaudii. Otworzył bagażnik i udawał, że szuka czegoś w marynarce. Ogon w panice spieszył już do swojego samochodu. – Poczekaj psie. Załatwię cię. – Złożył troskliwie swoją marynar- kę, powoli zamknął bagażnik i luzacko powrócił do przychodni. Wi- dział, jak tamten zdezorientowany wysiada z furgonetki. Ubawił się tym. Wszedł do przychodni, podziękował starszej pani za zajęcie ko- lejki i powiedział, że przejdzie najpierw do okulisty zapytać, czy go jeszcze dzisiaj przyjmie, bo być może nie ma po co czekać. Gliniarz już zjawił się z powrotem i zajął to samo miejsce. „Wabik” zatrzymał się przed tablicą z numerami pokojów przyjęć i skierował się jednym z korytarzy do najdalej usytuowanego sanitariatu. Sprawdził szybko dwa pomieszczenia. Dopisało mu szczęście, w toaletach było pusto, wszystkie były otwarte. Dojrzał w kącie, leżącą na koszu na śmieci blaszaną szufelkę o krótkiej rączce i drewnianą małą zmiotkę. Złapał za szufelkę, zamknął ostatnią kabinę przy oknach, stanął tuż za otwartymi do środka drzwiami wejściowymi i ciężko oddychając, czekał. Przez dłuższą chwilę nikt jednak nie wchodził, zaczynał się niecierpliwić. – Kurwa, przecież wcale nie musi tu wejść, będzie czekał na ze- wnątrz – przewidywał – to na nic. Chyba że pies pomyśli, że chce mu zwiać przez kibel. On też mógł być niecierpliwy. – Postanowił wytrwać. Wkrótce się doczekał. Usłyszał delikatne skrzypnięcie ze- wnętrznych drzwi. Zacisnął mocniej pięść na rurkowatym uchwycie 13 szufli. Podniósł ją nad głowę, szykując się do większego zamachu. To musiał być on, stąpał zbyt ostrożnie. Poczuł przypływ silnych emocji, fala ożywczego dopingu przeszyła go dreszczem, ekscytowa- ły go takie chwile. Wyczuł, że tamten zatrzymał się we framudze. Serce biło mu prawie słyszalnie, wstrzymał oddech. W końcu zoba- czył znajomą koszulkę. Bezszelestnie zbliżył się do tajniaka, zacho- dząc go od tyłu. Najsilniej, jak tylko zdołał, zadał paskudne uderze- nie zagiętym kantem blachy w czubek głowy, niezbyt barczystego policjanta. Cios rzucił go na okno, ale nie powalił na podłogę, jak spodziewał się „Wabik”. Ofiara oparła się rękami o parapet i ugięła lekko kolana. Rozjuszony gangster nie czekał, kolejne ciosy spadły na zamroczoną głowę, z nie mniejszą siłą. Trysnęła krew na szyby okienne. Ranny policjant osuwał się po ścianie, nie mogąc opanować słabości, już nie miał siły, by odwrócić głowę. Napastnik nie miał żadnej litości, chwycił swoje narzędzie oburącz, odchylił całe ciało i z wielkim impetem uderzył ostrą krawędzią zakrwawionej szufli. Tępy metaliczny pogłos, rozszedł się małym echem. Potężna fanga rozerwała skórę na skroni mężczyzny i powaliła bezsilne ciało, po- zbawiając je na dobre świadomości. Przez chwilę „Wabik” zastana- wiał się, czy dalej uderzać. Zrezygnował jednak, w każdej chwili mógł ktoś wejść. Przeszedł do umywalki, umył dokładnie szufelkę, oczyścił szmatą miejsca, które dotykał i odłożył tam skąd ją wziął. Spojrzał zamglonym wzrokiem w lustro. Całą twarz miał w drob- nych plamkach krwi. Szybko umył się starannie, wytarł papierowymi ręcznikami i w pośpiechu wyszedł na korytarz. Toalety usytuowane były w małej wnęce. Zatrzymał się na kilka sekund, ostrożnie wyj- rzał na korytarz. Paręnaście metrów od tego miejsca, siedziało sporo osób na krzesełkach pod oknami. Nikt nawet nie spojrzał w tę stronę. Było tu również przejście do drugiego pawilonu. Przemknął szybko wąskim połączeniem i nie zdradzając zniecierpliwienia, wydostał się na parking. 14
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Komisarz Koman. Kły
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: