Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00326 005782 11248096 na godz. na dobę w sumie
Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego - ebook/pdf
Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego - ebook/pdf
Autor: , , Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-681-265-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> publicystyka >> wywiad
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Nielegałowie” to jedna z najbardziej strzeżonych tajemnic wszystkich wywiadów świata. Często są to ludzie zwerbowani – tak jak bohater tej książki – we wczesnej młodości, szkoleni w tajnych ośrodkach i wysyłani za granicę. Tam nie od razu przystępują do działania. Nawet kilka lat pozostają „w zamrożeniu”, wtapiając się w środowisko, które mają inwigilować. W razie wpadki kraj, który ich wysłał, nie przyznaje się do nich. Dopiero później, w trakcie dyskretnych wymian schwytanych szpiegów, mają szansę na powrót do kraju. Ale gwarancji nie ma. Tomasz Turowski przez szesnaście lat był „nielegałem” wywiadu PRL-u. Dziesięć z tych lat spędził za granicą jako kleryk w zakonie jezuitów. W Rzymie i Watykanie stykał się z papieżem Janem Pawłem II, przekazując do centrali informacje na jego temat. Na początku lat 90. przeszedł pozytywnie weryfikację i jako polski dyplomata miał witać prezydenta Lecha Kaczyńskiego na lotnisku w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KRET W WATYKANIE AGNIESZKA KUBLIK WOJCIECH CZUCHNOWSKI W ROZMOWIE Z TOMASZEM TUROWSKIM Redakcja Mariusz Burchart, Jan Cywiński Korekta Teresa Kruszona Projekt graficzny serii Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień–Janikowski Skład Elżbieta Wastkowska Fotoedycja Agnieszka Żelazko Przygotowanie zdjęć do druku Paweł Szczepaniak Zdjęcie na okładce Michał Mutor/Agencja Gazeta Projekt graficzny okładki Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień–Janikowski Fotografie Archiwum prywatne Tomasza Turowskiego, reprodukcje Waldemar Gorlewski, Robert Kowalewski/Agencja Gazeta (s. 294), Stefan Maszew- ski/Reporter (s. 330) Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, by ustalić właścicieli praw zdjęć. Jeśli kogoś pominęliśmy, prosimy o kontakt. Redaktor naczelny Paweł Goźliński Producenci wydawniczy Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak Koordynacja projektu Katarzyna Kubicka © Copyright by Agora SA 2013 © Copyright by Tomasz Turowski 2013 © Copyright by Agnieszka Kublik Wojciech Czuchnowski 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone Warszawa 2013 ISBN: 978-83-268-1265-1 Druk Drukarnia Perfekt PRAWDA TUROWSKIEGO AGNIESZKA KUBLIK WOJCIECH CZUCHNOWSKI PRAWDA TUROWSKIEGO   „Nielegałowie” to jedna z najbardziej strzeżonych tajem- nic wszystkich wywiadów świata. Często są to ludzie zwer- bowani ‒ tak jak bohater tej książki ‒ we wczesnej młodości, szkoleni w tajnych ośrodkach i wysyłani za granicę. Tam nie od razu przystępują do działania. Nawet kilka lat pozostają „w zamrożeniu”, wtapiając się w środowisko, które mają inwi- gilować. W razie wpadki kraj, który ich wysłał, nie przyznaje się do nich. Dopiero później, w trakcie dyskretnych wymian schwytanych szpiegów, mają szansę na powrót do kraju. Ale gwarancji nie ma. W wywiadzie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej „nielegałów” w różnych okresach było od jedenastu do czternastu. Działali w USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Szwecji, Szwaj- carii, Austrii i w Watykanie. Ich centrala mieściła się w odda- leniu od głównych budynków MSW przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Szkolenia odbywały się w mieszkaniach opera- cyjnych, a cykliczne indywidualne odprawy w tajnym ośrod- ku w Magdalence. Tomasz Turowski przez szesnaście lat był „nielegałem” wy- wiadu PRL‑u. Dziesięć z tych szesnastu lat spędził za grani- cą jako kleryk w zakonie jezuitów. Przeszedł przez Rzym 4 i Watykan, stykając się z papieżem Janem Pawłem II i przeka- zując do centrali informacje na jego temat. Potem został wy- słany do Francji, w Paryżu kształcił się w szkołach jezuickich i rozpracowywał jedno ze środowisk polskiej emigracji. Z Pa- ryża zakon przeniósł go do swego ośrodka w Meudon niedale- ko francuskiej stolicy. Turowski działał wśród szkolących się tam oficerów francuskich, brytyjskich i amerykańskich służb specjalnych, zbierając od nich informacje i typując do ewen- tualnego werbunku. Do kraju wrócił w 1985 roku, wcześniej odmawiając przyję- cia święceń kapłańskich. Funkcjonował również wywiadowczo w Stronnictwie Demokratycznym, w PRL-u satelickim wobec dominującej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod ko- niec lat osiemdziesiątych wywiad wysłał Turowskiego do ZSRR, by zbadał nastroje władz radzieckich wobec przemian w Polsce. W 1990 roku przeszedł pomyślnie weryfikację i został ofice- rem wywiadu odradzającej się Rzeczypospolitej. Równolegle był dyplomatą – wysokim urzędnikiem ambasady w Moskwie, ambasadorem na Kubie. 10 kwietnia 2010 roku miał w imieniu ambasady witać na lotnisku w Smoleńsku delegację polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Był jednym ze świadków katastrofy prezyden- ckiego tupolewa. Dyplomatyczno‑szpiegowską karierę Tomasza Turowskiego przerwał 13 grudnia 2010 roku telefon od prokuratora z Insty- tutu Pamięci Narodowej. Ambasadora oskarżono o kłamstwo lustracyjne, bo nie ujawnił przed Instytutem swojej podwój- nej roli. Spór z IPN‑em wygrał przed sądem, który przyznał, że miał prawo chronić informacje o swojej pracy w wywiadzie ze względu na interes państwa, bezpieczeństwo własne i ludzi, z którymi pracował. 5 Powrót Turowskiego do dyplomacji i wywiadu jest mało prawdopodobny. Dziś jest emerytem. Tomasz Turowski skontaktował się z nami, gdy opisywa- liśmy jego sprawę lustracyjną. Atakowała go wówczas część mediów, które oskarżały go o to, że szpiegował polskiego pa- pieża, niszczył opozycję na emigracji, a na lotnisku w Smoleń- sku miał odegrać złowrogą rolę. Chciał nam przedstawić swoją wersję wydarzeń. Z tajem- nicy państwowej zwalniało go nie tylko ujawnienie jego roli przez IPN oraz media. Zgodnie z prawem wszystkie materia- ły wytworzone przez służby specjalne PRL‑u (a więc do roku 1990) są jawne. Podobnie jak cała ich działalność w tym okresie. Mógł więc Turowski swobodnie opowiedzieć o swojej – kiedyś głęboko utajnionej – pracy „oficera pod przykryciem”. Okres pracy w wywiadzie po roku 1990 musiał pominąć, bo te infor- macje nadal są tajne. Decyzja o podjęciu rozmowy z Tomaszem Turowskim nie była dla nas łatwa. W IPN‑ie z okresu, gdy przebywał za granicą jako kleryk, nie zachowały się praktycznie żadne dokumenty na jego temat. Chociaż nasz rozmówca przekonywał, że chce powiedzieć wszystko, zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to jedynie część prawdy. Jego wersja. Ta, którą chce opowiedzieć. Przeważyła jed- nak ciekawość, chęć dowiedzenia się, jakie są motywacje czło- wieka wychowanego w rodzinie o patriotycznych tradycjach, który decyduje się służyć komunistycznemu państwu. Więcej, by służbę tę odbywać w przebraniu duchownego, przez dekadę oszukując ludzi, których – jak mówi – cenił i szanował. Chcieliśmy się przekonać, co kierowało inteligentnym mło- dym człowiekiem, gdy decydował się na tak bliską relację ze służbami specjalnymi PRL‑u. Czy miał wątpliwości? Czy jego postawa ewoluowała? Dlaczego wrócił przed zakończeniem 6 zadania na Zachodzie, nie decydując się przyjąć święceń? Czy wierzył w komunizm? Tego wszystkiego byliśmy ciekawi, postanawiając, mimo wąt- pliwości, skonfrontować się z Tomaszem Turowskim. Szpiegiem PRL‑u i III RP, niedoszłym jezuitą i dyplomatą z najwyższymi tytułami, człowiekiem cienia. Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski KTO MNIE WYCHOWAŁ I JAK ZOSTAŁEM SZPIEGIEM Jak został pan szpiegiem? Zacznę od tego, kto mnie wychowywał. W niektórych publikacjach, które stworzyły mój wirtualny obraz, napisano, że mój ojciec był przedwojennym ideowym komunistą. To nieprawda. Wystarczy- ło zajrzeć do „Więzi” [nr 11 z listopada 1994]: „Stanisław Turowski (ps. »Walenty«), adwokat, absolwent gimnazjum w Żytomierzu, od 1918 roku w Polskiej Organizacji Wojskowej, ochotnik wojny 1920 roku, po demobilizacji abiturient klasy maturalnej w gimna- zjum Górskiego, ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, w czasie okupacji niemieckiej żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego w zgrupowaniu »Radosława«. Po upad- ku Starówki, 2 września 1944 roku, wywieziony do Oświęcimia –Brzezinki, później więziony w Sachsenhausen i w Buchenwaldzie. Po wojnie adwokat, członek okręgowej rady adwokackiej w Kato- wicach. Zmarł 18 lipca 1994 roku w wieku 93 lat”. Ojciec był związany towarzysko z pułkownikiem Józefem Smoleńskim, ostatnim szefem II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, wywiadu wojskowego przed wojną. Miał na mnie poważny wpływ. To była bardzo silna osobowość, przed wojną należał do grupy literackiej Kwadryga, miesz- kał w akademiku razem z Gałczyńskim, wystarczy przeczytać 8 książkę Sabiny Sebyłowej „Okładka z Pegazem”, tam opisuje ona tę historię. Przed wojną był sędzią w Równem na Wołyniu, a potem sę- dzią Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Po wojnie, do 1948 roku, był sędzią, ale widząc, co się w kraju dzieje, przekwalifikował się na adwokata. To była typowa przedwojennego chowu rodzi- na inteligencka, z sięgającymi głęboko korzeniami ziemiański- mi. Do tego dziadek był administratorem dóbr na terenie cesar- stwa rosyjskiego. Moje wybory stały w opozycji do modelu mojej rodziny, któ- ra była patriarchalna i tradycyjna. Praca w wywiadzie PRL‑u to był bunt przeciw ojcu? W dużym stopniu tak. Jak ojciec to przyjął? Nie wiedział. Powiedziałem mu o tym dopiero krótko przed jego śmiercią. Dla niego to był szok. Szok czy cios? Nie cios. Trzeba pamiętać, że czyny trzeba rozpatrywać w kon- tekście tego, co było wtedy, a nie z perspektywy współczesno- ści. Ja powiedziałem ojcu tak: „Jestem w wywiadzie polskim, wstąpiłem tam z pełną świadomością...”. Jednak cios, bo przecież był przekonany, że pan chciał zo- stać jezuitą. Może tak. Wybaczył panu trwające prawie ćwierć wieku kłamstwo? Powiedział: „Ja dokonywałem wyborów zgodnie ze swoim su- mieniem w 1918 roku, kiedy wstępowałem do POW, ty dokony- wałeś swoich wyborów, więc ja nie mam ci nic do wybaczenia ani nic do zarzucenia, ty się z tym rozliczasz sam”. I ja się z tym rozliczam sam. Przez siedemnaście lat pracy dla niepodległej Rzeczypospolitej. 9 Zbiorowa publikacja poetycka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Śląsk w 1971 roku pod tytułem „Propozycje”, i okładka tomiku poezji „Otwarte przestrzenie” stanowiącego jej część składową. Tomik otwiera wiersz „Na odejście przyjaciela” poświęcony koledze Turowskiego ze studiów na UJ, który po marcu 1968 roku musiał opuścić kraj. 10 Ja mu to powiedziałem oczywiście już po zmianie systemu. Wytłumaczyłem, że wstąpiłem do wywiadu wcześniej, ale jako pracownik wywiadu miałem świadomość, że dobre ra- kiety z atomowymi głowicami, należące do sprawiedliwych i dobrych krajów, były wymierzone w mój kraj. To pozwalało mi z dość czystym sumieniem pracować. Przecież byliśmy częścią imperium sowieckiego, czyli pra- cował pan tak naprawdę nie dla swojego kraju. To uproszczenie. Dla kogo Marian Zacharski wykradał plany amerykańskich rakiet Patriot? Dla Związku Radzieckiego. Przed 1989 rokiem była wspólnota wywiadowcza w ramach układu militarnego, w którym byliśmy. Wtedy był to Układ Warszawski. Dziś – z pewnym nadużyciem – można by powie- dzieć, że pracujemy dla wywiadu amerykańskiego. Jeśli chodzi o służby specjalne polskie, to XIV wydział I de- partamentu MSW, wywiad nielegalny, był oazą suwerenności. Rosjanie nie mieli do tego zasobu ludzkiego żadnego dostępu. Oczywiście byłoby naiwnością powiedzieć, że nie używali zdobytych przez nas informacji, ale nie było żadnej bezpo- średniej ingerencji. A matka? Jaki miała wpływ na pańskie dojrzewanie? Była głęboko wierząca, lekarz okulista. Swego czasu, równo- legle z medycyną na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiowała w Akademii Sztuk Pięknych. Skończyła medycynę, ale ASP już nie. Nie była w stanie sprostać tylu obowiązkom. Rodzice mieszkali przed wojną w Warszawie, gdzie ojciec był sędzią, na Senatorskiej 28. Tam też urodziła się moja siostra. Mnie nie było wówczas w planach, pojawiłem się na świecie w 1948 roku. Już po wojnie, gdy nie było do czego wracać w sto- licy, rodzina przeniosła się do Zagłębia, do Dąbrowy Górniczej, 11 skąd pochodziła mama. W tym mieście chodziłem z matką re- gularnie do kościoła. Tymczasem ojciec zostawał przed kościo- łem, ale ucinał sobie filozoficzne rozmowy z jednym z zaprzy- jaźnionych księży, na ogół z proboszczem Ufniarskim, któremu agnostycyzm rozmówcy nie wadził. Ojciec był wierzący do pewnego momentu. Powiedział mi, że jak w Auschwitz widział selekcję ludzi i odbieranie dzieci matkom, to się spytał sam siebie: „A gdzie jest Matka Boska? A gdzie jest Pan Bóg?”. Przed śmiercią się zmienił, porozmawiał w cztery oczy krótko z moim kolegą jezuitą, który udzielił mu ostatniego namaszczenia. Matka była dumna, że ma pan zostać jezuitą? Na pewno tak. Ojciec mniej, ale powiedział: „Twój wybór, bę- dziesz się sam ze sobą rozliczał, twoja sprawa”. Matce powiedział pan kiedyś prawdę? Nie. Trudno byłoby mi jej o tym opowiedzieć. Nie zrozumiałaby? Miałaby pewnie kłopoty. Pewnie poszłaby do kościoła i się wy- modliła za mnie. Kiedy przyznał się pan żonie i córkom? W 2010 roku, kiedy zostałem zdekonspirowany przez IPN. Moja żona jest Hiszpanką. Hiszpanie mają do tego nieco inny stosu- nek, na szczęście. Mówiła: „Był czas, kiedy nie mogłeś mi tego powiedzieć, i nie mam o to do ciebie pretensji. Nie mam pre- tensji o to, co robiłeś, ale mam o to, że służyłeś państwu, które cię nie umiało obronić”. Byłem zaskoczony. Nie czuła się oszukana? Nie. Miałem cały czas pełne wsparcie. A od jednego z kolegów jezuitów przyszedł taki list: „To- meczku kochany, nie daj sobie codzienności zatruć myśleniem 12 o tobie skupiającym się na rozliczaniu wielu środowisk z PRL, bo ty jesteś tylko pretekstem. Nie daj sobie odebrać wolności. Co można, żonie i córkom powiedz, ważne jest mówić o moty- wacjach, nadziejach, innymi słowy o istocie rzeczy, a nie o po- szczególnych zaangażowaniach. Dla kochających cię będzie to zrozumiałe. Tu może jest sekret, bo jak ludzie kogoś kochają, to są w stanie bardzo wiele wybaczyć. Nie wiem, jak im przed- stawisz kontekst Karola W., wspomniałeś, że jest dobrze o nim powiedzieć, więc to rodzinie bez szczegółów opowiedz, no a te rzeczy, które są tajemnicą zawodową i za pięćdziesiąt lat ujrzą światło dzienne, też można, pokazując motywy sekre- tu, oswoić. U nas, w polskim wywiadzie, jak w każdym, nie będzie archiwalnej jawności, bo unika się dokumentacji, ra- czej jest wszystko na gębę, więc sekrety bierze się ze sobą do grobu. I w takich służbach powinno tak być, mimo ciekawości dziennikarzy, historyków, bo chroni się wielkie dobro bezpie- czeństwa konkretnych ludzi i instytucji. Przede wszystkim ciesz się życiem, jest okres pracy i okres wolności od pracy – jak mówi Kohelet”. To list od jezuity? Przecież pan jezuitów szpiegował przez dwanaście lat? W 1985 roku wyjechałem z Meudon pod Paryżem, nie przyjąw- szy święceń. Człowiek się zmienia, ze względu choćby na oso- bowość tych, którzy cię otaczają – zaczynasz widzieć ich war- tości i konfrontować z wartościami, które dla ciebie w danym momencie były istotne, i się zmieniasz. Problem na przykład z oceną mojej postaci jest taki, że niektórym ludziom zacięła się migawka trzydzieści, dwadzieścia lat temu i z tej perspektywy na mnie patrzą i oceniają. Nie zauważają tego, że mogłem się zmienić, przyjąć inny system wartości, żeby nie użyć pompa- tycznego sformułowania: doznać czy też dojrzeć do przełomu 13 Numer jedenasty miesięcznika katolickiego „Więź” z listopada 1994 roku, zawierający na stronie 193 notę biograficzną ojca Tomasza Turowskiego – Stanisława, mówiącą o jego przeszłości w POW, udziale w wojnie przeciw bolszewikom w 1920 roku, konspiracji w AK i walce w zgrupowaniu „Radosław” w powstaniu warszawskim, jak też o uwięzieniu w Auschwitz-Birkenau oraz Sachsenhausen i Buchenwaldzie. A po wojnie o pracy w palestrze. Październik 1968 roku. Tomasz Turowski, między innymi wraz z Julianem Kornhauserem, Jerzym Kronholdem i Stanisławem Stabrem, był założycielem grupy poetyckiej Teraz. Do grupy należeli też Wit Jaworski, Adam Komorowski i Adam Zagajewski. Pismo „Chrześcijanin w Świecie”. Tomasz Turowski: „Zdobywałem tu pierwsze »ostrogi« dziennikarskie, jeśli nie liczyć wcześniejszych tekstów w katowickim dwutygodniku społeczno-kulturalnym »Poglądy«. W tym periodyku środowiska katolickiego laikatu zgrupowanego wokół Ośrodka Dokumentacji i Studiów Społecznych w Warszawie byłem zatrudniony w latach 1973-1975. Publikowałem opracowania z prasy zagranicznej i recenzje, zarówno w »Chrześcijaninie…«, jak i w wydawanej co pół roku jego wersji niemieckojęzycznej”. duchowego. Natomiast jezuici zauważają i tym się różnią od przeciętnych ludzi. Ile lat pan żył jako agent pod przykryciem? Od 1973 roku. Czyli siedemnaście w PRL‐u i dwadzieścia w III RP. Trzy- dzieści siedem lat. O RP to państwo powiedzieli, ale gdyby dodawać, wyszło- by czterdzieści parę, bo za pracę operacyjną „w terenie”, za granicą, doliczano dodatkowy okres wysługi lat. Chciałbym jeszcze wrócić do ojca. Otóż był obrońcą w jednym z największych powojennych procesów politycznych. W 1959 roku w Zagórzu koło Dąbrowy Górniczej miał miejsce zamach na Gomułkę i Chruszczowa, pierwszych sekretarzy komitetów centralnych PZPR i KPZR. Miałem wtedy dziesięć lat, wszystkie podstawówki w Dąbrowie Górniczej zgoniono, by czekały na przyjazd Gomułki. Staliśmy na placu przed Pałacem Kultury Zagłę- bia, przed pomnikiem Bohaterów Czerwonych Sztandarów. Przejechały motocykle z karabinami maszynowymi usta- wionymi na przyczepach i nagle coś dziwnego się stało, ka- zano nam rozejść się do domów. Wieść gminna głosiła, że bomba wkopana pod ziemię na trasie przejazdu rozerwała się już po przejeździe wozu z oboma sekretarzami i że zgi- nęła dziewczynka raniona odłamkiem. Tak naprawdę dwie osoby zostały ranne. Całą winę za zamach miał wziąć na siebie inżynier z kopal- ni, choć było jasne, że nie można było zrobić tego jednoosobo- wo. Ów inżynier mógł zrobić część techniczną, przygotować ładunki wybuchowe, ale tunel pod jezdnią musiał być wyko- nany z pomocą innych osób. Gdyby nie ci ranni, może wyrok byłby inny, a tak była kara śmierci. 15 I został wykonany. No, tak. I ten inżynier – który faktycznie okazał się elektrykiem, działał sam i nie umieszczał bomb pod jezdnią, tylko obok niej – zażyczył sobie mojego ojca jako obrońcy. Wtedy sekretarzem partii w Dąbrowie Górniczej był niejaki pan Fabryczny, który zwołał aktyw i powiedział, że ten taki owaki Turowski broni wroga systemu, trzeba dać mu odpór. No i kiedy jedliśmy obiad w jadalni, nagle pęka szyba i wpada na stół cegła owinięta pa- pierem z informacją „ty taki owaki”. Jakiś aktywista zbyt głę- boko wziął sobie do serca... Od dziecka pan widział, jak działa system. Tak, tylko że ojciec mnie przed tym chronił. Nie rozumiałem, co się dzieje. Jak tłumaczył tę cegłę? „A – powiedział – jakaś hołota rzuca, prowadzę różne sprawy, ktoś się o miedzę pokłócił”. W jakich sprawach ojciec wtedy występował? W ciężkich, na przykład jako obrońca posiłkowy w tym sław- nym procesie związanym z „aferą mięsną”, kiedy to zapadł je- dyny w Polsce po 1956 roku wykonany wyrok śmierci za prze- stępstwo gospodarcze. Raz wydarzyła się dziwna rzecz. Dziadek mnie zabrał na spa- cer, bo przyszli do nas jacyś panowie i koniecznie chcieli się zapoznać bliżej z domem. Wtedy tego nie rozumiałem, potem się dowiedziałem, że to była normalna rewizja. Szukali gryp- sów od człowieka, którego wtedy ojciec bronił. Potem, gdy rano wychodziłem do szkoły podstawowej, przed drzwiami domu stał smutny pan, który szedł za mną od drzwi do furtki szkoły. Jak wychodziłem ze szkoły, czekał na mnie przed budynkiem i odprowadzał mnie do domu. Sprawdzał, czy ktoś czegoś przeze mnie nie przekazuje ojcu. 16 Ale o co tak naprawdę chodziło, dowiedziałem się w schyłko- wym okresie życia ojca, który zostawił mi zapiski z tej sprawy. Mówił, że kiedyś to może będzie ciekawe. Przeglądał pan? Przeglądałem. Ciekawe? Jako kazus prawny dla historyków, dla prawników. Ale jak czło- wiek ma za dużo ciekawych dokumentów, to też niedobrze, bo musi je opatrzyć klauzulą, że jak się poślizgnie i złamie nogę, to proszę je opublikować. Pan zawsze kreśli scenariusze trzy kroki naprzód? Nie ma dobrego wywiadu bez myślenia do przodu. Nauczyli tego pana czy już taka osobowość? Druga natura na pewno. Poza tym szkoła dobrego wywiadu. Jak ktoś mnie pyta, w jakim wywiadzie pracowałem, to mówię, że w dobrym i prawdziwym. Bo prawdziwy wywiad to wywiad nielegalny, a dobry wywiad to taki, w którym na pierwszy rzut oka coś się wydaje zupełnie inne, niż jest w rzeczywisto- ści. W dobrym wywiadzie, a szczególnie w wywiadzie niele- galnym, nie może być tak, że jak ktoś jedzie do Włoch i wcho- dzi w struktury kościelne, to będzie się zajmował Kościołem. W dobrym wywiadzie wszystko jest inaczej. Wróćmy do początku. Po szkole wstąpiłem do Związku Młodzieży Socjalistycz- nej, potem pojechałem na studia do Krakowa na filologię rosyjską. Na czas pana studiów przypadł marzec 1968 roku. Na studiach robiłem szybką karierę w ZMS-ie. W 1968 roku byłem już wiceprzewodniczącym zarządu uczelnianego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Piszę też wiersze i publikuję w „Studencie”, „Życiu Literackim”, „Poezji”. 17 Turowski: „Scenka z kabaretu. Spektakl odbył się w domu studenckim UJ »Nawojka« w 1968 roku. Przygotowaliśmy go wspólnie z Aloszą Awdiejewem. Ja występowałem jako aktor i autor części tekstów, co zaowocowało między innymi szykanami ze strony wykładowcy gramatyki opisowej języka rosyjskiego”. Turowski: „Jedna z koleżanek z Krakowa, z filologii rosyjskiej UJ, pochodząca z Bytomia, którą udało mi się obronić w komisji weryfikacyjnej ZMS-u w 1968 r. przed relegowaniem z uczelni. Później wyjechała do Izraela, skąd otrzymałem od niej kartkę z podziękowaniem”. 18 A wydarzenia marcowe w Krakowie? Byłem ideowo zaangażowany – i to nie był wybór konformisty – po stronie władzy, jako członek ZMS‑u. Ale jako działacz stu- dencki byłem zaangażowany po stronie studentów. W 1968 roku, chyba 11 marca, byłem na demonstracji razem z kolegami i byłem w pierwszym szeregu. Przygotowywałem też ulotki na powielaczu zarządu uczelnianego ZMS–u, bo wierzyłem, że ten system da się jakoś zreformować. I przez to miałem poważne kłopoty. Najpierw zadzwonili do mnie z placu Wolności w Krakowie, z siedziby Służby Bezpieczeństwa, żebym się tam zgłosił. Po- wiedziałem, że jestem działaczem politycznym i że zapraszam do siebie. Przyszli i mówią: „Powiedziano nam, że brał towa- rzysz udział w demonstracjach, a nawet robił ulotki, podobno pan nawet pisał teksty ulotek”. Ja im na to: „Panowie, jestem działaczem studenckim i muszę być tam, gdzie są studenci, tam jest moje miejsce”. Wyraźnie nie byli usatysfakcjonowani tą odpowiedzią. Mój przyjaciel Wiesiek Wismont, repatriant z Lidy, był wtedy aresztowany, siedział w więzieniu na Montelupich, bo wpadł z tymi ulotkami. Wtedy zaczęły się moje poważne kłopoty na uczelni. Dosta- łem sygnał, że nie będzie wielkiego skandalu, jeśli sam odejdę. Byłem wtedy na III roku. Starałem się zdać egzaminy, na przykład z gramatyki opiso- wej. Pewien profesor – wtedy doktor ledwie, nie będę wymie- niał jego nazwiska – przyjął mnie u siebie w gabinecie, kład- łem indeks, on otwierał gazetę i czytał, po czym brał mój indeks i wpisywał mi dwóję. No i tak podchodziłem dwa czy trzy razy do tego egzaminu. Oczywiście nie zdałem. 19 Wtedy zgłosiłem się do prorektora, profesora Mieczysława Karasia, złożyłem podanie o egzamin komisyjny z wyłączeniem pana, który mnie egzaminował. Zdałem na dobrze, ale potem profesorowie powiedzieli mi, że nie mam przyszłości na uczelni. A co z ZMS‑em? Powiedziano mi, że nie będzie sądu kapturowego i mnie nie usuną, ale lepiej, żebym zrezygnował z funkcji wiceprzewodniczącego. Potraktowali pana łagodnie. W miarę łagodnie. Dzięki temu mogłem jeszcze należeć do ko- misji weryfikacyjnej na moim roku. W 1968 roku zaczęły się sprawy antysemickie w Polsce, to był dla mnie wstrząs. Komisja decydowała, czy osoba pochodzenia żydowskiego – chociaż nikt tego oficjalnie nie mówił, używa- ło się określeń typu „syjonista” – może zostać na studiach, czy nie. Trzeba dodać, że decyzje tych komisji dotyczyły tylko stu- dentów członków ZMS‑u, a nie niezrzeszonych. I pan ich weryfikował? Chwileczkę. Starałem się to robić, jak mogłem najlepiej. Dwie koleżanki, które zbliżały się do dyplomu, wybroniłem. Pamiętam, że Krysia Horowitz przyszła na posiedzenie ko- misji z gwiazdą Dawida. Większość stwierdziła, że ten element powinien zostać wyeliminowany, a ja zgłosiłem votum separa- tum. Udałem się do kierownika wydziału studenckiego zarzą- du wojewódzkiego ZMS‑u Jerzego Pardusa i powiedziałem mu: „Jurek, to jest absolutna nieuczciwość, nie wolno takich rzeczy robić”. I on zainterweniował, dziewczyny mogły dokończyć studia. Do dzisiaj jeszcze dostaję listy z podziękowaniami od jednej z nich z Izraela. Ile ta komisja osób wyeliminowała? Nie pamiętam. Legitymizował pan komisję, jej decyzje. 20 Ja już wiedziałem, że nie mam nic do stracenia, i mogłem sobie pozwolić na uratowanie paru osób. Potem wyniósł się pan z uczelni. Tak. Miałem wilczy bilet, nigdzie nie mogłem studiować. Wróciłem do rodziny do Sosnowca, uczyłem rosyjskiego w technikum kolejowym. Zgłosiłem się do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Prorektorem był wtedy Bolesław Faron, członek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Do tego, by mnie przyjąć na uczelnię, przekonywał go profesor Ferdynand Rajchman, filolog klasyczny, człowiek wielkiej wiedzy, głębo- kiej kultury, bardzo lubiany przez studentów. Znał moją pracę o mistycznym wymiarze poezji Aleksandra Błoka i uważał, że powinienem napisać magisterium na ten temat. Wziął wobec rektora odpowiedzialność za mnie. Zbliżamy się do momentu werbunku? Nie, to nie jest takie łatwe. Byłem wtedy w okresie zamętu du- chowego. Nie miałem nic do powiedzenia w ZMS‑ie, miałem problem ze studiami, walił się mój system wartości. Jedno- cześnie brałem aktywny udział w życiu kulturalnym Krakowa, działałem w grupie Teraz, spotykałem się z Wisławą Szymbor- ską, z jej przyjaciółką Beatą Szymańską, która była opiekunką koła młodych literatów na Krupniczej. A trochę wcześniej, pod koniec 1969 roku, byłem na wieczo- rze autorskim Stanisława Wałacha, partyzanta Armii Ludo- wej z Zagłębia. Wałach po wojnie walczył z podziemiem, między innymi na Podhalu z „Ogniem”. Tak. Przyszedłem na ten wieczór autorski, bo napisał książkę o działalności w okresie okupacji hitlerowskiej na terenie Za- głębia, Dąbrowy, Sosnowca, Trzebini i okolic. Mnie to zacie- kawiło. Podszedłem do niego i powiedziałem, że urodziłem 21 Dyplom magisterski WSP (dziś Uniwersytet Pedagogiczny) w Krakowie. Tomasz Turowski: „Na uczelnię tę zostałem przyjęty po odejściu, w wyniku wydarzeń marcowych 1968 roku, z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Udało się to dzięki odważnej postawie profesora Ferdynanda Rajchmana, który wobec wielkich wątpliwości rektora uczelni gwarantował za mnie osobiście”. 22 się w Sosnowcu. I zaczęła się rozmowa, trwała jakieś dziesięć minut. Dał mi książkę z dedykacją. Na koniec rzucił: „Wie pan co, niech pan kiedyś do mnie wpadnie”. „Dokąd mam wpaść?” – pytam. Nie wiedziałem, kim jest, nie miał na czole napisane: „Jestem krakowski Moczar i jestem szefem SB”. On zaprasza na plac Wolności. Mówi, że jest zastępcą komendanta wojewódz- kiego MO do spraw Służby Bezpieczeństwa. To był początek werbunku? Niewątpliwie pierwsze zainteresowanie mną. I pan poszedł go odwiedzić. Tak, przypuszczałem, że nie będziemy rozmawiać o poezji czy literaturze. Liczyłem, że ta rozmowa pozwoli mi wyjaśnić moją sytuację. Ponieważ już kiedyś ci panowie się zgłaszali do mnie z zarzutami, pomyślałem sobie, że zmienili o mnie zdanie. Ale on mi wtedy powiedział, że nie ma czasu, ale może się potem zobaczymy na mieście. Wałach nie był głupi. Ist- nieje przekonanie, że bezpieka to była banda debili. Nie, to nie była banda debili. Po jakichś trzech miesiącach Wałach zaprosił mnie do miesz- kania kilkaset metrów od placu Wolności. Poszedłem. Dla mnie było jasne, że nie jestem w prawdziwym mieszkaniu. Miało wystrój typowo mieszczański. Trzy pokoje z kuchnią. Panował tam idealny porządek na półkach, idealny porządek w kuchni, prawie aseptyczny. I Wałach mówi do mnie tak: „Doszedłem do wniosku, że pan mógłby służyć Polsce, mógłby pan naprawdę coś dobrego dla Polski zrobić. Zastanawiam się, czy pan nie nadawałby się do pracy w wywiadzie”. Odpowiedziałem, że ja się też w tej chwi- li nad tym zastanawiam. Dał mi dwadzieścia cztery godziny. I zastrzegł, że jeśli po- stanowię, że nie chcę, to po prostu zapominam o tej rozmowie. 23 Mógł się pan kogoś poradzić? Nie. Musiałem to sam w sobie rozważyć. Pomyślałem sobie tak: jestem poza systemem, w którym funkcjonowałem, bo poza uczelnią, poza ZMS‑em, nie mam w tej chwili wpływu na nic i obawiam się, że już nie będę miał. Wiedziałem, że w opozycję się nie zaangażuję, nie widzia- łem szans, by była w stanie dokonać zmian w ramach systemu. I pomyślałem, że jeśli będę w wywiadzie, to będę pisał meldun- ki wywiadowcze; jeśli będą dobre, to przeczytają je ludzie z es- tablishmentu politycznego, z górnej półki. A jeśli tak, to będę miał wpływ na najważniejsze decyzje w kraju. Zaimponowało panu, że będzie pan agentem wywiadu, że stanie się pan kimś. No nie, przecież nie mogłem o tym nikomu powiedzieć, nikt nie mógł naprawdę wiedzieć, co robię. Nie czekała mnie luksuso- wa sytuacja dyplomaty pracującego jako wywiadowca. Więc gdybym został nakryty, nie groziła mi ekstradycja, tylko cięż- kie więzienie. No i wiedziałem, że nie będę miał normalnego życia rodzinnego. Fascynował się pan wtedy służbami specjalnymi? Nie. A jednak powiedział pan: tak. Po tych dwudziestu czterech godzinach myślenia się zgodziłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę pracował jako nielegał. Na kolejnym spotkaniu usłyszałem tylko, że mam normalnie kończyć studia na WSP, bo jeśli nie skończę, to nasza rozmo- wa jest po prostu nieważna. Potem przyjdzie do mnie kolejny człowiek i podejmę ostateczną decyzję. I przez kolejne trzy lata mnie obserwowali i sprawdzali. Dało się to zauważyć, bo przeprowadzano nawet wywiady środowiskowe na mój temat wśród moich sąsiadów. 24 Przez dwa lata nie było żadnego kontaktu. Aż do 1972 roku. Podczas sesji, gdy po egzaminie wychodziłem z uczelni, zgło- sił się do mnie pan Jan Jakowiec. Mówi, że jest pułkownikiem wywiadu i znajomym mojego rozmówcy Stanisława Wałacha. I mówi jasno, że ponieważ zbliżam się do magisterium, to mu- szę się ostatecznie zdecydować, czy godzę się na pracę w wy- wiadzie, bo jeśli tak, muszę przejść szkolenie oficerskie. Rozmowa z nim trwała dwa dni, w hotelu Cracovia. Jakowiec powiedział, że przeszkolą mnie indywidualnie, czyli nie poja- dę do ośrodka szkolenia kadr wywiadu, tylko „profesorowie” zgłoszą się do mnie. Pytam go: „A czemuż to takie wyjątkowe traktowanie?”. Jakowiec: „Przeanalizowaliśmy pana postać, zrobiliśmy pro- fil psychologiczny, charakterologiczny, według nas pan nadaje się do pracy w elitarnej jednostce wywiadu, czyli jako nielegał”. Podpisał pan zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy? Tak i podpisałem jednostronną umowę, co mi grozi w razie zdradzenia tajemnicy. Co? Można się domyślić. Śmierć? ... SPIS TREŚCI 4 Wstęp. Prawda Turowskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 8 Kto mnie wychował i jak zostałem szpiegiem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Legendowanie życiorysu nielegała . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26 U jezuitów w Rzymie z listem od kardynała Wojtyły . . . . . . . . . . 36 Jak zostałem dziennikarzem Radia Watykańskiego . . . . . . . . . . . 80 Papież mnie pyta: Jaka jest właściwie twoja misja? . . . . . . . . . . . . 100 Sekrety synodu, czyli ostatnie zadanie w Rzymie . . . . . . . . . . . . . 142 Centrala po zamachu na Papieża: Siedź cicho . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 162 Nie będę mówił: „Wybaczcie” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 184 Jak uciekałem przed SB w bezpiecznym cieniu Wojtyły . . . . 204 Werbunek w małej Rosji pod Paryżem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 220 Potajemny powrót do Polski bez święceń . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 244 Wyjście z zamrażarki i pierwsza misja w Moskwie . . . . . . . . . . 254 Trzy paszporty i sztuczki szpiegowskie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 264 Co widziałem 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku . . . . . . . . . . . 284 Aneksy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 312 Niedostępne w wersji demonstracyjnej. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki w serwisie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego
Autor:
, ,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: