Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00277 005834 11247521 na godz. na dobę w sumie
Komnaty wyobraźni - ebook/pdf
Komnaty wyobraźni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63783-96-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Horrory, opowiadania. Człowiek ma naturę sprawcy, lubi ranić swojego drugiego pobratymca. I nie zastanawia się dlaczego. Po prostu tak robi. Uważa, że tak będzie dla niego samego najlepiej. Są tu historie zwykłych ludzi, którym zdarzyło się coś niesamowitego, strasznego, niepojętego. Coś, na co patrzymy z przerażeniem. Jednocześnie chcielibyśmy posiadać takie piekielne moce, by czuć się tak wolnymi, jak większość bohaterów niniejszego zbiorku. Wyjątkiem jest Zwykły Człowiek, któremu nie zazdrościmy sytuacji, w jakiej się znalazł, ale podziwiamy ujawnienie i siłę, z jaką wreszcie powiadomił rodzinę o swoich preferencjach seksualnych. Razem z nim przeżywamy głęboko rozterkę i w myślach zachęcamy go do odwagi i powiedzenia tego, co się skumulowało przez tyle lat jego życia, żeby wreszcie też poczuł się wolnym, nie dusił się w pancerzu narzuconych zwyczajów moralnych i społecznych, stłamszony przez matkę, narzucającą mu swoje zdanie. Spełniona obietnica niesie w sobie mistycyzm i wiarę w opiekujące się nami dusze zmarłych, zwłaszcza zaraz po śmierci. Do tego Wszechświat i Głos bawiący się losem pewnej Gosi, matki malutkiej Dominiki, porzuconej przez męża. Może tak właśnie jest z tym naszym przeznaczeniem? Zając, który nie wyskakuje z kapelusza, ale siedzi nieruchomo przerażony na asfalcie jako przeszkoda pędzącego jezdnią samochodu? Wszystkie historie tu przedstawione nie mają happy endu z punktu widzenia obowiązujących nas norm społecznych, w jakich się wychowujemy. Zakończenia jednak doprowadzają do wyzwolenia bohaterów. Z różnych męczących ich sytuacji życiowych. A zatem, czy na pewno to były zakończenia nieszczęśliwe?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ciemną, ziemską noc rozświetlał zimny blask odległych gwiazd. Wszechświat patrzył tym blaskiem, docierał źrenicami gwiazd do najdalszych swoich zakątków. Obserwował. Wciąż i nieustannie. Nic nie mogło ujść jego uwadze. Każde najmniejsze stworzenie budziło się i kładło spać na jego łonie. Każde stworzenie żyło pod jego czujnym spojrzeniem. Rodziło się i umierało. Zaznaczało swój ślad, który tylko On mógł zobaczyć w całości. Nigdy nie chciał ingerować w samo życie. Bo życie świetnie dawało sobie radę w każdych warunkach. Bez względu na okoliczności. Czasem pomagał. Gasząc starą gwiazdę i zapalając nową. Aby żyła, była Jego oczami. Aby dawała życie, które w jej blasku rozkwitało w imponującym tempie. — Chciałbym zrobić pewien eksperyment... Głos dotarł do Niego wtedy, gdy obserwował dramatyczny ruch na Niebieskiej Planecie, należącej do Układu Słonecznego Drogi Mlecznej, wirującego gdzieś na peryferiach niewielkiej Galaktyki. — Jaki eksperyment? — zaszumiał Wszechświat. Głos westchnął. — Ja tylko słyszę. Słyszę odgłos użalającego się życia. Wściekły odgłos. Dociera do mnie nienaturalnym zgrzytem, kalecząc mój wrażliwy słuch. To życie prowokuje. To życie wyzywa. To życie pragnie pojedynku. — Jaki eksperyment? — powtórzył Wszechświat. — Przypadek... — pisnął nieśmiało Głos. — Jeśli Pan pozwoli? — dodał. Wszechświat zamyślił się. Głos miał często niebotyczne pomysły. Próbował ingerować w życie światów, istot, które tam zamieszkiwały. Jego pomysły były konkretne. Zawsze konkretnie mówił, co chce zrobić i jak. Ale przypadek...? Co to oznacza? Co to za eksperyment? — To życie jest niepokorne — szepnął zachęcająco Głos, domyślając się wahania Wszechświata. — To życie jest nierozważne. To życie pragnie... przypadku. Jeśli Pan pozwoli, zainicjuję eksperyment przypadku. — Daj mu wybór — zaszumiał Wszechświat. — Na tym polega przypadek — wtrącił nierozważnie Głos. — Wiem, na czym polega przypadek! — zagrzmiał Wszechświat. — Gdy Ja widziałem, ty jeszcze nie mówiłeś! — Dam mu wybór — zgodził się usłużnie Głos. — I jestem ciekaw, co zrobi i jak się zachowa. To będzie ciekawy eksperyment. — Niech więc się stanie — zaszumiał Wszechświat i odwrócił swoją uwagę na inne światy. Głos uśmiechnął się do siebie, po czym wydął wargi i całą swą posiadaną siłą zagrzmiał w kierunku Drogi Mlecznej. Jego głos przebiegł przez Galaktykę, dotarł do maleńkiego Układu Słonecznego, wyszukał niewielką Niebieską Planetę i z szybkością strzały uderzył w niewielki zagajnik położony na jej północnym krańcu. Spod zielonego krzaczka zerwało się nagle małe, długouche stworzenie i wystraszone pędem pobiegło przez ciemnozieloną łąkę wprost ku drodze... — Eksperyment się zaczął — szepnął Głos. *** Samochód pędził z dużą prędkością. Biała, przerywana linia pośrodku szosy zlewała się w jeden ciągły pas. Młoda kobieta, siedząca za kierownicą wiekowego już poloneza, uśmiechnęła się do siebie. Zawsze fascynował ją kosmos. To odległe i niebezpieczne dla człowieka miejsce. Bartek robił jej wyrzuty z tego powodu. Powtarzał, że zamiast bujać w obłokach, powinna zająć się dzieckiem. I domem. — Przyganiał kocioł garnkowi! — uderzyła ręką w kierownicę. Dominika miała zaledwie rok, kiedy Bartek wpadł do domu podekscytowany, cudowną według niego nowiną. — Kochanie! — krzyknął. — Złota gwiazda wreszcie zaświeciła nad naszym życiem! Wpadł do kuchni, gdzie ona — jak zwykle — ucierała zupkę jarzynową dla ich córeczki, Doni. Od rana do wieczora stała przy garach, mając za zadanie napełniania ich brzuchów!. A przecież... nie tak dawno, zanim poznała Bartka, była pełna życia, ciekawą jego tajemnic, piękną dziewczyną. To on obiecywał jej świetlaną przyszłość, aby po pół roku zamknąć ją w czterech ścianach i ofiarować biżuterię z metalowych garnków, plastykowych kubków i misek z zaschniętą, ucieraną marchewką! —Brrr! — potrząsnęła głową, jak uderzony szczeniak. Podgłośniła radio i mocno zacisnęła ręce na kierownicy. Zaczął padać drobny deszcz. Nerwowo włączyła wycieraczki i zdjęła nogę z gazu. Samochód automatycznie zwolnił. Na drodze było pusto, więc uspokoiwszy się, znów wcisnęła gaz do dechy. Silnik zawył przeciągle. Kobieta poprawiła się w fotelu i położyła prawą rękę na gałce lewarka. Bartek nie lubił, gdy prowadziła jedną ręką. Mówił, że wystarczy chwila nieuwagi, by został niechcianym wdowcem. — Co za bzdury! — uśmiechnęła się do siebie. Teraz ona jest wdową! Wprawdzie słomianą, ale jest! „Niech no tylko wróci zza oceanu — odgrażała się w myślach — Już ja mu pokażę!” — Jeśli... w ogóle wróci... — dodała cicho. Zawsze prowadziła ostrożnie i powoli, ale dziś właśnie czas nie był dla niej łaskawy. Stara Milska zgodziła się przypilnować Donię, kiedy jej nie będzie. Miała wrócić na ósmą wieczór. Była... spojrzała na zegarek z podświetlaną tarczą — prezent od Bartka na pierwszą rocznicę. — No tak — powiedziała cierpko. — Od godziny mamy niedzielę, a do domu jakieś sto kilometrów. Mam nadzieję, że Dominika już śpi, a stara Milska nie zostawiła jej samej... Barbara Milska, starsza, nieprzyjemna kobieta była ich sąsiadką. Mieszkała na tym samym piętrze, co ona i Bartek. Dzielił ich jedynie korytarz i jakieś... 10 jego metrów. Kiedyś bardzo denerwowała ją zbytnia ciekawość sąsiadki i chęć pomocy we wszystkim. Teraz, gdy Bartek wyjechał, postanowiła ją wykorzystać. Zrobić z niej kogoś w rodzaju wolnej babci do dziecka, reagującej na każde skinienie. Wprawdzie kobieta często marudziła, ale uśmiech Małgorzaty zawsze skutkował. Deszcz zgęstniał jeszcze bardziej. Tym razem Gośka nie ściągnęła nogi z gazu. Zbliżyła jedynie nos do szyby i włączyła szybszy ruch wycieraczek. Wydawało się jej, że widzi drobinki lodu uderzające o przednią szybę. Była wczesna wiosna, więc nie były niczym niezwykłym o tej porze roku. Znów dwiema rękami chwyciła kierownicę. Na chwilę ogarnął ją niepokój. Pomyślała o Doni, być może błąkającej się po ciemnym korytarzu i szukającej matki. — O Boże! Żeby tylko nie włączyła czegoś i nie puściła mieszkania z dymem! — szepnęła żałośnie. — Biedne dziecko... — lament zawsze przychodził jej nadzwyczaj łatwo. — Umierała tam ze strachu, kiedy ja byłam zajęta jej nowym tatusiem. Co za wyrodna matka ze mnie! Z drugiej strony, przyszłość jest ważniejsza niż teraźniejszość. To o nią trzeba zadbać! Już ja postaram się zapewnić nam świetlaną przyszłość! Nie taką, jaką obiecywał Bartek! O nie! On... on należy już do przeszłości! I nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem! Deszcz lał jak z cebra, a drobinki lodu z coraz większą wściekłością uderzały o przednią szybę samochodu. Ruszył wiatr. Poczuła jego napór od lewej strony. Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Właściwie powinna zwolnić. Ten dźwięk, rozchodzący się przed jej oczyma, był jak ostrzeżenie. Dzwonił jej w uszach, wywołując uczucie otępienia przeplatanego wybuchami złości. Gdyby Bartek był z nią, nie martwiłaby się tak bardzo. Ale jego nie było i prawdopodobnie nigdy nie będzie. Przez ostatnie lata napisała tyle listów, ile nie napisałaby przez kilka swoich żyć — o ile byłoby to możliwe. Najpierw była lekko zaniepokojona, później wściekła, a potem to już tylko obojętność. Bartek napisał tylko jeden list. Nie chciała pamiętać, co w nim było, jednak słowa wciąż powracały jak bumerang. Czym usilniej chciała się ich pozbyć, tym bardziej wdzierały się w jej mózg. Wstrętne słowa ludzkich przyrzeczeń! Same kłamstwa! Przygryzła boleśnie wargi. Już nigdy nikomu nie zaufa! Nigdy nikogo nie pokocha! Człowiek... będzie dla niej tylko narzędziem! Jeśli potrzebny — wykorzysta go. Jeśli nie — wyrzuci! Ulżyło jej. Naprawdę! Rozsiadła się wygodnie. Stopa na pedale gazu nie zmieniła położenia. Natomiast ulewa rozszalała się na dobre. Wiatr starał się zepchnąć auto do rowu. Kobieta za kierownicą mocno trzymała ją w garści. Snopy długich świateł bombardowały lodowy grad. Nigdy do końca nie była przekonana, jak powinna postąpić, ale tym razem pogoda zmusiła ją do nieznacznego wyhamowania. Nie widziała okolicy, było zbyt ciemno. Ale światła auta wyłapały jakiś kształt pędzący przed nimi. — Co to może być? Starała się wytrzeć dłonią szybę, jakby deszcz zasłaniał ją od środka. Samochód zafalował. Nerwowo kręciła kierownicą, ale nie dawało to żadnych rezultatów. I wtedy zobaczyła to zwierzę. Siedziało skulone na drodze, choć przed chwilą wydawało jej się, że przecież biegnie! Jednak nie. Ono tam było. Skulone, oślepione snopami reflektorów, które otuliły go, jak przezroczysta, błyszcząca pierzyna. Oczy wychodziły mu z orbit. Nie wiedziała, czy żyło. Przez ułamek sekundy żałowała, że nacisnęła ten cholerny hamulec. Bo, jeśli ten zając nie żył, to nie miało znaczenia, czy go przejedzie, czy nie. Może ze strachu stanęło mu serce? Ten ułamek sekundy zdecydował o jej dalszym losie. Nie zając. Auto zawirowało w szaleńczym tańcu. Dostrzegła cudownie rozświetlone gwiazdy, zimno mrugające do niej z czarnej otchłani oraz to drzewo, które stało na jej drodze... do gwiazd. Usłyszała jeszcze ogłuszający trzask, po którym nastąpiła przerażająca cisza i... ciemność. Okropna, dusząca ciemność. Po długiej chwili skulone, długouche zwierzątko poruszyło się niepewnie na ulicy. Uniosło powoli pyszczek i zaczęło węszyć, przekrzywiając główkę raz w jedną, raz w drugą stronę. Potem niepewnie podniosło się i spokojnie pokicało do pobliskiego zagajnika... *** — Małgorzato! Małgorzato Wilczek! — jakiś przeraźliwy głos wdarł się w jej świadomość, raniąc dotkliwie każdą komórkę jej ciała. Wydawało się jej, że ten głos spadł na nią, niczym tysiące płonących żagwi, które paliły i szarpały, nie zważając na błagalny jęk, wydobywający się z jej gardła. Bała się otworzyć oczy, aby ten ogień nie wypalił ich do cna. „Nie chcę być ślepa” — pomyślała. — Nie wiem, czy mnie słyszy... Głos dochodził do niej z bardzo daleka. Raz był piskliwy, raz głuchy, przeciągły, jakby ktoś zwalniał taśmę magnetofonową. — Pani Wilczek, jeśli pani mnie słyszy, proszę spróbować otworzyć oczy albo ścisnąć moją rękę. Poczuła ciepły dotyk drugiego człowieka. Starała się ścisnąć tę rękę, ale nie wiedziała, na ile jej się to udało. Postanowiła otworzyć powieki. Jeśli tego nie zrobi, pomyślą, że umarła i… zakopią ją żywcem! Ogarnęło ją obezwładniające uczucie strachu. Ponadludzkim wysiłkiem powoli uniosła powieki. — Wyjdzie z tego — usłyszała. — Siostro, proszę przygotować pacjentkę do natychmiastowej operacji. — Ale... — Nie mamy czasu! — zaprotestował męski głos. — Trzeba ją jakoś połatać, inaczej się wykrwawi! — Oczywiście, panie doktorze. Małgorzata poczuła ukłucie w lewej ręce. „To dobrze... — pomyślała. — To znaczy, że jeszcze ją mam...”. Powoli ból ciała ustępował.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Komnaty wyobraźni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: